Tag: kryminał

  • Bardziej od prawdy potrzebna jest nadzieja? Izabela Janiszewska o „Ludziach z mgły”

    W ostatnich miesiącach czytam mniej sensacji i kryminałów. Po prostu mam wrażenie, że wiele tytułów jest odtwórczych, trudno mi wyłowić coś, co mnie wciągnie i zainteresuje. Może to przesyt, bo były lata, kiedy czytałem praktycznie tylko ten gatunek, a może tak po prostu jest. Lubię, gdy czytana książka coś robi w mojej głowie, a „Ludzie z mgły” Izabeli Janiszewskiej robią. Przede wszystkim autorka zmusiła mnie do zastanowienia nad losem ludzi, którzy stracili pamięć. Nie mają pojęcia kim są, kim byli, co potrafią, a czego nie. I nie wiedzą kiedy oraz czy w ogóle to wszystko sobie przypomną. Poza tym doceniam, że Izabela Janiszewska pisze coraz lepiej i jeśli miałbym teraz wymienić pięć nazwisk polskiego kryminału, które gwarantują jakość, to Iza na tej liście będzie.

    Nie chcę się za bardzo zagłębiać w fabułę, bo po to nagraliśmy rozmowę, żeby Państwo obejrzeli i posłuchali, ale jak się domyślacie, jest mgła, są ludzie, jest zbrodnia, ale czy będzie kara? I zostawiam Was z tytułowym pytaniem – czy bardziej od prawdy potrzebna jest nadzieja?

    Materiał powstał przy płatnej współpracy z Czwartą Stroną Kryminału, więc teraz pomyślicie „O! Chwali, bo dostał pieniądze!”. Wiem, że u części blogerek i blogerów tak to działa, ale doskonale wiecie, że nigdy nie polecę Wam książki, która mi się nie podoba. Co oznacza, że sporo propozycji współpracy odrzucam, czyli nie zarabiam, ale ile razy byście kupili moje chwalenie złych książek? Raz, dwa, pięć? Wolę być uczciwy wobec siebie i przede wszystkim wobec Was.

    Ludzi z mgły” polecam więc z czystym sumieniem i daję gwarancję dobrej lektury.

  • Opowieść o norweskim niepokoju – recenzja Rafała Chojnackiego

    Komisarz William Wisting, bohater powieści Jørna Liera Horsta, był przed laty porównywany do Kurta Wallandera, z serii kryminałów szwedzkiego mistrza kryminału, Henninga Mankella. Szwed zakończył jednak swój cykl definitywnie, spychając policjanta z Ystad w otchłań choroby Alzheimera. Horst traktuje swojego bohatera z o wiele większą wyrozumiałością. Wisting wprawdzie już kilka tomów temu zaczął przejawiać jakieś drobne oznaki starzenia, ale jak na razie jest jeszcze wciąż bardzo aktywnym człowiekiem, przynajmniej na poziomie intelektualnym. Wszak większość kryminalnych zagadek, które wcześniej rozwiązał na posterunku w Larviku, to sprawy, w które musiał zaangażować przede wszystkim swój intelekt. Oczywiście tak jest i tym razem.

    Skojarzenie z postacią Wallandera pojawia się przy lekturze powieści Bez granic nie bez powodu. Wiele razy w trakcie lektury tej książki przypominałem sobie fabułę mankellowskiej Zapory. Pod koniec życia Mankell nazwał swój cykl Opowieścią o szwedzkim niepokoju, a Zapora doskonale się w tę koncepcję wpisywała. Gdyby nie fakt, że te dwie powieści dzieli od siebie ponad 20 lat, można by uznać, że Horst prowadzi pewien dialog ze swoim szwedzkim kolegą po piórze. Najprawdopodobniej jednak tak nie jest, a wszelkie podobieństwa biorą się z tego, że świat jest obecnie globalną wioską, w której zarówno zbrodnie, jak i śledztwa nie znają wyznaczonych przez państwa granic.

    Fabuła koncentruje się na tajemniczej kobiecie, która podobno była bliska rozwiązania zagadki morderstwa niejakiej Ruby Thompson, dokonanego w Hiszpanii. Jako że zaginiona podawała się za Norweżkę, a jej zdjęcie z portalu społecznościowego zrobiono w niewielkim miasteczku portowym, niedaleko Larviku, sprawa trafia wreszcie na biurko, a właściwie do skrzynki mailowej komisarza Wistinga. Kobieta ta należała do internetowej społeczności, która zajmowała się rzeczywistą sprawą kryminalną. Na forum omawiano z różnych perspektyw zagadkę śmierci Ruby, analizując informacje z oficjalnego policyjnego śledztwa, odnajdując nieoficjalne tropy i tworząc własne teorie. Jedną z uczestniczek forum była Michelle, dawna przyjaciółka Ruby, i to ona zaalarmowała norweską policję, gdy okazało się, że kobieta, która twierdziła, że może rozwiązać tą kryminalną zagadkę, nagle zniknęła.

