– Dlatego bardzo pana proszę, niech pan zostawi Olka w spokoju – poprosiła cichym głosem Magda Zawijas na koniec swej opowieści. – Drugi raz tego nie przetrzyma. Obiecuje pan?
Niezdarnie otarła wilgotne policzki, pociągnęła nosem i czekała. Na takie postawienie sprawy inspektor mógł tylko skinąć głową w akcie kapitulacji.
– Obiecuję – zapewnił czując, jak gadzina nikczemności budzi się w jego trzewiach. – My jesteśmy od pomagania ludziom, nie od ich pogrążania.
Liczył, że szlachetność wygłoszonej prawdy, która z policyjną praktyką miała tyle wspólnego, ile niedzielne kazanie z obyczajami dnia powszedniego, przesłoni jego niecne intencje. Musiał dostać się do profesora. Im dłużej myślał o tym, co się dzieje, tym bardziej był pewien słuszności obranego kierunku działań.
Pokazał ręką na telewizor, transmitujący dantejskie sceny z centrum miasta, gdzie samozwańcze grupy mieszkańców, pozbawione już wszelkich hamulców i skrupułów, polowały na ludzi ze słuchawkami i książkami.
– Muszę z nim porozmawiać – powiedział – inaczej to się nigdy nie skończy.
W tym momencie obraz telewizyjny zachwiał się, zamigotał, zza kadru dobiegło ni to westchnienie, ni to kaszel, po czym wszystko ujechało w górę i zgasło.
– Jezus Maria, co się dzieje – jęknęła Magda Zawijasowa. – Dlaczego policja nic z tym nie robi?
– Właśnie robi – odparł stukając się palcem w pierś. – Gdzie on jest? W Babińskim?
Chciał mówić dalej, ale nie dał rady. Opadło go nagłe zmęczenie, tak dojmujące, że zachwiał się i osunął się na kanapę. Podparł się łokciem jak pijak, który chce koniecznie sprawiać wrażenie trzeźwego, i usiłował powrócić do pionowej pozycji. Profesorowa pomogła mu usiąść i podała szklankę wody. Jeszcze parę minut temu to on wykonywał podobnie troskliwe gesty wobec niej.
– Pan się wykończy – powiedziała trzymając go za ramię. – Trzeba odpocząć. To samo zrobił mój mąż. Poszedł odpoczywać. Mężczyźni w waszym wieku za dużo pracują. Chcą za wszelką cenę zaprzeczyć upływowi czasu, a kończy się zawałem albo wylewem.
– Coś w tym jest – wymamrotał niewyraźnie Madej. Jego obwisłe usta nie kwapiły się do precyzyjnej artykulacji. – Ale tak trzeba. Inaczej śmierć.
– Śmierć, śmierć. Co wy się tak boicie tej śmierci? I tak przyjdzie we właściwym czasie. O, tam jest śmierć.

Zamierzała pokazać prawdziwe oblicze śmierci na ekranie telewizora, ale ten po wygaśnięciu już nie odzyskał przytomności. Na czarnym ekranie pulsowało jedynie kilka żółtych punkcików. Tańczyły figlarnie po czarnej tafli, jak robaczki świętojańskie w otchłani czerwcowej nocy, by ostatecznie znaleźć jeden wspólny rytm i ułożyć się w dwie kropki i kreskę. Buźka z poziomej obróciła się w pionową i wygięła pikselowe usta w podkówkę. Smile.
Magda Zawijasowa pobladła.
– Czy to ma coś wspólnego… – Co to w ogóle jest?
– Nie wiem – odparł inspektor. – I właśnie dlatego muszę porozmawiać z pani mężem. Ponieważ mam wrażenie, że on wie.
Znowu ogarnęła go fala słabości i opadł głową na oparcie kanapy. Dziwne. Nie sądził, że starość przyjdzie tak nagle. Może sama myśl o emeryturze tak działa? Jak on to powiedział? „Ścieżka w jedną stronę”. Nie oglądaj się, bo przepaść przed tobą. Kto o śmierci myśli, buźkę sobie kryśli. Na ekranie, drogi panie. Cicho już, cichutko. Wieczność jest niema. Studnia ciemna i głucha, a w duszy posucha…
Cholera.
– Tylko niech mi pan tu nie mdleje – powiedziała profesorowa, klepiąc go w policzek. – Wody proszę łyknąć.
– Tak, przepraszam – wymamrotał otrzeźwiawszy. Ostrożnie odepchnął jej dłoń ze szklanką. – Ja już sobie pójdę. Dziękuję pani i proszę mi wybaczyć to najście, chciałem tylko…
– Nigdzie pan teraz nie pójdzie – zakomenderowała Zawijasowa z nową energią. – Trzeba odpocząć. W gabinecie męża jest leżanka, wdrapiemy się teraz po schodach i pan się położy. To nie ma sensu. I tak dzieje się dosyć złego – zakończyła machając ręką w nieokreślonym kierunku.
