Tag: powieść Krzysztofa Zajasa

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #25

    Nie było czasu na wahanie. Rzucili się do ucieczki w dół zbocza, ścigani wrzawą chłopskiej ciżby. Florek sadził długie susy na fantastycznie sprawnych nogach nastolatka, którego cudownie odzyskał, ale i tak z trudem doganiał Olka Zawijasa. Ten znał okolicę i prowadził ich bezbłędnie do sobie tylko znanej kryjówki, gdzie wedle jego własnej fabuły powinni się schronić przed pościgiem.

    Łapaj! Trzymaj! – dochodziły do uszu Florka dalekie okrzyki. W pewnym momencie usłyszał słowo „mordercy”.

    O czym oni krzyczą? – spytał w biegu.

    Zabiliśmy dziecko – odparł Olek i skręcił w zarośla okrywające brzegi niewielkiego strumienia. Właściwie była to przykopa z bystro płynącą wodą i dnem falującym od podwodnej trawy. Między krzakami wiła się ledwie widoczna ścieżka. W pełnym biegu trzeba było osłaniać twarz przed uderzeniami gałęzi, więc Florek biegł z wyciągniętymi rękami niczym ślepiec ze słynnego obrazu. Zabiliśmy dziecko? Pięknie. A ja dalej nic nie wiem. Za chwilę może się okazać, że ciąży nade mną wyrok śmierci za ludobójstwo, gwałty na nieletnich i czarne msze w dębowym gaju na wzgórzu. Wieśniacy z radością mnie zlinczują, a moje wybałuszone ze zdumienia ślepia wezmą za jeszcze jeden dowód winy. Mógłby jednak facet powiedzieć mi coś więcej. Hej, pisarzu od siedmiu boleści, jak to dalej leci?

    Pomyślał, ale nie powiedział. Rozmowa podczas biegu przez krzaki nie miała większych szans. Widział przed sobą pochylone plecy Olka, rytmicznie pracujące łokcie i migające w powietrzu podeszwy jakichś staroświeckich i mocno startych adidasów produkcji raczej nie zachodniej. Rzucił okiem na swoje buty. Granatowe tenisówki. Nogawki tanich dżinsów, spiętych na biodrach – wąskich biodrach – parcianym paskiem produkcji nie do rozpoznania. Florian Madej cały był w zasadzie nie do rozpoznania. W żołądku narastał gniotący ból. Panika? Zgodnie z poleceniem Olka miał się niczemu nie dziwić, trudno jednak zachować spokój, gdy przestajesz być sobą.

    www.unsplash.com/Daria Nepriakhina

    Nagle przyszło mu do głowy, że powinien zadzwonić do rodziny. Ale jak, przecież tu nie ma telefonu? I do jakiej rodziny? Matka miała w domu kremowy aparat telefoniczny, który bardziej przypominał rekwizyt z radzieckiego filmu niż przedmiot użytkowy, ale nie mógł sobie przypomnieć numeru. Stary był 56-35, potem dodali 2, ale dalszych zmian nie pamiętał. Kierunkowe też się zmieniały. Do kogo jeszcze? Dręczyła go myśl, że powinien skontaktować się z kimś bardzo bliskim, najważniejszym w jego życiu, ale bezskutecznie. Ważna osoba, młoda kobieta o nieuchwytnym imieniu. Jej twarz widział jak przez zamgloną szybę, słyszał jej głos, ale kim miałaby dla niego być? Siostrą? Resztki dawnego rozsądku podpowiedziały mu, że nigdy nie miał siostry, ale to było raczej tam niż tu. Tam, czyli gdzie? Czy w ogóle jest jakieś Tam? Przecież to tylko stary przesąd ludzkości. Jest tylko Tu, a oni uciekają.

    Z autoanaliz wytrącił go warkot psa. No tak, one są szybsze od ludzi. Z wściekłego psiego pyska wydobywał się morderczy bulgot, kilka metrów za nim. Co oni z tymi psami, jakaś obsesja czy co? Wszędzie tu ganiają rozwścieklone czworonożne bestie, chowane chyba specjalnie na takie okazje, jak ta. Warkot narastał, przetykany niskim, krwiożerczym sapaniem, które obiecywało ściganemu, że zostanie nie tylko rozszarpany, ale i zjedzony.

    Linia zarośli zwęziła się i brzeg potoku stał się bardziej dostępny. Kiedy psi charkot zdawał się dotykać jego dżinsowych nogawek, Florek skręcił i z rozbiegu wskoczył w wodę. Podeszwy tenisówek z głośnym pluskiem przebiły wodę i zagłębiły się w miękki muł. Stracił równowagę, poleciał twarzą do przodu i zdołał tylko rozgarnąć wodę rękami, by zminimalizować siłę uderzenia, zanim zniknął pod wodą. Była zimna i trochę cuchnąca. Podciągnął nogi dla podparcia ciała akurat w momencie, gdy na plecy zwaliło mu się psie cielsko. Jęknął z bólu, ale był zadowolony. Plan się powiódł. Pies odruchowo skoczył za nim i wylądował wprawdzie na jego plecach, ale w głębokiej prawie na metr wodzie. Wystarczyło się odwrócić. Zaciskając zęby z bólu, Florek wykręcił ciało, zatkał palcami nos i docisnął poryte pazurami plecy do dna. Pies znalazł się pod nim. Wierzgnął łapami, parę razy się szarpnął – i odpuścił. Wtedy Florek poderwał się i kilkoma susami odskoczył do przodu korytem przykopy. Nie chciał zabijać nieszczęsnej bestii (co za obsesja z tymi psami!) i dokładać do wyroku kolejnej sprawy. Psisko wynurzyło się z nieprzytomnym spojrzeniem, ostatkiem sił wdrapało się na brzeg i mocnymi ruchami otrzepało gęstą sierść z wody. Olbrzym nie przypominał żadnej konkretnej rasy, wyglądał na krzyżówkę owczarka podhalańskiego z wilczurem, jeśli takie w ogóle istnieją. Florek nie znał się na tym. Ochota na kontynuowanie pościgu całkiem kundlowi odeszła. Położył się w trawie i skuczał cicho, usiłując wypluć z pyska resztki podwodnej trawy.

    www.unsplash.com/Robert Gramner

    Florek postanowił iść dalej przykopą, która przy brzegach była płytsza. Olek szybko dołączył do niego. Biegnąc korytem byli niewidoczni, a przy tym nie zostawiali tropu następnym psom, których ujadanie dochodziło z niewielkiej odległości. Wkrótce dobiegli do niewielkiego rozlewiska, coś jakby małego stawu zasilanego przykopą, która wypływała z niego dalej i po pięćdziesięciu metrach znikała w przepuście pod drogą. Tam zarośla znowu gęstniały, tworząc wspólnie z gromadą dorodnych dębów i brzóz coś w rodzaju zagajnika. Przedarli się przez niego i wpadli w rów pod drogą. Przepust zamykała żelazna krata.

    Co teraz? – spytał Florek.

    Zgodnie z przyjętą na dzisiaj konwencją Olek nie odpowiedział, tylko skinął głową i ruszył ku kracie. Pomajstrował coś przy zardzewiałych zawiasach i krata otwarła się ukazując mroczne jak przedsionek piekła wnętrze. Dnem przepustu płynął strumień, walcowate ściany betonowej rury pokrywał brudnozielony nalot. Weszli brodząc po kolana w leniwym nurcie. Olek starannie zamknął za nimi kratę, obwieszoną strzępami śmieci i przegniłych roślin. W środku było ciemno, chłodno i ślisko, szli trzymając się za ręce jak dzieci. Florkiem wstrząsały dreszcze z ochłodzenia. Droga, pod którą przechodzili, miała kilkanaście metrów szerokości i powinni zmierzać do jakiegoś wyjścia z drugiej strony, przed nimi jednakże ział czarny mrok.

    Nie ma wyjścia? – spytał Florek bez większej nadziei na odpowiedź. Tym razem jednak Olek odpowiedział, rujnując przy okazji resztki zdrowego rozsądku, jakie jeszcze kołatały się po głowie bardzo już byłego oficera śledczego z komendy na Mogilskiej.

    Nie pamiętasz? Rura zakręca w lewo i idzie pod drogą. Sam tak chciałeś. Żeby był zakręt.

    Florek Madej potrzebował paru sekund, by oprzytomnieć po tym uderzeniu absurdu.

    Ja??? Co ty bredzisz? Jaki zakręt?

    Tym razem już nie było odpowiedzi. Po krótkim brodzeniu w cuchnącej bagnem wodzie rzeczywiście doszli do zakrętu. Tunel nieco się zwężał i odchodził w lewo, a woda płynęła dalej prosto wpadając w wielki zakratowany odpływ. Tu też kończyło się światło.

    Nierówność terenu – wyjaśniał spokojnie Olek Zawijas. – Po drugiej stronie jest znacznie niżej i żeby przykopa mogła dalej płynąć, trzeba było opuścić jej nurt do poziomu pól za drogą.

    Po co?

    Bo tam dalej są stawy, które trzeba jakoś napełniać. To obieg otwarty, jednokierunkowy, woda po przepuszczeniu przez zbiorniki hodowlane płynie dalej i wpada do rzeki. A nowa przypływa stamtąd – pokazał ręką w niewiadomym kierunku – od gór.

    Aha – przytaknął Florek nic z tego nie rozumiejąc. – A dlaczego tunel idzie wzdłuż drogi, a nie razem z wodą na drugą stronę?

    Brak odpowiedzi. Z daleka, od zakratowanego wejścia, dobiegły ich stłumione krzyki ludzkie. Chłopska gromada dotarła nad stawek i zajęła się przeczesywaniem nadbrzeżnego lasku. Psy poszczekiwały, dzielni pogromowi junacy zachęcali się do działania krzykami i pobrzękiwaniem narzędzi do wymierzania sprawiedliwości społecznej. Nikomu jednak nie przyszło do głowy szukać uciekinierów w zakratowanym tunelu pod drogą.

