Tag: kryminał

  • „Miałem już dość policjantów, którzy piją”. Z Tomaszem Duszyńskim rozmawiam o „Toksycznych”

    Tajemnica zza grobu, którą może rozwikłać tylko jedna osoba – emerytowany glina z zanikami pamięci. Jest tonący samochód, są trupy, a także, nie tylko powiatowi gangsterzy. Czy Jan Nowicki znajdzie, a potem zniszczy dokumenty schowane przez nieżyjącego już prokuratora Wilczyńskiego? Tomasz Duszyński zabiera Was w podróż, w trakcie której dowiecie się, co to znaczy kibolska lojalność, dlaczego porządne kobiety często trafiają na niewłaściwych facetów, a także ile poziomów może mieć miłość. Wszystko to autor podlał strachem, wartką akcją, ale też, nie oszukujmy się – krwią. O „Toksycznych” rozmawiamy na cmentarzu, bo tam coś się kończy, ale jednak dla tej książki wiele się zaczyna.

  • „Rzucam pracę, zostaję pisarzem na pełen etat”. Rozmowa z Robertem Małeckim

    Będzie żałował? A może to dobra decyzja? Zobaczymy, ale wszystko wskazuje na to, że Robert Małecki podjął słuszną decyzję, bo ewidentnie jest na fali wznoszącej. Postanowił więc wejść w literaturę jak w pokerze, czyli „all in”, czyli tłumacząc na polski, rzuca pracę i całkowicie poświęca się pisaniu. Efekt będzie taki, że czytelnicy dostaną więcej książek, a Robert nie będzie musiał pisać po godzinach. Na papierze same plusy, a jak będzie? Będzie dobrze, taką mam nadzieję. Rozmawiamy też o ewentualnej śmierci Bernarda Grossa, eksterminacji Żydówek w obozie w Grodnie, „Zadrze, a także licytacji na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – zobaczcie, jakie świetne rzeczy Robert na nią przekazał. Było zimno, ale daliśmy radę, zapraszam do obejrzenia naszej rozmowy.

  • Przeczytajcie fragment „Śmierci z ogłoszenia” Grzegorza Kalinowskiego

    Warszawa 1664

    Nie miała to być zwykła niedziela, królowa pani postanowiła mieszkańcom Warszawy, dworzanom, wojskowym i kupcom, których były w mieście całe tłumy, dać trochę rozrywki. I to nie byle jakiej, nie prostych pokazów linoskoczków czy treserów ze zwierzętami, a prawdziwy teatr.

    Nie wszystkim przedstawienie było jednak w smak, bo szybko rozeszła się wieść, że będzie to popis gości królowej pani, jej francuskich faworytów, dworzan i innych obiboków, którzy panoszyli się nie tylko na dworze, ale i w mieście.

    Francuzi Marii Gonzagi wystawili opowieść o tym, jak ich król pokonał cesarza niemieckiego. Aktorzy szybko przekonali do siebie widzów, którym wydawało się, że oto na ich oczach najprawdziwszy król Francuzów odbiera hołd od pokonanego cesarza. Reagowano żywiołowo, krzyczano, klaskano, podpowiadano… Jeden z konnych wydarł się nawet: „Zabijcie tego takiego syna, kiedyście już porwali! Nie żywcie go, bo jak go wypuścicie, będzie się mścił, będzie wojnę mnożył, będzie krew ludzką rozlewał, a tak nie będzie nigdy miał świat pokoju; skoro zaś zabijecie, król jegomość francuski osiągnie imperium, będzie cesarzem, będzie, da Pan Bóg, i naszym królem Polskim

    […]. W ostatku, jeżeli wy go nie zabijecie, ja go zabiję!”1. To mówiąc, a widząc, że nikt na scenie nie ma zamiaru cesarza ani ścinać, ani też wtrącać do lochu, chwycił za łuk i wystrzelił. Strzała doszła celu, a posłana z całej siły, jaką miał łucznik, przeszyła aktora grającego cesarza na wylot. Widzowie wpadli w szał. Inni też sięgnęli po łuki i naszpikowali francuskich aktorów strzałami. Ci, co przeżyli, rzucili się do ucieczki, a po chwili zniknęli też strzelcy, którzy chcieli poprowadzić przedstawienie tak, jakby było dziejącą się na ich oczach prawdziwą historią.

    Mówiono później, że nic się nikomu nie pomieszało, bo każdy pretekst był dobry, by nielubianym Francuzom wy- rządzić jakąś krzywdę. Wyrządzono, i to wielu, i do tego najcięższą. Królowa pani, Maria Gonzaga, była wzburzona, lecz nawet rozkaz króla pana, Jana Kazimierza, nie pomógł. Pościg był bezowocny, żaden z zabójców nie został pojmany i ukarany, jakby zwyczajnym było, że widz może wejść w środek przedstawienia i urządzić je po swojemu.