Ujęła go pod ramię i energicznym ruchem postawiła na nogi. Zachwiał się, nie upadł jednak, podtrzymany jej silnym uchwytem. Ruszyli na piętro.
W pogrążonym w mroku gabinecie profesora jaśniała jedynie smuga światła pobliskiej latarni. Wąskim paskiem przecinała pokój. W zawodowym odruchu inspektor potoczył za nią wzrokiem i ujrzał na kawałku ściany niewielki portret w złotej ramce oraz jakiś sztylet na łańcuszku. Zapewne pamiątki profesora z konferencyjnych wyjazdów. Reszta pokoju tonęła w czerni, smuga była żółta. Na jej tle korpus monitora na biurku wyglądał jak łeb przedpotopowego stwora. Madej miał wrażenie, że łeb obraca się ku niemu i szczerzy paszczę. Pstryknęło światło i zjawa znikła. Tak, zdecydowanie powinien odpocząć.
– Dziękuję pani, ja chyba rzeczywiście…
Przerwała mu biorąc go za ramiona i sadzając na łóżku.
– Dobrze już, dobrze. A teraz proszę spać. Gdyby pan potrzebował, łazienka jest na końcu korytarza po lewej.
Potrzebował, więc znowu się podniósł. Przechodząc korytarzem zerknął w uchylone drzwi jednego z pokoi na piętrze. Dziewczyna w słuchawkach siedziała na łóżku ze skrzyżowanymi nogami i zamkniętymi oczyma. Kołysała się lekko w jakimś ukrytym rytmie i uśmiechała do wypełniających ją dźwięków.
– Nie rób tego – powiedział stając w progu.
Spodziewał się, że ją spłoszy, w najśmielszych przypuszczeniach nie oczekiwał jednak aż takiej reakcji. Rzuciła krótkie, wściekłe spojrzenie na drzwi i jednym skokiem zatrzasnęła je tuż przed nosem Madeja. Gdyby się nie cofnął, dostałby nimi w twarz. Oparł się o ścianę, a z wnętrza pokoju dobiegło zwierzęce warknięcie. Nie zrozumiał słów i może to nawet lepiej. Zgrzytnął klucz w zamku, a zaraz potem sprężyny w łóżkowym materacu. Wróciła do słuchania.

Dyszał oszołomiony jak człowiek, który ledwie uszedł z życiem z katastrofy. Powinien walnąć w te zaryglowane drzwi, w razie potrzeby nawet wyważyć, i odebrać jej te cholerne słuchawki wraz z telefonem. Nie miał siły. Nie potrafił porządnie zebrać myśli, a nogi ledwie go utrzymywały. Dowlókł się do toalety i usiadł na sedesie. Zaryglował drzwi od środka. Chciał posiedzieć na chwilę w spokoju, inne potrzeby odsunęły się na dalszy plan.
Nic z tego nie rozumiał. Po pierwsze, nie rozumiał agresji, która budziła się i u tych, którzy słuchają, i u tych, którzy ich ścigają. Po drugie, nie wszyscy słuchali Cegielni, w gruncie rzeczy niewielu, a krwiożercza epidemia rozprzestrzeniała się w błyskawicznym tempie, jakby jej wirusy latały w powietrzu. Po trzecie, paraliż miasta wydawał się zupełnie nieadekwatny do skali zjawiska. Tłumy ruszyły jak na umówiony sygnał, jakby tylko czekały na okazję do wyrzucenia z siebie nagromadzonych pokładów nienawiści. Ktoś kiedyś powiedział, że agresja tłumu rotuje. Miał nieodparte wrażenie, że właśnie domyka się kolejne koło.
I po czwarte – był dziwnie słaby. Ledwie się ruszał, a przecież ten trudny i pełen wysiłku dzień nie wyczerpał go do tego stopnia, by nie mógł teraz ustać na nogach. Ani porządnie się skupić. Coś go osłabiało, jakieś tajemnicze fluidy, które pozbawiały umiejętności sprawnego działania. Fajne.
Ekscytujące.
Kompletnie bzdurne.
– Zośka, otwórz drzwi! – rozległ się okrzyk Magdy Zawijasowej, któremu towarzyszył nerwowy łomot. – Otwórz te cholerne drzwi!
Z najwyższym trudem podniósł się i wyszedł na korytarz. Profesorową przestało interesować samopoczucie gościa, cała jej uwaga skierowała się ku zamkniętej w pokoju córce. Oczy zdradzały przerażenie.
– Niech pan coś zrobi!