    Tu zaraz za zakrętem powinna być półka – powiedział półgłosem Olek i pociągnął go za rękę w czerń. Wolną dłonią Florek pomacał się po kieszeni w poszukiwaniu latarki. Był pewien, że ją zabierał, gdy wyruszali w drogę. Ale kieszenie były puste. Reset. Wyczyszczone wszystko do zera i zaczynamy od początku. Wzdrygnął się, trochę z zimna, a trochę z przerażenia. Nie bał się ciemności, nie bał się agresywnych psów ani jeszcze bardziej agresywnych ludzi. Bał się samego siebie. Zmian, które w nim zachodziły pod wpływem wydarzeń, po każdym kolejnym kroku w nieznanej rzeczywistości. Nie mógł sobie dokładnie przypomnieć, skąd się tu właściwie wzięli i po co włóczą się po tych nieprzyjaznych uroczyskach. Kołatało mu się w głowie, że kogoś mieli znaleźć, jakiegoś Wędrowca, którego spotkali dzisiaj rano na ścieżce w lesie. Ale skąd się tam wzięli? Z karczmy. A skąd się wzięli w karczmie? Przyszli wieczorem z lasu. A tam skąd? Tu już się zaczynały kłopoty. Zjeżdżalnia, zawrót głowy, spadanie…

    Tu jest – usłyszał głos przyjaciela i w ślad za nim posłusznie wspiął się na betonowy podest. Usiadł w kucki, jak lubił to robić pod ścianą szkolnego korytarza, i oparł się plecami o chłodny beton. Było sucho i cieplej niż na początku tunelu. Przyjaciel usiadł tuż przy nim, poczuł ciepło jego ciała przez mokrą koszulę. Dłoń oparła się na jego przedramieniu.

    Andrzej, nie bój się. Zaraz wyjdziemy.

    Zdrętwiał. Ten głos… był jakby inny. Może to pogłos podziemnego tunelu, a może zmęczenie. A może dalsze procesy… czego? Zapominania? Przypominania? Mimo mokrego ubrania czuł się dobrze, coraz lepiej, właściwie świetnie. Tylko w głowie mu szumiało. Zamiast myśli kłębiły się niej cieniutkie nici skojarzeń, przypomnień, błysków, które nie układały się w żaden ciąg. Każda nić była osobno. Rozpleciona wiązka. Kłębek chaosu do zabawy dla kocich łap.

    Nie boję się. Powiedziałeś do mnie: „Andrzej”.

    Brak odpowiedzi. Ciemność oblepiała ich smołową mazią, resztki światła zostały za zakrętem betonowego przepustu. Chciał jeszcze o coś zapytać, poprosić o wyjaśnienie kilku szczegółów, które mogłyby w jego przekonaniu pomóc im w rozwiązaniu problemu, nie potrafił jednak sobie przypomnieć, co to był za problem. Cegielnia, stary młyn, karczma, dolina, droga przez las… z beznadziejną niemocą obracał klocki układanki usiłując sobie przypomnieć obrazek, w który miałyby się ułożyć. Daremnie. Ale było mu dobrze. Ciepło. Sucho. Tylko ta głowa. Niepotrzebnie tyle kombinuje.

    Krzyki za wylotem tunelu się wzmogły, ktoś rzucił polecenie i cała gromada ruszyła dalej. Jeszcze chwilę słyszeli tupot nóg na trakcie, a potem wszystko zanikło i zapadła kojąca cisza.

    Oparł głowę o mur. Był ciepły. Wypełniony ledwie słyszalnym szumem, jakby krążyła w nim krew.

    Dlaczego zabiliśmy dziecko? – spytał.

    Naprawdę nie pamiętasz?

    Nie.

    Dziwne. To był twój pomysł, a ja głupi dałem się nabrać. Gdyby się matka dowiedziała, sprałaby nas obu, ale nierówno. Dostałbym więcej, bo jestem starszy.

    Jaki pomysł?

    Chłopak obok puścił jego ramię i rozsiadł się wygodniej.

    Postanowiliśmy pójść obaj na wagary. Rano na przystanku zamiast wsiąść do autobusu, poszliśmy na stawy i włóczyliśmy się po groblach, płosząc kaczki kamieniami i grzebiąc w kopcach szczurów piżmowych. Potem zaczęło nam z nudów odbijać i wymyślaliśmy coraz głupsze zabawy. To ty wymyśliłeś, żeby przewiązać linkę w poprzek mostka nad Macochą, na rowerzystów. Jeżdżą tamtędy emeryci na działki i gospodynie do sklepu. Podobno ktoś wjechał tę linkę z dzieckiem w koszyku na kierownicy. Dziecko spadło, uderzyło główką w kant mostka i zmarło. Taka jest powszechna opinia.

    Opinia? Czy to nie jest prawda?

    Nie. Ojciec zrzucił dziecko z koszyczka, ponieważ jechał pijany i dobił rowerem do barierki. Nie trafił w mostek. Linkę zauważono później i on ją szybko wykorzystał na swoją obronę. Tak to wymyśliłeś. A teraz musimy uciekać.

    Dokąd?

    Najlepiej byłoby powiedzieć: do następnego rozdziału. Ale ty tego nie zrozumiesz. Za młody jesteś. Lepiej ci?

    Nie czekając na odpowiedź, pociągnął go za rękaw suchej już koszuli i powiódł w głąb tunelu. Nie było kompletnie nic widać, ale szli pewnym krokiem, pierwszy przekonany o znajomości rzeczy, drugi wczepiony w rękę pierwszego. Ciepła, nieomal przytulna rura przepustu przyjemnie owiewała ich powietrzem jak z przemysłowej dmuchawy. Betonowy mur szumiał. Zdawało mu się, że chwilami rozróżnia w tym szumie modulacje, coś jakby westchnienia czy stłumione ziewnięcia, a czasem nawet poszczególne wyrazy. Głowa nie dawała mu spokoju, plątanina myśli nie pozwalała się skupić, zdawało mu się, że snuje dziesięć myśli naraz, jakby chciał zrozumieć wszystko w jednej chwili, rozwiązać wszystkie zadania i usunąć wszystkie przeszkody. Może to nie beton szumiał, tylko jego mózg? „Emaaa… etsznoo… sss… emaaa… etsznnnooo… emmmaaa…”. Wsłuchiwał się z narastającym bólem w skroniach, w pewnej chwili nawet wyrwał rękę z dłoni towarzysza i docisnął palce do skroni. Minimalnie ulżyło. Skądś to znał. Było już. Ktoś to mówił. I cierpiał przy tym.

    Łomot w skroniach.

    Bagno rozstępuje się i rozwarta paszcza bulgocze. Śmieje się. Mówi.

    Wieczność jest niema.

    WIECZNOŚĆ JEST NIEMAAAA!

    Przystanął. Kroki przyjaciela niosły się przez kilka minut, po czym ucichły. Przypomniał sobie. Dwie luźne nici splotły się w jedną i dały efekt.

    Krzysiek?

    Czekał w napięciu, pewien, że dojdzie do jakiejś rozstrzygającej konfrontacji, że wreszcie się dowie, o co tu chodzi i kto jest kim. Nic takiego nie nastąpiło.

    Czego chcesz?

    Powiedz mi… tylko się nie śmiej. Czy ty jesteś moim bratem?

    Kroki powoli ruszyły w jego stronę. Ucichły tuż przed nim. Usłyszał ciche westchnienie.

    Jędrek, mówiłem ci, żebyś tyle nie kombinował. Chodź już, musimy stąd jak najszybciej wyjść, zanim on się dowie.

    Kto? – spytał odruchowo.

    No on, Wędrowiec.

    I co wtedy?

    Nie doczekał się odpowiedzi. Stojąc na dnie betonowej rury miał brata przed sobą. Słyszał jego oddech, ale go nie czuł, więc musiał znajdować się co najmniej metr przed nim. Nie dałby rady sięgnąć. Tymczasem poczuł na karku muśnięcie czyichś palców. Były miękkie i ciepłe jak ściany tunelu. Zdrętwiał.

    Krzysiek…?

    Uhm.

    Coś mnie dotyka…

    Szum w ścianie się nasilił. Następne smagnięcia odczuł na szyi, lewym uchu i pod brodą. Uniósł rękę i trafił po omacku na szorstką, pulchną materię, jak nadmuchany i podgrzany beton.

    Jędrek, wiejemy! – krzyknął brat i pociągnął go za ubranie. Czwarty raz dzisiaj rzucili się do panicznej ucieczki, tym razem nie przed kimś, lecz czymś. Biegli w ciemności z ryzykiem rozkwaszenia się na nieprzewidzianej i niewidocznej przeszkodzie, ale nie mieli specjalnie wyboru. Strach nie zajmuje się analizą ryzyka tylko ratowaniem skóry. Szepty i szelesty wzrosły do przygnębiającego, osaczającego ich ze wszystkich stron szumu. Biegł za starszym bratem i wraz z każdym krokiem odczuwał wyraźną ulgę w mózgu. Głowa odpuszczała. Brzęczało w niej już znacznie mniej myśli, zaledwie kilka. Jedną z nich była kwestia dalszej trasy ucieczki i jej ewentualnego związku z dotarciem do cegielni. To na pewno było ważne. Drugie, co mu się wydawało ważne, to że uwolnił się od jakiegoś długotrwałego i męczącego napięcia. Jakby biegnąc zrzucał z siebie ciężar, nadmiar czegoś zbędnego. Swoboda. Nareszcie jestem sobą. A tam biegnie mój starszy brat. On wie. Nie powinienem się martwić.

    Krzyśkowi Szulcowi kołatała się w głowie jeszcze jedna myśl. A właściwie słowo. Defloro. Nie miał pojęcia, skąd mu się wzięło.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #24

    Jak się umiera w powieści? Powinno być efektownie, z końcowym dialogiem, urwanym na ostatnim słowie. „Zimno mi, hyyy… zawsze kochałem tylko ciebie, hyyy, hyyy… Powiedz cioci Annie, hyyy… że nie przyjadę na święta. Klucz do sejfu jest w… kch, kch… prrrrt – klap”. Nie był tylko pewien, czy Wędrowiec pozwoli im zagrać tak rozbudowaną frazę. Stał w odległości dziesięciu metrów, bezwzględny i niewątpliwie szybki, skoro jeszcze dwie sekundy temu skrywał się za zakrętem. Florek poczuł gorąco na twarzy i mróz na plecach.

