Tag: prof. Krzysztof Zajas

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (62-71 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    24 maja 2020 (21326 zarażonych, 996 zmarłych)

    Zapisuję słowo „ognisko” i czuję zapach dymu. Dopisuję drugie, „gitara”, i brzęczy akord a-moll. Działa, myślę sobie. Palce zawisają nad klawiaturą, w opuszkach wibrują możliwości. Mogę napisać wszystko i chwilę sycę się wszechmocą. Słowa wynurzają się z mroku wlokąc za sobą rzeczy, ludzi, zdarzenia. Wspaniałe. Idą. Wynurzają się z mroku. Na przedzie dwaj chłopcy z naręczem gałęzi, za nimi dziewczyna i jeszcze jeden chłopak, z gitarą na ramieniu. Idą. Siadają wokół ognia. Trzeba im dać imiona. Kiedyś już je mieli, ale czy te same? Nie jestem pewien. Pamiętam je, ale ich znaczenie wiąże, odbiera swobodę, drażni opuszki palców alergią prawdziwości. Musiałbym wtedy pisać wszystko tak, jak było. Prawdę. Cóż za dziwne słowo!

    Byli. Zeszli na groblę płytkim wąwozem, wyżłobionym kołami w gliniastym podłożu, które w czasie suszy zamieniało się w żółty popiół. Można było go nabierać w garść i podrzucać do góry, a wtedy spadał kaskadami dymu i grudek, ciągnących za sobą smugi jak zestrzelone samoloty. Kazek był w tym najlepszy, podobnie jak w wynajdywaniu grzybów w wysokiej trawie Figarni. Brał kurz w obie dłonie, jak spragniony nabiera wody ze strumienia, i rzucał pionowo nad ich głowy. Uciekaliśmy, a on się cieszył. Imię jednak nie do przyjęcia. Kazek – jak menel spod sklepu. Powinienem mu je odebrać i zapisać, powiedzmy, Łukasz. Chyba jednak tego nie zrobię.

    Ona była Anka. Zwyczajnie, najprościej jak można. Powinna być Julka, albo Weronika. Albo Iza, które bardzo lubię. Ale to Anka, pamiętam. Niech zostanie. Miała długie jasne włosy i kiedy opuszczała głowę, opadały po obu stronach twarzy pofalowanymi kurtynkami. Dźwięk gitary ożywiał w jej orzechowych oczach błyski napięcia. Słuchała wtedy z półotwartymi ustami i myślała o czymś bardzo dalekim i ważnym. Znacznie ważniejszym, niż ta grobla, ognisko i wieczór.

    Mirek, przypomnij mi, który to był rok? Ile wtedy mieliśmy?

    Mirek jest cały czas ze mną i w żadnym razie nie chce zgodzić się na zmianę imienia. Jest okropne, ale on się upiera. Mówi, że już za późno na wymyślanie mu nowych imion i może mieć rację. Mirek nie żyje od ośmiu lat.

    Pewnie siedemnaście. U ciebie wszystkie ważne rzeczy wydarzyły się, kiedy miałeś siedemnaście lat. Powtarzasz to przy każdej okazji.

    Fakt. Ale to nie jest żadna ważna rzecz. Po prostu ognisko na Tatarskiej Grobli.

    Mirek szczerzy zęby nieco czaszkowo i kościotrupowo.

    Jak nie, to po co o tym piszesz?

    Dobre pytanie, więc odrywam opuszki palców od klawiszy i chwilę gapię się w okno. Niebem płyną szmaciane chmury. Szczeka pies. Przeleciał ptak. Chwieją się gałęzie na wietrze. Parę drobiazgów, w żadnym nie ma słowa. Wracam do ogniska.

    Trzeci chłopak miał na imię Tadek i na prawym policzku nosił dużą bliznę po kopycie końskim. Był mały i ciekawy, podszedł od tyłu, a potem się obudził w szpitalu. Blizna ściągała skórę i Tadek wyglądał, jakby się ciągle uśmiechał.

    Tadek, z czego się śmiejesz?

    Nie śmieję się.

    Aha, to koń, przepraszam.

    Nigdy nie chciałbym mieć na imię Tadek, nie z powodu konia, tylko tak w ogóle. Sto lat temu mogło być, ale teraz? Zresztą, nie wiem, czy on tam wtedy był, jakoś go niespecjalnie widzę. Nie wyłania się z mroku.

    Tadek tam wtedy był?

    Mirek energicznie potrząsa głową, szczęka chwieje się na zawiasach. Wiedzę ma już niewątpliwą. Kiedy żył, w zasadzie go nie było. Jako dorośli prawie się nie widywaliśmy, on miał swoje życie, ja swoje, oba na swój sposób jedyne, niepowtarzalne i całkiem niewłaściwe. Nie wiem, dlaczego teraz przychodzi do mnie, siada za lewym ramieniem i gapi się na zapisywane zdania. Kiedyś go o to spytałem, ale wykręcił się paradoksem.

    Wszystko jedno, gdzie usiądę. Przecież mnie nie ma.

    Nie o to mi chodzi. Czemu chcesz widzieć moje słowa, skoro już wszystko wiesz? Bo wiesz, prawda?

    Niby tak – zgodził się niechętnie. – Ale co innego wiedzieć, a co innego pisać. Widzieć siebie zapisanego. Rozumiesz, to tak, jakbym dostał z powrotem kawałeczek ciała. I mógł nim czuć.

    A zapach tamtego ogniska czujesz?

    Jasne!

    To mnie trochę uspokoiło. Dlatego teraz siedzę przed oknem ze smutnym widokiem na chmury, gałęzie i psa, i piszę o ognisku na Tatarskiej Grobli w 1979 roku. Tak przynamniej twierdzi Mirek, a on teraz już wie, co mówi. Kiedyś gadał głupstwa. Teraz wie wszystko, tylko ciała mu brakuje, dlatego tak liczy na moje pisanie.

    Materia ginie, pleśnieje, rozkłada się. Zostaje słowo. I my w nim. Cienie własnych cieni.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    30 maja 2020 (23567 zarażonych, 1061 zmarłych)

    Wczoraj zmarł Jerzy Pilch. Nie na koronawirusa, tylko tak po prostu. Na siebie. Całe jego życie wyglądało trochę jak wielkie przygotowanie do śmierci – świadome siebie zabijanie, samobójcze do przerażenia. Potrafił sprawiać wrażenie sybaryty, używacza życia, dogadzacza sobie najlepszymi męskimi przyjemnościami: alkohol, seks, literatura. W środku był drżącym jak osika dekadentem, na kilometr węszącym śmierć przyczajoną w tętniących życiem i rozkoszą buduarach. Nawet tych najdowcipniejszych i najbardziej brawurowych ludycznie tekstów Pilcha nie umiałem czytać bez ciągłego oglądania się przez ramię, czy przypadkiem kostucha za mną nie stoi. Parskałem śmiechem i trząsłem się ze strachu. Potrafił uchwycić nagi i bezlitosny dramatyzm istnienia na samej krawędzi brzytwy, tam, gdzie Eros i Tanatos siedzą tuż obok siebie i wspólnie wychylają kielich gorzkiej ambrozji. Bo życie to miłość i śmierć. Nic więcej. Ach, i jeszcze literatura.

    Nazywano go kobieciarzem, koneserem damskiej urody, znawcą kobiet. Dla mnie był raczej znawcą męskich kłopotów z kobiecością. Tych naszych szarpnięć, napięć i rozpaczy, o których tylko blade mamy pojęcie, a które działają poza naszą wolą, jak alkohol we krwi. Po mistrzowsku potrafił oddać bezradność mężczyzny wobec kobiecego wdzięku, uwodzicielstwa i samej chuci, buszującej w facetach jak pijany demon. Ona idzie, ja patrzę. Ona tylko rzuca okiem i idzie dalej, ja rozwijam opowieść o miłości, przeznaczeniu i śmierci. Biegnę za nią, naprawdę albo tylko w marzeniach, co niewiele zmienia, bo dla człowieka literatury ta różnica istnieje w bladym zaledwie stopniu. Eros i Tanatos walą niedopitym kielichem o ścianę i biegną za mną dopełnić formalności. Można z tego zrobić romans, kryminał, horror, obyczajówkę, albo wykład – feministyczny czy antyfeministyczny. Pilch potrafił zrobić balladę o życiu i śmierci. Magiczną balladę.

    Powalał frazą. Olgę Tokarczuk kochamy za dar opowieści, Andrzeja Stasiuka za wierność Miłoszowi w dotykaniu słowem rzeczy, a Pilcha – za frazę. Parę jego figur weszło już na stałe do języka, na przykład że coś jest (lub nie jest) czymś „w sensie ścisłym”, albo „powiedzieć, że był (idiotą, geniuszem, pijakiem itd.) to nic nie powiedzieć”. Jestem pewien, że każdy polski czytelnik ma swoje ulubione Pilchowe frazy i całe akapity przepisane do kajecika, żeby były pod ręką. Ja mam mnóstwo. Na przykład tę o przepiciu przez bohatera Pod Mocnym Aniołem wszystkich pralek świata:

    Jaką duszę ma człowiek, który wie, że przepił wszystkie pralki świata? Odpowiadam: duszę ma uskrzydloną, a myśl jego wiruje jak bęben w ostatniej fazie odsączania. Kiedy czujesz na sercu ciężar miliarda przepitych pralek – jest nie do zniesienia. Ale kiedy unosisz udręczony wzrok i widzisz, jak ptasie ławice białoskrzydłych pralek szybują pod wodnistymi niebiosami niczym eskadry papieskich helikopterów, pojmujesz, iż jest ci dane więcej niż innym. Jest ci dany niekonwencjonalny dar i jeśli zdołasz przeżyć, jeśli przedtem nie umrzesz, możesz zacząć wędrówkę w poszukiwaniu wszystkich utraconych pralek, a nawet – tak jest – w poszukiwaniu wszystkich utraconych rzeczy.

    Jeśli przedtem nie umrzesz… Problem w tym, że każdy umiera przedtem. Zanim sięgnie tego, ku czemu się całe życie wychylał. Wychylał i wychylał… Pilch był majstrem frazy zręcznej, panem intelektualnego fajerwerku i laserowej ironii, którą ciął jak mistrz jedi świetlistym mieczem. Kto mu się nawinął pod rękę, cierpiał srodze i bezradnie, nie umiejąc się odciąć. Ale gdy zestawiam myśl jego – przepastnie śmiertelną i przewrotnie poważną – z formą zręczną i piorunowo błyskotliwą, wtedy myślę, że nie sięgnął. „Wędrówka w poszukiwaniu rzeczy utraconych” to stary i mocno już wydeptany szlak pisarski, z mnóstwem ścieżek bocznych i uroczysk, jeszcze nie tkniętych ludzką stopą. Pilch próbował. Wdrapywał się na urwiska, parł w górę skalnych osuwisk, a po obsunięciu nogi i zjechaniu w dół otrzepywał spodnie i lazł z powrotem. Żył i umierał straszliwie, jak na prawdziwego pisarza przystało. Doświadczył zła i cierpienia najczystszej próby, a kiedy mu było mało, sam siebie katował dla pogłębienia wymiaru. Bólu miał aż zanadto. Ale nie sięgnął. Słowo zbyt lekkie, „na fraszkę użyte”, nie uniosło ciężaru doświadczenia skrojonego na miarę prawdziwej epopei. Jego uporczywe powroty do ukochanej Wisły trącą sentymentem zaledwie, prowincjonalną apologią małej ojczyzny z Jerzykowym losem wpisanym w ckliwe wspomnienie. Powtórzenie, które jest solą literatury – tu powtarza samo siebie w obsesyjnych nawrotach. Chciałoby się powiedzieć – jest tylko powtórzeniem.

    Nie wiem, może taki jest los genialnych felietonistów, do których Jerzy Pilch z pewnością należał. Felieton pozwala szlifować styl, ale felietonowy. Niełatwo z niego wydobyć się na otwartą przestrzeń powieści, gdzie inne są geometrie i inne atmosferą targają porywy. Pewne rzeczy trzeba tam powiedzieć wprost, jeden do jeden, było tak a tak. U niego prawie nie ma takich sytuacji narracyjnych, każde zdanie jest figurą samą dla siebie, perełką, budulcem od razu z ozdobnikami, prawie nie ma prostych desek. Wiem, odpowiedziałby: proste deski są dla prostaków. I tak, i nie. Także w stylu bogactwo nadmiaru może się złamać w nadmiar bogactwa. Dlatego najlepsze jest Pod Mocnym Aniołem, gdzie sama rzeczywistość picia oraz szpitalnego odwyku wprowadza stany pośrednie, rozchwiane, mgliste i nieuchwytne. Króluje tam wymyślna i finezyjna fraza, ponieważ z założenia nie dostaje konkretnych przedmiotów.

    Całe życie lecisz w przepaść, od początku świadomości, od pierwszego spojrzenia. Patrzysz i widzisz przepaść. Spadasz. Pijesz, żeby złapać równowagę w tym stanie egzystencjalnej nieważkości. Na tym polega paradoks alkoholików. Wszystko spływa, gnie się i mięknie, osuwa w otchłań. Lecisz krzycząc aaa! i żeby jako tako się zorientować, przeciwstawiasz otchłani inną otchłań, alkoholową. Płynności się wyrównują, przez chwilę jest stabilniej. Ale tylko przez chwilę, więc trzeba ponawiać. To potrafi działać latami, wytwarza się ułuda porządku, sensu, harmonii. Dwie płynności po zderzeniu dają twardy grunt pod nogami. Złudzenie gruntu. Wtedy możesz pisać. Pisanie i alkohol zastępują życie. Nie – pisanie i alkohol likwidują życie. Na jedno wychodzi. Wychodzi na śmierć.

    Tym dla mnie jest pisarstwo Pilcha. Zawsze będę do niego wracał, ponieważ jest taki rodzaj ssania w duszy, które tylko on umiał uchwycić.

    Czyli jednak nie tylko fraza.

    Miał być jednym z bohaterów naszej Alei Pisarzy w Oświęcimiu, zaraz po Stasiuku i Bieńczyku. Za pierwszym podejściem już prawie się zgodził, ale wtedy wypadła mu poważna operacja i przełożyliśmy na później. Za drugim razem już był ciężko chory i przysłał tylko smsa mniej więcej takiego: „Panowie, odpuśćcie mi, nie dam rady. Pozdrawiam serdecznie”. Miałem już dla niego propozycję cytatu na mosiężną płytę alei, ostatnie zdanie z najlepszej powieści:

    Nasze dusze nigdy stąd nie odejdą i nigdy tu nie usną.

    Płyta w Alei Pisarzy musi być odsłonięta osobiście przez laureata/tkę, zatem siłą rzeczy pojawiają się tam wyłącznie pisarze żyjący. Jednakże siłą wyobraźni może się tam pojawić każdy. Panie Jurku, proszę spróbować. To nie jest takie trudne, trzeba się tylko lekko pochylić i unieść chustę zakrywającą fragment chodnika z płytą. Najpierw z jednej strony, potem z drugiej, powoli, nie za szybko, żeby publiczność zdążyła zrobić zdjęcia. Wszystko pójdzie gładko, w razie czego ja jestem obok. Później parę słów do zgromadzonych, krótka wypowiedź do lokalnych mediów i zapraszamy do auli na spotkanie z pisarzem.

    Wtedy pana dusza na pewno nigdy stąd nie odejdzie.

    Jerzy Pilch, fot: Jacek Poremba/Wydawnictwo Literackie

     

    2 czerwca 2020 (24395 zarażonych, 1092 zmarłych)

    Wirus się cofnął, brud został. Na światło dzienne wychodzą afery, przekręty, matactwa – całe to ludzkie śmieciowisko, które wyprodukowaliśmy pod przykrywką kwarantanny. Poluzowanie ram społecznego współżycia daje większą swobodę ruchów, a więc i odruchów. Odruchów bezkarności. Pochowali się, siedzą w domach, nikt nie pilnuje – można robić szwindle, myśli sobie szwindlarz, który – dajmy na to – ma dojścia do ministerstwa zdrowia i może sobie załatwić szybki zysk na opakowanym w sreberko guanie. A jeszcze jak jest góralem, wyposażonym w góralski zmysł do interesu, który rzadko liczy się z obowiązującym prawem, to już w ogóle. Podejrzewam, że minister Szumowski nawet nie zdawał sobie do końca sprawy z tego, co brat do spółki z góralami wyczynia w kwestii pandemicznych zakupów. Po prostu firmował to podpisami, bo taki był układ rodzinny. Ja załatwiam, ty przyklepujesz, pełna współpraca. I zaufanie. Kasą się podzielimy, jak już ucichnie.

    Wirus się cofnął, katastrofizm jakby też trochę. Wprawdzie pojawiają się zapowiedzi następnych kataklizmów i zagłady całej planety lub jej poszczególnych części, ale opowieści o końcu świata zbladły. Spowszedniały. Każdy sobie głosi swoją katastrofę i nie przejmuje się jej umotywowaniem, wystarczy, że jest katastrofalnie i za chwilę wszystko się zawali. Nie wiem, skąd się wzięło to powszechne czekanie na koniec. Wyglądanie końca. Ja sam też wyglądam i też nie wiem, skąd się to we mnie wzięło. Bo przecież nie z tego, że przez ileś lat pracowałem nad antologią poezji katastroficznej. A może jednak? Może tak wygląda bezpośredni wpływ literatury na życie? Jak się naczytasz o tym, że się zaraz wszystko rozleci w kibinimater, to ci odruchowo myśl i tęsknota w tym kierunku weksluje. Pragnienia ponoć wyprzedzają wszelkie nasze działania, w projekcie tkwi przecież potencjalna możliwość jego realizacji. Jak w spojrzeniu na pistolet tkwi zalążek morderstwa. A może po prostu zadziałał zwykły Hegel: było dobrze, teraz musi być źle, żeby świat poszedł do przodu. Teza, antyteza i synteza. Czyli nasze spaliny to odrzut dla silnika rakiety. My płoniemy, oni lecą. Katastrofizm, ale z lekką nutką optymizmu.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (49-52 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    5 maja 2020 (14431 zarażonych, 716 zmarłych)

    Pandemia koronawirusa w zastanawiający sposób połączyła kilka aktualnych tematów w jeden. Ekologia, zmiany klimatyczne, rabunkowa eksploatacja planety, kryzys ekonomiczny, nadmierny przyrost populacji ludzi, migracje, podbój kosmosu – wszystko to zbiegło się w jedną solidną opozycję: człowiek – natura. Trochę zapomnieliśmy o tym fundamentalnym przeciwstawieniu, skupieni na podboju, postępie technologicznym i mnożeniem prywatnych stref komfortu, choć jest on mocno wpisany w założycielski tekst naszej cywilizacji zachodniej, czyli Biblię. Wydawało się, że trochę ruchów ekologicznych plus doraźne zbiórki na ratowanie ginących gatunków i protesty w obronie lasów wystarczą. Nie wystarczą. Natura to nie parę drzew i siedzących tam wśród gałęzi zwierzątek, tylko system. Zniszczenie ram zapewniających jego równowagę prowadzi do zmiany nieodwracalnej, a więc i dotychczas nieznanej. Stąd zaskoczenie z powodu przebiegłości koronawirusów, choć powinniśmy być na nie przygotowani od dawna, skoro pierwsze szczepy zostały opisane w latach 60. XX wieku. Zaskoczyła nas nie sama epidemia, tylko poczucie niepewności i braku rozeznania w czymś, co wydawało się już znajdować pod naszą całkowitą kontrolą.