    Tak jak przed laty mogło się wydawać, że policjant taki jak Wallander błądził jak we mgle, w kontakcie z nowoczesnymi technologiami, tak w przypadku Wistinga komputer jest dla niego już od dawna istotnym narzędziem pracy. Nie jest wprawdzie wybitnym specjalistą od cybernetyki, ale radzi sobie również z obsługą tabletu czy smartphone’a. Jednak nawet dla niego ślady, jakich można poszukiwać w aktywności internetowej różnych osób, wydają się początkowo nieoczywiste i trudne do zrozumienia. W kwestiach związanych z używaniem nowoczesnych mediów jak zwykle pomaga Wistingowi córka. Line należy już do pokolenia, które zęby zjadło na internetowych forach. Na dodatek jako dziennikarka i researcherka sama zna się też dobrze na metodach śledczych, choć prowadzi swoje dochodzenia inaczej, niż zwykle robi to policja.

    Na drugim planie śledzimy poczynania internautów, należących do forum. Wśród nich pojawia się również Line, niemal od razu zakłada tam konto i obserwuje uczestników, z czasem w ślad za nią, posługując się nickiem, pojawia się tam również komisarz. Fragmenty te nie tylko dodają czytelnikowi informacji spoza głównej osi fabuły, ale też nadają dramaturgii, tak istotnej dla powieści kryminalnej. To ciekawy zabieg, pozwalający na włączenie do akcji bohaterów z różnych części świata, którzy mają przydzielone role do odegrania w tej historii.

    Już dawno nie było na skandynawskim rynku książki, która tak bardzo wnikliwie koncentrowała się na dochodzeniu. Policyjne procedury są tu niemal jednym z bohaterów powieści, choć z drugiej strony nie ma wcale tak wielu nudnych zebrań na komendzie, o których  wiele pisali autorzy, tacy jak Mankell czy Leif GW Persson. Horst wyraźnie stawia na odpowiednie tempo opowiadanej historii. Nie brakuje tu zaskakujących zwrotów akcji, które sprawiają, że czytelnik musi czasem przemyśleć swoje podejrzenie. Okazuje się, że śledzenie poczynań bohaterów, którzy przez sporą część dochodzenia siedzą przed ekranami komputerów, też może być ciekawe, i to nie tylko dla internetowych geeków.

    Nie brakuje tu typowych dla skandynawskich kryminałów tematów, związanych ze sprawami społecznymi, jest też trochę miejsca na opis życia codziennego bohaterów. Interesujące są też obserwacje dotyczące crowdsolvingu, czyli stosunkowo nowego zjawiska, polegającego na tym, że miłośnicy zagadek kryminalnych próbują wspólnie rozwikłać meandry niedokończonych śledztw. Co ciekawe jest to termin występujący również w zarządzaniu, ponieważ za pomocą tego narzędzia można z jednej strony wspomóc pracę zespołową, z drugiej jednak daje to też narzędzia do manipulowania grupą roboczą. W świetle fabuły nowej powieści o Wistingu, wykorzystanie tego terminu w książce wydaje się nad wyraz przewrotne.

    Choć Horst już lata temu zapowiadał, że będzie chciał powoli odejść od postaci Williama Wistinga, zwyciężył w tym przypadku głos czytelników. Tak jak przed ponad wiekiem powstrzymali oni sir Arthura Conan Doyle’a przed pogrzebaniem Sherlocka Holmesa, a już na początku naszego stulecia nie pozwolili Markowi Krajewskiemu na zbyt łatwe pozbycie się Eberharda Mocka, tak i Wistinga czeka najprawdopodobniej jeszcze długa służba w szeregach norweskiej policji. I dobrze, ponieważ czytając kolejne tomy, coraz bardziej dochodzi się do wniosku, że literacka kondycja Horsta nadal się rozwija. W porównaniu z pierwszymi, dość surowymi powieściami proceduralnymi, otrzymujemy książki, które nadal wiernie oddają pracę policjantów, ale ich autor wciąż uwspółcześnia realia.

    Podejrzewam, że sam Horst może mieć już dość porównywania go do Mankella. Zapewne słyszał to już niezliczoną ilość razy. Ale być może warto podkreślić, że podobieństwa, które kiedyś dotyczyły jedynie konstrukcji postaci i samego sposobu opowiadania o pracy policji, teraz stały się czymś więcej. Na przestrzeni całej serii o Wistingu – podobnie jak robił to Mankell w serii o Wallanderze – Horst pokazuje nam, czego boją się Norwegowie. Wszak to na kogo w pierwszej kolejności kieruje się podejrzenia, a także to, kto w ostatecznym rozrachunku okazuje się złoczyńcą – to najlepszy sposób na skanalizowanie drzemiących w społeczeństwie obaw. Obserwowanie tego jak zmieniają się te lęki i kogo aktualnie dotyczą, to jedna z najciekawszych wartości dodanych, jakie może nieść w sobie literatura kryminalna.

