Tag: prof. Krzysztof Zajas

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #20

    Czytaliśmy na wyścigi. Kto więcej stron dziennie. Na koniec tygodnia robiliśmy podsumowanie i zwycięzca opowiadał te swoje przeczytane. Uwielbialiśmy opowiadać! Obaj, chociaż ja ciągle cierpiałem, że Krzysztof ma do tego większą smykałkę, większy dryg, jak mawiała babka. Uwodził umiejętnością gawędy, zręcznego streszczania fabuły z wplataniem fragmentów dialogów, opisów postaci… Miał fenomenalną pamięć, potrafił z głowy zacytować cały akapit z Potopu albo z Biesów. W każdą niedzielę udawaliśmy przed rodzicami, że jedziemy do kościoła i wysiadaliśmy dwa przystanki wcześniej, żeby uciec na stawy i włóczyć się dwie godziny po groblach z naszymi opowiadaniami. Zima, lato, przy każdej pogodzie, nie zważając na świat wokoło – gadaliśmy, gadaliśmy, gadaliśmy. O książkach. O tym, co po drugiej stronie kartki.

    Profesor zamilkł, a inspektor wykorzystał moment, by sprawdzić w nawigacji dalszą drogę. Zabrnęli w jakieś ciasne drogi łączące miejscowości o dziwnych, nieledwie bajecznych nazwach, jak Wieprz, Nidek, Malec, Kańczuga… zupełnie jak imiona diablików ze starej baśni. Dotknął ikonki telefonu i okazało się, że połączenie bluetooth działa. Wybrał numer córki. Cisza. Nie można zrealizować połączenia. Wybrał numer żony, ale gdy zaczęło łączyć, przerwał. Nie ma sensu.

    Nie pamiętam, który z nas pierwszy wpadł na ten pomysł – ciągnął profesor Zawijas. – Pewnie Krzyś, bo jak mówiłem, był lepszy w opowiadaniu. Miał coś takiego, wiesz, co jest już w języku, w sposobie formułowania zdań, dobierania słów, wchodzenia w intymną relację z materiałem literackim. Powiedziałbym, że zatracał się w fabule, czasami do tego stopnia, że tracił kontakt z rzeczywistością. Jakby… wchodził w książkę. Rozumiesz, do środka. Mnie się to również przydarzało, to zresztą warunek empatycznej lektury, dzisiaj nazywanej imersją. Nie umiałem jednak o tym tak barwnie opowiadać. Trochę się jąkałem. Nie śmiej się, naprawdę miałem wtedy kłopoty z wymową, chyba na tle nerwicowym, bo potem mi przeszło. Pomogły seks i alkohol. Terapia przez dorastanie. Później jeszcze zacząłem namiętnie palić. Co robisz?

    A propos – mruknął inspektor i zjechał z drogi.

    Niewielki sklep o aparycji pasterskiej budy, oświetlony – a jakże! – niebieskim neonem ALKOHOLE 24H stał niemal w polu, przy zjeździe z szosy do wioski o kolejnej malowniczej nazwie: Babuda, i rzeczywiście był otwarty. Opel zajechał na gliniany plac pełniący funkcję parkingu, Madej wyłączył silnik i z rękami zawieszonymi na kierownicy spojrzał w oczy profesora Zawijasa.

    Potrzebujesz coś?

    Mierzyli się wzrokiem. To była noc skrzyżowanych spojrzeń.

    Nie. A ty?

    Papierosy.

    Nie wiedziałem, że palisz.

    Ja też nie wiedziałem, ale trzeba się przygotować na każdą ewentualność.

    Wiesz, że to może być nieodwracalne. W twoim wieku…

    W twoim też. „Droga w jedną stronę” – pamiętasz?

    Profesor Zawijas przygryzł wargę i nic nie odpowiedział, co inspektor uznał za zamknięcie sprawy i wysiadł. Szybkim, niemal uskrzydlonym krokiem wbiegł na schodki sklepowej budy, co przy jego tuszy i rozwianych połach krótkiego płaszcza wyglądało dosyć niesamowicie. Po chwili wrócił z kieszeniami wypchanymi tajemniczymi zapasami.

