–Czytaliśmy na wyścigi. Kto więcej stron dziennie. Na koniec tygodnia robiliśmy podsumowanie i zwycięzca opowiadał te swoje przeczytane. Uwielbialiśmy opowiadać! Obaj, chociaż ja ciągle cierpiałem, że Krzysztof ma do tego większą smykałkę, większy dryg, jak mawiała babka. Uwodził umiejętnością gawędy, zręcznego streszczania fabuły z wplataniem fragmentów dialogów, opisów postaci… Miał fenomenalną pamięć, potrafił z głowy zacytować cały akapit z Potopu albo z Biesów. W każdą niedzielę udawaliśmy przed rodzicami, że jedziemy do kościoła i wysiadaliśmy dwa przystanki wcześniej, żeby uciec na stawy i włóczyć się dwie godziny po groblach z naszymi opowiadaniami. Zima, lato, przy każdej pogodzie, nie zważając na świat wokoło – gadaliśmy, gadaliśmy, gadaliśmy. O książkach. O tym, co po drugiej stronie kartki.
Profesor zamilkł, a inspektor wykorzystał moment, by sprawdzić w nawigacji dalszą drogę. Zabrnęli w jakieś ciasne drogi łączące miejscowości o dziwnych, nieledwie bajecznych nazwach, jak Wieprz, Nidek, Malec, Kańczuga… zupełnie jak imiona diablików ze starej baśni. Dotknął ikonki telefonu i okazało się, że połączenie bluetooth działa. Wybrał numer córki. Cisza. Nie można zrealizować połączenia. Wybrał numer żony, ale gdy zaczęło łączyć, przerwał. Nie ma sensu.
–Nie pamiętam, który z nas pierwszy wpadł na ten pomysł – ciągnął profesor Zawijas. – Pewnie Krzyś, bo jak mówiłem, był lepszy w opowiadaniu. Miał coś takiego, wiesz, co jest już w języku, w sposobie formułowania zdań, dobierania słów, wchodzenia w intymną relację z materiałem literackim. Powiedziałbym, że zatracał się w fabule, czasami do tego stopnia, że tracił kontakt z rzeczywistością. Jakby… wchodził w książkę. Rozumiesz, do środka. Mnie się to również przydarzało, to zresztą warunek empatycznej lektury, dzisiaj nazywanej imersją. Nie umiałem jednak o tym tak barwnie opowiadać. Trochę się jąkałem. Nie śmiej się, naprawdę miałem wtedy kłopoty z wymową, chyba na tle nerwicowym, bo potem mi przeszło. Pomogły seks i alkohol. Terapia przez dorastanie. Później jeszcze zacząłem namiętnie palić. Co robisz?
– A propos – mruknął inspektor i zjechał z drogi.
Niewielki sklep o aparycji pasterskiej budy, oświetlony – a jakże! – niebieskim neonem ALKOHOLE 24H stał niemal w polu, przy zjeździe z szosy do wioski o kolejnej malowniczej nazwie: Babuda, i rzeczywiście był otwarty. Opel zajechał na gliniany plac pełniący funkcję parkingu, Madej wyłączył silnik i z rękami zawieszonymi na kierownicy spojrzał w oczy profesora Zawijasa.
–Potrzebujesz coś?
Mierzyli się wzrokiem. To była noc skrzyżowanych spojrzeń.
–Nie. A ty?
–Papierosy.
–Nie wiedziałem, że palisz.
– Ja też nie wiedziałem, ale trzeba się przygotować na każdą ewentualność.
–Wiesz, że to może być nieodwracalne. W twoim wieku…
– W twoim też. „Droga w jedną stronę” – pamiętasz?
Profesor Zawijas przygryzł wargę i nic nie odpowiedział, co inspektor uznał za zamknięcie sprawy i wysiadł. Szybkim, niemal uskrzydlonym krokiem wbiegł na schodki sklepowej budy, co przy jego tuszy i rozwianych połach krótkiego płaszcza wyglądało dosyć niesamowicie. Po chwili wrócił z kieszeniami wypchanymi tajemniczymi zapasami.
–Kupiłem też coś na zagrychę. Tam chyba trzeba jeść, co?
Ponieważ profesor w odpowiedzi tylko wzruszył ramionami, Madej rozerwał torebkę z chipsami o smaku zielonej cebulki i wpakował sobie całą garść do ust. Żuł systematycznie i głośno, parę razy zachęcając towarzysza do poczęstowania się wyborną, mocno spóźnioną kolacją. Następnie wyjął z kieszeni małą brązową puszkę mrożonej kawy i wypił duszkiem.
–Żeby nie zasnąć za kierownicą – wyjaśnił. – I co dalej z tym opowiadaniem książek?
Wyjechali na nocną szosę, zostawiając za sobą migające światełka nocnego sklepu, i profesor wrócił do opowiadania.

