Tag: kryminał
-
Wilk stał się w Norwegii symbolem wszystkiego, co najgorsze
Kiedy w październiku Mons Kallentoft powiedział mi, że nadciąga fala skandynawskich kryminałów z ekologią w tle, to powiem szczerze, że gdyby nie było to w trakcie spotkania z czytelnikami, to bym go puknął w czoło. Minęło jednak kilka miesięcy, i jeśli ktoś ma się w to czoło puknąć, to ja. Dziś premiera „Mężczyzn, którzy nienawidzą wilków”. Tak, tak, dobrze kojarzycie, podobny tytuł już był, nijakiego Stiega Larssona. Poleciałem do Oslo, poszliśmy z Larsem Lenthem do lasu, pogadaliśmy o wilkach, nienawiści, granicy ze Szwecją, relacjach międzyludzkich, a także nowym kierunku w literaturze – kryminale ekologicznym. Jeśli macie ochotę stać się właścicielami książki, albo przeczytać o niej więcej, to kliknijcie tutaj. Smacznego!
-
Obszerny fragment „Galerii umarłych” Chrisa Cartera!
Emocje już powoli opadają. Chris Carter przyjechał, zrobił furorę, po czym poleciał dalej. Dwa spotkania, kilkaset autografów oraz zdjęć, dwa spadające z kamienicy na Pradze kamienie – to skrótowy bilans wizyty brazylijskiego pisarza w Polsce. Miałem przyjemność prowadzić warszawskie spotkanie, na którym, a właściwie, przed którym, wykupiliście wszystkie książki. Nie dla wszystkich starczyło, ale…Wtedy wchodzę ja, cały na biało 😉 Mam dla Was baaaaaaardzo obszerny fragment „Galerii umarłych”. Wystarczy tylko kliknąć i zatopić się w lekturze blisko czterdziestu stron. Książkę znajdziecie w księgarniach już od najbliższej środy, ale jeśli chcielibyście narobić sobie apetytu w trakcie świąt, to śmiało, częstujcie się. Zamiast sernika 😉 Kliknijcie TUTAJ 😉 Jeśli natomiast chcecie kupić, to kliknijcie w okładkę. Wiadomo, jedno nie wyklucza drugiego 🙂
-
Bukowce, czyli miejsce, które nie istnieje
Pojechaliśmy do miasta, którego próżno szukać na mapie, ale dzięki wskazówkom Jędrzeja Pasierskiego, trafiliśmy. Znaleźliśmy też dom, który w „Roztopach” odgrywa bardzo ważną rolę. W tych wyjątkowych okolicznościach przyrody porozmawialiśmy o Beskidzie Niskim i Łemkach, lokalnym policjancie, zwanym Kojakiem, ale też o umieszczaniu akcji książki w bardzo małych miejscowościach. Nie zabrakło tematu Niny Warwiłow, która stara się rozwiązać kolejną skomplikowaną zagadkę oraz tajemniczego pana Pajdzika, który zimą jest królem okolicy.
Jednak przede wszystkim, „Roztopy” to kryminał o samotności, miłości i przeszłości. Uważajcie, komu ufacie, bo niektórzy bohaterowie mogą Was zaskoczyć. Niekoniecznie pozytywnie.
-
Carl Mørck zginie, czy przejdzie na emeryturę?
Zanim obejrzycie rozmowę, krótkie wprowadzenie. Nasza spotkanie było zaplanowane w plenerze, ale rano okazło się, że strasznie wieje i leje. Pomyślałem więc, że autor nie ma przecież dwudziestu lat, więc nie będę go ciągał w taką pogodę po Krakowie, umówiliśmy się więc w hotelu, w którym mieszkał autor. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że Jussi Adler-Olsen jest takim profesjonalistą, że gdy się spotkaliśmy, to powiedział coś takiego: „Adam, ten deszcz by mi naprawdę nie przeszkadzał, chodźmy tam”. Zostaliśmy jednak w hotelu, ale też na schodach.
