Tag: Krzysztof Zajas

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 10 oraz 11)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    24 marca 2020 (884 zarażonych, 10 zmarłych)

    Mnożą się obrazy pustych miast. Spośród licznych skojarzeń na pierwszy plan wybija się u mnie „Bastion” Stephena Kinga. W jednej z początkowych scen Larry Underwood – osuszony alkoholik i przyziemiony ćpun – przebija się przez zatłoczony i zarazem pusty Nowy Jork. Zatłoczony, ponieważ wskutek paniki wywołanej śmiertelną epidemią, wszyscy mieszkańcy naraz rzucają się do ucieczki z miasta. Pusty, ponieważ nikomu nie udało się uciec – wszyscy umarli i zalegają w samochodach, wagonach pociągów, na chodnikach i na ławkach nowojorskich parków. On jeden idzie jak we śnie, nie rozumiejąc, dlaczego żyje, i dotkliwie odczuwa nie rozpacz, bo ta jest banalna, ale dziwność istnienia. Przekracza granicę między normalnością i katastrofą, między pełnią zwyczajnej rzeczywistości i postapokaliptyczną pustką, między prawdą i fikcją. W ścielącym mu się do stóp martwym mieście jest doskonale wolny, może robić co chce, a zarazem nie jest mu ta wolność już do niczego potrzebna. Trzeba uciec od zdechłego miasta, trzeba uciec od okrutnej wolności. Sklepy przed Larrym stoją otworem. W sportowym wkłada wypasione ciuchy i zabiera torbę tenisową, którą w sklepie z bronią i amunicją pakuje do pełna, a następnie bierze z salonu nowiutkiego harleya i rusza tunelem pod zatoką, by wydostać się na otwartą przestrzeń. Scena i zachwycająca, i przerażająca. Esencja syndromu ocalenia.

    www.unsplash.com/Rahbek Media

    Ocalałeś – i nie wiesz po co. Uciekasz i nie wiesz dokąd. Byle dalej, ale od czego i do czego? Jest jeszcze lepiej. Czy uciekniesz, czy zostaniesz – i tak będziesz sam. Zupełnie, całkowicie i absolutnie, ponieważ wszyscy inni już nie żyją. Kwarantanna totalna. Pojedyncza cela o rozmiarach ziemskiego globu. Wolność wielkości pętli na szyję, akurat żeby wepchnąć głowę. Idziesz pustą ulicą, o jakiej zawsze marzyłeś przepychając się w tłumie, a kiedy twoje marzenie się spełnia, pustka na ulicy staje się tobą, ty stajesz się pustą ulicą.

    Później akcja się rozwija, pojawiają się inni ocaleńcy i rusza odwieczna opowieść o walce dobra ze złem, ale mnie już do końca nie opuszcza ten urzekający swoim horrorem obraz całkowitej wolności, która jest pusta i duszna.

    Nic takiego na razie mi nie grozi, ani chyba nikomu innemu, granica między fikcją a stanem faktycznym jeszcze jakoś się trzyma, ale kto wie. Jako urodzony katastrofista rozpatruję i taki scenariusz. Tego drugiego wariantu – gdy jedynym ocaleńcem jest ktoś inny, a ja należę do miliona truposzy – nie rozpatruję, bo nie ma sensu. To już nie moja historia.

    Wracam do mediów. W systemach penitencjarnych rozkwita nowa inicjatywa. Skazańcy i aresztanci domagają się zwolnienia do domu z obawy przed zakażeniem. W USA zainicjował temat Harvey Weinstein, prześladowca, który znakomicie potrafi przed kamerami zagrać ofiarę. Za samo paralityczne zwisanie na balkoniku rehabilitacyjnym w drodze na rozprawę, z miną nic nierozumiejącego półgłówka, powinien dostać Oskara. Nie był gorszy od Dustina Hoffmana w Rain Manie. W Polsce przedwczoraj wypuszczono gangstera od nielegalnego transferu pieniędzy za granicę, wczoraj wypuszczono niejakiego „Hossa”, który w ramach współpracy polsko-niemieckiej wyłudzał euro metodą „na wnuczka”. Dzisiaj do programu wolnościowego dołączył były senator PiS Stanisław Kogut, który też „cierpi na wiele chorób” i domaga się zwolnienia. Pomysł znakomity, można go rozszerzyć o tak zwany wariant latynoski, to znaczy w ogóle otworzyć bramy wszystkich zakładów karnych, niech sobie każdy radzi z wirusem indywidualnie.

    I wtedy większość więźniów powinna… pozostać w celach, gdyż odosobnienie i izolacja od świata zewnętrznego są właśnie tym, do czego się nas przymusza w walce z pandemią. Widzę tu pewną nielogiczność. Przecież wszyscy obecnie siedzimy w aresztach domowych. Skoro senator Kogut „cierpi na wiele chorób” i znalazł się grupie podwyższonego ryzyka, to powinien wnioskować o coś dokładnie przeciwnego – zamknięcie w pojedynczej celi, najlepiej w karcerze pod ziemią, bez kontaktu z kimkolwiek, aż do wygaśnięcia epidemii. Wniosek adwokata o wypuszczenie więźnia na ten niebezpieczny, zarażony świat jest działaniem na szkodę klienta. Ja bym takiego obrońcę odprawił. Bez honorarium.

    Po drugiej stronie muru rozmaici faktycznie lub prognostycznie z więziennictwem związani obywatele również nie zasypiają gruszek w popiele. Tworzą się inicjatywy niejako odwrotne, to znaczy potencjalni skazańcy, którzy jeszcze są na wolności, żądają natychmiastowego osądzenia, a następnie osadzenia w celi, oczywiście jednoosobowej, ze względu na zagrożenie wirusem. Dobrze już, dobrze, jestem winien, tylko mnie wreszcie odizolujcie od reszty społeczeństwa, tak, od wszystkich bez wyjątku. Rodzina? Tak, zwłaszcza od rodziny.

    Ci, którzy nagrabili sobie wystarczająco dużo, by siedzieć do końca życia, i ziemia im się pali pod nogami, rozwijają z kolei wariant epidemiczny. Wiedząc, że karzący miecz sprawiedliwości zwisa im tuż nad głową, lgną do zarażonych, by złączyć się z nimi drogą kropelkową. Kiedy już nabiorą pewności, że mają w sobie wystarczającą liczbę niebieskich kuleczek z białymi i czerwonymi trąbkami, wracają do domu i siedzą sobie spokojnie, popijając pinacoladę przez rurkę z ekologicznego bambusa. Kiedy policjanci po nich wpadną, unoszą ręce i mówią: „Chwileczkę, mam koronawirusa! Jak nie wierzycie, to proszę bardzo, możecie mi zrobić test. Tu, o, żona może zaświadczyć”. No i jest prawie pewne, że im ujdzie na sucho. W najgorszym razie wylądują w odosobnionej celi, skąd ich zaraz wypuszczą ze względu na „wiele innych groźnych schorzeń”. Jak tego „Hossa” (co za kretyńska ksywka!).

    Z pozostałych wiadomości niewiele rozumiem. Wczoraj pisali, że w Krakowie nie wykonywano testów z powodu remontu budynku sanepidu i próbki jeździły do województwa świętokrzyskiego, a dzisiaj piszą, że w Świętokrzyskiem zrobiono dotychczas zaledwie 364 testy, bo nie ma laboratoriów. Do tego dochodzą nieustanne skargi zarażonych i podejrzewających zarażenie, że nie mogą się doprosić badania. To w końcu robimy co możemy, czy wymyślamy ściemy, żeby przesłonić prawdziwą ciemność? Marzy mi się to pierwsze, ale boję się, że chodzi o to drugie. Jesteśmy jakimiś mistrzami Europy w walce z koronawirusem, mało zakażonych, kilka zaledwie ofiar, a tymczasem jak się trochę podrąży temat, to wychodzi, że wszystko z powodu braku testów. Ten i owa przebąkują, że dane są mocno zaniżone, ale nie widzę, żeby ktoś na to stanowczo reagował. Szpital w Starachowicach zamieniono na zakaźny, inni chorzy precz. Czyżby przewidywano tam wybuch choroby? Bo na razie jest tam zaledwie garstka zakażonych. Tych, którym zrobiono testy.

    Z burzą tak jest. Długo nad horyzontem wisi ciemna chmura, w powietrzu cicho i duszno, a ona trwa niby w bezruchu. Zbliża się powolutku, niepostrzeżenie, centymetr po centymetrze. Ale to pozory. Wkrótce uderzy z całą mocą, nagle, ledwie zdążysz się schować przed nawałnicą. Albo nie zdążysz… Kurczę, jak chciałbym się mylić!

    Blog smakksiazki.pl opatruje mój dziennik fotografią błękitnej kuleczki z kolorowymi wypustkami. Czy one naprawdę są białe i czerwone? Czy to jakaś aluzja, przepraszam? Że niby co, że my stoimy za całym tym koronawirusem? To, że koronujemy i zawierzamy, nie oznacza przecież, że naszą koronę można włożyć na byle niebieski łebek i domalować mu białe i czerwone wąsy! Niebieski pochodzi od nieba, ale to nie upoważnia do takich nadużyć! To skandal jakiś! A może chodzi o szaliki? Że nasza kibicowska brać w tym maczała palce? Jagiellonia Białystok za tym stoi, albo Arka Gdynia? No wypraszam sobie. I żądam zmiany tych kolorów. Nie, nie wystarczy, że niebieski, biały i czerwony to inna flaga. Powinny być zupełnie inne, jak najdalsze od bieli i czerwieni.

    Dosyć, idę zabijać smoki.

    25 marca 2020 (1051 zarażonych, 14 zmarłych)

    Właśnie wyczytałem, że wysłani po zwolnionego przedwczoraj z aresztu „Hossa” nie zastali go w domu i… wrócili do sądu z informacją, że trzeba wysłać list gończy. Najpierw go puścili, potem zmienili zdanie i postanowili go jednak z powrotem zamknąć, ale dla przyzwoitości odczekali dobę, żeby nie było, że tak od razu. Teraz rozkładają ręce i zamiast go po prostu łapać, jeżdżą tam i z powrotem z papierkiem sądowym, bo takie są procedury. Reforma sądownictwa w imię naprawiania świata trwa. Miał rację Michel Foucault – procedury służą dyskursowi władzy i pożądania, a właściwie władzy pożądania. Z prawdą i sprawiedliwością nie ma to nic wspólnego.

    Powinienem następny akapit zacząć od stwierdzenia: „Ponieważ prawda i sprawiedliwość również nie istnieją, a jeśli, to tylko jako fantomy”. Ale nie napiszę, bo nie o tym jest ten dziennik (a właściwie dlaczego nie?). Miałem w nim na gorąco zapisywać siebie i świat, który do mnie dociera. Szybko wzrosła liczba zakażonych, są kolejne ofiary śmiertelne. Minister zdrowia, którego bez względu na wszystko podziwiam za siłę i ofiarność osobistą, zaapelował o poważne potraktowanie najbliższych trzech tygodni. Zrobił to na antenie Radia Maryja, czyli mówił do tych, którzy jeszcze kilka dni temu odprawiali normalne msze i udawali, że nic się nie dzieje. Odważny minister. Chyba stawiał na to, że wśród słuchaczy i słuchaczek dominują ludzie starsi – najbardziej narażeni i zarazem nie najlepiej zorientowani.

    Dzisiaj miałem pierwsze zajęcia zdalne ze studentami. Było fajnie, podłączyła się piętnastka, czyli prawie cała grupa. Pogadaliśmy o lekturach, powymienialiśmy opinie, ale wszyscy byliśmy trochę spięci. Trudno się skupić, myśl ucieka. Każdy siedzi u siebie w domu, więc jakby luz i bezpieczeństwo, ale tylko pozornie. Nie tragedia, ani katastrofa, ale niepokój. Tak, to wbrew pozorom całkiem mocne słowo: NIEPOKÓJ. Zalega pod skórą, nie eksploduje, nie wywraca wszystkiego do góry nogami, ale przeszkadza. Uwiera. Niepokoi. Zostaliśmy przy opowiadaniu, jak komu idzie odosobnienie i jakie środki wyrazu przychodzą mu do głowy na oddanie aktualnego stanu ducha. Nieokreśloność, niepewność, niepokój, z dnia na dzień coraz silniejsze – to dobry początek horroru. A zajęcia są z narracji w kryminale i horrorze. Pasuje. Myślę, że mimo utrudnień to będzie bardzo udany semestr. Jeśli dotrwamy do końca.

    www.unsplash.com/Ali Yahya

    Ten niepokój zalega i we mnie. Wczoraj wieczorem byliśmy na zakupach w makro, godzinę zbieraliśmy pełny kosz i ustawiliśmy się w kolejce. Przed nami był jeden wózek, drugi przy kasie. Kasjerka obsługiwała go przez kwadrans, a kiedy przyszła nasza kolej na wykładanie towaru, postawiła nam przed nosem tabliczkę „Ostatni klient”. To był początek przerwy nocnej. W pierwszym zdaniu poprosiłem o obsłużenie, w drugim rzeczowo wyłożyłem, że czekamy i powinniśmy być obsłużeni, a trzecie zdanie było już niepotrzebne, bo niemiłe. Napięcie rosło parę minut, łącznie z wezwaniem głównej kasjerki. Wszystko skończyło się dobrze, ja grzecznie przeprosiłem, a pani nas obsłużyła w drodze wyjątku, niemniej całą drogę powrotną byliśmy skwaszeni i spięci. Myślałem o moich nerwach. Niby spokój, opanowanie, radzimy sobie i wszystko jest pod kontrolą, ale wystarczy drobiazg, błahostka, która nawet nie jest zagrożeniem, tylko mglistą ewentualnością zagrożenia dla twoich (faktycznych czy rzekomych) praw i od razu wpadasz w drżenie. W nerwy. Niepokój, przyczajony pod powierzchnią, natychmiast uruchamia mechanizmy agresji. Bo agresja jest reakcją na lęk. Nie powinieneś, ale zanim rozum zdąży zareagować, już rusza irracjonalna machina emocji.

    A to dopiero początek.

    Wprowadzono kolejne obostrzenia co do wychodzenia z domu. O zmierzchu pojechałem na łąki z Aksą. Agresją agresją, ale spacerować trzeba. Pusto, nikogo. Lubię zmierzch od zawsze, jest moim pejzażem katastroficznym, w którym – paradoksalnie – najlepiej się odprężam i uspokajam. Aksa lata beztrosko, ją pandemia nie rusza, z siedzenia w domu całej rodzinki ma tylko zyski, a koronawirus jej nie zabije. Ktoś dowcipkował w internecie, żeby się nie martwić, bo ten wirus zabija wyłącznie ludzi i to jest dobra wiadomość. Też katastrofizm, tylko jakby nieco bardziej radykalny. Aksa musiała usłyszeć i tym bardziej się wyluzowała. Pusto, nikogo. Niebo czyste, bez jednej samolotowej smugi, których skrzyżowane mleczne miecze dosyć nawet lubię. Stoję na środku wielkiej łąki, gaśnie światło. Zupełnie sam, jak Larry Underwood, mógłbym po prostu ruszyć przed siebie i iść, donikąd i po nic. Zbędna wolność. Życie jako totalna kwarantanna.

    Chodź, Aksa, wracamy.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #25

    Nie było czasu na wahanie. Rzucili się do ucieczki w dół zbocza, ścigani wrzawą chłopskiej ciżby. Florek sadził długie susy na fantastycznie sprawnych nogach nastolatka, którego cudownie odzyskał, ale i tak z trudem doganiał Olka Zawijasa. Ten znał okolicę i prowadził ich bezbłędnie do sobie tylko znanej kryjówki, gdzie wedle jego własnej fabuły powinni się schronić przed pościgiem.

    Łapaj! Trzymaj! – dochodziły do uszu Florka dalekie okrzyki. W pewnym momencie usłyszał słowo „mordercy”.

    O czym oni krzyczą? – spytał w biegu.

    Zabiliśmy dziecko – odparł Olek i skręcił w zarośla okrywające brzegi niewielkiego strumienia. Właściwie była to przykopa z bystro płynącą wodą i dnem falującym od podwodnej trawy. Między krzakami wiła się ledwie widoczna ścieżka. W pełnym biegu trzeba było osłaniać twarz przed uderzeniami gałęzi, więc Florek biegł z wyciągniętymi rękami niczym ślepiec ze słynnego obrazu. Zabiliśmy dziecko? Pięknie. A ja dalej nic nie wiem. Za chwilę może się okazać, że ciąży nade mną wyrok śmierci za ludobójstwo, gwałty na nieletnich i czarne msze w dębowym gaju na wzgórzu. Wieśniacy z radością mnie zlinczują, a moje wybałuszone ze zdumienia ślepia wezmą za jeszcze jeden dowód winy. Mógłby jednak facet powiedzieć mi coś więcej. Hej, pisarzu od siedmiu boleści, jak to dalej leci?

    Pomyślał, ale nie powiedział. Rozmowa podczas biegu przez krzaki nie miała większych szans. Widział przed sobą pochylone plecy Olka, rytmicznie pracujące łokcie i migające w powietrzu podeszwy jakichś staroświeckich i mocno startych adidasów produkcji raczej nie zachodniej. Rzucił okiem na swoje buty. Granatowe tenisówki. Nogawki tanich dżinsów, spiętych na biodrach – wąskich biodrach – parcianym paskiem produkcji nie do rozpoznania. Florian Madej cały był w zasadzie nie do rozpoznania. W żołądku narastał gniotący ból. Panika? Zgodnie z poleceniem Olka miał się niczemu nie dziwić, trudno jednak zachować spokój, gdy przestajesz być sobą.

    www.unsplash.com/Daria Nepriakhina

    Nagle przyszło mu do głowy, że powinien zadzwonić do rodziny. Ale jak, przecież tu nie ma telefonu? I do jakiej rodziny? Matka miała w domu kremowy aparat telefoniczny, który bardziej przypominał rekwizyt z radzieckiego filmu niż przedmiot użytkowy, ale nie mógł sobie przypomnieć numeru. Stary był 56-35, potem dodali 2, ale dalszych zmian nie pamiętał. Kierunkowe też się zmieniały. Do kogo jeszcze? Dręczyła go myśl, że powinien skontaktować się z kimś bardzo bliskim, najważniejszym w jego życiu, ale bezskutecznie. Ważna osoba, młoda kobieta o nieuchwytnym imieniu. Jej twarz widział jak przez zamgloną szybę, słyszał jej głos, ale kim miałaby dla niego być? Siostrą? Resztki dawnego rozsądku podpowiedziały mu, że nigdy nie miał siostry, ale to było raczej tam niż tu. Tam, czyli gdzie? Czy w ogóle jest jakieś Tam? Przecież to tylko stary przesąd ludzkości. Jest tylko Tu, a oni uciekają.

    Z autoanaliz wytrącił go warkot psa. No tak, one są szybsze od ludzi. Z wściekłego psiego pyska wydobywał się morderczy bulgot, kilka metrów za nim. Co oni z tymi psami, jakaś obsesja czy co? Wszędzie tu ganiają rozwścieklone czworonożne bestie, chowane chyba specjalnie na takie okazje, jak ta. Warkot narastał, przetykany niskim, krwiożerczym sapaniem, które obiecywało ściganemu, że zostanie nie tylko rozszarpany, ale i zjedzony.