–Dopiero wiele lat później przyszło mi do głowy, że on zagadywał swój kompleks. Bo ja nie umiałem opowiadać tak jak on, ale pisałem lepiej. Chyba. On tak uważał i strasznie go to gryzło. Po pewnym czasie Krzyś regularnie wygrywał zawody czytelnicze i niedzielne opowieści należały praktycznie bez wyjątku do niego, podczas gdy ja pisałem. Może o to gdzieś między wierszami w naszym układzie chodziło: on mówi, ja piszę. Może ja mu dawałem wygrywać, żeby się wygadał, i przegrywałem specjalnie, zyskując w ten sposób czas na pisanie. To dzisiaj nie ma żadnego znaczenia… – zamyślił się, jakby to była jakaś szczególnie odkrywcza refleksja. – Namawiał mnie później na czytanie tego, co napisałem, i wtedy oczy zachodziły mu takim bezdennym smutkiem. To znaczy, tak teraz o tym myślę, że to przez moje czytanie, bo wtedy tego nie widziałem. Myślałem, że po prostu jesteśmy parą przyjaciół, którzy mają bzika na punkcie literatury i nadają na tych samych falach. O, właśnie tak – nadawanie na tych samych falach! O to chodziło.
Przerwał, ponieważ droga zrobiła się znowu kręta i musiał dla równowagi złapać się uchwytu nad głową.
–Wiesz, co mnie w życiu najbardziej wkurza? – spytał retorycznie, gdy wyjechali na prostą. –Że wprawdzie dowiadujesz się wszystkiego, co ci było potrzebne, tylko za późno i nic już nie można zmienić. Brniesz na ślepo przez jakieś cholerne życiowe paści, a kiedy potem – pokaleczony i nauczony na własnej skórze – odwracasz się, żeby poprawić, nic już nie ma znaczenia. Zostaje ci tylko czekanie, że jeszcze raz, kiedyś, druga szansa, powtórka tamtej jednej chwili, ale już z korektą, bo jesteś mądrzejszy… Gdybym wtedy wiedział, co wiem teraz… Natomiast jestem prawie pewien, że to on pierwszy rzucił hasło przejścia na drugą stronę.
„–Wiesz, chciałbym tam zostać.”
„–Gdzie?”
„–W środku. Wejść do książki i zostać.”
„–Dlaczego właściwie?”
„–Tam jest lepiej. Przytulniej. Jaśniej.”
„–Może czytamy takie pogodne książki? Inne mogą być straszne. Mogą być okrutne”.
„–Nie! Każda książka jest lepsza od rzeczywistości! Rozumiesz? Każda! Prawdziwe życie jest w literaturze! Wszyscy wielcy pisarze tak mówią!”
„–Ale nie da się żyć w literaturze.”
„–Musi być jakiś sposób. Musi!”
Samochód znowu wjechał między drzewa i inspektor zwolnił pomny niedawnych przygód z leśnymi mieszkańcami. Sięgnął do torebki z chipsami, leżącej między nimi, ale na widok karcącego spojrzenia profesora cofnął rękę.
–Tak to mniej więcej brzmiało – powiedział Zawijas przytakując jakimś swoim wątpliwościom. – Naiwne pogaduchy gówniarzy z liceum, którzy liznęli parę książek i wydawało im się, że już wszystko wiedzą. Żywiłem wtedy sztubackie przekonanie, że wszyscy w miarę rozgarnięci licealiści tak mają, że jesteśmy raczej regułą niż wyjątkiem, chociaż wystarczyło rozejrzeć się po klasie w czasie lekcji polskiego, by zaobserwować coś przeciwnego. Gdybym teraz wrócił do tamtych czasów, inaczej bym to rozegrał…
–Skąd wiesz, że lepiej?
– Bo do tego służy wiedza: żeby coś zrobić lepiej.
–Aha – zgodził się inspektor. – I teraz jedziemy, żeby tam wrócić, z naszą wiedzą, i zrobić to lepiej…
Wymienili szybkie spojrzenia i wrócili do obserwowania drogi przed samochodem.
–Nie całkiem.
– To co będziemy robić?
–Jeszcze nie skończyłem – odparł szorstko profesor.
–Masz okazję, by następne zdanie zacząć od „no więc”.
Profesor uśmiechnął się pod nosem.
– No więc Krzyś wpadł na pomysł, byśmy wspólnie pisali jedną powieść, równocześnie, siedząc obok siebie i wymyślając postacie, ich perypetie, zwroty akcji. Powiedział, że to będzie taka nasza ścieżka z tego do tamtego świata. Dokładnie tak się wyraził: „z tego do tamtego świata”. Mieliśmy wczuć się w akcję na tyle mocno, by tu zniknąć i tam się pojawić. To też jego wyrażenie. Na moje sceptyczne uwagi odpowiadał, że to zależy wyłącznie od stopnia zaangażowania i jak nie chcę, to nie muszę w tym brać udziału. On spróbuje sam.
–Trochę jak dwaj harcerze, którzy się umawiają na wąchanie kleju – rzucił inspektor.
–Mniej więcej. Krzysztof miał w sobie coś z nałogowca. Zawsze trzymał w pogotowiu wielką pasję, gotów zaangażować ją w każdą sprawę, która mu się zamieni w opowieść. Myślę – Zawijas zawiesił głos – że on miał w sobie coś z prawdziwego pisarza. Był prawdziwym pisarzem.
Znowu zamilkł i pogrążył się w jakichś swoich wspomnieniach.
–Daleko jeszcze do początku tej historii? – spytał Madej po odczekaniu stosownej chwili. – Bo nawigacja pokazuje mi, że za pół godziny będziemy na miejscu. Przeszliście na drugą stronę?