    Kupiłem też coś na zagrychę. Tam chyba trzeba jeść, co?

    Ponieważ profesor w odpowiedzi tylko wzruszył ramionami, Madej rozerwał torebkę z chipsami o smaku zielonej cebulki i wpakował sobie całą garść do ust. Żuł systematycznie i głośno, parę razy zachęcając towarzysza do poczęstowania się wyborną, mocno spóźnioną kolacją. Następnie wyjął z kieszeni małą brązową puszkę mrożonej kawy i wypił duszkiem.

    Żeby nie zasnąć za kierownicą – wyjaśnił. – I co dalej z tym opowiadaniem książek?

    Wyjechali na nocną szosę, zostawiając za sobą migające światełka nocnego sklepu, i profesor wrócił do opowiadania.

    www.unsplash.com/Alex Bello

    Dopiero wiele lat później przyszło mi do głowy, że on zagadywał swój kompleks. Bo ja nie umiałem opowiadać tak jak on, ale pisałem lepiej. Chyba. On tak uważał i strasznie go to gryzło. Po pewnym czasie Krzyś regularnie wygrywał zawody czytelnicze i niedzielne opowieści należały praktycznie bez wyjątku do niego, podczas gdy ja pisałem. Może o to gdzieś między wierszami w naszym układzie chodziło: on mówi, ja piszę. Może ja mu dawałem wygrywać, żeby się wygadał, i przegrywałem specjalnie, zyskując w ten sposób czas na pisanie. To dzisiaj nie ma żadnego znaczenia… – zamyślił się, jakby to była jakaś szczególnie odkrywcza refleksja. – Namawiał mnie później na czytanie tego, co napisałem, i wtedy oczy zachodziły mu takim bezdennym smutkiem. To znaczy, tak teraz o tym myślę, że to przez moje czytanie, bo wtedy tego nie widziałem. Myślałem, że po prostu jesteśmy parą przyjaciół, którzy mają bzika na punkcie literatury i nadają na tych samych falach. O, właśnie tak – nadawanie na tych samych falach! O to chodziło.

    Przerwał, ponieważ droga zrobiła się znowu kręta i musiał dla równowagi złapać się uchwytu nad głową.

    Wiesz, co mnie w życiu najbardziej wkurza? – spytał retorycznie, gdy wyjechali na prostą. –Że wprawdzie dowiadujesz się wszystkiego, co ci było potrzebne, tylko za późno i nic już nie można zmienić. Brniesz na ślepo przez jakieś cholerne życiowe paści, a kiedy potem – pokaleczony i nauczony na własnej skórze – odwracasz się, żeby poprawić, nic już nie ma znaczenia. Zostaje ci tylko czekanie, że jeszcze raz, kiedyś, druga szansa, powtórka tamtej jednej chwili, ale już z korektą, bo jesteś mądrzejszy… Gdybym wtedy wiedział, co wiem teraz… Natomiast jestem prawie pewien, że to on pierwszy rzucił hasło przejścia na drugą stronę.

    „–Wiesz, chciałbym tam zostać.”

    „–Gdzie?”

    „–W środku. Wejść do książki i zostać.”

    „–Dlaczego właściwie?”

    „–Tam jest lepiej. Przytulniej. Jaśniej.”

    „–Może czytamy takie pogodne książki? Inne mogą być straszne. Mogą być okrutne”.

    „–Nie! Każda książka jest lepsza od rzeczywistości! Rozumiesz? Każda! Prawdziwe życie jest w literaturze! Wszyscy wielcy pisarze tak mówią!”

    „–Ale nie da się żyć w literaturze.”

    „–Musi być jakiś sposób. Musi!”

    Samochód znowu wjechał między drzewa i inspektor zwolnił pomny niedawnych przygód z leśnymi mieszkańcami. Sięgnął do torebki z chipsami, leżącej między nimi, ale na widok karcącego spojrzenia profesora cofnął rękę.

