Tag: Krzysztof Zajas
-
„Później”, czyli z perspektywy śmierci. Tekst Krzysztofa Zajasa o najnowszej książce Stephena Kinga
Mój intymny związek z twórczością Stephena Kinga obchodzi piętnastolecie. W 2006 roku przeczytałem Bastion oraz To i moje literackie hierarchie się wykopyrtnęły. W niskim dostrzegłem wysokie. W głupim i pogardzanym – mądre i godne podziwu. Opowieści o duchach okazały się opowieściami o ludziach. O mnie. Niby proste, ale kiedy do takich wniosków dochodzi profesor od poezji i teorii literatury, to jednak coś się wywraca do góry nogami. Akademicki rozum postraszyło Niesamowite. Postraszyło na tyle skutecznie, że rozkochało w sobie.
Dlatego do każdej nowej książki Kinga podchodzę jak do kolejnej miłosnej próby. Czy nasz związek trwa? Czy magia znowu zadziała? Uda się jeszcze raz przeżyć czytelniczą rozkosz, poczuć motylki w brzuchu? Dotychczas się udawało, ale żyję wystarczająco długo by wiedzieć, że czas jest nieubłagany, również dla miłości. Na Wielkanoc zaszyłem się na skraju Biłgoraja, z dala od ludzi, i z niepokojem zanurzyłem się w Później. King pochłania, poszło w niecałe dwa dni. Skończyłem, wsiadłem na rower i pojechałem w Lasy Janowskie. Pedałuję, pedałuję, wiatr chłodzi twarz, i myślę: o czym to było?
W fabule chodzi o chłopca, który widzi zmarłych po ich śmierci. Nie trwa to długo, parę godzin, góra dwie doby. Zanim znikną, mogą się nie tylko pojawić, ale i coś powiedzieć. I na tym zasadza się główna oś fabularna: żywi natychmiast wpadają na pomysł, by wykorzystać zdolności chłopca do swoich interesów. Zwykle brudnych, nawet jeśli chodzi o policję. Bo policja również jest upaplana brudem, czego nam dzisiaj w Polsce nie trzeba specjalnie tłumaczyć. Dla kryminalnej historii gratka nie lada – można ofiarę po śmierci spytać, kto ją zabił. I otrzymać wiarygodną odpowiedź, ponieważ zmarłym nie wolno kłamać, muszą powiedzieć prawdę.

Stephen King, fot: Shane Leonard Wiecie, rozum akademicki postraszyło Niesamowite, ale całkiem nie przestał działać. Parę rzeczy w tej powieści mi nie grało. Po co wątek zidiociałego od Alzheimera wujka Harry’ego, który na końcu wywija woltę jak deus ex machina? Dlaczego zmarli się rozpływają po paru godzinach, a jeden z nich prześladuje chłopca tygodniami? Dla rozwiązania tego wątku King sparafrazował użyty przez siebie w To rytuał Chüd, co mogło zadziałać jak ceniona przeze mnie autoaluzja i Kingowski intertekst – ale jakoś nie zadziałało. Słabe. W ogóle fakt widzenia zmarłych jakby nie został wyzyskany, całe rzesze gadających hologramów powinny wirować wokół bohatera i jazgotać pośmiertnym wielosłowiem – a tu nic. Jakby pisarskiej wyobraźni nie chciało się wnikać w tak bogaty, nośny pomysł. Gorzej – jakby tej wyobraźni brakło.
To nie koniec moich miłosnych rozterek. Pedałuję, pedałuję i myślę dalej. Co się stało z językiem Kinga? Gdzie te jego błyskotliwe frazy, dowcipne dialogi i powalające porównania, od których pieszczot drżałem jak panienka? Uwodził opowieścią jak prawdziwy mag słowa, ideał, do którego zawsze dążyłem wiedząc, że nie sięgnę. A tu? Krótkie zdania, proste konstrukcje, równoważniki, informacyjne pyk-pyk… zero artyzmu. Owszem, jest parę fajnych powiedzonek („Nie mam ochoty cię straszyć, tylko że czasami strach to jedyna skuteczna nauka”, mówi mama do sześciolatka), niektóre wymiany zdań cieszą i czyta się, powtarzam, szybciutko i z przyjemnością. Cóż, skoro wszystko razem wygląda jak jakaś podróba Kinga, wypłowiała koszulka z mocno spranym nadrukiem. To nie jego pismo…
Przestałem pedałować. Przystanąłem na ścieżce, ponieważ poraził mnie grom z jasnego nieba: ON TEGO NIE NAPISAŁ! To jacyś ghost writerzy! On im poddał parę pomysłów, podrzucił notatki, oni uklecili z tego powieść, a King na końcu tylko trochę popoprawiał i klepnął do druku. To była myśl podła. Bolesna. Myśl jak trucizna podchodząca jadem pod zakochane serce. On już nie pisze, tylko rzuca pomysły i koryguje. Bawi się pozycją króla horroru. W Później jak refren powtarza się: „uprzedzałem was, że ta powieść to horror”, co brzmi sarkastycznie wobec jego najlepszych horrorów, gdzie takich zapewnień powtarzać nie musiał. Kpi z nas. Podaje ogólnodreszczykową sałatkę, oszczędnie przyprawioną Kingiem, i z satysfakcją obserwuje, jak się nią zajadamy. Cokolwiek bym wam nie przyrządził, i tak wszamiecie. Byle było słowo „horror”.
Wyjaśnienie takie na chwilę mnie uspokoiło, więc ruszyłem dalej. Po przepedałowaniu paruset metrów znowu przystanąłem. Nie, to niemożliwe, pomyślałem. On taki nie jest. Tyle razy podziwiałem jego piekielną inteligencję i zręczność, nazywałem zwierzęciem narracyjnym, wielbiłem umiejętność zrobienia ze wszystkiego ciekawej historii. Coś w tym musi tkwić, tylko jeszcze na to nie wpadłem. Skup się, Zajas. Poszukaj wielkiej metafory.

Krzysztof Zajas Ilekroć mówię o Kingu, zwracam uwagę na to, co Olga Tokarczuk nazywała Wielką Metaforą. Dobrą literaturę poznaje się po tym drugim, ukrytym poziomie kodowania, gdzie opowieść przestaje dotyczyć zmyślonych losów fikcyjnych postaci, a zaczyna dotyczyć ciebie. To punkt, w którym fikcja staje się innym, wyższym rodzajem prawdy. To również moment absolutnej intymności autora. Chce wypowiedzieć siebie, swój mrok, niepokój, czasem cierpienie.
Rzuciłem rower w trawę, usiadłem na skraju leśnej ścieżki i zacząłem myśleć. Stary pisarz, mistrz, który doświadczył już wszystkiego, osiągnął co chciał, i który rozwijał swoje opowieści z wszystkich możliwych perspektyw. Oprócz jednej: perspektywy śmierci. Kiedy odejdzie, zostanie po nim mnóstwo notatek, niezrealizowanych pomysłów, szkiców, a pogrążeni w żalu wydawcy i redaktorzy zaczną wtedy układać powieści i podpisywać jego nazwiskiem. Umarły, który mówi zza grobu, przez chwilę, nim jego głos nie osłabnie i nie rozwieje się w nic. I wtedy mnie olśniło. No jasne! W powieści Później metafora Kingowska kryje się nie w Jamiem Conklinie, chłopcu, który widzi zmarłych, tylko wśród samych zmarłych. Dopóki żyjemy – kłamiemy, zwodzimy, załatwiamy brudne interesy i udajemy, że wszystko jest w porządku. A po śmierci wszystko się odwraca i trzeba mówić prawdę. To jest dopiero prawdziwy horror! Nie to, że zmarły przychodzi i coś tam mamrocze pod nosem, ale że to jego mamrotanie jest prawdą. Taką prawdą, której on już nie napisze. Jednak napisze ją ten drugi, który zobaczy i usłyszy ducha.
Potarłem czoło, kopnąłem butem kamyk. Lęk przed śmiercią jest elementarny, trzeba go pokonać rytuałem Chüd. Albo jakimkolwiek innym prywatnym obrządkiem, byle się pozbyć strachu. Nieuchronnie odejdziesz i twoje marzenia umrą razem z tobą. Rzecz w tym, by nie stracić tej ostatniej nadziei, że choć jeden człowiek usłyszy po śmierci twój głos. Ten prawdziwy głos. Jeden człowiek, dziecko, które zostanie na tym padole zakłamania i obłudy z przekazem od ciebie w kwestii tego, jak wygląda prawda. Aha, no, to by mogło być. W ten sposób wyjaśniła mi się też funkcja wątku z wujkiem Harrym.
Później to powieść snuta zza grobu. Przekonuje mnie o tym jedno z pierwszych jej zdań: „Zawsze jest jakieś później, teraz to wiem. Przynajmniej do śmierci. Bo wtedy wszystko inne jest już wcześniej”. Jamie Conklin rozumie coraz więcej, ale później, ponieważ prawda nieubłaganie wiąże się z przesunięciem czasowym. Rzeczy układają się w porządek, odkrywają, ujawniają swoje znaczenie – ale później. Po ostatnim później, w chwili śmierci, odkryje się wszystko.Wstałem, otrzepałem spodnie, siadłem na rower i pojechałem dalej. Ulżyło mi. Znalazłem Wielką Metaforę. King w tej powieści jest duchem i sprawdza, jak się mówi zza grobu. Dlatego powtarza, że to jest horror. A jak żywi sobie tę historię opowiedzą, jakich kłamstw, przemilczeń i wykrętów użyją, jakie swoje brudne interesy na niej będą załatwiać, to już ich sprawa. On mówi, jak jest. Mówi prawdę horroru, mówi horror prawdy.
Dalej już jechało mi się lekko i przyjemnie, śpiewały ptaki, słońce wyszło zza chmury. Miłość ocalona. Magia jeszcze raz zadziałała – tylko później.
Krzysztof Zajas
-
„Mój osobisty covid”. Krzysztof Zajas o przechodzeniu koronawirusa
Zaczęło się jak w dreszczowcu – od nocnych dreszczy. Do niedzieli wieczór żyłem w przekonaniu, że ta epidemia istnieje tylko w mediach, czyli daleko i nie całkiem realnie. Że mnie osobiście nie dotyczy. W poniedziałek rano miałem 38 stopni i dreszczy ciąg dalszy, i już wiedziałem, że dotyczy. Było mi na przemian zimno i gorąco, straciłem cały zapach i połowę smaku, a do toalety i z powrotem wlokłem się jak na Babią Górę po zimowej przerwie. Zajęcia odwołałem i przez zamglone gorączką oczy zacząłem szukać po internecie, co właściwie mam dalej robić.
Intuicyjnie chciałem za wszelką cenę uniknąć szpitala. Testy musiałem jednak wykonać, więc we wtorek rano, nafaszerowany paracetamolem i groprinosinem (polecam!) wybrałem się do Szpitala Uniwersyteckiego UJ w Prokocimiu, gdzie liczyłem na nieco mniejszą liczbę chętnych. Przeliczyłem się. Pięć stopni, wiatr i deszcz, a ja stoję na chodniku pod gołym niebem, w kolejce ludzi podobnie jak ja zarażonych, kaszlących i z gorączką. Za rejestrację robiło coś w rozmiarze szaletu miejskiego, stojące na trawniku przed wejściem. Po godzinie naszego marznięcia wyszedł stamtąd człowiek i oświadczył, że zaraz zamyka, a w ogóle dla tych, co prywatnie, punkt przyjęć jest po drugiej stronie. Sporą grupą udaliśmy się więc na rzeczoną drugą stronę i znowu staliśmy na wolnym powietrzu, czekając na przyjęcie. Ponieważ pora otwarcia dawno minęła, a tu nic, ktoś nieco przytomniejszy poszedł spytać, co jest grane. Usłyszał, że „system się nie uruchomił” i nie wiadomo, czy dzisiaj w ogóle będą przyjmować. Przemoczony i zmarznięty wróciłem do domu rozmyślając po drodze, co to znaczy, że system próbował się uruchomić sam i dlaczego nikt mu w tym nie pomógł.
W domu zastałem rozgorączkowaną żonę, więc w przeciwieństwie do szpitalnego systemu nie byłem już sam i mogliśmy sobie chorować razem. Dwa dni później dołączyły córki. Na szczęście przeszły covida szybko i dosyć łagodnie. A co z nami. Szpital odpada, ale coś trzeba było robić. Zadzwoniliśmy do naszej lokalnej przychodni w Grobianach (moich domowych Mogilanach) i umówiliśmy się na następny dzień na konsultacje. Lekarz w środę zadzwonił zgodnie z umową i bardzo uprzejmie a zarazem fachowo odpytał nas z objawów, po czym nakazał koniecznie testy i obiecał zadzwonić za dwa dni. Mnie już dreszcze trochę odpuściły, ale gorączka się jeszcze utrzymywała. Żona nieco gorzej.
Z objawami jest bardzo różnie, ale dominuje ból. Obojgu nam głowy pękały, a końskie dawki paracetamolu z kofeiną działały ledwo ledwo. Do tego okropny ból w krzyżu, żonie znany doskonale od lat, mnie w ogóle. Po raz pierwszy w życiu miałem momenty, kiedy nie mogłem ani leżeć, ani siedzieć, ani chodzić. A jeśli tak, to co właściwie mam robić? Beata całymi dniami leżała na łóżku, kompletnie osłabiona.
No i kaszel, podstępny gracz. Kładziesz się, w plecach łupie jak nieusunięty odłamek granatu, za oknem ciemność, spać nie możesz, więc patrzysz w sufit i myślisz. Niby przeziębienie, a jednak coś więcej. Znacznie więcej. Rano z większą pilnością śledzisz dane o zarażonych i zmarłych, badając tendencję. Rośnie. Jeszcze sobie powtarzasz, że nie, ciebie to dotyczy tylko w niewielkim stopniu, coraz mniej jednak sobie wierzysz. No dobrze, ale jeśli dotyczy, to co? Do cholery, CO? Wierzcie lub nie, ale jedną z moich pierwszych myśli było, że nie zdążyłem napisać trzeciego tomu trylogii pomorskiej i czytelnicy mi nie darują. Na pogrzeb nie przyjdą, nawet oklapłego tulipana na świeży grób nie rzucą. Cofną polubienia strony. Nie, kurde, zaraz po ozdrowieniu zabieram się do pisania. Tak myślałem przed świtem, gdy trupia flegma podchodziła mi pod gardło, a ja nie mogłem odkaszlnąć. Teraz to jest może trochę śmieszne, śmiechem próbuję oswoić tamte lęki, ale dwa tygodnie temu moje poczucie humoru pukało w dno od spodu.