Obejrzyjcie naszą rozmowę, a dowiecie się wielu ciekawych rzeczy. Jakich? Oto kilka przykładów. Kim byłby Jussi, gdyby nie został pisarzem? Czy jego główny bohater Carl Mørck zginie, a może po prostu przejdzie na emeryturę? Czy zdradzi ostatnie zdanie dziesiątej książki o Departamencie Q? No i co się stanie, gdy ta seria się skończy? Dowiecie się również, że nie jestem taki głupi, na jakiego wyglądam 😉
-
Fragment najnowszej książki Wojtka Miłoszewskiego tylko na smakksiazki.pl
„Kastor”, czyli najnowsza książka Wojtka Miłoszewskiego trafi do księgarń 31 października, mam dla Was niespodziankę, bo tylko na smakksiazki.pl przeczytacie już jej fragment. Tym razem Wojtek zabierze nas do Krakowa lat dziewięćdziesiątych, w którym zło czai się na każdym kroku oraz za każdym rogiem. Dla fanów Miłoszewskiego mam dobrą wiadomość – to będzie kryminał. Poniżej fragment, smacznego.
Sterany życiem tramwaj zaprotestował ze zgrzytem, skręcając z Basztowej w Długą. Kilka minut po piątej nad ranem wagon nie był zatłoczony, a nieliczni pasażerowie milczeli. Prawdopodobnie rozmyślali nad swoim losem, nakazującym im zebrać się do roboty o tak nieludzkiej porze. Stojący z tyłu mężczyzna ubrany był w sztruksowe spodnie, za dużą marynarkę w kratę i brązowe znoszone pantofle. Dobiegał czterdziestki, a jego bladą twarz z drobnym nosem okalały blond włosy, opadające w nieładzie do ramion. Balansował lekko na nogach, wciskając dłonie w kieszenie spodni. Nie trzymał się żadnego z uchwytów. Nie musiał, poruszał się krakowskimi tramwajami od trzydziestu lat i z perfekcyjną precyzją wiedział, w którym momencie obłe cielsko wykona kolejny zwrot lub bujnie się niebezpiecznie w bok.
Komisarz Kastor Grudziński wyskoczył zwinnie na Nowym Kleparzu, cofnął się trochę i po krótkiej chwili szedł wzdłuż muru okalającego Dom Pomocy Społecznej imienia Helclów. Dwie bardzo mocne kawy, które wypił przed wyjściem, niestety nie przyniosły pożądanego efektu. Dosłownie milisekundy przed zapadnięciem w sen zawsze uruchamiał stoper. Nawyk spowodowany bezsennością, dręczącą go od szóstego roku życia. W ten sposób wiedział, że tej nocy przespał całe siedemnaście minut. Bardzo dobry wynik jak na niego, ale teraz czuł potworne zmęczenie, jeden z silnych kryzysów dopadających go w ciągu dnia.

Kraków, fot: www.unsplash.com/Jacek Dylag Gdy dotarł do numeru siedemdziesiąt dziewięć i zauważył poloneza w biało-niebieskich barwach, od razu poczuł się lepiej. Wiedział, że jest tu po to, bo stało się coś złego, ktoś potrzebuje pomocy. On jest po tej dobrej stronie. Ta myśl zawsze dodawała mu sił w najtrudniejszych sytuacjach. W mieście ma być porządek.
Rozpoznał stojącego przy radiowozie policjanta, nie pamiętał jego nazwiska, ale wiedział, że jest sierżantem z podgórskiego komisariatu. Solidny i doświadczony glina. Dlatego zdziwił się wyrazem jego twarzy, bladej i lekko wystraszonej.
– Panie komisarzu, na dole – wychrypiał policjant.
Kastor skinął niedbale głową i ruszył do wejścia. Mijając radiowóz, zauważył na drzwiach samochodu niebieską farbę w innym odcieniu, ślad po niedawnym malowaniu, zmieniającym milicję w policję. Wielomiesięczne rozmowy, wielkie przygotowania związków zawodowych. Wszystko tylko po to, żeby w końcu rzucić hasło, że od dzisiaj Policja to nowoczesność. Czyli co, ten rozklekotany polonez? Przynajmniej mundurowi mają samochody, nie muszą dymać na robotę tramwajem tak jak ja, pomyślał ze złością Kastor.