    Kiedy o tym rozmyślam, wciąż dochodzę do tego samego wniosku, że problemem tu jest człowiek. Nie wiem za bardzo, co z tym wnioskiem zrobić, bo trudno apelować o globalne samobójstwo człowieka dla ratowania natury, trudno też stawiać na dalsze mordowanie natury w imię postępu człowieka. Trzeciego wyjścia nie widzę, bo pokojowe współistnienie nie wchodzi w grę. Z pokojowym współistnieniem zrobiliśmy mniej więcej to, co PiS z demokracją: wykorzystaliśmy dla zdobycia i utrzymania władzy. Tymczasem okazało się, że władza nad Ziemią wiąże się nie tylko z przyjemnością używania, ale i z odpowiedzialnością. Inaczej mówiąc, poszaleliśmy w knajpie, teraz trzeba zapłacić.

    7 maja 2020 (15047 zarażonych, 755 zmarłych)

    Obiecywałem sobie, że dam spokój, ale co się dzisiaj wydarzyło w polskiej polityce, jest ponad wszelką miarę. Porozumienie Gowina z Kaczyńskim w sprawie przesunięcia wyborów na lipiec wieńczy dzieło ośmieszania demokracji i praworządności w Polsce. Dwóch szeregowych posłów decyduje o całym porządku prawno-konstytucyjnym państwa, umawiając się jak mafiosi przy kolacji, rytualnie przy tym zwalając winę za wszystko na opozycję. Za pomocą prywatnego komunikatu dyktują, co mają robić najwyższe organy władzy państwowej: marszałek Sejmu RP, Sąd Najwyższy oraz rząd. Łojenie w meliniarskiego dupniaka trwa, noże latają, co uczciwsi chcieliby opuścić spelunę, ale wciągnięto ich w grę i siedzą z minami obrażonych ofiar (Kidawa-Błońska). Ścierają się ze sobą takie, śmakie i owakie interesy – brane są pod uwagę wszystkie, oprócz interesu publicznego. Bo koronawirus do lipca nie zniknie, groźba zarażenia przy powszechnym głosowaniu korespondencyjnym pozostanie, a twierdzenie, że Andrzej Duda musi zostać prezydentem na drugą kadencję, brzmi jak parodia interesu publicznego. Jakiś czas temu pisałem w tym dzienniku, że nie mam zaufania do teatralnego rozdzierania szat przez Gowina, który zaliczy parę lajków, a potem wstanie, zapnie guziki na piersi, otrzepie spodnie z kurzu i wszystko wróci do normy. Właśnie wraca. Przy czym tą normą jest dyktatura jednego narcystycznego psychola.

    Zapewnieniami o nieuchronności wyborów majowych władza zrobiła z siebie – całkiem zasłużenie – zespołowego kompletnego durnia. Marszałek Sejmu rozgląda się z lękiem, kogo by tu spytać, co ma robić. Prezydent (Prezydent RP!) o niczym nie wie i w pseudopublicznej pseudotelewizji bierze udział w pseudodebacie pseudokandydatów, którzy nie mają pojęcia, czy i kiedy wybory się odbędą. Premier rządu w ogóle udaje, że to nie jego interes i ma ważniejsze sprawy na głowie. Jeśli ktoś wciąż jeszcze będzie przywiązywał wagę do deklaracji i decyzji tej władzy, również wyjdzie na durnia i to na własne życzenie. Kompromitacja poszła na cały świat. Polska ma teraz gębę Sasina z fryzurą Witek. Ciekawi mnie, jak oni to wpiszą w narrację o wstawaniu z kolan. Proponuję następujący sylogizm: osioł, kiedy wstanie z kolan, nadal jest osłem, tylko jego ośle uszy lepiej widać.

    www.unsplash.com/Kate Macate

    Jakiś poseł od Gowina krzyczał, że „zwyciężyła Polska” i on chciałby za to podziękować Jarosławowi Kaczyńskiemu. A opozycja jego zdaniem znowu nie chciała przyłożyć ręki do jedynego dobrego rozwiązania, jakim będą „wolne i demokratyczne” wybory. Nie wiem, czy to bardziej bezwstydne lizusostwo, czy bezwstydna propaganda zidiocenia. Skąd on to w ogóle wie? Przecież wszystkie prawnicze autorytety głośno powtarzają, że jest dokładnie odwrotnie: takie wybory nie będą ani wolne, ani demokratyczne, ani powszechne. W ogóle nie będą wyborami. A konstytucja właśnie została po raz kolejny sponiewierana. Na jakiej podstawie on wygłasza takie twierdzenia? Czy bezwstyd władzy naprawdę już nie ma granic? Może coś tłumaczy fakt, że ten poseł nazywa się Wypij.

    Powszechne odchodzenie od rozsądku i krytycznego myślenia to klęska całego systemu edukacji w tym kraju, a więc i moja własna. Tak przynajmniej powinienem uważać, skoro zaliczam się do grupy zawodowej nauczycieli akademickich. Cóż, kiedy procesy erozji zachodzą w samej relacji nauczyciel – uczeń, która od sytuacji: ja mówię, ty słuchasz ewoluuje do sytuacji: ja mówię, ty dajesz lajka. Albo nie. Z punktu widzenia efektów dydaktycznych to niesłychanie trudna sprawa! Jesteś lajkowany nie za mądrość swoich twierdzeń, lecz za rodzaj i diapazon emocji, jakie twoje mówienie wywołuje. Uau, super! Błee, nuda. To są dwie podstawowe reakcje uczniów na płynącą do nich wiedzę. Dokładnie takie same, jakimi posługują się na co dzień w internecie. Ach, jeszcze lol. Czyli beka, polew, śmieszki heheszki, bo przecież życie to kupa śmiechu i odjazd total. Jak ktoś chce się posługiwać rozumem, to proszę bardzo, jego sprawa. Ja nie muszę, bo jest wolność. I proszę mi nie mówić, co jest mądre, a co głupie, bo mam internet i łatwo mogę sprawdzić. Uau, super! Błee, nuda.

    Tu wyczuwam jądro katastrofy, która nadchodzi.

    To wszystko się jakoś ze sobą łączy: pogarda władzy dla obywateli, pogarda obywateli dla myślenia, pogarda internautów dla realnego świata. Promowanie – w ramach swobody wypowiedzi – bezczelnej ignorancji, która ma tyle ważyć, co rozsądek i wiedza. Oddawanie pola durniowi tylko dlatego, że każdy ma prawo do swojego zdania. Samobójczo zupełnie brzmi niby-wolnościowa teza, że nie ma żadnych obowiązujących kryteriów prawdy, w związku z czym głupota stoi na równi z mądrością. Że nieuk ma tyle samo do powiedzenia, co intelektualista. Że bałwan może rządzić tylko dlatego, że się dorwał. A w tle to najgorsze: że chamowi trzeba się usunąć z drogi, bo może przywalić. Za tolerowanie takiej rzeczywistości politycznej się płaci. Właśnie dostajemy rachunek.

    W powieści Zdobycie władzy Czesław Miłosz umieścił postać profesora Gila, który na najkrwawszą wojnę w historii ludzkości reaguje tłumaczeniem Wojny peloponeskiej Tukidydesa. Przeżył osobisty dramat, apokalipsa wojenna odebrała mu najbliższych, został sam na gruzach byłego życia. Zamyka się w gabinecie i ślęczy nad starym greckim tekstem. Kiedyś nie rozumiałem tego pomysłu, wydawał mi się trochę sztuczny i taki artystowski. Poza intelektualisty wobec minionego i nadchodzącego barbarzyństwa. Teraz rozumiem to trochę lepiej – ten odruch dystansu, odsunięcia się gdzieś dalej, poza doraźność, na drugą stronę szerokiej doliny. Wytłumić jazgot aktualności i odejść w ciszę, gdzie będzie słychać dawne głosy, mądrzejsze od nas o śmierć i już dokonaną katastrofę. Stąd Grecy. Słowo odległe, oczyszczone przez dwa tysiąclecia wichrów, deszczów i pożóg, które tylko co najważniejsze ocalają w kamieniu. Biblioteki spłonęły, popioły po pergaminach rozproszył wiatr, piasek zasypał jaskinie przekształcone w skryptoria – a słowo zostało. Myśl wyskrobana na tabliczce i przemycona do następnej kultury, ponieważ dla jakiegoś arabskiego czy wizygockiego mędrca była ważna. Wydobył ją ze zmurszałej skrzyni, zdmuchnął kurz, przeczytał i przepisał po swojemu. Po nim następny i następny, a wszyscy oni widzieli w myśli coś znamienitszego od tego, co ich otaczało. Wszyscy oni uznali jej wyższość nad codziennością. I ja uznaję. Do niej, tej starej i sprawdzonej myśli, uciekam przed doraźnymi popisami rzezimieszków i błaznów dzisiejszych stolicy. Na nic mi nauka z ich bezeceństw płynąca. Tyle o ludziach już wiem. Wiem aż za dobrze.

    8 maja 2020 (15366 zarażonych, 776 zmarłych)

    Wczoraj wieczorem księżyc. Początek maja, chłodna i bezchmurna noc, pachną zioła. Tak było 41 lat temu, kiedy nagrałem z radiowej Trójki płytę Ricka Wrighta Wet Dream i z jej fragmentami w uszach poszedłem na wieczorny spacer na stawy. Brnąłem przez mokrą trawę i wdychałem trącone stopą kwiaty. Odurzały. To było jeszcze przed wielką przebudową zbiorników i mały staw był płytki, błotnisty, a starą groblę porastały drzewa, których gałęzie schodziły aż do wody. Pod księżycowym światłem tworzyły ciemny tunel. Na gładkiej powierzchni wody wił się złoty warkocz rusałki, wabiąc siedemnastolatka. Stałem na grobli w blasku mojej prywatnej magii – jakże sentymentalnej i lichej! A jednak tkwi we mnie do dzisiaj tamto, jak pieczęć i dowód na młodość. Na sens, który się później rozwiał.

    www.unsplash.com/Alex Blăjan

    Teraz będzie nieprawdopodobne, czyli literacko słabe, ale prawdziwe. Kiedy tak stałem na grobli zahipnotyzowany chwilą, w księżycowej ciszy i blasku złotego warkocza, z szuwarów wypłynęła łódka. Powolutku, majestatycznie, jakby czekała na widza, by wyjść z cienia na mdłe światło. Pusta. Czarna. W milczeniu sunęła przez staw, popychana nie wiem czym, ponieważ wiatru nie było. Usiadłem z wrażenia i śledziłem ją w napięciu godnym poetyckiego natchnienia, dopóki nie przemierzyła całego stawka i nie znikła wśród trzcin po przeciwnej stronie. Trwało to ze trzy kwadranse. Sam przedmiot nie był niczym dziwnym – takich smołowanych łódek używano tutaj do karmienia ryb – natomiast zdumiała mnie ostentacyjność tej parady. Performansu, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli. Wyruszyła z niewiadomych powodów właśnie wtedy, gdy przyszedłem i usiadłem, jakbym ją wywołał, a ona koniecznie chciała mi coś powiedzieć. Obszedłem staw, chciałem do niej wsiąść, ale od tamtej strony zejście do wody było płaskie i okropnie błotniste. Poza tym była noc, a ja miałem siedemnaście lat i męska dzielność przegrywała z dziecięcym lękiem. Wracałem do domu późno i całą drogę myślałem, co łódka chciała mi przekazać. Myślę do dzisiaj. W pokoju przed zaśnięciem puściłem płytę jeszcze raz (miałem kaseciaka Thomsona i własny pokój!) i po chwili znalazłem się tam z powrotem, tylko już nie na grobli, a w łódce. Płynąłem przez staw w świetle księżyca. Obraz był mdły, blady, niewyraźny, ale widziałem – na brzegu siedział chłopiec.

    Moja angielszczyzna była wtedy bardzo słaba i nie wiedziałem, że „wet dream” można przetłumaczyć na polski jako „nocna polucja”.

    Richard Wright, legendarny klawiszowiec Pink Floyd, zmarł 15 września 2008 roku, w trzydzieści lat po premierze płyty Wet Dream. Dokładnie, co do dnia. Godna pozazdroszczenia synchronizacja. A ja od 41 lat staram się słuchać tej płyty dwa razy w roku: na początku maja i właśnie 15 września. Najlepiej kiedy w obu przypadkach świeci księżyc i jest ciepło, żebym mógł pójść gdzieś w pola po mokrej trawie, usiąść na odludziu i nałożyć słuchawki na uszy. Wrócić na łódkę zaplątaną w złoty warkocz rusałki i przepłynąć na drugi brzeg, gdzie zniknę wśród młodych trzcin. Tak po prostu.

    Chcecie morał? W 2014 roku Gilmour i Mason wydali „pośmiertną” płytę Pink Floyd pod tytułem Endless River. Takie różne ścinki z przeszłości, w tym kilka naprawdę fajnych kawałków Ricka na klawiszach. Na okładce jest chłopiec płynący łódką po morzu chmur, przed nim zachodzące słońce. Obejrzyjcie oficjalny teledysk Louder Than Words, gdzie można zobaczyć parę ujęć Wrighta. Na ostatnim macha do nas ręką na pożegnanie. Znika w trzcinach.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (45-48 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    1 maja 2020 (13105 zarażonych, 651 zmarłych)

    Pada deszcz. Taki porządny, z niebem w szare szmaty i zachodnim wiatrem, siekącym z ukosa. Beczki na deszczówkę w mig się napełniły. Gdybym na majówkę zaplanował przyjęcie z grillem w ogrodzie, tobym psioczył na czym świat stoi, że tyle czasu było pogodnie, a teraz akurat musi lać. Ale nie zaplanowałem i nie psioczę, przeciwnie, łażę po trawie na bosaka i moczę głowę wdychając mokre, liściaste powietrze. Rozładowanie napięcia. Zwilżenie suchych zmysłów. Nawodnienie wyschłego strumienia myśli. Deszcz potrafi być psychiczny, naprawdę.

    Może jednak przesadzałem z tymi biblijnymi plagami. Koronawirus jakoś przycichł, lęki i mroczne wizje zastąpiła nuda, po niedzieli otwieramy galerie i biegniemy znowu kupować. Już tłumy klęczą w starterach z napiętymi ścięgnami, w poniedziałek rano chorągiewka w górę i lecimy. Media obiecywały, że po pandemii będą jakieś straszliwe obniżki cen i wyprzedaże wszystkiego prawie za darmo, więc chętnych nie braknie. Oby nie doszło do rękoczynów. Susza również spuściła z tonu, pada deszcz, rzeki pewnie wkrótce się napełnią i dziennikarze przestaną się włóczyć z kamerami po wyschniętych korytach, biadoląc nad klimatyczną katastrofą. Pożary pogasły i podobno nie wyrządziły takich szkód, jakich się obawiano. Może faktycznie przesadzałem z tymi apokaliptycznymi wizjami. Bajania o końcu świata raz pasują do świata lepiej, raz gorzej. I tak jest od zarania dziejów.

    Kraków, fot: www.unsplash.com/Erik Kossakowski

    Wczoraj byłem na chwilę w mieście. Kraków pełen samochodów, a na weekendowych wylotówkach wręcz korki. Spragnieni normalności krakowianie wypełzli z dusznych mieszkań i ruszyli na powietrze. I dobrze. Wprawdzie ten i owa ostrzegają, że koronawirus przenosi się w powietrzu, ale powszechna świadomość banuje takie wieści. Nigdzie nie widać dżumy ani cholery, karetki na sygnałach nie krążą wściekle po mieście, żadne trupy na chodnikach nie zalegają – czego się bać? Natomiast w okolicach Rynku nadal upiorne pustki. Widać, co się stało z miastem pod wpływem rozpasanej turystyki i co się dzieje z nim teraz, kiedy tej turystyki zabrakło. Jak stadion po meczu. Albo Błonia po papieskiej mszy. Dopiero były tłumy, przejść się nie dało, nieprzebrane rzesze ludzi kręciły się w jakimś zapamiętałym flaneurowskim obrzędzie – a teraz pustka. Kubki po kawie turla wiatr. Paru ostatnich stałych mieszkańców Śródmieścia rozgląda się w zdumieniu po swojej-nieswojej okolicy, jakby nie do końca wierzyli w obudzenie po długim i dręczącym śnie. Trauma nagle opróżnionego kontenera.

    Intryguje mnie masowy wymiar informacji. Nikt nic nie wie, faktów za oknem nie widać, cokolwiek do nas dociera, jest zbiorem bitów w necie – a wszyscy śledzą z wypiekami na twarzach i potem wyciągają mądre wnioski oraz wygłaszają opinie. Sieć roi się od rozmaitych porad i instrukcji, jak przetrwać kwarantannę, jak sobie radzić ze stresem i lękiem, jak nie dać się nudzie i nie stracić formy fizycznej, jak podtrzymać relacje międzyludzkie, jak nie utyć… A ty siedź, człowieku, od rana do wieczora i zajmuj się swoim samopoczuciem, żebyś przypadkiem na chwilę nie poczuł grozy bytu. A co by się, kurde, stało, gdybyśmy na chwilę ją poczuli? Gdyby groza bytu walnęła nas po łbach i nieco przywołała do porządku w tym zapamiętałym przeciamkiwaniu swoich dni? Co jest złego w tym, że się trochę przestraszymy i przekonamy, że życie nie sprowadza się do kupowania żarcia w Macu i wywalania papierowych toreb przez okno pędzącego samochodu? Że tu nie chodzi o prowadzenie za rączkę od kołyski do trumny?

    Obawiam się, że niestety o to chodzi. Tworzenie powszechnej iluzji prawdy, faktu, wiedzy – nie służy informowaniu nas o czymkolwiek dla samej informacji, tylko utrzymaniu nas na smyczy mediów. Ich bez nas nie ma. A nas bez nich. Nie widzimy, nie słyszymy i nie mamy głosu, jak te trzy chińskie małpki. Koronawirus w fenomenalny sposób uaktywnił i wzmocnił media internetowe, a jednocześnie objawił ich par excellence wirtualny charakter. Oraz handlowy, ponieważ informacja stała się towarem. Niby wszyscy o tym wiedzą, ale trzeba trochę krytycznego wysiłku, by sobie uświadomić cały ogrom konsekwencji. Na przykład taką, że w zasadzie każda wiadomość jest na sprzedaż, została kupiona bądź dopiero ma zostać kupiona. I nie chodzi tylko o tak zwane brukowce. Deklaracje rzetelności, służby prawdzie i uczciwości, misji społecznej – również mają w tle rachunek rynkowy. Albo zarobię na tym i się utrzymam, albo stracę i wypadnę z obiegu. Memowe szydery, przewrotne filmiki na youtube i wulgarne rapy popluwające na cośtam zmierzają do jednego: zdobyć poklask, publiczność i zarobić. Proste i brutalne.