    Warszawa 1931

    Siąpiło, wiał nieprzyjemny listopadowy wiatr i nawet na Marszałkowskiej, najgorętszej ulicy Warszawy, było nieprzyjemnie. Tajny ajent Jakub Bond postawił kołnierz prochowca i głębiej wcisnął kapelusz na głowę. Gdyby było lato i środek dnia, pewnie nie postawiłby kołnierza, za to mógłby założyć przeciwsłoneczne okulary. Dla niego każdy sposób, żeby być człowiekiem bez twarzy i wtopić się w tłum, był dobry. Co innego mężczyzna, za którym podążał. Ten wyróżniał się na tle innych przechodniów, było w nim coś wyjątkowego. Miał sprężysty chód, wyprostowaną sylwetkę, ubranie od góry do dołu świadczące o jego klasie i pozycji: dobre buty, pewnie od Hiszpańskiego, kapelusz, ani chybi z domu mody Hersego, i garnitur z bielskiej wełny, szyty na miarę podług najnowszych europejskich mód w pracowni Zaremby lub innego mistrza nożyc i igły.

    Emanujący szykiem i elegancją mężczyzna nazywał się Romuald Sarnicki i jeśliby zadać ludziom pytanie, kim jest, zapewne wielu odpowiedziałoby, że ziemianinem lub przemysłowcem. Równie wielu wzięłoby go za oficera w cywilu. Każda z tych odpowiedzi byłaby bliska prawdy, ponieważ Sarnicki pochodził z ziemiańskiej rodziny, miał dużo wspólnego z przemysłem, z wykształcenia był inżynierem, był też majorem Wojska Polskiego – osobą bardzo wpływową i znającą wiele tajemnic państwowych.

    Romuald Sarnicki szedł Marszałkowską od Pięknej w kierunku Alej Jerozolimskich, zbliżając się do centrum miasta, które kwadrans na dziesiątą wieczorem dawało wiele możliwości. Mógł iść do któregoś z kin, do hotelu Polonia Palace, baru Pod Setką albo do teatrzyku Ananas. A może po prostu spieszył się na Dworzec Główny? Idący za nim tajny ajent nie musiał się zastanawiać. Był pewny, że Sarnicki nie dojdzie do Alej Jerozolimskich, tylko skręci w lewo, w Nowogrodzką, że jego celem będzie skrzyżowanie ulic Świętej Barbary i Poznańskiej.

    Zaokrąglony róg kamienicy pod numerem czterdziestym mieścił szerokie szklane drzwi z pełniącymi funkcję latarni kolumienkami podtrzymującymi daszek. Wymarzone miejsce na restaurację, szynk albo sklep! Ale jak raz była tam poczekalnia oraz kasa Elektrycznej Kolei Dojazdowej, o czym informował pokaźnych rozmiarów szyld i zapalające się nocą litery „EKD” na kolumnach. Ajent znał rozkład zajęć Sarnickiego tak dobrze, jak zawiadowcy stacji kolejowych rozkład jazdy pociągów, mógł więc tam na niego czekać jak pasażer na pociąg. Bond był jednak zawodowcem i wiedział, że życie, tak jak rozkłady jazdy nawet najdosko- nalszych towarzystw kolejowych, robi czasem niespodzianki. Drobny szczegół może wpłynąć na powodzenie lub klęskę przedsięwzięcia, które jego szefowie określali jako jedno z kluczowych w walce z wrogim wywiadem.

    Sarnickiego rozpracowywano przez wiele tygodni, czyniąc to z największą starannością i dyskrecją. Plan jego zajęć, zwyczaje i nawyki były doskonale znane i życie inżyniera majora było dla ludzi tajnej służby jak otwarta księga. Romuald Sarnicki mógł jednak, niczym kursowy pociąg, wykoleić się lub spóźnić o parę minut. A wykolejenia, jeśli tak można było nazwać epizody z jego życia, którymi raczej nie lubił się chwalić, zdarzały mu się niezbyt często, za to regularnie, więc w raportach ujęte były niczym świąteczne odstępstwa od codziennego rozkładu jazdy. W tym przypadku jednak notatki ajentów wywiadu nie tyczyły się niedziel, świąt Bożego Narodzenia czy Wielkanocy, lecz dnia w środku tygodnia. Dokładny zapis brzmiał: Środowe wizyty w instytucie przy ulicy Lwowskiej.