fot: www.unsplash.com/Denny Müller Wszedł na klatkę chylącej się ku upadkowi rudery. Szybko spostrzegł, że w kamienicy dawno wyłączono prąd, i zszedł do piwnicy, świecąc sobie zapalniczką. Uderzenie smrodu było niczym cios brudną szmatą. Kombinacja potu, fekaliów i moczu w takim stężeniu, że szybko zgasił zapalniczkę, kierowany absurdalnym strachem, że ta mieszanina gazów po prostu wybuchnie. Stojący na dole policjant oświetlał promieniem latarki brudne twarze około dwudziestu dzieci. Miały od pięciu do dwunastu lat, uniesione w górze rączki i spojrzenia wypełnione bólem i strachem. Kastor nie znał tego funkcjonariusza, prześlizgnął się tylko wzrokiem po jego pagonach i rzucił cicho:
– Sierżancie… Każcie im opuścić te ręce.
Policjant skinął głową i przekazał prośbę na migi, a wszystkie dzieci jak na komendę opuściły posłusznie ramiona.
– Wykręciliście po kredens? – spytał Kastor. – Jasne. Jakby na potwierdzenie tych słów z zewnątrz dobiegł
charakterystyczny terkot. Policyjny star. Kastor wziął latarkę od sierżanta i po kolei zaczął świecić po twarzach dzieci mrużących oczy przed ostrym światłem. Wszystkie bez wyjątku miały ciemną karnację i komisarz wątpił, aby któreś pochodziło z Polski. Potrzebowali tłumacza, ale po pierwsze, wiedział, że to trochę zajmie, a po drugie, nie chciał na razie z nimi rozmawiać. Szukał jakiegoś znaku, elementu lub wskazówki, a ten mógł dostać tylko od któregoś ze starszych dzieci. W końcu znalazł to na twarzy na oko jedenastoletniej dziewczynki z burzą ciemnych włosów ogarniętych wszawicą. Oddał latarkę policjantowi i powiedział:
– Zabieramy je do pogotowia opiekuńczego. Skołujcie wodę, jedzenie, no i tłumacza.
– A skąd ja wezmę tłumacza? – spytał szczerze zdziwiony sierżant.
– Wykręć Gienia Jankowskiego z Mogilskiej. Powiesz mu, że potrzebujesz gościa, co się nazywa Santino Mirga.
-
„Wiatraki”: fragment najnowszej książki Krzysztofa Zajasa
Wysiadła. Odurzył ją mdlący zapach gryki wypełniający czerwcową noc. Jej olbrzymie połacie jaśniały w mroku po obu stronach drogi, dobrze widoczne w bladym świetle przysłoniętego chmurami księżyca. W dzień gryka ma lekko różowy odcień, ale nocą robi się biała. Było cicho. Wiatr trącał drobne listki, ale pączki kwiatków tkwiły nieruchomo na polu jak ustawiona do boju armia w białych hełmach. Ciągnęły się po horyzont. Jakieś dwieście metrów od niej leniwie kręcił się najbliższy wiatrak, dalej dwa następne. Widocznie górą wiało mocniej. Weszła w szparę między pędami gryki, rozpięła spodnie i już miała przykucnąć, gdy nagle się poderwała. Nie, dwa dalsze się nie kręciły, tylko ten najbliższy. Dziwne. Punktowy wiatr, który kręci tylko jednym wiatrakiem. Przyjrzała mu się uważniej. Skrzydła bezgłośnie przesuwały się na tle czarnego nieba, łyskając na czerwono w miejscach, gdzie przecinały się ze smugą bijącą od migającej lampy. Szły powoli, leniwie, ale jednak szły, w przeciwieństwie do pozostałych. Oni je czasem wyłączają, jak dobiją do tygodniowych limitów, pomyślała i trochę się uspokoiła. Kucnęła i błogo oddała się fizjologicznej uldze. Nagle coś zachrzęściło za jej plecami. Poderwała się i jednym szybkim ruchem podciągnęła majtki razem ze spodniami. Dźwięk się nie powtórzył. Wsłuchana w ciszę nieruchomego pola gryki starała się bezgłośnie zapiąć guzik dżinsów, darując sobie zamek błyskawiczny. To było jak nieostrożny krok w wysokiej trawie. Ktoś przechodził w pobliżu. Ktoś albo coś. Tu w okolicy kręci się pełno dzikiej zwierzyny: dziki, sarny, jelenie. Mógł być też pies, lis. Co jeszcze? Słyszała, że krążą tu jenoty, a nawet kiedyś przechodziły szakale, jak jej opowiadał pewien leśniczy. Ostrożnie wypuściła powietrze. Zwierzęca wyliczanka nieco ją uspokoiła. Ale tylko nieco i wiedziała dlaczego. Dźwięk przypominał szurnięcie materiału o liście. To oczywiście nic nie znaczyło, mogło jej się po prostu wydawać, ale swojemu panicznemu strachowi nie zdołała tego wyjaśnić. Podchodził do gardła, jakby niedawne podniecenie u pana Palanta wracało na swoje miejsce. Co robić?