    Brutalne dlatego, że wszechobecny klientyzm w tym układzie zmierza do zaspokojenia moich oczekiwań, a nie do ich zmiany. Że mam nie tyle się uspokoić zdobytą wiedzą, co podjarać wrzutką i natychmiast szukać następnych podobnych. Kręci się niekończona karuzela powierzchownych doznań, momentalnych drgnień, które się w żadną mapę poznawczą nie układają. Dużo mówią o pokręconej psychice konsumenckiej, ale o świecie – nic. Na początku pandemii żywiłem złudzenia, że izolacja oderwie nas od sieci, zrzuci z krzesełka na karuzeli i lądując tyłkami na trawie posmakujemy wreszcie prawdziwej ziemi. Ale nie. Przeciwnie, gdy tylko otrząsnęliśmy się z szoku, szybko biegiem do krzesełek i dalejże w ruch, jeszcze szybciej, wyżej, jeszcze więcej. Sieciowa kręcioła wiruje, byle uciec od realu. Internet święci triumfy. Czy my również – nie wiem.

    Wiem, internet jest jak świat. Zawiera wszystko, łącznie z przedustawnym chaosem i końcową apokalipsą. Każdy może z niego wziąć, co mu się podoba, nie ma ograniczeń. Ten potoczny mit ma jednak dosyć poważne mankamenty, na przykład taki, że ze wszystkich naszych zmysłów pielęgnowane tam są jedynie wzrok i słuch. Pozostałe – węch, smak, dotyk – są nieobecne w naszych doznaniach, a tym samym zepchnięte na margines. Nieużywane. Widoczek bez aromatu kwitnącej łąki i muśnięcia wiatru na policzkach jest tylko kolorowym maziajem o zapachu dusznego pokoju. Tworzy zastępczość, ale raczej udaje niż daje. Sorry, ale dwa zmysły zamiast pięciu, to jednak ograniczenie.

    Wyrzucam z siebie te antysieciowe diatryby na marginesie aktualnej lektury. U Kinga znalazłem dające do myślenia zdanie o tym, że większość ludzi nie zważa na istotne szczegóły wokół siebie i idzie dalej, zaprzątnięta „kolejnym dniem wyrzuconym na owo tajemnicze śmietnisko, na którym lądują przeżyte dni” (Jest krew, s. 143). Nagle ujrzałem mój dzień jako zmarnowany i wyrzucony na tajemnicze śmietnisko, gdzie leżą również wszystkie poprzednie. Jasna cholibka, wszystkie? Co miałem zrobić, żeby choć jeden z nich nie był zmarnowany? Przestać oglądać strony w necie? Ale wtedy w ogóle już nic nie będę wiedział! „Jutro dzień/ jeszcze jeden/ zrób co możesz” – mówi anioł w wierszu Miłosza, ale kto dzisiaj wierzy w anioły? I od razu telepka: zostaw to beznadziejne surfowanie i zrób coś ważnego. Nie marnuj dni, masz ich coraz mniej. Dramatycznie mniej. Być może już całkiem niewiele. Zrób coś ważnego!

    Zrobiłem. Polazłem na bosaka do ogrodu.

    Parę dni temu w moim dzienniku walnąłem się i umieściłem Antares w gwiazdozbiorze Raka, zamiast Skorpiona. Zwierzątka na oko podobne, ale inna grupa w ogóle. Skąd mi się to wzięło? Chyba stąd, że szukałem figury tego, co się teraz z nami dzieje. Idziemy do tyłu.

    3 maja 2020 (13693 zarażonych, 678 zmarłych)

    Dzisiaj wieczorem miałem wykład o najnowszym czteropaku opowiadań Stephena Kinga pt. Jest krew. Portal smakksiazki.pl i Jakub Ćwiek zorganizowali Viralowe Targi Książki w internecie, a ostatnim punktem dwudniowego programu był mój wykład. „Wykład” to zbyt wielkie słowo – raczej prelekcja, pogadanka o nowych tekstach ulubionego pisarza, z mocnym wątkiem autobiograficznym i autotematycznym, bo i o mnie, i o pisaniu trochę. Próbowałem przekonać słuchaczy i słuchaczki (nie wiem, na ile skutecznie), że Kinga od reszty producentów popkulturowej grozy różni to, iż jest prawdziwym pisarzem. Nie dostawcą popkultu na tony, byle wycisnąć kasę strasząc czym się da, ale właśnie pisarzem, czyli autorem tekstu z co najmniej podwójnym kodowaniem. Co dosłowne, jakimś zręcznym sposobem układa się zarazem w metaforę, czyli opowieść o każdym z nas. Niby dykteryjka o telefonie do nieboszczyka, a tak naprawdę wzruszająca historia o naszym pragnieniu utrzymania kontaktu z bliskimi zmarłymi. Niby opowiastka o szczurze podstępnie spełniającym życzenia, a właściwie studium niemocy twórczej i transgresji pisarza, który stoi przed dramatycznym wyborem: pisanie lub życie. Niby polowanie Holly Gibney na kolejnego outsidera, a w gruncie rzeczy moralitet o rytualnym zabijaniu odwiecznego Zła.

    Facet uwodzi mnie językiem (uuch, jak to brzmi). Najprostszą scenę potrafi napisać jak wyrafinowany poemacik, który chłonę z mieszaniną wysokiego zachwytu i niskiej zawiści. Rzadko zazdroszczę innym, każdy ma swoje życie, ale chciałbym choć raz sięgnąć jego warsztatu. Nie żeby od razu Ręka mistrza czy To, ale jedno takie opowiadanko jak Szczur. Powiedziałem w prelekcji, że King przestał uprawiać grozę za pięć groszy, rodem z tanich produkcji dla młodzieży, i pisze jak klasyk anglosaskiej prozy. Do pewnego stopnia zawsze tak pisał, to drugie dno można wyczuć wszędzie, tylko czytelnikom się nie chciało zwykle tam schodzić, bo wystarczy strach, ogryzanie paznokci i przegryzanie popkornem. Ponoć taki jest los wielkich – ludzkość dostępuje tylko cząstki ich niezmierzonego bogactwa. Tyle, ile udało jej się wyczytać. Reszta spoczywa w krypcie z inskrypcją: „Niewyrażone”.

    Myślę, że miał kompleks Prawdziwego Pisarza, bo tego tytułu przez całe życie krytycy mu odmawiali. Ja mu go przyznaję i podtrzymam w każdym starciu. Niech ktoś rzuci rękawicę.

    4 maja 2020 (14006 zarażonych, 698 zmarłych)

    Miałem nosa – ruszyli. Od rana sieć pełna zdjęć spod galerii handlowych i supermarketów. Pełne parkingi, tłumy pod drzwiami, kolejki na kilkaset metrów. Rzucili się jak horda wygłodniałych dzikusów na upolowanego mamuta. Dosyć mnie w tym zastanawia atrakcyjność Ikei po przymusowym siedzeniu naszego Narodu w domu. Z głodu porozbijali szafki w kuchni? Porysowali blaty stołów zębami połowic i pociech? Połamali łóżka w sypialniach od długiej i nieopanowanej chuci? W każdym razie masowa tęsknota do nowych mebli zdradza wezbraną w Narodzie pożądliwość nowych wystrojów wnętrz, powinienem zatem pogratulować mu gustu i schludności. Ciekawe, czy rzuci się również na te hotdogi za złotówkę przy wyjściu. Wtedy jeszcze musiałbym pogratulować kulinarnej finezji. Jacyś ryzykowni dowcipnisie zgłosili podłożenie bomb w Galerii Krakowskiej i w Solvayu, trzeba było ewakuować. Co za pech! Ledwieśmy przyszli i się rozejrzeli, co i jak, a tu trzeba wychodzić pod eskortą antyterrorystów. Masakra.

    www.unsplash.com/Ali Yahya

    Sześć dni do pseudowyborów pocztowych i nadal nikt nic nie wie. Także rządzący. To są takie jaja, że nie pamiętam podobnych! Nawet komuniści, którzy robili cyrk z wyborów, jednak nad porządkiem i terminami panowali. Od lat powtarzam: nie chodzi o to, że prawica, katole i nacjonaliści, ale o to, że PiS po prostu nie umie rządzić. To są nieudacznicy i amatorzy, powyciągani z jakichś głębokich zapleczy partyjnych, daleko od szosy, którzy mają problemy z tak podstawowymi ludzkimi umiejętnościami, jak mówienie i zachowanie się w publicznym miejscu. Jak mają dobrze rządzić państwem! A teraz jeszcze koronawirus im dodatkowo we łbach pomieszał i nie wiedzą, czy udawać, że nic się stało, czy się barykadować. Czy może już uciekać. I nic w tym wypadku nie znaczy fakt, że ktoś tam ich wybrał. Absolutnie nic! Jak nie umiesz rządzić, człowieku, to idź do domu i najpierw się czegoś naucz. To takie proste! I takie trudne.

    Ech, szkoda nerwów, idę z Aksą na łąki.

    Byliśmy, pobiegaliśmy. Słońce zachodziło matowo, krwawo, na deszcz. Ulga. Biegam tak z moimi kolejnymi psami od pół wieku, od pacholęctwa niewinnego wiejskiego, z jedną Azą, drugą Azą, potem z Korą i jeszcze paroma innymi. Teraz jest Aksa. Zawsze suka. Czarna albo podpalana. „Dzieciństwo moje szło przez pola z psem”, pisał Tadeusz Nowak w jednym z wczesnych wierszy i powtarzam sobie te słowa kładąc się na trawie ot tak, po nic, żeby poleżeć i popatrzeć na niebo. Ksysio Marzyciel. Dużo się w dzisiejszej humanistyce gada o rozchwianej tożsamości, o dezintegracji podmiotu, redukcji osobowości i tym podobnych trudnościach identyfikacyjnych, sam zresztą również o nich nauczam biedną od tych rozchwiań młodzież. I faktycznie, z nosem w mądrych książkach odczuwam podobnie. Na łąkach jest jednak inaczej. Opada pancerz wiedzy i świadomości, jest tylko bieganie, oddychanie, patrzenie, wołanie psa. To samo od pół wieku. I ja jestem ten sam, na pewno, moje odczucia identyczne jak wtedy, i wtedy, i wtedy. Łąka i pies to wyznaczniki ciągłości mojej osoby, czymkolwiek by ona nie była. Piszę to zastrzeżenie dlatego, że na łące żadne pytania o definicje i znaczenia nie padają. Więcej, one w ogóle nie istnieją. Jestem i tyle, nieważne kim. Może biegam z psem na łąki właśnie po to: żeby przestać pytać o siebie i po prostu być. To takie proste. I takie trudne.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (41-44 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    27 kwietnia 2020 (11761 zarażonych, 539 zmarłych)

    Dzień minął jak poprzednie: zajęcia zdalne czyli gadanie do własnego laptopa (bo studenci się wycwanili i wyłączają kamerki; ciekawe, co tam robią), potem trochę grzebania w książkach i w ogrodzie (kupiłem nowy wózek na węża), wieczorem czytanie i granie. Czyli nic ciekawego. Wiadomości ze świata unikałem jak ognia. Dopiero nocą coś drgnęło w dniu świstaka. Z balkonu patrzyłem na gwiazdy. Robię to od zawsze, ale tym razem koronawirus zmienił mi oko. Patrzyłem na nie tak, jakby nas już nie było. Nikogo. Domy nadal stoją, ale puste. Latarnie świecą, migocze na czerwono wieża telekomunikacyjna, blada łuna od dalekiej zakopianki, która milczy, bo nie ma już samochodów. Cisza. Nocny ptak krzyknie, zaszeleści trawa pod brzuchem przemykającego jeża, w dolinie prychnie młody sarniak. Tylko ludzi nie ma. Czyli nie ma również ich hałasów, migotań reflektorów samochodowych, buczeń samolotów i całego tego cywilizacyjnego harmideru, którym uszczęśliwiamy na co dzień swoje zmysły. Mogę to sobie tym łatwiej wyobrazić, że kwarantanna trochę nas przystopowała i przymknęliśmy jadaczki na chwilę. Częściej jest cicho. A gdyby nas całkiem zabrakło, byłoby jeszcze ciszej.

    Patrzę w niebo słuchając, jak niszczeje świat. Czas z rozpędu jeszcze płynie i co trwało mocą ludzkiej krzątaniny, rozpada się dzień po dniu. Wysoce przetworzona materia pokonuje drogę odwrotną i rozkłada się w pierwotne surowce, wraca do źródła, do ziemi. Wyłączają się kolejne bloki energetyczne i świateł jest coraz mniej, gaśnie zakopianka, latarnie wzdłuż ulicy Świątnickiej, najdłużej migocze czerwona sygnalizacja wieży koło Wieliczki, bo ma własne zasilanie, ale i ona w końcu znika…

    www.unsplash.com/Kyle Gregory Devaras

    Ciemność. Absolutna cisza i ciemność. Po wielu latach, ale to bez znaczenia, nie ma nikogo, kto by je umiał policzyć. Z lasów wychodzą zwierzęta, najpierw ostrożnie, niepewne, bo nigdy nie wiadomo, co ten człowiek znowu wymyślił, ale w końcu się orientują, że naprawdę sobie poszedł. A może go ktoś zabrał siłą i uwolnił wreszcie ziemię od tego szalonego destruktora. Sarny, lisy, bażanty coraz śmielej buszują po opustoszałych siedliskach byłego człowieka, wyjadają zdatne do spożycia resztki z naszego konsumenckiego raju, śpią i rozmnażają się w betonowych mieszkaniach, biurach, kościołach… Bo wolno. Nareszcie wolno.

    A one patrzą. Widziały wzlot i upadek dinozaurów, ewolucyjne zwycięstwo ssaków, stawanie na tylne nogi małpy z dużą czaszką i jej pierwsze narzędzie zbrodni, którym była wyschnięta kość udowa pobratymca. Nieruchomym, szklanym wzrokiem obserwowały, jak dwunożna małpa rozłazi się po świecie z pożądliwością przekraczającą jej potrzeby i możliwości. To się nie mogło dobrze skończyć. Teraz patrzą na wilka swobodnie załatwiającego się na betonowym placu, w środku kamiennego gruzowiska zwanego niegdyś Krakowem, i widzą w tym nadzieję na nowe otwarcie. Widzą? Nie wiem, nas i tak to już nie dotyczy.

    Arktur przesunął się do zenitu i chowa się za krawędzią dachu, na południu gwiazdozbiór Skorpiona z piękną, czerwoną Antares, rzadko podziwianą z racji niskiego położenia tuż nad horyzontem. Oddycham pełną piersią, żeby poczuć życie. Pulsowanie krwi. Jeszcze na chwilę być tu i teraz człowiekiem, dopóki można. Patrzeć na gwiazdy i chłonąć obrazy nocnego nieba, póki jeszcze są dla mnie. Te same, co zawsze. Niewzruszone. Boże, to wszystko takie kruche!

    Zapisuję późną nocą słuchając Jaszczurki King Crimson. Pasuje jak ulał.

    28 kwietnia 2020 (12218 zarażonych, 596 zmarłych)

    Już myślałem, że do cna wyzuci zostaliśmy z naszego metafizycznego zmysłu, ale na szczęście nie. Przykościelne księgarnie ojca Rydzyka handlują dewocjonaliami na okoliczność pandemii. Krzyże modlitewne, teksty religijnych zaklęć, obrazki patronów i święcona woda to podstawowy asortyment duchowej apteki dla maluczkich. Maseczek nie trzeba nosić, rękawiczek można nie zakładać, ale modlitwę trzeba mieć. I pięć złotych na tacę. Ciekawe, czy gdyby poszło od głęboko wierzącego ludu poszeptywanie, że najlepsze na pomór jest smarowanie się krowim łajnem, też by sprzedawali. Właściwie czemu nie?

    Jerzy Sawka przedwczoraj sugestywnie i nie bez ironii dowodził, że pandemiczne wybory najlepiej byłoby zorganizować w kościołach. Wysoki poziom zaufania publicznego do księży, znakomita sieć placówek w całym kraju, do tego nadzór administracyjny i moralny instancji o najwyższym współczynniku wiarygodności (Jezus Chrystus Król Polski). To znakomity pomysł i w dodatku oferujący mnóstwo możliwości przywabiania wyborców. Można zanęcić lokale obietnicą natychmiastowej spowiedzi, gdyby ktoś głosował nienadudę. Można do każdej karty wyborczej dołączyć flakonik z wodą z Lourdes, albo oprawną w plastikowe srebro relikwią z odzienia, dajmy na to, błogosławionej siostry Faustyny. Obok urny oczywiście puszka na DOBROWOLNE datki, a przy wyjściu kramik z substancjami do duchowej dezynfekcji. Siedzibę komisji wyborczej wypełniają opary kadzidlanego dymu i chorały gregoriańskie nucone dyskretnie przez mnichów na galeryjce. Do takiego pomieszczenia wchodzą tylko prawdziwi Polacy, nie jakieś tam żydokomuchy czy gendery. Gdyby wtedy ktoś jeszcze nie wiedział, jak ma głosować, byłby skończonym głupcem.

    A tak poważnie, zastanawiam się coraz bardziej przerażony, czy oni naprawdę chcą przepchnąć te wybory 10 maja. Przecież to jest znacznie większa obelga dla tego kraju, niż humoreski o komisji wyborczej w kościele!

    29 kwietnia 2020 (12640 zarażonych, 624 zmarłych)

    Deszcz! Deszcz! Pada i pada! A ja jeszcze nie mam gotowego zbiornika na deszczówkę i łapię do beczek. Byle jak najwięcej nałapać. Kiedyś na Środkowym Zachodzie USA (Bogie, Przyjacielu, dzięki za pamiętną wyprawę!) z zainteresowaniem przyglądałem się starym drewnianym cysternom na rusztowaniach – wiecie, takie, co się do nich na westernach strzelało i sikała woda – i myślałem o dziwactwie dzikiego kapitalizmu, który nawet na wodzie po chamsku sknerzy. Podobne później widziałem w Australii, z czego wnioskowałem, że sknerstwo, jak kapitalizm anglosaski, jest globalne. Oczywiście, nie chodziło o sknerstwo, tylko o konieczność w warunkach klimatycznych, gdzie deszcze bywają obfite, ale rzadkie i zbieranie deszczówki stanowi czasem sposób na przeżycie. Dopiero teraz pojąłem, czym jest czekanie na deszcz. Teraz patrzę z zachwytem na mokre szyby i kombinuję, do czego by tu jeszcze nałapać: wiadra, wanienki na zaprawę z czasów remontu, miski, balie… Pada, co za ulga! Kto powiedział, że woda to życie? Jeżu, całym ciałem czuję brylantowość tej myśli! No i proszę, teza antropologiczna gotowa: wraz ze zmianą klimatu zmienia się człowiek. Taka sobie, nie jakaś wystrzałowa…

    Widziałem się dzisiaj z Adamem Szają, który dzielnie publikuje na smakksiazki.pl kolejne odcinki tego dziennika. Wręczył mi przedpremierowy egzemplarz najnowszej książki Stephena Kinga, zbiór czterech minipowieści pod tytułem Jest krew… Nie brzmi to najlepiej, ale angielski tytuł If It Bleeds koresponduje ze starą prawdą dziennikarską, że jak jest krew, to jest publiczność, oraz ze słynną kwestią z „Predatora”: If it bleeds, we can kill it (Jeśli to coś krwawi, możemy to zabić). Nie umiem się oprzeć wieloletniej fascynacji Kingiem. Zwykle u mnie to się szybko zmienia, ale ten facet trzyma mnie przy sobie wyjątkowo długo. Mody przemijają, nazwiska autorów bestsellerów przelatują przez księgarskie regały i znikają jak świetliki, a on się trzyma. Mnie trzyma. Nawet kiedy już znam na wylot wszystkie jego pomysły i po paru stronach domyślam się, co go tym razem zaciekawiło w konstrukcji fabuły, czytam z lubością jak nastolatek. Gdy tylko dostałem tom do ręki, natychmiast zacząłem wertować w poszukiwaniu ulubionych fraz, ale nie, nie da się. King uwodzi powoli, systematycznie. Opanowałem się i zacząłem od początku. Spokojnie. Nie za szybko. Wyluzuj. To jest wytrawna opowieść, a nie hamburger do wpieprzenia w dwie minuty i popicia zimną colą. Pierwsze opowiadanie – zwykła, prosta historyjka, a już wciąga. Chcesz dalej i dalej. Jak on to robi?