    Linia zarośli zwęziła się i brzeg potoku stał się bardziej dostępny. Kiedy psi charkot zdawał się dotykać jego dżinsowych nogawek, Florek skręcił i z rozbiegu wskoczył w wodę. Podeszwy tenisówek z głośnym pluskiem przebiły wodę i zagłębiły się w miękki muł. Stracił równowagę, poleciał twarzą do przodu i zdołał tylko rozgarnąć wodę rękami, by zminimalizować siłę uderzenia, zanim zniknął pod wodą. Była zimna i trochę cuchnąca. Podciągnął nogi dla podparcia ciała akurat w momencie, gdy na plecy zwaliło mu się psie cielsko. Jęknął z bólu, ale był zadowolony. Plan się powiódł. Pies odruchowo skoczył za nim i wylądował wprawdzie na jego plecach, ale w głębokiej prawie na metr wodzie. Wystarczyło się odwrócić. Zaciskając zęby z bólu, Florek wykręcił ciało, zatkał palcami nos i docisnął poryte pazurami plecy do dna. Pies znalazł się pod nim. Wierzgnął łapami, parę razy się szarpnął – i odpuścił. Wtedy Florek poderwał się i kilkoma susami odskoczył do przodu korytem przykopy. Nie chciał zabijać nieszczęsnej bestii (co za obsesja z tymi psami!) i dokładać do wyroku kolejnej sprawy. Psisko wynurzyło się z nieprzytomnym spojrzeniem, ostatkiem sił wdrapało się na brzeg i mocnymi ruchami otrzepało gęstą sierść z wody. Olbrzym nie przypominał żadnej konkretnej rasy, wyglądał na krzyżówkę owczarka podhalańskiego z wilczurem, jeśli takie w ogóle istnieją. Florek nie znał się na tym. Ochota na kontynuowanie pościgu całkiem kundlowi odeszła. Położył się w trawie i skuczał cicho, usiłując wypluć z pyska resztki podwodnej trawy.

    www.unsplash.com/Robert Gramner

    Florek postanowił iść dalej przykopą, która przy brzegach była płytsza. Olek szybko dołączył do niego. Biegnąc korytem byli niewidoczni, a przy tym nie zostawiali tropu następnym psom, których ujadanie dochodziło z niewielkiej odległości. Wkrótce dobiegli do niewielkiego rozlewiska, coś jakby małego stawu zasilanego przykopą, która wypływała z niego dalej i po pięćdziesięciu metrach znikała w przepuście pod drogą. Tam zarośla znowu gęstniały, tworząc wspólnie z gromadą dorodnych dębów i brzóz coś w rodzaju zagajnika. Przedarli się przez niego i wpadli w rów pod drogą. Przepust zamykała żelazna krata.

    Co teraz? – spytał Florek.

    Zgodnie z przyjętą na dzisiaj konwencją Olek nie odpowiedział, tylko skinął głową i ruszył ku kracie. Pomajstrował coś przy zardzewiałych zawiasach i krata otwarła się ukazując mroczne jak przedsionek piekła wnętrze. Dnem przepustu płynął strumień, walcowate ściany betonowej rury pokrywał brudnozielony nalot. Weszli brodząc po kolana w leniwym nurcie. Olek starannie zamknął za nimi kratę, obwieszoną strzępami śmieci i przegniłych roślin. W środku było ciemno, chłodno i ślisko, szli trzymając się za ręce jak dzieci. Florkiem wstrząsały dreszcze z ochłodzenia. Droga, pod którą przechodzili, miała kilkanaście metrów szerokości i powinni zmierzać do jakiegoś wyjścia z drugiej strony, przed nimi jednakże ział czarny mrok.

    Nie ma wyjścia? – spytał Florek bez większej nadziei na odpowiedź. Tym razem jednak Olek odpowiedział, rujnując przy okazji resztki zdrowego rozsądku, jakie jeszcze kołatały się po głowie bardzo już byłego oficera śledczego z komendy na Mogilskiej.

    Nie pamiętasz? Rura zakręca w lewo i idzie pod drogą. Sam tak chciałeś. Żeby był zakręt.

    Florek Madej potrzebował paru sekund, by oprzytomnieć po tym uderzeniu absurdu.

    Ja??? Co ty bredzisz? Jaki zakręt?

    Tym razem już nie było odpowiedzi. Po krótkim brodzeniu w cuchnącej bagnem wodzie rzeczywiście doszli do zakrętu. Tunel nieco się zwężał i odchodził w lewo, a woda płynęła dalej prosto wpadając w wielki zakratowany odpływ. Tu też kończyło się światło.

    Nierówność terenu – wyjaśniał spokojnie Olek Zawijas. – Po drugiej stronie jest znacznie niżej i żeby przykopa mogła dalej płynąć, trzeba było opuścić jej nurt do poziomu pól za drogą.

    Po co?

    Bo tam dalej są stawy, które trzeba jakoś napełniać. To obieg otwarty, jednokierunkowy, woda po przepuszczeniu przez zbiorniki hodowlane płynie dalej i wpada do rzeki. A nowa przypływa stamtąd – pokazał ręką w niewiadomym kierunku – od gór.

    Aha – przytaknął Florek nic z tego nie rozumiejąc. – A dlaczego tunel idzie wzdłuż drogi, a nie razem z wodą na drugą stronę?

    Brak odpowiedzi. Z daleka, od zakratowanego wejścia, dobiegły ich stłumione krzyki ludzkie. Chłopska gromada dotarła nad stawek i zajęła się przeczesywaniem nadbrzeżnego lasku. Psy poszczekiwały, dzielni pogromowi junacy zachęcali się do działania krzykami i pobrzękiwaniem narzędzi do wymierzania sprawiedliwości społecznej. Nikomu jednak nie przyszło do głowy szukać uciekinierów w zakratowanym tunelu pod drogą.

    Tu zaraz za zakrętem powinna być półka – powiedział półgłosem Olek i pociągnął go za rękę w czerń. Wolną dłonią Florek pomacał się po kieszeni w poszukiwaniu latarki. Był pewien, że ją zabierał, gdy wyruszali w drogę. Ale kieszenie były puste. Reset. Wyczyszczone wszystko do zera i zaczynamy od początku. Wzdrygnął się, trochę z zimna, a trochę z przerażenia. Nie bał się ciemności, nie bał się agresywnych psów ani jeszcze bardziej agresywnych ludzi. Bał się samego siebie. Zmian, które w nim zachodziły pod wpływem wydarzeń, po każdym kolejnym kroku w nieznanej rzeczywistości. Nie mógł sobie dokładnie przypomnieć, skąd się tu właściwie wzięli i po co włóczą się po tych nieprzyjaznych uroczyskach. Kołatało mu się w głowie, że kogoś mieli znaleźć, jakiegoś Wędrowca, którego spotkali dzisiaj rano na ścieżce w lesie. Ale skąd się tam wzięli? Z karczmy. A skąd się wzięli w karczmie? Przyszli wieczorem z lasu. A tam skąd? Tu już się zaczynały kłopoty. Zjeżdżalnia, zawrót głowy, spadanie…

    Tu jest – usłyszał głos przyjaciela i w ślad za nim posłusznie wspiął się na betonowy podest. Usiadł w kucki, jak lubił to robić pod ścianą szkolnego korytarza, i oparł się plecami o chłodny beton. Było sucho i cieplej niż na początku tunelu. Przyjaciel usiadł tuż przy nim, poczuł ciepło jego ciała przez mokrą koszulę. Dłoń oparła się na jego przedramieniu.

    Andrzej, nie bój się. Zaraz wyjdziemy.

    Zdrętwiał. Ten głos… był jakby inny. Może to pogłos podziemnego tunelu, a może zmęczenie. A może dalsze procesy… czego? Zapominania? Przypominania? Mimo mokrego ubrania czuł się dobrze, coraz lepiej, właściwie świetnie. Tylko w głowie mu szumiało. Zamiast myśli kłębiły się niej cieniutkie nici skojarzeń, przypomnień, błysków, które nie układały się w żaden ciąg. Każda nić była osobno. Rozpleciona wiązka. Kłębek chaosu do zabawy dla kocich łap.

    Nie boję się. Powiedziałeś do mnie: „Andrzej”.

    Brak odpowiedzi. Ciemność oblepiała ich smołową mazią, resztki światła zostały za zakrętem betonowego przepustu. Chciał jeszcze o coś zapytać, poprosić o wyjaśnienie kilku szczegółów, które mogłyby w jego przekonaniu pomóc im w rozwiązaniu problemu, nie potrafił jednak sobie przypomnieć, co to był za problem. Cegielnia, stary młyn, karczma, dolina, droga przez las… z beznadziejną niemocą obracał klocki układanki usiłując sobie przypomnieć obrazek, w który miałyby się ułożyć. Daremnie. Ale było mu dobrze. Ciepło. Sucho. Tylko ta głowa. Niepotrzebnie tyle kombinuje.

    Krzyki za wylotem tunelu się wzmogły, ktoś rzucił polecenie i cała gromada ruszyła dalej. Jeszcze chwilę słyszeli tupot nóg na trakcie, a potem wszystko zanikło i zapadła kojąca cisza.

    Oparł głowę o mur. Był ciepły. Wypełniony ledwie słyszalnym szumem, jakby krążyła w nim krew.

    Dlaczego zabiliśmy dziecko? – spytał.

    Naprawdę nie pamiętasz?

    Nie.

    Dziwne. To był twój pomysł, a ja głupi dałem się nabrać. Gdyby się matka dowiedziała, sprałaby nas obu, ale nierówno. Dostałbym więcej, bo jestem starszy.

    Jaki pomysł?

    Chłopak obok puścił jego ramię i rozsiadł się wygodniej.

    Postanowiliśmy pójść obaj na wagary. Rano na przystanku zamiast wsiąść do autobusu, poszliśmy na stawy i włóczyliśmy się po groblach, płosząc kaczki kamieniami i grzebiąc w kopcach szczurów piżmowych. Potem zaczęło nam z nudów odbijać i wymyślaliśmy coraz głupsze zabawy. To ty wymyśliłeś, żeby przewiązać linkę w poprzek mostka nad Macochą, na rowerzystów. Jeżdżą tamtędy emeryci na działki i gospodynie do sklepu. Podobno ktoś wjechał tę linkę z dzieckiem w koszyku na kierownicy. Dziecko spadło, uderzyło główką w kant mostka i zmarło. Taka jest powszechna opinia.

    Opinia? Czy to nie jest prawda?

    Nie. Ojciec zrzucił dziecko z koszyczka, ponieważ jechał pijany i dobił rowerem do barierki. Nie trafił w mostek. Linkę zauważono później i on ją szybko wykorzystał na swoją obronę. Tak to wymyśliłeś. A teraz musimy uciekać.

    Dokąd?

    Najlepiej byłoby powiedzieć: do następnego rozdziału. Ale ty tego nie zrozumiesz. Za młody jesteś. Lepiej ci?

    Nie czekając na odpowiedź, pociągnął go za rękaw suchej już koszuli i powiódł w głąb tunelu. Nie było kompletnie nic widać, ale szli pewnym krokiem, pierwszy przekonany o znajomości rzeczy, drugi wczepiony w rękę pierwszego. Ciepła, nieomal przytulna rura przepustu przyjemnie owiewała ich powietrzem jak z przemysłowej dmuchawy. Betonowy mur szumiał. Zdawało mu się, że chwilami rozróżnia w tym szumie modulacje, coś jakby westchnienia czy stłumione ziewnięcia, a czasem nawet poszczególne wyrazy. Głowa nie dawała mu spokoju, plątanina myśli nie pozwalała się skupić, zdawało mu się, że snuje dziesięć myśli naraz, jakby chciał zrozumieć wszystko w jednej chwili, rozwiązać wszystkie zadania i usunąć wszystkie przeszkody. Może to nie beton szumiał, tylko jego mózg? „Emaaa… etsznoo… sss… emaaa… etsznnnooo… emmmaaa…”. Wsłuchiwał się z narastającym bólem w skroniach, w pewnej chwili nawet wyrwał rękę z dłoni towarzysza i docisnął palce do skroni. Minimalnie ulżyło. Skądś to znał. Było już. Ktoś to mówił. I cierpiał przy tym.

    Łomot w skroniach.

    Bagno rozstępuje się i rozwarta paszcza bulgocze. Śmieje się. Mówi.

    Wieczność jest niema.

    WIECZNOŚĆ JEST NIEMAAAA!

    Przystanął. Kroki przyjaciela niosły się przez kilka minut, po czym ucichły. Przypomniał sobie. Dwie luźne nici splotły się w jedną i dały efekt.

    Krzysiek?

    Czekał w napięciu, pewien, że dojdzie do jakiejś rozstrzygającej konfrontacji, że wreszcie się dowie, o co tu chodzi i kto jest kim. Nic takiego nie nastąpiło.

    Czego chcesz?

    Powiedz mi… tylko się nie śmiej. Czy ty jesteś moim bratem?

    Kroki powoli ruszyły w jego stronę. Ucichły tuż przed nim. Usłyszał ciche westchnienie.

    Jędrek, mówiłem ci, żebyś tyle nie kombinował. Chodź już, musimy stąd jak najszybciej wyjść, zanim on się dowie.

    Kto? – spytał odruchowo.

    No on, Wędrowiec.

    I co wtedy?

    Nie doczekał się odpowiedzi. Stojąc na dnie betonowej rury miał brata przed sobą. Słyszał jego oddech, ale go nie czuł, więc musiał znajdować się co najmniej metr przed nim. Nie dałby rady sięgnąć. Tymczasem poczuł na karku muśnięcie czyichś palców. Były miękkie i ciepłe jak ściany tunelu. Zdrętwiał.

    Krzysiek…?

    Uhm.

    Coś mnie dotyka…

    Szum w ścianie się nasilił. Następne smagnięcia odczuł na szyi, lewym uchu i pod brodą. Uniósł rękę i trafił po omacku na szorstką, pulchną materię, jak nadmuchany i podgrzany beton.

    Jędrek, wiejemy! – krzyknął brat i pociągnął go za ubranie. Czwarty raz dzisiaj rzucili się do panicznej ucieczki, tym razem nie przed kimś, lecz czymś. Biegli w ciemności z ryzykiem rozkwaszenia się na nieprzewidzianej i niewidocznej przeszkodzie, ale nie mieli specjalnie wyboru. Strach nie zajmuje się analizą ryzyka tylko ratowaniem skóry. Szepty i szelesty wzrosły do przygnębiającego, osaczającego ich ze wszystkich stron szumu. Biegł za starszym bratem i wraz z każdym krokiem odczuwał wyraźną ulgę w mózgu. Głowa odpuszczała. Brzęczało w niej już znacznie mniej myśli, zaledwie kilka. Jedną z nich była kwestia dalszej trasy ucieczki i jej ewentualnego związku z dotarciem do cegielni. To na pewno było ważne. Drugie, co mu się wydawało ważne, to że uwolnił się od jakiegoś długotrwałego i męczącego napięcia. Jakby biegnąc zrzucał z siebie ciężar, nadmiar czegoś zbędnego. Swoboda. Nareszcie jestem sobą. A tam biegnie mój starszy brat. On wie. Nie powinienem się martwić.

    Krzyśkowi Szulcowi kołatała się w głowie jeszcze jedna myśl. A właściwie słowo. Defloro. Nie miał pojęcia, skąd mu się wzięło.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #23

    Gdzie jest tamten facet, a gdzie go nie ma? Czy ich widzi, śledzi za pomocą tutejszych systemów monitoringu, czy tylko przeczuwa i dlatego wysyła smoki? I gdzie są oni dwaj, ci prawdziwi, którzy zostali po tamtej stronie zjeżdżalni? Czy w ogóle są? Przejście przez stary młyn jak przekroczenie granicy życia? Niewykluczone. Mogło tak być, że spadając z piętra młyna skręcili karki i leżą pod murem jako dwa trupy, poskręcane i z wybałuszonymi od ostatniego zdziwienia oczami, a to, co mu się teraz widzi, słyszy i myśli, jest tylko pośmiertnym rojeniem błąkającej się po okolicy duszy. To by z kolei znaczyło, że ich sprawczość ogranicza się do tego świata (czyli tamtego) i w krakowskiej rzeczywistości nie zdołają już niczego zmienić, a jeśli nawet, to nigdy tego nie sprawdzą. I że nigdy już nie wrócą. A to by znaczyło, że dusza po śmierci istnieje. Czy były potrzebne aż tak radykalne kroki z ich strony dla udowodnienia tezy, którą ludzkość powtarza od zarania? Dusza istnieje, niegdysiejszy inspektorze Madeju, i w dodatku jest nieśmiertelna, a w każdym razie żyje dłużej niż ciało. Pozostało ci rozważenie, na ile twoja dusza jest tobą i czy łatwo zrezygnujesz z ciała.

    Pomacał się po brzuchu, ramionach, udach. Schudł. Gdy wchodzili na piętro gospody po drewnianych schodach, bez trudu brał po dwa stopnie, lekki i sprawny jak trzydzieści lat temu. Pogłaskał się po policzkach – były gładkie jak u młodzieńca. Zaczął to już odczuwać gdy biegli przez las, umykając przed smokiem. Z każdym krokiem stawał się lżejszy, dzięki temu zresztą w ogóle zdołał się wydostać z bagna. Czyje to było ciało? Jego z czasów młodości, czy jakiegoś powieściowego bohatera, wymyślonego przez dwóch napalonych chłopaczków, z których jeden od lat nie żył, a drugi spał teraz obok niego na słomianym posłaniu w fikcyjnej gospodzie? Objął głowę obiema rękami. Moja głowa? Ja?

    Kiedy jednooki Zemła przyprowadził ich wieczorem do karczmy, w pierwszej kolejności rzucił Florkowi grube portki i koszulę do przebrania, a potem ręką wskazał, gdzie może się umyć i przebrać. Olek dostał dużą szklankę piwa, którą niemal duszkiem wypił.

    Pijesz jak stary – skomentował mrukliwie Zemła i dolał piwa z cynowego dzbana. Wtedy przyjrzał się dokładniej Olkowi Zawijasowi i stwierdził, że ten faktycznie wygląda jak chłopak. Czyli że obaj ulegli jakiemuś zupełnie baśniowemu odmłodzeniu.

    U nas to rodzinne – odparł Olek i pociągnął łyk.

    A żebyś wiedział – zgodził się karczmarz. – Twój dziadek za kołnierz nie wylewał, ojciec miał łeb jak cysternę, to czemu ty miałbyś być inny. Co u ojca?

    Pytanie brzmiało niewinnie i błaho, ot, zwykłe zagajenie, ale twarz Olka zbladła. Uciekł oczami na bok, jakby w kącie izby szukał odpowiedzi, której – jak się Floro domyślał – nie mógł sobie przypomnieć. Jedyne oko karczmarza mierzyło obojętnie blade oblicze chłopaka, który podawał się za Krzysztofa Szulca.

    Nie wiem, dawno go nie widziałem – wykrztusił wreszcie Olek przez ściśnięte gardło. – Matka zabroniła.

    Ja na jej miejscu też bym zabronił. Ale nie jestem na jej miejscu. Zresztą, nie mnie sądzić ludzi – zakończył polubownie i dolał piwa. Pobladły Olek wypił z ulgą. Otarł usta rękawem i pokazał oczami Florkowi, żeby poszedł się przebierać. Istniało niebezpieczeństwo, że i jego zacznie Zemła odpytywać. Madej zgarnął ubranie i ruszył na drugi koniec izby. Po drodze zerknął w uchylone drzwi kuchni. Przy piecu kręciła się młoda, przystojna kobieta w czepku na głowie, która rzuciła mu krótkie i pełne ciekawości spojrzenie. Odwrócił się, nie wiedzieć czemu zawstydzony.

    Kiedy wrócił i usiadł za wielkim dębowym stołem, Olek miał już szkliste oczy, a odpychające oblicze karczmarza jakby złagodniało i straciło nieco na swej upiorności. Nadal wyglądał jak ofiara brutalnego napadu, ale pusty oczodół był zakryty czarną przepaską, która przysłaniała również kawałek nosa, a blizna na policzku zbladła. Kobieta z kuchni wyniosła dwie miski z jedzeniem, ale nie przyniosła ich do stołu, tylko postawiła na ladzie i znikła równie szybko, jak się pojawiła. Gospodarz przyniósł obie misy i postawił przed nimi. Z jednej pachniało żurem, w którym pływały kawałki kiełbasy, w drugiej dymiły świeżo ugotowane ziemniaki.

    www.unsplash.com/Monika Grabkowska

    Jedźcie – powiedział kładąc przed nimi drewniane łyżki, a na pytające spojrzenie Olka dodał: – My już wieczerzali.

    Obaj w jednej chwili złapali za łyżki i zaczęli jeść. Floro nie bardzo umiał jeść żur z ziemniakami nie mając własnego talerza, powtarzał więc ruchy Olka, który wiedział, bo jak twierdził, sam pisał ten fragment. Należało najpierw nabrać kawałek ziemniaka na łyżkę, potem zanurzyć go w zupie i całość wpakować do ust, które trzeba było szeroko otwierać, żeby się to wszystko naraz zmieściło. Jedli, a gospodarz patrzył na nich jednym okiem i opowiadał anegdoty z zamierzchłej przeszłości o piciu ze starym Szulcem. Potem nagle zaproponował im, żeby dali sobie spokój z włóczeniem się nocą po lesie i zostali spać u niego.

