Tag: kryminał

  • „Śreżoga”, siekiery, nauka śląskiego, wołanie Klementyny. Wizyta w Lipowie u Katarzyny Puzyńskiej

    432 kilometry w jedną stronę. To dystans, który dzieli mnie od Lipowa, którego przecież na mapie nie ma, ale jednak udało się tam dotrzeć ;). Z okazji premiery „Śreżogi” Katarzyna Puzyńska pokazała miejsca związane z serią o Lipowie, porozmawialiśmy oczywiście o najnowszej książce, ale też próbowaliśmy się wprosić na kawę do Klementyny, nauczyłem Kasię kilku słów po śląsku, a wspólnie zastanowiliśmy się nad tym, ile części będzie jeszcze miała lipowska saga. Przypominam, że „Śreżoga” jest dwunastym odcinkiem cyklu. Zapraszam Was na wycieczkę, zapnijcie pasy i jedziemy! Jeśli nie możecie obejrzeć, to możecie naszej rozmowy posłuchać jadąc samochodem, robiąc śniadanie, pranie, itd. Wystarczy, że klikniecie tutaj

  • Czekacie na nową książkę Katarzyny Puzyńskiej? Przeczytajcie fragment „Śreżogi”!

    2020 Działka Trawińskiego w Kuligach.

    Niedziela, 23 lutego 2020. Godzina 20.00.

    Sierżant sztabowy Radosław Trawiński Sierżant sztabowy Radosław Trawiński nacisnął guzik pilota. Brama nie zaskoczyła od razu. Otworzyła się dopiero po kolejnej próbie. Zaklął cicho pod nosem. Będzie trzeba coś z tym zrobić. Tym bardziej że wyglądało na to, że trochę posiedzi na działce. Kłótnia z żoną przeciągała się. Maja nie rozumiała, że on miał dość. Nie jej oczywiście. Tylko tego, co robił. Ale ona chciała więcej i więcej. Była nienasycona. Nie pytała, skąd Trawiński bierze pieniądze. A przecież musiała wiedzieć, że nie z pensji policjanta. Musiała. Nie wierzył, że nie.

    W końcu porozmawiał z nią wprost. Myślał, że znajdzie w niej sprzymierzeńca. Przecież oboje obiecywali sobie, że będą zawsze stali ramię w ramię. Nieważne, jakie przeciwności przyniesie życie. Bez względu na wszystko. Tymczasem Maja wybuchnęła. Krzyczała, że nie będzie żyła w biedzie. Potem nakręcała się coraz bardziej. Mówiła, że zawsze jest wyjście. Tylko wyjście proponowane przez nią wcale mu nie odpowiadało. W końcu Trawiński nie wytrzymał i wyszedł z mieszkania. Czuł, że jeżeli tego nie zrobi, to wybuchnie. A nie chciał, żeby dzieci na to patrzyły. Nie były niczemu winne.

    Całe szczęście kupili jakiś czas temu tę działkę. Tu miał być ich wymarzony dom. Po remoncie oczywiście. Na razie to była tylko ruina. Ruina obok ruiny. Działka mieściła się w Kuligach. Tuż obok opuszczonego starego dworu, który teraz majaczył mu w ciemności we wstecznym lusterku. Obok był jeszcze zniszczony pegeer. Powybijane szyby i dziurawe dachy straszyły w ciągu dnia. Teraz ukryła je czerń nocy.

    Kurwa – mruknął Trawiński i jeszcze raz nacisnął guzik pilota.

    Brama zaczęła się zamykać, zamiast otwierać. Powinien był zamówić elektryka, żeby to zamontował. Ale nie, uparł się, że zrobi to sam. A praktycznie w ogóle nie znał się na elektryczności. No i proszę. Teraz są efekty.

    W końcu brama się otworzyła i policjant wjechał na teren działki. Zakupy rzucone niedbale na tylne siedzenie pobrzękiwały. Niedługo spodziewał się gościa. Nie oczekiwał niczego dobrego po tym spotkaniu. Niestety nie umiał odmówić. Za długo się na wszystko zgadzał, żeby teraz to zrobić.