    To na razie, idę czytać.

    30 kwietnia 2020 (12781 zarażonych, 628 zmarłych)

    W styczniu 2019 roku zmarł mój starszy brat Janusz. Urodził się i prawie całe życie spędził w Oświęcimiu, ale był człowiekiem morza. Jako młody chłopak poszedł do marynarki, gdzie spędził 5 lat pływając na łodziach podwodnych i skąd powrócił z nieuleczalną miłością do wody i wszystkiego, co po niej pływa. Był zdolnym modelarzem, wygrywał ogólnopolskie zawody, specjalizował się w modelach jachtów, ale składał również okręty i samoloty. „Składał” to nie jest właściwe słowo; on je budował od zera, od wycinania sklejki na wręgi i gięcia drutu na elementy pokładu. Jeśli dodam, że robił to wszystko w malutkiej piwniczce o wymiarach metr na dwa, będziecie mieli nieco pełniejszy obraz jego talentu. Oprócz uzdolnień manualnych miał również niekiepski umysł, który pochłaniał mnóstwo marynistycznej literatury. Kiedy czytając Josepha Conrada albo Hermana Melville’a czegoś nie wiedziałem, pytałem Janusza i on zawsze wiedział. Zawsze! Morze i okręty to była jedyna dziedzina wiedzy, w której wolałem pytać brata niż encyklopedię.

    www.unsplash.com/Thomas Haas

    W pół roku po jego śmierci – nagłej, bezczelnie zaskakującej – byłem na Wakacyjnym Kiermaszu Książki w Gdyni i w wolne popołudnie pojechałem na Oksywie. Znałem tę nazwę z jego opowieści, setki razy powtarzał, jak z kumplami w marynarce na Oksywiu to, na Oksywiu tamto – a wszystko dlatego, że tam się mieściła jednostka marynarki, w której służył. Przyjechałem, ponieważ nigdy wcześniej tu nie byłem i pomyślałem, że oddam Januszowi taki drobny pośmiertny hołd. Zszedłem na plażę i ruszyłem na północ, rozglądając się za czymś, co by mogło choć odrobinę przypominać brata marynarza. Ot, całkiem wysoki i miejscami malowniczy klif, drobna fala, w wodzie jakieś zielone paskudztwo, więc od razu mi się przypomniała rybia zupa z początku Weisera Dawidka. Ogólnie jednak nudno i mało ciekawie.

    W pewnej chwili jakieś dwieście metrów od brzegu ujrzałem wielką betonową ruinę, do której wiódł podwójny rząd słupków. Wyglądała na stary poniemiecki bunkier, ale lokalizacja trochę mało bunkrowa mi się wydała. Jaką by miał pełnić funkcję? Do ostrzału przecież lepszy był klifowy brzeg – dalej widać i łatwiej celować. Przystanąłem z zaciekawieniem i zacząłem snuć rozmaite domysły, aż wreszcie zniecierpliwiony sięgnąłem po telefon. Chciałem sprawdzić w googlu, wtedy jednak uruchomił się we mnie dawny odruch i nagle pomyślałem, że lepiej byłoby zadzwonić do Janusza. Hej, przecież on nie żyje. No tak, ale… co z tego? Wierzcie lub nie, dokładnie taka myśl mi przeszła przez głowę: zadzwonić do nieżyjącego od pół roku brata i zapytać go o tę ruinę przy brzegu na Oksywiu. Gapiłem się na obmywane falami betonowe monstrum, ściskając w dłoni smartfona i ważąc jakieś całkiem absurdalne argumenty. Wreszcie kliknąłem w książkę adresową – numer Janusza nadal tam był. Po chwili wahania nacisnąłem zieloną ikonkę i przystawiłem aparat do ucha. „Przepraszamy, abonent ma wyłączoną komórkę lub jest poza zasięgiem”. No jasne, głupia babo, wiem, że jest poza zasięgiem. Ale… co z tego? Dyskretnie jak detektyw Marlowe rozejrzałem się wkoło i zacząłem: „Cześć, jak ci tam leci? Słuchaj, bo jestem na Oksywiu i tu stoi w wodzie taka betonowa rudera. Co to jest? Za czasów twojej służby też tak wyglądała, czy było coś więcej? Chyba jakaś wojenna konstrukcja, nie? No dobra, to na razie, trzymaj się.” Miałem ochotę mówić dłużej, ale jakaś pani z pieskiem przechodziła i pośpiesznie zakończyłem. Chyba się przestraszyłem, że ona zobaczy, że mówię do głuchego telefonu.

    Szedłem dalej z jakimś bliżej nieokreślonym ssaniem w dołku, które nie wiem na ile było smutkiem, na ile zaś wstydem czy wyrzutem sumienia. W języku ludu zwie się to „robieniem sobie jaj z pogrzebu”. Pewnym pocieszeniem dla mnie było to, że Janusz należał do ludzi z kapitalnym poczuciem humoru i gdybym mu podobną hecę opowiedział podczas kolejnego naszego spotkania (torpedownia), na pewno setnie by się ubawił. „Nie dzwoń do nieboszczyka, bo ci jeszcze odpowie” – tak mógłby brzmieć jego dowcipny komentarz. Bardzo cenił moje uniwersyteckie ambicje, ale i potrafił mnie potraktować z ironiczną wyższością, jak to starszy brat. Tak, młody.

    Torpedownia.

    Brnąc po piasku słyszałem raz po raz to słowo, z jego brzmieniem głosu. Tak, głosu Janusza, wyraźnie słyszałem, jak je mówi. Torpedownia. Ruina niemieckiej konstrukcji z czasów drugiej wojny światowej, jeden z solidnych militarnych projektów, które miały zbudować III Rzeszę na tysiąc lat. Chodziło o to, żeby można było zmontować i załadować torpedy na łodzie podwodne bez wchodzenia do portu, po prostu na wodzie, niejako w biegu. Wiesz, Niemcy w te klocki byli naprawdę dobrzy.

    Dlaczego to wszystko opowiadam? Ponieważ usiadłem do najnowszej książki Stephena Kinga i pierwsze opowiadanie jest o… dzwonieniu do nieboszczyka z prośbą o radę. I co? Ktoś powie, że nic. A ja mówię, że jednak coś.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (31-36 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    14 kwietnia 2020 (7202 zarażonych, 263 zmarłych)

    Zgłosiła pretensje wierna czytelniczka, że zbyt pesymistyczny ten mój dziennik i żebym napisał nieco optymistyczniej (podzieliło mi się na opty- i mistyczniej). Bardzo bym chciał, ale wystarczy rzucić okiem na program jutrzejszych głosowań w sejmie by stracić do reszty ochotę na optymizm. Wyjęli z kosza zakurzony projekt całkowitego zakazu aborcji i będą przepychać. Do tego dorzucili karanie za edukację seksualną i zgodę na zabieranie dzieci do lasu na polowania. Kompletne pomieszanie z poplątaniem. To chodzi o to, żeby te dzieci chronić, czy żeby je stawiać pod lufy pijanych myśliweczków i smarować posoką w wojenne barwy? To jest ustanawianie prawa, czy jego likwidacja? Ręce opadają. Chcą przecisnąć przez maszynkę do głosowania wszystko to, co zostało wcześniej odrzucone wskutek szerokich protestów społecznych. Gdyby ktoś jeszcze nie rozumiał, to przypominam; zabierają nam wolność. Wolność decydowania o sobie, co jest fundamentem obywatelskiego społeczeństwa. Po drugiej stronie, na horyzoncie, majaczy powrót do parafiańskiej ciemnoty rodem z „nocy saskiej”. I lawinowo rosnąca liczba noworodków topionych w szambach. Czy to jest ochrona życia? Ach, no i jeszcze dorzucili wątek żydowski, jak zwykle. Czas skończyć z tym odzyskiwaniem mienia przez ofiary i ich pełnomocników. Wszystko co nasze Polsce oddamy. I nie nasze też.

    Podobno wątek żydowski został usunięty. Jak to ktoś ujął – zagrożenie nie jest realne. Nie, jest nadnaturalne.

    www.unsplash.com/Billy Huynh

    Okej, wyłączam internet. Ma być pozytywnie. Wyłażę na taras, rozglądam się i szukam czegoś dobrego. Chmury są dobre. Płyną od zachodu i niosą opady, których wyschnięta ziemia łaknie jak kania dżdżu, choć niewiele tego dotychczas spadło. Ja mam z chmurami jak Dyzio Marzyciel. W dzieciństwie naprawdę lubiłem kłaść się na łące (tata zabierał mnie do pracy w polu i uczył rolniczego fachu), by patrzeć na płynące obłoki. Naprawdę chciałem usiąść na takiej miękkiej białej poduszce z waty i popłynąć hen daleko. Czyli nie zostać tu, gdzie byłem. Faktycznie, popłynąłem daleko, rolnikiem nie zostałem i całe szczęście, bo dzisiejsza gospodarka wiejska z rolnictwem w rozumieniu mojego ojca niewiele już ma wspólnego, natomiast miłość do chmur mi została. Prawie wszystkie zdjęcia na wycieczkach robię dlatego, że są fajne chmury w tle. Ilekroć lecę samolotem, zdumiewa mnie – wiem, całkiem naiwnie – ich nieuchwytność, ulotność, brak kształtu. Po prostu mokra mgła. A z ziemi wyglądają tak konkretnie! No więc patrzę teraz na nie i myślę sobie, że jednak są najtrwalsze ze wszystkiego. Świat się skończy, życie wymrze, wirus zdechnie razem z jego ostatnimi nosicielami – a one nadal będą tak lecieć z zachodu na wschód albo odwrotnie. Rozwiewać się i na powrót scalać w rozciągliwe ni to materie, ni to idee, rozszczepiane promieniami słońce we wszystkie kolory tęczy. Wyłaniać się zza horyzontu i znikać po drugiej stronie. Istnieć. Tylko już nie będzie oka patrzącego z zachwytem i głowy marzącej, by polecieć z nimi.

    Pozytywnie wyszło, nie ma co. To spróbuję inaczej. Dobrze mi się siedzi w pokoju. Cztery ściany, dwa skosy dachowe, w nich okna jak włazy do czołgu – można się poczuć bezpiecznie. Co złe, zostaje na zewnątrz (pesymizm podpowiada, że co dobre również, ale go uciszam), natomiast tu, w środku, siedzę jak w pudełku swojej cieplutkiej, umoszczonej czytaniem i pisaniem norki, z której właściwie nie ma potrzeby wychodzić. Kwarantanna do pewnego stopnia stanowi spełnienie marzeń humanisty, który chciałby mieć wreszcie spokój od świata i siedzieć sobie po uszy w tekstach, unikając konfrontacji. Książek mam całkiem sporo, wiele z nich nieprzeczytanych, czyli do przymusu siedzenia można jeszcze dopisać szlachetny cel, że się nadrabia intelektualne zaległości. Wszyscy teraz powtarzają: „nareszcie mogę nadrobić zaległości w czytaniu!”. Gdyby nie moje postanowienie o pozytywności, spytałbym: ale właściwie po co? Ile tych zaległości jest i kiedy zostanie nadgonione? I co???

    A najbardziej pozytywna jest lornetka. Pal licho czytanie i pisanie, ale jest wiosna, ptaki szaleją i można podglądać je godzinami, gospodarzące wokół domu. Ileż w tym ruchliwego konceptu! Na przykład jedna sikorka bogatka od kilku dni buduje gniazdo w dachu sąsiadów i regularnie sfruwa do naszego ogródka po gałązki. Bierze jedną, próbuje dziobem i odrzuca, bierze inną i układa równiutko, drugą, trzecią, a kiedy uzbiera jej się pełny luk bagażowy, łapie w dziób i leci. Wszędzie pełno patyków, suchych traw i wszelkiego budowlanego materiału, a ona sobie ubrdała, że te moje pasują najakuratniej i warto latać dwadzieścia metrów dalej. Próbuję pojąć, czym się kieruje w tych konstrukcyjnych ustaleniach: giętkością? Ciężarem? Wartościami izolacyjnymi? Podatnością na wstrząsy? Nigdy nie budowałem gniazda, wiadomo. Ale też nigdy się nie zastanawiałem, JAK ZBUDOWAĆ GNIAZDO! A teraz, dzięki pandemii, zaczynam. Pozytyw? Jak najbardziej!

    15 kwietnia 2020 (7582 zarażonych, 286 zmarłych)

    Kryzys i solidarność. Kapitalizm i wspólnota. Społeczne i prywatne. Znowu się nasiliły apele o pomoc dla drobnych przedsiębiorców, na których podobno spoczywa nasz dobrobyt i jeśli oni upadną, upadniemy wszyscy. Mamy być solidarni i zrzucić się na ratowanie ich interesów, ponieważ zastrzyk pieniędzy pomoże im przeżyć. Czyli nam również. Jak donoszą, córka naszej marszałek sejmu – trenerka personalna z siłowni – poprosiła nawet o wpłaty na konto, które pozwolą jej „przetrwać ten trudny czas”. Niemal doścignęła ojca Rydzyka – aż boję się powiedzieć, w czym. W każdym razie powinniśmy ją ratować, bo drobnej przedsiębiorczości na pewno jej nie brakuje i przyda się do odbudowania kraju z pandemicznych zniszczeń.

    Solidarność działa. Szkoda, że w jedną stronę. Byłem na zakupach uzupełniających i widziałem nowe ceny w warzywniaku i delikatesach. Zwyżka średnio o pięćdziesiąt procent. Czasami o sto i więcej. Może na liczi, awokado i cytrusach jeszcze jakoś uzasadniona, ale na ziemniakach i marchewce to już chyba nie. Ani orzechach laskowych (dodaję do jogurtu na śniadanie). To znaczy, że zasada solidarności społecznej i zwykłej międzyludzkiej pomocy ze strony drobnych przedsiębiorców już niespecjalnie działa. Jak można zarobić na kryzysie, to się zarabia. Na tym przecież polega wolny rynek, o czym zdajemy się czasem zapominać. Zatem przypominam: kapitalizm powstał na kulcie zysku i uznaniu sknerstwa za cnotę (patrz Opowieść wigilijna Dickensa). Nie mam specjalnie złudzeń, że obronimy się przed kryzysem dając pieniądze przedsiębiorcom i życząc im „przetrwania trudnych czasów”, a tym bardziej nie mam złudzeń, że oni nam się w jakimś hipotetycznym „później” odwdzięczą na przykład promocyjnymi cenami. Kto ma stracić, straci, a kto ma zarobić, zarobi. Brutalnie i po prostu. A solidarność w sensie sprawiedliwości społecznej nie sprawdza się w odniesieniu do drobnokapitalistycznej konkurencyjności, bo nie i tyle. Zysk jest wartością nadrzędną i wyklucza myślenie w kategoriach dobra publicznego, przedwojenni socjaliści porządnie już ten problem przedyskutowali. A „Solidarność” się na nieznajomości tych dyskusji przejechała, usiłując być formacją socjalistyczną w kapitalizmie, i skutkiem tego została przybudówką populistycznej władzy, zamieniając ideę robotniczej wolności na rządowy garnuszek.

    Z tą pomocą to naiwność. Wiem, bo czytałem bajkę Mickiewicza Chłop i żmija, a ponieważ to nasz wieszcz narodowy, zakładam, że wie co mówi.

    Któryś lekarz w przypływie rozpaczliwej determinacji krzyknął, że nie potrzebuje oklasków na balkonach, tylko odrobinę życzliwości w sklepie, kiedy po dwunastu godzinach dyżuru robi zakupy w drodze do domu. Może tam skierujmy nasze apele o solidarność. Do tych wszystkich, którzy mogą pomóc służbie zdrowia, gdyż tam się teraz rozgrywa najważniejsza walka. A personel medyczny jest daleki od kapitalizmu i nie ukąsi pomocnej dłoni. Raczej ją wyleczy.

    17 kwietnia 2020 (8379 zarażonych, 332 zmarłych)

    Z jakimś maniackim uporem piszę w nagłówkach te „oficjalne dane” o ofiarach, ale to jest pic na wodę. Lekarka mówi, że w jej szpitalu w ciągu doby zmarły 4 osoby, a oni podają na cały kraj liczbę zgonów 7. Nawet nie wiadomo dokładnie, kto podaje, ponieważ dane publikuje ministerstwo zdrowia, ale kneble są założone znacznie niżej, na poziomie poszczególnych jednostek medycznych, więc minister jakby jest kryty. Krótko mówiąc, rośnie zaufanie do rzeczników prasowych. Jeszcze trochę i każdy będzie sobie sam sporządzał gazetę na każdy dzień z tego, co gdzie wydłubie z internetu. A w internecie jest wszystko, jak na wysypisku, i każdy kleci kiosk z wiadomościami po swojemu, wedle pomyślunku, talentu i przyzwoitości. Mnie na ten przykład osobliwie cieszą filmiki dowodzące, że cała pandemia jest jedną wielką mistyfikacją, a szpitale są puste i funkcjonują normalnie, to znaczy żadnych chorych w nich nie ma. Niektórzy z nas uwielbiają teorie spiskowe i teraz mają używanie. Wszystko jest zmową, jakimś ukrytym „systemem”, działającym w interesie wąskiej grupy cwaniaków (miliarderzy, CIA, Żydzi, rosyjscy lub chińscy oligarchowie itd.), sycących swoje odrażające żądze nieszczęściem reszty ludzkości. Jak El Cuco z Outsidera, który musi odnawiać swoje siły szerząc zło. W obliczu globalnego zamieszania jedni tracą rozum, a inni go zyskują nad miarę i dochodzą do przekonania, że przeniknęli istotę rzeczy. Łatwe odpowiedzi kuszą, zwłaszcza gdy nie ma odpowiedzi prawdziwych.

    Ten upór w szukaniu odpowiedzi. Uważaliśmy go za przywilej, boski dar, dzięki któremu odróżnimy się od reszty Stworzenia i uczynimy je sobie poddanym. Teraz to już nie jest takie pewne. Im więcej otrzymujemy odpowiedzi, tym więcej rodzi się nowych pytań i ta zabawa zdaje się nie mieć końca. Trochę z tym jest jak z nieustannym wzrostem gospodarczym – nie może trwać w nieskończoność i kiedyś musi klapnąć. Im dłużej go pompujemy, tym klapnięcie głośniejsze i bardziej bolesne. Czasem kombinuję, że właśnie przeżywamy jedno z takich klapnięć, a że długo powstrzymywane, to dosyć głośne. Cofka jakaś planetarna.