Florian Madej, który w każdy krok wkładał cały – bardzo skromny – zapas sił, szedł powoli opierając się rękami o ściany wąskiego holu. Kiedy jednak dysponuje się odpowiednią masą ciała, do wyważenia drzwi siła nie jest potrzebna. Łagodnym ruchem odsunął Zawijasową, odwrócił się tyłem i odepchnął od ściany naprzeciw wejścia. Jego plecy, wsparte bezwładnością stu dziesięciu kilogramów, runęły na zamknięte skrzydło, które z suchym trzaskiem upadło na podłogę, a Madej wraz z nim. Jęknął z bólu, kiedy klamka wbiła mu się w sadło okalające lędźwie. Na moment stracił kontakt z rzeczywistością. Ocucił go krzyk.
– Nie ma jej!
O sprawnym wstawaniu nie było mowy, z wysiłkiem przewrócił się na brzuch i podniósł na czworaka. Rozejrzał się zamglonym wzrokiem tucznika przyprowadzonego do rzeźni. Nic nie widział. Coś mu zabrało siły, a teraz zabierało widzenie. Podpełzł do łóżka i oparł się obiema rękami, co umożliwiło zajęcie pozycji nieco bardziej pionowej, dającej z kolei lepsze złudzenie przytomności u kogoś, kto właśnie usiłuje wstać i nie może. Teraz klęczał jak grzeczna panienka przy wieczornej modlitwie.
Pościel na łóżku, na którym przed chwilą siedziała młoda Zawijasówna, była solidnie skopana i zmięta. Dziewczyna znikła. Okno za łóżkiem było otwarte na oścież, z zewnątrz wlatywały nocne owady i obsiadały mleczny klosz lampy pod sufitem.
– Zośka, wracaj! – krzyknęła w ciemność Zawijasowa. Przechyliła się przez parapet i spojrzała w dół. – Nie ma jej! Uciekła!
Florian Madej nie odpowiedział. Pomacał zmierzwioną pościel i po chwili wyjął spod narzuty komórkę z doczepionymi do niej słuchawkami. Włożył jedną z nich do ucha.
W głębokiej nocnej ciszy jedynym słyszalnym dźwiękiem był szelest ostrożnych dziewczęcych kroków. Szła samotnie przez las, wolna od lęków i niepokojów, zwyczajnie przynależnych jej wiekowi i płci. W jednej ręce dzierżyła skórzaną sakwę, w drugiej – obnażony carski bebut. Nie znała jeszcze celu swej drogi ani czekającego nań u jej kresu przeznaczenia, mimo to przemierzała niebezpieczny las z godną podziwu śmiałością. Która, jak powszechnie wiadomo, w najmniejszym stopniu nie zmniejsza śmiertelnego zagrożenia. Szła powolna rozkazom, nie znając ich źródła ani charakteru…
Wyrwał słuchawkę z ucha.
– Co to jest bebut? – ryknął do profesorowej w nagłym przypływie energii.
– Co…? – spytała zaskoczona Magda Zawijas. Była jednak bystrą kobietą i błyskawicznie połączyła fakty. – Matko Najświętsza! – zajęczała i wybiegła z pokoju. Madej poszedł za nią.
W gabinecie profesora paliło się światło. Zawijasowa natychmiast skręciła w lewo i podeszła do ściany z pamiątkami. Obok staroświeckiej fotografii kobiety w długiej sukni tkwił w tynku goły hak. Sztylet znikł.
– Co ona wyprawia? Zośka! Wracaj!
Nie zwracając uwagi na inspektora kobieta wypadła z gabinetu i z łoskotem zbiegła po schodach. Wkrótce trzasnęły drzwi wejściowe i do uszu Floriana Madeja doleciały piskliwe nawoływania z ogrodu Zawijasów. Pomacał puste miejsce po zabytkowym sztylecie. Czyżby to miał być ten cały bebut?
Wyszedł przed dom. Profesorowa zdążyła w tym czasie obiec wkoło całą posesję i przekonać się, że po dziewczynie nie ma śladu. Wyszła przed furtkę, zawołała parę razy to swoje „Zośka, wracaj!”, i pełna bezradnej rozpaczy wróciła do domu. Chcąc ją czymś zająć inspektor wziął ją pod rękę i razem przeszukali cały dom jeszcze raz. Tym razem on robił za stronę silniejszą, całe osłabienie nagle opadło z niego jak zły sen.
Dziewczyny nigdzie nie było, Magda Zawijasowa nie zauważyła, by zniknęły jakieś inne przedmioty oprócz sztyletu ze ściany i skórzanego plecaka, z którym chodziła do szkoły. „W ręce dzierżyła skórzaną sakwę”, powtórzył w myślach Florian Madej. Kiedy kobieta trochę się uspokoiła, usiedli w kuchni.






