fot: smakksiazki.pl Uświadomiła sobie, że nie jest całkiem ciemno i jej twarz widać w księżycowej poświacie, więc znów przykucnęła, tym razem powoli. Od zwilżonej ziemi doszedł ją zapach własnego moczu. Jakimś zupełnie niepojętym sposobem podziałał na nią uspokajająco. Skuliła się i rozłożyła ciężar ciała na całe stopy, żeby dłużej wytrzymać w tej pozycji. Zaczęła nerwowo rozmyślać nad tym, czy jej granatowego golfa widać przy tym świetle z odległości, dajmy na to, dziesięciu metrów. Doszła do wniosku, że nie, i znowu zrobiło jej się odrobinę lepiej. Żałowała, że zostawiła na siedzeniu komórkę.
Ukrycie ma swoje zalety, ale i wady. Mniej widzisz i mniej słyszysz. Nagle wyobraziła sobie, że ten ktoś stoi tuż za jej plecami, szykując się do ataku, i wstrząsnęła nią nowa fala strachu. Obejrzała się tak gwałtownie, że omal nie pacnęła tyłkiem we własne siki, ale nikogo nie było. Oczywiście, przecież tu nikogo nie ma. Uroiła sobie. Wszystko przez te cholerne wiatraki i ich migające lampy! Plus podniecenie, które nie chciało jej opuścić. Co za popieprzona noc!
Kiedy się podnosiła, rozległ się głośny trzask. Drgnęła, a potem zaklęła cicho. Tym razem chrupnęło jej własne kolano. Roztarła je dłonią i wyprostowała plecy, rozglądając się i nasłuchując. Cisza. Uznała, że dosyć tych bzdur, i energicznym krokiem wróciła na polną drogę. Samochód stał na swoim miejscu, w kabinie paliło się światło. Wysiadając, nie domknęła drzwi. Całe jej harcerskie ukrywanie się w gryce ze spodniami w garści warte było funta kłaków, skoro intruz mógł zobaczyć samochód z kilometra. Bez sensu. Wskoczyła za kierownicę, grzmotnęła drzwiami z całej siły, aż golf się zakołysał, i wcisnęła kołek blokady. Urojenia urojeniami, ale zawsze lepiej się zabezpieczyć. Pomacała siedzenie pasażera i znalazła swoją komórkę. Pomyślała, że da się jej użyć w charakterze latarki, a potem przypomniała sobie o dużej latarce w bagażniku i po chwili wahania wysiadła. „Po co wysiadasz, głupia?!”, wrzasnęła w niej ta druga Magda, więc udzieliła jej rozsądnej odpowiedzi. Po pierwsze, nie jest wcale strachliwą kurą, uciekającą przed byle szelestem. Po drugie, należy sprawdzać swoje podejrzenia, choćby kosztem komfortu i nawet wtedy, gdy na cyferblacie jest akurat północ. A po trzecie, najważniejsze: nie wysikała się do końca.