    Może właśnie jesteśmy świadkami końca epoki postępu. Nie chodzi mi o to, że wszystko się nagle zatrzyma, nie, rozwijać będziemy dalej produkcję, usługi i wszystko to, co – chyba zbyt łatwowiernie – wzięliśmy za esencję naszej cywilizacji. Tylko wiara w potęgę postępu klapła. W szkole mieliśmy taką odzywkę na mędrków: „Nie bądź taki do przodu, bo ci z tyłu braknie”. Jakby teraz trochę nam z tyłu brakuje, prawda?

    Jak mówił Miłosz, kiedy ktoś siedzi w brzuchu wieloryba, niekoniecznie musi wiedzieć, jak wieloryb wygląda. Ten, w którym siedzę, zaczął mieć właśnie jakieś wzdęcia, coś mu burczy po przewodzie pokarmowym i boję się myśleć, czym to się skończy. A przecież żadnych sepulek mu nie podawałem! Wskutek tych wzdęć i klapnięć mogę się ostatecznie wydostać na zewnątrz i poznać prawdziwy kształt naszego wieloryba… ale w jakiej atmosferze?

    www.unsplash.com/CDC

    Tak, dobrze się domyślacie, mówię o upartym poszukiwaniu formy dla naszych czasów. Wciąż jej nie znalazłem. Żywię jakieś anachroniczne i być może zupełnie fałszywe przekonanie, że kiedy zobaczę kształt naszego wieloryba, to i słowa przyjdą odpowiednie, czyli że istnieje realny związek pomiędzy światem i językiem. Wychodzę ze swojej epoki i oglądając się za siebie widzę postać. Czas zmienia dekoracje i automatycznie uruchamia się nowy styl. Arcyludzkie przekonanie.

    19 kwietnia 2020 (9287 zarażonych, 360 zmarłych)

    Rocznica powstania w getcie warszawskim. Mocna figura żydowskiego losu w czasie Holokaustu: garstka obrońców naprzeciw wrogiej ludzkości. To był moment ostatecznej kompromitacji idei narodowej, ponieważ obnażył jej cynizm i zakłamanie. Naród wielki, święty i wolny – ale tylko mój. Inne narody do wyniszczenia. Kult narodu jest w gruncie rzeczy uświęceniem partykularnych interesów jednej grupy kosztem innych i tak naprawdę u nacjonalistów wszelkiej maści wcale nie chodzi o naród. Wszak definiują go w sposób plemienny i wykluczają obcych, nawet jeśli są obywatelami tego samego kraju. Wtedy łatwiej ich zabić. A jeszcze łatwiej, kiedy się im odbierze człowieczeństwo („Żydzi, wszy, tyfus plamisty”). Nacjonalista jeśli chce budować, to tylko po to, żeby się bić. Dzisiaj niby oczywistości, ale jak widać z kwitnących wkoło agresji plemiennych, wciąż nie przyjmujemy ich do wiadomości. Nieraz mnie męczyło, dlaczego po Holokauście nadal możliwy jest antysemityzm? Przecież nie z rasowych doświadczeń, bo wielu dzisiejszych antysemitów z Żydami nie miało nigdy do czynienia i swoją nienawiść czerpie z mediów. Czy to Biblia zdefiniowała ich jako ofiary, a nas jako oprawców? Zwykle uważa się odwrotnie, ale to z powodu chrześcijańskiej propagandy. Spytam inaczej: czy Chrystus głosił swoje nauki do nas, czy do Żydów?

    Tamci w bunkrach i piwnicach getta ginęli już nie w imię tego czy innego narodu, ale po prostu jak ludzie. To było dla nich ważne – by nie umierać jak zwierzęta, którym my też najpierw odbieramy dusze, by potem móc ze spokojnym sumieniem zabić. Gdyby nacjonalistyczne kategorie miały jakikolwiek sens, młody Żyd z bunkra ŻOB-u mógłby zapytać Polaka z tamtej strony muru: co dla ciebie znaczy nasza tysiącletnia wspólna historia? Odpowiedź brzmi: nic. Jak bardzo obchodzi cię śmierć z obcej ręki twojego żydowskiego brata w waszym wspólnym domu? Odpowiedź: nie obchodzi. Ile jest warte dla ciebie życie człowieka, który był twoim sąsiadem? Odpowiedź: tyle, ile ukrywane przez niego złoto. Co możesz w ogóle dla mnie zrobić? Odpowiedź: niewiele. Mogę pomodlić się do Chrystusa, który też był Żydem.

    Popełniam ten sam błąd: mówię „my” i „oni”. A przecież oni byli nami. Razem budowaliśmy przez tysiąc lat Rzeczpospolitą i czas polsko-żydowskiej zgody pisze najlepsze karty naszej historii. A czas pogromów najgorsze. Konflikty między nami były zawsze jednokierunkowe, to znaczy my biliśmy ich. Tak zwane pogranicze polsko-żydowskie tym się charakteryzuje, że nie ma lokalizacji przestrzennej, ponieważ takiej granicy geograficznej nigdy nie było. Były inne, partykularne, nacjonalistyczne, i one powinny były odejść w przeszłość razem z koszmarem Holokaustu. Nie odeszły.

    Brak Żydów boli, ale i szkodzi. Polska bez nich jest jakaś uboższa, bardziej przaśna i parafialna. Umysłowo nudna. Partie polityczne budujące swoje programy z użyciem haseł antysemickich są jakieś niedowarzone intelektualnie, bardziej prostackie, zwyczajnie głupsze. I nie chodzi tylko o durniów w rodzaju Rybaka czy Międlara, ale o najważniejsze ugrupowania polityczne, z sejmową reprezentacją. Myśli żydowskiej im brakuje. Odrzucają akurat to, co mogłoby im pogłębić wymiar, nadać formę, o którą w Polsce tak trudno, podnieść trochę w oczach świata. A tak – bełkoczemy o wstawaniu z kolan pełzając na pańszczyźnianych czworakach. Niemców nie spolonizujemy, Rosjan też nie, ale Żydów mieliśmy spolonizowanych i pozwoliliśmy sobie ich zabrać. Przyłożyliśmy rękę do ich odejścia, zamiast o nich walczyć. Głupota nie polega na tym, że się nie wie wszystkiego, tylko na tym, że się nie umie słuchać mądrzejszych.

    Młody żydowski bojownik z getta nie daje mi spokoju. Podobno umierał w milczeniu, nie mając nic do powiedzenia światu za murem. Jego brat po tamtej stronie będzie ginąć kilkanaście miesięcy później z tą samą przeraźliwą samotnością i rozpaczą. Umierają osobno, choć gdyby umieli ze sobą rozmawiać, zginęliby razem. Jak na braci przystało. Poróżniła ich koncepcja narodu.

    Obchody dzisiaj też puste, bez ludzi. Samotne jak ich śmierć.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dni 14-16)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    28 marca 2020 (1481 zarażonych, 17 zmarłych)

    Przycichły trochę inne spory. Prawa mniejszości, kobiet, zwierząt i planety w ogólności mniej się jakby teraz liczą. Wraca – obawiam się, tylko na chwilę – obrona sądownictwa w Polsce. A to za sprawą wyborów, ponieważ ostatniej nocy pisowski sejm przegłosował cały pakiet poprawek do specustawy na okoliczność koronawirusa, i przy okazji zmienił kodeks wyborczy, co jest niezgodne z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego. Nie tylko pisowski, opozycyjna KO również była za, bo nie miała innego wyjścia, jako że pakiet zawierał cały program pomocowy dla zagrożonego narodu. To trochę jak w grze w durnia: pod spód trzy dziewiątki, a na wierzch asa – i buda. Bo ta cała polityka dosyć dawno już przestała być polityką w sensie negocjowania wspólnego stanowiska dla dobra całej społeczności i przypomina zadymioną szulernię, gdzie podejrzane towarzystwo ciupie w karty wzajemnie się oszukując. Co jakiś czas któryś ląduje w więzieniu, ale to tylko podkręca atmosferę gry, stawka rośnie i podnieca. Słowo uczciwość służy u nich do tego samego, co pochowane po kieszeniach noże, to znaczy do szantażowania przeciwnika.

    www.unsplash.com/Jack Hamilton

    Jak dla mnie, mogliby przestać udawać, że zależy im jeszcze na jakichkolwiek mechanizmach demokratycznych i po prostu przegłosować jedno uniwersalne prawo: robimy, co chcemy, a wy cicho. A jak się nie podoba, to wynocha (K. Pawłowicz). W zasadzie już tak jest, przegłosowanie tylko uprawomocniłoby stan rzeczy, nieprawomocny z założenia. Kategoria prawomocności straciła pierwotne znaczenie i obróciła się w swoje przeciwieństwo – głosowanie legitymizuje nieprawomocność. Chyba tylko zagorzali tropiciele spośród profesjonalnych prawników są w stanie rozróżnić, co tu jeszcze jest legalne, a co już nie. Najlepsze kłamstwo to takie, które pomieszano z prawdą.

    Ale ja nie o tym. Kryzys w polityce jest tak naprawdę kryzysem polityki, która – powtarzam za mądrzejszymi ode mnie – jest sztuką negocjowania, a nie przepychania swojego na siłę i zgarniania co się da, bez względu na koszty społeczne. To drugie bardziej przypomina mafijną dyktaturę i nie mówię tu niczego nowego. Politycy i z prawa, i z lewa forsują swoje „nienaruszalne wartości” i zdają się nie rozumieć, że demokracja nie polega na zmuszaniu innych do własnego światopoglądu (co to właściwie jest?), tylko na akceptowaniu faktu, że inni mogą myśleć i czuć inaczej.

    Ale ja o tym też nie. Walka z epidemią przybiera obrót, którego się obawiałem po przeczytaniu paru tekstów o dawnych epidemiach. Tragedie ludzkie stają się pretekstem do wzmocnionego politykowania, czyli ci na górze dalej grzmocą w karty, tylko mają nowy dopływ atutów. Związki pracodawców zamiast apelować o spokój, solidarność i zapewniać o swojej dobrej woli, już się licytują na temat wysokości pomocy finansowej i czemu tak mało. W tak zwanej „tarczy antykryzysowej”, jak alarmuje Adrian Zandberg, chronione są głównie interesy banków. Faktycznie, zajrzałem, jest tam powołany Fundusz Gwarancji Płynnościowych w BGK, który ma zabezpieczać poręczenia dla kredytobiorców, czyli de facto gwarantować bankom, że przynajmniej 80 proc. niespłaconego kredytu do nich wróci. Jedyny, jaki utworzono w pakiecie. Banki dostają dziesięć razy więcej niż cała służba zdrowia. Większość zarządzeń dotyczy odraczania spłat, przesuwania terminów i płacenia składek ubezpieczeniowych. To ostatnie to po prostu przelewanie dodatkowych pieniędzy z budżetu do ZUS. Krótko mówiąc, najważniejsze, żeby banki i ZUS nie straciły wpływów, bo jak cała ta nasza piramida kredytowa runie, to… i tak dalej, i tak dalej. Będziemy nadal płacić, tylko po paru miesiącach przerwy. Ciekawe, z jakimi odsetkami. Pracodawcy dostaną najwyżej 50 proc. płacy minimalnej na pracownika pod warunkiem, że go nie zwolnią i że nie będą mieli zbyt wysokich dochodów. Żeby dostać wsparcie, trzeba najpierw zbiednieć.

    www.unsplash.com/Dmitry Demidko

    Nie, o tym też nie chciałem. Tak naprawdę, to chciałem od tego wszystkiego uciec. Pandemia przywróciła nam myślenie w kategoriach zbiorowych i to należy uznać za plus. Znowu padają hasła solidarności, wzajemnej pomocy i ratowania bliźniego w biedzie. Mobilizujemy się jako społeczeństwo. Dobrze. Jednak po trzech godzinach kompulsywnego wertowania internetu wyłączam komputer i zamykam oczy. Dosyć. Nie mam siły. Jak długo można popędzać skołatane nerwy do przejmowania się człowiekiem? Czy on i ja to na pewno to samo? Czy nie za łatwo utożsamiłem się z tym, którego częściej krytykuję niż podziwiam? Do czego mi ta więź teraz, w samotnym zamknięciu, gdzie za całą ludzkość wystarcza żona i dwie córki (plus Aksa), a reszta to piksele na ekranie? Nie jest to kwestia wyłącznie epidemiczna, wcześniej też pytałem. Bez odpowiedzi.

    W przymusowym domowaniu ludzie robią remanenty po szufladach i folderach, i wrzucają do sieci dawne zdjęcia. Ściślej rzecz biorąc, dawne zdjęcia samych siebie, portrety sprzed lat, bo teraz jestem stary, a kiedyś byłem młody i zobaczcie, dosyć szczupły i nawet przystojny. Miałam piękne pofalowane włosy i różową sukienkę z koronką. A tu jestem z moim ukochanym psem, z tyłu na ganku babcia, która się uśmiecha, ale już nie żyje. Siedzimy nad albumami, grubymi kopertami i pudłami po butach, przerzucając wyblakłe obrazki z przeszłości i konstatując z nowym wzruszeniem stary poczciwy upływ czasu. Temu i owej spadnie z powieki łza. Ziarnistość papieru fotograficznego ma coś z piasku, który przesypuje się między palcami. Czy to również funkcja pandemicznego niepokoju? Boimy się o siebie i robimy egzystencjalny rachunek sumienia? Wpadamy w zbiorową melancholię z nudów, czy ze strachu przed śmiercią? Melancholia jest niepraktyczna, ponieważ mówi, że twoje życie już było, a to w strachu przed śmiercią nie pomaga. Podkopuje nadzieję, odbiera siłę w zmaganiach, wyłącza instynkt przetrwania.

    29 marca 2020 (1862 zarażonych, 22 zmarłych)

    Podobno Duda stwierdził, że wybory jednak mogą nie odbyć się 10 maja. To wspaniała wiadomość, że prezydent nie wszystkich Polaków rozejrzał się wkoło i zaczął kojarzyć, co się dzieje. Alleluja! Oczywiście zakładam wariant optymistyczny. Pesymistyczny podpowiada, że prezydent doskonale wie, co się dzieje i brnie w zaparte, bo mu Prezes kazał. Jego sprawa. Pod presją opozycji, prawników, opinii publicznej, Brukseli i wszystkich innych czynników, które systematycznie (i podle) naciskają naszą biedną władzę, wybory zostaną pewnie przesunięte, ale wrzutka do kodeksu wyborczego zostanie. Wyborcy w wieku 60+ mogą głosować zdalnie, a to jest głównie elektorat PiS. Mogą również głosować przez pełnomocników, czyli wyśle się sto tysięcy księży i zakonnic, żeby nosili głosy z domów opieki i przytułków do komisji wyborczych. Co się tam po drodze będzie działo z demokracją parlamentarną, wolę nie myśleć, ale co kogo obchodzi moje myślenie. Parę punktów procentowych wpadnie, akurat tyle, ile potrzeba, żeby Duda wygrał w pierwszej turze. Taki jest cel tej operacji. Od początku do końca podstępny i niecny, bo takie są reguły gry w durnia pod powałą zadymionej szulerni. Na spód trzy dziewiątki, na wierzch asa – i buda.

    Nie oburzam się. Zgłaszam tylko, że widzę i próbuję myśleć nad tym, co widzę.

    Wycieczkowce krążą po oceanach jak kolonie trędowatych, nikt nie chce ich przyjąć do portu. Bogaci emeryci Zachodu płaczą i narzekają. Sami są sobie winni, bo nie słuchali ostrzeżeń i popłynęli na rejs, a teraz nie mogą wrócić. Biura turystyczne uspokajały, że na statku jest bezpieczniej, a w Ameryce Południowej, dokąd płyną, nie ma jeszcze koronawirusa. I że „koronawirus może przeżyć tylko w niskich temperaturach, więc Karaiby są fantastycznym wyborem na najbliższą podróż”. Cudne. Pamiętajcie, że w epidemiach moralność zarazem rośnie i upada. Bądźmy solidarni i dajcie nam więcej, bo weźmiemy siłą. A zysk i uczciwość to dwie nogi kapitalistycznego społeczeństwa, stojące na dwóch krach. Rozjeżdżają się, a ty toniesz.

    www.unsplash.com/Alonso Reyes

    30 marca 2020 (2055 zarażonych, 31 zmarłych)

    Stało się. Polityka wlazła w sam środek walki z koronawirusem, rozpycha się łokciami i twierdzi, że jest najważniejsza. Zmarłych nie liczymy, tylko ukrywamy, natomiast liczymy skrupulatnie żywych, i to wyłącznie z jednej perspektywy – głosowania w wyborach prezydenckich. Wybory to główny fetysz demokracji, a także dyktatury udającej demokrację. Muszę przyznać, że jednak podziwiam tę władzę. Trzeba mieć jaja, żeby tak otwarcie zagrać szatańską kartą. Pal licho wolność, demokrację, prawa obywatelskie, konstytucję i co tam jeszcze opozycja ma na sztandarach, ale oni pogrywają z życiem Polaków! Przecież jeśli naprawdę przeforsują te wybory, to już odwrotu nie będzie i Trybunał Stanu na bank! Swoją drogą, jak się ma narażanie narodu do patriotyzmu? Mamy umierać za urnę wyborczą? Za Dudę na tronie w błazeńskiej koronie? Mamy rzucić swój życia los na kart wyborczych stos?

    Zaraza niepowstrzymywana wszelkimi dostępnymi środkami raczej się rozwija niż ginie. Zaraza zwyrodniałej władzy również. Rozumiem, że jest prosty ludek, który potrzebuje władcy w postaci Prawa i Sprawiedliwości, a nie prawdziwego prawa i sprawiedliwości. Rozumiem, że słuszny gniew mas wykluczonych osadza na tronie swój fantazmat i następnie bije mu pokłony aż do upadłego – ale dlaczego, do stu tysięcy nieważnych głosów, ma to być wiążące dla wszystkich?! I jeszcze ta hipokryzja. Jedni się poświęcają, wypruwają flaki, żeby coś zrobić przeciw pandemii, a drudzy bezwstydnie dalej kręcą swoje lody i śmieją się w twarz. Choć w zasadzie nie powinienem się dziwić. Ten palec Lichockiej…

    Ech nerwy, moje nerwy, dajcież mi już spokój. Denerwowanie się na politykę to jak cyrkowa ekwilibrystyka. Nie dlatego że trudne, tylko że siedzisz na rachitycznym zydelku, a treser za pomocą pejcza i banana uczy cię, jak masz reagować. Raz wesoło, raz smutno, a to wolność, a to znowu solidarność, a to oburzenie, a to podziw… Kopnąć to krzesełko, pokazać treserowi palec Lichockiej i wyjść z cyrku na otwartą przestrzeń – jedyny ratunek.

    Wychodzę. Wącham wiatr. Jednak przyroda ma z nami kosę. Dzisiaj rano spadł śnieg i było pięć stopi mrozu, a na drzewach zaczyna się wiosenne kwitnienie, dosyć wczesne z powodu łagodnej zimy. Gapię się bezmyślnie na zachmurzone niebo i białą jak w styczniu okolicę, szukam jakichś innych, alternatywnych mądrości, ale słabo mi idzie. Przyroda nie jest po to, żeby Zajasowi podsuwać myśli, myślenie to jego przypadłość, nie jej. Zaglądam w obejścia sąsiadów, czy tam czego interesującego nie ma, ale tam podobny bezruch i cisza. Kwarantanna. Siedzenie i czekanie. Jedynie koty szwendają się swobodnie po okolicy, jak zwykle z tą swoją wyniosłą niezależnością. Wolnością mnie drażnią.