    Rafał Chojnacki

    Jørn Lier Horst, Bez granic, Smak Słowa 2022

  • Stomatolog piszący książki, który spotkał Ducha Gór. Rozmowa ze Sławkiem Gortychem – debiutantem kryminalnym

    Książka dla ludzi lubiących ludzi oraz dobrze napisane kryminały. Jeden z ciekawszych debiutów, jakie czytałem w ostatnich kilkunastu miesiącach, a nawet kilku latach. „Schronisko, które przestało istnieć” Sławka Gortycha to opowieść o rozdrapywaniu przeszłości, powojennych historiach na Dolnym Śląsku i górskich tajemnicach, których rozwiązanie wymaga często bardzo wysokiej ceny. Obejrzyjcie naszą rozmowę, co prawda nie w klimacie górskim, ale kolejowym – uzasadniamy w trakcie i dajcie się porwać śledztwu młodego bohatera, stworzonego przez młodego stomatologa.

  • 4, 10, 11. Felieton Wojciecha Chmielarza

    Piszę ten felieton w dniu premiery „Długiej nocy” (tak jest, premierowy wieczór spędzam na walce z felietonem dla naszego kochanego Adama, cudne jest to życie pisarza 🙂 ) i myślę sobie o trzech cyfrach: cztery, dziesięć i jedenaście.

    Zaczniemy od tej pierwszej. Cztery. Tyle lat minęło od publikacji „Cieni”, czyli poprzedniego, piątego tomu cyklu o komisarzu Jakubie Mortce. Przez ten czas sporo się w moim pisarskim życiu zmieniło. Z autora, który był kojarzony przez miłośników gatunku, ale to też nie zawsze, stałem się kimś, kto jest wymieniany wśród grona najpopularniejszych pisarzy w Polsce. I jestem nieustannie autentycznie zaskoczony, kiedy dowiaduję się, ile ludzi zna i czyta moje książki. Na spotkaniach autorskich opowiadam, że przełomem w mojej karierze było „Żmijowisko”. Ale to nie jest do końca prawda. Bo zaczęło się już przy „Cieniach”. Tą książką z jakiegoś powodu zainteresowali się i dziennikarze, i krytycy, i blogerzy, i czytelnicy wreszcie, a to oni są najważniejsi. To wtedy pojawiła się moja duża sylwetka w „Książkach”. Nie zliczę, ile dostałem wtedy na Facebooku wiadomości typu: właśnie się o panu dowiedziałem/dowiedziałam, czy „Cienie” można czytać bez znajomości poprzednich części cyklu.

    Uważam zresztą nieskromnie, że „Cienie” to cholernie udana pozycja. Z dobrą intrygą, ciekawie poprowadzoną akcją i wreszcie zaskakującym zakończeniem. I to między innymi z tego powodu tak długo zwlekałem z napisaniem kolejnej powieści o Mortce. Bo chciałem, żeby przynajmniej dorównywała ona „Cieniom” właśnie. Cztery lata myślałem o tej książce. Cztery lata boksowałem się z różnymi pomysłami na temat tego, jak ma ona wyglądać. Po czterech latach wreszcie stwierdziłem, że tak, mam coś, czym chciałbym się z Państwem podzielić.

    Dziesięć. Tyle lat mija od mojego debiutu. I spokojnie, świętować będę dopiero w listopadzie, bo też w listopadzie ukazał się „Podpalacz”. Czyli pierwsza powieść o Jakubie Mortce właśnie. Dokładnie pamiętam, jak wymyślałem tę postać. Jak początkowo niespecjalnie za nim przepadałem, bo uważałem, że tak trzeba. Bo jeśli się lubi swojego bohatera, to za bardzo mu się idzie w fabule na rękę. A książka jest wtedy ciekawa, kiedy główna postać ma nieustannie rzucane kłody pod nogi. Teraz jestem o dziesięć lat starszy i mam nadzieję, że dziesięć lat mądrzejszy. Rozumiem, że nie ma nic złego w sympatii dla moich bohaterów. Przynajmniej tak długo, jak potrafię im przyłożyć kijem po plecach. A w „Długiej nocy” Mortka dostaje ostre cięgi.