    Czy ten fragment też ty pisałeś? – spytał szeptem Olka Zawijasa.

    Olek nie odpowiedział. Gapił się na gadającego Wędrowca z półotwartymi ustami i płytko oddychał. Ręce odsunął od ciała jak rewolwerowiec. Tamten zachowywał się pewnie i z humorem, w końcu byli na jego terytorium. Tylko oczy miał nieruchome. Czarne i martwe.

    Jakże to miło, zacni waszmościowie, tak spotkać się nieoczekiwanie na gościńcu życia – zakrzyknął z dziwaczną dwornością. – Tuszę, żeście godnie wypoczęli u naszych życzliwych gospodarzy, podjedli sytego żuru i ugasili pragnienie mocnym domowym piwem. A może i inne pragnienia także samo nasycili, bo z naszej pani karczmarzowej gospodyni nie lada, ha! Uczynna, otwarta, serce by człowiekowi oddała razem ze wszystkim innym. Co? Prawdę rzekłem, panie młodziku?

    Pytanie było skierowane do Florka, który bał się poruszyć. Dziwny był ten literacki strach. Niby tylko na niby, a przecież prawdziwy, namacalny, łącznie z potem na czole i mrowieniem w krzyżu. Szpadę wchodzącą we własne trzewia też pewnie poczuje jak należy.

    Nie odpowiadaj – szepnął Olek. – Zaraz coś się wydarzy.

    Pamiętasz, co?

    Olek pokręcił głową i to nie była dobra odpowiedź. W jego spojrzeniu królowały niepewność i napięte oczekiwanie. Czego? Wędrowiec zbliżał się ku nim krok po kroku, zagadując i mierząc raz jednego raz drugiego spojrzeniem drapieżnika, który hipnotyzuje ofiarę przed atakiem.

    Żeście już tu przybyli w nasze skromne progi, to się wam bardzo chwali i podziw mój wyrażam szczery a niekłamany. Tem większy, że ziemia tu nieużyta i zdradliwa, człek nieostrożny zapaść się w nią może jako źrebię w moczary. I już nikt go nigdy nie najdzie…

    Mówił z jakąś sztuczną nadętością, co rusz jednak spod tej gładkiej i dziwacznej stylistyki wydobywała się ledwie maskowana groźba. Mówił jak bohater taniej powiastki awanturniczej – był nim zresztą w istocie, jeśli wierzyć słowom Olka Zawijasa. Ten, uważnie wpatrzony w Wędrowca i zarazem nerwowo próbujący sobie przypomnieć ciąg dalszy, by ułatwić jego nadejście, tkwił w miejscu jak skamieniały. Florkowi zdawało się, że słyszy szum jego pracujących w mózgu obwodów.

    … „że tak się tu po przyjacielsku spotykamy, dawni kompani od rozrywek młodości, które się nie wrócą, ale żyją wciąż swoim gorącym życiem we wdzięcznej pamięci starców…

    Wędrowiec był coraz bliżej i krok jego stał się sprężysty, jakby koci, a prawa ręka nieznacznie przemieściła się do lewego boku, ku rękojeści szpady. Zrozpaczonym wzrokiem śledzili obaj ten niepozorny, a śmiertelnie niebezpieczny ruch. Z końca wąskiego ostrza wciąż zwisała czerwona kropla.

    Jeszcze trzy kroki i nas sięgnie – szepnął Florek.

    Jeszcze trzy sekundy i coś się wydarzy… – odparł Olek.

    – … „starość bowiem ma to do siebie, że sięga wstecz i w przeszłych zdarzeniach szuka odpowiedzi na wszystkie dręczące ją pytania. Czy słusznie, panowie? Czyż istotnie w tamtych zamierzchłych czas…

    Mężczyzna ze szpadą przerwał w pół słowa. Za ich plecami rozległ się morderczy charkot. Jakby od tyłu nacierała na nich wataha wściekłych psów. Florek odskoczył w bok. Świst powietrza był wszystkim, co zdołały zarejestrować jego zmysły, w następnej sekundzie na Wędrowca runął czarny cień.

    www.unsplash.com/Ricardo Cruz

    Na lewo! – krzyknął Olek. Pobiegli w brzozowy zagajnik. Dokładnie w chwili, gdy Florek wyciągał nogę do skoku przez przydrożny rów, za nimi rozległ się trzask dartego materiału i zaraz potem przeciągły skowyt. Powstrzymał się, by nie spojrzeć za siebie. Wolał tego nie widzieć. Dźwięki stamtąd dochodzące w zupełności zaspokajały potrzeby wyobraźni. Ich wielkim finałem był gromki śmiech Wędrowca. Ryczał z uciechy jak biały niedźwiedź na pokazie fok. Najwyraźniej bawiła go ich ucieczka, podobnie jak rozpłatany zewłok brytana, który – Florek był tego pewien – skręcał się teraz w przedśmiertnych drgawkach u jego stóp. Będzie ich ścigał? Tego rączo umykający Madej już nie był pewien, ponieważ upiorny śmiech oddalał się i nikł za brzeziną. Nieważne. Ważne, żeby się stąd jak najszybciej wynieść. W przeciwnym razie będą musieli wkrótce skonfrontować się ze świeżymi kroplami na końcu ostrza.

    Wpadli między drzewa i lekkoatletycznymi susami mknęli skroś brzeziny, aż dotarli do rozległego ornego pola. Ruszyli jego skrajem oglądając się za siebie.

    Nie będzie nas gonił?

    Raczej nie – pokręcił głową Olek. – To było tylko powitanie. Co to za powieść, która kończy się w drugim rozdziale? Jesteśmy, kochany, na początku drogi i jeszcze się trochę nabiegasz.

    Ten pies… to był ten sam?

    Uhmm.

    Z tego wynika, że ten gospodarz, jak mu tam… Zemła – uratował nam życie. Bo to on go wypuścił, prawda?

    Od momentu, gdy spadli ze zjeżdżalni na trawę pod murem starego młyna, Olek Zawijas zachowywał się tak, jakby miał uwagę podzieloną na dwie części i tylko jedną z nich poświęcał obecności kolegi. Druga zajęta była nieustannym analizowaniem obrazów, dźwięków i zapachów dobiegających do nich z fabularnego otoczenia. Podzielił się na dwóch Olków, stając okrakiem pomiędzy dwoma światami, chociaż swojemu towarzyszowi zalecał coś dokładnie odwrotnego. Próbował ogarnąć naraz dwa porządki. Teraz też słuchał jednym uchem, patrząc pilnie wkoło.

    Nie. Ona – powiedział pokazując kępę krzewów. Florek powędrował wzrokiem za jego wyciągniętym palcem.

    Na zwalonym pniu siedziała piękna żona karczmarza. Zanim Florek zdążył ogarnąć nieoczekiwane zjawisko, kobieta na ich widok podniosła się i podeszła szybkim krokiem. Miała na sobie żółtą bluzkę opiętą na kształtnych piersiach oliwkowym kubraczkiem, którego brzegi obszyte były brązowym futerkiem. Szeroka, czarna spódnica w żółte kwiaty sięgała jej do kostek. W kasztanowych włosach błyskały słoneczne promienie, tworząc jakby mgiełkę babiego lata wokół jasnej twarzy. Florek pomyślał, że dokładnie tak wygląda jego ideał kobiety.

    Dzień dob… – zaczął uprzejmie, ale ona położyła mu palec na wargach.

    Idźcie tam – pokazała palcem dolinę za opadającym lasem. – Cegielnię znajdziecie pod groblą stawu. Nazywają go Kościelecki, bo podobno tam kiedyś był cmentarz. Jeśli się pośpieszycie, zdążycie przed nim.

    Bardzo pani dziękujemy – wybąkał Florek spięty jak licealista w dniu matury. – Jest pani naprawdę dobra… – znowu mu położyła palec na ustach. Ledwie się powstrzymał, by go nie oblizać.

    Idźcie już – powiedziała odsłaniając boskie zęby. Florek przełknął ślinę i gapił się na nią, dopóki Olo nie pociągnął go za rękę.

    Chodź – powiedział szarpiąc go jak psa na smyczy. – To nie tak leci. Przygody erotyczne będą trochę później. Jak dorośniesz.

    Chciał oponować, przedłużyć tę chwilę, ale piękna karczmarzowa odwróciła się i odeszła szybkim krokiem między białe pnie brzóz. Udali się biegiem we wskazanym przez nią kierunku, a Florek parę razy jeszcze obejrzał się za siebie w nadziei, że dojrzy między drzewami jej żółtą bluzkę i zielony kubraczek. Ona jednak znikła tak samo szybko, jak się pojawiła.

    Chcesz powiedzieć – nawiązał, kiedy biegli truchtem wzdłuż miedzy – że jeszcze ją spotkam? I że to będzie spotkanie… skuteczne?

    Zamierzał trochę żartobliwie rozładować nagromadzone w ostatnich piętnastu minutach napięcie, wydarzenia biegły z filmową szybkością. Olek Zawijas odpowiedział jednak zupełnie poważnie.

    Wolałbym zbyt wiele ci nie zdradzać z tej fabuły. Jesteś w niej nadprogramowy. A właściwie pełnisz funkcję zastępczą, w miejsce nieobecnego bohatera. Nie chciałbym, żebyś swoimi ingerencjami coś popsuł, bo wtedy na pewno nie załatwimy tego, po co przyszliśmy.

    Chodzi ci o to, że mógłbym popsuć twój plan?

    Chodzi mi o to, że mógłbyś popsuć tę historię.

    To mi ją opowiedz. Żebym wiedział, czego mam unikać.

    Olek Zawijas stanął w miejscu i upewniwszy się, że nikt ich nie ściga, położył rękę na ramieniu kolegi.