    Do wsi będzie ze cztery staje, o ile nie zejdziecie z drogi. A po ćmoku łatwo zbłądzić.

    My właściwie nie do wsi, tylko do cegielni – powiedział nagle Olek i szybko łyknął piwa ze szklanki. Zemła chwilę mierzył go błyszczącym okiem, zanim odpowiedział.

    Do cegielni to jeszcze dalej. A po co tam idziecie?

    Mamy sprawę – odparł Olek i potarł dłonią pustą szklanicę. Gospodarz już mu nie dolewał.

    Prześpicie się na górze, a o świcie możecie iść dalej. Teraz nocą tylko łażenie po próżnicy.

    I jakby dla podkreślenia, że nie ma o czym dyskutować, zgarnął z ławy ubłocone ubranie Florka i skinął na nich, żeby poszli za nim.

    I tak znaleźli się w gościnnym pokoju z jednym szerokim wyrem, na które opity piwem Olek padł i przed zaśnięciem zdążył tylko rzucić, żeby go Florek obudził jak się świeca dopali. Po sekundzie już chrapał. Później chrapanie ucichło i zapanowała bezdenna cisza.

    Teraz Florek Madej, niegdysiejszy oficer śledczy małopolskiej policji, siedział w tej bezdennej ciszy i czekał nie wiadomo na co. Miał pilnować, nie potrafił sobie jednak ukonkretnić, jak mianowicie miałoby wyglądać niebezpieczeństwo. „Niczemu nie ufaj, wszystko sprawdzaj”, polecił mu Olek, który wiedział. Wstał, obszedł cały pokój z talerzykiem w ręku, na którym stała zapalona świeczka, i dokładnie obejrzał ściany. Wszystko wyglądało, jak należy. Usiadł i zagapił się w pustkę.

    Nagle zza ściany usłyszał szelest. Jakby ktoś skrobał paznokciem po desce. Nastawił uszy i wstrzymał oddech. Jego czuwanie wzięło się stąd, że nie do końca ufali jednookiemu karczmarzowi, który nieco zbyt skwapliwie zaoferował im darmowy nocleg w opustoszałej karczmie. Szelest się powtórzył. Florek Madej ostrożnie przystawił ucho do ściany. Teraz całkiem wyraźnie słyszał od drugiej strony drapanie. Mysz, albo szczur, pomyślał i wzdrygnął się. Odsunął się od ściany. Nienawidził wszelkich gryzoni i wstrętem przejmowało go samo przypuszczenie, że tuż obok jego głowy urzęduje jakieś szczurzysko. Wyprostował się na krześle i przetarł oczy. Piekły go z niewyspania, ale na stoliku pozostało jeszcze z dziesięć centymetrów świecy. Umówili się na zmianę, kiedy świeca dopali się do końca. Według Olka ta powinna się palić około czterech godzin. Skąd to wiedział?

    www.unsplash.com/David Tomaseti

    W ogóle Olek wiedział sporo różnych dziwnych rzeczy. Z jednej strony było to zupełnie zrozumiałe, skoro znaleźli się w świecie częściowo wymyślonym przez niego, z drugiej – kompletnie absurdalne i nieprawdopodobne, jak alarmował zdrowy rozsądek. Nie ma czegoś takiego, jak przechodzenie z rzeczywistości do literackiej fikcji. Literalnie nie ma. Kiedy jednak próbował ten problem zgłosić Olkowi jeszcze w stary młynie, usłyszał, że przecież sam tego chciał, więc dlaczego się dziwi. To prawda, on pierwszy nalegał, by tu wejść (tu, czyli gdzie?), w najśmielszych przypuszczeniach nie spodziewał się jednak aż tak dalece posuniętej dosłowności. Resztki jego śledczej świadomości rozpaczliwie poszukiwały choćby odrobiny logiki w tym, co ich spotykało. Zjeżdżalnia, smok, bagno, upiorny jednooki karczmarz – wszystko to w ciągu niespełna godziny.

    A Olek twierdził, że to dopiero początek. Gdy upadli pod murem starego młyna, wprost w wysoką i cudownie miękką trawę, był przekonany, że jego kompanowi po prostu chodziło o przywołanie jakiejś dawnej zabawy, obudzenie wspomnienia, sentymentalny gest za przepadłą przeszłością. Humaniści tak mają, do końca nie potrafią się pogodzić z upływem czasu. Olo jednak wcale nie był wzruszony, tylko raczej napięty i czujny. Dla niego to nie była zabawa. Gdy tylko wygramolili się z trawy, porwał Florka za rękę i pociągnął ku brzozowemu zagajnikowi, gdzie przycupnęli za krzewem dzikiego bzu, jak nie przymierzając smarkacze z „Podróży za jeden uśmiech”. Jak oni się nazywali? Duduś i Poldek…

    Chrobot za ścianą zamienił się w miarowe stukanie. Stuk-stuk-stuk i przerwa. Stuk-stuk-stuk i przerwa. Dziwne. Szczur puka do niego? Wstał z taboretu, wziął talerzyk ze świecą i przyjrzał się ścianie ich gościnnego pokoju. Była wyłożona pionowymi deskami i pomalowana brzydką, rudobrązową farbą. Ostrożnie podszedł do kąta. Znajdowały się tam wąskie, zręcznie zamaskowane drzwi, ciasno dopasowane do krawędzi boazerii. Dziwne. Z pewnością ich tu przedtem nie było, sprawdzał przecież dokładnie, po policyjnemu. Miejsce w miejsce, jak mawiała babcia. I tych drzwi na pewno tu nie było.

    Gdy tak stał przed ścianą i przy pomocy świeczki na talerzyku badał szpary w deskach, jego wzrok natrafił na maleńki haczyk. Uniósł go palcem i w tejże chwili drzwi się uchyliły. W progu stanęła kobieta. Miała na sobie białą koszulę nocną, obszytą koronkami i luźno związaną tasiemką pod szyją, bose stopy i odsłonięte przedramiona, a w ręku trzymała taki sam talerzyk ze świecą. Na prawą pierś opadał gruby, czarny warkocz, rąbek lewej piersi wychynął spod głębokiego wycięcia w koszuli. Patrzyła mu prosto w oczy i uśmiechała się. Była powalająco piękna.

    Chodź – szepnęły wydatne usta, a smukła dłoń sięgnęła po niego.

    Jej dotyk podziałał na Florka jak porażenie prądem. W nagle odmłodzonym ciele poczuł gwałtowne podniecenie. Kobieta z nieruchomym uśmiechem pociągnęła go w głąb ciemnej komórki. Nie potrafił się oprzeć. Cały drżał, jego parciane portki – życzliwy podarunek od gospodarza – natychmiast wybrzuszyły się z przodu. Zrobił dwa niepewne kroki i drzwiczki za jego plecami zamknęły się bezszelestnie. Próbował ręką zasłonić wzwód, wstydził się jak licealista na ludnej wakacyjnej plaży, ale kobieta reagowała nieodmiennie z życzliwym uśmiechem.

    Wszystko wydarzyło się jakoś nagle, zbyt szybko, by mógł zareagować. Chciał powiedzieć, że nie wolno, że musi tam czuwać, przyjaciel śpi a on powinien pilnować, bo otoczenie bardzo niepewne, duchy i tak dalej… Nie był w stanie wykrztusić słowa. Znał ją, to ona wieczorem krzątała się karczemnej kuchni i wyniosła im jedzenie. W ogóle była chyba jego żoną. Cholera, to jeszcze gorzej, pomyślał nagle z przestrachem. Pakuje ich obu w jakieś koszmarne tarapaty. Chociaż… Olo wspominał coś o chętnej żonie karczmarza, że to niby miał być taki pomysł na dorosłe kawałki w ich powieści. Czarnowłosa, seksowna, lubieżna…

    Posadziła go na łóżku i kazała patrzeć na siebie. Skulił się, by ukryć swój naprężony chłopięcy wstyd, a ona odrzuciła warkocz na plecy i sięgnęła do tasiemki pod szyją. Przez białą koszulę nocną prześwitywały sutki na ostro sterczących piersiach. Przemknęło mu przez myśl, że koszula nie spadnie, tylko zaczepi się na nich jak na dwóch haczykach. Ale nie. Spadła. Spłynęła w dół cicho i dyskretnie jak kotara na uroczystym odsłanianiu pomnika. Rzeźba była doskonała. Florek Madej z całej siły zaciskał uda i sycił oczy widokiem godnym Michała Anioła. Nie do wiary. Żadnej skazy, żadnych zbędnych fałd, zmarszczek, plamek, nic. Nawet czarny pieprzyk był tylko jeden, i to dokładnie tam, gdzie powinien, czyli w pół drogi między pępkiem i mostkiem.

    Podoba ci się? – wyszeptała i zaraz położyła palec na ustach, żeby nie odpowiadał. Widocznie izdebka od drugiej strony przylegała do jakiegoś miejsca, skąd mogli być podsłuchani. Może nawet do małżeńskiej sypialni. Skinął i wyciągnął rękę. Odtrąciła ją lekko, z tym niewzruszonym uśmiechem na twarzy, i powoli okręciła się wkoło, chwytając w palce koniec grubego warkocza. Biodra wręcz płynęły w powietrzu. Statua miłości, pomyślał Florek i ścisnął dłońmi drżące kolana. Pocił się jak sztubak przed nocnym internetem.

    Zrobiła krok w jego stronę. Mroczny, diabelski, odwrócony trójkąt znalazł się tuż przed jego oczyma. Sapnął i pochylił się…

    Perfekcyjne ciało karczmarki znikło. Zostało zmiecione jednym pchnięciem szalonego moralisty, który nagle wpadł do izdebki i zaczął szarpać oszołomionego atakiem hormonów Madeja.

    Co-ty-wy-pra-wiasz – syczał Olek przez zaciśnięte zęby, ciągnąc go z powrotem do pokoju gościnnego. – Mia-łeś-u-wa-żać! A nie gzić się z karczmarzową. Zbieraj rzeczy i wynosimy się stąd!

    Nie gziłem się – wyjęczał Florek próbując poprawić spodnie, gdzie mu się źle ułożyło i okropnie uwierało. – To ona sama…

    Później pogadamy – warknął. – Jazda, na dół i do lasu!

    Jakie rzeczy?

    Co?

    Jakie rzeczy mam pakować.

    Kurwa, Floro, bierz ten swój pierdolony płaszczyk i wiejemy! Juuuż!

    No dobra, juuuż…

    Szedł, ale i nie szedł. Pchnięta tak bezceremonialnie w kąt pokoju karczmarzowa zwinęła się w kłębek i obserwowała obu mężczyzn. Nie ruszała się, nie reagowała. Po prostu patrzyła tymi swoimi nieruchomymi oczami, w których odbijał się płomień świecy. Bez niego ten wzrok byłby martwy, pomyślał Florek Madej omiatając ostatnim tęsknym spojrzeniem nagie ciało. Wyszedł za Olkiem z izdebki, zamknął drzwi na haczyk, zgarnął płaszcz z wieszaka i po chwili już byli na zewnątrz. Wciągnął głęboko rześkie powietrze, żeby ochłonąć. Za płotem wściekle ujadał pies, chyba ten sam, który ich eskortował wieczorem.

    Za łąkami podnosił się brzask. Pobiegli skrajem lasu tak, by nie tracić z pola widzenia łąki, ale i ukryć się między drzewami. Olek Zawijas sunął przed siebie w jakimś ponurym stuporze, zacięty i milczący, jakby obrażony na cały świat. Jego własny świat.

    Przepraszam – wykrztusił wreszcie Florek Madej. – Nie wiedziałem, co się dzieje, chciałem tylko sprawdzić hałas za ścianą…

    Wiem – uciął Olek i machnął ręką towarzyszowi, żeby sobie dał spokój z tłumaczeniami. – Musimy być ostrożniejsi. Chociaż nie wiem dokładnie, co to znaczy.

    Słuchaj, Olo, czy ona by mnie…

    Zabiła? Nie wiem, może tak. Ale raczej uśpiła albo w inny sposób pozbawiła przytomności i wezwała tego swojego cyklopa, żeby się tobą zajął.

    A on?

    A on by cię zamknął w piwniczce i przyszedł po mnie. Albo zarzuciłby sobie twoje cudownie odchudzone ciało jak worek ziemniaków na ramię i zaniósł do cegielni, żeby rzucić swemu panu pod nogi. Jako dowód, że wypełnił zadanie.

    Swojemu panu, czyli komu?

    Florek Madej nie doczekał się odpowiedzi, ponieważ Olo powstrzymał go uniesieniem ręki i dalej maszerowali w milczeniu. Brzask jaśniał, otoczenie leśne nabierało konturów, widzieli białą watę mgły podnoszącej się z podmokłych łąk. Na niebie gasły gwiazdy, smugi fioletów i granatów ścieliły się do stóp wschodzącego słońca – sceneria była iście bajkowa. Od samego początku, gdy się ocknął pod murem młyna, Florek czuł, że ten świat tutaj, po drugiej stronie kartki, jest jakiś wyrazistszy, bardziej intensywny. Kiedy zatrzymali się na zakręcie drogi, żeby zaczerpnąć tchu, postanowił spytać.

    Słuchaj, Olo, od czasu jak się obudziłem pod młynem, to znaczy jak zasnąłem… to znaczy odkąd tu jesteśmy, wszystko jest jakby zbyt intensywne. Ostre. Za ostre. Nie wiem jak to nazwać. Jakby to malował ktoś, kto lubi przesadzać. Ten karczmarz był taki ohydny, jego żona taka zmysłowa, a zachód słońca taki piękny! Aż za bardzo. Zresztą wschód też, zobacz.

    Pokazał ręką na łąki, zza których unosiły się ku niebu kolejne warstwy kolorów, jak wzory na indiańskiej tkaninie.

    Bo na tym polega literatura – odparł spokojnie Olek, kiedyś profesor polonista. – I w ogóle wszelka sztuka. Nie na kopiowaniu rzeczywistości, tylko jej intensyfikacji. Chodzi o to, żeby wzmacniać doznania, doprowadzać je do maksimum, podkręcać potencjometry percepcji. Karczmarz i jego żona to nie konkretni ludzie, tylko typy. Jeden odstręczający, drugi uwodzicielski. Ja sam się przekonałeś, to działa. Ledwo cię stamtąd wyciągnąłem, miałeś spodnie naciągnięte jak namiot cyrkowy. Mam nadzieję, że ich nie zmoczyłeś.

    Nieee – odparł zawstydzony Florek i dalej ciągnął swoje wątpliwości. – No dobra, literatura, ale jeśli ludzie tutaj nie są bytami indywidualnymi, tylko typami, to jak poznamy tego, kogo szukamy?

    A kogo szukamy?

    No, chyba tego… Krzysztofa Szulca.

    Brawo, jednak coś kojarzysz – pochwalił go Olek.

    Szukamy Krzysztofa Szulca, który wprawdzie nie żyje, ale nas tu zwabił i teraz ściga jak uciekinierów, chociaż to w zasadzie on ucieka, a my go gonimy, ponieważ chcemy rozwiązać zagadkę, której się w rzeczywistości rozwiązać nie da, ale tu można, bo tu jest inna rzeczywistość, wymyślona, i kiedy tu nam się powiedzie, to również tam, po drugiej stronie, która w istocie jest pierwszą stroną, będzie można zapobiec nieszczęściu. Dobrze myślę?

    Uhmm.

    Co „uhmm”? Jakie „uhmm”? Przecież to się całkiem nie trzyma kupy.

    Bo ciągle masz kłopot z zaakceptowaniem faktu.

    Jakiego?

    Że jesteśmy tylko tu, a nie tam i tu równocześnie. Jeśli mogę ci coś poradzić, to zapomnij o „tam”. Szukaj mechanizmów prawdopodobieństwa pośród rzeczy, osób i sytuacji w nowym miejscu i nie odnoś ich do miejsca starego. To częsty błąd u poczatkujących interpretatorów: mieszanie porządków.

    To znaczy jeśli elfy istnieją, to mogą mówić? O to chodzi?

    Mniej więcej.

    To dlaczego odepchnąłeś tę piękną kobietę, jakby nie była człowiekiem tylko jakimś plastikowym manekinem? To nie jest mieszanie porządków?

    W pewnym sensie. Ale tylko po to, by się nie dać zaskoczyć. Lazłeś w objęcia pułapki jak mucha w słój miodu. Potraktowałem ją jak człowieka. Czyli istotę podstępną. Oczywiście po literacku przerysowaną.

    Aha, przerysowaną. Po literacku. Czy on też będzie przerysowany? Pojawi się jako wielki czarownik w pelerynie do ziemi i kapeluszu do nieba? A może jako władca smoków, nieustraszony pasterz dinozaurów, dosiadający pterodaktyla o łapach wysadzanych diamentami? Albo jako…

    Wędrowiec.

    Słowo to Olek Zawijas wypowiedział półgłosem, przez duszone gardło. Towarzyszyło mu machnięcie ręką wskazujące zakręt drogi. Stał tam młody mężczyzna w długiej opończy i kapeluszu z szerokim rondem. Na nogach miał obcisłe spodnie wpuszczone w pończochy, na prawym biodrze zwisała podróżna torba, na lewym spod płaszcza wystawał koniec szpady. Szedł ku nim wolnym krokiem, szeroko rozkładając ręce w geście powitania.

    Witajcie, panowie. Świt następnego dnia to wyborny czas na spotkanie.

    Olek gapił się na postać z półotwartymi ustami. Kiedy mężczyzna zbliżył się na kilka kroków i zatrzymał przed nimi, Florek przyjrzał się jego szpadzie. Koniec klingi był ciemniejszy i bardziej matowy. Kapały z niego krople krwi.

    Cdn.

  • „Gdybym zabił Lucka Bałysia, to czytelniczki zabiłyby mnie”

    Powraca Andrzej Krzycki z Luckiem Bałysiem oraz całą resztą policyjno-kryminalnej ferajny. Tak, tak, to już piąta książka z tymi bohaterami, a przed nami jeszcze cztery (albo i więcej!). „Skowyt nocy” już w księgarniach, a my rozmawiamy przy bunkrze, bo jeśli już czytaliście, to wiecie, że pomorskie bunkry są ważnymi bohaterami drugiej części trylogii pomorskiej. Nie będę za dużo Wam pisał, bo wszystkiego dowiecie się z rozmowy, ale bądźcie czujni, bo są momenty, gdzie zdradzamy fabułę, ale najpierw ostrzegamy 😉 Jest też konkurs, który ogłasza Krzysztof Zajas. Na co, a właściwie na kogo? Wszystko działo się w wyjątkowych okolicznościach przyrody, a do tego na żywo, więc nie zdziwcie się, jeśli przez kadr przeleci parasol. Nie przeziębiliśmy się, więc dostarczamy Wam fajny kwadrans z Zajasem. Smacznego!

     

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #22

    Część druga

    Autor tego krajobrazu miał pod ręką trzy puszki z farbą: zieleń, czerwień i żółć. Maczał w nich pędzle obficie, z rozmachem i trochę bez opamiętania mieszając barwy, jakby się bawił wymyślaniem nowych obliczy jesieni. Jak okiem sięgnąć dominowały wszelkie odmiany brązów, przetykane rzadkimi plamami rdzy, siarki i malachitu. Pośrodku obrazu leżała wielka misa łąki o krawędziach obwiedzionych czarną kreską lasu i szarą kreską pól. Nad nią wznosiła się słoneczna kopuła nieba, z błękitem tu i ówdzie zaciągniętym mleczną zawiesiną.

    Tuż pod lasem, samym skrajem malowniczej scenerii, maszerowały dwie maleńkie ludzkie figurki. Pierwsza prosta i wysoka, z tułowiem zrobionym jedną kreską i druga niższa, przygarbiona, z tułowiem zrobionym dwiema kreskami.

    Olek, wiesz, dokąd idziemy? – spytał niższy próbując nadążyć.

    Na razie wiem.

    W porządku – zgodził się tamten. Coś mu jednak nie dawało spokoju, ponieważ po chwili spytał znowu. – Ale to się nie dzieje naprawdę, co?

    Nie. To tylko brulion ze starą powieścią. Dosyć słabą.

    Aha.