    Jedenaście. Tyle lat minęło pomiędzy akcją „Cieni”, a „Długą nocą”. Ta pierwsza toczyła się w grudniu 2010 roku. Ta druga w listopadzie 2021. To było jedno z największych wyzwań związanych z tą powieścią. Bo jedenaście lat to szmat czasu. Zdawałem sobie sprawę, że Mortka musiał się zmienić. Być może stał się nawet zupełnie innym człowiekiem. I powinienem to jakoś zawrzeć i pokazać w „Długiej nocy”. Ale równocześnie czytelnicy powinni w nim zobaczyć tę samą postać, którą zdążyli poznać i polubić. Męczyłem się z tym sporo, ale chyba mi się udało. Mortka wydaje mi się być spokojniejszy. Bardziej wyluzowany i zdecydowanie bardziej pewny siebie. Z większym dystansem do świata, który go otacza. Ale równocześnie to ciągle ten sam skoncentrowany na pracy gliniarz, który po prostu nie potrafi odpuścić, jeśli trafi na trop. Bo nie potrafi się uwolnić od tego poczucia obowiązku, które jest jego największą zaletą i największym przekleństwem. Jest też, nie ukrywam, o jedenaście lat starszy. Co akurat mi przyniosło pewną ulgę. Ponieważ w „Podpalaczu” i kolejnych częściach cyklu ma trochę ponad trzydzieści lat. Ja pisząc debiutancką książkę miałem dwadzieścia sześć, więc ktoś kto przekroczył trzy dychy wydawał mi się strasznie dojrzały i doświadczony. Oczywiście, nie miałem racji. W tym roku brakuje mi dwóch lat do czterdziestki. I myśl, że Mortka miałby być młodszy ode mnie, trochę mnie uwierała.

    No cóż. Już nie jest. I niech tak zostanie!

    I na koniec, te jedenaście lat Mortka spędził na misji do Europolu w Hadze, stolicy Holandii. Jest to więc moja trzecia powieść z rzędu (po „Długu honorowym” i „Królowej głodu”) z wątkiem niderlandzkim. Wygląda to tak, jakbym się strasznie tym Holendrom podlizywał, a oni nawet moich książek nie tłumaczą na swój język! Tym razem jednak wynika to z… pomyłki. Początkowo chciałem, żeby Mortka te jedenaście lat spędził w Lyonie. Pił francuskie wino, zajadał sery i popijał je dobrym winem. Dopiero podczas researchu jeden z moich rozmówców uświadomił mi, że w Lyonie znajduje się nie siedziba Europolu, ale Interpolu, który jest trochę inną agencją. A Europol mieści się w Hadze właśnie.

    Dlatego obiecuję – w mojej kolejnej książce – żadnych Holendrów! No, chyba, że zaczną mnie wreszcie tłumaczyć!

    Wojciech Chmielarz

  • „Niech kłamstwo będzie inteligentne” – rozmowa z Piotrem Borlikiem

    Detektyw zatrudniony w dużej mierze ze względu na swoją przeszłość, rozwiązywanie zagadki bez oglądania miejsca zbrodni, optymistyczny bohater, brak gofrów, podcięta tętnica szyjna – „Tajemnica wzgórza trzech dębów” w wielkim skrócie. Zobaczcie rozmowę z Piotrem Borlikiem o jego najnowszej książce. Nowy bohater, nowe oczekiwania i zupełnie nowe otwarcie.

  • Przedpremierowy fragment „Wilkołaka” Wojciecha Chmielarza

    Wrócili do kancelarii. Minęli bezbarwną recepcjonistkę i weszli do gabinetu. Kalęcki właśnie coś przeglądał na swoim telefonie. Na ich widok odłożył komórkę.

    Już wszystko w porządku. Mój brat jednak znajdzie czas, żeby zająć się pańską sprawą – powiedziała Ania, siadając z powrotem za biurkiem.

    Tak – potwierdził Dawid. – Jednak udało mi się… Damy radę. Słucham, co tym razem wywinęła ta łobuziara Ewelina.

    Kalęcki zmarszczył brwi, a adwokatka posłała detektywowi oburzone spojrzenie. Dawid był pewien, że gdyby tylko mogła, kopnęłaby go w kostkę.

    Pan nie zna sprawy? – zapytał mężczyzna.
    – Siostra nie zdążyła mi opowiedzieć.

    – No cóż… – Kalęcki chrząknął i poprawił się na krześle. – W skrócie chodzi o to, że pani Baliczka posiada pewne kompromitujące materiały i bardzo zależy mi na tym, żeby je odzyskać.

    Wolski zerknął na mężczyznę i zauważył obrączkę ślubną na serdecznym palcu. Już wszystko rozumiał.
    – Czyli Ewelina pana przeleciała, nagrała to lub zrobiła fotki w trakcie i teraz grozi, że pokaże je pańskiej żonie?

    Kalęcki zrobił wielkie oczy i gwałtownie poczerwieniał.

    Co takiego?! Nie! Nic z tych rzeczy! Chryste Panie, za kogo mnie pan uważa?!

    Eee… Co… Eee… Nie. Nie miałem nic złego na myśli, ale powiedział pan o kompromitujących materiałach i…

    Chodzi o dane klientów! – Anna włączyła się ostro w rozmowę. – Dane klientów, Dawid. Pan Kalęcki prowadzi firmę księgową.

    Wolski zagryzł wargę, a potem wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: a skąd miałem wiedzieć?