    Tej sceny z nagą Zemłową w komórce nie było. Sam ją wymyśliłeś, a właściwie wyprodukowałeś swoimi fantazjami, pragnieniami, czy co tam w tobie teraz buzuje. O mały włos nie zepsułeś całego wątku z karczmą, pełniącego tu całkiem istotną rolę. Niewykluczone, że nie wydostaniesz się… to znaczy nie wydostaniemy się stąd bez pomocy karczmarza Zemły i jego żony. Inaczej mówiąc, flirt odpada.

    Na pewno? – spytał Florek nie bez żalu.

    Na bank. Dlatego Wędrowiec tak cię podpuszczał. Gdybyś – że się tak wyrażę – uległ swym namiętnościom, prędzej czy później doszłoby do awantury i skłócilibyśmy ich między sobą, karczmarza z żoną. Tym samym odcięlibyśmy sobie drogę odwrotu. A bez tego nie ma rozwiązania zagadki.

    www.unsplash.com/Emily Morter

    Szli przed siebie miedzą wśród ziołowych zapachów dogorywającego lata. Było ciepło i słonecznie, nad nimi przeleciał czarny ptak, krzyknął przenikliwie i podrywając skrzydło ostro skręcił w prawo nad łąki. Był jedynym ptakiem na całym niebie.

    Jasnym się stało, że Olek szybko nie wyjawi całej fabuły swojej młodzieńczej powieści, nie było sensu się dopytywać. Zamiast tego Madej spróbował uszczknąć fragmentów poszczególnych perypetii.

    Co się stało karczmarzowi, pamiętasz?

    Oczywiście. Został okaleczony przez naszego Wędrowca.

    Za co?

    Stanął w obronie czci żony.

    Uuu, niedobrze. Nie wiedział, z kim się żeni?

    W naszym zamyśle to miała być dłuższa i nieco głębsza historia. Kiedy Zemła przyjechał do wsi i kupił tę chałupę, by urządzić w niej karczmę, był przystojnym, silnym mężczyzną. Podobał się kobietom i niejedna zaginała na niego parol. Bezskutecznie. Zemła rzucił się w wir interesów i zdawał się nie widzieć świata poza robotą. Na zaczepki i pytania o stateczność odpowiadał, że najpierw musi zabezpieczyć rodzinie godziwe życie, a dopiero potem ją zakładać. Był twardy, solidny, uczciwy do bólu i przy tym życzliwy dla mieszkańców. Niejednemu pomógł. I tak było do czasu, kiedy do jego gospody zajechała rodzina kupiecka z północy, małżeństwo i córka. Byli tylko przejazdem, zjedli obiad i ruszyli w dalszą drogę. Zemła sam podawał im do stołu. Na córkę spojrzał tylko raz. Kiedy zapłacili i odjechali, przebrał się w elegancki strój, plenipotencje i klucze od spiżarni przekazał pomocnikowi, po czym ruszył za tamtymi w drogę. Wrócił po dwóch miesiącach. Z narzeczoną. Wkrótce się pobrali.

    Zawijas umilkł, ponieważ dotarli do wzniesienia, z którego rozciągał się widok na dolinę i zbocza następnego lesistego pagórka, mieniącego się wszystkimi odcieniami październikowych brązów i żółci. Daleko w siodle doliny przez korony drzew przebijały czerwone dachówki gospodarstw, blacha na wieży kościoła błyszczała srebrną iskrą.

    Okropnie banalne – stwierdził Florek wzdychając.

    To prawda, dlatego trzeba było historyjkę czymś urozmaicić. Wymyśliliśmy, że nasz zły charakter przybędzie do karczmy i podochocony zacznie się dobierać do młodej żony. Karczmarz stanie w jej obronie i zostanie pokaleczony. Zmieni się w brzydkiego, ohydnego półpotwora, mocno skontrastowanego z piękną żoną. Takie napięcie między postaciami. Doszło jednak do twórczej kontrowersji, ponieważ ja chciałem karczmarzowi zrobić tylko jedną malowniczą bliznę na policzku, natomiast Krzyś żądał pokiereszowania totalnego, z obciętym uchem i kawałkiem nosa.

    Rozumiem, że jego wersja zwyciężyła.

    Olek Zawijas podrapał się po głowie.

    No właśnie nie. Dlatego mocno się zdziwiłem widząc tę straszną twarz, która wychynęła na nas wczoraj wieczorem zza płotu. On zmienia fabułę.

    Kto, ten twój Krzyś?

    A któżby inny? On w nią wchodzi i przepisuje zdarzenia. Wymusza swoje wersje. Dziwne.

    Jeszcze dziwniejsze – dodał Florek – że facet od trzydziestu lat nie żyje.

    Poczekał chwilę, aż paradoks wybrzmi z całą swoją mocą i wwierci się w rozwibrowaną mózgownicę Zawijasa, prowokując reakcję. Nic takiego się nie stało. Olek w milczeniu wpatrywał się w dolinę, przysłaniając dłonią oczy. Po chwili odwrócił się i powiedział z pobladłą twarzą:

    Musimy wracać.

    Dlaczego?

    Tędy nie przejdziemy.

    Ale dlaczego? Przecież nic się nie dzieje!

    Dzieje się – odparł stłumionym głosem Olek Zawijas. – Popatrz.

    Dnem głębokiej doliny szła w ich kierunku gromada ludzi. Byli uzbrojeni w kosy, widły, sierpy i zwykłe kije. Szli bezładnie, rozbiegając się i włażąc na siebie, w ich kroku znać było jednak pewną nerwową niecierpliwość. Najwyraźniej kogoś szukali, ponieważ co jakiś czas niewielkie grupki odłączały się, by spenetrować pobliski teren, po czym rozczarowane dołączały do reszty. Kilku ambitnych wyrostków wysforowało się naprzód, wymachując solidnymi pałkami. Podchodzili z dołu ponaglając się wzajemnie i pokazując przed siebie. Zbliżali się szybko. Wreszcie jeden z nich dostrzegł dwóch chłopaków na szczycie pagórka i zakrzyknął triumfalnie ku reszcie. Podniosła się wrzawa i gromada ruszyła biegiem.

    Znowu?

    Zaledwie tyle zdążył krzyknąć Florek Madej, gdy jego lepiej zorientowany w sytuacji przyjaciel szarpnął go za rękaw, dając sygnał do ucieczki. Już trzeciej tego dnia, choć jeszcze nie minęło południe. Tłum za ich plecami rzucił się w entuzjastyczną pogoń, urozmaicaną wrzaskami, waleniem w garnki i świstem piszczałek. Ujadały psy. Cała sfora.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #23

    Gdzie jest tamten facet, a gdzie go nie ma? Czy ich widzi, śledzi za pomocą tutejszych systemów monitoringu, czy tylko przeczuwa i dlatego wysyła smoki? I gdzie są oni dwaj, ci prawdziwi, którzy zostali po tamtej stronie zjeżdżalni? Czy w ogóle są? Przejście przez stary młyn jak przekroczenie granicy życia? Niewykluczone. Mogło tak być, że spadając z piętra młyna skręcili karki i leżą pod murem jako dwa trupy, poskręcane i z wybałuszonymi od ostatniego zdziwienia oczami, a to, co mu się teraz widzi, słyszy i myśli, jest tylko pośmiertnym rojeniem błąkającej się po okolicy duszy. To by z kolei znaczyło, że ich sprawczość ogranicza się do tego świata (czyli tamtego) i w krakowskiej rzeczywistości nie zdołają już niczego zmienić, a jeśli nawet, to nigdy tego nie sprawdzą. I że nigdy już nie wrócą. A to by znaczyło, że dusza po śmierci istnieje. Czy były potrzebne aż tak radykalne kroki z ich strony dla udowodnienia tezy, którą ludzkość powtarza od zarania? Dusza istnieje, niegdysiejszy inspektorze Madeju, i w dodatku jest nieśmiertelna, a w każdym razie żyje dłużej niż ciało. Pozostało ci rozważenie, na ile twoja dusza jest tobą i czy łatwo zrezygnujesz z ciała.

    Pomacał się po brzuchu, ramionach, udach. Schudł. Gdy wchodzili na piętro gospody po drewnianych schodach, bez trudu brał po dwa stopnie, lekki i sprawny jak trzydzieści lat temu. Pogłaskał się po policzkach – były gładkie jak u młodzieńca. Zaczął to już odczuwać gdy biegli przez las, umykając przed smokiem. Z każdym krokiem stawał się lżejszy, dzięki temu zresztą w ogóle zdołał się wydostać z bagna. Czyje to było ciało? Jego z czasów młodości, czy jakiegoś powieściowego bohatera, wymyślonego przez dwóch napalonych chłopaczków, z których jeden od lat nie żył, a drugi spał teraz obok niego na słomianym posłaniu w fikcyjnej gospodzie? Objął głowę obiema rękami. Moja głowa? Ja?

    Kiedy jednooki Zemła przyprowadził ich wieczorem do karczmy, w pierwszej kolejności rzucił Florkowi grube portki i koszulę do przebrania, a potem ręką wskazał, gdzie może się umyć i przebrać. Olek dostał dużą szklankę piwa, którą niemal duszkiem wypił.

    Pijesz jak stary – skomentował mrukliwie Zemła i dolał piwa z cynowego dzbana. Wtedy przyjrzał się dokładniej Olkowi Zawijasowi i stwierdził, że ten faktycznie wygląda jak chłopak. Czyli że obaj ulegli jakiemuś zupełnie baśniowemu odmłodzeniu.

    U nas to rodzinne – odparł Olek i pociągnął łyk.

    A żebyś wiedział – zgodził się karczmarz. – Twój dziadek za kołnierz nie wylewał, ojciec miał łeb jak cysternę, to czemu ty miałbyś być inny. Co u ojca?

    Pytanie brzmiało niewinnie i błaho, ot, zwykłe zagajenie, ale twarz Olka zbladła. Uciekł oczami na bok, jakby w kącie izby szukał odpowiedzi, której – jak się Floro domyślał – nie mógł sobie przypomnieć. Jedyne oko karczmarza mierzyło obojętnie blade oblicze chłopaka, który podawał się za Krzysztofa Szulca.