koronawirus, fot: www.unsplash.com/CDC Testy szczęśliwie zrobiliśmy w Gdowie, po zaledwie trzech godzinach stania, ale już nie na deszczu, tylko w słońcu, co od razu poprawiło nastrój pokasłującym kolejkowiczom. Załapaliśmy się z żoną w ostatniej piątce, tuż przed zamknięciem. Pozostało czekać na wyniki. Otrzymaliśmy je w niedzielę – oba pozytywne. Może głupio zabrzmi, ale w jakimś sensie ulżyło. Przynajmniej wiadomo, na czym stoimy. Lekarz również się ucieszył i hojną ręką sypnął nam izolację domową do końca miesiąca. Łącznie trzy tygodnie. Rzutem na taśmę kupiłem pieczywo i jarzyny, po czym zamknęliśmy się w domu. Zostaliśmy zamknięci. Zamknęło nas.
Oglądasz świat przez szybę, dosłownie i metaforycznie. Wszystko jest tam, a ty tu. Może inni potrafią sobie takie zamknięcie zrekompensować internetem czy telewizją, ale ja nie. Muszę na łąki, do lasu, w ostateczności drogą do miasta i z powrotem. Żeby poczuć ruch, bo ruch to życie, a bezruch to śmierć. Chory, obolały i unieruchomiony leżysz i myślisz o śmierci. Nie żeby jakoś strasznie, ale trochę, niewiele, przy okazji czytania, gadania, grania na kompie. Myślisz. Jest w tym myśleniu coś z rachunku za życie, coś z niepewności i poczucia winy wobec bliskich, a coś z czekania. Przyszło mi do głowy, że podobnie muszą umierać starcy – że to jest takie czekanie.
Czekaliśmy też bardziej konkretnie, na pogorszenie stanu. Przyszło pod koniec pierwszego tygodnia u żony, która zaczęła się dusić. Jakby ktoś nagle przyciemnił światło. Ona kaszle i dyszy z wybałuszonymi oczyma, a mnie rusza w obolałej głowie kaskada obrazów: nerwowy telefon, czekanie na karetkę, która przyjeżdża po zbyt długim czasie, bo nie wyrabiają, godziny na trawniku przed szpitalem, bo SOR zapchany, szukanie kogoś, kto ją podepnie do respiratora… Nie wiem, czy wiecie, jak to w praktyce wygląda. Otóż nacina się krtań, wpycha rurę i pilnuje, żeby przerażona pacjentka tego nie wyrwała. Od samej wyobraźni znowu mi się pogorszyło. Żona zachowała rozsądek i mimo wieczornej pory zadzwoniła do naszej grobiańskiej przychodni. Lekarz na całodobowym dyżurze natychmiast przepisał sterydy, wysłał e-receptę, którą szwagier zdążył wykupić tuż przed zamknięciem apteki, i żona wzięła na noc końską dawkę. Rano poprawiła i brała jeszcze przez trzy dni. Uff, pomogło. Ktoś znowu rozjaśnił trochę światło. Nie wiem dokładnie kto, ale z pewnością duży w tym udział miała nasza grobiańska przychodnia „Serce sercu”, która w tym okropnym czasie pilotowała nasze chorowanie z wielką starannością i profesjonalizmem. Niniejszym przyznaję jej tu OGROMNE SERDUCHO. Drugie wielkie serducho dla przyjaciół i sąsiadów, którzy oferowali się z pomocą i chętnie ją realizowali. Dobrze, że jesteście!
Tak, miałem okazję sprawdzić w realu. To naprawdę tak wygląda. Z tej strony przyjaciele, rodzina, służba zdrowia, wykonująca tytaniczną robotę w czasie pandemii. Z tamtej – katastrofalny stan techniczny i organizacyjny polskiego lecznictwa, wynikający wyłącznie z indolencji lub złej woli władz. Żeby przez pół roku nie przygotować nawet szpitali polowych na drugą falę pandemii? Nie mówiąc o zwiększeniu punktów testowych, liczby anestezjologów, niezbędnych do obsługi respiratora, zespołów ratunkowych do karetek… Nie wiem, czy ci rządowi ignoranci przypuszczali, że pandemia już nie przyjdzie? Że nas akurat ominie, bo ksiądz Rydzyk klepie zdrowaśki w radiu? Chciałbym myśleć, że to tylko ich głupota i krótkowzroczność, ale obawiam się znacznie gorszych rzeczy. W każdym razie mnie ich pandemiczne wykręty nie biorą. A zwalanie winy na służbę zdrowia to zwykłe chamstwo. Rwali się do tej władzy jak głodomory, a nie umieją jej sprawować.

Krzysztof Zajas Nie o to chodzi. Przeżyliśmy. Jeszcze trochę kaszlemy i chrząkamy, bóle jednak zasadniczo ustąpiły i możemy pracować. Natychmiast zabrałem się za pisanie trzeciego tomu trylogii. Izolacja, którą mili policjanci sumiennie sprawdzali każdego dnia, skończyła się przedwczoraj. Zaraz rano pojechaliśmy z żoną i Lalą (czyli Axą) na grobiańskie łąki. Ważne, żeby znowu poczuć ziemię pod nogami.
Cóż za ulga! Idę, oddycham, patrzę w niebo i macam bladymi palcami ostatnie jesienne liście. Z krzewu dzikiej róży zrywam kwaśny owoc i żuję z perwersyjną rozkoszą. Najprostsze rzeczy, a takie piękne! Ściskam Beatę za rękę. Jesteśmy. Lala szczeka i też się cieszy jak szczeniak, chociaż właśnie 1 listopada ma dziesiąte urodziny. Wrócił mi zapach. Od Babiej Góry wieje bukową wilgocią. Jak tylko będę miał wolny dzień, znowu na nią wlezę. Taki jeszcze jeden covidowy test.
Chcecie puentę? Jasne że tak, bez niej szkoda strzępić klawiaturę. Tylko że puenty nie zawsze są przyjemne. Kiedy już nabraliśmy przekonania, że wszystko jest dobrze, nadeszła wiadomość o śmierci Giovanny’ego Castellanosa. Zdrowy, pogodny, zawsze uśmiechnięty czterdziestoletni Kolumbijczyk, reżyser, był uczniem mojej żony w szkole teatralnej. Zmarł na covid.
Pewnie kiedy już wiedział, że jest zakażony i flegma śmierci podchodziła pod gardło, również leżał na łóżku i patrzył w sufit. Myślał, że ma nieskończony spektakl w teatrze. I że jak tylko wyzdrowieje, weźmie się do roboty…
Pisz, Zajas, pisz.
Krzysztof Zajas
-
Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (62-71 dzień)
Krzysztof A. Zajas
Dziennik czasu pandemii cd.
24 maja 2020 (21326 zarażonych, 996 zmarłych)
Zapisuję słowo „ognisko” i czuję zapach dymu. Dopisuję drugie, „gitara”, i brzęczy akord a-moll. Działa, myślę sobie. Palce zawisają nad klawiaturą, w opuszkach wibrują możliwości. Mogę napisać wszystko i chwilę sycę się wszechmocą. Słowa wynurzają się z mroku wlokąc za sobą rzeczy, ludzi, zdarzenia. Wspaniałe. Idą. Wynurzają się z mroku. Na przedzie dwaj chłopcy z naręczem gałęzi, za nimi dziewczyna i jeszcze jeden chłopak, z gitarą na ramieniu. Idą. Siadają wokół ognia. Trzeba im dać imiona. Kiedyś już je mieli, ale czy te same? Nie jestem pewien. Pamiętam je, ale ich znaczenie wiąże, odbiera swobodę, drażni opuszki palców alergią prawdziwości. Musiałbym wtedy pisać wszystko tak, jak było. Prawdę. Cóż za dziwne słowo!
Byli. Zeszli na groblę płytkim wąwozem, wyżłobionym kołami w gliniastym podłożu, które w czasie suszy zamieniało się w żółty popiół. Można było go nabierać w garść i podrzucać do góry, a wtedy spadał kaskadami dymu i grudek, ciągnących za sobą smugi jak zestrzelone samoloty. Kazek był w tym najlepszy, podobnie jak w wynajdywaniu grzybów w wysokiej trawie Figarni. Brał kurz w obie dłonie, jak spragniony nabiera wody ze strumienia, i rzucał pionowo nad ich głowy. Uciekaliśmy, a on się cieszył. Imię jednak nie do przyjęcia. Kazek – jak menel spod sklepu. Powinienem mu je odebrać i zapisać, powiedzmy, Łukasz. Chyba jednak tego nie zrobię.
Ona była Anka. Zwyczajnie, najprościej jak można. Powinna być Julka, albo Weronika. Albo Iza, które bardzo lubię. Ale to Anka, pamiętam. Niech zostanie. Miała długie jasne włosy i kiedy opuszczała głowę, opadały po obu stronach twarzy pofalowanymi kurtynkami. Dźwięk gitary ożywiał w jej orzechowych oczach błyski napięcia. Słuchała wtedy z półotwartymi ustami i myślała o czymś bardzo dalekim i ważnym. Znacznie ważniejszym, niż ta grobla, ognisko i wieczór.
– Mirek, przypomnij mi, który to był rok? Ile wtedy mieliśmy?
Mirek jest cały czas ze mną i w żadnym razie nie chce zgodzić się na zmianę imienia. Jest okropne, ale on się upiera. Mówi, że już za późno na wymyślanie mu nowych imion i może mieć rację. Mirek nie żyje od ośmiu lat.
– Pewnie siedemnaście. U ciebie wszystkie ważne rzeczy wydarzyły się, kiedy miałeś siedemnaście lat. Powtarzasz to przy każdej okazji.
– Fakt. Ale to nie jest żadna ważna rzecz. Po prostu ognisko na Tatarskiej Grobli.
Mirek szczerzy zęby nieco czaszkowo i kościotrupowo.
– Jak nie, to po co o tym piszesz?
Dobre pytanie, więc odrywam opuszki palców od klawiszy i chwilę gapię się w okno. Niebem płyną szmaciane chmury. Szczeka pies. Przeleciał ptak. Chwieją się gałęzie na wietrze. Parę drobiazgów, w żadnym nie ma słowa. Wracam do ogniska.
Trzeci chłopak miał na imię Tadek i na prawym policzku nosił dużą bliznę po kopycie końskim. Był mały i ciekawy, podszedł od tyłu, a potem się obudził w szpitalu. Blizna ściągała skórę i Tadek wyglądał, jakby się ciągle uśmiechał.
– Tadek, z czego się śmiejesz?
– Nie śmieję się.
– Aha, to koń, przepraszam.
Nigdy nie chciałbym mieć na imię Tadek, nie z powodu konia, tylko tak w ogóle. Sto lat temu mogło być, ale teraz? Zresztą, nie wiem, czy on tam wtedy był, jakoś go niespecjalnie widzę. Nie wyłania się z mroku.
– Tadek tam wtedy był?
Mirek energicznie potrząsa głową, szczęka chwieje się na zawiasach. Wiedzę ma już niewątpliwą. Kiedy żył, w zasadzie go nie było. Jako dorośli prawie się nie widywaliśmy, on miał swoje życie, ja swoje, oba na swój sposób jedyne, niepowtarzalne i całkiem niewłaściwe. Nie wiem, dlaczego teraz przychodzi do mnie, siada za lewym ramieniem i gapi się na zapisywane zdania. Kiedyś go o to spytałem, ale wykręcił się paradoksem.
– Wszystko jedno, gdzie usiądę. Przecież mnie nie ma.
– Nie o to mi chodzi. Czemu chcesz widzieć moje słowa, skoro już wszystko wiesz? Bo wiesz, prawda?
– Niby tak – zgodził się niechętnie. – Ale co innego wiedzieć, a co innego pisać. Widzieć siebie zapisanego. Rozumiesz, to tak, jakbym dostał z powrotem kawałeczek ciała. I mógł nim czuć.
– A zapach tamtego ogniska czujesz?
– Jasne!
To mnie trochę uspokoiło. Dlatego teraz siedzę przed oknem ze smutnym widokiem na chmury, gałęzie i psa, i piszę o ognisku na Tatarskiej Grobli w 1979 roku. Tak przynamniej twierdzi Mirek, a on teraz już wie, co mówi. Kiedyś gadał głupstwa. Teraz wie wszystko, tylko ciała mu brakuje, dlatego tak liczy na moje pisanie.
Materia ginie, pleśnieje, rozkłada się. Zostaje słowo. I my w nim. Cienie własnych cieni.

Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy 30 maja 2020 (23567 zarażonych, 1061 zmarłych)
Wczoraj zmarł Jerzy Pilch. Nie na koronawirusa, tylko tak po prostu. Na siebie. Całe jego życie wyglądało trochę jak wielkie przygotowanie do śmierci – świadome siebie zabijanie, samobójcze do przerażenia. Potrafił sprawiać wrażenie sybaryty, używacza życia, dogadzacza sobie najlepszymi męskimi przyjemnościami: alkohol, seks, literatura. W środku był drżącym jak osika dekadentem, na kilometr węszącym śmierć przyczajoną w tętniących życiem i rozkoszą buduarach. Nawet tych najdowcipniejszych i najbardziej brawurowych ludycznie tekstów Pilcha nie umiałem czytać bez ciągłego oglądania się przez ramię, czy przypadkiem kostucha za mną nie stoi. Parskałem śmiechem i trząsłem się ze strachu. Potrafił uchwycić nagi i bezlitosny dramatyzm istnienia na samej krawędzi brzytwy, tam, gdzie Eros i Tanatos siedzą tuż obok siebie i wspólnie wychylają kielich gorzkiej ambrozji. Bo życie to miłość i śmierć. Nic więcej. Ach, i jeszcze literatura.
Nazywano go kobieciarzem, koneserem damskiej urody, znawcą kobiet. Dla mnie był raczej znawcą męskich kłopotów z kobiecością. Tych naszych szarpnięć, napięć i rozpaczy, o których tylko blade mamy pojęcie, a które działają poza naszą wolą, jak alkohol we krwi. Po mistrzowsku potrafił oddać bezradność mężczyzny wobec kobiecego wdzięku, uwodzicielstwa i samej chuci, buszującej w facetach jak pijany demon. Ona idzie, ja patrzę. Ona tylko rzuca okiem i idzie dalej, ja rozwijam opowieść o miłości, przeznaczeniu i śmierci. Biegnę za nią, naprawdę albo tylko w marzeniach, co niewiele zmienia, bo dla człowieka literatury ta różnica istnieje w bladym zaledwie stopniu. Eros i Tanatos walą niedopitym kielichem o ścianę i biegną za mną dopełnić formalności. Można z tego zrobić romans, kryminał, horror, obyczajówkę, albo wykład – feministyczny czy antyfeministyczny. Pilch potrafił zrobić balladę o życiu i śmierci. Magiczną balladę.
Powalał frazą. Olgę Tokarczuk kochamy za dar opowieści, Andrzeja Stasiuka za wierność Miłoszowi w dotykaniu słowem rzeczy, a Pilcha – za frazę. Parę jego figur weszło już na stałe do języka, na przykład że coś jest (lub nie jest) czymś „w sensie ścisłym”, albo „powiedzieć, że był (idiotą, geniuszem, pijakiem itd.) to nic nie powiedzieć”. Jestem pewien, że każdy polski czytelnik ma swoje ulubione Pilchowe frazy i całe akapity przepisane do kajecika, żeby były pod ręką. Ja mam mnóstwo. Na przykład tę o przepiciu przez bohatera Pod Mocnym Aniołem wszystkich pralek świata:
Jaką duszę ma człowiek, który wie, że przepił wszystkie pralki świata? Odpowiadam: duszę ma uskrzydloną, a myśl jego wiruje jak bęben w ostatniej fazie odsączania. Kiedy czujesz na sercu ciężar miliarda przepitych pralek – jest nie do zniesienia. Ale kiedy unosisz udręczony wzrok i widzisz, jak ptasie ławice białoskrzydłych pralek szybują pod wodnistymi niebiosami niczym eskadry papieskich helikopterów, pojmujesz, iż jest ci dane więcej niż innym. Jest ci dany niekonwencjonalny dar i jeśli zdołasz przeżyć, jeśli przedtem nie umrzesz, możesz zacząć wędrówkę w poszukiwaniu wszystkich utraconych pralek, a nawet – tak jest – w poszukiwaniu wszystkich utraconych rzeczy.
Jeśli przedtem nie umrzesz… Problem w tym, że każdy umiera przedtem. Zanim sięgnie tego, ku czemu się całe życie wychylał. Wychylał i wychylał… Pilch był majstrem frazy zręcznej, panem intelektualnego fajerwerku i laserowej ironii, którą ciął jak mistrz jedi świetlistym mieczem. Kto mu się nawinął pod rękę, cierpiał srodze i bezradnie, nie umiejąc się odciąć. Ale gdy zestawiam myśl jego – przepastnie śmiertelną i przewrotnie poważną – z formą zręczną i piorunowo błyskotliwą, wtedy myślę, że nie sięgnął. „Wędrówka w poszukiwaniu rzeczy utraconych” to stary i mocno już wydeptany szlak pisarski, z mnóstwem ścieżek bocznych i uroczysk, jeszcze nie tkniętych ludzką stopą. Pilch próbował. Wdrapywał się na urwiska, parł w górę skalnych osuwisk, a po obsunięciu nogi i zjechaniu w dół otrzepywał spodnie i lazł z powrotem. Żył i umierał straszliwie, jak na prawdziwego pisarza przystało. Doświadczył zła i cierpienia najczystszej próby, a kiedy mu było mało, sam siebie katował dla pogłębienia wymiaru. Bólu miał aż zanadto. Ale nie sięgnął. Słowo zbyt lekkie, „na fraszkę użyte”, nie uniosło ciężaru doświadczenia skrojonego na miarę prawdziwej epopei. Jego uporczywe powroty do ukochanej Wisły trącą sentymentem zaledwie, prowincjonalną apologią małej ojczyzny z Jerzykowym losem wpisanym w ckliwe wspomnienie. Powtórzenie, które jest solą literatury – tu powtarza samo siebie w obsesyjnych nawrotach. Chciałoby się powiedzieć – jest tylko powtórzeniem.
Nie wiem, może taki jest los genialnych felietonistów, do których Jerzy Pilch z pewnością należał. Felieton pozwala szlifować styl, ale felietonowy. Niełatwo z niego wydobyć się na otwartą przestrzeń powieści, gdzie inne są geometrie i inne atmosferą targają porywy. Pewne rzeczy trzeba tam powiedzieć wprost, jeden do jeden, było tak a tak. U niego prawie nie ma takich sytuacji narracyjnych, każde zdanie jest figurą samą dla siebie, perełką, budulcem od razu z ozdobnikami, prawie nie ma prostych desek. Wiem, odpowiedziałby: proste deski są dla prostaków. I tak, i nie. Także w stylu bogactwo nadmiaru może się złamać w nadmiar bogactwa. Dlatego najlepsze jest Pod Mocnym Aniołem, gdzie sama rzeczywistość picia oraz szpitalnego odwyku wprowadza stany pośrednie, rozchwiane, mgliste i nieuchwytne. Króluje tam wymyślna i finezyjna fraza, ponieważ z założenia nie dostaje konkretnych przedmiotów.
Całe życie lecisz w przepaść, od początku świadomości, od pierwszego spojrzenia. Patrzysz i widzisz przepaść. Spadasz. Pijesz, żeby złapać równowagę w tym stanie egzystencjalnej nieważkości. Na tym polega paradoks alkoholików. Wszystko spływa, gnie się i mięknie, osuwa w otchłań. Lecisz krzycząc aaa! i żeby jako tako się zorientować, przeciwstawiasz otchłani inną otchłań, alkoholową. Płynności się wyrównują, przez chwilę jest stabilniej. Ale tylko przez chwilę, więc trzeba ponawiać. To potrafi działać latami, wytwarza się ułuda porządku, sensu, harmonii. Dwie płynności po zderzeniu dają twardy grunt pod nogami. Złudzenie gruntu. Wtedy możesz pisać. Pisanie i alkohol zastępują życie. Nie – pisanie i alkohol likwidują życie. Na jedno wychodzi. Wychodzi na śmierć.
Tym dla mnie jest pisarstwo Pilcha. Zawsze będę do niego wracał, ponieważ jest taki rodzaj ssania w duszy, które tylko on umiał uchwycić.
Czyli jednak nie tylko fraza.
Miał być jednym z bohaterów naszej Alei Pisarzy w Oświęcimiu, zaraz po Stasiuku i Bieńczyku. Za pierwszym podejściem już prawie się zgodził, ale wtedy wypadła mu poważna operacja i przełożyliśmy na później. Za drugim razem już był ciężko chory i przysłał tylko smsa mniej więcej takiego: „Panowie, odpuśćcie mi, nie dam rady. Pozdrawiam serdecznie”. Miałem już dla niego propozycję cytatu na mosiężną płytę alei, ostatnie zdanie z najlepszej powieści:
Nasze dusze nigdy stąd nie odejdą i nigdy tu nie usną.
Płyta w Alei Pisarzy musi być odsłonięta osobiście przez laureata/tkę, zatem siłą rzeczy pojawiają się tam wyłącznie pisarze żyjący. Jednakże siłą wyobraźni może się tam pojawić każdy. Panie Jurku, proszę spróbować. To nie jest takie trudne, trzeba się tylko lekko pochylić i unieść chustę zakrywającą fragment chodnika z płytą. Najpierw z jednej strony, potem z drugiej, powoli, nie za szybko, żeby publiczność zdążyła zrobić zdjęcia. Wszystko pójdzie gładko, w razie czego ja jestem obok. Później parę słów do zgromadzonych, krótka wypowiedź do lokalnych mediów i zapraszamy do auli na spotkanie z pisarzem.
Wtedy pana dusza na pewno nigdy stąd nie odejdzie.