    Przepraszam – wybąkał. – Czy możecie mi w takim razie wyjaśnić, o co chodzi?

    Pan Kalęcki… – zaczęła siostra.

    Ja to opowiem – przerwał jej zmęczonym głosem mężczyzna. – Prowadzę firmę księgową, która równocześnie zajmuje się archiwizacją dokumentów naszych klientów. Mamy ich umowy o prace, listy płac, umowy z kontrahentami, różne wewnętrzne korespondencje. W sumie cały ten papier i korespondencja produkowana w firmach trafia w pewnym momencie do nas. My to archiwizujemy i trzymamy tak długo, jak trzeba.

    Wolski udawał zainteresowanie. U niego za całe archiwum robił sejf zamontowany w rogu mieszkania – wrzucał tam każdą kartkę, która mogłaby mu być kiedyś potrzebna.

    Co z tym wspólnego ma pani Baliczka? – zapytał.

    No cóż… Pani Ewelina Baliczka zaczęła pracować u nas kilka miesięcy temu.

    Jako archiwistka? – zdziwił się Wolski.

    Jako moja asystentka – sprostował Kalęcki, a Wolski zdziwił się jeszcze bardziej. Znał Ewelinę. Jego zdaniem nie nada- wała się do żadnej pracy, a do pracy asystentki prezesa zarządu szczególnie.

    Zatrudnił ją pan? Naprawdę? Ewelinę?

    Kalęcki ścisnął mocniej trzymany w dłoni telefon.

    Potrzebowałem kogoś do pomocy na cito, a ona miała dobre CV.

    CV, w którym nie było pewnie ani słowa prawdy, pomyślał Wolski, ale zachował to dla siebie. Po co dodatkowo pogrążać przedsiębiorcę.

    I co się później wydarzyło? – zapytał.

    Zwolniłem ją po półtora miesiąca – odpowiedział szybko Kalęcki.

    Nie sprawdziła się?
    – To mało powiedziane. Jej stosunek do pracy był taki jak… – Do byłego męża? A właściwie obecnego… chyba. Nie do końca wiem, jak teraz to u nich wygląda. Kalęcki spojrzał na niego pytająco i Wolski poczuł się w obowiązku wyjaśnić.

    – Ciągnęła od niego kasę, nie dawała nic w zamian i szukała tylko okazji, żeby go wyruchać do czysta.

    Ku pewnemu zaskoczeniu detektywa przedsiębiorca pokiwał ze zrozumieniem głową.
    – Tak. To dobrze opisuje jej zachowanie. Nie wypełniała swoich obowiązków, była bardzo roszczeniowa, źle się z nią współpracowało. Myślę, że wszyscy w firmie odetchnęli z ulgą, kiedy wreszcie się jej pozbyłem. Muszę przyznać
    , że był to największy błąd, jaki popełniłem w mojej biznesowej karierze.

    A te kompromitujące materiały?

    Kalęcki westchnął ciężko, po czym posłał pytające spojrzenie adwokatce.

    Dawid jest nie tylko moim bratem, ale też człowiekiem, któremu może pan ufać. Naprawdę wierzę, że pomoże w pana sprawie. Przedsiębiorca nie wydawał się do końca przekonany, jednak chyba uznał, że stoi pod ścianą i nie ma innego wyjścia, jak opowiedzieć całą historię.

    Tak jak wspominałem, w pewnym momencie trafiają do nas wszystkie dokumenty naszych klientów. Dwa tygodnie po zwolnieniu pani Baliczka skontaktowała się ze mną i poinformowała mnie, że jest w posiadaniu kopii elektronicznych tychże. I jeśli jej nie zapłacimy za ich zwrot, opublikuje je w internecie.

    To są jakieś tajne dokumenty?


    Kalęcki pokręcił przecząco głową.


    – Nie tajne. Nie ma też w nich żadnych dowodów na brudne interesy, przestępstwa i inne takie. Ale jeśli by się pojawiły w internecie, dla mojej firmy byłby to koniec. To są dane poufne, tajemnice handlowe, dane osobiste, numery kont bankowych, wyciągi, informacje objęte RODO i inne takie. Buduję tę firmę od dwudziestu lat. Zatrudniamy obecnie blisko trzydzieści osób i stoimy mocno na nogach. Bierzemy udział w przetargach na obsługę rachunkową i obiegu dokumentów w dużych, poważnych firmach. To jest dla nas ogromna szansa. Ale jeśli Ewelina zrealizuje swoją groźbę, jeśli się to wyda, jesteśmy skończeni. Nikt nam już nie zaufa. Nigdy. Nie w dobie, kiedy taką wagę przywiązuje się do ochrony danych osobowych. A jeśli dojdą do tego jeszcze kary umowne, zbankrutujemy w ciągu kwartału.

    Dawid pomyślał, że takie zagranie było typowe dla Eweliny. Ciekawe, czy zaplanowała wcześniej ten numer, czy zrobiła to spontanicznie.