    Nie wiem, dawno go nie widziałem – wykrztusił wreszcie Olek przez ściśnięte gardło. – Matka zabroniła.

    Ja na jej miejscu też bym zabronił. Ale nie jestem na jej miejscu. Zresztą, nie mnie sądzić ludzi – zakończył polubownie i dolał piwa. Pobladły Olek wypił z ulgą. Otarł usta rękawem i pokazał oczami Florkowi, żeby poszedł się przebierać. Istniało niebezpieczeństwo, że i jego zacznie Zemła odpytywać. Madej zgarnął ubranie i ruszył na drugi koniec izby. Po drodze zerknął w uchylone drzwi kuchni. Przy piecu kręciła się młoda, przystojna kobieta w czepku na głowie, która rzuciła mu krótkie i pełne ciekawości spojrzenie. Odwrócił się, nie wiedzieć czemu zawstydzony.

    Kiedy wrócił i usiadł za wielkim dębowym stołem, Olek miał już szkliste oczy, a odpychające oblicze karczmarza jakby złagodniało i straciło nieco na swej upiorności. Nadal wyglądał jak ofiara brutalnego napadu, ale pusty oczodół był zakryty czarną przepaską, która przysłaniała również kawałek nosa, a blizna na policzku zbladła. Kobieta z kuchni wyniosła dwie miski z jedzeniem, ale nie przyniosła ich do stołu, tylko postawiła na ladzie i znikła równie szybko, jak się pojawiła. Gospodarz przyniósł obie misy i postawił przed nimi. Z jednej pachniało żurem, w którym pływały kawałki kiełbasy, w drugiej dymiły świeżo ugotowane ziemniaki.

    www.unsplash.com/Monika Grabkowska

    Jedźcie – powiedział kładąc przed nimi drewniane łyżki, a na pytające spojrzenie Olka dodał: – My już wieczerzali.

    Obaj w jednej chwili złapali za łyżki i zaczęli jeść. Floro nie bardzo umiał jeść żur z ziemniakami nie mając własnego talerza, powtarzał więc ruchy Olka, który wiedział, bo jak twierdził, sam pisał ten fragment. Należało najpierw nabrać kawałek ziemniaka na łyżkę, potem zanurzyć go w zupie i całość wpakować do ust, które trzeba było szeroko otwierać, żeby się to wszystko naraz zmieściło. Jedli, a gospodarz patrzył na nich jednym okiem i opowiadał anegdoty z zamierzchłej przeszłości o piciu ze starym Szulcem. Potem nagle zaproponował im, żeby dali sobie spokój z włóczeniem się nocą po lesie i zostali spać u niego.

    Do wsi będzie ze cztery staje, o ile nie zejdziecie z drogi. A po ćmoku łatwo zbłądzić.

    My właściwie nie do wsi, tylko do cegielni – powiedział nagle Olek i szybko łyknął piwa ze szklanki. Zemła chwilę mierzył go błyszczącym okiem, zanim odpowiedział.

    Do cegielni to jeszcze dalej. A po co tam idziecie?

    Mamy sprawę – odparł Olek i potarł dłonią pustą szklanicę. Gospodarz już mu nie dolewał.

    Prześpicie się na górze, a o świcie możecie iść dalej. Teraz nocą tylko łażenie po próżnicy.

    I jakby dla podkreślenia, że nie ma o czym dyskutować, zgarnął z ławy ubłocone ubranie Florka i skinął na nich, żeby poszli za nim.

    I tak znaleźli się w gościnnym pokoju z jednym szerokim wyrem, na które opity piwem Olek padł i przed zaśnięciem zdążył tylko rzucić, żeby go Florek obudził jak się świeca dopali. Po sekundzie już chrapał. Później chrapanie ucichło i zapanowała bezdenna cisza.

    Teraz Florek Madej, niegdysiejszy oficer śledczy małopolskiej policji, siedział w tej bezdennej ciszy i czekał nie wiadomo na co. Miał pilnować, nie potrafił sobie jednak ukonkretnić, jak mianowicie miałoby wyglądać niebezpieczeństwo. „Niczemu nie ufaj, wszystko sprawdzaj”, polecił mu Olek, który wiedział. Wstał, obszedł cały pokój z talerzykiem w ręku, na którym stała zapalona świeczka, i dokładnie obejrzał ściany. Wszystko wyglądało, jak należy. Usiadł i zagapił się w pustkę.

    Nagle zza ściany usłyszał szelest. Jakby ktoś skrobał paznokciem po desce. Nastawił uszy i wstrzymał oddech. Jego czuwanie wzięło się stąd, że nie do końca ufali jednookiemu karczmarzowi, który nieco zbyt skwapliwie zaoferował im darmowy nocleg w opustoszałej karczmie. Szelest się powtórzył. Florek Madej ostrożnie przystawił ucho do ściany. Teraz całkiem wyraźnie słyszał od drugiej strony drapanie. Mysz, albo szczur, pomyślał i wzdrygnął się. Odsunął się od ściany. Nienawidził wszelkich gryzoni i wstrętem przejmowało go samo przypuszczenie, że tuż obok jego głowy urzęduje jakieś szczurzysko. Wyprostował się na krześle i przetarł oczy. Piekły go z niewyspania, ale na stoliku pozostało jeszcze z dziesięć centymetrów świecy. Umówili się na zmianę, kiedy świeca dopali się do końca. Według Olka ta powinna się palić około czterech godzin. Skąd to wiedział?

    www.unsplash.com/David Tomaseti

    W ogóle Olek wiedział sporo różnych dziwnych rzeczy. Z jednej strony było to zupełnie zrozumiałe, skoro znaleźli się w świecie częściowo wymyślonym przez niego, z drugiej – kompletnie absurdalne i nieprawdopodobne, jak alarmował zdrowy rozsądek. Nie ma czegoś takiego, jak przechodzenie z rzeczywistości do literackiej fikcji. Literalnie nie ma. Kiedy jednak próbował ten problem zgłosić Olkowi jeszcze w stary młynie, usłyszał, że przecież sam tego chciał, więc dlaczego się dziwi. To prawda, on pierwszy nalegał, by tu wejść (tu, czyli gdzie?), w najśmielszych przypuszczeniach nie spodziewał się jednak aż tak dalece posuniętej dosłowności. Resztki jego śledczej świadomości rozpaczliwie poszukiwały choćby odrobiny logiki w tym, co ich spotykało. Zjeżdżalnia, smok, bagno, upiorny jednooki karczmarz – wszystko to w ciągu niespełna godziny.

    A Olek twierdził, że to dopiero początek. Gdy upadli pod murem starego młyna, wprost w wysoką i cudownie miękką trawę, był przekonany, że jego kompanowi po prostu chodziło o przywołanie jakiejś dawnej zabawy, obudzenie wspomnienia, sentymentalny gest za przepadłą przeszłością. Humaniści tak mają, do końca nie potrafią się pogodzić z upływem czasu. Olo jednak wcale nie był wzruszony, tylko raczej napięty i czujny. Dla niego to nie była zabawa. Gdy tylko wygramolili się z trawy, porwał Florka za rękę i pociągnął ku brzozowemu zagajnikowi, gdzie przycupnęli za krzewem dzikiego bzu, jak nie przymierzając smarkacze z „Podróży za jeden uśmiech”. Jak oni się nazywali? Duduś i Poldek…

    Chrobot za ścianą zamienił się w miarowe stukanie. Stuk-stuk-stuk i przerwa. Stuk-stuk-stuk i przerwa. Dziwne. Szczur puka do niego? Wstał z taboretu, wziął talerzyk ze świecą i przyjrzał się ścianie ich gościnnego pokoju. Była wyłożona pionowymi deskami i pomalowana brzydką, rudobrązową farbą. Ostrożnie podszedł do kąta. Znajdowały się tam wąskie, zręcznie zamaskowane drzwi, ciasno dopasowane do krawędzi boazerii. Dziwne. Z pewnością ich tu przedtem nie było, sprawdzał przecież dokładnie, po policyjnemu. Miejsce w miejsce, jak mawiała babcia. I tych drzwi na pewno tu nie było.

    Gdy tak stał przed ścianą i przy pomocy świeczki na talerzyku badał szpary w deskach, jego wzrok natrafił na maleńki haczyk. Uniósł go palcem i w tejże chwili drzwi się uchyliły. W progu stanęła kobieta. Miała na sobie białą koszulę nocną, obszytą koronkami i luźno związaną tasiemką pod szyją, bose stopy i odsłonięte przedramiona, a w ręku trzymała taki sam talerzyk ze świecą. Na prawą pierś opadał gruby, czarny warkocz, rąbek lewej piersi wychynął spod głębokiego wycięcia w koszuli. Patrzyła mu prosto w oczy i uśmiechała się. Była powalająco piękna.

    Chodź – szepnęły wydatne usta, a smukła dłoń sięgnęła po niego.

    Jej dotyk podziałał na Florka jak porażenie prądem. W nagle odmłodzonym ciele poczuł gwałtowne podniecenie. Kobieta z nieruchomym uśmiechem pociągnęła go w głąb ciemnej komórki. Nie potrafił się oprzeć. Cały drżał, jego parciane portki – życzliwy podarunek od gospodarza – natychmiast wybrzuszyły się z przodu. Zrobił dwa niepewne kroki i drzwiczki za jego plecami zamknęły się bezszelestnie. Próbował ręką zasłonić wzwód, wstydził się jak licealista na ludnej wakacyjnej plaży, ale kobieta reagowała nieodmiennie z życzliwym uśmiechem.