    (…)Policjant nacisnął znów guzik pilota. Światło czujnika zamigało w ciemności, ale brama się nie zamknęła. Uparcie trwała otwarta. Trawiński spojrzał w lusterko. Na tle majaczącego w ciemności opuszczonego dworu zobaczył jakiś ruch. Na pewno nie był to lis. To musiał być człowiek. I to wysoki. Trawiński wysiadł z samochodu i odwrócił się powoli.

    Daniel? – zapytał zaskoczony. Ostrze siekiery połyskiwało w świetle księżyca.

  • „Nie zdradzałem jeszcze tytułu nowej książki, ale teraz już mogę”. Jędrzej Pasierski z Wielkim Kalibrem

    Roztopy” Jędrzeja Pasierskiego zostały uhonorowane tegoroczną Nagrodą Wielkiego Kalibru, a nam udało się połączyć chwilę po internetowej gali. Autor zdradził jak świętuje ten gigantyczny sukces, opowiada też na co wyda część nagrody, ale przede wszystkim zdradza kilka szczegółów dotyczących swojej najnowszej książki, która ukaże się w styczniu. Tak, będzie Nina Warwiłow 🙂 Obejrzyjcie zapis naszej krótkiej rozmowy na żywo.

  • Chełmża – małe miasto z dużym potencjałem kryminalnym

    Ystad, Fjällbacka, Chełmża. Małe miasta, które w świadomości czytelników zasłynęły przez umieszczone w nich akcje kryminałów. Możemy wymieniać dalej, bo przecież Katarzyna Puzyńska osadziła akcje w fikcyjnej wsi Lipowo, położonej niedaleko realnej Brodnicy. Co daje mała miejscowość czego nie da duże miasto? Opowiada o tym Robert Małecki, który pchnął komisarza Bernarda Grossa do Chełmży nieopodal Torunia. Dlaczego właśnie tam? Czy mała powierzchnia nie ogranicza wyobraźni pisarza? Obejrzyjcie, posłuchajcie, zobaczcie, jak wygląda miasto Grossa.

  • „Moi bohaterowie są outsiderami, nikt na nich nie stawia”

    W najnowszej książce jest kilka scen, które Was wzruszą, kilka takich, które Was rozbawią, ale będą też momenty, w których zastanowicie się nad sobą i spojrzycie głęboko w swoją duszę. Niby powieść kryminalna, a ładunek emocjonalny całkiem spory. O niektórych momentach z „Bez reszty” rozmawiamy, ale większość znajdziecie sami. Zresztą sam tytuł sporo mówi o Kastorze Grudzińskim, głównym bohaterze książki. Rozmawiamy o uprowadzaniu dzieci, łapówkach w policji, ale też dorosłych facetach, którzy dostają nowe życie, które bardzo łatwo można spieprzyć. Polecam Wam nową rzecz od Wojtka Miłoszewskiego, bo po prostu warta jest przeczytania. Czy Kastor wróci? Odpowiedź znajdziecie w poniższym nagraniu.

  • „Gdy byłam mała liczyłam wagony”. Rozmowa z Anną Kańtoch o „Wiośnie zaginionych”

    Wątek pociągów pojawia się w książce Anny Kańtoch nie pierwszy raz. W „Wierze” pojawił się dworzec w Węgierskiej Górce, a my spotkaliśmy się przy posterunku kolejowym w Katowicach Janowie – w te okolice wybiera się na spacery główna bohaterka „Wiosny zaginionych”. Bohaterka, która jest emerytowaną policjantką, ale ma do rozwiązania jeszcze jedną zagadkę, związaną bezpośrednio z jej rodziną. Co wydarzyło się w 1963 roku na wycieczce w Tatry? Dlaczego z piątki studentów wróciła tylko jedna osoba? Co się stało z bratem głównej bohaterki? „Wiosna zaginionych” to pierwsza część trylogii kryminalnej, której fabuła toczy się przede wszystkim na Śląsku. Zobaczcie naszą rozmowę, w trakcie której: przejeżdża pociąg, gryzą nas komary, znajdujemy wenę w katowickim lesie oraz rozmawiamy o naszej fascynacji koleją.