    Niech jej pan w takim razie zapłaci – stwierdził. – Wiem, że to dziwnie brzmi, ale to najlepszy i najszybszy sposób na załatwienie całej tej historii. Do sądu z tym nie pójdziecie. Na policję też nie, bo wtedy sprawa się wyda. Pozostaje więc tylko to. Zapłaci pan, weźmie od niej nośnik z danymi i problem z głowy. A na przyszłość proszę lepiej sprawdzać osoby, które pan zatrudnia.

    Już jej zapłaciłem – odpowiedział Kalęcki. – Niechętnie. Budziło to mój wewnętrzny sprzeciw, ale pańska siostra mnie przekonała. Mówiąc zresztą dokładnie to samo, co teraz pan.

    Adwokatka potwierdziła słowa przedsiębiorcy. Pomiędzy jej palcami tańczył szary długopis. Bawiła się nim bezwiednie i dopiero po tym zachowaniu Wolski zorientował się, jak bardzo jest zdenerwowana pomimo kamiennej twarzy. Ręce zawsze ją zdradzały, nie potrafiła nad nimi zapanować. Domyślał się, co naopowiadała Kalęckiemu – że bez trudu rozwiążą jego problem, że właściwie nie musi się nim przejmować, a ona wszystkim się zajmie. Tymczasem sytuacja całkowicie wymknęła się jej spod kontroli. Mimowolnie uśmiechnął się pod nosem. Jemu także przez chwilę wydawało się, że jest w stanie zapanować nad Eweliną. Skończyło się, jak się skończyło. Wyruchała go tak jak i męża.

    Co się potem wydarzyło? – zapytał.

    Po około dwóch tygodniach wróciła do pana Kalęckiego – odezwała się Anka. – Podobno „znalazła” kolejne nośniki danych. Znów zażądała pieniędzy.

    I co?

    Znowu zapłaciliśmy – powiedział niechętnie Kalęcki. – Żeby kupić trochę czasu. Przyznam szczerze, miałem taką głupią, naiwną nadzieję, że trzeciego razu nie będzie.

  • A gdyby tak pisać mniej książek? Felieton Wojciecha Chmielarza

    Był niedawno felieton optymistyczny, to pomyślałem sobie, że czas wrócić do ogólnego narzekania. Ta myśl po przeczytaniu kryminału polskiego autora pojawia mi się w głowie tak często, że właściwie przestałem ją zauważać – fajna książka, ale szkoda, że nie popracował nad nią trochę dłużej

    Bo rozumiecie Państwo, kończę powieść. Odkładam na bok. I często niby na pierwszy rzut oka wszystko gra, ale jednak coś mnie w tym wszystkim gryzie. Zaczynam analizować fabułę. I wystarczy tylko lekko poskrobać z wierzchu i okazuje się, że pojawia się jeden błąd za drugim, nieprawdopodobieństwo goni nieprawdopodobieństwo, a postacie, które na początku były okej, w pewnym momencie tracą takich drobiazg jak wiarygodność psychologiczna i zmieniają się manekiny, które robią to, co im autor każe. Natężenie tych zjawisk jest mniejsze lub większe. Czasami można przymknąć oko. Czasami mam ochotę książką rzucić o ścianę.

    A chciałbym dostawać książki dopracowane. Chociaż przyznaję, że to wyznanie aż dziwnie brzmi. Bo wydaje się, że to rzecz oczywista i powinno na tym wszystkim zależeć. Tymczasem nie. Raz po raz czytam książki z logicznymi błędami. I najbardziej boli to, że tego dałoby się uniknąć. Wystarczyłoby trochę nad daną powieścią popracować albo na etapie planowania, albo już w redakcji. W wielu przypadkach wystarczy jedno zdanie, lekkie przemodelowanie całości. Usunięcie jednego wątku, jednej sceny. Albo dodanie dwóch, trzech dialogów. Jednak autorzy i wydawnictwa nie mają na to czasu? Dlaczego?

    Z prostej przyczyny – rynek wymaga na nas, żebyśmy pisali i wydawali coraz więcej, coraz szybciej. Celowo piszę rynek, a nie czytelnicy. Bo czytelnicy co prawda na forach proszą o kolejne książki, ale równocześnie skarżą się na rosnące koło ich łóżek „kupki wstydu” czy w ogóle „hałdy hańby”. Myślę, że parę osób by się ucieszyło z tego, gdyby jednak ukazywało się mniej nowości. Decydująca wydaje mi się polityka sieci księgarskich, które wymagają ciągłej zmiany asortymentu. A skoro tak, to trzeba im dostarczać ciągle nowe tytuły.