    Tak to mniej więcej brzmiało – powiedział Zawijas przytakując jakimś swoim wątpliwościom. – Naiwne pogaduchy gówniarzy z liceum, którzy liznęli parę książek i wydawało im się, że już wszystko wiedzą. Żywiłem wtedy sztubackie przekonanie, że wszyscy w miarę rozgarnięci licealiści tak mają, że jesteśmy raczej regułą niż wyjątkiem, chociaż wystarczyło rozejrzeć się po klasie w czasie lekcji polskiego, by zaobserwować coś przeciwnego. Gdybym teraz wrócił do tamtych czasów, inaczej bym to rozegrał…

    Skąd wiesz, że lepiej?

    Bo do tego służy wiedza: żeby coś zrobić lepiej.

    Aha – zgodził się inspektor. – I teraz jedziemy, żeby tam wrócić, z naszą wiedzą, i zrobić to lepiej…

    Wymienili szybkie spojrzenia i wrócili do obserwowania drogi przed samochodem.

    Nie całkiem.

    To co będziemy robić?

    Jeszcze nie skończyłem – odparł szorstko profesor.

    Masz okazję, by następne zdanie zacząć od „no więc”.

    Profesor uśmiechnął się pod nosem.

    No więc Krzyś wpadł na pomysł, byśmy wspólnie pisali jedną powieść, równocześnie, siedząc obok siebie i wymyślając postacie, ich perypetie, zwroty akcji. Powiedział, że to będzie taka nasza ścieżka z tego do tamtego świata. Dokładnie tak się wyraził: „z tego do tamtego świata”. Mieliśmy wczuć się w akcję na tyle mocno, by tu zniknąć i tam się pojawić. To też jego wyrażenie. Na moje sceptyczne uwagi odpowiadał, że to zależy wyłącznie od stopnia zaangażowania i jak nie chcę, to nie muszę w tym brać udziału. On spróbuje sam.

    Trochę jak dwaj harcerze, którzy się umawiają na wąchanie kleju – rzucił inspektor.

    Mniej więcej. Krzysztof miał w sobie coś z nałogowca. Zawsze trzymał w pogotowiu wielką pasję, gotów zaangażować ją w każdą sprawę, która mu się zamieni w opowieść. Myślę – Zawijas zawiesił głos – że on miał w sobie coś z prawdziwego pisarza. Był prawdziwym pisarzem.

    Znowu zamilkł i pogrążył się w jakichś swoich wspomnieniach.

    Daleko jeszcze do początku tej historii? – spytał Madej po odczekaniu stosownej chwili. – Bo nawigacja pokazuje mi, że za pół godziny będziemy na miejscu. Przeszliście na drugą stronę?

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Wiem, że dzisiaj brzmi to śmiesznie – odparł profesor – ale wtedy traktowaliśmy rzecz najzupełniej poważnie. Pewnej niedzieli w ogóle nie wsiedliśmy do autobusu i zamiast do kościoła, udaliśmy się w przeciwną stronę, do parku przy przedszkolu mieszczącym się w dawnym dworze ziemiańskim. Pod gankiem z tyłu budynku znajdowało się okienko do piwnicy, które nieraz otwieraliśmy i właziliśmy do środka, trudno powiedzieć, po co. Tym razem mieliśmy konkretny plan i wyposażeni w zeszyty oraz długopisy usiedliśmy w kącie, gdzie padało trochę światła przez brudną szybę. Zaczęliśmy układać naszą powieść. Wymyśliliśmy, że będzie się działa w naszej wsi, a głównymi bohaterami będą dwaj chłopcy, którzy wolą świat wymyślony od prawdziwego. Super oryginalne! Zabraliśmy się do rysowania mapy topograficznej naszej powieści, imion bohaterów, ustalania miejsc akcji poszczególnych rozdziałów. I wtedy doszło do pierwszej kłótni.

    Zajmująca historia – mruknął Madej z niejasną intencją w głosie.