    Wszystko wydarzyło się jakoś nagle, zbyt szybko, by mógł zareagować. Chciał powiedzieć, że nie wolno, że musi tam czuwać, przyjaciel śpi a on powinien pilnować, bo otoczenie bardzo niepewne, duchy i tak dalej… Nie był w stanie wykrztusić słowa. Znał ją, to ona wieczorem krzątała się karczemnej kuchni i wyniosła im jedzenie. W ogóle była chyba jego żoną. Cholera, to jeszcze gorzej, pomyślał nagle z przestrachem. Pakuje ich obu w jakieś koszmarne tarapaty. Chociaż… Olo wspominał coś o chętnej żonie karczmarza, że to niby miał być taki pomysł na dorosłe kawałki w ich powieści. Czarnowłosa, seksowna, lubieżna…

    Posadziła go na łóżku i kazała patrzeć na siebie. Skulił się, by ukryć swój naprężony chłopięcy wstyd, a ona odrzuciła warkocz na plecy i sięgnęła do tasiemki pod szyją. Przez białą koszulę nocną prześwitywały sutki na ostro sterczących piersiach. Przemknęło mu przez myśl, że koszula nie spadnie, tylko zaczepi się na nich jak na dwóch haczykach. Ale nie. Spadła. Spłynęła w dół cicho i dyskretnie jak kotara na uroczystym odsłanianiu pomnika. Rzeźba była doskonała. Florek Madej z całej siły zaciskał uda i sycił oczy widokiem godnym Michała Anioła. Nie do wiary. Żadnej skazy, żadnych zbędnych fałd, zmarszczek, plamek, nic. Nawet czarny pieprzyk był tylko jeden, i to dokładnie tam, gdzie powinien, czyli w pół drogi między pępkiem i mostkiem.

    Podoba ci się? – wyszeptała i zaraz położyła palec na ustach, żeby nie odpowiadał. Widocznie izdebka od drugiej strony przylegała do jakiegoś miejsca, skąd mogli być podsłuchani. Może nawet do małżeńskiej sypialni. Skinął i wyciągnął rękę. Odtrąciła ją lekko, z tym niewzruszonym uśmiechem na twarzy, i powoli okręciła się wkoło, chwytając w palce koniec grubego warkocza. Biodra wręcz płynęły w powietrzu. Statua miłości, pomyślał Florek i ścisnął dłońmi drżące kolana. Pocił się jak sztubak przed nocnym internetem.

    Zrobiła krok w jego stronę. Mroczny, diabelski, odwrócony trójkąt znalazł się tuż przed jego oczyma. Sapnął i pochylił się…

    Perfekcyjne ciało karczmarki znikło. Zostało zmiecione jednym pchnięciem szalonego moralisty, który nagle wpadł do izdebki i zaczął szarpać oszołomionego atakiem hormonów Madeja.

    Co-ty-wy-pra-wiasz – syczał Olek przez zaciśnięte zęby, ciągnąc go z powrotem do pokoju gościnnego. – Mia-łeś-u-wa-żać! A nie gzić się z karczmarzową. Zbieraj rzeczy i wynosimy się stąd!

    Nie gziłem się – wyjęczał Florek próbując poprawić spodnie, gdzie mu się źle ułożyło i okropnie uwierało. – To ona sama…

    Później pogadamy – warknął. – Jazda, na dół i do lasu!

    Jakie rzeczy?

    Co?

    Jakie rzeczy mam pakować.

    Kurwa, Floro, bierz ten swój pierdolony płaszczyk i wiejemy! Juuuż!

    No dobra, juuuż…

    Szedł, ale i nie szedł. Pchnięta tak bezceremonialnie w kąt pokoju karczmarzowa zwinęła się w kłębek i obserwowała obu mężczyzn. Nie ruszała się, nie reagowała. Po prostu patrzyła tymi swoimi nieruchomymi oczami, w których odbijał się płomień świecy. Bez niego ten wzrok byłby martwy, pomyślał Florek Madej omiatając ostatnim tęsknym spojrzeniem nagie ciało. Wyszedł za Olkiem z izdebki, zamknął drzwi na haczyk, zgarnął płaszcz z wieszaka i po chwili już byli na zewnątrz. Wciągnął głęboko rześkie powietrze, żeby ochłonąć. Za płotem wściekle ujadał pies, chyba ten sam, który ich eskortował wieczorem.

    Za łąkami podnosił się brzask. Pobiegli skrajem lasu tak, by nie tracić z pola widzenia łąki, ale i ukryć się między drzewami. Olek Zawijas sunął przed siebie w jakimś ponurym stuporze, zacięty i milczący, jakby obrażony na cały świat. Jego własny świat.

    Przepraszam – wykrztusił wreszcie Florek Madej. – Nie wiedziałem, co się dzieje, chciałem tylko sprawdzić hałas za ścianą…

    Wiem – uciął Olek i machnął ręką towarzyszowi, żeby sobie dał spokój z tłumaczeniami. – Musimy być ostrożniejsi. Chociaż nie wiem dokładnie, co to znaczy.

    Słuchaj, Olo, czy ona by mnie…

    Zabiła? Nie wiem, może tak. Ale raczej uśpiła albo w inny sposób pozbawiła przytomności i wezwała tego swojego cyklopa, żeby się tobą zajął.

    A on?

    A on by cię zamknął w piwniczce i przyszedł po mnie. Albo zarzuciłby sobie twoje cudownie odchudzone ciało jak worek ziemniaków na ramię i zaniósł do cegielni, żeby rzucić swemu panu pod nogi. Jako dowód, że wypełnił zadanie.

    Swojemu panu, czyli komu?

    Florek Madej nie doczekał się odpowiedzi, ponieważ Olo powstrzymał go uniesieniem ręki i dalej maszerowali w milczeniu. Brzask jaśniał, otoczenie leśne nabierało konturów, widzieli białą watę mgły podnoszącej się z podmokłych łąk. Na niebie gasły gwiazdy, smugi fioletów i granatów ścieliły się do stóp wschodzącego słońca – sceneria była iście bajkowa. Od samego początku, gdy się ocknął pod murem młyna, Florek czuł, że ten świat tutaj, po drugiej stronie kartki, jest jakiś wyrazistszy, bardziej intensywny. Kiedy zatrzymali się na zakręcie drogi, żeby zaczerpnąć tchu, postanowił spytać.

    Słuchaj, Olo, od czasu jak się obudziłem pod młynem, to znaczy jak zasnąłem… to znaczy odkąd tu jesteśmy, wszystko jest jakby zbyt intensywne. Ostre. Za ostre. Nie wiem jak to nazwać. Jakby to malował ktoś, kto lubi przesadzać. Ten karczmarz był taki ohydny, jego żona taka zmysłowa, a zachód słońca taki piękny! Aż za bardzo. Zresztą wschód też, zobacz.

    Pokazał ręką na łąki, zza których unosiły się ku niebu kolejne warstwy kolorów, jak wzory na indiańskiej tkaninie.

    Bo na tym polega literatura – odparł spokojnie Olek, kiedyś profesor polonista. – I w ogóle wszelka sztuka. Nie na kopiowaniu rzeczywistości, tylko jej intensyfikacji. Chodzi o to, żeby wzmacniać doznania, doprowadzać je do maksimum, podkręcać potencjometry percepcji. Karczmarz i jego żona to nie konkretni ludzie, tylko typy. Jeden odstręczający, drugi uwodzicielski. Ja sam się przekonałeś, to działa. Ledwo cię stamtąd wyciągnąłem, miałeś spodnie naciągnięte jak namiot cyrkowy. Mam nadzieję, że ich nie zmoczyłeś.

    Nieee – odparł zawstydzony Florek i dalej ciągnął swoje wątpliwości. – No dobra, literatura, ale jeśli ludzie tutaj nie są bytami indywidualnymi, tylko typami, to jak poznamy tego, kogo szukamy?

    A kogo szukamy?

    No, chyba tego… Krzysztofa Szulca.

    Brawo, jednak coś kojarzysz – pochwalił go Olek.

    Szukamy Krzysztofa Szulca, który wprawdzie nie żyje, ale nas tu zwabił i teraz ściga jak uciekinierów, chociaż to w zasadzie on ucieka, a my go gonimy, ponieważ chcemy rozwiązać zagadkę, której się w rzeczywistości rozwiązać nie da, ale tu można, bo tu jest inna rzeczywistość, wymyślona, i kiedy tu nam się powiedzie, to również tam, po drugiej stronie, która w istocie jest pierwszą stroną, będzie można zapobiec nieszczęściu. Dobrze myślę?

    Uhmm.

    Co „uhmm”? Jakie „uhmm”? Przecież to się całkiem nie trzyma kupy.

    Bo ciągle masz kłopot z zaakceptowaniem faktu.

    Jakiego?

    Że jesteśmy tylko tu, a nie tam i tu równocześnie. Jeśli mogę ci coś poradzić, to zapomnij o „tam”. Szukaj mechanizmów prawdopodobieństwa pośród rzeczy, osób i sytuacji w nowym miejscu i nie odnoś ich do miejsca starego. To częsty błąd u poczatkujących interpretatorów: mieszanie porządków.

    To znaczy jeśli elfy istnieją, to mogą mówić? O to chodzi?

    Mniej więcej.

    To dlaczego odepchnąłeś tę piękną kobietę, jakby nie była człowiekiem tylko jakimś plastikowym manekinem? To nie jest mieszanie porządków?

    W pewnym sensie. Ale tylko po to, by się nie dać zaskoczyć. Lazłeś w objęcia pułapki jak mucha w słój miodu. Potraktowałem ją jak człowieka. Czyli istotę podstępną. Oczywiście po literacku przerysowaną.

    Aha, przerysowaną. Po literacku. Czy on też będzie przerysowany? Pojawi się jako wielki czarownik w pelerynie do ziemi i kapeluszu do nieba? A może jako władca smoków, nieustraszony pasterz dinozaurów, dosiadający pterodaktyla o łapach wysadzanych diamentami? Albo jako…

    Wędrowiec.

    Słowo to Olek Zawijas wypowiedział półgłosem, przez duszone gardło. Towarzyszyło mu machnięcie ręką wskazujące zakręt drogi. Stał tam młody mężczyzna w długiej opończy i kapeluszu z szerokim rondem. Na nogach miał obcisłe spodnie wpuszczone w pończochy, na prawym biodrze zwisała podróżna torba, na lewym spod płaszcza wystawał koniec szpady. Szedł ku nim wolnym krokiem, szeroko rozkładając ręce w geście powitania.

    Witajcie, panowie. Świt następnego dnia to wyborny czas na spotkanie.

