Gdzie jest tamten facet, a gdzie go nie ma? Czy ich widzi, śledzi za pomocą tutejszych systemów monitoringu, czy tylko przeczuwa i dlatego wysyła smoki? I gdzie są oni dwaj, ci prawdziwi, którzy zostali po tamtej stronie zjeżdżalni? Czy w ogóle są? Przejście przez stary młyn jak przekroczenie granicy życia? Niewykluczone. Mogło tak być, że spadając z piętra młyna skręcili karki i leżą pod murem jako dwa trupy, poskręcane i z wybałuszonymi od ostatniego zdziwienia oczami, a to, co mu się teraz widzi, słyszy i myśli, jest tylko pośmiertnym rojeniem błąkającej się po okolicy duszy. To by z kolei znaczyło, że ich sprawczość ogranicza się do tego świata (czyli tamtego) i w krakowskiej rzeczywistości nie zdołają już niczego zmienić, a jeśli nawet, to nigdy tego nie sprawdzą. I że nigdy już nie wrócą. A to by znaczyło, że dusza po śmierci istnieje. Czy były potrzebne aż tak radykalne kroki z ich strony dla udowodnienia tezy, którą ludzkość powtarza od zarania? Dusza istnieje, niegdysiejszy inspektorze Madeju, i w dodatku jest nieśmiertelna, a w każdym razie żyje dłużej niż ciało. Pozostało ci rozważenie, na ile twoja dusza jest tobą i czy łatwo zrezygnujesz z ciała.
Pomacał się po brzuchu, ramionach, udach. Schudł. Gdy wchodzili na piętro gospody po drewnianych schodach, bez trudu brał po dwa stopnie, lekki i sprawny jak trzydzieści lat temu. Pogłaskał się po policzkach – były gładkie jak u młodzieńca. Zaczął to już odczuwać gdy biegli przez las, umykając przed smokiem. Z każdym krokiem stawał się lżejszy, dzięki temu zresztą w ogóle zdołał się wydostać z bagna. Czyje to było ciało? Jego z czasów młodości, czy jakiegoś powieściowego bohatera, wymyślonego przez dwóch napalonych chłopaczków, z których jeden od lat nie żył, a drugi spał teraz obok niego na słomianym posłaniu w fikcyjnej gospodzie? Objął głowę obiema rękami. Moja głowa? Ja?
Kiedy jednooki Zemła przyprowadził ich wieczorem do karczmy, w pierwszej kolejności rzucił Florkowi grube portki i koszulę do przebrania, a potem ręką wskazał, gdzie może się umyć i przebrać. Olek dostał dużą szklankę piwa, którą niemal duszkiem wypił.
– Pijesz jak stary – skomentował mrukliwie Zemła i dolał piwa z cynowego dzbana. Wtedy przyjrzał się dokładniej Olkowi Zawijasowi i stwierdził, że ten faktycznie wygląda jak chłopak. Czyli że obaj ulegli jakiemuś zupełnie baśniowemu odmłodzeniu.
– U nas to rodzinne – odparł Olek i pociągnął łyk.
– A żebyś wiedział – zgodził się karczmarz. – Twój dziadek za kołnierz nie wylewał, ojciec miał łeb jak cysternę, to czemu ty miałbyś być inny. Co u ojca?
Pytanie brzmiało niewinnie i błaho, ot, zwykłe zagajenie, ale twarz Olka zbladła. Uciekł oczami na bok, jakby w kącie izby szukał odpowiedzi, której – jak się Floro domyślał – nie mógł sobie przypomnieć. Jedyne oko karczmarza mierzyło obojętnie blade oblicze chłopaka, który podawał się za Krzysztofa Szulca.
– Nie wiem, dawno go nie widziałem – wykrztusił wreszcie Olek przez ściśnięte gardło. – Matka zabroniła.
– Ja na jej miejscu też bym zabronił. Ale nie jestem na jej miejscu. Zresztą, nie mnie sądzić ludzi – zakończył polubownie i dolał piwa. Pobladły Olek wypił z ulgą. Otarł usta rękawem i pokazał oczami Florkowi, żeby poszedł się przebierać. Istniało niebezpieczeństwo, że i jego zacznie Zemła odpytywać. Madej zgarnął ubranie i ruszył na drugi koniec izby. Po drodze zerknął w uchylone drzwi kuchni. Przy piecu kręciła się młoda, przystojna kobieta w czepku na głowie, która rzuciła mu krótkie i pełne ciekawości spojrzenie. Odwrócił się, nie wiedzieć czemu zawstydzony.