    Wracam, bo zimno, siadam na ławeczce do ćwiczeń, podnoszę parę razy ciężarki, rozciągam się – i odpadam. Nuda. Zamknięcie. Klaustrofobia. Wychodzę znowu na taras, i znowu wracam, bo chodzenie tam i z powrotem również zieje nudą, wzmocnioną dodatkowo irytacją, że chodzę i nic to nie daje. Postanawiam wrócić do komputera, ale nie czytać wiadomości, tylko napisać coś głębszego. O życiu, o sensie jednostkowego istnienia, jedynego, jakie mamy, które tak szybko i bezsensownie przemija, zwłaszcza kiedy się siedzi w domu i czeka nie wiadomo na co. Piszę jakieś dęte zdania, wymazuję i piszę inne, znowu wymazuję, i tak w kółko, aż do następnej irytacji, tym razem z powodu pustki i rozkojarzenia. Z irytacji coraz częściej składa się mój dzień świstaka. W końcu nie wytrzymuję i włażę na portale informacyjne, ale dla zachowania pozorów samokontroli postanawiam nie czytać najnowszych doniesień o przesuniętych i nieprzesuniętych wyborach, o protestach opozycji i co powiedział Szymon Hołownia, tylko wyszukiwać przypadki ciekawe. Indywidualne. Takie o jednostkowym istnieniu. Oto pewien Brytyjczyk pojechał z Covenrty do Salford po zakupione na eBayu okna (180 km w jedną stronę), a ponieważ w powrotnej drodze żona się nie zmieściła w kabinie, zamknął ją w bagażniku. Policja go skontrolowała i dostał parę mandatów: za nieuprawnione przemieszczanie się, za wożenie człowieka w przestrzeni bagażowej i za nieprawidłowy transport towaru. Okna nabył za 15 funtów i musiały być bardzo okazyjne (niestety, nie podano, ile ich było), skoro opłacało się taki kawał po nie jechać. Musiały również być wartościowe, w każdym razie znaczyły więcej niż żona, inaczej zamieniłby miejscami człowieka i rzecz. Mogły się nie mieścić w bagażniku, w przeciwieństwie do chudej (i zdominowanej, skoro dała się tam wepchnąć) małżonki, co mi się jednak wydaje dziwne, bo do kabiny jakoś weszły. Po przemyśleniu sprawy klepnąłem się w czoło uznając, że policja nie uwzględniła tutaj ważnego czynnika: kobieta chowała się przed koronawirusem. W kabinie człowieka przecież widać, wirus jak wiadomo atakuje tylko ludzi, więc zrobiła bardzo rozsądnie jadąc w bagażniku. (Na miejscu pasażera Dropsik natychmiast by ją wypatrzył!) Z pewnością siedzieliby w bagażniku oboje, gdyby nie przykra konieczność prowadzenia pojazdu. A okna z Salford niestety nie miały prawa jazdy. Policja nic nie zrozumiała.

    W Holandii ukradli van Gogha! W zamkniętym z powodu pandemii muzeum przechowywano wypożyczony z Groningen „Wiosenny ogród”, a włamywacze skorzystali z osłabionej ochrony i pustek na ulicach, i zrobili swoje. A nie mówiłem? Rozluźnia się, rozluźnia. Choć z drugiej strony można się pocieszać, że na razie kradną obrazy i do rabowania mąki z magazynów jeszcze daleko…

    O, mól! Sięgam po packę na muchy i pac! Już go nie ma. I to tyle w kwestii jednostkowego istnienia, które przemija. Panie molu.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 10 oraz 11)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    24 marca 2020 (884 zarażonych, 10 zmarłych)

    Mnożą się obrazy pustych miast. Spośród licznych skojarzeń na pierwszy plan wybija się u mnie „Bastion” Stephena Kinga. W jednej z początkowych scen Larry Underwood – osuszony alkoholik i przyziemiony ćpun – przebija się przez zatłoczony i zarazem pusty Nowy Jork. Zatłoczony, ponieważ wskutek paniki wywołanej śmiertelną epidemią, wszyscy mieszkańcy naraz rzucają się do ucieczki z miasta. Pusty, ponieważ nikomu nie udało się uciec – wszyscy umarli i zalegają w samochodach, wagonach pociągów, na chodnikach i na ławkach nowojorskich parków. On jeden idzie jak we śnie, nie rozumiejąc, dlaczego żyje, i dotkliwie odczuwa nie rozpacz, bo ta jest banalna, ale dziwność istnienia. Przekracza granicę między normalnością i katastrofą, między pełnią zwyczajnej rzeczywistości i postapokaliptyczną pustką, między prawdą i fikcją. W ścielącym mu się do stóp martwym mieście jest doskonale wolny, może robić co chce, a zarazem nie jest mu ta wolność już do niczego potrzebna. Trzeba uciec od zdechłego miasta, trzeba uciec od okrutnej wolności. Sklepy przed Larrym stoją otworem. W sportowym wkłada wypasione ciuchy i zabiera torbę tenisową, którą w sklepie z bronią i amunicją pakuje do pełna, a następnie bierze z salonu nowiutkiego harleya i rusza tunelem pod zatoką, by wydostać się na otwartą przestrzeń. Scena i zachwycająca, i przerażająca. Esencja syndromu ocalenia.

    www.unsplash.com/Rahbek Media

    Ocalałeś – i nie wiesz po co. Uciekasz i nie wiesz dokąd. Byle dalej, ale od czego i do czego? Jest jeszcze lepiej. Czy uciekniesz, czy zostaniesz – i tak będziesz sam. Zupełnie, całkowicie i absolutnie, ponieważ wszyscy inni już nie żyją. Kwarantanna totalna. Pojedyncza cela o rozmiarach ziemskiego globu. Wolność wielkości pętli na szyję, akurat żeby wepchnąć głowę. Idziesz pustą ulicą, o jakiej zawsze marzyłeś przepychając się w tłumie, a kiedy twoje marzenie się spełnia, pustka na ulicy staje się tobą, ty stajesz się pustą ulicą.

    Później akcja się rozwija, pojawiają się inni ocaleńcy i rusza odwieczna opowieść o walce dobra ze złem, ale mnie już do końca nie opuszcza ten urzekający swoim horrorem obraz całkowitej wolności, która jest pusta i duszna.

    Nic takiego na razie mi nie grozi, ani chyba nikomu innemu, granica między fikcją a stanem faktycznym jeszcze jakoś się trzyma, ale kto wie. Jako urodzony katastrofista rozpatruję i taki scenariusz. Tego drugiego wariantu – gdy jedynym ocaleńcem jest ktoś inny, a ja należę do miliona truposzy – nie rozpatruję, bo nie ma sensu. To już nie moja historia.

    Wracam do mediów. W systemach penitencjarnych rozkwita nowa inicjatywa. Skazańcy i aresztanci domagają się zwolnienia do domu z obawy przed zakażeniem. W USA zainicjował temat Harvey Weinstein, prześladowca, który znakomicie potrafi przed kamerami zagrać ofiarę. Za samo paralityczne zwisanie na balkoniku rehabilitacyjnym w drodze na rozprawę, z miną nic nierozumiejącego półgłówka, powinien dostać Oskara. Nie był gorszy od Dustina Hoffmana w Rain Manie. W Polsce przedwczoraj wypuszczono gangstera od nielegalnego transferu pieniędzy za granicę, wczoraj wypuszczono niejakiego „Hossa”, który w ramach współpracy polsko-niemieckiej wyłudzał euro metodą „na wnuczka”. Dzisiaj do programu wolnościowego dołączył były senator PiS Stanisław Kogut, który też „cierpi na wiele chorób” i domaga się zwolnienia. Pomysł znakomity, można go rozszerzyć o tak zwany wariant latynoski, to znaczy w ogóle otworzyć bramy wszystkich zakładów karnych, niech sobie każdy radzi z wirusem indywidualnie.

    I wtedy większość więźniów powinna… pozostać w celach, gdyż odosobnienie i izolacja od świata zewnętrznego są właśnie tym, do czego się nas przymusza w walce z pandemią. Widzę tu pewną nielogiczność. Przecież wszyscy obecnie siedzimy w aresztach domowych. Skoro senator Kogut „cierpi na wiele chorób” i znalazł się grupie podwyższonego ryzyka, to powinien wnioskować o coś dokładnie przeciwnego – zamknięcie w pojedynczej celi, najlepiej w karcerze pod ziemią, bez kontaktu z kimkolwiek, aż do wygaśnięcia epidemii. Wniosek adwokata o wypuszczenie więźnia na ten niebezpieczny, zarażony świat jest działaniem na szkodę klienta. Ja bym takiego obrońcę odprawił. Bez honorarium.

    Po drugiej stronie muru rozmaici faktycznie lub prognostycznie z więziennictwem związani obywatele również nie zasypiają gruszek w popiele. Tworzą się inicjatywy niejako odwrotne, to znaczy potencjalni skazańcy, którzy jeszcze są na wolności, żądają natychmiastowego osądzenia, a następnie osadzenia w celi, oczywiście jednoosobowej, ze względu na zagrożenie wirusem. Dobrze już, dobrze, jestem winien, tylko mnie wreszcie odizolujcie od reszty społeczeństwa, tak, od wszystkich bez wyjątku. Rodzina? Tak, zwłaszcza od rodziny.

    Ci, którzy nagrabili sobie wystarczająco dużo, by siedzieć do końca życia, i ziemia im się pali pod nogami, rozwijają z kolei wariant epidemiczny. Wiedząc, że karzący miecz sprawiedliwości zwisa im tuż nad głową, lgną do zarażonych, by złączyć się z nimi drogą kropelkową. Kiedy już nabiorą pewności, że mają w sobie wystarczającą liczbę niebieskich kuleczek z białymi i czerwonymi trąbkami, wracają do domu i siedzą sobie spokojnie, popijając pinacoladę przez rurkę z ekologicznego bambusa. Kiedy policjanci po nich wpadną, unoszą ręce i mówią: „Chwileczkę, mam koronawirusa! Jak nie wierzycie, to proszę bardzo, możecie mi zrobić test. Tu, o, żona może zaświadczyć”. No i jest prawie pewne, że im ujdzie na sucho. W najgorszym razie wylądują w odosobnionej celi, skąd ich zaraz wypuszczą ze względu na „wiele innych groźnych schorzeń”. Jak tego „Hossa” (co za kretyńska ksywka!).

    Z pozostałych wiadomości niewiele rozumiem. Wczoraj pisali, że w Krakowie nie wykonywano testów z powodu remontu budynku sanepidu i próbki jeździły do województwa świętokrzyskiego, a dzisiaj piszą, że w Świętokrzyskiem zrobiono dotychczas zaledwie 364 testy, bo nie ma laboratoriów. Do tego dochodzą nieustanne skargi zarażonych i podejrzewających zarażenie, że nie mogą się doprosić badania. To w końcu robimy co możemy, czy wymyślamy ściemy, żeby przesłonić prawdziwą ciemność? Marzy mi się to pierwsze, ale boję się, że chodzi o to drugie. Jesteśmy jakimiś mistrzami Europy w walce z koronawirusem, mało zakażonych, kilka zaledwie ofiar, a tymczasem jak się trochę podrąży temat, to wychodzi, że wszystko z powodu braku testów. Ten i owa przebąkują, że dane są mocno zaniżone, ale nie widzę, żeby ktoś na to stanowczo reagował. Szpital w Starachowicach zamieniono na zakaźny, inni chorzy precz. Czyżby przewidywano tam wybuch choroby? Bo na razie jest tam zaledwie garstka zakażonych. Tych, którym zrobiono testy.

    Z burzą tak jest. Długo nad horyzontem wisi ciemna chmura, w powietrzu cicho i duszno, a ona trwa niby w bezruchu. Zbliża się powolutku, niepostrzeżenie, centymetr po centymetrze. Ale to pozory. Wkrótce uderzy z całą mocą, nagle, ledwie zdążysz się schować przed nawałnicą. Albo nie zdążysz… Kurczę, jak chciałbym się mylić!

    Blog smakksiazki.pl opatruje mój dziennik fotografią błękitnej kuleczki z kolorowymi wypustkami. Czy one naprawdę są białe i czerwone? Czy to jakaś aluzja, przepraszam? Że niby co, że my stoimy za całym tym koronawirusem? To, że koronujemy i zawierzamy, nie oznacza przecież, że naszą koronę można włożyć na byle niebieski łebek i domalować mu białe i czerwone wąsy! Niebieski pochodzi od nieba, ale to nie upoważnia do takich nadużyć! To skandal jakiś! A może chodzi o szaliki? Że nasza kibicowska brać w tym maczała palce? Jagiellonia Białystok za tym stoi, albo Arka Gdynia? No wypraszam sobie. I żądam zmiany tych kolorów. Nie, nie wystarczy, że niebieski, biały i czerwony to inna flaga. Powinny być zupełnie inne, jak najdalsze od bieli i czerwieni.

    Dosyć, idę zabijać smoki.

    25 marca 2020 (1051 zarażonych, 14 zmarłych)

    Właśnie wyczytałem, że wysłani po zwolnionego przedwczoraj z aresztu „Hossa” nie zastali go w domu i… wrócili do sądu z informacją, że trzeba wysłać list gończy. Najpierw go puścili, potem zmienili zdanie i postanowili go jednak z powrotem zamknąć, ale dla przyzwoitości odczekali dobę, żeby nie było, że tak od razu. Teraz rozkładają ręce i zamiast go po prostu łapać, jeżdżą tam i z powrotem z papierkiem sądowym, bo takie są procedury. Reforma sądownictwa w imię naprawiania świata trwa. Miał rację Michel Foucault – procedury służą dyskursowi władzy i pożądania, a właściwie władzy pożądania. Z prawdą i sprawiedliwością nie ma to nic wspólnego.

    Powinienem następny akapit zacząć od stwierdzenia: „Ponieważ prawda i sprawiedliwość również nie istnieją, a jeśli, to tylko jako fantomy”. Ale nie napiszę, bo nie o tym jest ten dziennik (a właściwie dlaczego nie?). Miałem w nim na gorąco zapisywać siebie i świat, który do mnie dociera. Szybko wzrosła liczba zakażonych, są kolejne ofiary śmiertelne. Minister zdrowia, którego bez względu na wszystko podziwiam za siłę i ofiarność osobistą, zaapelował o poważne potraktowanie najbliższych trzech tygodni. Zrobił to na antenie Radia Maryja, czyli mówił do tych, którzy jeszcze kilka dni temu odprawiali normalne msze i udawali, że nic się nie dzieje. Odważny minister. Chyba stawiał na to, że wśród słuchaczy i słuchaczek dominują ludzie starsi – najbardziej narażeni i zarazem nie najlepiej zorientowani.

    Dzisiaj miałem pierwsze zajęcia zdalne ze studentami. Było fajnie, podłączyła się piętnastka, czyli prawie cała grupa. Pogadaliśmy o lekturach, powymienialiśmy opinie, ale wszyscy byliśmy trochę spięci. Trudno się skupić, myśl ucieka. Każdy siedzi u siebie w domu, więc jakby luz i bezpieczeństwo, ale tylko pozornie. Nie tragedia, ani katastrofa, ale niepokój. Tak, to wbrew pozorom całkiem mocne słowo: NIEPOKÓJ. Zalega pod skórą, nie eksploduje, nie wywraca wszystkiego do góry nogami, ale przeszkadza. Uwiera. Niepokoi. Zostaliśmy przy opowiadaniu, jak komu idzie odosobnienie i jakie środki wyrazu przychodzą mu do głowy na oddanie aktualnego stanu ducha. Nieokreśloność, niepewność, niepokój, z dnia na dzień coraz silniejsze – to dobry początek horroru. A zajęcia są z narracji w kryminale i horrorze. Pasuje. Myślę, że mimo utrudnień to będzie bardzo udany semestr. Jeśli dotrwamy do końca.

    www.unsplash.com/Ali Yahya

    Ten niepokój zalega i we mnie. Wczoraj wieczorem byliśmy na zakupach w makro, godzinę zbieraliśmy pełny kosz i ustawiliśmy się w kolejce. Przed nami był jeden wózek, drugi przy kasie. Kasjerka obsługiwała go przez kwadrans, a kiedy przyszła nasza kolej na wykładanie towaru, postawiła nam przed nosem tabliczkę „Ostatni klient”. To był początek przerwy nocnej. W pierwszym zdaniu poprosiłem o obsłużenie, w drugim rzeczowo wyłożyłem, że czekamy i powinniśmy być obsłużeni, a trzecie zdanie było już niepotrzebne, bo niemiłe. Napięcie rosło parę minut, łącznie z wezwaniem głównej kasjerki. Wszystko skończyło się dobrze, ja grzecznie przeprosiłem, a pani nas obsłużyła w drodze wyjątku, niemniej całą drogę powrotną byliśmy skwaszeni i spięci. Myślałem o moich nerwach. Niby spokój, opanowanie, radzimy sobie i wszystko jest pod kontrolą, ale wystarczy drobiazg, błahostka, która nawet nie jest zagrożeniem, tylko mglistą ewentualnością zagrożenia dla twoich (faktycznych czy rzekomych) praw i od razu wpadasz w drżenie. W nerwy. Niepokój, przyczajony pod powierzchnią, natychmiast uruchamia mechanizmy agresji. Bo agresja jest reakcją na lęk. Nie powinieneś, ale zanim rozum zdąży zareagować, już rusza irracjonalna machina emocji.

    A to dopiero początek.

    Wprowadzono kolejne obostrzenia co do wychodzenia z domu. O zmierzchu pojechałem na łąki z Aksą. Agresją agresją, ale spacerować trzeba. Pusto, nikogo. Lubię zmierzch od zawsze, jest moim pejzażem katastroficznym, w którym – paradoksalnie – najlepiej się odprężam i uspokajam. Aksa lata beztrosko, ją pandemia nie rusza, z siedzenia w domu całej rodzinki ma tylko zyski, a koronawirus jej nie zabije. Ktoś dowcipkował w internecie, żeby się nie martwić, bo ten wirus zabija wyłącznie ludzi i to jest dobra wiadomość. Też katastrofizm, tylko jakby nieco bardziej radykalny. Aksa musiała usłyszeć i tym bardziej się wyluzowała. Pusto, nikogo. Niebo czyste, bez jednej samolotowej smugi, których skrzyżowane mleczne miecze dosyć nawet lubię. Stoję na środku wielkiej łąki, gaśnie światło. Zupełnie sam, jak Larry Underwood, mógłbym po prostu ruszyć przed siebie i iść, donikąd i po nic. Zbędna wolność. Życie jako totalna kwarantanna.

    Chodź, Aksa, wracamy.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #24

    Jak się umiera w powieści? Powinno być efektownie, z końcowym dialogiem, urwanym na ostatnim słowie. „Zimno mi, hyyy… zawsze kochałem tylko ciebie, hyyy, hyyy… Powiedz cioci Annie, hyyy… że nie przyjadę na święta. Klucz do sejfu jest w… kch, kch… prrrrt – klap”. Nie był tylko pewien, czy Wędrowiec pozwoli im zagrać tak rozbudowaną frazę. Stał w odległości dziesięciu metrów, bezwzględny i niewątpliwie szybki, skoro jeszcze dwie sekundy temu skrywał się za zakrętem. Florek poczuł gorąco na twarzy i mróz na plecach.