    Ten z tyłu pokiwał głową w taki sposób, jak to robią ludzie mocno niepewni swej wiedzy. Zawahał się przed skokiem przez płytką przykopę, która przecinała łąkę na pół. Skoczył. Drobnym truchtem dogonił pierwszego i pytał dalej.

    Czyli my teraz śnimy?

    Nie. Idziemy skrajem lasu, żeby nie rzucać się nadmiernie w oczy.

    Aha. Czyli to nie jest rzeczywistość, tylko takie… złudzenie?

    Pierwszy zatrzymał się i odwrócił. Drugi dotruchtał i posapując patrzył w surową, napiętą twarz pierwszego, którą nagle miał tuż przed sobą.

    Chodzi mi o to, że… w rzeczywistości… nadal tam leżymy…

    Rozległo się głośne plaśnięcie i ten niższy złapał się za policzek.

    Boli? – spytał wyższy.

    Boli.

    Naprawdę, czy na niby? Rzeczywistość, czy sen?

    Naprawdę, ale..

    Ból nie może być na niby – wyjaśnił ten wyższy. – Musi być prawdziwy, inaczej nie byłby bólem. Gombrowicz twierdził, że to ostatni sprawdzian realnego istnienia, wobec śmierci Boga i rozpadu wszelkiej substancji. Teraz są całe studia poświęcone afektywności i cierpieniu jako dotknięciu bytu, a głównym materiałem badawczym jest dla nich literatura. Krótko mówiąc, obawiam się, że błędnie sformułowałeś wyjściowy problem.

    Czyli?

    W literaturze świat jest wymyślony, ale uczucia prawdziwe. Nie da się dokładnie oddzielić fikcji od rzeczywistości.

    Nie mogłeś po prostu powiedzieć? Musiałeś mnie bić?

    Wyższy, zwany Olkiem, uśmiechnął się.

    Musiałem, Floro. Inaczej nie przyswoiłbyś sobie tej trudnej prawdy w stopniu, który jest nam potrzebny do skutecznego działania. Chciałem ci uświadomić skalę zagrożenia. Realnego. Ból jest nie tylko dobrym sprawdzianem istnienia, ale i całkiem niezłym edukatorem. Rózgi w dawnych szkołach nie były takim głupim pomysłem.

    To kult przemocy. Dobrze, że nikt nie słyszy, inaczej byś miał sprawę.

    Wyższy z czujnością rozejrzał się po okolicy, mrużąc oczy od mlecznych promieni słonecznych.

    Tego nie byłbym taki pewien – mruknął zatrzymawszy wzrok na jakimś punkcie na prawo od nich, gdzie łąkę od stawu oddzielała wysoka grobla. – Wcale nie byłbym pewien…

    Nagle oczy zwęziły mu się do dwóch poziomych szparek i krzyknął: – Wiejemy!

    Schwycił niższego za szeroki rękaw płaszcza i pociągnął do lasu. Kilkoma skokami wpadli między drzewa i pobiegli w ciemniejącą gęstwinę, nie oglądając się za siebie. Pierwszy ciągnął drugiego. W prawo, w lewo, potem znowu w prawo – szukał jakiegoś sobie tylko znanego zakątka, który w jego wyobrażeniu miał ich uchronić przed nadciągającym niebezpieczeństwem. Las stawał się coraz ciemniejszy, dominowały tu rozłożyste świerki, których korony coraz ciaśniej sklepiały się nad nimi w szczelny, zielony dach. Wreszcie dotarli nad maleńkie oczko wodne, o średnicy może dwóch metrów, otoczone świerkowymi pniami jak wartownikami. Przycupnęli pod jednym z nich i nadstawili uszu.

    Szum rósł. Z daleka przypominał hurgot klucza łabędzi w locie, potężniał jednak z każdą sekundą, aż zmienił się w trudny do wytrzymania powietrzny łoskot. Zatkali dłońmi uszy. Niebo pociemniało, olbrzymi cień uderzył w ścianę lasu i nakrył go swoim cielskiem. Rozległ się zgrzyt szorującego po szczytach drzew brzuszyska, trzaskały świerkowe wierzchołki, miażdżone uderzeniem jakiejś niewyobrażalnej masy. Kiedy cień znalazł się nad uciekinierami, na ich głowy posypał się deszcz igliwia, szyszek i połamanych gałęzi. Niższy krzyknął, a wtedy wyższy zatkał mu usta dłonią i przyciągnął jego twarz do swojej piersi. Po paru sekundach potwornego łomotu cień oddalił się, na chwilę wokół nich pojaśniało, a potem znowu się pojawił, sunąc z lewej nad sąsiednim kwartałem lasu. Wreszcie zawrócił nad łąkami i oddalił się tam, skąd nadleciał.

    Odczekawszy chwilę i przekonawszy się, że cień znikł na dobre, wyższy puścił głowę niższego i ostrożnie podniósł się na nogi, opierając ręce o pień świerka.

    Co to było, samolot? – spytał niższy, zwany Florem.

    Wątpię. Tu nie ma samolotów. Już raczej smok.

    Aha.

    Zapadła cisza. Otrzepali ubrania z igieł i patrzyli na siebie w ostrożnym napięciu. Floro oddychał przez uchylone usta. Olek miał wesołe iskierki w oczach.

    Chciałeś jeszcze o coś zapytać?

    Nie, wszystko jasne. Smok to smok. Dużo ich tu jest?

    www.unsplash.com/Martin Woortman

    Przecież tego nie wiem. Nie ja go napisałem, tylko on. Całkiem prawdopodobne, że jakiś się jeszcze pojawi. Zresztą, to nie był właściwie smok w sensie ścisłym, raczej sugestia smoka, taki smoczy znak. Resztę musisz sobie sam ukonkretnić.

    Dobrze. Nie smok, tylko sugestia smoka. Już koryguję i ukonkretniam. Zielony, z błoniastymi skrzydłami, na grzbiecie rogowe kolce, rozcapierzone szpony, długi jęzor i dym z rozchylonych nozdrzy. Mogę dołożyć parę kamieni szlachetnych po bokach? Zawsze chciałem mieć smoka z rubinami. I czarne agaty zamiast ślepi. Co, da radę?

    Pewnie, co tylko chcesz. Wypełnianie niedookreśleń należy w pełni do ciebie. W literaturze każdy ma swoje smoki, że się tak wyrażę. Dorzuć jeszcze grzechotkę na końcu ogona, żebyśmy słyszeli, jak się skrada.

    Super, grzechotka – zgodził się Floro i chmurny namysł spowił jego łysiejące czoło. Pewnie próbował sobie wyobrazić długi, zakręcony do góry ogon z grzechotką. Jak mogłaby wyglądać u smoka? Jak główka maku na łodydze? Meksykański maracas?

    Nie musisz nic robić – wtrącił Olek w sam środek jego myśli. – U grzechotników to jest po prostu jaśniejsza końcówka, a grzechoczą puste komórki, które trą o siebie. Słychać z kilkudziesięciu metrów, dlatego mi przyszło do głowy.

    Czy moje myśli też ci przyszły do głowy? Słyszysz je?

    Nie, to tak nie działa – odparł Olek ze śmiechem. – Po prostu miałeś taką niepewną minę i pomyślałem, że kombinujesz nad tą grzechotką. Zapomnij, to był żart…

    W tym momencie rozległo się głośne chlupnięcie i połowa Florka Madeja znikła w ziemi. Udało mu się dogonić towarzysza i szli gęstym lasem obok siebie, depcząc obfite kępy miękkiej, wściekle zielonej trawy. Bardziej niż normalną trawę przypominała ona szkolną kolorowankę, w której pilny uczeń barwi kontury na wyrost, przesadnie i z pasją dociskając kredkę do białej kartki. Jej zieleń błyszczała jaskrawo i soczyście. Wokół panowała uspokajająca cisza.

    I nagle chlupnięcie. Szorstka trawa niepostrzeżenie zmieniła się w mech, a ten w bagno. Olek uskoczył i natychmiast, bez zastanowienia, jak gdyby ćwiczył to od dawna, położył się plackiem na brzuchu i wyciągnął obie ręce przed siebie.

    Złap się! Trzymaj mocno!

    Florek zdążył już schwycić go za nadgarstki, które ściskał z jakąś kurczową zawziętością. Jego nogi zapadały się coraz głębiej, a tonięciu towarzyszył nieprzyjemny bulgot, jakby ktoś łapczywie łykał kolejne łyżki zupy. Był już po pachy w błocie i bagno nadal go wsysało. Olek zaczepił prawą stopę o pień drzewa. Chwilę trwało siłowanie się dwóch ludzkich ciał z bezosobowym bagnem. Wreszcie bagno odpuściło. Bulgot ustał i wróciła cisza. Patrzyli na siebie szeroko otwartymi oczyma, jeden po pachy w błotnistej brei, drugi na płasko, z podciągniętymi rękawami swetra i igliwiem na zdrapanym przedramieniu.

    Co teraz? – wycharczał Florek. – Duszę się.

    Oddychaj głęboko, zaraz puści.

    Skąd wiesz?

    Nie wiem, ale i tak nie masz innego wyjścia. Sam cię nie wyciągnę, mogę co najwyżej przytrzymać, żebyś całkiem nie poszedł do ziemi.

    Aha.

    Cholera, mogłem przewidzieć! – krzyknął nagle Olek Zawijas i zacisnął zęby, które zgrzytnęły nieprzyjemnie. – Musimy na przyszłość bardziej uważać.

    Nie wiem, o jakiej… przyszłości mówisz… ale ja… nie mogę oddychać…

    Jeszcze trochę, wytrzymaj.

    Rozejrzał się wkoło i jego wzrok padł na młode pędy buczyny.

    Puść moją prawą rękę. I nie panikuj. O, tak.

    Uwolnioną dłonią złapał gruby pęd i cofnął się na tyle, bo i drugą stopą zaprzeć się o pobliski pień. Teraz mógł ciągnąć obiema nogami i jedną ręką.

    Pomóż mi – powiedział najspokojniej jak potrafił i naprężył mięśnie. Florek Madej, blady jak płótno i umorusany błotem, sprawiał wrażenie właśnie wyłowionego topielca. Którym poniekąd był. Wolną ręką próbował złapać najbliższą gałąź i kiedy wreszcie mu się to udało, sapnął ciężko. Chwilę dopasowywali uchwyty.

    Nie szarp zbyt mocno – instruował Olek. – Stopniowo, jednostajnie, raz, dwa… trzy!

    Pociągnęli równocześnie i bagienny dołek wydał z siebie żałosny ni to szloch, ni to bek. Spod poszarpanego mchu wynurzyła się czarna, jednolita kłoda, która kiedyś była tułowiem Floriana Madeja, a następnie dwa sztywne od błota kloce nóg. Kiedy wreszcie udało mu się wygramolić na wierzch w całości i stanął na twardym gruncie, wyglądał jak statysta w serialu Czarnobyl. Spojrzał na siebie.

    Kurwa – podsumował.

    Noo – przytaknął Olek Zawijas bacznie się rozglądając. – Musimy być ostrożniejsi. Na śmierć zapomniałem o tym bagnie.

    Na śmierć przez utopienie… zaraz, zaraz, czekaj, co to znaczy: zapomniałem? Wiedziałeś o nim?!

    W górze nad nimi zaszumiały korony świerków od lekkiego podmuchu. Olek podniósł wzrok i badał niebo, czy ów dźwięk nie zwiastuje przypadkiem powrotu smoka. Sugestii smoka. Niebo było jednak czyste, spokojne i zabójczo szafirowe.

    Chodźmy, bo za chwilę się ściemni – stwierdził rzeczowo. – A wtedy mogę nie trafić. Ochędoż się jakoś i ruszamy.

    Oblepiony błotnistą mazią zombie usiadł w kucki pod drzewem i splótł dłonie na kolanach. Z każdego zakątka jego zniszczonego odzienia wyciekał czarniawy płyn.

    Nigdzie nie idę. Z następnego takiego dołka mogę się już nie wydostać. Tu przynajmniej jakoś obeschnę. Poza tym ciągle nie wiem, dokąd idziemy.

    Olek Zawijas westchnął i usiadł obok kolegi.

    Do gospody. Mają tam piec, ciepłą strawę i suche koszule na zmianę. Mówię ci, chodź.

    Skąd wiesz?

    Bo ten fragment akurat ja pisałem.

    On mógł coś zmienić.

    Nie mógł. Przecież sam widziałeś, oryginał powieści jest u mnie.

    To jak on to zrobił? – krzyknął Florek Madej zataczając ręką wkoło. – Smoka i bagno?

    Wciąż nie rozumiesz, chociaż długo sprawiałeś wrażenie, jakbyś rozumiał. Co jest napisane, po tej stronie starego młyna istnieje i nie można już zmienić. Pamiętałem o pomyśle ze smokiem, ale wyleciało mi całkiem z głowy to gówniane bagienko, które Krzyś wstawił w sam środek lasu, żeby było ciekawiej. Widział taką scenę w jakimś radzieckim filmie, jak dziewczyna tonie wchłaniana przez rozlewisko, i cholernie mu się spodobało. Chciał napisać coś podobnego. Odradzałem mu kopiowanie cudzych pomysłów, ale uparł się i wstawił samo bagienko. Przepraszam, zwyczajnie zapomniałem.

    www.unsplash.com/Dan Dimmock

    To może posiedź chwilę i przypomnij sobie, o czym jeszcze zapomniałeś. Paści na dziką zwierzynę? Pożar lasu? Wataha głodnych wilków? Krwiożercze rusałki? Skup się. Wolałbym dojść do tej gospody. Jeśli rzeczywiście… to znaczy, jeśli w ogóle gdzieś tu jest.

    Jest – potwierdził stanowczo Olek. – A pożarów, paści, wilków i rusałek nie ma. Raczej na pewno. Chodźmy już, bo za chwilę zesztywniejesz i nie wstaniesz. Dawaj!

    Wyciągnął do niego brudną rękę i mocnym szarpnięciem postawił na nogi. Florek zachwiał się, przytrzymał świerkowego pnia, a potem zrobił na próbę krok po suchej ściółce. Ubranie zachrzęściło. Powoli ruszyli dalej. Poziome promienie słońca straciły swoją siarkową żółć na rzecz różów i fioletów. Widoczność skracała się z minuty na minutę. Las ciemniał.

    Olo, słuchaj, ale to nie jest jedyne ubranie, jakie mam, prawda? – spytał Florek macając się po błotnistym worku, który kiedyś był granatowym swetrem. – Gdzieś tam jest mój rzeczywisty sweter i moja prawdziwa niebieska koszula, na moim prawdziwym ciele leżącym sobie spokojnie pod ścianą twojego starego młyna, u stóp tej pieprzonej młynarczykowej zjeżdżalni, co? Bo my tam śpimy teraz, Olo, nie? Spokojnie sobie śnimy twoje bajdurzenia o smokach i bagnach, a właściwie to ja śnię, bo ty leżysz obok i śnisz sobie być może coś zupełnie innego, na przykład jakąś pulchną młynarzównę…

    Cicho!

    Olek zamarł w pół kroku i pochylił do przodu, starając się wzrokiem przebić gęstniejącą ciemność. Szli teraz jeszcze wolniej, z wyciągniętymi przed siebie rękami i obmacując wszystkie pnie drzew po drodze, jakby ich szorstka kora dodawała im poczucia realności.

    Jest.

    Co?

    Zawijas nie odpowiedział. Wziął go za rękę i poprowadził przez pleniące się wkoło krzaki prosto przed siebie, w stronę migoczącego między drzewami światełka. Kiedy podeszli na tyle blisko, by mieć pewność, że mają przed sobą oświetlone okienko domostwa, przykucnęli za szerokim pniem i chwilę obserwowali teren. Nie było żywego ducha.

    Chodźmy – powiedział Olek i zrobił krok ku gospodzie. Nadepnął przy tym na suchą gałązkę i jej trzask zabrzmiał jak wystrzał.

    W następnej sekundzie rozległo się wściekłe ujadanie i nim zdążyli cokolwiek przedsięwziąć, zza krzaków wyskoczył olbrzymi pies. Był zupełnie czarny, miał żółte ślepia i charczał jak zawodowy morderca, szkolony specjalnie do rozrywania na strzępy przybłędów z lasu. Przywarli plecami do pnia i patrzyli w osłupieniu na otwarty pysk, z którego przy każdym warknięciu spływały strugi śliny. Bydlę zatrzymało się metr przed nimi i czekało na najmniejszą choćby prowokację z ich strony. Czekali ze wstrzymanymi oddechami, dopóki nie zaszeleściły krzaki za psim zadkiem.

    Coście za jedni? – padło burkliwe pytanie. Mężczyzna miał na sobie obszerną białą koszulę, krótki kożuszek bez rękawów i parciane spodnie. Twarzy nie widzieli, ponieważ całkowicie kryła się w cieniu ronda brzydkiego kapelusza. W ręku trzymał kwadratową latarnię z zapalonym kagankiem w środku. Światełko migotało zza brudnych szybek.

    My od Szulca – odparł bez namysłu Olek Zawijas. – Andrzej i Krzysiek.

    Mężczyzna podszedł bliżej i uniósł latarnię. Uważnie przyjrzał się ich twarzom, a oni mogli sobie obejrzeć jego. Miał tylko jedno oko, w miejscu drugiego ziała czerwona dziura, obcięty czubek nosa i szeroką bliznę na policzku. Florek ze wszystkich sił powstrzymywał się, by nie krzyknąć. Olek ani drgnął. Mężczyzna wreszcie opuścił latarnię, uwalniając ich od okropnego widoku, i krótko przyglądał się ubłoconemu ubraniu Florka.

    Znacie mnie? – spytał.

    Pan jest karczmarz Zemła – wydeklamował Olek, jakby odpowiadał na pytanie nauczyciela. – A bliznę na policzku zrobił panu Edek zwany Ściganym.

    Mężczyzna ważył w myślach słowa Olka, po czym złapał psa za nabijaną ćwiekami obrożę i pociągnął go ku gospodzie.

    Chodźcie – powiedział ponuro. – Te mokre dupska trzeba wysuszyć.

    Olek ruszył pierwszy, Florek za nim, z trudem stawiając kroki. Czuł, że dopiero teraz idzie mu się naprawdę sztywno. Nie od błota. Ze strachu.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #21

    Budził się z trudem. Mimo otwartych oczu nadal widział przed sobą czarną czeluść z sypiącymi się czerwonymi kamieniami. Zamrugał powiekami. Kamyczki w kształcie rombów migotały jak gwiezdny pył w bajce Disneya. Laptop miał podświetlaną na czerwono klawiaturę, po której palce profesora Zawijasa biegały sprawnie i bezgłośnie.

    – Napisałeś?

    Cisza. Twarz piszącego rozświetlało niebieskie światło, wzrok wbity w ekran, przygryziona warga. I palce biegające we wszystkich kierunkach, jak myszy stłoczone w klatce. Profesor zdawał się być nie całkiem obecny w kabinie samochodu. Dokądś odleciał na tych ruchliwych, rozbieganych po klawiaturze palcach.

    Pozbawiony instrukcji Florian Madej zamknął oczy i spróbował zająć myśl swoimi sprawami. Uznał, że to dobry moment, by poskładać w całość wszystkie zgromadzone dotychczas przesłanki. Należało w ten absurdalny bałagan wprowadzić nieco porządku. Zaczął mamrotać pod nosem.

    Ktoś wgrywa sprytne oprogramowanie komputerowe, zwane dzisiaj aplikacją (apka! fuj!), w ścieżkę dźwiękową audiobooka i następnie za jego pomocą wpływa na umysły słuchaczy. Nakłania ich do samobójstwa, morderstwa, lub też do podpalenia. Albo wszystkich trzech zbrodni naraz. Wywołuje chaos i paraliż miasta, nie to jednak wydaje się być jego właściwym celem. Chodzi mu o zwrócenie uwagi na siebie. Chce, żeby ktoś inny serię wypadków odczytał jako komunikat wysłany właśnie do niego. Tym kimś może być profesor Aleksander Zawijas. Dlaczego? Ponieważ w audiobooku pojawiły się fragmenty jego dawnych notatek do powieści. Ponieważ miał wypadek podczas słuchania, ale nie zginął. Ponieważ kiedy słuchali audiobooka wspólnie, głos z płyty krzyczał wprost do nich. Zapraszał ich. Dla tamtego kogoś chaos w Krakowie był tylko wstępem do właściwej rozgrywki. O co? Tego Zawijas jeszcze nie wyjaśnił, chociaż gadał całkiem sporo. Nie stronił przy tym od stylistycznych zawijasów. No bardzo śmieszne, cha cha.