    W eleganckiej kamienicy niedaleko gmachu Politechniki mieścił się Instytut Dla Zdrowia i Witalności D. Błaszczyńskiej, organizujący „indywidualne seanse”, podczas których za pomocą naparów ziołowych i masaży „zdejmowano z pacjentów ciężary dnia codziennego i otwierano ich umysły”. A wszystko to podług najnowszych mód, zrodzonych z fascynacji wschodnimi naukami i tradycyjną medycyną. Takie miejsca przyciągały zwykle panie z towarzystwa, w instytucie jednak próżno było ich szukać, bowiem spotykali się tam tylko dżentelmeni. Instytut Błaszczyńskiej był ni mniej, ni więcej tylko domem publicznym dla najlepszej klienteli.

    Przybytek ów zajmował dwa połączone lokale, do których nie wchodziło się z tej samej klatki schodowej: jedną klatką się wchodziło, a drugą wychodziło. Do tego, aby uniknąć nieporozumień towarzyskich i zachować jak największą dyskrecję, w użyciu były jeszcze dwa wyjścia kuchenne, także na osobne klatki schodowe.

    Instytut mieścił się – a jakże! – w pierwszorzędnej kamienicy, w której znajdował się gabinet wybitnego profesora ratującego pacjentów z najcięższych przypadków chorób płucnych oraz wzięta kancelaria prawna. Dobrze poinformowani wiedzieli, że w każdym z tych miejsc świadczono usługi najwyższej próby, jednak najbardziej ekskluzywnym i drogim miejscem był Instytut Dominiki Błaszczyńskiej. Jego właścicielka, i zarazem kierowniczka, lubiła mówić o swoich zagranicznych kursach, naukach pobieranych u wielkich mistrzów filozofii i literatury, szlacheckim pochodzeniu i koneksjach. Bywalcy jej lokalu chcieli w to wierzyć i przychodziło im to o tyle łatwiej, że gospodyni biegle władała kilkoma językami, jej erudycja była wprost ujmująca, a jakość świadczonych usług oszałamiająca. Jakkolwiek by na to patrzeć, nazywanie jej ciocią – tak jak w przypadku innych kobiet prowadzących podobne przybytki – byłoby dalece niestosowne, zatem zwracano się do niej madame Dominika. A wypowiadali te słowa nie byle jacy ludzie! Oficerowie, przemysłowcy, ziemianie, politycy i artyści. Krótko mówiąc, był to tajny salon stolicy, klub towarzyski, do którego wstęp mieli tylko nieliczni. Niektórzy przychodzili z gronem przyjaciół, inni, jak Sarnicki, strzegli anonimowo- ści. Każdy dostawał to, co chciał, bywalcy niewiele o sobie wiedzieli, choć oczywiście madame wiedziała sporo o każdym z nich, a na pewno więcej niż ich matki, żony, przełożeni i najbliżsi przyjaciele. Z tego też powodu szefowie Jakuba Bonda od kilku już lat myśleli, by otoczyć instytut patronatem, zasilić jego działalność pieniędzmi i mówić do Błaszczyńskiej „wspólniczko”. Stało się więc rzeczą oczywistą, że choć Sarnickiego łatwo można było dopaść w tym miejscu, nie chciano zamykać sobie drogi do przejęcia eleganckiego bajzlu i uczynienia go swoją agenturą. Po morderstwie przybytek madame Dominiki byłby spalony, postanowiono więc zgładzić Sarnickiego w jakimś miejscu publicznym. W związku z tymi planami nie można było dopuścić, by działo się tam cokolwiek podejrzanego. Na miejsce akcji wybrano zatem krańcowy przystanek kolei EKD – tam Sarnicki stawiał się w każdy wtorek, by pojechać do domu, eleganckiej willi w Podkowie Leśnej. Mieszkał w niej z piękną żoną i trojgiem dzieci: Piotrem, Pawłem i Cecylią.

    Część tygodnia inżynier major spędzał w Warszawie, gdzie pracował, dysponując dwupokojowym mieszkaniem. Piątkowe, wieczorne odjazdy do Podkowy i poranne, poniedziałkowe powroty stały się rytuałem, o którym wiedzieli wszyscy, a zatem i wrogi wywiad. W raportach ajentów wszystko było opisane i uporządkowane: w dziewięciu przypadkach na dziesięć inżynier major kwadrans po dwudziestej drugiej lądował w domu, witał się z dziatkami, jadł z żoną kolację, wypijali wspólnie lampkę wina albo dwie, a następnie znikali w sypialni.

    Tego dnia doszło jednak do nieplanowanego „wykolejenia” i wszystko przesunęło się aż o trzy godziny – spotkanie, w którym brał udział, przedłużyło się i jego pociąg odszedł. Jak i kolejne.