    Czy ten fragment też ty pisałeś? – spytał szeptem Olka Zawijasa.

    Olek nie odpowiedział. Gapił się na gadającego Wędrowca z półotwartymi ustami i płytko oddychał. Ręce odsunął od ciała jak rewolwerowiec. Tamten zachowywał się pewnie i z humorem, w końcu byli na jego terytorium. Tylko oczy miał nieruchome. Czarne i martwe.

    Jakże to miło, zacni waszmościowie, tak spotkać się nieoczekiwanie na gościńcu życia – zakrzyknął z dziwaczną dwornością. – Tuszę, żeście godnie wypoczęli u naszych życzliwych gospodarzy, podjedli sytego żuru i ugasili pragnienie mocnym domowym piwem. A może i inne pragnienia także samo nasycili, bo z naszej pani karczmarzowej gospodyni nie lada, ha! Uczynna, otwarta, serce by człowiekowi oddała razem ze wszystkim innym. Co? Prawdę rzekłem, panie młodziku?

    Pytanie było skierowane do Florka, który bał się poruszyć. Dziwny był ten literacki strach. Niby tylko na niby, a przecież prawdziwy, namacalny, łącznie z potem na czole i mrowieniem w krzyżu. Szpadę wchodzącą we własne trzewia też pewnie poczuje jak należy.

    Nie odpowiadaj – szepnął Olek. – Zaraz coś się wydarzy.

    Pamiętasz, co?

    Olek pokręcił głową i to nie była dobra odpowiedź. W jego spojrzeniu królowały niepewność i napięte oczekiwanie. Czego? Wędrowiec zbliżał się ku nim krok po kroku, zagadując i mierząc raz jednego raz drugiego spojrzeniem drapieżnika, który hipnotyzuje ofiarę przed atakiem.

    Żeście już tu przybyli w nasze skromne progi, to się wam bardzo chwali i podziw mój wyrażam szczery a niekłamany. Tem większy, że ziemia tu nieużyta i zdradliwa, człek nieostrożny zapaść się w nią może jako źrebię w moczary. I już nikt go nigdy nie najdzie…

    Mówił z jakąś sztuczną nadętością, co rusz jednak spod tej gładkiej i dziwacznej stylistyki wydobywała się ledwie maskowana groźba. Mówił jak bohater taniej powiastki awanturniczej – był nim zresztą w istocie, jeśli wierzyć słowom Olka Zawijasa. Ten, uważnie wpatrzony w Wędrowca i zarazem nerwowo próbujący sobie przypomnieć ciąg dalszy, by ułatwić jego nadejście, tkwił w miejscu jak skamieniały. Florkowi zdawało się, że słyszy szum jego pracujących w mózgu obwodów.

    … „że tak się tu po przyjacielsku spotykamy, dawni kompani od rozrywek młodości, które się nie wrócą, ale żyją wciąż swoim gorącym życiem we wdzięcznej pamięci starców…

    Wędrowiec był coraz bliżej i krok jego stał się sprężysty, jakby koci, a prawa ręka nieznacznie przemieściła się do lewego boku, ku rękojeści szpady. Zrozpaczonym wzrokiem śledzili obaj ten niepozorny, a śmiertelnie niebezpieczny ruch. Z końca wąskiego ostrza wciąż zwisała czerwona kropla.

    Jeszcze trzy kroki i nas sięgnie – szepnął Florek.

    Jeszcze trzy sekundy i coś się wydarzy… – odparł Olek.

    – … „starość bowiem ma to do siebie, że sięga wstecz i w przeszłych zdarzeniach szuka odpowiedzi na wszystkie dręczące ją pytania. Czy słusznie, panowie? Czyż istotnie w tamtych zamierzchłych czas…

    Mężczyzna ze szpadą przerwał w pół słowa. Za ich plecami rozległ się morderczy charkot. Jakby od tyłu nacierała na nich wataha wściekłych psów. Florek odskoczył w bok. Świst powietrza był wszystkim, co zdołały zarejestrować jego zmysły, w następnej sekundzie na Wędrowca runął czarny cień.

    www.unsplash.com/Ricardo Cruz

    Na lewo! – krzyknął Olek. Pobiegli w brzozowy zagajnik. Dokładnie w chwili, gdy Florek wyciągał nogę do skoku przez przydrożny rów, za nimi rozległ się trzask dartego materiału i zaraz potem przeciągły skowyt. Powstrzymał się, by nie spojrzeć za siebie. Wolał tego nie widzieć. Dźwięki stamtąd dochodzące w zupełności zaspokajały potrzeby wyobraźni. Ich wielkim finałem był gromki śmiech Wędrowca. Ryczał z uciechy jak biały niedźwiedź na pokazie fok. Najwyraźniej bawiła go ich ucieczka, podobnie jak rozpłatany zewłok brytana, który – Florek był tego pewien – skręcał się teraz w przedśmiertnych drgawkach u jego stóp. Będzie ich ścigał? Tego rączo umykający Madej już nie był pewien, ponieważ upiorny śmiech oddalał się i nikł za brzeziną. Nieważne. Ważne, żeby się stąd jak najszybciej wynieść. W przeciwnym razie będą musieli wkrótce skonfrontować się ze świeżymi kroplami na końcu ostrza.

    Wpadli między drzewa i lekkoatletycznymi susami mknęli skroś brzeziny, aż dotarli do rozległego ornego pola. Ruszyli jego skrajem oglądając się za siebie.

    Nie będzie nas gonił?

    Raczej nie – pokręcił głową Olek. – To było tylko powitanie. Co to za powieść, która kończy się w drugim rozdziale? Jesteśmy, kochany, na początku drogi i jeszcze się trochę nabiegasz.

    Ten pies… to był ten sam?

    Uhmm.

    Z tego wynika, że ten gospodarz, jak mu tam… Zemła – uratował nam życie. Bo to on go wypuścił, prawda?

    Od momentu, gdy spadli ze zjeżdżalni na trawę pod murem starego młyna, Olek Zawijas zachowywał się tak, jakby miał uwagę podzieloną na dwie części i tylko jedną z nich poświęcał obecności kolegi. Druga zajęta była nieustannym analizowaniem obrazów, dźwięków i zapachów dobiegających do nich z fabularnego otoczenia. Podzielił się na dwóch Olków, stając okrakiem pomiędzy dwoma światami, chociaż swojemu towarzyszowi zalecał coś dokładnie odwrotnego. Próbował ogarnąć naraz dwa porządki. Teraz też słuchał jednym uchem, patrząc pilnie wkoło.

    Nie. Ona – powiedział pokazując kępę krzewów. Florek powędrował wzrokiem za jego wyciągniętym palcem.

    Na zwalonym pniu siedziała piękna żona karczmarza. Zanim Florek zdążył ogarnąć nieoczekiwane zjawisko, kobieta na ich widok podniosła się i podeszła szybkim krokiem. Miała na sobie żółtą bluzkę opiętą na kształtnych piersiach oliwkowym kubraczkiem, którego brzegi obszyte były brązowym futerkiem. Szeroka, czarna spódnica w żółte kwiaty sięgała jej do kostek. W kasztanowych włosach błyskały słoneczne promienie, tworząc jakby mgiełkę babiego lata wokół jasnej twarzy. Florek pomyślał, że dokładnie tak wygląda jego ideał kobiety.

    Dzień dob… – zaczął uprzejmie, ale ona położyła mu palec na wargach.

    Idźcie tam – pokazała palcem dolinę za opadającym lasem. – Cegielnię znajdziecie pod groblą stawu. Nazywają go Kościelecki, bo podobno tam kiedyś był cmentarz. Jeśli się pośpieszycie, zdążycie przed nim.

    Bardzo pani dziękujemy – wybąkał Florek spięty jak licealista w dniu matury. – Jest pani naprawdę dobra… – znowu mu położyła palec na ustach. Ledwie się powstrzymał, by go nie oblizać.

    Idźcie już – powiedziała odsłaniając boskie zęby. Florek przełknął ślinę i gapił się na nią, dopóki Olo nie pociągnął go za rękę.

    Chodź – powiedział szarpiąc go jak psa na smyczy. – To nie tak leci. Przygody erotyczne będą trochę później. Jak dorośniesz.

    Chciał oponować, przedłużyć tę chwilę, ale piękna karczmarzowa odwróciła się i odeszła szybkim krokiem między białe pnie brzóz. Udali się biegiem we wskazanym przez nią kierunku, a Florek parę razy jeszcze obejrzał się za siebie w nadziei, że dojrzy między drzewami jej żółtą bluzkę i zielony kubraczek. Ona jednak znikła tak samo szybko, jak się pojawiła.

    Chcesz powiedzieć – nawiązał, kiedy biegli truchtem wzdłuż miedzy – że jeszcze ją spotkam? I że to będzie spotkanie… skuteczne?

    Zamierzał trochę żartobliwie rozładować nagromadzone w ostatnich piętnastu minutach napięcie, wydarzenia biegły z filmową szybkością. Olek Zawijas odpowiedział jednak zupełnie poważnie.

    Wolałbym zbyt wiele ci nie zdradzać z tej fabuły. Jesteś w niej nadprogramowy. A właściwie pełnisz funkcję zastępczą, w miejsce nieobecnego bohatera. Nie chciałbym, żebyś swoimi ingerencjami coś popsuł, bo wtedy na pewno nie załatwimy tego, po co przyszliśmy.

    Chodzi ci o to, że mógłbym popsuć twój plan?

    Chodzi mi o to, że mógłbyś popsuć tę historię.

    To mi ją opowiedz. Żebym wiedział, czego mam unikać.

    Olek Zawijas stanął w miejscu i upewniwszy się, że nikt ich nie ściga, położył rękę na ramieniu kolegi.

    Tej sceny z nagą Zemłową w komórce nie było. Sam ją wymyśliłeś, a właściwie wyprodukowałeś swoimi fantazjami, pragnieniami, czy co tam w tobie teraz buzuje. O mały włos nie zepsułeś całego wątku z karczmą, pełniącego tu całkiem istotną rolę. Niewykluczone, że nie wydostaniesz się… to znaczy nie wydostaniemy się stąd bez pomocy karczmarza Zemły i jego żony. Inaczej mówiąc, flirt odpada.

    Na pewno? – spytał Florek nie bez żalu.

    Na bank. Dlatego Wędrowiec tak cię podpuszczał. Gdybyś – że się tak wyrażę – uległ swym namiętnościom, prędzej czy później doszłoby do awantury i skłócilibyśmy ich między sobą, karczmarza z żoną. Tym samym odcięlibyśmy sobie drogę odwrotu. A bez tego nie ma rozwiązania zagadki.

    www.unsplash.com/Emily Morter

    Szli przed siebie miedzą wśród ziołowych zapachów dogorywającego lata. Było ciepło i słonecznie, nad nimi przeleciał czarny ptak, krzyknął przenikliwie i podrywając skrzydło ostro skręcił w prawo nad łąki. Był jedynym ptakiem na całym niebie.

    Jasnym się stało, że Olek szybko nie wyjawi całej fabuły swojej młodzieńczej powieści, nie było sensu się dopytywać. Zamiast tego Madej spróbował uszczknąć fragmentów poszczególnych perypetii.

    Co się stało karczmarzowi, pamiętasz?

    Oczywiście. Został okaleczony przez naszego Wędrowca.

    Za co?

    Stanął w obronie czci żony.

    Uuu, niedobrze. Nie wiedział, z kim się żeni?

    W naszym zamyśle to miała być dłuższa i nieco głębsza historia. Kiedy Zemła przyjechał do wsi i kupił tę chałupę, by urządzić w niej karczmę, był przystojnym, silnym mężczyzną. Podobał się kobietom i niejedna zaginała na niego parol. Bezskutecznie. Zemła rzucił się w wir interesów i zdawał się nie widzieć świata poza robotą. Na zaczepki i pytania o stateczność odpowiadał, że najpierw musi zabezpieczyć rodzinie godziwe życie, a dopiero potem ją zakładać. Był twardy, solidny, uczciwy do bólu i przy tym życzliwy dla mieszkańców. Niejednemu pomógł. I tak było do czasu, kiedy do jego gospody zajechała rodzina kupiecka z północy, małżeństwo i córka. Byli tylko przejazdem, zjedli obiad i ruszyli w dalszą drogę. Zemła sam podawał im do stołu. Na córkę spojrzał tylko raz. Kiedy zapłacili i odjechali, przebrał się w elegancki strój, plenipotencje i klucze od spiżarni przekazał pomocnikowi, po czym ruszył za tamtymi w drogę. Wrócił po dwóch miesiącach. Z narzeczoną. Wkrótce się pobrali.

    Zawijas umilkł, ponieważ dotarli do wzniesienia, z którego rozciągał się widok na dolinę i zbocza następnego lesistego pagórka, mieniącego się wszystkimi odcieniami październikowych brązów i żółci. Daleko w siodle doliny przez korony drzew przebijały czerwone dachówki gospodarstw, blacha na wieży kościoła błyszczała srebrną iskrą.

    Okropnie banalne – stwierdził Florek wzdychając.

    To prawda, dlatego trzeba było historyjkę czymś urozmaicić. Wymyśliliśmy, że nasz zły charakter przybędzie do karczmy i podochocony zacznie się dobierać do młodej żony. Karczmarz stanie w jej obronie i zostanie pokaleczony. Zmieni się w brzydkiego, ohydnego półpotwora, mocno skontrastowanego z piękną żoną. Takie napięcie między postaciami. Doszło jednak do twórczej kontrowersji, ponieważ ja chciałem karczmarzowi zrobić tylko jedną malowniczą bliznę na policzku, natomiast Krzyś żądał pokiereszowania totalnego, z obciętym uchem i kawałkiem nosa.

    Rozumiem, że jego wersja zwyciężyła.

    Olek Zawijas podrapał się po głowie.

    No właśnie nie. Dlatego mocno się zdziwiłem widząc tę straszną twarz, która wychynęła na nas wczoraj wieczorem zza płotu. On zmienia fabułę.

    Kto, ten twój Krzyś?

    A któżby inny? On w nią wchodzi i przepisuje zdarzenia. Wymusza swoje wersje. Dziwne.

    Jeszcze dziwniejsze – dodał Florek – że facet od trzydziestu lat nie żyje.

    Poczekał chwilę, aż paradoks wybrzmi z całą swoją mocą i wwierci się w rozwibrowaną mózgownicę Zawijasa, prowokując reakcję. Nic takiego się nie stało. Olek w milczeniu wpatrywał się w dolinę, przysłaniając dłonią oczy. Po chwili odwrócił się i powiedział z pobladłą twarzą:

    Musimy wracać.

    Dlaczego?

    Tędy nie przejdziemy.

    Ale dlaczego? Przecież nic się nie dzieje!

    Dzieje się – odparł stłumionym głosem Olek Zawijas. – Popatrz.

    Dnem głębokiej doliny szła w ich kierunku gromada ludzi. Byli uzbrojeni w kosy, widły, sierpy i zwykłe kije. Szli bezładnie, rozbiegając się i włażąc na siebie, w ich kroku znać było jednak pewną nerwową niecierpliwość. Najwyraźniej kogoś szukali, ponieważ co jakiś czas niewielkie grupki odłączały się, by spenetrować pobliski teren, po czym rozczarowane dołączały do reszty. Kilku ambitnych wyrostków wysforowało się naprzód, wymachując solidnymi pałkami. Podchodzili z dołu ponaglając się wzajemnie i pokazując przed siebie. Zbliżali się szybko. Wreszcie jeden z nich dostrzegł dwóch chłopaków na szczycie pagórka i zakrzyknął triumfalnie ku reszcie. Podniosła się wrzawa i gromada ruszyła biegiem.

    Znowu?

    Zaledwie tyle zdążył krzyknąć Florek Madej, gdy jego lepiej zorientowany w sytuacji przyjaciel szarpnął go za rękaw, dając sygnał do ucieczki. Już trzeciej tego dnia, choć jeszcze nie minęło południe. Tłum za ich plecami rzucił się w entuzjastyczną pogoń, urozmaicaną wrzaskami, waleniem w garnki i świstem piszczałek. Ujadały psy. Cała sfora.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #21

    Budził się z trudem. Mimo otwartych oczu nadal widział przed sobą czarną czeluść z sypiącymi się czerwonymi kamieniami. Zamrugał powiekami. Kamyczki w kształcie rombów migotały jak gwiezdny pył w bajce Disneya. Laptop miał podświetlaną na czerwono klawiaturę, po której palce profesora Zawijasa biegały sprawnie i bezgłośnie.

    – Napisałeś?

    Cisza. Twarz piszącego rozświetlało niebieskie światło, wzrok wbity w ekran, przygryziona warga. I palce biegające we wszystkich kierunkach, jak myszy stłoczone w klatce. Profesor zdawał się być nie całkiem obecny w kabinie samochodu. Dokądś odleciał na tych ruchliwych, rozbieganych po klawiaturze palcach.

    Pozbawiony instrukcji Florian Madej zamknął oczy i spróbował zająć myśl swoimi sprawami. Uznał, że to dobry moment, by poskładać w całość wszystkie zgromadzone dotychczas przesłanki. Należało w ten absurdalny bałagan wprowadzić nieco porządku. Zaczął mamrotać pod nosem.

    Ktoś wgrywa sprytne oprogramowanie komputerowe, zwane dzisiaj aplikacją (apka! fuj!), w ścieżkę dźwiękową audiobooka i następnie za jego pomocą wpływa na umysły słuchaczy. Nakłania ich do samobójstwa, morderstwa, lub też do podpalenia. Albo wszystkich trzech zbrodni naraz. Wywołuje chaos i paraliż miasta, nie to jednak wydaje się być jego właściwym celem. Chodzi mu o zwrócenie uwagi na siebie. Chce, żeby ktoś inny serię wypadków odczytał jako komunikat wysłany właśnie do niego. Tym kimś może być profesor Aleksander Zawijas. Dlaczego? Ponieważ w audiobooku pojawiły się fragmenty jego dawnych notatek do powieści. Ponieważ miał wypadek podczas słuchania, ale nie zginął. Ponieważ kiedy słuchali audiobooka wspólnie, głos z płyty krzyczał wprost do nich. Zapraszał ich. Dla tamtego kogoś chaos w Krakowie był tylko wstępem do właściwej rozgrywki. O co? Tego Zawijas jeszcze nie wyjaśnił, chociaż gadał całkiem sporo. Nie stronił przy tym od stylistycznych zawijasów. No bardzo śmieszne, cha cha.

    Z przelotnej informacji Maceraka wynikało, że jest nawet ktoś w rodzaju podejrzanego, czyli mężczyzna z długimi siwymi włosami, którego widziały tamte dwie kobiety z księgarni. Krzysztof. Dawny przyjaciel, który wpadł w obłęd i postanowił się mścić za jakieś prawdziwe lub urojone krzywdy z przeszłości, wyrosłe na niezaspokojonej twórczej ambicji. Nieco mętne, ale nie nieprawdopodobne. Zdolny informatyk, który w warunkach domowych napisał odpowiedni program komputerowy i wprowadził go do sieci. A przez sieć do cyklu produkcyjnego audiobooków. A przez audiobooki – do umysłów słuchaczy.