    Z przelotnej informacji Maceraka wynikało, że jest nawet ktoś w rodzaju podejrzanego, czyli mężczyzna z długimi siwymi włosami, którego widziały tamte dwie kobiety z księgarni. Krzysztof. Dawny przyjaciel, który wpadł w obłęd i postanowił się mścić za jakieś prawdziwe lub urojone krzywdy z przeszłości, wyrosłe na niezaspokojonej twórczej ambicji. Nieco mętne, ale nie nieprawdopodobne. Zdolny informatyk, który w warunkach domowych napisał odpowiedni program komputerowy i wprowadził go do sieci. A przez sieć do cyklu produkcyjnego audiobooków. A przez audiobooki – do umysłów słuchaczy.

    Z grubsza mogłoby być. Słabości?

    Po pierwsze, nawet jeśli istniał program do wpływania na dusze odbiorców, to nie sposób sobie wyobrazić, by za jego pośrednictwem można było również podsłuchiwać, a tym bardziej mówić. Nawet NASA chyba jeszcze nie ma czegoś takiego. Najbardziej zaawansowana technika cyfrowa ma swoje ograniczenia i w tej kwestii inspektor Madej nie był w stanie przebić ściany własnego sceptycyzmu.

    www.unsplash.com/Jahsie Ault

    Po drugie, z wydarzeniami inicjowanymi przez krwiożerczy audiobook mogło się identyfikować wiele osób, nie tylko profesor literatury. Płyty były powszechnie dostępne i generowały liczne ofiary. Zmyślna aplikacja mogła działać również w ten sposób, że każdy słuchający odnajdował w powieści jakieś intymne szczegóły i wokół nich budował własny, indywidualny odbiór. Odbiór dzieła literackiego, jak mówią specjaliści pokroju Zawijasa. To by tłumaczyło, dlaczego tak wiele osób pod jego wpływem ginęło. Każdy słyszał to, co chciał słyszeć. Co było jego najsłabszym punktem. I co w pewnych okolicznościach pozbawiało go sensu życia…

    Z tego jednak wynika, że cała ich wyprawa nie ma sensu! Profesor Zawijas (za jego namową, niestety), wziął komunikat uniwersalny za wyłącznie własny. Błąd subiektywizmu, częsty u humanistów. Może zupełnie niepotrzebnie tu przyjechali, a długowłosy siwy chudzielec nadal w mieście szaleje? Strach pomyśleć, co jeszcze może wywołać. Głos z płyty jednak słyszeli, o omamach słuchowych nie było mowy, więc jednak coś jest na rzeczy. Coś tu się dzieje, tylko nie wiadomo co.

    Po trzecie, profesor twierdzi, że ten jego przyjaciel od czterdziestu lat nie żyje. Czyli to nie on. Czyli znowu błąd…

    Powinni wracać.

    – Olek, słuchaj, chyba powinniśmy…

    – Skończyłem! – wyrzucił z siebie profesor. Zamknął laptop, przetarł palcami oczy pod szkłami okularów i dodał chrapliwie: – Jesteś gotowy?

    – Na co?

    – W zasadzie… na wszystko.

    – To nie jestem.

    – A kiedy będziesz?

    – Jak mi powiesz, dokąd idziemy.

    Profesor odetchnął głęboko.

    – To bardzo proste. Idziemy do starego młyna, jakieś sto pięćdziesiąt metrów stąd.

    – Tylko tyle?

    – Na początek. Później będzie trudniej i powinniśmy się przygotować na reagowanie w miarę rozwoju wypadków. Czy tak mówicie, jak planujecie akcję?

    – Nigdy nie planowałem akcji w starym młynie, przeciwko facetowi, który nie żyje od czterdziestu lat. Ale gdy nie wiadomo, co robić, to tak. Wtedy można powiedzieć wszystko.

    – No widzisz! I o to chodziło! Skoro można powiedzieć, to i można być gotowym. Wykrztuś wreszcie, że jesteś gotów na wszystko.

    – Jestem gotów na wszystko…

    – To dobrze – powiedział profesor zmienionym, chrapliwym głosem. – Bo najprawdopodobniej nie wrócimy.

    – Że co???

    – Ciszej. I przestań z tym „co”. Sam mnie namawiałeś, uprowadziłeś ze szpitala, zmusiłeś do pojechania ze sobą w głuchą noc…

    – Ale…

    – …na jakieś beznadziejne zadupie, które – tak się składa – jest moją rodzinną ziemią, a teraz co i co. Nic. Uprzedzał nas: to droga w jedną stronę. Poza tym musiałem napisać zakończenie. Takie prawdziwe, nie literackie.

    – Zwracam ci uwagę na pewne logicznie brawurowe konsekwencje…

    – Za późno na robienie sobie uwag, drogi Floro. Idziemy do starego młyna. Zresztą – odwrócił się teatralnie, by spojrzeć wstecz na polną ścieżkę między pastwiskami – obawiam się, że już nie ma odwrotu.

    www.unsplash.com/Adrian Dascal

    Nie czekając na odpowiedź swego towarzysza wysiadł i ruszył wzdłuż skarpy stanowczym krokiem.

    Chcąc nie chcąc inspektor również musiał wysiąść i pójść za nim. Sprawdził prowiant w kieszeniach, zamknął starannie samochód i rozchylając gałęzie czarnego bzu podreptał ostrożnie w ciemność, świecąc sobie latarką ze smartfona pod nogi.

    Szli tak dłuższą chwilę w miękkiej, aksamitnej ciszy, w dole pod skarpą szemrała rzeczka, w górze świeciły gwiazdy. Mijali kępy krzewów i pojedyncze drzewa, których korony odcinały się na tle gwiaździstego nieba czarnymi, rozcapierzonymi łapami. Po chwili oczy inspektora Madeja oswoiły się z ciemnością i wyłączył latarkę. Warto oszczędzać baterię na później. Obejrzał się i stwierdził ze zdziwieniem, że nie widać zupełnie nic, nawet dalekich świateł wioski, które migały na horyzoncie jeszcze przed chwilą, gdy wysiadał z samochodu. Teraz nic. Zupełnie jakby świat znikał tuż po ich przejściu. Podbiegł truchtem do przodu i znalazł się za profesorem, który szedł pewnym, wolnym od wahania krokiem. Wie, dokąd idzie, pomyślał Madej, ale nie odważył spytać. Już zdołał pojąć, że w profesorze coś się przełamało, jakaś decyzja zapadła kategorycznie i nieodwołalnie, i że zostały w nią wkalkulowane wszystkie, najstraszniejsze nawet konsekwencje. Niekoniecznie logiczne. Z jego energicznego chodu można było nawet wywnioskować, że decyzja go raduje i uskrzydla, podnosi na duchu, odmładza. Zgrabnie przeskakiwał nierówności, zręcznie odchylał gałęzie i błyskawicznie się kulił, gdy któraś znalazła się nagle tuż przed jego twarzą. Obserwując go i wyciągając nogi, by mu dotrzymać kroku, Madej ze zdziwieniem stwierdził, że i jemu idzie się lżej, łatwiej, bez wysiłku. Uśmiechnął się pod nosem. Cuda wrześniowej nocy na drodze do starego młyna.

    Wreszcie go zobaczyli. To znaczy Zawijas stwierdził, że go widzi, ponieważ ciemność nadal była gęsta i cicha jak beczka smoły. Dopiero kiedy przycupnęli w płytkim rowie i profesor pokazał ręką miejsce, Madej również go dostrzegł. Zwalista sylwetka w kształcie prostokąta zajmowała prawie cały horyzont. Wyglądał upiornie. Przez pozbawione okien dziury w ścianie prześwitywało granatowe niebo. W jednym z oczodołów mrugała jasna gwiazda, jakby młyn puszczał do nich oko. Inspektor wzdrygnął się.

    – Co chcesz teraz zrobić? – spytał szeptem.

    – Wejdziemy do środka – odparł profesor z oczywistością w głosie. – Ale nie główną bramą, tylko podziemnym wejściem, prowadzącym od piwnicy dworu. Obejdziemy naokoło, przez park. Wejście od frontu nic by nie dało – dodał widząc niepewne spojrzenie inspektora.

    – No tak, oczywiście – zgodził się Madej. – Nic by nie dało… Ruszamy od razu, czy musimy najpierw ugotować ogon kota i wypowiedzieć zaklęcie?

    – Ruszamy od razu – odparł poważnie profesor. – Zaklęcia będą później.

    – Co? Jakie zaklęcia? Przecież żartowałem!

    – Ciii – uciszył go profesor. – Nie krzycz. Ryzyko jest coraz większe. Słuchaj – zniżył głos do konspiracyjnego szeptu – żeby ci ułatwić poruszanie się w tej przestrzeni umówmy się, że nie stawiasz żadnych pytań, dopóki ci nie powiem, że już można. Okej? Wiem, to niełatwe, ale spróbuj dokonać zawieszenia niewiary. Jest taki termin w studiach nad kulturą popularną. Zawieszenie niewiary. Wiesz, żeby drzewa mogły mówić, kamienie chodzić, a ludzie z palców wypuszczać laserowe promienie. My musimy wejść do piwnicy pod przedszkolem, gdzie jest tunel do młyna, i tam wyjść. Proste? Tam wykonać jedną prostą czynność gimnastyczną, powiedziałbym nawet rekreacyjną, a potem już poleci. To znaczy… no tak, poleci. Chodźmy.

    Nie czekając na odpowiedź pociągnął inspektora za rękaw i zgięci w pół jak żołnierze w okopie obeszli teren młyna, by po drugiej stronie znaleźć się na niewielkiej pochyłości, wiodącej do dworskiego parku. Stare, zdezelowane ogrodzenie miało mnóstwo dziur, więc bez trudu weszli na posesję i kilkoma skokami dopadli okienka w przyziemiu. Zawijas z pewnością stałego bywalca, który ostatnio był tu nie dalej jak wczoraj, sięgnął do górnej listwy framugi, przekręcił dwa zagięte gwoździe i wyjął prostokątną ramę z szybą. W twarze dmuchnęło im wilgotne, zatęchłe powietrze. Profesor wyjął laptop, który trzymał na brzuchu za paskiem spodni, i podał Madejowi.

    – Przytrzymaj – powiedział i schwyciwszy rękami framugę zgrabnie wśliznął się do środka. Zachrzęściło gniecione butami szkło. Madej miał jednak kłopot z pełną akceptacją ryzykownych posunięć swego towarzysza. Od chrzęstu szklanych okruchów przeszedł go dreszcz. Wyobraził sobie niefortunny upadek profesora i porozcinane do krwi dłonie.

    – Teraz ty – usłyszał z głębi. Podał laptop do środka i wskoczył. Wylądował pewnie, bezpiecznie, jakby wchodził do tej piwnicy setki razy. Ostatnio wczoraj. Otrzepał płaszcz i rozejrzał się dokoła, zupełnie bezproduktywnie, ponieważ panowała całkowita ciemność. Profesor jednak najwidoczniej znał drogę. Zatkał okienko oszkloną ramą i pociągnął Madeja za rękaw w głąb podziemi.

    Szli powoli wąskim korytarzem. W głowie Madeja kotłowały się dziesiątki myśli, od całkiem trzeźwych (pochodzimy trochę i wrócimy do okienka) aż po całkiem zwariowane (w tej ciemności demon może z nami zrobić, co zechce). Zgodnie z zaleceniem nie stawiał jednak pytań i szedł grzecznie, prowadzony za rękę przez lepiej od niego zorientowanego przewodnika. W pewnym miejscu korytarz się rozwidlał i profesor wybrał tunel w prawo, po kilkunastu krokach dobił jednak do ściany i musieli zawrócić. Poszli drugą nitką i znowu natrafili na rozwidlenie, wybrali ścieżkę w lewo i po dwudziestu krokach ponownie natrafili na gładką ścianę ślepego korytarza.

    – Kurwa – zaklął profesor ledwie dosłyszalnie.

    – To labirynt?

    – Nie pomyślałem o tym – odparł profesor, co jednakże trudno było uznać za odpowiedź na pytanie. Madej chciał spytać, o czym nie pomyślał, ale bał się odzywać. Napięcie i tak rosło z minuty na minutę.

    Wrócili do pierwotnego rozwidlenia i ruszyli w drogę powrotną do piwniczki z okienkiem. Nie doszli do niej. Korytarz ciągnął się na wprost tak samo jak przedtem, żadnych zakrętów, żadnych rozwidleń, a jednak szli i szli – i nie mogli dojść. Kiedy marsz trwał już na tyle długo, że przekroczył wszelkie granice prawdopodobieństwa, profesor zatrzymał się i powtórzywszy popularne zaklęcie na „k” usiadł pod ścianą. Rozłożył laptop i znowu zaklął.

    – Padł? – spytał Madej. Ograniczał swe nieśmiałe pytania do minimum.

    – W ogóle go nie ma – odparł profesor dziwnie spokojnie i podał Madejowi laptop.

    – Co to jest? – spytał inspektor, zanim zdążył się ugryźć w język. W ręku trzymał kawałek deski.

    – Deska, która była laptopem – wyjaśnił Zawijas i nagle zaczął krzyczeć na cały głos: – By to krew zalała! Niech szlag jasny trafi! Kurwa twoja mać, że też o tym nie pomyślałem! W pizdę trójkątną wieloryba!

    Rozkręcał się. Coś poszło mocno nie tak i Madej podejrzewał, że nie chodziło tylko o zagubienie w labiryncie. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął płaski kawałek tektury, będący jeszcze przed chwilą jego wypasioną komórką. Obrócił w palcach, powąchał, pachniało tekturą. Schował z powrotem drżącą dłonią, ale się nie odezwał. Usiadł pod ścianą obok Zawijasa i westchnął ciężko. Milczeli chwilę. Madej sięgnął i namacawszy łokieć profesora, poklepał go na pocieszenie. Lepsze to niż nic, kiedy się nie ma nic. Hmm, niezłe.

    – On nas jakoś zaczarował, prawda? – spytał, kiedy cisza trwała już na tyle długo, że zaczynała przypominać ciszę cmentarną.

    – Nie, to ja zawaliłem – wyznał profesor. – Jakbyś chciał zapytać, co teraz, to od razu mówię, że nie wiem. Wiedziałem, ale już nie wiem. Myślałem, że dopisałem wszystko, co trzeba, a tu taka wtopa. I to na początku. W dupę jeża!

    – Ładne – zgodził się Madej. – Mam na myśli tę dupę jeża. Ale może jednak nie siedźmy tu tak bezczynnie, aż nas dworskie szczury zjedzą, tylko chodźmy dalej. Przecież to wyjście musi gdzieś tu być.

    www.unsplash.cpm/Anna Hunko

    Pociągnął profesora, który z oporami wstał i poszedł tym razem jako drugi, wlokąc się noga za nogą. W ciągu kilku dramatycznych minut cała para zeszła z niego. Był słaby, ledwo szedł i co chwila pokasływał, ponieważ brakowało mu powietrza. Madej też zauważył, że w podziemiu zrobiło się jakby duszniej. Trudno się oddychało, więc szli powoli, przystając na zmianę raz jeden, raz drugi.

    – Czy jeże nie polują przypadkiem na szczury? – zagaił, żeby zająć czymś uwagę załamanego profesora.

    – Nie wiem, jestem od literatury – odparł ciężko Zawijas. – Na pewno szczury nie polują na jeże. Nikt nie poluje na jeże. Hyyy, hyyy… Poczekaj, Floro, nie mam siły.

    Usiadł pod ścianą, co inspektor wywnioskował z szurania kurtki po betonie. Namacał ramię swego towarzysza i usiadł obok. Zaczął obmacywać kieszenie w poszukiwaniu zapałek, które kupił razem z papierosami. Namacał je i wyjął. Poruszał pudełkiem. Grzechotały jak zapałki.

    – Chyba nie zamieniły się w tekturę – powiedział z uśmiechem i zapalił jedną. Mrok rozjaśniło żółte światło. Korytarz w obu kierunkach tonął w mroku. Głowa profesora zwisała ciężko na pierś, oparte na kolanach dłonie wyglądały jak zdechłe ryby.

    – Cholera, napiłbym się – mruknął głucho Zawijas. Inspektor zaczął grzebać w kieszeniach swojego płaszcza. Po chwili wyjął stamtąd płaską butelkę żołądkowej gorzkiej.

    – Mówiłem ci, że trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność.

    Oczy profesora Zawijasa rozpaliły się nagłym blaskiem. Sięgnął po butelkę, wprawnym ruchem odkręcił i pociągnął  solidnie łyk. Zakrztusił się, odkaszlnął i pociągnął następny. I jeszcze trzeci. Oczy mu się zaszkliły.

    – Jesteś cudotwórcą – wyszeptał liturgicznym głosem.

    – Jestem skończoną kanalią – odparł Madej. – Twoja żona błagała mnie, żebym tego jednego właśnie absolutnie nie robił. Przysiągłem, że nie zrobię.

    – To już nieważne – stwierdził Zawijas. – Ważniejsze, żeby wymyślić, gdzie jest… Jasna dupa, ależ oczywiście! Jaki ze mnie bałwan! Chodźmy!

    Poderwał się i nim inspektor zdążył spytać, o co chodzi, pociągnął go za rękę. Poszli w głąb podziemi, ale znacznie szybciej niż poprzednio. Zmęczenie ustąpiło równie szybko, jak się pojawiło. Prawie biegli. Zawijas bezbłędnie skręcił na dwóch kolejnych rozwidleniach i wkrótce znaleźli się przed pierwszą ze ślepych ścian. Profesor podszedł do niej, rozłożył ramiona i przywarł całym ciałem. Mimo zupełnej ciemności Madej widział jego sylwetkę całkiem wyraźnie na tle betonowej płaszczyzny. Po chwili rozległ się zgrzyt mechanizmu i ściana się poruszyła. Jej prawa strona popłynęła w głąb, lewa najechała na nich. Przejście stało otworem. Weszli.

    Po dwóch metrach natrafili na kręte kamienne schody. Weszli na górę i znaleźli się w pustej hali starej fabryki. Ciemność straciła nieco na pewności siebie, przez otwory okienne od wschodu płynęła szarość świtu. Profesor rozejrzał się wkoło, westchnął, jakby miał się zaraz rozpłakać, a potem energicznie szarpnął inspektora za rękaw.

    – Na górę! Musimy zdążyć przed wschodem słońca!

    – Że niby wampiry…? – spytał niepewnie Madej. – Ale kto, my?

    Po raz kolejny tej nocy nie doczekał się odpowiedzi, więc posłusznie ruszył za swoim przewodnikiem ku metalowym schodom na piętro. Minęli wielki korpus silnika, kwadratowy lej opadający z sufitu tuż nad podłogę i dudniących stopniach wbiegli na piętro. Niebo na wschodzie jaśniało. Profesor śpieszył się niemal gorączkowo. Znowu wiedział, co robić, z tą swoją nieznośną profesorską pewnością siebie. Podbiegli do dziwnego urządzenia, które ze wszystkich znanych Madejowi rzeczy najbardziej przypominało dziecięcą zjeżdżalnię na palcu zabaw, i Zawijas nakazał mu usiąść na tym.

    – Że co?

    – Jeszcze ci nie pozwoliłem pytać. Siadaj i zjeżdżaj. Szybko, bo zaraz się zrobi dzień, a po tobie muszę jeszcze ja. No już, zjeżdżaj!

    – Dobrze, ale wyjaśnij mi tylko jedno – mówił inspektor siadając w drewnianej rynnie. – Kiedy mi opowiadałeś o starym młynie, to wspominałeś, że dwadzieścia lat temu go zburzyli i został po nim tylko betonowy plac. To znaczy, że teraz go nie ma. A myśmy go przedtem widzieli, w nocy, a teraz w nim jesteśmy, i z tego by wynikało, że nas również…

    – Nie ma – wyszeptał mu do ucha profesor i mocno pchnął w dół.

    KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #20

    Czytaliśmy na wyścigi. Kto więcej stron dziennie. Na koniec tygodnia robiliśmy podsumowanie i zwycięzca opowiadał te swoje przeczytane. Uwielbialiśmy opowiadać! Obaj, chociaż ja ciągle cierpiałem, że Krzysztof ma do tego większą smykałkę, większy dryg, jak mawiała babka. Uwodził umiejętnością gawędy, zręcznego streszczania fabuły z wplataniem fragmentów dialogów, opisów postaci… Miał fenomenalną pamięć, potrafił z głowy zacytować cały akapit z Potopu albo z Biesów. W każdą niedzielę udawaliśmy przed rodzicami, że jedziemy do kościoła i wysiadaliśmy dwa przystanki wcześniej, żeby uciec na stawy i włóczyć się dwie godziny po groblach z naszymi opowiadaniami. Zima, lato, przy każdej pogodzie, nie zważając na świat wokoło – gadaliśmy, gadaliśmy, gadaliśmy. O książkach. O tym, co po drugiej stronie kartki.

    Profesor zamilkł, a inspektor wykorzystał moment, by sprawdzić w nawigacji dalszą drogę. Zabrnęli w jakieś ciasne drogi łączące miejscowości o dziwnych, nieledwie bajecznych nazwach, jak Wieprz, Nidek, Malec, Kańczuga… zupełnie jak imiona diablików ze starej baśni. Dotknął ikonki telefonu i okazało się, że połączenie bluetooth działa. Wybrał numer córki. Cisza. Nie można zrealizować połączenia. Wybrał numer żony, ale gdy zaczęło łączyć, przerwał. Nie ma sensu.

    Nie pamiętam, który z nas pierwszy wpadł na ten pomysł – ciągnął profesor Zawijas. – Pewnie Krzyś, bo jak mówiłem, był lepszy w opowiadaniu. Miał coś takiego, wiesz, co jest już w języku, w sposobie formułowania zdań, dobierania słów, wchodzenia w intymną relację z materiałem literackim. Powiedziałbym, że zatracał się w fabule, czasami do tego stopnia, że tracił kontakt z rzeczywistością. Jakby… wchodził w książkę. Rozumiesz, do środka. Mnie się to również przydarzało, to zresztą warunek empatycznej lektury, dzisiaj nazywanej imersją. Nie umiałem jednak o tym tak barwnie opowiadać. Trochę się jąkałem. Nie śmiej się, naprawdę miałem wtedy kłopoty z wymową, chyba na tle nerwicowym, bo potem mi przeszło. Pomogły seks i alkohol. Terapia przez dorastanie. Później jeszcze zacząłem namiętnie palić. Co robisz?

    A propos – mruknął inspektor i zjechał z drogi.

    Niewielki sklep o aparycji pasterskiej budy, oświetlony – a jakże! – niebieskim neonem ALKOHOLE 24H stał niemal w polu, przy zjeździe z szosy do wioski o kolejnej malowniczej nazwie: Babuda, i rzeczywiście był otwarty. Opel zajechał na gliniany plac pełniący funkcję parkingu, Madej wyłączył silnik i z rękami zawieszonymi na kierownicy spojrzał w oczy profesora Zawijasa.

    Potrzebujesz coś?

    Mierzyli się wzrokiem. To była noc skrzyżowanych spojrzeń.

    Nie. A ty?

    Papierosy.

    Nie wiedziałem, że palisz.

    Ja też nie wiedziałem, ale trzeba się przygotować na każdą ewentualność.

    Wiesz, że to może być nieodwracalne. W twoim wieku…

    W twoim też. „Droga w jedną stronę” – pamiętasz?

    Profesor Zawijas przygryzł wargę i nic nie odpowiedział, co inspektor uznał za zamknięcie sprawy i wysiadł. Szybkim, niemal uskrzydlonym krokiem wbiegł na schodki sklepowej budy, co przy jego tuszy i rozwianych połach krótkiego płaszcza wyglądało dosyć niesamowicie. Po chwili wrócił z kieszeniami wypchanymi tajemniczymi zapasami.

    Kupiłem też coś na zagrychę. Tam chyba trzeba jeść, co?

    Ponieważ profesor w odpowiedzi tylko wzruszył ramionami, Madej rozerwał torebkę z chipsami o smaku zielonej cebulki i wpakował sobie całą garść do ust. Żuł systematycznie i głośno, parę razy zachęcając towarzysza do poczęstowania się wyborną, mocno spóźnioną kolacją. Następnie wyjął z kieszeni małą brązową puszkę mrożonej kawy i wypił duszkiem.

    Żeby nie zasnąć za kierownicą – wyjaśnił. – I co dalej z tym opowiadaniem książek?

    Wyjechali na nocną szosę, zostawiając za sobą migające światełka nocnego sklepu, i profesor wrócił do opowiadania.

    www.unsplash.com/Alex Bello

    Dopiero wiele lat później przyszło mi do głowy, że on zagadywał swój kompleks. Bo ja nie umiałem opowiadać tak jak on, ale pisałem lepiej. Chyba. On tak uważał i strasznie go to gryzło. Po pewnym czasie Krzyś regularnie wygrywał zawody czytelnicze i niedzielne opowieści należały praktycznie bez wyjątku do niego, podczas gdy ja pisałem. Może o to gdzieś między wierszami w naszym układzie chodziło: on mówi, ja piszę. Może ja mu dawałem wygrywać, żeby się wygadał, i przegrywałem specjalnie, zyskując w ten sposób czas na pisanie. To dzisiaj nie ma żadnego znaczenia… – zamyślił się, jakby to była jakaś szczególnie odkrywcza refleksja. – Namawiał mnie później na czytanie tego, co napisałem, i wtedy oczy zachodziły mu takim bezdennym smutkiem. To znaczy, tak teraz o tym myślę, że to przez moje czytanie, bo wtedy tego nie widziałem. Myślałem, że po prostu jesteśmy parą przyjaciół, którzy mają bzika na punkcie literatury i nadają na tych samych falach. O, właśnie tak – nadawanie na tych samych falach! O to chodziło.

    Przerwał, ponieważ droga zrobiła się znowu kręta i musiał dla równowagi złapać się uchwytu nad głową.

    Wiesz, co mnie w życiu najbardziej wkurza? – spytał retorycznie, gdy wyjechali na prostą. –Że wprawdzie dowiadujesz się wszystkiego, co ci było potrzebne, tylko za późno i nic już nie można zmienić. Brniesz na ślepo przez jakieś cholerne życiowe paści, a kiedy potem – pokaleczony i nauczony na własnej skórze – odwracasz się, żeby poprawić, nic już nie ma znaczenia. Zostaje ci tylko czekanie, że jeszcze raz, kiedyś, druga szansa, powtórka tamtej jednej chwili, ale już z korektą, bo jesteś mądrzejszy… Gdybym wtedy wiedział, co wiem teraz… Natomiast jestem prawie pewien, że to on pierwszy rzucił hasło przejścia na drugą stronę.

    „–Wiesz, chciałbym tam zostać.”

    „–Gdzie?”

    „–W środku. Wejść do książki i zostać.”

    „–Dlaczego właściwie?”

    „–Tam jest lepiej. Przytulniej. Jaśniej.”

    „–Może czytamy takie pogodne książki? Inne mogą być straszne. Mogą być okrutne”.

    „–Nie! Każda książka jest lepsza od rzeczywistości! Rozumiesz? Każda! Prawdziwe życie jest w literaturze! Wszyscy wielcy pisarze tak mówią!”

    „–Ale nie da się żyć w literaturze.”

    „–Musi być jakiś sposób. Musi!”

    Samochód znowu wjechał między drzewa i inspektor zwolnił pomny niedawnych przygód z leśnymi mieszkańcami. Sięgnął do torebki z chipsami, leżącej między nimi, ale na widok karcącego spojrzenia profesora cofnął rękę.

    Tak to mniej więcej brzmiało – powiedział Zawijas przytakując jakimś swoim wątpliwościom. – Naiwne pogaduchy gówniarzy z liceum, którzy liznęli parę książek i wydawało im się, że już wszystko wiedzą. Żywiłem wtedy sztubackie przekonanie, że wszyscy w miarę rozgarnięci licealiści tak mają, że jesteśmy raczej regułą niż wyjątkiem, chociaż wystarczyło rozejrzeć się po klasie w czasie lekcji polskiego, by zaobserwować coś przeciwnego. Gdybym teraz wrócił do tamtych czasów, inaczej bym to rozegrał…

    Skąd wiesz, że lepiej?

    Bo do tego służy wiedza: żeby coś zrobić lepiej.

    Aha – zgodził się inspektor. – I teraz jedziemy, żeby tam wrócić, z naszą wiedzą, i zrobić to lepiej…

    Wymienili szybkie spojrzenia i wrócili do obserwowania drogi przed samochodem.

    Nie całkiem.

    To co będziemy robić?

    Jeszcze nie skończyłem – odparł szorstko profesor.

    Masz okazję, by następne zdanie zacząć od „no więc”.

    Profesor uśmiechnął się pod nosem.

    No więc Krzyś wpadł na pomysł, byśmy wspólnie pisali jedną powieść, równocześnie, siedząc obok siebie i wymyślając postacie, ich perypetie, zwroty akcji. Powiedział, że to będzie taka nasza ścieżka z tego do tamtego świata. Dokładnie tak się wyraził: „z tego do tamtego świata”. Mieliśmy wczuć się w akcję na tyle mocno, by tu zniknąć i tam się pojawić. To też jego wyrażenie. Na moje sceptyczne uwagi odpowiadał, że to zależy wyłącznie od stopnia zaangażowania i jak nie chcę, to nie muszę w tym brać udziału. On spróbuje sam.

    Trochę jak dwaj harcerze, którzy się umawiają na wąchanie kleju – rzucił inspektor.

    Mniej więcej. Krzysztof miał w sobie coś z nałogowca. Zawsze trzymał w pogotowiu wielką pasję, gotów zaangażować ją w każdą sprawę, która mu się zamieni w opowieść. Myślę – Zawijas zawiesił głos – że on miał w sobie coś z prawdziwego pisarza. Był prawdziwym pisarzem.

    Znowu zamilkł i pogrążył się w jakichś swoich wspomnieniach.

    Daleko jeszcze do początku tej historii? – spytał Madej po odczekaniu stosownej chwili. – Bo nawigacja pokazuje mi, że za pół godziny będziemy na miejscu. Przeszliście na drugą stronę?

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Wiem, że dzisiaj brzmi to śmiesznie – odparł profesor – ale wtedy traktowaliśmy rzecz najzupełniej poważnie. Pewnej niedzieli w ogóle nie wsiedliśmy do autobusu i zamiast do kościoła, udaliśmy się w przeciwną stronę, do parku przy przedszkolu mieszczącym się w dawnym dworze ziemiańskim. Pod gankiem z tyłu budynku znajdowało się okienko do piwnicy, które nieraz otwieraliśmy i właziliśmy do środka, trudno powiedzieć, po co. Tym razem mieliśmy konkretny plan i wyposażeni w zeszyty oraz długopisy usiedliśmy w kącie, gdzie padało trochę światła przez brudną szybę. Zaczęliśmy układać naszą powieść. Wymyśliliśmy, że będzie się działa w naszej wsi, a głównymi bohaterami będą dwaj chłopcy, którzy wolą świat wymyślony od prawdziwego. Super oryginalne! Zabraliśmy się do rysowania mapy topograficznej naszej powieści, imion bohaterów, ustalania miejsc akcji poszczególnych rozdziałów. I wtedy doszło do pierwszej kłótni.

    Zajmująca historia – mruknął Madej z niejasną intencją w głosie.

    Już się zaczyna – uspokoił go Zawijas. – Otóż w pobliżu przedszkola, czyli dawnego dworku, był betonowy plac po młynie, który podobno stał kiedyś w tamtym miejscu. Mówię „podobno”, bo nigdy go nie widziałem, dopiero wiele lat później zobaczyłem na jakiejś starej fotografii jego zwalistą, prostokątną bryłę z szeregiem niewielkich okien. I ja się upierałem, że akcja naszej powieści ma się rozgrywać w tym młynie, nawet proponowałem, żeby cała powieść tak się nazywała: „Stary młyn”. Wiem, kojarzysz. Przy okazji zapewniam cię, że będzie jeszcze parę punktów w tej historii, w których możesz się śmiać. W każdym razie stanowczo domagałem się, żeby stary dworski młyn stanowił miejsce naszej akcji. Natomiast Krzysztof upierał się, że nie, że on ma lepszy pomysł. Że to będzie…

    Cegielnia.

    Właśnie. Cegielnia. Skąd wiesz?

    Madej westchnął i nabrał do ust garść chipsów.

    Gdybym nie umiał skojarzyć takich rzeczy, nie przepracowałbym tyle lat w policji śledczej. I nie wyrywałbym cię z wariatkowa, gdzie ci było tak dobrze…

    Gówno wiesz o moim siedzeniu w wariatkowie! – krzyknął profesor tak głośno, że Madej zdziwiony wcisnął hamulec i zjechał na pobocze.

    Hej, co jest? Przepraszam. Nadepnąłem ci na coś?

    Przyglądał się z uwagą profesorowi, który zamachał rękami, a potem zaczął ogryzać paznokcie. Ten trochę wulgarny i całkiem szczeniacki odruch zupełnie do niego nie pasował. Jakby na chwilę przestał być profesorem, pomyślał Madej.

    Wcale mi nie było dobrze. Było fatalnie. Wszystko tamto, wiesz… wróciło. Eee, do diabła! Pieprzę jakieś głodne kawałki, bo nie umiem, rozumiesz? Nie umiem!

    Czego nie umiesz?

    Nie umiem tego opowiedzieć! Gdzie jesteśmy?

    Nagle zmienił temat i przystawił dłoń do czoła, by widzieć, co jest w ciemności za oknem.

    Według nawigacji mijamy wiochę o malowniczej nazwie Malec. Zaraz będzie Smarkacz, a potem Konus…

    Ale to nie jest Malec! – wykrzyknął profesor. – Jedziemy w drugą stronę!

    Inspektor zrobił zdziwioną minę i wziął się do sprawdzania ustawień nawigacji samochodowej. Wszystko było w porządku. Pomyślał chwilę i wyjął z kieszeni telefon komórkowy. Kiedy wyjeżdżali z Krakowa, sieć przez chwilę działała normalnie, wybrał nawet numer do córki i żony, co prawda bezskutecznie. Teraz znowu padła. Odwrócił się do Zawijasa, by mu to pokazać i wtedy na czarnym ekranie zamigotała buźka. Jestem tu z wami.

    Cholera, on nas cały czas śledzi! – wykrzyknął. – Twierdziłeś, że nie żyje. Zaczniesz wreszcie tę popieprzoną historię?

    Spokojnie – powiedział profesor matowym głosem. – Po pierwsze, wyłącz te wszystkie elektroniczne zabawki i zawróć samochód. Powiem ci, którędy masz jechać. To już niedaleko.

    Madej posłusznie zawrócił na pierwszym polnym zjeździe i jechał teraz powoli, czekając na dalsze instrukcje.

    Niedaleko do śmierci – mruknął do siebie, a potem dodał trochę głośniej: – W co ja się wpakowałem!

    Nie doczekał się wyjaśnień, w co się mianowicie wpakował, więc nabrał jeszcze jedną garść chipsów i zaczął chrupać tak głośno, że aż się zakrztusił. Zaklął brzydko i popił ziemniaczaną miazgę zimną wodą. Zrobiło się jeszcze gorzej, miał teraz kamień w żołądku, więc klął dalej, obracając złość przeciwko własnej głupocie.

    Profesor nie zwracał uwagi na jego perypetie. Na następnym skrzyżowaniu nakazał skręcić w lewo i znaleźli się na łagodnym zjeździe w dół, dalej droga wiodła pomiędzy stawami hodowlanymi, oddzielanymi cienkimi jak miedze groblami. Za ostatnią z nich na rozległym wypłaszczeniu majaczyły w ciemności bryły kilku domów. Ciemne, wygaszone, przycupnięte między drzewami – bardziej przypominały drzemiących olbrzymów, niż siedziby ludzkie. Asfaltowa szosa biegła prosto jak od linijki, jakiś kilometr przed nimi mrok rozświetlała pojedyncza latarnia. Pod nią szosa się rozwidlała i profesor polecił skręcić w lewo, a kilometr dalej w prawo. Znowu jechali między drzewami, wąskim mostem przekroczyli rzekę i znaleźli się wśród łąk. Druty biegnące między drewnianymi kołkami wskazywały na tereny pastwiskowe.

    Tu! – krzyknął nagle profesor i Madej gwałtownie zahamował. Między dwoma słupkami schodziła w pola wąziutka drożyna. Wjechał w nią bardzo ostrożnie, ale Zawijas i tak kazał jeszcze zwolnić.

    Ostrożnie, pomalutku, ostrożnie… – powtarzał w napięciu. Wkoło panowała czarna noc, przecięta reflektorami ich samochodu. Jedynym jaśniejszym punktem w kabinie monotonnie mruczącego opla była tablica rozdzielcza. W jej mdłym świetle inspektor zobaczył krople potu na czole Aleksandra Zawijasa.

    Boisz się? – spytał cicho.

    Nie – skłamał profesor. Głos mu drżał.

    Minęli kępę gęstych zarośli i droga, która zwęziła się do rozmiarów ścieżki, skręciła ostro w lewo. W światłach ukazała się następna kępa krzewów, większa, z półkolistym zwieńczeniem z gałęzi u góry.

    Mam tam wjechać?

    Tak. Tylko błagam cię, powoli. I wyłącz światła.

    Co?!

    Jedź na postojowych – sprecyzował poirytowanym głosem profesor. – I powoli!

    Dobrze, dobrze.

    Madej zrobił wszystko zgodnie z nerwowymi instrukcjami profesora. Ten z wybałuszonymi od natężonej uwagi oczyma wpatrywał się w krzaki, jakby chciał wzrokiem rozchylić pędy dzikiego bzu i utorować im drogę.

    Stój! – zakrzyknął w pewnym momencie i Madej wdepnął hamulec. Samochód zatrzymał się i zgasł. Profesor wyjął z torby Madeja swój laptop, rozłożył na kolanach i włączył.

    Teraz możesz się na chwilę zdrzemnąć.

    A co ty będziesz robił?

    Muszę coś napisać?

    Co?! Teraz?

    Przestań się pytać „co?”, jak półgłówek, tylko wyłącz te cholerne światła postojowe i daj mi pół godziny. Może trzy kwadranse.

    Co chcesz napisać?

    Zakończenie naszej historii.

    Madej miał ochotę krzyknąć, ale ugryzł się w język. Następne „co” mogło wywołać niepotrzebną burzę. Wyłączył światła, rozejrzał się po ciemnościach wkoło i stwierdziwszy, że patrzenie w którąkolwiek stronę jest pozbawione sensu, oparł się o fotel i zamknął oczy. Był przekonany, że po wieczornych kawach nie zmruży oka, ale zasnął prawie od razu.

    Śnił mu się młody człowiek w staroświeckim stroju, który szpadą rozcinał brzuch wielkiego jaszczura. Z gadziego wnętrza sypały się drogie kamienie. Najwięcej było czerwonych. Świeciły.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #19

    Aspirant Bartosz Macerak rzeczywiście przybył pod budynek szpitala bardzo szybko, w pół godziny od telefonu inspektora. Madej czekał na niego przed wyjściem. Wsiadł na miejsce pasażera i powtrzymał dłonią aspiranta, który właśnie zabierał się składania raportu.

    – Później. Masz drugi samochód? – spytał.

    Macerak pokazał na włączone reflektory pojazdu na drugim końcu skweru.

    – Ale, panie Florianie, nie wiem, czy to najlepszy pomysł. To, co się dzisiaj działo w mieście… Komendant Pliszka biegał po całym gmachu i pomstował na wszystkich, jakby to u nas na Mogilskiej znajdowało się źródło tej całej katastrofy. Na pana też. Za to, że pana nie ma. Kiedy pan wróci?

    – Nie wiem. Później sobie pogwarzymy, teraz jest robota.

    Przyjrzał się krytycznie swojemu pomocnikowi, po czym sięgnął po swoją staroświecką torbę, z którą wyglądał jak księgowy z fabryki zabawek, i zaczął wyjmować ubrania: koszulkę, spodnie i bluzę z kapturem.