     

  • „Związek z Rudolfem Heinzem uważam za udany”

    Nic nie trwa wiecznie, wszystko się kiedyś kończy, każda seria ma swój kres, itd. Te zwroty słyszeliście pewnie w swoim życiu wiele razy, ale jednak łezka się w oku kręci, gdy uświadomimy sobie, że naprawdę pewna era dobiega końca. Mariusz Czubaj postanowił zakończyć cykl z Rudolfem Heinzem w roli głównej. Czy będziemy tęsknić? Oczywista oczywistość. Czy „Cios kończący” naprawdę wszystko kończy? Co robi profiler w ostatniej części swoich przygód i jak ona się w ogóle kończy? O tym wszystkim rozmawiam z Mariuszem Czubajem w pięknych okolicznościach przyrody, czyli między świętochłowickimi familokami, bo tam również Heinz się zapuszcza.

  • Piosenka pisarza kryminałów hitem w sieci!

    Nominowali go do nagrania piosenki związanej z pandemią, ale z racji tego, że nie ma raperskiej duszy, to wyszedł protest song na ludową nutę. Ryszard Ćwirlej tekst piosenki napisał w przerwie pracy nad najnowszą powieścią. Jak mu wyszło? Posłuchajcie, a nawet zobaczcie, bo do piosenki „Dymisja dla notariusza” powstał też teledysk.

    Jak przebiegało nagranie piosenki? „Porozmawiałem ze Zbyszkiem Starostą, szefem Rokietnickiej Orkiestry Dętej i okazało się, że pomysł mu się bardzo spodobał. Skontaktował mnie z Pawłem Pełczyńskim z De Mono, mieszkańcem mojej gminy, który również lubi ciekawe wyzwania, a ponadto ma w domu własne studio nagrań. Pojechałem do niego z tekstem w ręku, żeby pogadać o tym co możemy zrobić, i naraz zaczęła powstawać koncepcja, potem muzyka, którą Paweł aranżował i nagrywał na bieżąco, a gdy w końcu gotowa była linia melodyczna i niemal cała aranżacja, stanąłem przed mikrofonem. Gdy trzy godziny później wychodziłem od niego moje wokale były już nagrane” – mówi Ryszard Ćwirlej. Później dograno sekcję dętą, skrzypce oraz chórki, za które odpowiedzialne były nauczycielki z miejscowej szkoły. Nad warstwą wideo czuwał Adam Michta, radny z Rokietnicy, a montażem syn Ryszarda Ćwirleja – Michał.

    https://www.youtube.com/watch?v=TrUAIJMz-yY&fbclid=IwAR2Emf0HYMC3SeoB4yYDcPbjpOPVIHgYMFfI5w72Hi9JN1YU-PMcqFt6NXc

  • „Muszę być jak ten bosman” – Robert Małecki o pisaniu na pełny etat

    Wkrótce minie pół roku, od kiedy porzuciłem pracę zawodową na rzecz pełnoetatowego powieściopisarstwa. Z tej okazji Adam Szaja ze smakksiazki.pl zapytał o bilans zysków i strat. Zamiast udzielić odpowiedzi, westchnąłem. Tak, westchnąłem, bo wszystko miało wyglądać inaczej. Kalendarz na wiosnę i lato wypełniał się spotkaniami w bibliotekach i wyjazdami na festiwale, a w ślad za tym mój szef (paskudny typ!) zacierał ręce, licząc przychody.

    Marcowe targi książki w Poznaniu miały zapoczątkować długi cykl imprez, na których miałem się pojawić z promocją wydanej w styczniu br. „Zadry” – trzeciej części serii kryminalnej z komisarzem Bernardem Grossem. Targi się odbyły, ale zaplanowane spotkanie w Gdańsku, na bliźniaczej imprezie, do skutku już nie doszło. I nastąpił lockdown. Część przychodów trafił szlag.

    Vis maior, powiedziałby Gross.

    Nie wiem jak będzie wyglądało półroczne rozliczenie sprzedaży książek, którego wyniki poznam w połowie czerwca, ale wiem jedno. Trzeba pozbyć się złudzeń. Istotne pozostaje natomiast pytanie o sprzedażowe tendencje. Czy zauważalne spadki będziemy notować w dłuższej perspektywie (rocznej, dwuletniej), czy krótszej? Co czeka rynek książki za kilkanaście miesięcy?