    Z grubsza mogłoby być. Słabości?

    Po pierwsze, nawet jeśli istniał program do wpływania na dusze odbiorców, to nie sposób sobie wyobrazić, by za jego pośrednictwem można było również podsłuchiwać, a tym bardziej mówić. Nawet NASA chyba jeszcze nie ma czegoś takiego. Najbardziej zaawansowana technika cyfrowa ma swoje ograniczenia i w tej kwestii inspektor Madej nie był w stanie przebić ściany własnego sceptycyzmu.

    www.unsplash.com/Jahsie Ault

    Po drugie, z wydarzeniami inicjowanymi przez krwiożerczy audiobook mogło się identyfikować wiele osób, nie tylko profesor literatury. Płyty były powszechnie dostępne i generowały liczne ofiary. Zmyślna aplikacja mogła działać również w ten sposób, że każdy słuchający odnajdował w powieści jakieś intymne szczegóły i wokół nich budował własny, indywidualny odbiór. Odbiór dzieła literackiego, jak mówią specjaliści pokroju Zawijasa. To by tłumaczyło, dlaczego tak wiele osób pod jego wpływem ginęło. Każdy słyszał to, co chciał słyszeć. Co było jego najsłabszym punktem. I co w pewnych okolicznościach pozbawiało go sensu życia…

    Z tego jednak wynika, że cała ich wyprawa nie ma sensu! Profesor Zawijas (za jego namową, niestety), wziął komunikat uniwersalny za wyłącznie własny. Błąd subiektywizmu, częsty u humanistów. Może zupełnie niepotrzebnie tu przyjechali, a długowłosy siwy chudzielec nadal w mieście szaleje? Strach pomyśleć, co jeszcze może wywołać. Głos z płyty jednak słyszeli, o omamach słuchowych nie było mowy, więc jednak coś jest na rzeczy. Coś tu się dzieje, tylko nie wiadomo co.

    Po trzecie, profesor twierdzi, że ten jego przyjaciel od czterdziestu lat nie żyje. Czyli to nie on. Czyli znowu błąd…

    Powinni wracać.

    – Olek, słuchaj, chyba powinniśmy…

    – Skończyłem! – wyrzucił z siebie profesor. Zamknął laptop, przetarł palcami oczy pod szkłami okularów i dodał chrapliwie: – Jesteś gotowy?

    – Na co?

    – W zasadzie… na wszystko.

    – To nie jestem.

    – A kiedy będziesz?

    – Jak mi powiesz, dokąd idziemy.

    Profesor odetchnął głęboko.

    – To bardzo proste. Idziemy do starego młyna, jakieś sto pięćdziesiąt metrów stąd.

    – Tylko tyle?

    – Na początek. Później będzie trudniej i powinniśmy się przygotować na reagowanie w miarę rozwoju wypadków. Czy tak mówicie, jak planujecie akcję?

    – Nigdy nie planowałem akcji w starym młynie, przeciwko facetowi, który nie żyje od czterdziestu lat. Ale gdy nie wiadomo, co robić, to tak. Wtedy można powiedzieć wszystko.

    – No widzisz! I o to chodziło! Skoro można powiedzieć, to i można być gotowym. Wykrztuś wreszcie, że jesteś gotów na wszystko.

    – Jestem gotów na wszystko…

    – To dobrze – powiedział profesor zmienionym, chrapliwym głosem. – Bo najprawdopodobniej nie wrócimy.

    – Że co???

    – Ciszej. I przestań z tym „co”. Sam mnie namawiałeś, uprowadziłeś ze szpitala, zmusiłeś do pojechania ze sobą w głuchą noc…

    – Ale…

    – …na jakieś beznadziejne zadupie, które – tak się składa – jest moją rodzinną ziemią, a teraz co i co. Nic. Uprzedzał nas: to droga w jedną stronę. Poza tym musiałem napisać zakończenie. Takie prawdziwe, nie literackie.

    – Zwracam ci uwagę na pewne logicznie brawurowe konsekwencje…

    – Za późno na robienie sobie uwag, drogi Floro. Idziemy do starego młyna. Zresztą – odwrócił się teatralnie, by spojrzeć wstecz na polną ścieżkę między pastwiskami – obawiam się, że już nie ma odwrotu.

    www.unsplash.com/Adrian Dascal

    Nie czekając na odpowiedź swego towarzysza wysiadł i ruszył wzdłuż skarpy stanowczym krokiem.

    Chcąc nie chcąc inspektor również musiał wysiąść i pójść za nim. Sprawdził prowiant w kieszeniach, zamknął starannie samochód i rozchylając gałęzie czarnego bzu podreptał ostrożnie w ciemność, świecąc sobie latarką ze smartfona pod nogi.

    Szli tak dłuższą chwilę w miękkiej, aksamitnej ciszy, w dole pod skarpą szemrała rzeczka, w górze świeciły gwiazdy. Mijali kępy krzewów i pojedyncze drzewa, których korony odcinały się na tle gwiaździstego nieba czarnymi, rozcapierzonymi łapami. Po chwili oczy inspektora Madeja oswoiły się z ciemnością i wyłączył latarkę. Warto oszczędzać baterię na później. Obejrzał się i stwierdził ze zdziwieniem, że nie widać zupełnie nic, nawet dalekich świateł wioski, które migały na horyzoncie jeszcze przed chwilą, gdy wysiadał z samochodu. Teraz nic. Zupełnie jakby świat znikał tuż po ich przejściu. Podbiegł truchtem do przodu i znalazł się za profesorem, który szedł pewnym, wolnym od wahania krokiem. Wie, dokąd idzie, pomyślał Madej, ale nie odważył spytać. Już zdołał pojąć, że w profesorze coś się przełamało, jakaś decyzja zapadła kategorycznie i nieodwołalnie, i że zostały w nią wkalkulowane wszystkie, najstraszniejsze nawet konsekwencje. Niekoniecznie logiczne. Z jego energicznego chodu można było nawet wywnioskować, że decyzja go raduje i uskrzydla, podnosi na duchu, odmładza. Zgrabnie przeskakiwał nierówności, zręcznie odchylał gałęzie i błyskawicznie się kulił, gdy któraś znalazła się nagle tuż przed jego twarzą. Obserwując go i wyciągając nogi, by mu dotrzymać kroku, Madej ze zdziwieniem stwierdził, że i jemu idzie się lżej, łatwiej, bez wysiłku. Uśmiechnął się pod nosem. Cuda wrześniowej nocy na drodze do starego młyna.

    Wreszcie go zobaczyli. To znaczy Zawijas stwierdził, że go widzi, ponieważ ciemność nadal była gęsta i cicha jak beczka smoły. Dopiero kiedy przycupnęli w płytkim rowie i profesor pokazał ręką miejsce, Madej również go dostrzegł. Zwalista sylwetka w kształcie prostokąta zajmowała prawie cały horyzont. Wyglądał upiornie. Przez pozbawione okien dziury w ścianie prześwitywało granatowe niebo. W jednym z oczodołów mrugała jasna gwiazda, jakby młyn puszczał do nich oko. Inspektor wzdrygnął się.

    – Co chcesz teraz zrobić? – spytał szeptem.

    – Wejdziemy do środka – odparł profesor z oczywistością w głosie. – Ale nie główną bramą, tylko podziemnym wejściem, prowadzącym od piwnicy dworu. Obejdziemy naokoło, przez park. Wejście od frontu nic by nie dało – dodał widząc niepewne spojrzenie inspektora.

    – No tak, oczywiście – zgodził się Madej. – Nic by nie dało… Ruszamy od razu, czy musimy najpierw ugotować ogon kota i wypowiedzieć zaklęcie?

    – Ruszamy od razu – odparł poważnie profesor. – Zaklęcia będą później.

    – Co? Jakie zaklęcia? Przecież żartowałem!

    – Ciii – uciszył go profesor. – Nie krzycz. Ryzyko jest coraz większe. Słuchaj – zniżył głos do konspiracyjnego szeptu – żeby ci ułatwić poruszanie się w tej przestrzeni umówmy się, że nie stawiasz żadnych pytań, dopóki ci nie powiem, że już można. Okej? Wiem, to niełatwe, ale spróbuj dokonać zawieszenia niewiary. Jest taki termin w studiach nad kulturą popularną. Zawieszenie niewiary. Wiesz, żeby drzewa mogły mówić, kamienie chodzić, a ludzie z palców wypuszczać laserowe promienie. My musimy wejść do piwnicy pod przedszkolem, gdzie jest tunel do młyna, i tam wyjść. Proste? Tam wykonać jedną prostą czynność gimnastyczną, powiedziałbym nawet rekreacyjną, a potem już poleci. To znaczy… no tak, poleci. Chodźmy.

    Nie czekając na odpowiedź pociągnął inspektora za rękaw i zgięci w pół jak żołnierze w okopie obeszli teren młyna, by po drugiej stronie znaleźć się na niewielkiej pochyłości, wiodącej do dworskiego parku. Stare, zdezelowane ogrodzenie miało mnóstwo dziur, więc bez trudu weszli na posesję i kilkoma skokami dopadli okienka w przyziemiu. Zawijas z pewnością stałego bywalca, który ostatnio był tu nie dalej jak wczoraj, sięgnął do górnej listwy framugi, przekręcił dwa zagięte gwoździe i wyjął prostokątną ramę z szybą. W twarze dmuchnęło im wilgotne, zatęchłe powietrze. Profesor wyjął laptop, który trzymał na brzuchu za paskiem spodni, i podał Madejowi.

    – Przytrzymaj – powiedział i schwyciwszy rękami framugę zgrabnie wśliznął się do środka. Zachrzęściło gniecione butami szkło. Madej miał jednak kłopot z pełną akceptacją ryzykownych posunięć swego towarzysza. Od chrzęstu szklanych okruchów przeszedł go dreszcz. Wyobraził sobie niefortunny upadek profesora i porozcinane do krwi dłonie.

    – Teraz ty – usłyszał z głębi. Podał laptop do środka i wskoczył. Wylądował pewnie, bezpiecznie, jakby wchodził do tej piwnicy setki razy. Ostatnio wczoraj. Otrzepał płaszcz i rozejrzał się dokoła, zupełnie bezproduktywnie, ponieważ panowała całkowita ciemność. Profesor jednak najwidoczniej znał drogę. Zatkał okienko oszkloną ramą i pociągnął Madeja za rękaw w głąb podziemi.

    Szli powoli wąskim korytarzem. W głowie Madeja kotłowały się dziesiątki myśli, od całkiem trzeźwych (pochodzimy trochę i wrócimy do okienka) aż po całkiem zwariowane (w tej ciemności demon może z nami zrobić, co zechce). Zgodnie z zaleceniem nie stawiał jednak pytań i szedł grzecznie, prowadzony za rękę przez lepiej od niego zorientowanego przewodnika. W pewnym miejscu korytarz się rozwidlał i profesor wybrał tunel w prawo, po kilkunastu krokach dobił jednak do ściany i musieli zawrócić. Poszli drugą nitką i znowu natrafili na rozwidlenie, wybrali ścieżkę w lewo i po dwudziestu krokach ponownie natrafili na gładką ścianę ślepego korytarza.

    – Kurwa – zaklął profesor ledwie dosłyszalnie.

    – To labirynt?

    – Nie pomyślałem o tym – odparł profesor, co jednakże trudno było uznać za odpowiedź na pytanie. Madej chciał spytać, o czym nie pomyślał, ale bał się odzywać. Napięcie i tak rosło z minuty na minutę.

    Wrócili do pierwotnego rozwidlenia i ruszyli w drogę powrotną do piwniczki z okienkiem. Nie doszli do niej. Korytarz ciągnął się na wprost tak samo jak przedtem, żadnych zakrętów, żadnych rozwidleń, a jednak szli i szli – i nie mogli dojść. Kiedy marsz trwał już na tyle długo, że przekroczył wszelkie granice prawdopodobieństwa, profesor zatrzymał się i powtórzywszy popularne zaklęcie na „k” usiadł pod ścianą. Rozłożył laptop i znowu zaklął.

    – Padł? – spytał Madej. Ograniczał swe nieśmiałe pytania do minimum.

    – W ogóle go nie ma – odparł profesor dziwnie spokojnie i podał Madejowi laptop.

    – Co to jest? – spytał inspektor, zanim zdążył się ugryźć w język. W ręku trzymał kawałek deski.

    – Deska, która była laptopem – wyjaśnił Zawijas i nagle zaczął krzyczeć na cały głos: – By to krew zalała! Niech szlag jasny trafi! Kurwa twoja mać, że też o tym nie pomyślałem! W pizdę trójkątną wieloryba!

    Rozkręcał się. Coś poszło mocno nie tak i Madej podejrzewał, że nie chodziło tylko o zagubienie w labiryncie. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął płaski kawałek tektury, będący jeszcze przed chwilą jego wypasioną komórką. Obrócił w palcach, powąchał, pachniało tekturą. Schował z powrotem drżącą dłonią, ale się nie odezwał. Usiadł pod ścianą obok Zawijasa i westchnął ciężko. Milczeli chwilę. Madej sięgnął i namacawszy łokieć profesora, poklepał go na pocieszenie. Lepsze to niż nic, kiedy się nie ma nic. Hmm, niezłe.

    – On nas jakoś zaczarował, prawda? – spytał, kiedy cisza trwała już na tyle długo, że zaczynała przypominać ciszę cmentarną.

    – Nie, to ja zawaliłem – wyznał profesor. – Jakbyś chciał zapytać, co teraz, to od razu mówię, że nie wiem. Wiedziałem, ale już nie wiem. Myślałem, że dopisałem wszystko, co trzeba, a tu taka wtopa. I to na początku. W dupę jeża!

    – Ładne – zgodził się Madej. – Mam na myśli tę dupę jeża. Ale może jednak nie siedźmy tu tak bezczynnie, aż nas dworskie szczury zjedzą, tylko chodźmy dalej. Przecież to wyjście musi gdzieś tu być.

    www.unsplash.cpm/Anna Hunko

    Pociągnął profesora, który z oporami wstał i poszedł tym razem jako drugi, wlokąc się noga za nogą. W ciągu kilku dramatycznych minut cała para zeszła z niego. Był słaby, ledwo szedł i co chwila pokasływał, ponieważ brakowało mu powietrza. Madej też zauważył, że w podziemiu zrobiło się jakby duszniej. Trudno się oddychało, więc szli powoli, przystając na zmianę raz jeden, raz drugi.

    – Czy jeże nie polują przypadkiem na szczury? – zagaił, żeby zająć czymś uwagę załamanego profesora.

    – Nie wiem, jestem od literatury – odparł ciężko Zawijas. – Na pewno szczury nie polują na jeże. Nikt nie poluje na jeże. Hyyy, hyyy… Poczekaj, Floro, nie mam siły.

    Usiadł pod ścianą, co inspektor wywnioskował z szurania kurtki po betonie. Namacał ramię swego towarzysza i usiadł obok. Zaczął obmacywać kieszenie w poszukiwaniu zapałek, które kupił razem z papierosami. Namacał je i wyjął. Poruszał pudełkiem. Grzechotały jak zapałki.

    – Chyba nie zamieniły się w tekturę – powiedział z uśmiechem i zapalił jedną. Mrok rozjaśniło żółte światło. Korytarz w obu kierunkach tonął w mroku. Głowa profesora zwisała ciężko na pierś, oparte na kolanach dłonie wyglądały jak zdechłe ryby.

    – Cholera, napiłbym się – mruknął głucho Zawijas. Inspektor zaczął grzebać w kieszeniach swojego płaszcza. Po chwili wyjął stamtąd płaską butelkę żołądkowej gorzkiej.

    – Mówiłem ci, że trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność.

    Oczy profesora Zawijasa rozpaliły się nagłym blaskiem. Sięgnął po butelkę, wprawnym ruchem odkręcił i pociągnął  solidnie łyk. Zakrztusił się, odkaszlnął i pociągnął następny. I jeszcze trzeci. Oczy mu się zaszkliły.

    – Jesteś cudotwórcą – wyszeptał liturgicznym głosem.

    – Jestem skończoną kanalią – odparł Madej. – Twoja żona błagała mnie, żebym tego jednego właśnie absolutnie nie robił. Przysiągłem, że nie zrobię.

    – To już nieważne – stwierdził Zawijas. – Ważniejsze, żeby wymyślić, gdzie jest… Jasna dupa, ależ oczywiście! Jaki ze mnie bałwan! Chodźmy!

    Poderwał się i nim inspektor zdążył spytać, o co chodzi, pociągnął go za rękę. Poszli w głąb podziemi, ale znacznie szybciej niż poprzednio. Zmęczenie ustąpiło równie szybko, jak się pojawiło. Prawie biegli. Zawijas bezbłędnie skręcił na dwóch kolejnych rozwidleniach i wkrótce znaleźli się przed pierwszą ze ślepych ścian. Profesor podszedł do niej, rozłożył ramiona i przywarł całym ciałem. Mimo zupełnej ciemności Madej widział jego sylwetkę całkiem wyraźnie na tle betonowej płaszczyzny. Po chwili rozległ się zgrzyt mechanizmu i ściana się poruszyła. Jej prawa strona popłynęła w głąb, lewa najechała na nich. Przejście stało otworem. Weszli.

    Po dwóch metrach natrafili na kręte kamienne schody. Weszli na górę i znaleźli się w pustej hali starej fabryki. Ciemność straciła nieco na pewności siebie, przez otwory okienne od wschodu płynęła szarość świtu. Profesor rozejrzał się wkoło, westchnął, jakby miał się zaraz rozpłakać, a potem energicznie szarpnął inspektora za rękaw.

    – Na górę! Musimy zdążyć przed wschodem słońca!

    – Że niby wampiry…? – spytał niepewnie Madej. – Ale kto, my?

    Po raz kolejny tej nocy nie doczekał się odpowiedzi, więc posłusznie ruszył za swoim przewodnikiem ku metalowym schodom na piętro. Minęli wielki korpus silnika, kwadratowy lej opadający z sufitu tuż nad podłogę i dudniących stopniach wbiegli na piętro. Niebo na wschodzie jaśniało. Profesor śpieszył się niemal gorączkowo. Znowu wiedział, co robić, z tą swoją nieznośną profesorską pewnością siebie. Podbiegli do dziwnego urządzenia, które ze wszystkich znanych Madejowi rzeczy najbardziej przypominało dziecięcą zjeżdżalnię na palcu zabaw, i Zawijas nakazał mu usiąść na tym.

    – Że co?

    – Jeszcze ci nie pozwoliłem pytać. Siadaj i zjeżdżaj. Szybko, bo zaraz się zrobi dzień, a po tobie muszę jeszcze ja. No już, zjeżdżaj!

    – Dobrze, ale wyjaśnij mi tylko jedno – mówił inspektor siadając w drewnianej rynnie. – Kiedy mi opowiadałeś o starym młynie, to wspominałeś, że dwadzieścia lat temu go zburzyli i został po nim tylko betonowy plac. To znaczy, że teraz go nie ma. A myśmy go przedtem widzieli, w nocy, a teraz w nim jesteśmy, i z tego by wynikało, że nas również…

    – Nie ma – wyszeptał mu do ucha profesor i mocno pchnął w dół.

    KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