    Co to oznacza dla pisarza? Książka w Polsce żyje średnio trzy miesiące. Czyli ledwo po kwartale, jeśli dana powieść się nie sprzedaje, to znika z księgarskich półek. Oczywiście, są wyjątki od tej reguły, ale są one właśnie wyjątkami. Autor ma więc świadomość, że ma zaledwie trzy miesiące, żeby zarobić na swojej pracy. A biorąc pod uwagę, że czytelnictwo w Polsce wygląda tak, jak wygląda, rynek jest dość płytki, to raczej nie ma szans, żeby w tym czasie sprzedał tyle egzemplarzy, żeby mieć się za co utrzymać przez najbliższe dwanaście miesięcy. Jakie jest wyjście z tej sytuacji? Napisać i wydać kolejną książkę.

    www.unsplash.com/Claudia Wolff

    Tylko ile da się napisać powieści w ciągu roku tak, żeby móc poświęcić odpowiednią ilość czasu na planowanie, research, pisanie, redakcję, promocję? Nie będę tu Państwu odpowiadał na to pytanie. Są różne sytuacje, różni autorzy, różne powieści. Ale od pewnego momentu jeden z tych etapów pracy nad kryminałów musi ucierpieć. I to widać na naszym rynku – za liczbą wydawanych kryminałów (ponad 400 rocznie!) nie idzie jakość.

    Zdaję sobie sprawę, z jakim naiwnym apelem teraz wystąpię, jak dziwnie to zabrzmi i jak to rozwiązanie jest nierealne – a gdyby tak pisać mniej książek? Bo mam wrażenie, że wszyscy by na tym zyskali. My, autorzy, mielibyśmy więcej czasu na dopracowanie swoich powieści, zebranie materiałów, redakcję, spotkania z czytelnikami, ale także na zwyczajny odpoczynek. Bo on też jest ważną częścią twórczego procesu. Czytelnicy mogliby nadrobić zaległości, zmniejszyłyby się kupki wstydu, dostawaliby też po prostu lepsze książki. Wydawnictwa miałaby czas, żeby w spokoju promować swoje tytuły. Cykl życia książki zwiększyłby się z tych nieszczęsnych trzech miesięcy do pół roku albo i dłużej. I wreszcie, to nie tak, że ogólna sprzedaż książki by spadła. Pewnie pozostałaby taka sama. Dzielona byłaby tylko na mniejszą liczbę tytułów. Poszkodowani ewentualni byliby debiutanci, bo na takim rynku trudniej byłoby im wydać książkę. Ale czy na pewno? W obecnych warunkach debiut jest jak mrugnięcie okiem. Znika, zanim ktokolwiek zdąży go zauważyć.

    Czuję się też trochę w tych swoich rozważaniach osamotniony. Bo niejednokrotnie mam wrażenie, że tylko ja zwracam na te rzeczy uwagę. Tylko ja się domagam, żeby autorzy, ale przede wszystkim wydawnictwa, traktowały mnie jako czytelnika z szacunkiem. Zdarzają się przecież kryminały, które są zupełnie pozbawione sensu. I to nie w tym znaczeniu, że jakieś wydarzenia są mało prawdopodobne, ale w tym najbardziej fundamentalnym. Po prostu luka w fabule jest tak gigantyczna, że wszelki sens do niej wpada i potem umiera cichutku chlipiąc w ciemności. A wiecie Państwo, co jest najgorsze – te powieści stają się bestsellerami.

    Może to więc tylko ja i parę osób. A większość czytelników wcale nie chce dobrych książek. Wystarczy, jeśli są szybko pisane.

    Wojciech Chmielarz

  • Niewyjaśniona historia w cieniu Babiej Góry

    Tajemnicza katastrofa lotnicza w pobliżu Babiej Góry łączy się ze śmiercią Izy, która za dwa tygodnie miała wyjść za mąż. Co ma wspólnego tragedia z 1969 roku z obecnymi wydarzeniami? Na to pytanie odpowiada Irena Małysa w swoim debiucie „W cieniu Babiej Góry”. Jest to opowieść o stracie, przyjaźni, ale też dusznej atmosferze małego miasteczka, w którym wszyscy się znają, a o za tym idzie, mają na siebie haki. Komu zależało na zamordowaniu młodej dziewczyny? I czy uda się rozwikłać zagadkę feralnego lotu, w którym zginęły 53 osoby? Przeczytajcie książkę, a do tego może Was zachęcić rozmowa z autorką, która opowiada też o swojej fascynacji książkami Zygmunta Miłoszewskiego. Materiał powstał przy współpracy z Wydawnictwem Mova. 