Jerzy Pilch, fot: Jacek Poremba/Wydawnictwo Literackie 2 czerwca 2020 (24395 zarażonych, 1092 zmarłych)
Wirus się cofnął, brud został. Na światło dzienne wychodzą afery, przekręty, matactwa – całe to ludzkie śmieciowisko, które wyprodukowaliśmy pod przykrywką kwarantanny. Poluzowanie ram społecznego współżycia daje większą swobodę ruchów, a więc i odruchów. Odruchów bezkarności. Pochowali się, siedzą w domach, nikt nie pilnuje – można robić szwindle, myśli sobie szwindlarz, który – dajmy na to – ma dojścia do ministerstwa zdrowia i może sobie załatwić szybki zysk na opakowanym w sreberko guanie. A jeszcze jak jest góralem, wyposażonym w góralski zmysł do interesu, który rzadko liczy się z obowiązującym prawem, to już w ogóle. Podejrzewam, że minister Szumowski nawet nie zdawał sobie do końca sprawy z tego, co brat do spółki z góralami wyczynia w kwestii pandemicznych zakupów. Po prostu firmował to podpisami, bo taki był układ rodzinny. Ja załatwiam, ty przyklepujesz, pełna współpraca. I zaufanie. Kasą się podzielimy, jak już ucichnie.
Wirus się cofnął, katastrofizm jakby też trochę. Wprawdzie pojawiają się zapowiedzi następnych kataklizmów i zagłady całej planety lub jej poszczególnych części, ale opowieści o końcu świata zbladły. Spowszedniały. Każdy sobie głosi swoją katastrofę i nie przejmuje się jej umotywowaniem, wystarczy, że jest katastrofalnie i za chwilę wszystko się zawali. Nie wiem, skąd się wzięło to powszechne czekanie na koniec. Wyglądanie końca. Ja sam też wyglądam i też nie wiem, skąd się to we mnie wzięło. Bo przecież nie z tego, że przez ileś lat pracowałem nad antologią poezji katastroficznej. A może jednak? Może tak wygląda bezpośredni wpływ literatury na życie? Jak się naczytasz o tym, że się zaraz wszystko rozleci w kibinimater, to ci odruchowo myśl i tęsknota w tym kierunku weksluje. Pragnienia ponoć wyprzedzają wszelkie nasze działania, w projekcie tkwi przecież potencjalna możliwość jego realizacji. Jak w spojrzeniu na pistolet tkwi zalążek morderstwa. A może po prostu zadziałał zwykły Hegel: było dobrze, teraz musi być źle, żeby świat poszedł do przodu. Teza, antyteza i synteza. Czyli nasze spaliny to odrzut dla silnika rakiety. My płoniemy, oni lecą. Katastrofizm, ale z lekką nutką optymizmu.
-
Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (53-57 dzień)
Krzysztof A. Zajas
Dziennik czasu pandemii cd.
10 maja 2020 (15996 zarażonych, 800 zmarłych)
Dzisiaj dzień wyborów, których nie ma. Ktoś zarządził, ktoś inny zaprotestował, ten się uparł, tamten nie odpuścił, ta zagroziła, tamta się spytała, co robić – skutki właśnie obserwujemy. Już pisałem w tym dzienniku, że koronawirus jest lustrem przystawionym przez naturę do gęby człowieka. Przy karcianym stoliku w melinie padło wreszcie „sprawdzam!” i ściema musi się skonfrontować z faktami. Karty na stół. Miało być wszystko, nie ma nic. Nie ma żadnego prawa, nie ma żadnej sprawiedliwości ani odpowiedzialności, nazwa rządzącej partii jest zarazem treścią aktu oskarżenia. Można kłamać w zaparte, do upadłego, zarzekać się i zapluwać w ukradzionej Polakom telewizji publicznej, ale głupia decyzja jest głupią decyzją, a jej głupotę właśnie oglądamy za oknami. To znaczy nie oglądamy, bo listonosz z „pakietem wyborczym” nie przyjedzie. Do tej głupoty można dopisywać kolejne uszczegółowienia (arogancja, tchórzostwo, prywata, warcholstwo itd.), ale nie będę się tym zajmował. Kto zna z grubsza historię Polski, sam sobie pokoloruje rysunek.
Żal i smutek, bo walczyliśmy o niepodległość i wolne wybory, o nasze państwo, dom, w którym będziemy się rządzić po swojemu i to będzie dobre. A teraz się okazało, że walczyliśmy o to, by rządzili nami Kaczyński, Ziobro i ksiądz Rydzyk (bo jednak prezydent, premier i marszałek sejmu to tylko figuranci, co już samo w sobie brzmi jak zdrada narodowa). I pozwoliliśmy, żeby z wolnych wyborów zrobili pośmiewisko. Polsko moja nieszczęsna, co się dzieje? Czy najlepsze dzieci swoje musisz obrażać i opluwać, a całe podwórko oddawać najgorszym? Czy twoja wolność musi się zawsze kończyć narodową tragedią? Bo że brniemy ku tragedii, jakoś nie wątpię.
13 maja 2020 (17062 zarażonych, 847 zmarłych)
Zrobiłem przerwę w zapiskach, by odetchnąć. Złapać dystans i oprzytomnieć. Odreagować absurd niewyborów. Poszukać punktu zaczepienia dla nadziei na przyszłość (kiedyś nie musiałem, przychodziła sama, była ze mną). Rozkopałem ogródek i zamieniłem niepotrzebne już szambo na zbiornik na deszczówkę, żeby się jakoś przygotować na zmiany klimatyczne. Sympatyczny operator przyjechał małą, zgrabną koparką i pozwolił mi na chwilę usiąść za sterami tego cuda, więc miałem zabawę ryjąc łyżką własny trawnik. Dwie gąsienice pod butem przypomniały mi dawne czasy wojska, gdy jeździliśmy czołgami na poligonie. To dopiero była frajda! Czterdzieści ton, siedemset koni mechanicznych, armata 100 mm – było czym poszaleć. „Gaz do dechy i wypuszczam TAD” – śpiewaliśmy parodiując Franka Kimono. TAD to była Termiczna Aparatura Dymotwórcza, czyli dodatkowy wtrysk ropy do silnika, żeby zamaskować pojazd kłębami czarnych spalin. Tak, tak, armia jest bardzo przyjazna środowisku. Gdzieś jeszcze w starych papierach mam dokument uprawniający do prowadzenia wojskowych pojazdów gąsienicowych, czyli jakby prawo jazdy na czołg.

www.unsplash.com/Gerold Hinzen Chciałem uciec, ochłonąć, ale życzliwi przyjaciele zniweczyli me próby i przysłali mi „list pasterski” nowego ministra nauki i szkolnictwa wyższego. Oficjalne pismo rozpoczyna się mottem z Jana Pawła II, w środku jest przetykane cytatami z Jana Pawła II, a na końcu zawiera apel o godne uczczenie rocznicy urodzin Jana Pawła II. Nie wiadomo, do kogo jest dokładnie adresowane, ponieważ adresata brak, a inicjalny zwrot grzecznościowy brzmi: „Magnificencje, Szanowni Państwo Dyrektorzy”. Które magnificencje i jacy dyrektorzy – nie wyjaśniono, a z treści wynika, że chodzi raczej o całą społeczność akademicką. Na ile zdołałem się wczytać w to curiosum, pan minister mówi, że obejmuje urząd w trudnych czasach i liczy na współpracę środowisk naukowych w zwalczaniu pandemii. Przede wszystkim jednak liczy na wsparcie Ojca Świętego, którego mądre myśli będą dla pana ministra ważnym drogowskazem. Na przykład taka: „Społeczeństwo oczekuje od swych uniwersytetów ugruntowania własnej podmiotowości (…). Z tym też jest ściśle związany wymóg wolności akademickiej”. Ministrowi nauki nie przychodzi przy tym do głowy, że deklaruje wolność akademicką i szacunek dla „własnej podmiotowości”, a zarazem czyni to w jednym określonym dyskursie wyznaniowym, tak się składa, że w tym kraju zdecydowanie dominującym. Inaczej rzecz ujmując, w języku hegemona wypowiada się o wolności i swobodzie. Gdyby w swoim liście powołał się wyłącznie na Marksa, albo wyłącznie na Koran, byłby skandal, że się narzuca jeden światopogląd. Ale powołanie się na JP II nie jest skandalem ani żadnym narzucaniem poglądów, tylko szlachetnym wezwaniem do „zachowywania wierności akademickim ideałom”.
Cała ta wzniosła gadka zmierza do finału: macie godnie uczcić rocznicę urodzin Jana Pawła II. Minister od nauki zachowuje się i przemawia do elit intelektualnych kraju nie jak naukowiec i profesor, ale jak parafianin wiszący na klamce u księdza proboszcza. Dla niego „wolnością akademicką” są obrzędy na cześć katolickich świętych, a „ugruntowanie własnej podmiotowości” polega na bezwstydnym podlizywaniu się biskupom. Trudno sobie wyobrazić większe zniewolenie i służalczość, nie mówiąc o obrażaniu wszystkich tych ludzi nauki polskiej, którzy katolikami nie są i których rocznica śmierci Jana Pawła II obchodzi dokładnie tyle samo, co rocznica śmierci Marcina Lutra czy szamana Pajutów Wovoki. Albo mniej. Jako żywo, przypominają się przedwojenne sanacyjne okólniki słane do urzędników w całym kraju z zaleceniami, jak obchodzić rocznicę śmierci Marszałka. Zresztą też JP.
Jest gorzej. Człowiek kierujący ministerstwem nauki na wstępie rezygnuje z naukowego myślenia i radośnie deklaruje przywiązanie do swej religijności katolickiej. Albo jest to prostacki koniunkturalizm, formułka na pokaz, podobna do niegdysiejszych deklaracji światopoglądu socjalistycznego u PRL-owskich partyjniaków – albo fundamentalna niekonsekwencja logiczna. Jeżeli nauka ma być wolna i autonomiczna – jak chce pan minister – to nie można jej pętać przywiązaniem do wiary. Jakiejkolwiek. Albo jedno, albo drugie. Nie da się być wyznawcą takiej czy innej religii, wierzyć w Boga jako depozytariusza Prawdy, i jednocześnie być naukowcem poszukującym tejże prawdy w poważnych badaniach. Wszak odpowiedzi są gotowe i podane w słowach Chrystusa: „Ja jestem Prawdą i Życiem”. Mieszanie tych dwóch porządków jest i błędem, i wykroczeniem. Bynajmniej nie zabraniam prof. Murdzkowi wierzyć i praktykować taką czy inną wiarę, to jego prywatna sprawa. Natomiast jeśli deklaruje coś takiego głośno i oficjalnie jako obejmujący swój urząd minister, tym samym wprowadza czynnik religijny do paradygmatu naukowego. Inaczej mówiąc, na każdą trudną i niejednoznaczną kwestię musi odpowiadać za pomocą prawd wiary, a nie prawd nauki. A one często się kłócą, jak wiemy choćby z Romantyczności Mickiewicza. No, chyba że nie jest naprawdę wierzący, tylko na pokaz, co u katolików stanowi przypadłość nader częstą.