    Następny kurs kolejki miał być o dwudziestej drugiej jedenaście, zatem Romuald Sarnicki usiadł na ławce w poczekalni, wyjął z kieszeni płaszcza książkę i zagłębił się w lekturze. Śledzący go tajny ajent stanął pod ścianą, rozpostarł gazetę i ukry- ty za wielką, papierową płachtą czekał na otwarcie ciągu zdarzeń, które miały doprowadzić do tego, co nieuchronne.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, Grzegorz Kalinowski, fot: smakksiazki.pl

    Pierwszym zwiastunem było przybycie kolejki, która nadjechała od strony Emilii Plater i Ogrodu Pomologicznego. Zanim się pojawiła, siedzący w poczekalni przyszli pasażerowie usłyszeli jej elektryczny brzęczek oraz zobaczyli snop światła reflektorów. Dwuwagonowy skład nie zdążył wjechać na przystanek i wypuścić pasażerów na peron, gdy ludzie z poczekalni ruszyli tak, jakby miało zabraknąć dla nich miejsc. Sarnicki szedł spokojnie, jako jeden z ostatnich, nie przepychał się, po prostu, jak przystało na majora Wojska Polskiego, wolno i dystyngowanie przesuwał się w kierunku drzwi. Okazało się jednak, że i tak za szybko, bo idąca przed nim para szła jeszcze wolniej. Stanęli w drzwiach poczekalni, jakby nie mieli pokonać progu, a skoczyć w przepaść. Sarnicki czekał cierpliwie. W tym momencie pojawił się za nim tajny ajent. Zrobił się sztuczny tłok, a Jakub Bond jakby przypadkiem wpadł na jego plecy. Najpierw poczuł klepnięcie, później zaskakująco przeszywający ból, a po chwili nie czuł już nic. Bond szybko i dyskretnie wyciągnął sztylet, który przed chwilą wbił po lewej stronie pleców Sarnickiego. Było to pchnięcie tak precyzyjne, jak ruchy operującego lancetem chirurga albo posługującego się nożem sprężynowym zawodowego mordercy. Jakub Bond był tym drugim typem człowieka, a jako tajny ajent specjalizował się w najkrwawszych i najtrudniejszych zadaniach. Dlatego teraz, zachowując zimną krew, chwycił osuwającego się na posadzkę Sarnickiego i krzyknął dramatycznym głosem:

    Ratunku!Pomocy!Człowiek mdleje,czy jest tulekarz?!

    Para, która przed chwilą robiła sztuczny tłok, pierwsza zareagowała na jego wezwanie: mężczyzna podtrzymywał Romualda Sarnickiego, a kobieta darła się wniebogłosy. Zanim położyli rannego na posadzce, Bond wyjął z jego kieszeni oprawiony w jasnobrązową skórę notes. Kobieta wciąż zawodziła, a jej towarzysz wołał o lekarza. Ludzie tłoczyli się i patrzyli, jak z Sarnickiego uchodzi życie. Lekarza nie było.

    Korzystając z zamieszania, para, która z początku tak przejęła się losem rannego, ruszyła w stronę pociągu, nie wsiadła jednak do niego, a zdecydowanym krokiem poszła za wagony kolejki. Kiedy nikt ich już nie widział, przestali się obejmować i niemal biegiem ruszyli w stronę Marszałkowskiej. W tym samym czasie ajent zmierzał na Poznańską numer piętnaście, gdzie mieściła się sowiecka ambasada. Nie był bowiem, jak stało napisane w dokumentach, kupcem Jakubem Bondem. Nazywał się Wsiewołod Władimirowicz Isajew, miał stopień komandira i był sowieckim szpiegiem!

     

  • Wraca saga o Lipowie, przeczytajcie fragment „Pokrzyku”!

    Jeśli czekacie na najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej, to mam coś dla Was do porannej kawy. Całkiem spory fragment „Pokrzyku”, który w księgarniach pojawi się już we wtorek. Jeśli jesteście ze Śląska oraz okolic, to dziewiątego listopada poprowadzę z autorką spotkanie w Katowicach. O szczegółach będę jeszcze informował, a teraz zostawiam Was z „Pokrzykiem”.

    Za oknem domu rodziny Orłowskich błysnął flesz. I kolejny. I jeszcze jeden. Mariusz Nowakowski poczuł znajome bicie serca. Nie dało się go powstrzymać. To był odruch bezwarunkowy, wyrobiony przez lata służby w policji.

    Obecność dziennikarzy oznaczała zazwyczaj jedno: zdarzenie, do którego jechał, to nie było jakieś tam pitu-pitu. Czekało go coś mocniejszego. Najczęściej morderstwo. Prasa nie interesowała się sprawami, które uważała za błahe. Zlatywali się jak sępy do ofiary, kiedy czuli, że temat dobrze im się sprzeda. A nic nie sprzedaje się lepiej niż krew na martwym ciele. Tego też Mariusz nauczył się przez lata. W tej robocie człowiek szybko tracił niewinność i złudzenia.