     

  • „Ależ to będzie dobry rok!” Styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Pomyślałem sobie, że skoro jeszcze jest styczeń i 2020 dopiero niedawno zamienił się w 2021, to zamiast zwyczajowego narzekania, że brutalność, że schematyzm, brak nowych twarzy, napiszę felieton optymistyczny

    Mój optymizm jest jednak ograniczony do pewnego konkretnego obszaru. Bo przecież pandemia nam nie odpuszcza (chociaż liczby, przyznaję spadają, a i znajomi lekarze potwierdzają, że łapią oddech), naukowcy straszą nas już wariantem brytyjskim i wszystkie problemy 2020 mogą wrócić ze zdwojoną siłą. Jeśli chodzi o szczepionki, to w liczbie osób zaszczepionych wyprzedziła nas już Francja, która, powiedzmy sobie szczerze, dała na początku tak bardzo ciała, że bardziej się nie da. Knajpy i restauracje padają, za nimi pójdą obawiam się hotele. W górach sezon zimowy to albo dziwne kombinacje i balansowanie na granicy prawa, albo jego łamanie. Za to pan prezydent się cieszy, że policja działa profesjonalnie, bo przecież nikt nie zginął. Także ten… Natomiast jeśli chodzi o kryminał, to szykuje się nam całkiem udany rok!

    www.unsplash.com/César Viteri

    Zacznę chyba od książek, które już czytałem albo zacząłem czytać. A tutaj zeszłoroczny laureat Wielkiego Kalibru Jędrzej Pasierski i „„Kłamczuch”. Pierwszy polski kryminał, jaki przeczytałem w roku 2021 i jaki to był dobry wybór! Świetna, nastrojowa, przemyślana książka! Premiera już w środę, więc naprawdę, bierzcie, kupujcie, czytajcie! Miesiąc później ukaże się natomiast „Mocna więź” Magdaleny Majcher i to jest w kryminale zupełnie nowe nazwisko. Majcher jest dobrze znana czytelnikom i czytelniczkom literatury obyczajowej. Dostałem tę książkę wcześniej z prośbą o pomoc w promocji. I pisząc szczerze, podchodziłem do niej ze sporą rezerwą. Bo jak to tam literatura obyczajowa, a tutaj true crime? Zupełnie inne gatunki, zupełnie inny zestaw pisarskich narzędzi, zupełnie inny nastrój. Tymczasem Majcher znalazła swój własny język, swój własny sposób, żeby opowiedzieć pewną prawdziwą, tragiczną i przerażającą historię. Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni jakaś książka mnie tak pozytywnie zaskoczyła.

    Wiem też co, ale nie wiem kiedy, wydaje Jakub Ćwiek. Ja już jestem po i powiem szczerze, strasznie się cieszę, że wydałem pewną swoją powieść wcześniej od Kuby. Bo na pewno będą nas porównywać. Ale w tej sytuacji to jego będą porównywać do mnie, a nie mnie do niego, co stawia mnie na trochę lepszej pozycji. Bo książka Ćwieka jest tak dwa razy lepsza od mojej. Serio, jest na co czekać.

    Z rzeczy prawie przeczytanych, to na warsztacie mam teraz „Winni jesteśmy wszyscy” Bartosza Szczygielskiego i po 50 stronach muszę powiedzieć, żeby jest dobrze. Zobaczymy, czy utrzyma poziom po mocnym początku. Ale jeśli mu się to uda, to będzie liczącym się kandydatem do wszystkich kryminalnych nagród.

    Przed nami przecież jeszcze kilka innych rzeczy. Robert Małecki szykuje na rok 2021 aż dwie premiery. I chyba (chyba!) żadna z nich nie będzie nowym Grossem, więc jestem mocno zaintrygowany. Nie, żebym miał coś przeciwko Grossowi, bo przecież trzy o nim powieści to obok Wrońskiego prawdopodobniej najczęściej nagradzany w Polsce cykl kryminalny. Ale dobrze, że po „Zadrze” komisarz będzie mieć chwilę oddechu. Możemy się też spodziewać kolejnej powieści Anny Kańtoch. Wreszcie, korzystając z moich kontaktów (tak, pogadaliśmy po prostu na messengerze) dowiedziałem się, co planuje Grzegorz Kalinowski. I jestem mocno, mocno zaintrygowany.

    www.unsplash.com/Anastasiia Chepinska

    A przecież to są tylko te rzeczy, o których się dowiedziałem w ten, czy inny sposób. Ile przegapiłem? Kto mnie jeszcze zaskoczy? Jakie są plany Mariusza Czubaja, który po „Około Północy” i „Ciosie kończącym” ma u mnie ogromny kredyt zaufania? Co z autorami, których jeszcze nie znam albo ich twórczości aż tak nie śledzę (bo niestety nie da się czytać wszystkiego!)? A może pojawi się jakiś debiut, który sprawi, że wszystkim opadnie nam szczęka?

    No i jak to pozbierać wszystko do kupy, to naprawdę mam wrażenie, że jeśli chodzi o mój ukochany literacki gatunek to 2021 zapowiada się bardzo, ale to bardzo ciekawie. Pozostaje nam tylko trzymać kciuki za to, żeby wszystkie inne aspekty tego roku dorównały do poziomu polskiego kryminału. Ale jak napisałem na początku (ach, nie mogę jednak pozbyć się tego pesymizmu!), niespecjalnie się na to zapowiada.

    Wojciech Chmielarz