www.unsplash.com/Jorge Zapata Jest jeszcze gorzej. Odbiorcy listu pasterskiego pana ministra, którzy dzielą się z natury rzeczy na katolików i niekatolików, zostaną w tym podziale umocnieni i skonfliktowani. Katolicy dostaną narzędzie do rozpychania się łokciami za pomocą cytatów z JP II, które – zgodnie z wolą ministra – są drogowskazem i skarbnicą wiedzy o tym, co i jak należy czynić. Natomiast niekatolicy nie będą mogli się bronić, dokładnie z tego samego powodu: ponieważ autorytet Ojca Świętego jest niepodważalny. Biorąc przykład z mojego podwórka: dyskusja wokół wielkości poezji Karola Wojtyły kończy się tam, gdzie się zaczyna, to znaczy na stwierdzeniu, że był Wielkim Polakiem i jest święty. Jakakolwiek rzeczowa krytyka tej twórczości prędzej czy później (raczej prędzej) zderzy się ze światopoglądem katolickim, który zabroni krytyki na mocy dekretu, że „był Wielkim Polakiem i jest święty”. Minister nauki właśnie dodał do tego dekretu jeszcze jeden paragraf, mianowicie rządowy nakaz czczenia.
O tym, że przestaliśmy być państwem neutralnym światopoglądowo i zaczęliśmy być państwem religijnym, skrzeczą już wszystkie sroki w Grobianach i okolicy. Jeśli jednak wydawało nam się, że wystarczy oddać trochę Kościołowi i będziemy mieli spokój, to popełniliśmy błąd naiwności. Prawdziwy hegemon – a tak postrzegam dzisiaj pozycję Kościoła katolickiego w Polsce – nie zadowala się częścią. Chce mieć wszystko. Taka jest jego natura. Chodzi o naukę, pewnie, jest tam trochę pieniędzy do zgarnięcia na granty badające, dajmy na to, kolory witraży w katedrze przemyskiej, albo patriotyczne aspekty kaznodziejskiej działalności księdza Piotra Skargi. Albo poezję Karola Wojtyły. Bardziej jednak chodzi o władzę jako taką. Mieć uległego i służalczego ministra, takiego ministra–ministranta, którego głównym zadaniem będzie coniedzielne służenie do mszy, to umacniać władzę katolickiego dyskursu w rządzie. Zajmować terytorium. Rozszerzać wpływy. Których, jak doskonale wiadomo z historii, Kościół już dobrowolnie nie odda. I to jest najgorzej.
No i tyle mojego dzisiejszego łapania dystansu…
14 maja 2020 (17615 zarażonych, 883 zmarłych)
Deszcz jak na zawołanie. Mogę od razu sprawdzić działanie mojego systemu gromadzenia deszczówki. Leci. Ciurka. Napełnia się. Nie myślałem, że tyle radości sprawi mi łapanie deszczu do podziemnego zbiornika! Zdecydowanie lepsze to niż łapanie dystansu. Dobra, jadę po pompę do brudnej wody.
Wróciłem z centrum. Pamiętacie sceny z opuszczonego niemieckiego miasta w filmie Prawo i pięść? Trochę coś podobnego, tylko szyby niepowybijane (jeszcze?) i zamiast starych gazet po chodnikach walają się maseczki i foliowe rękawiczki. Jakieś sklepy otwarte, w księgarni na Podwalu kupiłem nawet książki, bo pusto było i przytulnie, poza tym chciałem dać chwilę radości przygnębionym sprzedawczyniom. Niektóre restauracje na Rynku czynne, tylko ludzi nie ma w środku. Smutny kelner przez ogromną szybę patrzy na pojedynczych przechodniów, z których żaden raczej na obiad nie wstąpi, bo i niebezpiecznie, i wszyscy oni tutejsi, obiad mają w domu. Piwogródki spiętrzone w piramidy ze stolików i krzeseł, i pospinane łańcuchami, też trochę jak wyrzucone przez okno mienie poniemieckie. No, tu raczej poaustriackie. Wolno i majestatycznie mija mnie policyjna furgonetka, dwaj funkcjonariusze pilnie przypatrują się obywatelom. Ciekawe, czego u nas szukali? Braku maseczek? Nieprzestrzegania odstępów? Po to drugie wystarczy pojechać do Castoramy, bo tam widziałem tłumek w środku i drugi tłumek w kolejce przed wejściem. Połowa ludzi bez masek. Strach popuścił, wróciło chojractwo.
Te pustki nie wróżą dobrze. Otwarcie sklepów jeszcze nie przywróci normalności, w każdym razie nie wszędzie. Po jedzenie i ciuchy ludzie jeszcze pójdą, ale po książki to raczej nie. Łatwo je zamówić przez internet, bez narażania się. Ci od książek mają statystycznie odrobinę wyższy współczynnik inteligencji (jestem naiwny?)od przeciętnej narodowej, więc i ryzyko widzą trochę lepiej, dlatego nie przyjdą. Czyli księgarnie do zamknięcia. Wobec braku turystów cały restauracyjny kram wokół Rynku mógłby przetrwać tylko wówczas, gdyby Polacy się rzucili do jedzenia na mieście, ale tego również nie zrobią. Ci od 500 plus i tak tu nie chodzą, a ci lepsi albo z powodu kryzysu właśnie przestali być lepsi, albo siedzą po domach i praktykują „Gotowanie na ekranie”, czy inne „O kotlecie w internecie”. Czyli knajpy też do zamknięcia.
Szczególnie zabolał mnie brak wózka z obwarzankami na rogu Grodzkiej i placu Wszystkich Świętych (pod Wydziałem Kultury UMK). Te były najlepsze, a sprzedawał je starszy pan z zagadkowym spojrzeniem, którego nigdy nie umiałem rozgryźć. Od lat się zatrzymuję i kupuję zawsze te same (z solą i sezamem), ale do dzisiaj nie wiem, czy mnie kojarzył, nie mówiąc o lubieniu. Ciekawe, czy wróci. Zresztą, nawet gdyby dzisiaj stał, i tak bym nie kupił…

Kraków, fot: www.unsplash.com/Jacek Dylag Ciekawe, czy wróci. Wszystko. Czyli ciekawe, co nie wróci. Bo przecież ta odruchowa reakcja obronna, żeby nie kupować, w skali kraju przyniesie dramatyczne zniszczenia. Już słyszę od młodych ludzi, że stracili pracę, mieszkanie, że siedzą u rodziców w domu i zastanawiają się, czy i kiedy wrócą. I do czego.
Ciekawe, czy wróci. Koronawirus. Na razie jakby odpuścił, cofnął się, choć może to być efekt osłabienia jego promocji w mediach. Coraz buńczuczniej pokrzykujemy, że to była jedna wielka ściema, mistyfikacja i brudna zagrywka wielkich tego świata, oczywiście żeby znowu nas oszukać i wycyckać z ostatnich pieniędzy. Ktoś gdzieś umiera, jak zawsze, nie ma tu żadnej wielkiej tragedii, o pandemii nie wspominając. Polacy, nic się nie stało. Chromolić te głupie maseczki, bierzemy się za imprezowanie, bo tu dużo do nadrobienia jest, pół wiosny już zmarnowane. Dwa kilo kiełbasy grillowej poproszę i zgrzewkę piwa. Nie, tą dużą, dwadzieścia cztery. Benek, kup jeszcze fajki!
A on się przyczaił. Czeka. Kiedy siedzieli w domach, nie miał co robić. Ale wyjdą. Już wychodzą. Bez maseczek i zbici w ciasne stadka. Przepysznie. Dropsik, spokojnie, nie zacinaj za wcześnie. Jeszcze, jeszcze… już! do roboty!
Pompy zanurzeniowej do brudnej wody nie kupiłem. Castorama pełna ludzi, w połowie parkingu nawróciłem. Zamówię przez internet.
-
Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (49-52 dzień)
Krzysztof A. Zajas
Dziennik czasu pandemii cd.
5 maja 2020 (14431 zarażonych, 716 zmarłych)
Pandemia koronawirusa w zastanawiający sposób połączyła kilka aktualnych tematów w jeden. Ekologia, zmiany klimatyczne, rabunkowa eksploatacja planety, kryzys ekonomiczny, nadmierny przyrost populacji ludzi, migracje, podbój kosmosu – wszystko to zbiegło się w jedną solidną opozycję: człowiek – natura. Trochę zapomnieliśmy o tym fundamentalnym przeciwstawieniu, skupieni na podboju, postępie technologicznym i mnożeniem prywatnych stref komfortu, choć jest on mocno wpisany w założycielski tekst naszej cywilizacji zachodniej, czyli Biblię. Wydawało się, że trochę ruchów ekologicznych plus doraźne zbiórki na ratowanie ginących gatunków i protesty w obronie lasów wystarczą. Nie wystarczą. Natura to nie parę drzew i siedzących tam wśród gałęzi zwierzątek, tylko system. Zniszczenie ram zapewniających jego równowagę prowadzi do zmiany nieodwracalnej, a więc i dotychczas nieznanej. Stąd zaskoczenie z powodu przebiegłości koronawirusów, choć powinniśmy być na nie przygotowani od dawna, skoro pierwsze szczepy zostały opisane w latach 60. XX wieku. Zaskoczyła nas nie sama epidemia, tylko poczucie niepewności i braku rozeznania w czymś, co wydawało się już znajdować pod naszą całkowitą kontrolą.
Kiedy o tym rozmyślam, wciąż dochodzę do tego samego wniosku, że problemem tu jest człowiek. Nie wiem za bardzo, co z tym wnioskiem zrobić, bo trudno apelować o globalne samobójstwo człowieka dla ratowania natury, trudno też stawiać na dalsze mordowanie natury w imię postępu człowieka. Trzeciego wyjścia nie widzę, bo pokojowe współistnienie nie wchodzi w grę. Z pokojowym współistnieniem zrobiliśmy mniej więcej to, co PiS z demokracją: wykorzystaliśmy dla zdobycia i utrzymania władzy. Tymczasem okazało się, że władza nad Ziemią wiąże się nie tylko z przyjemnością używania, ale i z odpowiedzialnością. Inaczej mówiąc, poszaleliśmy w knajpie, teraz trzeba zapłacić.
7 maja 2020 (15047 zarażonych, 755 zmarłych)
Obiecywałem sobie, że dam spokój, ale co się dzisiaj wydarzyło w polskiej polityce, jest ponad wszelką miarę. Porozumienie Gowina z Kaczyńskim w sprawie przesunięcia wyborów na lipiec wieńczy dzieło ośmieszania demokracji i praworządności w Polsce. Dwóch szeregowych posłów decyduje o całym porządku prawno-konstytucyjnym państwa, umawiając się jak mafiosi przy kolacji, rytualnie przy tym zwalając winę za wszystko na opozycję. Za pomocą prywatnego komunikatu dyktują, co mają robić najwyższe organy władzy państwowej: marszałek Sejmu RP, Sąd Najwyższy oraz rząd. Łojenie w meliniarskiego dupniaka trwa, noże latają, co uczciwsi chcieliby opuścić spelunę, ale wciągnięto ich w grę i siedzą z minami obrażonych ofiar (Kidawa-Błońska). Ścierają się ze sobą takie, śmakie i owakie interesy – brane są pod uwagę wszystkie, oprócz interesu publicznego. Bo koronawirus do lipca nie zniknie, groźba zarażenia przy powszechnym głosowaniu korespondencyjnym pozostanie, a twierdzenie, że Andrzej Duda musi zostać prezydentem na drugą kadencję, brzmi jak parodia interesu publicznego. Jakiś czas temu pisałem w tym dzienniku, że nie mam zaufania do teatralnego rozdzierania szat przez Gowina, który zaliczy parę lajków, a potem wstanie, zapnie guziki na piersi, otrzepie spodnie z kurzu i wszystko wróci do normy. Właśnie wraca. Przy czym tą normą jest dyktatura jednego narcystycznego psychola.
Zapewnieniami o nieuchronności wyborów majowych władza zrobiła z siebie – całkiem zasłużenie – zespołowego kompletnego durnia. Marszałek Sejmu rozgląda się z lękiem, kogo by tu spytać, co ma robić. Prezydent (Prezydent RP!) o niczym nie wie i w pseudopublicznej pseudotelewizji bierze udział w pseudodebacie pseudokandydatów, którzy nie mają pojęcia, czy i kiedy wybory się odbędą. Premier rządu w ogóle udaje, że to nie jego interes i ma ważniejsze sprawy na głowie. Jeśli ktoś wciąż jeszcze będzie przywiązywał wagę do deklaracji i decyzji tej władzy, również wyjdzie na durnia i to na własne życzenie. Kompromitacja poszła na cały świat. Polska ma teraz gębę Sasina z fryzurą Witek. Ciekawi mnie, jak oni to wpiszą w narrację o wstawaniu z kolan. Proponuję następujący sylogizm: osioł, kiedy wstanie z kolan, nadal jest osłem, tylko jego ośle uszy lepiej widać.

www.unsplash.com/Kate Macate Jakiś poseł od Gowina krzyczał, że „zwyciężyła Polska” i on chciałby za to podziękować Jarosławowi Kaczyńskiemu. A opozycja jego zdaniem znowu nie chciała przyłożyć ręki do jedynego dobrego rozwiązania, jakim będą „wolne i demokratyczne” wybory. Nie wiem, czy to bardziej bezwstydne lizusostwo, czy bezwstydna propaganda zidiocenia. Skąd on to w ogóle wie? Przecież wszystkie prawnicze autorytety głośno powtarzają, że jest dokładnie odwrotnie: takie wybory nie będą ani wolne, ani demokratyczne, ani powszechne. W ogóle nie będą wyborami. A konstytucja właśnie została po raz kolejny sponiewierana. Na jakiej podstawie on wygłasza takie twierdzenia? Czy bezwstyd władzy naprawdę już nie ma granic? Może coś tłumaczy fakt, że ten poseł nazywa się Wypij.
Powszechne odchodzenie od rozsądku i krytycznego myślenia to klęska całego systemu edukacji w tym kraju, a więc i moja własna. Tak przynajmniej powinienem uważać, skoro zaliczam się do grupy zawodowej nauczycieli akademickich. Cóż, kiedy procesy erozji zachodzą w samej relacji nauczyciel – uczeń, która od sytuacji: ja mówię, ty słuchasz ewoluuje do sytuacji: ja mówię, ty dajesz lajka. Albo nie. Z punktu widzenia efektów dydaktycznych to niesłychanie trudna sprawa! Jesteś lajkowany nie za mądrość swoich twierdzeń, lecz za rodzaj i diapazon emocji, jakie twoje mówienie wywołuje. Uau, super! Błee, nuda. To są dwie podstawowe reakcje uczniów na płynącą do nich wiedzę. Dokładnie takie same, jakimi posługują się na co dzień w internecie. Ach, jeszcze lol. Czyli beka, polew, śmieszki heheszki, bo przecież życie to kupa śmiechu i odjazd total. Jak ktoś chce się posługiwać rozumem, to proszę bardzo, jego sprawa. Ja nie muszę, bo jest wolność. I proszę mi nie mówić, co jest mądre, a co głupie, bo mam internet i łatwo mogę sprawdzić. Uau, super! Błee, nuda.
Tu wyczuwam jądro katastrofy, która nadchodzi.
To wszystko się jakoś ze sobą łączy: pogarda władzy dla obywateli, pogarda obywateli dla myślenia, pogarda internautów dla realnego świata. Promowanie – w ramach swobody wypowiedzi – bezczelnej ignorancji, która ma tyle ważyć, co rozsądek i wiedza. Oddawanie pola durniowi tylko dlatego, że każdy ma prawo do swojego zdania. Samobójczo zupełnie brzmi niby-wolnościowa teza, że nie ma żadnych obowiązujących kryteriów prawdy, w związku z czym głupota stoi na równi z mądrością. Że nieuk ma tyle samo do powiedzenia, co intelektualista. Że bałwan może rządzić tylko dlatego, że się dorwał. A w tle to najgorsze: że chamowi trzeba się usunąć z drogi, bo może przywalić. Za tolerowanie takiej rzeczywistości politycznej się płaci. Właśnie dostajemy rachunek.
W powieści Zdobycie władzy Czesław Miłosz umieścił postać profesora Gila, który na najkrwawszą wojnę w historii ludzkości reaguje tłumaczeniem Wojny peloponeskiej Tukidydesa. Przeżył osobisty dramat, apokalipsa wojenna odebrała mu najbliższych, został sam na gruzach byłego życia. Zamyka się w gabinecie i ślęczy nad starym greckim tekstem. Kiedyś nie rozumiałem tego pomysłu, wydawał mi się trochę sztuczny i taki artystowski. Poza intelektualisty wobec minionego i nadchodzącego barbarzyństwa. Teraz rozumiem to trochę lepiej – ten odruch dystansu, odsunięcia się gdzieś dalej, poza doraźność, na drugą stronę szerokiej doliny. Wytłumić jazgot aktualności i odejść w ciszę, gdzie będzie słychać dawne głosy, mądrzejsze od nas o śmierć i już dokonaną katastrofę. Stąd Grecy. Słowo odległe, oczyszczone przez dwa tysiąclecia wichrów, deszczów i pożóg, które tylko co najważniejsze ocalają w kamieniu. Biblioteki spłonęły, popioły po pergaminach rozproszył wiatr, piasek zasypał jaskinie przekształcone w skryptoria – a słowo zostało. Myśl wyskrobana na tabliczce i przemycona do następnej kultury, ponieważ dla jakiegoś arabskiego czy wizygockiego mędrca była ważna. Wydobył ją ze zmurszałej skrzyni, zdmuchnął kurz, przeczytał i przepisał po swojemu. Po nim następny i następny, a wszyscy oni widzieli w myśli coś znamienitszego od tego, co ich otaczało. Wszyscy oni uznali jej wyższość nad codziennością. I ja uznaję. Do niej, tej starej i sprawdzonej myśli, uciekam przed doraźnymi popisami rzezimieszków i błaznów dzisiejszych stolicy. Na nic mi nauka z ich bezeceństw płynąca. Tyle o ludziach już wiem. Wiem aż za dobrze.
8 maja 2020 (15366 zarażonych, 776 zmarłych)
Wczoraj wieczorem księżyc. Początek maja, chłodna i bezchmurna noc, pachną zioła. Tak było 41 lat temu, kiedy nagrałem z radiowej Trójki płytę Ricka Wrighta Wet Dream i z jej fragmentami w uszach poszedłem na wieczorny spacer na stawy. Brnąłem przez mokrą trawę i wdychałem trącone stopą kwiaty. Odurzały. To było jeszcze przed wielką przebudową zbiorników i mały staw był płytki, błotnisty, a starą groblę porastały drzewa, których gałęzie schodziły aż do wody. Pod księżycowym światłem tworzyły ciemny tunel. Na gładkiej powierzchni wody wił się złoty warkocz rusałki, wabiąc siedemnastolatka. Stałem na grobli w blasku mojej prywatnej magii – jakże sentymentalnej i lichej! A jednak tkwi we mnie do dzisiaj tamto, jak pieczęć i dowód na młodość. Na sens, który się później rozwiał.