Kiedy wrócił i usiadł za wielkim dębowym stołem, Olek miał już szkliste oczy, a odpychające oblicze karczmarza jakby złagodniało i straciło nieco na swej upiorności. Nadal wyglądał jak ofiara brutalnego napadu, ale pusty oczodół był zakryty czarną przepaską, która przysłaniała również kawałek nosa, a blizna na policzku zbladła. Kobieta z kuchni wyniosła dwie miski z jedzeniem, ale nie przyniosła ich do stołu, tylko postawiła na ladzie i znikła równie szybko, jak się pojawiła. Gospodarz przyniósł obie misy i postawił przed nimi. Z jednej pachniało żurem, w którym pływały kawałki kiełbasy, w drugiej dymiły świeżo ugotowane ziemniaki.

– Jedźcie – powiedział kładąc przed nimi drewniane łyżki, a na pytające spojrzenie Olka dodał: – My już wieczerzali.
Obaj w jednej chwili złapali za łyżki i zaczęli jeść. Floro nie bardzo umiał jeść żur z ziemniakami nie mając własnego talerza, powtarzał więc ruchy Olka, który wiedział, bo jak twierdził, sam pisał ten fragment. Należało najpierw nabrać kawałek ziemniaka na łyżkę, potem zanurzyć go w zupie i całość wpakować do ust, które trzeba było szeroko otwierać, żeby się to wszystko naraz zmieściło. Jedli, a gospodarz patrzył na nich jednym okiem i opowiadał anegdoty z zamierzchłej przeszłości o piciu ze starym Szulcem. Potem nagle zaproponował im, żeby dali sobie spokój z włóczeniem się nocą po lesie i zostali spać u niego.
– Do wsi będzie ze cztery staje, o ile nie zejdziecie z drogi. A po ćmoku łatwo zbłądzić.
– My właściwie nie do wsi, tylko do cegielni – powiedział nagle Olek i szybko łyknął piwa ze szklanki. Zemła chwilę mierzył go błyszczącym okiem, zanim odpowiedział.
– Do cegielni to jeszcze dalej. A po co tam idziecie?
– Mamy sprawę – odparł Olek i potarł dłonią pustą szklanicę. Gospodarz już mu nie dolewał.
– Prześpicie się na górze, a o świcie możecie iść dalej. Teraz nocą tylko łażenie po próżnicy.
I jakby dla podkreślenia, że nie ma o czym dyskutować, zgarnął z ławy ubłocone ubranie Florka i skinął na nich, żeby poszli za nim.
I tak znaleźli się w gościnnym pokoju z jednym szerokim wyrem, na które opity piwem Olek padł i przed zaśnięciem zdążył tylko rzucić, żeby go Florek obudził jak się świeca dopali. Po sekundzie już chrapał. Później chrapanie ucichło i zapanowała bezdenna cisza.
Teraz Florek Madej, niegdysiejszy oficer śledczy małopolskiej policji, siedział w tej bezdennej ciszy i czekał nie wiadomo na co. Miał pilnować, nie potrafił sobie jednak ukonkretnić, jak mianowicie miałoby wyglądać niebezpieczeństwo. „Niczemu nie ufaj, wszystko sprawdzaj”, polecił mu Olek, który wiedział. Wstał, obszedł cały pokój z talerzykiem w ręku, na którym stała zapalona świeczka, i dokładnie obejrzał ściany. Wszystko wyglądało, jak należy. Usiadł i zagapił się w pustkę.
Nagle zza ściany usłyszał szelest. Jakby ktoś skrobał paznokciem po desce. Nastawił uszy i wstrzymał oddech. Jego czuwanie wzięło się stąd, że nie do końca ufali jednookiemu karczmarzowi, który nieco zbyt skwapliwie zaoferował im darmowy nocleg w opustoszałej karczmie. Szelest się powtórzył. Florek Madej ostrożnie przystawił ucho do ściany. Teraz całkiem wyraźnie słyszał od drugiej strony drapanie. Mysz, albo szczur, pomyślał i wzdrygnął się. Odsunął się od ściany. Nienawidził wszelkich gryzoni i wstrętem przejmowało go samo przypuszczenie, że tuż obok jego głowy urzęduje jakieś szczurzysko. Wyprostował się na krześle i przetarł oczy. Piekły go z niewyspania, ale na stoliku pozostało jeszcze z dziesięć centymetrów świecy. Umówili się na zmianę, kiedy świeca dopali się do końca. Według Olka ta powinna się palić około czterech godzin. Skąd to wiedział?