    Olek gapił się na postać z półotwartymi ustami. Kiedy mężczyzna zbliżył się na kilka kroków i zatrzymał przed nimi, Florek przyjrzał się jego szpadzie. Koniec klingi był ciemniejszy i bardziej matowy. Kapały z niego krople krwi.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #22

    Część druga

    Autor tego krajobrazu miał pod ręką trzy puszki z farbą: zieleń, czerwień i żółć. Maczał w nich pędzle obficie, z rozmachem i trochę bez opamiętania mieszając barwy, jakby się bawił wymyślaniem nowych obliczy jesieni. Jak okiem sięgnąć dominowały wszelkie odmiany brązów, przetykane rzadkimi plamami rdzy, siarki i malachitu. Pośrodku obrazu leżała wielka misa łąki o krawędziach obwiedzionych czarną kreską lasu i szarą kreską pól. Nad nią wznosiła się słoneczna kopuła nieba, z błękitem tu i ówdzie zaciągniętym mleczną zawiesiną.

    Tuż pod lasem, samym skrajem malowniczej scenerii, maszerowały dwie maleńkie ludzkie figurki. Pierwsza prosta i wysoka, z tułowiem zrobionym jedną kreską i druga niższa, przygarbiona, z tułowiem zrobionym dwiema kreskami.

    Olek, wiesz, dokąd idziemy? – spytał niższy próbując nadążyć.

    Na razie wiem.

    W porządku – zgodził się tamten. Coś mu jednak nie dawało spokoju, ponieważ po chwili spytał znowu. – Ale to się nie dzieje naprawdę, co?

    Nie. To tylko brulion ze starą powieścią. Dosyć słabą.

    Aha.

    Ten z tyłu pokiwał głową w taki sposób, jak to robią ludzie mocno niepewni swej wiedzy. Zawahał się przed skokiem przez płytką przykopę, która przecinała łąkę na pół. Skoczył. Drobnym truchtem dogonił pierwszego i pytał dalej.

    Czyli my teraz śnimy?

    Nie. Idziemy skrajem lasu, żeby nie rzucać się nadmiernie w oczy.

    Aha. Czyli to nie jest rzeczywistość, tylko takie… złudzenie?

    Pierwszy zatrzymał się i odwrócił. Drugi dotruchtał i posapując patrzył w surową, napiętą twarz pierwszego, którą nagle miał tuż przed sobą.

    Chodzi mi o to, że… w rzeczywistości… nadal tam leżymy…

    Rozległo się głośne plaśnięcie i ten niższy złapał się za policzek.

    Boli? – spytał wyższy.

    Boli.

    Naprawdę, czy na niby? Rzeczywistość, czy sen?

    Naprawdę, ale..

    Ból nie może być na niby – wyjaśnił ten wyższy. – Musi być prawdziwy, inaczej nie byłby bólem. Gombrowicz twierdził, że to ostatni sprawdzian realnego istnienia, wobec śmierci Boga i rozpadu wszelkiej substancji. Teraz są całe studia poświęcone afektywności i cierpieniu jako dotknięciu bytu, a głównym materiałem badawczym jest dla nich literatura. Krótko mówiąc, obawiam się, że błędnie sformułowałeś wyjściowy problem.

    Czyli?

    W literaturze świat jest wymyślony, ale uczucia prawdziwe. Nie da się dokładnie oddzielić fikcji od rzeczywistości.

    Nie mogłeś po prostu powiedzieć? Musiałeś mnie bić?

    Wyższy, zwany Olkiem, uśmiechnął się.

    Musiałem, Floro. Inaczej nie przyswoiłbyś sobie tej trudnej prawdy w stopniu, który jest nam potrzebny do skutecznego działania. Chciałem ci uświadomić skalę zagrożenia. Realnego. Ból jest nie tylko dobrym sprawdzianem istnienia, ale i całkiem niezłym edukatorem. Rózgi w dawnych szkołach nie były takim głupim pomysłem.

    To kult przemocy. Dobrze, że nikt nie słyszy, inaczej byś miał sprawę.

    Wyższy z czujnością rozejrzał się po okolicy, mrużąc oczy od mlecznych promieni słonecznych.

    Tego nie byłbym taki pewien – mruknął zatrzymawszy wzrok na jakimś punkcie na prawo od nich, gdzie łąkę od stawu oddzielała wysoka grobla. – Wcale nie byłbym pewien…

    Nagle oczy zwęziły mu się do dwóch poziomych szparek i krzyknął: – Wiejemy!

    Schwycił niższego za szeroki rękaw płaszcza i pociągnął do lasu. Kilkoma skokami wpadli między drzewa i pobiegli w ciemniejącą gęstwinę, nie oglądając się za siebie. Pierwszy ciągnął drugiego. W prawo, w lewo, potem znowu w prawo – szukał jakiegoś sobie tylko znanego zakątka, który w jego wyobrażeniu miał ich uchronić przed nadciągającym niebezpieczeństwem. Las stawał się coraz ciemniejszy, dominowały tu rozłożyste świerki, których korony coraz ciaśniej sklepiały się nad nimi w szczelny, zielony dach. Wreszcie dotarli nad maleńkie oczko wodne, o średnicy może dwóch metrów, otoczone świerkowymi pniami jak wartownikami. Przycupnęli pod jednym z nich i nadstawili uszu.

    Szum rósł. Z daleka przypominał hurgot klucza łabędzi w locie, potężniał jednak z każdą sekundą, aż zmienił się w trudny do wytrzymania powietrzny łoskot. Zatkali dłońmi uszy. Niebo pociemniało, olbrzymi cień uderzył w ścianę lasu i nakrył go swoim cielskiem. Rozległ się zgrzyt szorującego po szczytach drzew brzuszyska, trzaskały świerkowe wierzchołki, miażdżone uderzeniem jakiejś niewyobrażalnej masy. Kiedy cień znalazł się nad uciekinierami, na ich głowy posypał się deszcz igliwia, szyszek i połamanych gałęzi. Niższy krzyknął, a wtedy wyższy zatkał mu usta dłonią i przyciągnął jego twarz do swojej piersi. Po paru sekundach potwornego łomotu cień oddalił się, na chwilę wokół nich pojaśniało, a potem znowu się pojawił, sunąc z lewej nad sąsiednim kwartałem lasu. Wreszcie zawrócił nad łąkami i oddalił się tam, skąd nadleciał.

    Odczekawszy chwilę i przekonawszy się, że cień znikł na dobre, wyższy puścił głowę niższego i ostrożnie podniósł się na nogi, opierając ręce o pień świerka.

    Co to było, samolot? – spytał niższy, zwany Florem.

    Wątpię. Tu nie ma samolotów. Już raczej smok.

    Aha.

    Zapadła cisza. Otrzepali ubrania z igieł i patrzyli na siebie w ostrożnym napięciu. Floro oddychał przez uchylone usta. Olek miał wesołe iskierki w oczach.

    Chciałeś jeszcze o coś zapytać?

    Nie, wszystko jasne. Smok to smok. Dużo ich tu jest?

    www.unsplash.com/Martin Woortman

    Przecież tego nie wiem. Nie ja go napisałem, tylko on. Całkiem prawdopodobne, że jakiś się jeszcze pojawi. Zresztą, to nie był właściwie smok w sensie ścisłym, raczej sugestia smoka, taki smoczy znak. Resztę musisz sobie sam ukonkretnić.

    Dobrze. Nie smok, tylko sugestia smoka. Już koryguję i ukonkretniam. Zielony, z błoniastymi skrzydłami, na grzbiecie rogowe kolce, rozcapierzone szpony, długi jęzor i dym z rozchylonych nozdrzy. Mogę dołożyć parę kamieni szlachetnych po bokach? Zawsze chciałem mieć smoka z rubinami. I czarne agaty zamiast ślepi. Co, da radę?

    Pewnie, co tylko chcesz. Wypełnianie niedookreśleń należy w pełni do ciebie. W literaturze każdy ma swoje smoki, że się tak wyrażę. Dorzuć jeszcze grzechotkę na końcu ogona, żebyśmy słyszeli, jak się skrada.

    Super, grzechotka – zgodził się Floro i chmurny namysł spowił jego łysiejące czoło. Pewnie próbował sobie wyobrazić długi, zakręcony do góry ogon z grzechotką. Jak mogłaby wyglądać u smoka? Jak główka maku na łodydze? Meksykański maracas?

    Nie musisz nic robić – wtrącił Olek w sam środek jego myśli. – U grzechotników to jest po prostu jaśniejsza końcówka, a grzechoczą puste komórki, które trą o siebie. Słychać z kilkudziesięciu metrów, dlatego mi przyszło do głowy.

    Czy moje myśli też ci przyszły do głowy? Słyszysz je?

    Nie, to tak nie działa – odparł Olek ze śmiechem. – Po prostu miałeś taką niepewną minę i pomyślałem, że kombinujesz nad tą grzechotką. Zapomnij, to był żart…

    W tym momencie rozległo się głośne chlupnięcie i połowa Florka Madeja znikła w ziemi. Udało mu się dogonić towarzysza i szli gęstym lasem obok siebie, depcząc obfite kępy miękkiej, wściekle zielonej trawy. Bardziej niż normalną trawę przypominała ona szkolną kolorowankę, w której pilny uczeń barwi kontury na wyrost, przesadnie i z pasją dociskając kredkę do białej kartki. Jej zieleń błyszczała jaskrawo i soczyście. Wokół panowała uspokajająca cisza.

    I nagle chlupnięcie. Szorstka trawa niepostrzeżenie zmieniła się w mech, a ten w bagno. Olek uskoczył i natychmiast, bez zastanowienia, jak gdyby ćwiczył to od dawna, położył się plackiem na brzuchu i wyciągnął obie ręce przed siebie.

    Złap się! Trzymaj mocno!