    Bywało, że dziennikarze zjawiali się na miejscu zdarzenia, jeszcze zanim przyjechała grupa dochodzeniowo–śledcza. Zapewne dlatego, że ci bardziej doświadczeni przedstawiciele mediów mieli nasłuchy na policyjne częstotliwości. Nic zaskakującego. Tak się działo na całym świecie. A przynajmniej w c y w i l i z o w a n y c h miejscach, pomyślał Mariusz, uśmiechając się ironicznie. Na przykład w Warszawie, gdzie przesłużył dwadzieścia lat.

    Lipowo i okolice to było co innego. Przypominały Nowakowskiemu raczej d z i c z. Może nieco okiełznaną, ale jednak. Wszędzie lasy, łąki, lasy, pola, lasy. Lasy. Lasy. L a s y. Szczerze mówiąc, rzygał już wszechobecnym drewnem. Drzew było tu tyle, ile zapewne w całym życiu nie widział. I wcale by tego nie żałował.

    Nie ciągnęło go do natury ani trochę. Jego domeną było miasto. Wśród betonu Warszawy czuł się najlepiej. W zaułkach starej Pragi, w przejściach podziemnych Śródmieścia, wśród blokowisk na południu miasta. A tu? Tu teren był obcy i nieznany.

    Nie chcę, kurwa, żeby mnie kręcili – warknął Rafał Domański wściekle. – Nie możesz czegoś z tym zrobić? Skoro zostałeś wynajęty?

    Mariusz Nowakowski spojrzał w jego stronę. Domański był wysokim mężczyzną o aparycji członka gangu motocyklowego z amerykańskiego filmu. Tatuaże, wąsy i broda, długie włosy, nabijana ćwiekami skórzana kamizelka i kowbojki. Brakowało tylko ciemnych okularów. Domański nie założył ich chyba tylko dlatego, że zimowy dzień był mglisty i ciemny, a dom Orłowskich należał do słabo doświetlonych.

    Nie jestem twoim ochroniarzem – odparł spokojnie Mariusz. Nie tacy jak Domański próbowali go wyprowadzić z równowagi. – Nie taka jest moja rola w tym wszystkim.

    No właśnie – rzucił wyzywająco Domański. – Zastanawiam się, jaka jest w tym wszystkim twoja rola. Bo nie rozumiem.

    Mariusz wzruszył ramionami. Emerytowani policjanci najczęściej zostawali albo ochroniarzami, albo detektywami. Nowakowski obiecał sobie, że jak zdejmie mundur, nie powieli tego stereotypu. Wytrzymał miesiąc, no może półtora. Potem samo jakoś tak się potoczyło, że obecnie był prywatnym detektywem.

    Przestań narzekać, kochanie – upomniała swojego partnera Iga Orłowska.

    Była średnią z trzech sióstr. Przypominała latynoską piękność. Ciemne włosy i oprawa oczu, do tego krągłości dokładnie tam, gdzie trzeba. Iga podkreślała swoje atrybuty obcisłymi sportowymi strojami. Sądząc po sylwetce, nikt by nie odgadł, że przekroczyła już pięćdziesiątkę. Nowakowski dałby jej najwyżej czterdzieści. Może nawet mniej.

    Iga podeszła do okna w korytarzu i przysiadła na parapecie. W zalotny sposób, ale nienachalnie. Wyraźnie miała w tym doświadczenie. Trwała tak przez chwilę w bezruchu. Najwyraźniej czekała, aż flesze znów błysną i dziennikarze uwiecznią jej nienaganną sylwetkę w swoich materiałach z miejsca zbrodni.

    Opanuj się – warknęła Elżbieta Orłowska.

    Mimo całego uroku i seksapilu Igi najstarsza z sióstr Orłowskich bardziej się Mariuszowi podobała. Było w niej coś przyciągającego, mimo że z reguły Nowakowski nie spojrzałby nawet na kogoś w jej wieku.

    Elżbieta miała klasę. Być może o to chodziło. Była rudowłosą posągową kobietą o alabastrowej cerze i nienagannej elegancji. Granatowy żakiet, który dziś włożyła, musiał pochodzić z atelier jakiegoś projektanta. Do tego cieniusieńki łańcuszek z najnowszej kolekcji popularnej firmy biżuteryjnej. Ledwo widoczny, a jednak dopełniający całości. Nowakowski doceniał takie szczegóły. I dobre, markowe rzeczy. Sam ubierał się tylko u najlepszych. Nawet jak musiał tarzać się w rynsztokach Wołomina i Pruszkowa. Pensja gliniarza nie starczyłaby na taką rozrzutność, ale miał to niewiarygodne szczęście, że pochodził z bardzo majętnej rodziny. Mógł służyć i chronić w spokoju ducha, wspierany pieniędzmi rodziców. Nigdy się tego nie wstydził ani przed nikim tego nie ukrywał. Mimo że wielu uważało to za doskonały powód do obrzucania go mniej lub bardziej idiotycznymi docinkami.