www.unsplash.com/Alex Blăjan Teraz będzie nieprawdopodobne, czyli literacko słabe, ale prawdziwe. Kiedy tak stałem na grobli zahipnotyzowany chwilą, w księżycowej ciszy i blasku złotego warkocza, z szuwarów wypłynęła łódka. Powolutku, majestatycznie, jakby czekała na widza, by wyjść z cienia na mdłe światło. Pusta. Czarna. W milczeniu sunęła przez staw, popychana nie wiem czym, ponieważ wiatru nie było. Usiadłem z wrażenia i śledziłem ją w napięciu godnym poetyckiego natchnienia, dopóki nie przemierzyła całego stawka i nie znikła wśród trzcin po przeciwnej stronie. Trwało to ze trzy kwadranse. Sam przedmiot nie był niczym dziwnym – takich smołowanych łódek używano tutaj do karmienia ryb – natomiast zdumiała mnie ostentacyjność tej parady. Performansu, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli. Wyruszyła z niewiadomych powodów właśnie wtedy, gdy przyszedłem i usiadłem, jakbym ją wywołał, a ona koniecznie chciała mi coś powiedzieć. Obszedłem staw, chciałem do niej wsiąść, ale od tamtej strony zejście do wody było płaskie i okropnie błotniste. Poza tym była noc, a ja miałem siedemnaście lat i męska dzielność przegrywała z dziecięcym lękiem. Wracałem do domu późno i całą drogę myślałem, co łódka chciała mi przekazać. Myślę do dzisiaj. W pokoju przed zaśnięciem puściłem płytę jeszcze raz (miałem kaseciaka Thomsona i własny pokój!) i po chwili znalazłem się tam z powrotem, tylko już nie na grobli, a w łódce. Płynąłem przez staw w świetle księżyca. Obraz był mdły, blady, niewyraźny, ale widziałem – na brzegu siedział chłopiec.
Moja angielszczyzna była wtedy bardzo słaba i nie wiedziałem, że „wet dream” można przetłumaczyć na polski jako „nocna polucja”.
Richard Wright, legendarny klawiszowiec Pink Floyd, zmarł 15 września 2008 roku, w trzydzieści lat po premierze płyty Wet Dream. Dokładnie, co do dnia. Godna pozazdroszczenia synchronizacja. A ja od 41 lat staram się słuchać tej płyty dwa razy w roku: na początku maja i właśnie 15 września. Najlepiej kiedy w obu przypadkach świeci księżyc i jest ciepło, żebym mógł pójść gdzieś w pola po mokrej trawie, usiąść na odludziu i nałożyć słuchawki na uszy. Wrócić na łódkę zaplątaną w złoty warkocz rusałki i przepłynąć na drugi brzeg, gdzie zniknę wśród młodych trzcin. Tak po prostu.
Chcecie morał? W 2014 roku Gilmour i Mason wydali „pośmiertną” płytę Pink Floyd pod tytułem Endless River. Takie różne ścinki z przeszłości, w tym kilka naprawdę fajnych kawałków Ricka na klawiszach. Na okładce jest chłopiec płynący łódką po morzu chmur, przed nim zachodzące słońce. Obejrzyjcie oficjalny teledysk Louder Than Words, gdzie można zobaczyć parę ujęć Wrighta. Na ostatnim macha do nas ręką na pożegnanie. Znika w trzcinach.
-
Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (41-44 dzień)
Krzysztof A. Zajas
Dziennik czasu pandemii cd.
27 kwietnia 2020 (11761 zarażonych, 539 zmarłych)
Dzień minął jak poprzednie: zajęcia zdalne czyli gadanie do własnego laptopa (bo studenci się wycwanili i wyłączają kamerki; ciekawe, co tam robią), potem trochę grzebania w książkach i w ogrodzie (kupiłem nowy wózek na węża), wieczorem czytanie i granie. Czyli nic ciekawego. Wiadomości ze świata unikałem jak ognia. Dopiero nocą coś drgnęło w dniu świstaka. Z balkonu patrzyłem na gwiazdy. Robię to od zawsze, ale tym razem koronawirus zmienił mi oko. Patrzyłem na nie tak, jakby nas już nie było. Nikogo. Domy nadal stoją, ale puste. Latarnie świecą, migocze na czerwono wieża telekomunikacyjna, blada łuna od dalekiej zakopianki, która milczy, bo nie ma już samochodów. Cisza. Nocny ptak krzyknie, zaszeleści trawa pod brzuchem przemykającego jeża, w dolinie prychnie młody sarniak. Tylko ludzi nie ma. Czyli nie ma również ich hałasów, migotań reflektorów samochodowych, buczeń samolotów i całego tego cywilizacyjnego harmideru, którym uszczęśliwiamy na co dzień swoje zmysły. Mogę to sobie tym łatwiej wyobrazić, że kwarantanna trochę nas przystopowała i przymknęliśmy jadaczki na chwilę. Częściej jest cicho. A gdyby nas całkiem zabrakło, byłoby jeszcze ciszej.
Patrzę w niebo słuchając, jak niszczeje świat. Czas z rozpędu jeszcze płynie i co trwało mocą ludzkiej krzątaniny, rozpada się dzień po dniu. Wysoce przetworzona materia pokonuje drogę odwrotną i rozkłada się w pierwotne surowce, wraca do źródła, do ziemi. Wyłączają się kolejne bloki energetyczne i świateł jest coraz mniej, gaśnie zakopianka, latarnie wzdłuż ulicy Świątnickiej, najdłużej migocze czerwona sygnalizacja wieży koło Wieliczki, bo ma własne zasilanie, ale i ona w końcu znika…

www.unsplash.com/Kyle Gregory Devaras Ciemność. Absolutna cisza i ciemność. Po wielu latach, ale to bez znaczenia, nie ma nikogo, kto by je umiał policzyć. Z lasów wychodzą zwierzęta, najpierw ostrożnie, niepewne, bo nigdy nie wiadomo, co ten człowiek znowu wymyślił, ale w końcu się orientują, że naprawdę sobie poszedł. A może go ktoś zabrał siłą i uwolnił wreszcie ziemię od tego szalonego destruktora. Sarny, lisy, bażanty coraz śmielej buszują po opustoszałych siedliskach byłego człowieka, wyjadają zdatne do spożycia resztki z naszego konsumenckiego raju, śpią i rozmnażają się w betonowych mieszkaniach, biurach, kościołach… Bo wolno. Nareszcie wolno.
A one patrzą. Widziały wzlot i upadek dinozaurów, ewolucyjne zwycięstwo ssaków, stawanie na tylne nogi małpy z dużą czaszką i jej pierwsze narzędzie zbrodni, którym była wyschnięta kość udowa pobratymca. Nieruchomym, szklanym wzrokiem obserwowały, jak dwunożna małpa rozłazi się po świecie z pożądliwością przekraczającą jej potrzeby i możliwości. To się nie mogło dobrze skończyć. Teraz patrzą na wilka swobodnie załatwiającego się na betonowym placu, w środku kamiennego gruzowiska zwanego niegdyś Krakowem, i widzą w tym nadzieję na nowe otwarcie. Widzą? Nie wiem, nas i tak to już nie dotyczy.
Arktur przesunął się do zenitu i chowa się za krawędzią dachu, na południu gwiazdozbiór Skorpiona z piękną, czerwoną Antares, rzadko podziwianą z racji niskiego położenia tuż nad horyzontem. Oddycham pełną piersią, żeby poczuć życie. Pulsowanie krwi. Jeszcze na chwilę być tu i teraz człowiekiem, dopóki można. Patrzeć na gwiazdy i chłonąć obrazy nocnego nieba, póki jeszcze są dla mnie. Te same, co zawsze. Niewzruszone. Boże, to wszystko takie kruche!
Zapisuję późną nocą słuchając Jaszczurki King Crimson. Pasuje jak ulał.
28 kwietnia 2020 (12218 zarażonych, 596 zmarłych)
Już myślałem, że do cna wyzuci zostaliśmy z naszego metafizycznego zmysłu, ale na szczęście nie. Przykościelne księgarnie ojca Rydzyka handlują dewocjonaliami na okoliczność pandemii. Krzyże modlitewne, teksty religijnych zaklęć, obrazki patronów i święcona woda to podstawowy asortyment duchowej apteki dla maluczkich. Maseczek nie trzeba nosić, rękawiczek można nie zakładać, ale modlitwę trzeba mieć. I pięć złotych na tacę. Ciekawe, czy gdyby poszło od głęboko wierzącego ludu poszeptywanie, że najlepsze na pomór jest smarowanie się krowim łajnem, też by sprzedawali. Właściwie czemu nie?
Jerzy Sawka przedwczoraj sugestywnie i nie bez ironii dowodził, że pandemiczne wybory najlepiej byłoby zorganizować w kościołach. Wysoki poziom zaufania publicznego do księży, znakomita sieć placówek w całym kraju, do tego nadzór administracyjny i moralny instancji o najwyższym współczynniku wiarygodności (Jezus Chrystus Król Polski). To znakomity pomysł i w dodatku oferujący mnóstwo możliwości przywabiania wyborców. Można zanęcić lokale obietnicą natychmiastowej spowiedzi, gdyby ktoś głosował nienadudę. Można do każdej karty wyborczej dołączyć flakonik z wodą z Lourdes, albo oprawną w plastikowe srebro relikwią z odzienia, dajmy na to, błogosławionej siostry Faustyny. Obok urny oczywiście puszka na DOBROWOLNE datki, a przy wyjściu kramik z substancjami do duchowej dezynfekcji. Siedzibę komisji wyborczej wypełniają opary kadzidlanego dymu i chorały gregoriańskie nucone dyskretnie przez mnichów na galeryjce. Do takiego pomieszczenia wchodzą tylko prawdziwi Polacy, nie jakieś tam żydokomuchy czy gendery. Gdyby wtedy ktoś jeszcze nie wiedział, jak ma głosować, byłby skończonym głupcem.
A tak poważnie, zastanawiam się coraz bardziej przerażony, czy oni naprawdę chcą przepchnąć te wybory 10 maja. Przecież to jest znacznie większa obelga dla tego kraju, niż humoreski o komisji wyborczej w kościele!
29 kwietnia 2020 (12640 zarażonych, 624 zmarłych)
Deszcz! Deszcz! Pada i pada! A ja jeszcze nie mam gotowego zbiornika na deszczówkę i łapię do beczek. Byle jak najwięcej nałapać. Kiedyś na Środkowym Zachodzie USA (Bogie, Przyjacielu, dzięki za pamiętną wyprawę!) z zainteresowaniem przyglądałem się starym drewnianym cysternom na rusztowaniach – wiecie, takie, co się do nich na westernach strzelało i sikała woda – i myślałem o dziwactwie dzikiego kapitalizmu, który nawet na wodzie po chamsku sknerzy. Podobne później widziałem w Australii, z czego wnioskowałem, że sknerstwo, jak kapitalizm anglosaski, jest globalne. Oczywiście, nie chodziło o sknerstwo, tylko o konieczność w warunkach klimatycznych, gdzie deszcze bywają obfite, ale rzadkie i zbieranie deszczówki stanowi czasem sposób na przeżycie. Dopiero teraz pojąłem, czym jest czekanie na deszcz. Teraz patrzę z zachwytem na mokre szyby i kombinuję, do czego by tu jeszcze nałapać: wiadra, wanienki na zaprawę z czasów remontu, miski, balie… Pada, co za ulga! Kto powiedział, że woda to życie? Jeżu, całym ciałem czuję brylantowość tej myśli! No i proszę, teza antropologiczna gotowa: wraz ze zmianą klimatu zmienia się człowiek. Taka sobie, nie jakaś wystrzałowa…
Widziałem się dzisiaj z Adamem Szają, który dzielnie publikuje na smakksiazki.pl kolejne odcinki tego dziennika. Wręczył mi przedpremierowy egzemplarz najnowszej książki Stephena Kinga, zbiór czterech minipowieści pod tytułem Jest krew… Nie brzmi to najlepiej, ale angielski tytuł If It Bleeds koresponduje ze starą prawdą dziennikarską, że jak jest krew, to jest publiczność, oraz ze słynną kwestią z „Predatora”: If it bleeds, we can kill it (Jeśli to coś krwawi, możemy to zabić). Nie umiem się oprzeć wieloletniej fascynacji Kingiem. Zwykle u mnie to się szybko zmienia, ale ten facet trzyma mnie przy sobie wyjątkowo długo. Mody przemijają, nazwiska autorów bestsellerów przelatują przez księgarskie regały i znikają jak świetliki, a on się trzyma. Mnie trzyma. Nawet kiedy już znam na wylot wszystkie jego pomysły i po paru stronach domyślam się, co go tym razem zaciekawiło w konstrukcji fabuły, czytam z lubością jak nastolatek. Gdy tylko dostałem tom do ręki, natychmiast zacząłem wertować w poszukiwaniu ulubionych fraz, ale nie, nie da się. King uwodzi powoli, systematycznie. Opanowałem się i zacząłem od początku. Spokojnie. Nie za szybko. Wyluzuj. To jest wytrawna opowieść, a nie hamburger do wpieprzenia w dwie minuty i popicia zimną colą. Pierwsze opowiadanie – zwykła, prosta historyjka, a już wciąga. Chcesz dalej i dalej. Jak on to robi?
To na razie, idę czytać.
30 kwietnia 2020 (12781 zarażonych, 628 zmarłych)
W styczniu 2019 roku zmarł mój starszy brat Janusz. Urodził się i prawie całe życie spędził w Oświęcimiu, ale był człowiekiem morza. Jako młody chłopak poszedł do marynarki, gdzie spędził 5 lat pływając na łodziach podwodnych i skąd powrócił z nieuleczalną miłością do wody i wszystkiego, co po niej pływa. Był zdolnym modelarzem, wygrywał ogólnopolskie zawody, specjalizował się w modelach jachtów, ale składał również okręty i samoloty. „Składał” to nie jest właściwe słowo; on je budował od zera, od wycinania sklejki na wręgi i gięcia drutu na elementy pokładu. Jeśli dodam, że robił to wszystko w malutkiej piwniczce o wymiarach metr na dwa, będziecie mieli nieco pełniejszy obraz jego talentu. Oprócz uzdolnień manualnych miał również niekiepski umysł, który pochłaniał mnóstwo marynistycznej literatury. Kiedy czytając Josepha Conrada albo Hermana Melville’a czegoś nie wiedziałem, pytałem Janusza i on zawsze wiedział. Zawsze! Morze i okręty to była jedyna dziedzina wiedzy, w której wolałem pytać brata niż encyklopedię.