    Florek zdążył już schwycić go za nadgarstki, które ściskał z jakąś kurczową zawziętością. Jego nogi zapadały się coraz głębiej, a tonięciu towarzyszył nieprzyjemny bulgot, jakby ktoś łapczywie łykał kolejne łyżki zupy. Był już po pachy w błocie i bagno nadal go wsysało. Olek zaczepił prawą stopę o pień drzewa. Chwilę trwało siłowanie się dwóch ludzkich ciał z bezosobowym bagnem. Wreszcie bagno odpuściło. Bulgot ustał i wróciła cisza. Patrzyli na siebie szeroko otwartymi oczyma, jeden po pachy w błotnistej brei, drugi na płasko, z podciągniętymi rękawami swetra i igliwiem na zdrapanym przedramieniu.

    Co teraz? – wycharczał Florek. – Duszę się.

    Oddychaj głęboko, zaraz puści.

    Skąd wiesz?

    Nie wiem, ale i tak nie masz innego wyjścia. Sam cię nie wyciągnę, mogę co najwyżej przytrzymać, żebyś całkiem nie poszedł do ziemi.

    Aha.

    Cholera, mogłem przewidzieć! – krzyknął nagle Olek Zawijas i zacisnął zęby, które zgrzytnęły nieprzyjemnie. – Musimy na przyszłość bardziej uważać.

    Nie wiem, o jakiej… przyszłości mówisz… ale ja… nie mogę oddychać…

    Jeszcze trochę, wytrzymaj.

    Rozejrzał się wkoło i jego wzrok padł na młode pędy buczyny.

    Puść moją prawą rękę. I nie panikuj. O, tak.

    Uwolnioną dłonią złapał gruby pęd i cofnął się na tyle, bo i drugą stopą zaprzeć się o pobliski pień. Teraz mógł ciągnąć obiema nogami i jedną ręką.

    Pomóż mi – powiedział najspokojniej jak potrafił i naprężył mięśnie. Florek Madej, blady jak płótno i umorusany błotem, sprawiał wrażenie właśnie wyłowionego topielca. Którym poniekąd był. Wolną ręką próbował złapać najbliższą gałąź i kiedy wreszcie mu się to udało, sapnął ciężko. Chwilę dopasowywali uchwyty.

    Nie szarp zbyt mocno – instruował Olek. – Stopniowo, jednostajnie, raz, dwa… trzy!

    Pociągnęli równocześnie i bagienny dołek wydał z siebie żałosny ni to szloch, ni to bek. Spod poszarpanego mchu wynurzyła się czarna, jednolita kłoda, która kiedyś była tułowiem Floriana Madeja, a następnie dwa sztywne od błota kloce nóg. Kiedy wreszcie udało mu się wygramolić na wierzch w całości i stanął na twardym gruncie, wyglądał jak statysta w serialu Czarnobyl. Spojrzał na siebie.

    Kurwa – podsumował.

    Noo – przytaknął Olek Zawijas bacznie się rozglądając. – Musimy być ostrożniejsi. Na śmierć zapomniałem o tym bagnie.

    Na śmierć przez utopienie… zaraz, zaraz, czekaj, co to znaczy: zapomniałem? Wiedziałeś o nim?!

    W górze nad nimi zaszumiały korony świerków od lekkiego podmuchu. Olek podniósł wzrok i badał niebo, czy ów dźwięk nie zwiastuje przypadkiem powrotu smoka. Sugestii smoka. Niebo było jednak czyste, spokojne i zabójczo szafirowe.

    Chodźmy, bo za chwilę się ściemni – stwierdził rzeczowo. – A wtedy mogę nie trafić. Ochędoż się jakoś i ruszamy.

    Oblepiony błotnistą mazią zombie usiadł w kucki pod drzewem i splótł dłonie na kolanach. Z każdego zakątka jego zniszczonego odzienia wyciekał czarniawy płyn.

    Nigdzie nie idę. Z następnego takiego dołka mogę się już nie wydostać. Tu przynajmniej jakoś obeschnę. Poza tym ciągle nie wiem, dokąd idziemy.

    Olek Zawijas westchnął i usiadł obok kolegi.

    Do gospody. Mają tam piec, ciepłą strawę i suche koszule na zmianę. Mówię ci, chodź.

    Skąd wiesz?

    Bo ten fragment akurat ja pisałem.

    On mógł coś zmienić.

    Nie mógł. Przecież sam widziałeś, oryginał powieści jest u mnie.

    To jak on to zrobił? – krzyknął Florek Madej zataczając ręką wkoło. – Smoka i bagno?

    Wciąż nie rozumiesz, chociaż długo sprawiałeś wrażenie, jakbyś rozumiał. Co jest napisane, po tej stronie starego młyna istnieje i nie można już zmienić. Pamiętałem o pomyśle ze smokiem, ale wyleciało mi całkiem z głowy to gówniane bagienko, które Krzyś wstawił w sam środek lasu, żeby było ciekawiej. Widział taką scenę w jakimś radzieckim filmie, jak dziewczyna tonie wchłaniana przez rozlewisko, i cholernie mu się spodobało. Chciał napisać coś podobnego. Odradzałem mu kopiowanie cudzych pomysłów, ale uparł się i wstawił samo bagienko. Przepraszam, zwyczajnie zapomniałem.

    www.unsplash.com/Dan Dimmock

    To może posiedź chwilę i przypomnij sobie, o czym jeszcze zapomniałeś. Paści na dziką zwierzynę? Pożar lasu? Wataha głodnych wilków? Krwiożercze rusałki? Skup się. Wolałbym dojść do tej gospody. Jeśli rzeczywiście… to znaczy, jeśli w ogóle gdzieś tu jest.

    Jest – potwierdził stanowczo Olek. – A pożarów, paści, wilków i rusałek nie ma. Raczej na pewno. Chodźmy już, bo za chwilę zesztywniejesz i nie wstaniesz. Dawaj!

    Wyciągnął do niego brudną rękę i mocnym szarpnięciem postawił na nogi. Florek zachwiał się, przytrzymał świerkowego pnia, a potem zrobił na próbę krok po suchej ściółce. Ubranie zachrzęściło. Powoli ruszyli dalej. Poziome promienie słońca straciły swoją siarkową żółć na rzecz różów i fioletów. Widoczność skracała się z minuty na minutę. Las ciemniał.

    Olo, słuchaj, ale to nie jest jedyne ubranie, jakie mam, prawda? – spytał Florek macając się po błotnistym worku, który kiedyś był granatowym swetrem. – Gdzieś tam jest mój rzeczywisty sweter i moja prawdziwa niebieska koszula, na moim prawdziwym ciele leżącym sobie spokojnie pod ścianą twojego starego młyna, u stóp tej pieprzonej młynarczykowej zjeżdżalni, co? Bo my tam śpimy teraz, Olo, nie? Spokojnie sobie śnimy twoje bajdurzenia o smokach i bagnach, a właściwie to ja śnię, bo ty leżysz obok i śnisz sobie być może coś zupełnie innego, na przykład jakąś pulchną młynarzównę…

    Cicho!

    Olek zamarł w pół kroku i pochylił do przodu, starając się wzrokiem przebić gęstniejącą ciemność. Szli teraz jeszcze wolniej, z wyciągniętymi przed siebie rękami i obmacując wszystkie pnie drzew po drodze, jakby ich szorstka kora dodawała im poczucia realności.

    Jest.

    Co?

    Zawijas nie odpowiedział. Wziął go za rękę i poprowadził przez pleniące się wkoło krzaki prosto przed siebie, w stronę migoczącego między drzewami światełka. Kiedy podeszli na tyle blisko, by mieć pewność, że mają przed sobą oświetlone okienko domostwa, przykucnęli za szerokim pniem i chwilę obserwowali teren. Nie było żywego ducha.

    Chodźmy – powiedział Olek i zrobił krok ku gospodzie. Nadepnął przy tym na suchą gałązkę i jej trzask zabrzmiał jak wystrzał.

    W następnej sekundzie rozległo się wściekłe ujadanie i nim zdążyli cokolwiek przedsięwziąć, zza krzaków wyskoczył olbrzymi pies. Był zupełnie czarny, miał żółte ślepia i charczał jak zawodowy morderca, szkolony specjalnie do rozrywania na strzępy przybłędów z lasu. Przywarli plecami do pnia i patrzyli w osłupieniu na otwarty pysk, z którego przy każdym warknięciu spływały strugi śliny. Bydlę zatrzymało się metr przed nimi i czekało na najmniejszą choćby prowokację z ich strony. Czekali ze wstrzymanymi oddechami, dopóki nie zaszeleściły krzaki za psim zadkiem.

    Coście za jedni? – padło burkliwe pytanie. Mężczyzna miał na sobie obszerną białą koszulę, krótki kożuszek bez rękawów i parciane spodnie. Twarzy nie widzieli, ponieważ całkowicie kryła się w cieniu ronda brzydkiego kapelusza. W ręku trzymał kwadratową latarnię z zapalonym kagankiem w środku. Światełko migotało zza brudnych szybek.

    My od Szulca – odparł bez namysłu Olek Zawijas. – Andrzej i Krzysiek.

    Mężczyzna podszedł bliżej i uniósł latarnię. Uważnie przyjrzał się ich twarzom, a oni mogli sobie obejrzeć jego. Miał tylko jedno oko, w miejscu drugiego ziała czerwona dziura, obcięty czubek nosa i szeroką bliznę na policzku. Florek ze wszystkich sił powstrzymywał się, by nie krzyknąć. Olek ani drgnął. Mężczyzna wreszcie opuścił latarnię, uwalniając ich od okropnego widoku, i krótko przyglądał się ubłoconemu ubraniu Florka.

    Znacie mnie? – spytał.

    Pan jest karczmarz Zemła – wydeklamował Olek, jakby odpowiadał na pytanie nauczyciela. – A bliznę na policzku zrobił panu Edek zwany Ściganym.

    Mężczyzna ważył w myślach słowa Olka, po czym złapał psa za nabijaną ćwiekami obrożę i pociągnął go ku gospodzie.

    Chodźcie – powiedział ponuro. – Te mokre dupska trzeba wysuszyć.

    Olek ruszył pierwszy, Florek za nim, z trudem stawiając kroki. Czuł, że dopiero teraz idzie mu się naprawdę sztywno. Nie od błota. Ze strachu.

    Cdn.