    Szybko przekonywali się, że nie powinni. Mariusz doskonale bowiem wiedział, że na ulicy, czy to wśród i n t e r e s a n t ó w, czy kolegów w mundurach, pieniądze nic nie znaczą, jeśli nie wyrobisz sobie respektu. To z kolei wymagało hartu ducha, brawury i czasem o d r o b i n y siły. Dokładnie w tej kolejności.

    Nawet teraz kręcisz tyłkiem na użytek dziennikarzy? – ciągnęła Elżbieta. Szeptała półgębkiem, ale w jakiś sposób nadal zachowywała klasę. – Teraz? Kiedy mama została zamordowana? Miej litość, Iga. Robisz z siebie pośmiewisko. I z nas wszystkich. Opanuj się.

    Iga rzuciła krótki uśmiech w stronę siostry. Pilnowała jednak, żeby kąciki ust nie powędrowały zbyt wysoko. Najwyraźniej zdawała sobie sprawę, że na zdjęciach nie będzie wyglądało dobrze, gdyby uśmiechała się zbyt szeroko. W łazience leżał przecież trup jej matki.

    Czy to długo potrwa? – zapytał Michał Chojnacki.

    Wszyscy spojrzeli w jego stronę. Chojnacki był mężem Elżbiety, choć najstarsza z sióstr nie przyjęła jego nazwiska. Być może chciała podkreślić swoją odrębność, a może miała jakieś inne powody.

    Chojnacki był lekarzem i właścicielem centrum medycznego. Ubierał się równie elegancko jak żona. Pasowali do siebie. Sweter w serek i dżinsy lekarza musiały kosztować majątek. Nowakowski był tego pewien. Miał w szafie podobne.

    No i proszę, cóż za ton? – zadrwiła Iga i zeszła z parapetu. Stawiała nogi z wdziękiem. Jak zawodowa baletnica. Musiała kiedyś trenować taniec. – Mężulka temperować nie będziesz, Elżbieta? Mówi, jakby śmierć naszej matki była dla niego zwykłą niedogodnością. Coś jak korek na obwodnicy, kiedy spieszysz się na samolot.

    Iga, przestań wkładać w moje usta to, czego nie powiedziałem – żachnął się Michał Chojnacki. – Od dziecka to robiłaś. Tylko teraz nie masz już kilkunastu lat, więc chyba nie wypada zachowywać się w ten sposób. Mogłabyś wreszcie troszeczkę zmądrzeć. Chcę się tylko dowiedzieć, ile takie oględziny zwykle trwają. Ja i Rafał jesteśmy umówieni na tenisa.

    Rafał Domański niespokojnie przejechał ręką po długiej brodzie. Wyglądał, jakby chciał się odciąć od słów Chojnackiego. Miał rację. Jeżeli bowiem lekarz usiłował zatrzeć złe wrażenie, to jego ostatnie słowa tylko jeszcze je pogłębiły.

    No proszę. Czyli jesteście we dwóch umówieni na tenisa? – zadrwiła Iga. W jej głosie wyraźnie słychać było szyderczą nutę. – A tu mama zabita. Co za szkoda. Rezerwacja hali przepadnie? Biedactwa!

    Przestań – syknęła Elżbieta.

    Wasza mama nie żyje, więc nic już jej nie pomoże. Czy będziemy sterczeć w korytarzu, jak banda idiotów, czy nie. Leokadia nie wstanie nagle i nie zacznie tu radośnie pląsać – ironizował Michał Chojnacki. Przejechał ręką po włosach, poprawiając doskonale przyciętą grzywkę. Fryzjer też musiał kosztować go majątek. – A ja zwyczajnie pytam, ile to wszystko zajmie. Nic więcej!

    Lekarz odwrócił się do Nowakowskiego.

    Ile to zazwyczaj trwa? – zapytał jeszcze raz.

    Nie ma reguły – odparł Mariusz. Wszystko przecież zależało od tego, czy trup był łatwy do obrobienia, czy skomplikowany. Co technicy zastali w pomieszczeniu i tak dalej.

    Wciąż nie mogę uwierzyć, że mama nie żyje – odezwała się płaczliwie Adriana Orłowska.