    Skłamałbym, gdybym uznał, że mam to głębiej niż dwunastnicę. Ale jednocześnie śmiało mogę się nazwać szczęściarzem.

    Staram się myśleć wyłącznie o plusach mojej decyzji dotyczącej przejścia na pełnoetatowe rzemiosło pisarskie. Kilkukrotnie byłem pytany o to, czy gdybym wiedział o nadchodzącej pandemii, nadal myślałbym o rezygnacji z etatu w spółce miejskiej? Odpowiedź jest jednoznaczna. Tak. Nie żałuję tego kroku, ani nie idealizuję realizacji marzeń. Nie jestem już nastolatkiem, nie odszedłem z pracy w przypływie rzutu endorfin do krwioobiegu. Mam rodzinę, codzienne i comiesięczne wydatki. Decyzja była przemyślana i poparta wysokiej jakości współpracą z moim Wydawcą, Czwartą Stroną, a także – a może przede wszystkim – umową podpisaną na kolejne powieści.

    Robert Małecki, fot: smakksiazki.pl

    Jasne. Może dziś pogoda nie jest najlepsza, może na horyzoncie zbierają się chmury, ale tafla morza wciąż jeszcze wydaje się spokojna. Płynę więc dalej, zgodnie z obranym wcześniej kursem. A jeśli zdarzy się sztorm, to będę jak ten bosman z piosenki Klenczona, co tylko zapina płaszcz i klnie, ale dalej robi swoje, bo wie, do którego portu chce zawinąć.

    Trzeba zachować spokój. A ja ten spokój zyskałem również dzięki temu, że dotychczasowy lockdown przeżywałem wspólnie z rodziną. Moja żona jest nauczycielką, więc nie musiałem się martwić o jej codzienne wyjazdy do pracy i narażanie zdrowia. Syn, jak wszyscy uczniowie w kraju, nie chodzi do szkoły. Sytuacja była i pozostaje dla nas komfortowa. A ten luksus przekułem w pracę nad nową powieścią, która ukaże się pod koniec sierpnia. I jestem zadowolony z tego, co udało mi się stworzyć. Mam tylko nadzieję, że opowieść przypadnie Wam do gustu. Wciąż nie mogę napisać o niej zbyt wiele. W każdym razie to książka zupełnie inna niż te, które napisałem dotychczas.

    I to także jest efekt przejścia na etat pisarski, efekt stukania w klawiaturę już nie po nocach, ale od samego rana, z kubkiem ulubionej kawy na blacie biurka; wtedy, gdy jestem wypoczęty i gdy mam w sobie niezbędną radość z przebywania oko w oko z laptopem i przelewania na wirtualną kartkę nowej opowieści. Słowo po słowie, zdanie po zdaniu. W spokoju, w swoim rytmie, ale z niezbędną intensywnością.

    Jestem szczęściarzem z jeszcze jednego powodu. Tak się złożyło, że „Zadra” ukazała się dwa miesiące przed pandemią i przed okresem zamknięcia sklepów i księgarń. Z kolei nowa powieść będzie miała premierę prawdopodobnie już po pełnym odmrożeniu gospodarki.

    Sporo spotkań zaplanowanych na wiosnę, udało się przenieść na jesień, więc jeśli tylko sytuacja pozwoli, szanse na dodatkowy zarobek wrócą, a ja będę miał wreszcie możliwość spotykania się z Czytelnikami. Bo tych spotkań i wyjazdów brakuje mi najbardziej. To najlepszy sposób ładowania akumulatorów.

    I jeszcze jedna sprawa. Mimo ewidentnie trudnej sytuacji w całej branży, na horyzoncie pojawiają się nowe wyzwania i nowe projekty. Nie udźwignąłbym ich, bez wolności jaką zapewnia etat pisarza. A to oznacza, że nie rozwijałbym się, gdybym uprawiał powieściopisarstwo wyłącznie hobbystycznie.

    Ostatni raz podkreślę, że jestem szczęściarzem.

    Bo co by się nie działo, to w kategorii „praca marzeń” wygrywam wszystkie konkursy.

    Robert Małecki