    – Słuchaj, Bartek, trzeba wyciągnąć tego profesorka z oddziału zamkniętego. Ubierz się w to.

    Ignorując protesty aspiranta zaczął mu rozpinać skórzaną kurtkę. Kilka minut zajęło im naciągnięcie jednych spodni na drugie. W trakcie przebieranki Madej tłumaczył Macerakowi:

    – Posiedzisz z godzinę, a potem jakby nigdy nic zejdziesz na dół do wyjścia. Może się uda, a gdyby jednak cię chcieli zatrzymać na portierni, powiedz prawdę, że jesteś tym drugim policjantem i wychodzisz, bo skończyłeś robotę. Jakby się dopytywali, co to za robota, powiedz, że to tajemnica służbowa i nie wolno ci zdradzać szczegółów. I im też zabroń mówić. Na wszelki wypadek, to zawsze działa. Tylko pamiętaj, nie wcześniej niż za godzinę od naszego wyjścia. Poleżysz sobie i poczytasz. Profesor na pewno tam ma jakieś mądre książki, dokształcisz się. Jasne?

    – A jak ktoś wcześniej przyjdzie?

    – Nie wiem, coś wykombinujesz. Zamknij się od środka i nie otwieraj. Udawał głuchego. Albo stukniętego, to w końcu wariatkowo.

    Aspirant Macerak skinął głową bez przekonania. Wahał się, czy zadawać następne pytania, które cisnęły mu się na usta, ale inspektor powstrzymał go ręką.

    – Później, wszystko później, Bartek. Na razie wyprowadzamy profesora. Gotowy?

    www.unsplash.com/Ibrahim Boran

     

    Wysiedli równocześnie i zdecydowanym krokiem ruszyli ku wejściu do budynku. Macerak narzucił kaptur na głowę i włożył ręce do kieszeni, żeby wyglądać na pewnego siebie luzaka, co mu się całkiem nieźle udało. Portierowi wyjaśnili, że już mają skompletowane dokumenty i mogą przystąpić do przesłuchania, ale nawet niespecjalnie słuchał. Wgapiał się w telewizyjne powtórki wiadomości z krakowskich wydarzeń sprzed kilkunastu godzin.

    Profesor siedział na łóżku. Twarz ukrył w dłoniach i ciężko oddychał. Wygląda nieszczególnie, pomyślał inspektor na jego widok, nie jest wcale pewne, że da radę. Na odwrót było już jednak za późno. Zbyt wiele sobie nawzajem powiedzieli o tej dziwnej i niepokojącej sprawie, która dawno przekroczyła granice nie tylko zdrowego rozsądku, ale i jakiegokolwiek racjonalizmu. Podjęli decyzję o niewiadomym stopniu ryzyka, ale trudną do cofnięcia. W dodatku wynikała ona z jedynego planu, jaki im przyszedł do głowy. Nie było alternatywy.

    – Panie inspektorze – zaczął Macerak, kiedy profesor się przebierał. – Nie wiem, jakie pan… panowie macie plany, ale dzisiaj przyszły do nas na komendę dwie kobiety z tej księgarni na Podwalu, co się spaliła przed południem. Koniecznie chciały rozmawiać z panem, ale ostatecznie zgodziły się opowiedzieć mnie. Otóż twierdziły, że widziały tego podpalacza. Mówiły, że kilka razy ostatnio przychodził do nich i zawsze szedł na piętro, gdzie przeglądał stojaki z płytami CD. Opisały mi jego wygląd. Spytałem, skąd wiedzą, że to on, ale nie umiały podać rozsądnego powodu. Po prostu były pewne intuicyjnie. Jak to baby.

    – Jak on wyglądał? – spytał nagle profesor. Znieruchomiał z jedną ręką w rękawie bluzy.

    – Wysoki, przygarbiony, z długimi siwymi włosami spiętymi w kucyk. Jedna z nich twierdziła, że te włosy były jakieś dziwne. „Rzadkie i szare jak popiół”, tak się wyraziła. Miało to okropnie wyglądać, bo przez te rzadkie włosy prześwitywała różowa skóra. Taka złuszczona i sucha. A twarz miał w plamach i bliznach, jak po oparzeniu.

    – Plastyczny opis, nie powiem – stwierdził Madej. – Musiały mu się rzeczywiście przyglądać. I co, namierzyliście go?

    – Posłałem ten opis chłopakom z cybersekcji i coś tam z nim kombinują. Niestety, nie ma nagrań z kamer. Wszystkie uległy zniszczeniu w pożarze.

    – Super – ucieszył się Madej. – Palą się wszystkie ognioodporne kamery przemysłowe, ale jakimś cudem zostaje płyta z audiobookiem. Jak to możliwe?

    – Jakimś cudem… – zgodził się Macerak.

    Profesor się nie odzywał, w milczeniu pakując swoje rzeczy do małego plecaczka. Robił to jednak w jakimś napięciu, na zesztywniałych ścięgnach, jakby proste czynności przychodziły mu z najwyższym trudem, co nie uszło uwagi inspektora. Powinni się śpieszyć, zanim facet nie pęknie i się nie rozmyśli. Jako się rzekło, odwrotu już za bardzo nie ma. A wieczność jest niema, buchacha…

    Kiedy byli gotowi, inspektor Madej pożegnał się ze swoim podopiecznym mocnym uściskiem ramion.

    – Prowadź śledztwo jakby nigdy nic. To znaczy tak, jak trzeba, jak cię uczyłem. Spróbuj znaleźć tego siwego z księgarni, pogadaj z tymi kobietami, niech ci to opowiedzą jeszcze raz. Drugie opowiadanie tego samego to najlepsza weryfikacja. Będziesz od razu widział, gdzie fakty, a gdzie fantazje podnieconych widzów. To podstawa. A później mi wszystko zameldujesz…

    – No właśnie – wtrącił Macerak. – Gdzie mam pana szukać?

    Niezręczne milczenie nie mogło trwać zbyt długo, więc inspektor je szybko przerwał.

    – Ja się do ciebie zgłoszę… w odpowiednim momencie. – Zerknął z ukosa na profesora i szybko dodał: – Jak załatwimy sprawę.

    Na tym trzeba było poprzestać, ponieważ każdy następny temat niebezpiecznie zbliżał się do pytania: dokąd i po co wybierają się ci dwaj faceci w środku nocy?

    Ucieczka przebiegła zgodnie z planem. Inspektor z profesorem wyszli z budynku szpitala, machając niedbale portierowi na pożegnanie, wsiedli do podstawionego przez Maceraka samochodu i bez problemu opuścili teren szpitala. Do nawigacji wpisali nazwę miejscowości, nie dlatego, że nie znali trasy, tylko by łatwiej poruszać się bocznymi drogami. Nie chcieli kolejnym kontrolom drogowym machać przed nosami policyjną legitymacją Madeja i tłumaczyć, że to misja poufna i niecierpiąca zwłoki. Po ostatnich zamieszkach wszędzie pełno było patroli i blokad na głównych szosach.

    – Będziemy tam w środku nocy – mruknął Madej, żeby przerwać ciszę.

    Na próżno. Zawijas wciąż milczał i wgapiał się w czarną noc za oknem. W miarę oddalania się od Krakowa samochodów było coraz mniej, aż wreszcie jechali zupełnie sami. Wkoło roztaczały się egipskie ciemności, tylko gdzieniegdzie świeciły pojedyncze domy w oddali, jak duchy przycupnięte wśród pochyłych podbeskidzkich pól. Przydrożne chaszcze w światłach reflektorów rosły, olbrzymiały do budzących lęk rozmiarów i następnie znikały równie szybko, jak się pojawiły. Przebiegł im drogę przerażony zając, rozpaczliwie przebierając łapkami po asfalcie, by wkrótce zniknąć w wysokiej trawie. Płochliwa sarna wyskoczyła z lasu, dobiegła do krawędzi drogi i ostro skręciła z powrotem między drzewa. Raz nawet ogromna sowa zamachała im skrzydłami tuż nad przednią szybą, zanim poszybowała w górę ku gwiazdom. Madej nacisnął hamulec, samochód zatrzymał się nagle na środku szosy. Silnik zgasł, reflektory również. Siedzieli chwilę w zupełnej ciszy. Madejowi zdawało się, że słyszy szum gwiazd nad głową.

    – Co jest? – spytał profesor.

    – Nie, to moje pytanie. Co jest?

    – Nie jedziemy dalej?

    – Jeśli już chce pan koniecznie takich dosłownych deklaracji, to proszę bardzo: nie ruszę dalej, dopóki pan nie zacznie mówić.

    W ciemnej kabinie wysłużonego opla vectry rozległo się westchnienie. Przez kilkanaście sekund było ono jedynym dźwiękiem, dopóki nie odezwał się profesor.

    – Dobrze, powiem. A co chciałby pan wiedzieć?

    W tej samej sekundzie, kiedy profesor skończył mówić, niebo przeciął świetlisty meteor. Sunął mocną wstęgą i przed zgaśnięciem wybuchł pomarańczową flarą, już nisko nad horyzontem. Pojawił się dokładnie na wprost, przed przednią szybą samochodu, jakby specjalnie dla nich. W jego śmiertelnej eksplozji było coś dramatycznego i kategorycznego, jak okrzyk, więcej, jak rozpaczliwe wycie ginącego zwierzęcia.

    www.unsplash.com/Vincentiu Solomon

    Inspektor nagle stwierdził, że dłużej tego nie zniesie. Szarpnął klamkę, wysiadł i ruszył na piechotę z powrotem wzdłuż drogi. Szedł szybko, energicznie, potykając się teatralnie i brnąc w mrok, jakby chciał namacalnie sprawdzić metaforę o gęstości wrześniowej nocy. A noc istotnie była czarna i gęsta jak smoła. Zawijas dogonił go po dłuższej chwili i schwycił za rękaw.

    – Proszę wracać.

    – Nie.

    – Ile pan ma lat?

    – Co?!

    – Ja mam pięćdziesiąt osiem. A pan?

    – Pięćdziesiąt trzy.

    – No to ja jestem starszy. Mówmy sobie po imieniu. Olek.

    Namacał w ciemności dłoń inspektora i mocno nią potrząsnął. Zaskoczony Madej chciał wyrwać rękę, ale akurat z tyłu nadjechał samochód i oświetlił ich ksenonową bielą. W tej sytuacji szarpanie się dwóch facetów na poboczu, sto metrów za porzuconym pojazdem z otwartymi drzwiami, nie wyglądało najlepiej. Madej zesztywniał.

    – Szlag mnie trafi! – krzyknął w górę do rozgwieżdżonego nieba. – To jest przecież jakaś jedna wielka, popieprzona paranoja! Chciałbym, do jasnej cholery, coś z tego zrozumieć! Niech mi to ktoś wreszcie wytłumaczy! Niech ktoś coś w ogóle powie! – Nie czuł się dostatecznie usatysfakcjonowany, więc dorzucił na koniec: – Kurwa wasza mać!

    Po wyrzuceniu z siebie nadmiaru napięć inspektor Madej dał się profesorowi objąć za ramię i odprowadzić do samochodu. Kiedy już usiedli na swoich miejscach i inspektor jako tako odzyskał równowagę, jego towarzysz poklepał go po wierzchu dłoni.

    – Jedźmy, Florianie. Nie mamy zbyt wiele czasu. Prawdopodobnie bardzo mało.

    – To straszne – odparł ze irytacją inspektor.

    – Straszne to jest twoje imię. To się jakoś zdrabnia? Chyba nie Florek? Kojarzy mi się z psem z kreskówki… hmm, przepraszam, nie o to mi chodziło.

    Zaburczał silnik vectry i ruszyli w ciemność.

    – Nie, spoko. Pies może być. Też świnka, albo owieczka. Baran Florian – niezłe, co? Nawet się zgrywa brzmieniowo. Ty na pewno masz na to jakąś fachową nazwę.

    – Harmonia zgłoskowa. No to jak cię zdrabniają? Jak żona mówi do ciebie?

    – Nie pamiętam, od dawna już nie mówiła.

    – No dobra, to ktoś inny. Córka. Nie, bez sensu, córka mówi „papciu”. A mama? Jak wołała mama?

    – Głupio.

    – No już, nie wstydź się. Obiecuję się nie śmiać.

    – Flori.

    Profesor zakaszlał, a później jeszcze chrząknął.

    – Ale to jak byłem mały. Później zmieniła na Floro. Koledzy podchwycili i zrobili ze mnie hrabiego De Floro.

    – Bardzo cię to wkurzało?

    – Trochę. Chyba dlatego zostałem policjantem – żeby jak najszybciej dostać broń.

    – To jak mam w końcu mówić?

    – W pracy wołają Lorek. Jest okej.

    Dojechali do skrzyżowania w jakiejś beskidzkiej wsi i w światłach latarni mogli nareszcie po dłuższej przerwie spojrzeć sobie w oczy. Inspektor był zacięty, profesor smutny, ale spokojny.

    Przejechali całą wieś i dotarli do krętej serpentyny, ciągnącej się w górę aż do przełęczy. Za ostatni domem skończyły się latarnie i znowu zapadła ciemność. Kiedy wyjechali już całkiem wysoko, Zawijas odwrócił się i spojrzał w dół na światła w dolinie. Wielkie, żółte pogorzelisko. Kołyska niedogasłych gwiazd, które pospadały z nieba. Gniazdo elektrycznych wspomnień.

    – Dobra, niech będzie Lorek. No więc słuchaj, Lorek…

    – Nie zaczynamy zdania od „no więc”.

    – Ale jak ktoś wie, to już może. Trochę jak z tymi widelcami i rybą. No więc słuchaj, Lorek, to nie będzie łatwe, ponieważ jednak dalej będzie tylko gorzej, zacznijmy od razu. Ten facet w księgarni to mógł być Krzysztof. Mój szkolny przyjaciel. Wiesz, wysoki, chudy, zgarbiony, z długimi siwymi włosami. Przyszedł do miasta po mnie. Nie żyje od czterdziestu lat, ale przyszedł. W jakimś sensie to jest on, o ile uda nam się zrobić to, co zaplanowaliśmy. To znaczy, jeśli dotrzemy na miejsce i wejdziemy do starego młyna, gdzie on powinien być. Chociaż go nie ma. Bo to jest coś w rodzaju dowodu, co chcemy zrobić, rozumiesz?

    – Nie.

    – Tak myślałem. To może zacznę od początku.

    I profesor Aleksander Zawijas zaczął opowiadać. Pod koniec szło mu wolniej, z trudem kończył zdania i dłużej dobierał słowa. Inspektor Madej był pewien, że gdyby było widno, zobaczyłby na jego twarzy łzy, jak parę godzin wcześniej zobaczył łzy na twarzy jego żony Magdy. Cóż – gdyby jednak było widno, cała historia pewnie by się w ogóle nie wydarzyła.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #18

    Chłopiec ma dziesięć lat i boi się wejść do starego młyna. Codziennie wracając ze szkoły mija starą, opuszczoną ruinę i przez dziurę po drzwiach wejściowych zerka do wnętrza, nigdy jednak nie przekroczył progu. Tam, w głębi, jest ciemno i chłodno, bije stamtąd wilgotna i nieprzychylna cisza. Martwa cisza. Nic tam nie mieszka, nic nie porusza się w chłodnej wilgoci, stary młyn zatrzymał się na zawsze. Czasami w słoneczne dni, w smudze światła padającego z okienka na południowej ścianie tańczą drobinki kurzu, chłopiec jednak dobrze wie, że to złudzenie. Nic się nie porusza. Młyn stoi. Chłopiec również stoi. Zatrzymał się przed kamiennym progiem i ostrożnie wdycha tę pulsującą, chłodną wilgoć.

    Pewnego dnia chłopiec ma już dwanaście lat i postanawia wejść do starego młyna. Całą powrotną drogę ze szkoły do domu zbiera się na odwagę:. musi tam wejść. Od rana przeczuwał, że tak będzie. W szkole na przerwie pewna dziewczyna o zielonych oczach, której się wpisał do pamiętnika, przeczytała jego słowa i wybuchła śmiechem, a potem pokazała jego wpis koleżankom, które również się śmiały. To zdecydowało. Idzie wolnym, uważnym krokiem i bez wahania skręca na betonową kładkę przerzuconą pomiędzy szosą a wejściem. Jest szary, wrześniowy dzień z mgłą nad łąkami, która od rana nie chce się podnieść, ani opaść. Dzięki szarości na zewnątrz młyn w środku nie jest tak ciemny i straszny. Po przekroczeniu progu chłopiec czeka chwilę, a kiedy oczy oswajają się z mrokiem, rusza w głąb.

    Myśli o śmierci. Już raz o niej myślał, w pewne słoneczne letnie południe, kiedy położył się w trawie i z rękami pod głową patrzył na płynące po niebie obłoki. Wyobraził sobie wtedy, że siedzi okrakiem na czymś takim miękkim i białym w górze, wysoko nad całym światem, i płynie beztrosko w dal. Całkiem jak Dyzio Marzyciel. Wiatr przyjemnie głaszcze go po policzkach, ziemia w dole jest mała i nieważna, jak obrazek z kalendarza. On płynie i po raz pierwszy oddycha całą pełnią swoich astmatycznych płuc. Nie chce wracać na ziemię. Tu jest lepiej. Nareszcie dobrze. Widzi swoje ciało spadające na łąkę i roztrzaskujące się na tysiące kawałków, i wcale mu to nie przeszkadza. Tu jest dobrze.

    www.unsplash.com/Adrian Dascal

    Stary młyn ma swój najciemniejszy kąt i chłopiec po krótkim wahaniu tam kieruje swoje kroki. Mija zwalistą bryłę obudowy silnika z przytwierdzoną doń mosiężną tabliczką, na której wypukłe litery DEUTZ widoczne są mimo grubej warstwy kurzu. Podłoga jest drewniana i cicho skrzypi. Chłopiec idzie z wyciągniętymi przed siebie rękami, niepewny pogrążonej w półmroku przestrzeni.

    W najciemniejszym kącie stoi ubrany na czarno mężczyzna.

    Chłopiec domyśla się czarnego stroju, ponieważ w ciemności widzi tylko białą twarz, bez włosów i brwi, oraz jasne plamy dłoni na wysokości bioder. Mężczyzna patrzy na niego i nic nie mówi. Chłopiec znajduje się jeszcze w strefie szarego półmroku i ma wybór. Może odwrócić się i uciec. Nie robi tego. Dzisiaj rano, wkrótce po niefortunnej historii z pamiętnikiem dziewczyny o zielonych oczach, postanowił już nie bać się niczego i poszukać śmierci w najbardziej brawurowych i niebezpiecznych misjach. Pierwsza z nich to wejście do starego młyna.

    – Długo pan tu czeka? – pyta drżącym głosem. Odwagę można sobie postanowić, ale strach ma swoje prawa.

    – Długo – przytakuje mężczyzna.

    – Dlaczego na mnie?

    – Trudno powiedzieć. Może dlatego, że zatrzymujesz się tu codziennie i zaglądasz do środka. Pragnienia torują drogę rzeczom, nie odwrotnie.

    – Nie bardzo rozumiem.

    – Nie szkodzi. Kiedyś zrozumiesz.

    Mężczyzna ma głos niski i miękki, o którym się mówi: aksamitny. Bardzo przyjemny i chłopiec chce go jeszcze trochę posłuchać.

    – Dorośli w kółko mi to powtarzają.

    – Co powtarzają?

    – Że kiedyś zrozumiem.

    – Bo to prawda – mówi mężczyzna stojący w najciemniejszym kącie starego młyna. – Dlatego i ja tak powiedziałem. Kłopot w tym, że zrozumienie spraw, o których mówią dorośli, przychodzi za późno i niczego tak naprawdę nie wyjaśnia. Nawet jeśli zrozumiesz, twoje rozumienie do niczego ci się nie przyda. Ból pozostanie bólem.

    – Znowu nie rozumiem. Dlaczego ból?