    Detektyw nie musiał nawet odwracać się w stronę najmłodszej z sióstr, żeby wiedzieć, że na jej pulchnej twarzy wykwitł purpurowy rumieniec. Tak się działo za każdym razem, kiedy się denerwowała. Szarpała też wtedy strąki przetłuszczonych blond włosów. Były na tyle cienkie, że można było przypuszczać, że Adriana przy okazji je sobie wyrywała. Celowo bądź nie.

    Mariusz wiedział już, że trzy siostry zostały adoptowane. O ile jednak można było pomyśleć, że Igę i Elżbietę łączą jakieś więzy pokrewieństwa, mimo fizycznych różnic, o tyle najmłodsza z kobiet zupełnie do nich nie pasowała.

    Katarzyna Puzyńska, fot: Agata Adamczyk

    Adriana przypominała Nowakowskiemu rozhisteryzowane dewotki z mokotowskiego kościoła, do którego czasem z przyzwyczajenia wpadał. Siedziały w ciasnej grupie w pierwszych rzędach i rzucały księdzu dobrodziejowi tęskne spojrzenia. Adriana pasowałaby tam idealnie. I nie chodziło wcale o religijność. Raczej o umiejętność toczenia gierek, którą te panie miały w małym palcu. Mariusz nie ufał Adrianie. Histeria i zbytnia emocjonalność mogły być jedynie zasłoną dymną. Pułapką dla tych, którzy chcą otoczyć ją opieką.

    Nie bądź śmieszna – zaśmiała się Iga. Jej piękne białe zęby musiały być dziełem doskonałego specjalisty od stomatologii estetycznej. Odrzuciła ciemne włosy na ramię. Gest zdawał się wystudiowany. Jakby średnia siostra nadal czekała na błyski fleszy. – Nienawidziłaś matki, Adriana. Jak my wszyscy.

    Proszę sobie nie pozwalać – wtrącił się Kornel Tomczyk.

    Był najmłodszym mieszkańcem tego domu. Mariusz nie uważał do tej pory za istotne ustalić, ile chłopak ma dokładnie lat, ale oceniał go na mniej więcej trzydzieści. Czyli dobre dwadzieścia mniej niż średnia wieku pozostałych osób. Tomczyk był rehabilitantem i zajmował się rodzicami Orłowskich. To znaczy póki starszy pan nie zmarł kilka dni temu, a jego żona nie została właśnie zamordowana, pomyślał Mariusz.

    Tomczyk stał dotychczas w głębi korytarza. Jakby dla podkreślenia, że nie należy do rodziny. Albo może chciał zachować się taktownie i pozwolić Orłowskim przeżywać żałobę w swoim gronie.

    Adriana zajmowała się rodzicami doskonale… – dodał jeszcze chłopak. – Była im bardzo oddana.

    Na te słowa najmłodsza z trzech sióstr znów spłonęła rumieńcem. Mariusz przyjrzał jej się uważnie. To właśnie Adriana skontaktowała się z agencją detektywistyczną, w której pracował. Oficjalnie to ona była więc jego klientką. Nowakowski ciągle jednak utwierdzał się w przekonaniu, że nie ufa jej ani trochę. Tak jak dewotkom z mokotowskiego kościoła, które ostatecznie okazały się pomagierkami grupy przestępczej.

    Podstawową zasadą mądrego policjanta jest nie ufać nikomu. To nie była tylko jego fanaberia. Tego Mariusz nauczył się już drugiego dnia służby. Jeszcze kiedy odrabiał wojsko w oddziałach prewencji. Kolega namotał wtedy tak, że o mało nie wylecieli. O ile nie gorzej.

    Mariusz musiał sporo się natrudzić, żeby to odkręcić. Uparł się, że go nie wyrzucą. Zrobił to też trochę na przekór bogatym rodzicom. Uważali, że syn powinien zająć się tym, co rówieśnicy z jego kręgów. Czyli n i c z y m. Powinien brylować na przyjęciach, a nie szarpać się z kibicami pod stadionem. Nowakowski natomiast uważał, że można jedno z drugim połączyć. I postawił na swoim.

    Potem wielokrotnie jeszcze przekonywał się, że nawet najbliższym kolegom należał się niewielki kredyt zaufania. Jak człowiek się tego trzymał, spotykał go mniejszy zawód, kiedy okazywało się, że ma rację. Jeśli zaś nie miał racji, to przecież tylko lepiej. Bezpieczniej jest pozytywnie się rozczarować, niż dostać kulkę w plecy, bo partner cię zostawił, kiedy powinien cię wspierać.

    Skończcie te dyskusje – syknęła Elżbieta. Na jej twarzy nie drgnął żaden mięsień. Nie pozwoliła sobie na żaden grymas. – Nie jesteśmy sami. Zapominacie chyba o tym.

    Skinęła głową w stronę końca korytarza. Dało się stamtąd słyszeć przytłumione głosy policjantów pracujących w łazience.