www.unsplash.com/Thomas Haas W pół roku po jego śmierci – nagłej, bezczelnie zaskakującej – byłem na Wakacyjnym Kiermaszu Książki w Gdyni i w wolne popołudnie pojechałem na Oksywie. Znałem tę nazwę z jego opowieści, setki razy powtarzał, jak z kumplami w marynarce na Oksywiu to, na Oksywiu tamto – a wszystko dlatego, że tam się mieściła jednostka marynarki, w której służył. Przyjechałem, ponieważ nigdy wcześniej tu nie byłem i pomyślałem, że oddam Januszowi taki drobny pośmiertny hołd. Zszedłem na plażę i ruszyłem na północ, rozglądając się za czymś, co by mogło choć odrobinę przypominać brata marynarza. Ot, całkiem wysoki i miejscami malowniczy klif, drobna fala, w wodzie jakieś zielone paskudztwo, więc od razu mi się przypomniała rybia zupa z początku Weisera Dawidka. Ogólnie jednak nudno i mało ciekawie.
W pewnej chwili jakieś dwieście metrów od brzegu ujrzałem wielką betonową ruinę, do której wiódł podwójny rząd słupków. Wyglądała na stary poniemiecki bunkier, ale lokalizacja trochę mało bunkrowa mi się wydała. Jaką by miał pełnić funkcję? Do ostrzału przecież lepszy był klifowy brzeg – dalej widać i łatwiej celować. Przystanąłem z zaciekawieniem i zacząłem snuć rozmaite domysły, aż wreszcie zniecierpliwiony sięgnąłem po telefon. Chciałem sprawdzić w googlu, wtedy jednak uruchomił się we mnie dawny odruch i nagle pomyślałem, że lepiej byłoby zadzwonić do Janusza. Hej, przecież on nie żyje. No tak, ale… co z tego? Wierzcie lub nie, dokładnie taka myśl mi przeszła przez głowę: zadzwonić do nieżyjącego od pół roku brata i zapytać go o tę ruinę przy brzegu na Oksywiu. Gapiłem się na obmywane falami betonowe monstrum, ściskając w dłoni smartfona i ważąc jakieś całkiem absurdalne argumenty. Wreszcie kliknąłem w książkę adresową – numer Janusza nadal tam był. Po chwili wahania nacisnąłem zieloną ikonkę i przystawiłem aparat do ucha. „Przepraszamy, abonent ma wyłączoną komórkę lub jest poza zasięgiem”. No jasne, głupia babo, wiem, że jest poza zasięgiem. Ale… co z tego? Dyskretnie jak detektyw Marlowe rozejrzałem się wkoło i zacząłem: „Cześć, jak ci tam leci? Słuchaj, bo jestem na Oksywiu i tu stoi w wodzie taka betonowa rudera. Co to jest? Za czasów twojej służby też tak wyglądała, czy było coś więcej? Chyba jakaś wojenna konstrukcja, nie? No dobra, to na razie, trzymaj się.” Miałem ochotę mówić dłużej, ale jakaś pani z pieskiem przechodziła i pośpiesznie zakończyłem. Chyba się przestraszyłem, że ona zobaczy, że mówię do głuchego telefonu.
Szedłem dalej z jakimś bliżej nieokreślonym ssaniem w dołku, które nie wiem na ile było smutkiem, na ile zaś wstydem czy wyrzutem sumienia. W języku ludu zwie się to „robieniem sobie jaj z pogrzebu”. Pewnym pocieszeniem dla mnie było to, że Janusz należał do ludzi z kapitalnym poczuciem humoru i gdybym mu podobną hecę opowiedział podczas kolejnego naszego spotkania (torpedownia), na pewno setnie by się ubawił. „Nie dzwoń do nieboszczyka, bo ci jeszcze odpowie” – tak mógłby brzmieć jego dowcipny komentarz. Bardzo cenił moje uniwersyteckie ambicje, ale i potrafił mnie potraktować z ironiczną wyższością, jak to starszy brat. Tak, młody.
Torpedownia.
Brnąc po piasku słyszałem raz po raz to słowo, z jego brzmieniem głosu. Tak, głosu Janusza, wyraźnie słyszałem, jak je mówi. Torpedownia. Ruina niemieckiej konstrukcji z czasów drugiej wojny światowej, jeden z solidnych militarnych projektów, które miały zbudować III Rzeszę na tysiąc lat. Chodziło o to, żeby można było zmontować i załadować torpedy na łodzie podwodne bez wchodzenia do portu, po prostu na wodzie, niejako w biegu. Wiesz, Niemcy w te klocki byli naprawdę dobrzy.
Dlaczego to wszystko opowiadam? Ponieważ usiadłem do najnowszej książki Stephena Kinga i pierwsze opowiadanie jest o… dzwonieniu do nieboszczyka z prośbą o radę. I co? Ktoś powie, że nic. A ja mówię, że jednak coś.
-
Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (17-20 dzień)
Krzysztof A. Zajas
Dziennik czasu pandemii cd.
31 marca 2020 (2311 zarażonych, 33 zmarłych)
Czytam o nauczycielach i uczniach umęczonych zdalnym nauczaniem, i myślę sobie, że nic by się takiego nie stało, gdyby tej udawanej nauki w ogóle nie było. Ludzie i tak mają dosyć stresu, kryzys pogłębia się z dnia na dzień, a ministerstwo edukacji – które przez lata miało w nosie porządną naukę i odpowiadało na żądania nauczycieli telewizyjnym hejtem – nagle ciśnie i pohukuje, jakby chodziło o zbawienie. Nie, nikogo te kapralskie straszenia o niezaliczeniu roku i obcięciu pensji nie zbawią. Dwa miesiące łatwiej nadrobić niż rok. Niedawno PiS gorąco popierał antyedukacyjną rodzinę Elbanowskich, która zwalczała szkołę dla sześciolatków twierdząc, że dzieci powinny się bawić, a nie uczyć, co wprowadzono w życie zaraz po objęciu władzy i co wyda owoce dopiero za jakiś czas. Skrócono naukę o rok. Teraz się okazuje, że tamten utracony rok jest mniej ważny od dwóch miesięcy, które nagle szkoły muszą zapełniać katorżniczym e-learningiem, nie mając do tego ani warunków, ani sprzętu, ani umiejętności. No i weź tu, człowieku, przystawiaj logikę do polityki.

www.unsplash.com/Element5 Digital Włoscy lekarze zaapelowali do Polaków: „Jesteśmy narodem osłów! Uczcie się na naszych błędach!”. Jeszcze lepiej by brzmiało: „Jesteśmy osłami, uczcie się od nas!”. Zwłaszcza że eksperci twierdzą, iż idziemy włoską drogą. Problem w tym, że osłami w powyższym sensie ten świat jest zaludniony dosyć proporcjonalnie i można ich znaleźć pod każdą szerokością geograficzną. Jedni – ze strachu, posłuszeństwa bądź zwykłego rozsądku – siedzą w domach i minimalizują wyjście, drudzy za to kombinują, gdzie by tu jeszcze i po co wyskoczyć przy okazji, bo pusto i nie dość, że się fajnie jeździ autem, to jeszcze można kupić bez kolejki i zdjęcia wyludnionych ulic porobić. Uchwyciłem się tej myśli. Może koronawirus jest palcem bożym i przyszedł przetrzebić tę część ludzkości, o której wspomnieli włoscy lekarze? Oczyszczenie. Nowa forma naturalnej selekcji, w której przetrwają tylko osobniki najmocniejsze… umysłowo. Niezła myśl. Pomogło.
W całym tym pandemicznym zamieszaniu, upolitycznianiu i się jaraniu najnowszymi niedokładnymi liczbami, całkiem cicho przesunęła się przez ekrany laptopów wiadomość o śmierci Krzysztofa Pendereckiego. Jeden z największych Polaków w takim sensie, w jakim byli nimi Czesław Miłosz czy Tadeusz Kantor, dzięki którym ludzie w dalekim świecie dowiadują się, że istnieje w ogóle coś takiego jak polska kultura. Penderecki tkwi we mnie mocno i niewzruszenie z wielu powodów, osobliwie jednak za sprawą muzyki do „Lśnienia” Stanleya Kubricka, na podstawie powieści Stephena Kinga. Wszyscy to znają, więc rzucam tylko na wszelki wypadek: zobaczcie czołówkę filmu. Mały garbusik pnie się drogą na szczyt, wkoło posępne, nieludzkie góry i niskie światło jesieni. Żółte maleństwo na nitce szosy faktycznie wygląda jak żuczek na ścieżce (volkswagen garbus to po angielsku buggy). Obraz startuje znad zimnego lustra jeziora, rzuconego między olbrzymie masywy skalne, mija kamienistą wysepkę z kępą roślin (życie to przenikliwa samotność w zimnej pustce), by następnie unieść się i pokazać nam całą okrutną niesprawiedliwość proporcji. Maleńki człowieczek i ogromny, złowrogi świat. Drobinki rodzinnych dramatów, mikroskopijne człowiecze problemy i huk niebotycznych śnieżnych szczytów. Kamera szybuje jednostajnie i nieludzko, jak oko górskiego jastrzębia, beznamiętnie rejestruje tylko to, co jest. A na obraz nakłada się muzyka Pendereckiego – basowy marsz pogrzebowy, powolny krok żałobników z chóru opłakującego nieunikniony i rychły koniec rodziny Torrance’ów. Procesja duchów, które zimą w górach nie mogą mieć litości dla słabego, roztrzęsionego człowieczka, bo takie tu panuje prawo. Wokół dudnią skalne rozpadliny, wśród których Dante umieścił bramę do piekieł z napisem: „Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie”. Oni nie rozumieją, jadą. Garbusik pnie się pod górę. Dramat rusza.
W tej scenie jest już wszystko, co przychodzi później. Do dzisiaj nie potrafię zrozumieć, dlaczego Stephen King tak znienawidził tę ekranizację. Sorry, ale ona naprawdę jest najlepsza.
1 kwietnia 2020 (2420 zarażonych, 36 zmarłych)
Adam Szaja z literackiego bloga smakksiazki.pl, u którego gościnnie publikuję te zapiski, ogłosił, że przechodzi na drugą stronę i kończy właśnie pisać biografię Jo Nesbo. Że niby też zostaje pisarzem. To był jedyny primaaprilisowy dowcip, jaki dzisiaj słyszałem, i wcale nie taki znowu śmieszny. Adam kiedyś napisze książkę. Dobrą książkę. Natomiast ma rację szydząc z literackiego światka, gdzie nobilitacja na „bycie pisarzem” bardziej przypomina przywdziewanie stroju na bal przebierańców i mizdrzenie się do lustra, niż poważną twórczość artystyczną. Jak oni pozują do tych zdjęć! Jak błyszczą szminkową zmysłowością, jak inteligentnie drapią przystrzyżone do milimetra bródki, jak stroszą pióra i straszą tatuażami! Nie oni, tylko my, bo ja też zamyśloną mordkę lepszym profilem do obiektywu aparatu nadstawiałem. Sorry, Adam.

Jo Nesbø i Adam Szaja, fot: smakksiazki.pl 2 kwietnia 2020 (2946 zarażonych, 57 zmarłych)
No i mamy – ograniczenia swobód obywatelskich w związku ze stanem nadzwyczajnym, którego rząd nie ogłosił. Mamy również wyjątki: msze w kościołach i polowania. Cóż za wspaniałe odkrycie kart! Po co udawać, niech to wreszcie będzie jasno powiedziane: kościoła i myśliwych polskie prawo nie dotyczy! Niby wiemy o tym doskonale – od dawna proces sądowy kapłana i strzelca w tym kraju nie polega na podsumowaniu win i wymierzeniu stosownej kary, tylko na szukaniu uników i tworzeniu iluzji prawa – ale jednak. Imponuje mi takie publiczne i bezwstydne przyznanie przywilejów klerowi i zbrojnym, jak w feudalizmie. „Przeniesienie na inną placówkę” oraz „znikoma szkodliwość czynu” to pewniaki do wpisywania w dymkach memów. Widocznie władza uznała, że nasze zbiorowe poczucie praworządności oraz indywidualna przyzwoitość zostały już na tyle sponiewierane, że łykniemy wszystko. Jaka równość wobec prawa, jaka odpowiedzialność karna, o czym wy mówicie! My stanowimy prawo, my jesteśmy prawo. Być może chodzi oto, że księża i myśliwi należą do formacji mundurowych. A jak raz swoje wezmą, to już nie oddadzą. Widzę ich spacerujących we dwójkę leśną ścieżką, proboszcz i myśliweczek, pierwszy podejmuje drugiego pod rękę jak dostojnego małżonka, któremu nad ramieniem nieco obscenicznie sterczy fuzja, i z aprobującymi uśmiechami podziwiają piękną przyrodniczą okoliczność. Będą sobie ją czynić poddaną, pospołu, jeden języczkiem spustowym, drugi kropidełkiem. Żyć nie umierać. To znaczy oni, bo druga strona lufy już niekoniecznie.

www.unsplash.com/Mateus Campos Felipe Rosną również teatralne ambicje obozu rządzącego. Właśnie Jarosław Gowin rozdarł koszulę na piersi w proteście przeciwko korespondencyjnym wyborom prezydenckim i powiedział, że zdania nie zmieni (to znaczy koszuli nie zapnie). Wszyscy się podjarali rozpadem koalicji rządzącej, co pewnie Prezes w swoich planach również przekalkulował i wyszło mu, że po wyborach będzie sobie rządził Polską bez Gowina. W końcu jest stan wyjątkowy (którego ciągle nie ma) i jakby co, to zawsze jeszcze można wziąć naród za pysk. Przy pomocy mundurowych. Działy się takie rzeczy w naszym kraju, nawet wcale nie tak dawno, więc wierność tradycji zostanie zachowana.
Odsuwam ze wstrętem bzdurne doniesienia, poirytowany na siebie, że codziennie daję się wciągnąć w tę informacyjną grę. Próbuję się skupić. W piżamie, ziomali i domowych kapciach, przygarbiony nad komputerem, z kubkiem przestygłej kawy, usiłuję wydusić z globalnie dramatycznej sytuacji jakiś sens. Z marnym skutkiem, nie licząc dojmującego wrażenia (nie wiem, czy to można nazwać sensem), że kończy się jeden świat i zaczyna jakiś inny. Mój niepokój karmi się nie strachem przed śmiercią, bo ten jest dosyć prosty i towarzyszy mi w zasadzie od zawsze, lecz niepewnością jutra. „Nic już nie będzie takie samo”, słyszę wkoło i jestem skłonny myśleć podobnie. Ale w takim razie JAK będzie? I nie chodzi mi o to, czy Duda znowu będzie udawał prezydenta, a PiS demokrację, bo w szerszej perspektywie to bez znaczenia, tylko o nowe miary ludzkiej egzystencji. Nabrzmiewa w ludziach wspólnotowy irracjonalizm, nabiera rozpędu masowy pęd ku śmierci, najbardziej pożądane dzisiaj wizje artystyczne krążą wokół wszelkich odmian kataklizmu, zagłady, końca świata – i to nie z powodu zabójczego wirusa, bo on zadziałał jedynie jako detonator, lecz z powodu ogólnej kondycji duchowej ludzkości.
Fantastyka tak dokumentnie miesza się z realizmem, że odróżnienie prawdziwego przedmiotu od iluzji staje się niemożliwe. Można chcieć być wziętym prawnikiem, poetą i podróżnikiem, ale i można chcieć być jednorożcem, rycerzem, smokiem, czarodziejką. Całe kontenery słów kiprowane codziennie do Internetu tracą znaczenie, bo nie do nazywania świata służą, ale do upuszczania nadmiaru afektów. Zgoda, zawsze służyły, ale dzisiaj to przyjęło jakieś par excellance apokaliptyczne rozmiary. „Więcej ludzi pisze niż czyta” powoli przestaje być poręcznym żartem z rynku księgarskiego, a zaczyna być faktem. A jak wiadomo, im więcej słów, tym mniej sensu. Gadanie, gadanie. Do imentu zagadaliśmy naszą rzeczywistość (nasze rzeczywistości, jak by powiedział M. P. Markowski) i straciliśmy z pola widzenia podstawowe przedmioty. I proszę, przyszedł mały przedmiot, niewidzialny i niesłyszalny, taki, którego nie ma – i nas zabija. Bezsens? Jeszcze jedna iluzja? Ale w takim razie gdzie jest materia?

Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy Mój świat postapokaliptyczny tak właśnie wygląda. Jest niewidzialny i niesłyszalny jak ten rewelacyjny wirus. W moim apokaliptycznym świecie jest sama materia, bez żadnej zmysłowej czy umysłowej nadbudowy. Nie ma oka, które by to widziało ani ucha, które by słyszało. Nic nie leci nad zimnym górskim jeziorem wśród poszarpanych szczytów. Jest czyste zdarzenie, bez faktu. Czyli go nie ma. Choć w gruncie rzeczy to nas nie ma, a jest tylko świat. Cisza. Bezruch. Gładka woda. Słońce suszy zbielałe minerały, lekki wietrzyk powiewa i wznosi drobinki pyłu. Które kręcą się w lotnym piruecie i opadają na ubitą ziemię, która być może kiedyś była traktem do górskiego pensjonatu. Chciałem napisać „przez chwilę”, ale chwil nie ma, bo nikt nie mierzy czasu. Biblijne spełnienie wiecznego Jest. Już po wszystkim. Cisza. Bezruch. Ziemia z ulgą odpoczywa.
I tylko osypujące się po zboczu kamienie dudnią jak muzyka Pendereckiego.
3 kwietnia 2020 (3266 zarażonych, 65 zmarłych)
Liczby rosną. Rządowa arytmetyka pandemiczna przeżywała w ostatnich dniach takie załamanie, że nawet analfabeci zaczęli się śmiać, więc wzięto się za porządniejsze liczenie. Teraz rachujemy bardziej jak Włosi, nie jak Białorusini, u których wszyscy nagle zaczęli umierać na serce i płuca, bez związku z epidemią. Tak wygląda liczenie POLITYCZNE. Po upolitycznieniu religii, edukacji, służby zdrowia, historii, literatury, moralności, wojska, policji, a także piłki nożnej, ruchu drogowego, festiwalu opolskiego i sylwestra w Zakopanem – przyszła pora na upolitycznienie arytmetyki. I to w dodatku nie takiej zwykłej, z elementarza, tylko nieco poważniejszej, bo z kostnicy.
Problem jest ogólniejszy i właśnie czytam o raporcie CIA, z którego wynika, że Chiny celowo zaniżały liczbę ofiar koronawirusa, choć zostały zaatakowane pierwsze, są gęsto zaludnione i szczyt epidemii mają już za sobą (jak twierdzą). Podobne podejrzenia wysuwa się pod adresem Korei Północnej, Iranu i Rosji. My oczywiście dorzucamy parę przykładów z naszej Europy Środkowej (która według pewnych intelektualistów sama istnieje w sposób wysoce wątpliwy i nie da się dokładnie policzyć). Krótko mówiąc, oglądamy globalną planszówkę, na której politycy grają sobie trupami z pandemii jak w karty. Trzy dziewiątki, na wierzch as – i buda.
Politycznej arytmetyce przejmujące świadectwo daje Józef Czapski w „Na nieludzkiej ziemi”, relacjonując swoje bezskuteczne poszukiwania paru tysięcy polskich jeńców na terenie ZSRR w latach 1942-43. Tu byli, załadowano, wywieziono i ślad po nich zaginął. Ilu? Gdzie tam, panie – nie wiadomo ilu! Dużo, ale nikt nie liczył. No, może i liczył, ale przecież nie po to, żeby teraz wszyscy wiedzieli. Tak, a niektórych załadowano na barki i popłynęli sobie Morzem Białym w jeszcze bielszą krainę. Może i parę tysięcy, bez znaczenia, u nas, panie, miliony zniknęły. Porażające. Jeden człowiek uparcie szuka tysięcy niepoliczonych. A przecież Pan Cogito mówi wyraźnie: „policzyć dokładnie/ zawołać po imieniu/ opatrzyć na drogę”. Wiem, inna sprawa i inna skala, ale przemocowy dyskurs polityki wobec arytmetyki jakby podobny.
Każdy po swojemu konstatuje schyłek własnego świata. Z mieszaniną współczucia, zażenowania i rozbawienia obejrzałem relację pewnego nowojorczyka, który z samochodu nagrał na komórkę scenę ładowania zwłok do chłodni. Chyba z pięćdziesiąt razy w ciągu półtorej minuty powtórzył przy tym roztrzęsionym głosem: „This is for real! This is for real!”. „To jest naprawdę! Serio”! Nie mógł się uporać z faktem, że to, co widzi, rzeczywiście się dzieje. W zasadzie scena była całkiem sensowna: tyły szpitala zakaźnego w Nowym Jorku, wysoki wskaźnik śmiertelności dziennej – o czym media bębnią w kółko – i ciał jest tyle, że lepiej je ładować do jednej ciężarówki niż do dwudziestu karawanów, których zresztą nie ma. Powinno być zrozumiałe. Autorem filmiku do tego stopnia jednak wstrząsnęło (nie wiem, czy bardziej się przeraził, czy podniecił), że go zatkało, a właściwie odetkało i gadał bez przerwy to samo. Coś tam raz rzucił o opiece boskiej, ale w zasadzie tylko: „This is for real”. Przez półtorej minuty! Jakby mu się cały świat zawalił na głowę! Poniekąd tak musiało być i dlatego przytaczam ten przykład. Ludzie żyli przez całe dekady w przekonaniu, że co jest dzisiaj, musi być również jutro. Najmniejsze naruszenia tej błogiej konsumpcyjnej równowagi wywoływały panikę, krach na giełdach, recesję i bezrobocie – i to były zasadniczo największe katastrofy. Mijały po miesiącu, roku i wszyscy wracali do bezmyślnego przeżuwania dobrostanu. A teraz nagle – trupy w ciężarówce. Trochę jak nowa produkcja hollywoodzka, a trochę jak koniec świata. Gdyby ten biedny, wstrząśnięty człowiek choć przez chwilę pomyślał, co ma przed oczyma, rozsądek powinien by go szybko uspokoić. Nie, rozsądek to nie dzisiaj. Dzisiaj przerażenie, katastrofa, zagłada, śmierć i spustoszenie. Czyli najnowszy film. Który dzieje się naprawdę. Chociaż nie do końca, bo tylko w mediach. Nie, naprawdę, tu, na ulicy, pod szpitalem nowojorskim. Niby naprawdę, ale przez szybę samochodu i na ekraniku komórki, czyli jednak trochę jak w kinie samochodowym, bo kiedy uruchomię silnik i odjadę, obraz zniknie. I tak w koło Macieju, od prawdy do złudzenia i z powrotem, aż do skołowania całkowitego i nieodwracalnego, z którego już się samochodem wyjechać nie da. No chyba że Larry Underwood na harleyu, tunelem, z martwego Nowego Jorku na otwartą przestrzeń, gdzie tylko słońce, wiatr i cisza. Już nieludzka.
Ten jęczący z wrażenia świadek miał jeszcze inny problem. Wiedział, że nagranie z komórki nie stanowi żadnego dowodu, bo internet pełen jest zmontowanych pseudosensacji i niełatwo odróżnić prawdę od ściemy. Powtarzał „this is for real” jak zaklęcie, które miało uwiarygodnić filmik, nadać mu rangę świadectwa. On sam siebie chciał utwierdzić w przekonaniu, że naprawdę widzi co widzi, bo w szoku człowiek ma zaburzoną percepcję. A że raz powiedziane szybko znika, powtarzał w kółko i półtoraminutowy film ma ścieżkę dźwiękową złożoną z jednego okrzyku. Ludzie, patrzcie! To niesłychane, ale dzieje się! A ja to widzę! Ludzie, ludzie! Oh, my God! To się dzieje! To się dzieje!
Zakrzykiwał strach, jasne. Ale przed czym? Że lada dzień jego również mogą tak pakować na sztywno do chłodni? Że śmierć jednak może przyjść NAPRAWDĘ? Okej, każdy głupi to wie od dzieciństwa, co innego jednak zobaczyć ją w realu, po drugiej stronie mojej ulicy, pod szpitalem mijanym codziennie w drodze do pracy i z powrotem. Półtorej minuty na twoich oczach pracownicy szpitalnej kostnicy ostrożnie, z przesadnym wręcz namaszczeniem wsuwają w otwarte wrota chłodni ciało nieboszczyka na szpitalnych noszach, zakryte prześcieradłem i ściśle opięte pasami. Dwadzieścia metrów od ciebie. Czego się boisz, że musisz krzyczeć i bełkotać jak w malignie?
Co było płaskie i bez wymiaru, pogłębiło się. Co nie miało siły i zniewalało wygodną nudą, zaczęło znowu szarpać i gryźć. Udawane komiksowe strachy i horrory z tanich kin, ociekające hektolitrami sztucznej krwi, zaczęły straszyć naprawdę. Człowiek pod nowojorskim szpitalem, z filmującą komórką w roztrzęsionej ręce, na otwartej ranie swego szoku przeżywał powrót z fikcji do rzeczywistości. Wracał z trudem, ale nieuchronnie. Dziura, wygnieciona tłustym tyłkiem w kanapie przed telewizorem, zmieniła się w egzystencjalną otchłań. Materiał, przez dziesięciolecia służący do lepienia monstrualnych bałwanów popkultury, wypełzł z magazynu surowy, nieobrobiony, taki, jaki był NAPRAWDĘ. Przewrotny i bezosobowy autor tego komiksu „for real” do samochodu naszego trzęsidupy dorysował dymek z napisem: „Dzisiaj on, jutro ty”.

www.unsplash.com/Kate Macate Cały dzień media gotują się od nowego pomysłu PiS-u, by wybory prezydenckie odbyły się korespondencyjnie, za pośrednictwem poczty i listonoszy. Będziemy mieli prezydenta pocztowego, wesołego poczciarza w granatowym mundurku i czapeczce, co nawet do niego pasuje. Na międzynarodowych spotkaniach głów państw będzie stał pod ścianą w białych rękawiczkach i podawał ważne listy. Do Trumpa i Putina adresowane złotymi literami. I uśmiech, uśmiech, ten jest najważniejszy. Na razie stanęło na dwóch propozycjach: Gowina, by przedłużyć kadencję Dudy o 2 lata, oraz Kaczyńskiego, by głosować listownie 10 maja. Jedna lepsza od drugiej. Boję się myśleć co będzie, gdy nasza władza weźmie się, dajmy na to, za projektowanie respiratorów…
Piąty dzień boli mnie głowa. To już nawet nie jest migrena, tylko gorący ćwiek wbity w potylicę, który ćmi i uwiera. Moja mroczna połowa.
-
Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 12 oraz 13)
Krzysztof A. Zajas
Dziennik czasu pandemii cd.
26 marca 2020 (1221 zarażonych, 16 zmarłych)
No i wydało się. Mamy wyjątkowo niską liczbę zmarłych na koronawirusa, ponieważ to władze decydują, kto się do takiej śmierci kwalifikuje. Otóż kwalifikuje się tylko osoba zmarła na koronawirusa w szpitalu. Jeśli umarłeś w domu, nie liczysz się! Ten kierowca z Głogowa, o którym ostatnio pisałem, że skonał we własnym mieszkaniu podczas kwarantanny, nie doczekawszy testu – również się nie liczy. Sprawdźcie sami, nie ma go w statystykach. Dziennikarze wyszukali, że takich przypadków jest więcej, to znaczy że nasz kraj może być częściowo zaludniony obywatelami nieżywymi, tylko wolimy tego nie sprawdzać. Te ciała zwykle znajdują bliscy, kiedy przez dłuższy czas nie mogą nawiązać kontaktu. I wtedy lekarz wpisuje jako przyczynę śmierci „nagłe zatrzymanie serca”, a sekcji nikt nie robi, ponieważ nie ma znamion przestępstwa. Nie liczy się.
Znamiona przestępstwa są, i to dosyć ewidentne. W dodatku wiemy, kto jest sprawcą: seryjny zabójca COVID-19 o ksywie „Koronawirus”, z którym nasze służby policyjne walczą znacznie energiczniej niż na przykład ze wspomnianym „Hossem”. Zatem należy robić sekcję zwłok ofiar i gromadzić dowody przeciwko mordercy. Kpię, ale tylko trochę, bo sprawa jest poważna. Statystyki ofiar epidemii to istotna wiedza historyczna oraz medyczna na przyszłość i fałszowanie ich również jest przestępstwem. A jeśli robi to władza, która podobno tak wielką wagę przywiązuje do prawdy historycznej, to już w ogóle…
No właśnie. Było 15, a jest z powrotem 14, bo ministerstwo ogłosiło, że jeden zmarły przechodzi do innej rubryki. W karcie zgonu miał wpisaną niewydolność krążeniowo-oddechową, ale bez koronawirusa; leżał w szpitalu, zgon jednak nastąpił z innych powodów. Zostało to stwierdzone na podstawie wyników testu, które przyszły już po śmierci pacjenta. Dopóki żył, mógł mieć, ale jak umarł, to już nie ma. Jakaś logika w tym jest, choć trochę już zaświatowa. Pojawia się również gra sepsą. Chorują na koronawirusa, ale umierają na sepsę. Orwell nadchodzi: prawdą jest tylko to, co władza ogłosi, reszta z definicji nie istnieje, w związku z tym nie może zostać powiedziana. W moim przekonaniu chodzi o iluzję, że – jak się wyraził Prezes – „stan jest pod kontrolą” i wybory 10 maja mogą się odbyć. Potem liczby gwałtownie skoczą, lawina epidemii runie nam na łby, ale najpierw Duda wygra w pierwszej turze. A o to tu chodzi. Dlatego wczoraj nałożono kaganiec na wypowiedzi regionalnych konsultantów medycznych – żeby nie mogli swobodnie mówić, jak naprawdę jest. Decyduje głos z centrali. Wedle nomenklatury carskiej – wyższy czyn.