Wyjęła z bagażnika wielką wodoszczelną latarkę na akumulator, która mogła również służyć za broń, i wróciła na wydeptany placyk w łanie gryki. Poświeciła wkoło, ale oprócz odcisków swoich butów oraz mokrej plamy na ziemi niczego nie znalazła. Postanowiła najpierw dokończyć zaczęte, więc odpięła guzik, zsunęła spodnie i przykucnęła. Kucała już do tego cholernego sikania czwarty raz i uśmiechnęła się do siebie, wyobrażając sobie minę Zbysia, kiedy o tym słucha. Ulga wyparła z duszy resztki strachu. Nabrawszy pewności siebie, poświeciła wkoło, a potem – żeby pokazać sobie i całemu światu, jaka z niej dzielna dziewczynka – zrobiła kilka kroków w głąb pola. To gdzieś stąd doszedł ją ten cholerny szelest. Faktycznie, parę metrów dalej pośrodku pola gryki była kępa krzaków. Chyba głóg. Wyrósł na pryzmie kamieni zebranych pewnie ze sto lat temu przez niemieckich robotników rolnych. Tak się dawniej oczyszczało grunty pod uprawę, zresztą i dzisiaj chłopi znosili kamienie na małe sterty na krańcach pól. Ta zarosła gęsto i na tle białej gryki stanowiła ciemną wyspę. Doskonała kryjówka dla zwierząt. I ludzi. Zacisnęła mocniej dłoń na latarce i snopem światła omiotła wysepkę. Zrobiła dwa kroki do przodu i znieruchomiała. W gryce przed nią był wyraźny ślad. Ktoś tędy przechodził. Poświeciła niżej – w czarnej ziemi widniał odcisk wielkiego buta.

fot: smakksiazki.pl Przestała na chwilę oddychać. Usiłując nad sobą zapanować, zrobiła trzy kroki w tył, powoli, jakby stąpała po polu minowym. Spojrzała za siebie. Droga do samochodu była wolna. Ostrożnie, krok po kroku ruszyła do auta. Kiedy już otworzyła drzwi golfa, obejrzała się.
Stał piętnaście metrów od niej. W szerokiej żółtej kurtce, takiej, jaką noszą rybacy podczas sztormu, obcisłych legginsach i dziwnym kapeluszu na głowie, którego rondo zasłaniało twarz. Patrzył na nią. Kojarzył jej się z niezgrabnym strachem na wróble, dla kawału ubranym przez kogoś w sztormiak. „Kim jesteś?”, chciała krzyknąć, ale wyszedł jej tylko bezdźwięczny świst, jakby sama była wiatrakiem.
Poruszył się. Podniósł głowę i zanim zdołała przyjrzeć się jego twarzy, odwrócił się i odszedł. Zrobił kilka kroków środkiem drogi, a potem skręcił i zniknął, jakby zapadł się pod ziemię. Jednym skokiem znalazła się na siedzeniu i z hukiem zatrzasnęła drzwi. Niezawodny golf odpalił natychmiast. Nie zamierzała wracać na wstecznym do głównej szosy, ponieważ musiałaby przejechać obok miejsca, gdzie tamten właśnie zniknął. Wiedziała, że farmy wiatrowe mają wewnętrzne ścieżki i między wiatrakami musi być połączenie dla obsługi technicznej. Powinien też być inny wyjazd. Ruszyła w tamtą stronę. Intensywnie czerwone światło pozycyjne jedynego kręcącego się wiatraka pulsowało nieregularnie, gasnąc i rozbłyskując według sobie tylko znanego wzoru.
Mijając go, zerknęła w górę. Po dziesięciu metrach nacisnęła hamulec. Nie, to niemożliwe. Za dużo jak na jeden wieczór.
Wiatrak kręcił się trochę nierówno, w rytmie dwutaktu, przyspieszał i zwalniał, wpadając w irytujący rytm. Magda zadławiła się z wrażenia i musiała odkaszlnąć. W rozbłysku czerwonego światła zobaczyła, jak obroty wirnika zwalniają i od dołu podjeżdża kolejna łopata, wolno, z trudem wspinając się pod górę. Gdy dotarła do punktu szczytowego, niemal znieruchomiała w pozycji pionowej i wtedy Magda je zobaczyła. Było obwiązane sznurem jak baleron, z głową opadniętą na ramię i rękami rozłożonymi w proszalnym geście. Tkwiło w bezruchu przez ułamek sekundy, prezentując się w rubinowej poświacie, a potem nagle lampa zgasła i śmigło, przyśpieszając, ruszyło w dół. Ciało znikło, przesłonięte czarnym skrzydłem nocy, a potem wyłoniło się jeszcze raz. Musiała krzyknąć, żeby się nie udusić. Jej charkotliwy wrzask podziałał na nią jak środek pobudzający. Wrzuciła bieg i ze skręconą kierownicą ruszyła na pełnym gazie.