    Tak. I pamiętajcie, wszystko, co powiecie, może być wykorzystane przeciwko wam – dodał Mariusz. Nie mógł się powstrzymać. Wyraz niepokoju na ich twarzach szczerze go bawił. – Także…

    Zapadła cisza. Mariusz czuł, że jego obecność w tym domu nie została powitana z zachwytem, ale mimo to traktowali go z respektem. Był przecież emerytowanym gliną i znał się na tych sprawach lepiej niż oni.

    Straszna tragedia – podsumował Kornel Tomczyk. – Dobrze, że chociaż wiadomo, kto to zrobił.

  • Bracia Walterowie powrócą, a Częstochowa znów zadrży w posadach

    To był (jest) jeden z najciekawszych (najciekawszy) kryminalny debiut tego roku. Książka „Przeciwko bratu” ukazała się w lipcu, a okazuje się, że na ciąg dalszy przygód braci Walterów nie będziemy musieli jakoś strasznie długo czekać. Marcin Dudziński zdradza tytuł oraz fabułę drugiej części trylogii, która na rynku pojawi się w lutym. Nie wiem jak Wy, ale ja czekam. Chciałem nawet wczoraj wyrwać autorowi rękopis, ale poległem. Muszę więc uzbroić się w cierpliwość, to przecież raptem kilka miesięcy 😉

  • Płonący garaż, seryjny morderca oraz bohater, który nigdzie nie pasuje. Dziś premiera „Resetu”

    Różne rzeczy się robi, żeby materiał wyszedł atrakcyjnie. Czasem trzeba się gdzieś wspiąć, przeskoczyć przez płot, a czasem…podpalić garaż. Albo chociaż zrobić taką symulację. W jednej z pierwszych scen „Resetu” taki garaż rzeczywiście płonie, jednak gdy spojrzeć na ściany, to ogień nie ze wszystkim sobie poradził. Co dostrzegli policjanci? Czy te wskazówki pomogą ująć seryjnego mordercę, który w „Resecie” ma jeszcze zadanie do wykonania? Czy Tomasz Kawęcki przestanie w końcu pić?

    Krzysztof Domaradzki zakończył swoją łódzką trylogię kryminalną. Co dalej? Łapcie naszą rozmowę. Zaświadczam, że w trakcie nagrania nie ucierpiał ani jeden garaż.

  • „Jeśli bywacie w Jastrzębiej Górze, to poczujecie klimat Przeradowa”

    Latem to może być nawet całkiem urokliwa miejscowość. Zapach smażonej ryb, tłumy turystów, krzyk mew, piski bawiących się w morzu dzieci. Jednak Przeradowo poza sezonem, to już zupełnie inne miejsce, szczególnie, jeśli przy brzegu zamiast muszelek, można trafić na ciało młodej dziewczyny. Niby od początku wszystko wiadomo, bo pewnej deszczowej nocy na komisariat zgłasza się Jan Kowalski, który przyznaje się do zabójstwa tej oraz kilku innych kobiet. Do akcji wkracza starszy sierżant Krzysztof Igielski, który… Co Wam będę opowiadał, przeczytajcie sami „Pokutę”. Dodam tylko, że pojawia się tutaj starsza pani ze Szwecji, młoda dziewczyna z Przeradowa. Wszystkich coś łączy, ale czy wszyscy chcą naprawdę dobrze? Łapcie rozmowę z Anną Kańtoch. Dowiecie się też o czym będzie kolejny kryminał pisarki ze Śląska. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to ukaże się w przyszłym roku.

  • Wszystko zostaje w rodzinie, czyli dziś premiera „Przeciwko bratu”

    Pisałem na Facebooku kilka dni temu, że dawno nie czytałem tak dobrego debiutu. Zdanie podtrzymuję, czekam na kolejny tom (będą trzy). Z czym kojarzy się Częstochowa, to specjalnie nie będę tutaj wyjaśniał, więc scenerię mniej więcej macie w głowie. Jest Jerzy – szef policji oraz jest Stanisław – biskup pomocniczy, który tak naprawdę trzęsie kurią. Tak się składa, że panowie są braćmi, a tytuł książki idealnie oddaje to, co w książce się dzieje. Który z nich jest czarnych charakterem, a który niewinną (?) owieczką? Co wspólnego z całą historią ma pewna prawniczka, a kto zasadza się na częstochowskie grunty. Sporo rzeczy zostaje tutaj w rodzinie. Niestety, nie mogę Wam o wszystkim napisać. Tak naprawdę, to każde kolejne słowo, będzie słowem za dużo. Dziś premiera „Przeciwko bratu” – polecam i na pewno Marcin Dudziński jeszcze się tutaj pojawi.