www.unsplash.com/camilo jimenez I Trump, i Kaczyński mówią, że wszystko jest pod kontrolą. „Wszystko jest pod kontrolą” powtarzają alkoholicy, którzy pozorują trzeźwienie. Patrz: Jerzy Pilch, Żółty szalik. A do urn, przypominam, idziemy z portkami na głowach!
W Wojnach nowoczesnych plemion Michała Pawła Markowskiego znalazłem celne i wieloznaczne określenie: „ochronna strefa fikcji” (s. 142). Chodzi o coś w rodzaju zagrody bezpieczeństwa na stepie chaosu, którą budujemy przy pomocy rozkosznych narracji, oddzielających nas od świata. W takich ochronnych strefach fikcji żyją wspólnoty skupione wokół własnych urojeń, projekcji, lęków, z którymi coś trzeba zrobić, a po imieniu nazwać nie można. To znaczy można, ale lepiej jednak nie. Te narracje w zasadzie nie kłamią – wspólnota nie dopuszcza do siebie prawdy, którą mogłaby sfałszować – tylko powtarzają frazy (naprawdę) uspokajające i (pozornie) wyjaśniające. Narracja wolnościowa wspólnoty narodowej stanowi klasyczny przykład generatora takich ochronnych stref fikcji, którą jeden z doradców naszego prezydenta nazwał Maszyną Bezpieczeństwa Narracyjnego. Zwracam na to uwagę dlatego, że informacje oficjalnych mediów rządowych na temat pandemii zaczynają przypominać taką MaBeNę, co faktom nie wróży najlepiej, nie mówiąc o prawdzie.
Wolałbym wiedzieć, co jest, choćby z grubsza. A tak nadal nic nie wiem. Im więcej grzebię w stosach doniesień, tym mniej wiem. A gdzie jeszcze zrozumienie, wyjaśnienie i interpretacja? Totalny głowaból.
Ech, znowu się spinam. Doniesienia, donoszenia, donosy… Dosyć. Reset.
Zagłębiam się w sobie i słucham moich niepokojów. Parę dni temu zapisałem myśl, która napawa mnie i wytrąca, oraz inspiruje i skłania. Że te moje łąki, ptaszki i obłoczki na niebie pochodzą z tego samego porządku, co koronawirus. Hmm, cały jestem ulepiony z tej samej materii. Konsekwencje tego pozornie oczywistego faktu są fundamentalne. Ja jestem biologią i on jest biologią, stanowimy jedno i nie on zabija mnie, tylko natura robi swoje porządki. Jest w końcu gospodynią całego tego globalnego mieszkania i wzięła się za sprzątanie. Człowiek był jej najzdolniejszym, świetnie się zapowiadającym dzieckiem, więc pozwoliła mu się rozwijać samodzielnie, z rzadka tylko sprawdzając, czy ma czysto za uszami i sumiennie odrabia lekcje. Zdolny chłopak jednak szybko się wycwanił i w ciągu dnia grzecznie się uczył, a nocami grał po kryjomu w najokropniejsze horrory. Pół biedy, że w miejsce Matki wymyślił sobie Boga Ojca i jemu przysiągł lojalność, ale później powołując się na ojcowski autorytet wyczyniał najdziksze swawole, demolując kolejne kąty wspólnej chałupy i całego obejścia. Do tego bezczelnie twierdził, że to ojciec mu kazał „czynić sobie ziemię poddaną”. W dwudziestym wieku naszej ery przeszedł już samego siebie i uznał, że tylko on jest bogiem, więc będzie składał hołdy wyłącznie sobie, reszta wynocha. Po czym zabrał się do systematycznego rabowania domu i przetwarzania wspólnych naturalnych bogactw na własne przyjemności i zabawki. Nie ma takiego systemu moralnego, który by nie uznał tego za zwyrodnienie i kalanie własnego gniazda. Trudno się dziwić, że Matka straciła cierpliwość i postanowiła przywrócić jakąś naturalną homeostazę w tym coraz koszmarniejszym bajzlu. Nieco późno i pewne błędy w wychowaniu nie są już do naprawienia, ale jak widać jeszcze ma trochę krzepy. Z tymi debilowatymi mięśniakami dinozaurami sobie poradziła, to i z człowiekiem sobie poradzi. No, w każdym razie próbuje.
27 marca 2020 (1389 zarażonych, 16 zmarłych)
Chorują księża. Lubią się nazywać lekarzami dusz i tak jak lekarze są szczególnie narażeni z racji wykonywanej pracy. Ale jak tu twardemu radiomaryjnemu elektoratowi powiedzieć, że na mszy można się zarazić? A można, prędzej niż w sklepie, co wynika już z performatyki rytuału: maczanie palców w miseczce ze święconą wodą, pozdrowienia, podawanie rąk, komunia z ręki do ust… Z epidemiologicznego punktu widzenia katastrofa. I to już się stało, bo msze odbywały się jeszcze kilka dni temu. Nadmierne nagłaśnianie tych faktów mogłoby jednak zrujnować kościelne imperium w Polsce, a do tego obecna władza żadną miarą dopuścić nie może, bo to fundament jej istnienia. Ruszyła gra na zwłokę, pozory i udawanie, że tego akurat problemu nie ma. Nie, jest, i to spory. Żyjący w cieniu tajemnic i przemilczeń polski kościół katolicki zapewne boryka się z potężnym uderzeniem koronawirusa, o jego skali nigdy się jednak raczej nie dowiemy, bo nie jest to wiedza dla maluczkich. „Ja stwarzam Dobro i ja stwarzam Zło, jam jest Pan”.

www.unsplash.com/Karl Fredrickson Zastanawiam się, czy tu nie bije jedno ze źródeł ksenofobicznych inicjatyw, zwłaszcza pogromów antysemickich, organizowanych w przeszłości przez nasz lud za poduszczeniem księży. Obrzędy kościelne stanowiły kapitalne ogniska zarazy, czego nie wolno było głośno stwierdzić i potrzebna była tak zwana informacja zastępcza, czyli kozioł ofiarny. Żydzi nadawali się znakomicie: dużo podróżowali, prowadzili odmienny tryb życia, jedli co innego – byli winni! Naziści doskonale to podchwycili na słynnym plakacie „Żydzi, wszy, tyfus plamisty”, gdzie twarz żydowskiego mędrca została skontaminowana z czaszką kościotrupa – ofiary epidemii. Jeśli ktoś zaoponuje, że to tylko dawna, patologiczna aberracja, polecam mu jaskrawożółtą okładkę czasopisma „Rolnik Polski” nr 4/2019, gdzie pomysł został powtórzony, tylko na miejscu Żyda jest dziewczyna z żółtą twarzą pokrytą czarnymi plamami i podpisem: „Ekoterroryzm – tyfus plamisty Polaków”. Na żółto hitlerowcy oznaczali Żydów w obozach koncentracyjnych…
Spokojnie, na razie „wszystko jest pod kontrolą”, nic takiego się nie dzieje, walczymy z pandemią solidarnie i ofiarnie (oj, niezręczne słowo, fatalizmem podszyte), siedzimy w domach i czekamy na rozwój wydarzeń. A wydarzenia dzieją się ciekawe w hiszpańskiej Andaluzji naszej ukochanej turystycznej, gdzie grupa „wandali” obrzuciła kamieniami i materiałami wybuchowymi staruszków przewożonych z opuszczonego domu opieki do szpitala w mieście. Starców eskortowała policja. Biedni wandale założyli – na jakichś sobie tylko zrozumiałych podstawach – że zarażeni staruszkowie będą swobodnie chodzić po mieście i zarażać innych, dlatego spontanicznie wyrazili swój sprzeciw. Staruszków zamknięto w szpitalu i teraz służby pilnują, żeby nikt nie miał do nich dostępu. Oprócz koronawirusa, bo ten już tam jest. Hiszpania ma doświadczenie w temacie zarazy, przypominam Alpuharę Adama Mickiewicza. Któryś ze staruszków musiał niebezpiecznie przypominać podstępnego Almanzora, więc gmin andaluzyjski zareagował.
W „Wyborczej” nowa akcja pod tytułem: „Ocalmy 300 tys. miejsc pracy!”. Chodzi o tak zwaną branżę beauty, czyli fryzjerów, kosmetyczki, depilatorki, tatuażystów – całą armię cyrulików od upiększania nas, czyli maskowania naszej brzydoty. Za pomocą czegoś o nazwie Booksy – co się definiuje jako start-up i ma szefa o patriotycznym nazwisku Stefan Batory – mamy wpłacać pieniądze i w ten sposób pomagać. Rozumiem, ważna sprawa, ludzie tracą pracę, bankrutują, zostają na lodzie i proszą o wsparcie, ponieważ stan jest nadzwyczajny. By uzmysłowić nam dramatyczność sytuacji, pewna pani od manikuru pyta: „A jak pielęgnować paznokcie klientek, stojąc dwa metry dalej?”.
No jest problem, ale ja mam problem z tym problemem. Powiedzmy sobie szczerze: ludzie tracą nie tylko pracę, ale zdrowie i życie. Rujnowana przez lata służba medyczna w Polsce nie wyrabia znacznie dramatyczniej niż manikurzystka, która ma za daleko do fotela klientki. Personel szpitali i przychodni gremialnie się zaraża, całe oddziały nie mogą pracować, obsługę dziesiątkuje kwarantanna. Pacjenci z problemami nowotworowymi są pozbawieni dostępu do zabiegów ratujących życie. Nauczyciele rzężą pod jarzmem zdalnego nauczania, za psie pieniądze, które rząd jeszcze planuje im obciąć. Kasjerki w sklepach, gdzie robimy gorączkowe (oby nie!) zakupy, są cały czas narażone i na zakażenie, i na agresję niespokojnych klientów, co mówię smutny i sam pełen winy. Kierowcy, służby porządkowe, dziennikarze, rolnicy, kolejarze, górnicy, straganiarze, leśnicy – sorry, ale wszyscy. Sytuacja jest trudna, dlatego wymaga rozwagi w dysponowaniu zarówno środkami pieniężnymi, jak i energią społeczną. Ludzie siedzą w domach i chcą pomagać, a wielu z nich swoją pomoc może ograniczyć jedynie do wpłacenia pieniędzy na jakiś szczytny cel. Widzę ten cel w kupowaniu sprzętu medycznego (chwała mojemu Uniwersytetowi Jagiellońskiemu za akcję #ujdlaszpitala, która pozwoliła zebrać ponad 750 tys. zł na sprzęt medyczny), widzę w dofinansowaniu ludzi opiekujących się chorymi, niepełnosprawnymi, zniedołężniałymi, czyli wszędzie tam, gdzie chodzi o zdrowie i życie. Niespecjalnie widzę go w dofinansowywaniu salonów piękności. Inaczej mówiąc, nie jestem przekonany, że to, czego dzisiaj jako społeczeństwo najbardziej potrzebujemy, to wypielęgnowane paznokcie i fioletowe pasemka. Albo tatuaż.
Wiem, bezczelne, ale wszyscy mamy trudniej. Walka o przetrwanie dopiero się zaczyna, takich sytuacji będzie więcej. I gorszych. To ma trwać rok i dłużej. Wszystkich nie zadowolimy zbiórkami pieniędzy, zwłaszcza że do jako tako uczciwej dystrybucji tych pieniędzy potrzeba kolejnej rzeszy ludzi, finansowanych zapewne z tychże zbiórek, bo skąd. Owszem, każdy może wpłacić pieniądze na swoją ulubioną kosmetyczkę, robienie z tego jednak ogólnonarodowej akcji pod hasłem solidarności, z dyskretnym podaniem operatora, który chętnie się tymi pieniędzmi zajmie, to już dla mnie jakby trochę za daleko idąca skwapliwość.
Pandemia się jeszcze nie skończyła. Ci lepiej zorientowani mówią, że dopiero nadchodzi. Skupmy się na sprawach naprawdę ważnych, bo od tego będzie zależało zdrowie i życie wielu z nas. Na walkę z kryzysem na rynku pracy mamy czas po przejściu tsunami, kiedy policzymy straty, o rozmiarze których nic sensownego jeszcze dzisiaj powiedzieć się nie da. Mam swojego zaufanego trenera personalnego, chłopak siedzi teraz w domu i nagrywa filmiki dla klientów, żeby coś w ogóle robić. Umawiamy się zdalnie, on mi podrzuca zestawy ćwiczeń i koryguje błędy, ja walczę na znanej Wam już ławeczce, liczymy się normalnie – i tyle. Wspieram zwyczajnie, prywatnie, bez start-upu Booksy.
Potrzebna ostrożność. Sytuacje kryzysowe generują warunki dla ludzkich dramatów, ale i okazje dla graczy. Na ludzkiej biedzie i strachu świetnie się zarabia, jeśli tylko komuś starczy cynizmu i podłości, a tej w dorzeczu Wisły i Odry nigdy nie brakowało, wbrew patriotycznej MaBeNie. Teraz znowu w górnych rejonach władzy odbywa się wielkie dzielenie publicznych pieniędzy przeznaczonych na pomoc dla ekonomicznych ofiar pandemii. Nikt jeszcze nic nie wie o skali katastrofy, ale już trwają kłótnie komu, ile i na co. Aż się boję, co to będzie. No nie, o kościół się nie boję.
Uff, pieniądze, pieniądze. Jest taki przejmujący fragment w Dzienniku roku zarazy, gdzie Defoe mówi o braku przygotowań miasta na nadchodzącą epidemię. Zarówno władze świeckie, jak i duchowne nic sobie nie robiły z ostrzeżeń:
Działano w istocie tak, jak gdyby nie żywiono najlżejszych nawet obaw, a co za tym idzie, nie poczyniono nic i nic nie przewidziano dla dobra ogółu. (…) Miasto nie posiadało żadnych spichrzów ani składów na ziarno lub mąkę przeznaczonych dla biedaków, gdyby więc byli mogli poczynić zapasy, jak bywa w takich razach, wiele biednych rodzin doprowadzonych teraz do krańcowej nędzy, znalazłoby pomoc, i to znacznie skuteczniejszą, niż można by im obecnie okazać. [s. 87]
W żywność zdołaliśmy się zaopatrzyć, z tym akurat nie mamy dzisiaj problemów (na razie), ale z zapleczem medycznym sprawy już nie wyglądają tak pięknie. W tle afery żywnościowej w opanowanym przez dżumę Londynie była oczywiście afera z dystrybucją pieniędzy publicznych, którą Defoe relacjonuje dosyć powściągliwie, mówiąc o skrupułach administratorów „gdy mieli naruszyć fundusze należące do sierot”. Tych skrupułów brakło w rok później, gdy Londyńska Izba Handlowa wyłożyła ogromne środki finansowe na odbudowę gmachów publicznych zniszczonych w pożarze, stawianie pomników i ogólne upiększanie miasta. Czyli gdy wydawali dla siebie.
Teraz się zawahałem, ponieważ kawałek dalej Defoe wygłasza dramatyczny sąd o nędzy drobnych rzemieślników i usługodawców, co podkopuje wygłaszane powyżej filipiki Zajasa przeciwko ratowaniu salonów piękności:
Niech ktokolwiek z tych, komu znane są liczne rzesze ludzi w tym mieście, zarabiających na chleb powszedni czy to jakimś kunsztownym rzemiosłem, czy wykonując najgrubsze roboty, niech ktokolwiek, powtarzam, rozważy, jaka nędza tu zapanuje, jeżeli nagle wszyscy ci ludzie będą usunięci z posad, jeżeli ustanie wszelka praca i wszelka za nią zapłata.
Idzie wielka bieda, to raczej pewne. To co, może jednak spróbujmy im jakoś pomóc?
We Włoszech dzisiaj rekordowa liczba zgonów: 969. Umierają ludzie w każdym wieku, nawet ci bez chorób towarzyszących. Podobno Polska jest obecnie na kursie włoskim. Idzie bieda, ale najpierw tsunami.