    Mężczyzna nie odpowiada, tylko patrzy. Obaj milczą dłuższą chwilę. Oczy chłopca przystosowują się do ciemności i widzą coraz więcej szczegółów. Strop młyna podparty jest drewnianymi filarami, z których najbliższy stoi tuż obok niego. Na wbitym w rozeschłe i spękane drewno gwoździu wisi gruby sznur z pętlą. Ktoś go niedawno używał, warstwa mącznego pyłu jest naruszona. Dalej zwisa z sufitu ogromny lej o kwadratowym przekroju, pod jego wylotem stoi beczka. Za lejem następny element wyposażenia – skręcona drewniana rynna, opadająca aż do podłogi i przypominająca dziecięcą zjeżdżalnię w parku. Chłopiec domyśla się, że służy do spuszczania z piętra worków z mąką. Jest wyślizgana i jej powierzchnia błyszczy w okruchach światła, jak gdyby ostatni worek zjechał dosłownie kilka minut temu. W całej hali pachnie sianem i chlebem.

    – Chcesz sobie zjechać? – pyta mężczyzna. Chłopak waha się bardzo krótko.

    – Tak.

    Mężczyzna wychodzi z najciemniejszego kąta i zatrzymuje się przed chłopcem. Rzeczywiście ma na sobie czarne ubranie. Spodnie, buty, surdut i kamizelka pod nim – wszystko jest czarne, prócz białej koszuli. Teraz chłopiec widzi, że mężczyzna nie jest pozbawiony włosów, lecz siwy. Jego brwi i rzęsy również są białe.

    – Musimy wejść na górę – stwierdza wyjaśniająco mężczyzna i nie czekając na odpowiedź, rusza w kierunku metalowych schodów pod ścianą.

    Chłopiec posłusznie rusza za nim, ani trochę niezdziwiony swoją odwagą. Przecież od rana się do niej przygotowywał. Dzisiaj może zrobić wszystko, czego dotychczas nie umiał w swoim krótkim życiu. Wejście po schodach na piętro starego młyna wydaje się logiczną konsekwencją jego decyzji, by tu w ogóle wejść. W głębi duszy pragnął tego od dawna, i ta głupia niewdzięcznica o zielonych oczach znakomicie ułatwiła mu dzisiejsze zadanie. Pragnął śmierci w starym młynie. Właśnie tak. Stwierdził w duchu, że zaczyna trochę rozumieć, o co chodzi z tymi pragnieniami, które torują drogę rzeczom.

    Mężczyzna idzie pierwszy, chłopiec za nim.

    – Jak się pan nazywa?

    – A ty? Najpierw należy się przedstawić samemu, potem pytać drugą osobę.

    – Ja jestem Olek.

    – Czyli Aleksander. A ja Asmodeusz. Obaj na A.

    – Myśli pan, że to coś znaczy?

    – Wszystko znaczy.

    Chłopiec nie daje za wygraną, chce mówić.

    – Hmm. Dziwne imię. Nigdy takiego nie słyszałem.

    – Może i dziwne. Nie ja wybierałem.

    – Moje wybierała mama. Mówiła, że to po jakimś fajnym wujku. Ale ja go nie znałem, umarł, zanim się urodziłem. Pan tu pracuje?

    Mężczyzna nie odpowiada i chłopiec domyśla się, że zadał nietaktowne pytanie.

    Wchodzą na piętro, które tak naprawdę jest wielkim strychem, zwieńczonym ukośnym dachem. Przez pojedyncze dziury po rozbitych dachówkach wpada tu nieco więcej światła, niż na dole. Jest sucho i ciepło. Dookoła niskich ścian stoją rzędami pełne worki, wszędzie pachnie mąką i kurzem. Młyn już wcale nie wygląda na ruinę, tylko na nieźle prosperujący zakład, w którym pracę zakończono dosłownie przed chwilą. Chłopiec kładzie dłoń na masywnej obudowie silnika i przekonuje się, że jest ciepła. Podnosi wzrok, przez dziury w dachu wpadają promienie słońca.

    – Tędy – mówi mężczyzna lekko popychając go w kierunku otworu ze zjeżdżalnią dla worków. Przez okienko w szczycie budynku chłopiec widzi błękitne niebo, a przez drugie, niższe, widzi również zieloną łąkę i niebieskie lustro stawu za wsią, na nim białe kropki łabędzi. Na łące kwitną kwiatki. Wszystko się zmieniło, jest wiosna.

    Tak, myśli, to jest moja śmierć.

    – Jedziesz? – pyta mężczyzna wskazując początek błyszczącej rynny. – To tylko chwila.

    – Wiem – mówi chłopiec. – Marzyłem o tym od dwóch lat. Pragnienia torują drogę rzeczom.

    Mężczyzna uśmiecha się, po czym pomaga mu usiąść na wyślizganym drewnie i zanim tamten zdąży się wygodnie usadowić, popycha go mocno za ramiona.

    – Hooooop! – woła i chce jeszcze coś powiedzieć, ale z jego gardła wydobywa się tylko niewyraźny charkot. Już nie brzmi aksamitnie, raczej zwierzęco.

    Chłopiec sunie. Wpada w prędki, ciasny wir, krew uderza nagłym skurczem w skronie i oczy same zamykają się od oszałamiającego ruchu. Powietrze świszczy. Na początku jest trochę jak na karuzeli, kiedy jednak jazda się przedłuża i wydaje mu się, że już dawno powinien wylądować na podłodze dolnego poziomu, próbuje otworzyć oczy. Nie potrafi. Powieki są jak sklejone. Ciało nabiera prędkości, szum w uszach staje się nie do zniesienia, chłopiec otwiera usta i krzyczy. Wyje z całych sił, jak to kiedyś istotnie robił na karuzeli, gdy osiągnęła najwyższe obroty i krzesełko na łańcuchach leciało prawie poziomo. Krzyk pomaga. Nagle, kiedy prędkość staje się zawrotna i jego ciało wiruje jak w bębnie pralki, świst się ucina i chłopiec jak z procy wylatuje w pustkę. Chwilę szybuje w stanie nieważkości, a kiedy wibracje ustają i krew w skroniach się uspokaja, nareszcie otwiera oczy.

    Leci nad ziemią. Okrakiem dosiada małej chmurki i płynie w powietrzu nad zieloną krainą. Jest ciepły maj, świeci słońce. Jego ciało nic nie waży. Spogląda w dół i widzi dokładnie to, co chciał widzieć: domy wielkości klocków wzdłuż szarej wstążki szosy, którą jeszcze przed chwilą kroczył; prostokąty pól, jedne jasne i suche, inne już zazielenione; błotnista droga wzdłuż stawu; ciemna plama lasu; niebieska plama wody; żółta plama rzepaku…

    – O to chodziło?

    Chłopiec wzdryga się i gwałtownie odwraca. Mężczyzna w czarnym ubraniu jest tuż za nim. Siedzi okrakiem na tej samej chmurce, zupełnie jakby jechali na jednym motocyklu, albo kłusowali na jednym wierzchowcu. Kładzie rękę na ramieniu chłopca. Ręka jest zimna i ciężka.

    – Tak.

    W dole na powierzchni stawu podrywa się stado cyranek. Chwilę biją wodę skrzydłami i unoszą się z krzykiem, zostawiając za sobą długie bruzdy, które zaraz znikają. Kaczki tną przestwór szybkimi, nerwowymi ruchami, lecą na wschód i wkrótce znikają za lasem, gdzie lśni szaroniebieskie oko następnego stawu. Chłopiec dobrze pamięta, że już je raz widział, wiosną tego roku. Dokładnie tak samo zerwały się z wody i z wrzaskiem poleciały za Jaszowiecki Las, kiedy wkroczył na groblę i nagłym ruchem rozgarnął suche, zeszłoroczne trzciny. Jeszcze chwila i drogą od południa nadjedzie samochód dostawczy ze świeżym chlebem do jedynego we wsi sklepu. O, już jedzie, kołysząc się na nierównej nawierzchni, która za kilka lat zostanie pokryta asfaltem aż do następnej wsi, ale on jeszcze o tym nie wie. Na razie z uwagą obserwuje maleńki samochód. Tak, to on, skręcił i parkuje pod sklepem w starym domu Zemły. Zaraz z szoferki wyskoczy młody kierowca w obcisłych dżinsach i flanelowej koszuli z podwiniętymi rękawami, opuści z tyłu klapę żuka i przysunie do krawędzi druciane kosze z pieczywem. Będzie brał po dwa w ręce w płóciennych rękawicach i rzucał drugiemu, który stanie na progu magazynu. Chłopiec obserwował ich wiele razy. Są doskonale zgrani, jeszcze nigdy żaden bochenek im nie upadł.

    www.unsplash.com/Wesual Click

    – Widzisz swój dom? – pyta mężczyzna siedzący tuż za nim. Chłopiec nie czuje ani jego oddechu na karku, ani ciepłej bliskości ludzkiego ciała. Czuje chłód. Myśli, że to dobrze, że tak powinno być.

    – Jest za nami, musimy się odwrócić.

    – To nie takie proste. Przypominam ci, że siedzisz na chmurze, a wiatr wieje w jednym kierunku.

    Istotnie, obraz pod nimi przesuwa się na zachód i jego rodzinna wieś zostaje za ich plecami. Chłopiec usiłuje się odwrócić, ale powiewające na wietrze poły czarnego surduta przesłaniają widok. Wychyla się na bok, przytrzymuje ręką fruwający materiał…

    – Powinien być gdzieś tam – pokazuje za siebie w dół i wtedy czuje, jak jego nieważkie ciało nagle zsuwa się z obłoczka i spada w otchłań. Chłopiec chce krzyczeć, ale pęd powietrza zatyka mu usta, więc tylko rozkłada ramiona i próbuje sterować swoim upadkiem. Na niewiele się to zdaje. Ziemia przybliża się z szaloną prędkością, widzi coraz wyraźniej szczegóły topograficzne, takie jak linia przydrożnych drzew, miedza wśród pól, kępa krzewów, grudy zoranej gleby, coraz większe i większe, coraz prędzej i prędzej…

    Bach!

    Siedzi na zakurzonej podłodze starego młyna. Z rozpostartymi ramionami i otwartymi do krzyku ustami, z których wydobywa się świszczący oddech. Pośladki trochę go bolą od twardego lądowania. Odwraca się. Środkiem zjeżdżalni dla worków biegnie z góry ciemna smuga, pozostawiona przez jego szkolne spodnie. Chwilę dyszy ciężko, a kiedy łomot serca trochę zwalnia, podnosi się i rozgląda wkoło. Jest ciemno i wilgotno, w szparze po drzwiach widzi szare i brzydkie wrześniowe popołudnie. Drogą przejeżdża samochód, jego warkot dochodzi do uszu chłopca z daleka, jakby zza grubej szyby. Waha się, ale krótko. Dzisiaj może zrobić wszystko. Wraca do metalowych schodów i wchodzi na górę jeszcze raz. Na wszelki wypadek. Krąży po piętrze i zagląda we wszystkie zakamarki, ale oczywiście nikogo nie ma. Podchodzi do wylotu zjeżdżalni, kuca, dotyka palcem wytartego jego własnymi spodniami kurzu. Jeszcze raz? Nie, nie dzisiaj. Wszystko nie znaczy za dużo. Wróci tu jutro.

    Zabiera z podłogi pobrudzony szkolny plecak i wychodzi. Idąc do wyjścia, klepie dłonią obudowę silnika z tabliczką DEUTZ. Blacha jest lekko ciepła. Wieczorem przed zaśnięciem wyjmuje z szafki czysty zeszyt i na jego okładce pisze nierównymi, drukowanymi literami: STARY MŁYN. Zapisuje pierwsze zdania i postanawia, że będzie codziennie tam wchodził i notował swoje doznania. Wszystko, co zapamięta i przeżyje.

    Ale nie ma następnego razu. Przez następne dni podczas powrotów ze szkoły przekracza betonowy próg zrujnowanego młyna i nic się nie wydarza. Nie ma nikogo. Nie ma również masywnej obudowy silnika z napisem, ani drewnianej zjeżdżalni na worki. W jej miejscu zwisa z sufitu przegniły fragment słupa, z którego jak ze stalaktytu kapią krople wody. Schody na piętro nie istnieją.

    To znaczy owszem, ktoś się pojawia. W najciemniejszym kącie młyna przez pewien czas mieszka rodzina szczurów. Później w jej miejsce przychodzi kot, który za każdym razem na widok intruza z głośnym miauczeniem wyskakuje przez oczodół okna. Chłopiec ucieka. Kiedy pewnego dnia, mniej więcej dwa miesiące po tamtej przejażdżce na chmurze, staje w progu starego młyna i w nozdrza uderza go okropny smród padliny, rezygnuje. Nie ma sensu. W ciągu następnych lat będzie tam jeszcze przez sporadycznie zaglądał, ale tylko po to, by się upewnić, że mężczyzna w czarnym surducie nigdy więcej nie przyjdzie.

    Chłopiec jednak pisze.

    Zapełnił już dwa zeszyty i zaczął trzeci, kiedy z mroków niepamięci wyłania się właściwy początek tej historii. Aleksander Zawijas doskonale pamięta tamten mroźny styczniowy dzień. Z powodu ataku zimy lekcje w szkole odwołane zostają na tydzień i właśnie wracają z kolegą do domu oblodzonym poboczem głośno zastanawiając się, czym wypełnić wolny czas. Rozmowa koncentruje się wokół książek, ponieważ Krzysztof również lubi czytać. Chwilę przerzucają się ulubionymi tytułami, padają nazwiska Dostojewskiego, Manna, Kafki, Hemingwaya, Gombrowicza. Jeszcze wszystkiego nie czytali, ale znają już tytuły i będą szukać na półkach domowych bibliotek.

    Zanim dojdą do domu Olek, uwiedziony literacką wrażliwością Krzysztofa, zaproponuje mu lekturę swoich zapisków. Od dawna bardzo chce je komuś pokazać, ale nie natrafił dotychczas na odpowiedniego kandydata. Jego nowy kolega nadaje się znakomicie. Następnego dnia zanosi mu swoje dwa bruliony i przez następny mroźny tydzień czeka w napięciu na werdykt. Krzysztof przychodzi wreszcie z wizytą, bruliony ma pod pachą, a na twarzy trupią bladość. Jest pod ogromnym wrażeniem notatek Olka. Rozmawiają aż do późnego wieczora. Mogliby znacznie dłużej, ale mama Olka przerywa tę namiętną literacką sesję i wysyła ich do łóżek.

    Czy to wtedy zaczęła się ta niewiarygodna przygoda? Czy tamtego wieczora zostało powiedziane jedno zdanie za dużo? Może nawet jedno słowo, które uruchomiło śmiercionośną lawinę? Profesor Aleksander Zawijas jeszcze tego nie wie, ale samo wspomnienie dawnej historii i przyjaciela z lat szkolnych dotyka go w sposób bolesny. I niezwykle prawdziwy, jak to zdarza się tylko wyjątkowo trafnym intuicjom. Czy to możliwe, by ta katastrofa była ciągiem dalszym? Pragnął jej? Czekał na nią przez te wszystkie lata, jak czekał w starym młynie na człowieka w czarnym surducie? Czy mogłoby być aż tak… ciemno?

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    Właśnie pomyślał sobie, że to właściwie zagadka kryminalna i przydałaby mu się pomoc człowieka, któremu całkiem niedawno sam odmówił pomocy, gdy usłyszał:

    – Panie profesorze, ma pan gościa.

    Głos pielęgniarki wyrwał go wprost z samego dna wspomnień. Zamrugał oczami i pokazał na zegarek.

    – O tej porze?

    – To nie jest zwykły gość. Sam pan zobaczy. Oczywiście, jeśli pozwoli mi pan go wpuścić. To policjant.

    Pokiwał ze zdziwieniem głową jak człowiek, który musi się pogodzić z nieuchronnym, co pielęgniarka odczytała jako wyrażenie zgody. Po chwili do pokoju wkroczył inspektor Florian Madej. Z pewnym skonsternowaniem Aleksander Zawijas stwierdził, że wcale go to nie dziwi.

    – Przepraszam, panie profesorze, ale musiałem – zaczął od progu inspektor. – Nie wiem, czy pan słyszał, co się dzieje w mieście…

    – Słyszałem.

    – No właśnie, to już nie są żarty, ani gra w literackie skojarzenia. Ruszyła lawina zdarzeń, której nikt nie potrafi zatrzymać, chociaż w naszej siedzibie na Mogilskiej odbywa się właśnie narada, w której bierze udział minister, przekonany, że potrafi zatrzymać wszystko. Jestem tutaj, bo… bo uważam, że pan coś ukrywa w sprawie tego audiobooka, że nie był pan ze mną całkiem szczery i powinniśmy wrócić do naszej rozmowy, tam, w gabinecie, kiedy usłyszeliśmy ten głos z płyty i pan zrobił taką minę, jakby pan ten głos znał. To prawda, profesorze? Rozpoznał go pan?

    – Tak.

    – No właśnie. Od razu zauważyłem i postanowiłem wrócić do tego podczas następnego naszego spotkania, ale do niego nie doszło, to znaczy doszło teraz, ponieważ uparłem, żeby tu przyjechać i zapytać pana jeszcze raz o tamten głos. Kto to był?

    – Poproszę następne pytanie.

    – Profesorze! Powtarzam, to nie jest gra. Skończyły się ciuciubabki i zgadywanki. Kto to jest? Pan musi powiedzieć!

    – Po co?

    – Jak to po co? Żebym mógł wziąć ludzi, pojechać po tego człowieka i go zaaresztować za wielokrotne zabójstwo, nakłanianie do samobójstwa i wzniecenie zamieszek. To na początek, paragrafów jest więcej.

    – Chce pan zaaresztować trupa?

    Inspektor zdębiał. Patrzył na profesora nierozumiejącym spojrzeniem, dopóki nie odzyskał na tyle kontroli nad sobą, by spytać:

    – Chce pan powiedzieć, że on nie żyje? Ale… to co myśmy słyszeli?

    Profesor patrzył na Madeja spokojnym wzrokiem, z tym rodzajem opanowania, które stanowi najlepsze antidotum na głupstwa. Taki wzrok mają również szachiści, którzy przewidzieli wszystkie ruchy przeciwnika, aż do końca partii.

    – Ciekawe pytanie. Zagadkowe. A twierdził pan, że gra w zgadywanki się skończyła. Czy to już wszystkie pańskie rewelacje, inspektorze, czy może ma pan jeszcze coś w zanadrzu? Bo jeśli nie, to pozwoli pan, że teraz ja spytam. Ma pan ze sobą mój laptop?

    Inspektor Madej zbaraniał po raz drugi.

    – Mam – wybąkał.

    – Doskonale. A ubranie?

    Madej zbaraniał po raz trzeci, ale już krócej. Poklepał się po obszernym tułowiu, po czym zdjął płaszcz, wyjął spod marynarki srebrny laptop i rzucił profesorowi na łóżko, po czym zaczął się rozbierać. Pod marynarką miał sweter, pod nim dwie koszule, które wpuścił do dwóch par spodni. Zdjął to wszystko z siebie i koszulę ze swetrem oraz cienkie dżinsowe spodnie położył obok laptopa. Profesor przyglądał się tej operacji z lekkim uśmiechem.

    – Niewiele – skwitował patrząc na części garderoby z wieszaka w jego gabinecie.

    – Założyłem, że zachowa pan piżamę pod spodem. Poza tym, jest całkiem ciepło.

    – Tutaj – zauważył tajemniczo profesor. – Domyślam się, że samochodu pan nie ma. Żona pana podwiozła i wróciła do domu. Nie chciała się ze mną pożegnać?

    – Odradziłem jej – przyznał inspektor z niejakim wstydem. – Po tym, co mi opowiedziała uznałem, że tak będzie lepiej.

    Profesor spojrzał pytająco na gościa, nie podjął jednak wątku i zamiast tego spytał:

    – To czym się dostaniemy na miejsce?

    – Na miejsce? Myślałem, że jakoś… inaczej.

    – Taak. Tylko że to „inaczej” leży siedemdziesiąt kilometrów stąd.

    Na chwilę zapadła niezręczna cisza, którą przerwał inspektor energicznym postanowieniem. Wstał z krzesła i nakazawszy profesorowi ubrać się w dostarczone rzeczy, wyszedł z pokoju. Po kilku minutach wrócił.

    – Telefony stacjonarne działają. Za kwadrans będzie tu Macerak z drugim policjantem. Dostarczą nam samochód. Podobno miasto jest już odblokowane. Gotowy?

    Profesor skinął głową. Gotowy. Starali się sprawiać wrażenie pewnych siebie, choć żaden nie miał pojęcia, na co się właściwie decydują.

    Cdn.