    Już się zaczyna – uspokoił go Zawijas. – Otóż w pobliżu przedszkola, czyli dawnego dworku, był betonowy plac po młynie, który podobno stał kiedyś w tamtym miejscu. Mówię „podobno”, bo nigdy go nie widziałem, dopiero wiele lat później zobaczyłem na jakiejś starej fotografii jego zwalistą, prostokątną bryłę z szeregiem niewielkich okien. I ja się upierałem, że akcja naszej powieści ma się rozgrywać w tym młynie, nawet proponowałem, żeby cała powieść tak się nazywała: „Stary młyn”. Wiem, kojarzysz. Przy okazji zapewniam cię, że będzie jeszcze parę punktów w tej historii, w których możesz się śmiać. W każdym razie stanowczo domagałem się, żeby stary dworski młyn stanowił miejsce naszej akcji. Natomiast Krzysztof upierał się, że nie, że on ma lepszy pomysł. Że to będzie…

    Cegielnia.

    Właśnie. Cegielnia. Skąd wiesz?

    Madej westchnął i nabrał do ust garść chipsów.

    Gdybym nie umiał skojarzyć takich rzeczy, nie przepracowałbym tyle lat w policji śledczej. I nie wyrywałbym cię z wariatkowa, gdzie ci było tak dobrze…

    Gówno wiesz o moim siedzeniu w wariatkowie! – krzyknął profesor tak głośno, że Madej zdziwiony wcisnął hamulec i zjechał na pobocze.

    Hej, co jest? Przepraszam. Nadepnąłem ci na coś?

    Przyglądał się z uwagą profesorowi, który zamachał rękami, a potem zaczął ogryzać paznokcie. Ten trochę wulgarny i całkiem szczeniacki odruch zupełnie do niego nie pasował. Jakby na chwilę przestał być profesorem, pomyślał Madej.

    Wcale mi nie było dobrze. Było fatalnie. Wszystko tamto, wiesz… wróciło. Eee, do diabła! Pieprzę jakieś głodne kawałki, bo nie umiem, rozumiesz? Nie umiem!

    Czego nie umiesz?

    Nie umiem tego opowiedzieć! Gdzie jesteśmy?

    Nagle zmienił temat i przystawił dłoń do czoła, by widzieć, co jest w ciemności za oknem.

    Według nawigacji mijamy wiochę o malowniczej nazwie Malec. Zaraz będzie Smarkacz, a potem Konus…

    Ale to nie jest Malec! – wykrzyknął profesor. – Jedziemy w drugą stronę!

    Inspektor zrobił zdziwioną minę i wziął się do sprawdzania ustawień nawigacji samochodowej. Wszystko było w porządku. Pomyślał chwilę i wyjął z kieszeni telefon komórkowy. Kiedy wyjeżdżali z Krakowa, sieć przez chwilę działała normalnie, wybrał nawet numer do córki i żony, co prawda bezskutecznie. Teraz znowu padła. Odwrócił się do Zawijasa, by mu to pokazać i wtedy na czarnym ekranie zamigotała buźka. Jestem tu z wami.

    Cholera, on nas cały czas śledzi! – wykrzyknął. – Twierdziłeś, że nie żyje. Zaczniesz wreszcie tę popieprzoną historię?

    Spokojnie – powiedział profesor matowym głosem. – Po pierwsze, wyłącz te wszystkie elektroniczne zabawki i zawróć samochód. Powiem ci, którędy masz jechać. To już niedaleko.

    Madej posłusznie zawrócił na pierwszym polnym zjeździe i jechał teraz powoli, czekając na dalsze instrukcje.

    Niedaleko do śmierci – mruknął do siebie, a potem dodał trochę głośniej: – W co ja się wpakowałem!

    Nie doczekał się wyjaśnień, w co się mianowicie wpakował, więc nabrał jeszcze jedną garść chipsów i zaczął chrupać tak głośno, że aż się zakrztusił. Zaklął brzydko i popił ziemniaczaną miazgę zimną wodą. Zrobiło się jeszcze gorzej, miał teraz kamień w żołądku, więc klął dalej, obracając złość przeciwko własnej głupocie.

    Profesor nie zwracał uwagi na jego perypetie. Na następnym skrzyżowaniu nakazał skręcić w lewo i znaleźli się na łagodnym zjeździe w dół, dalej droga wiodła pomiędzy stawami hodowlanymi, oddzielanymi cienkimi jak miedze groblami. Za ostatnią z nich na rozległym wypłaszczeniu majaczyły w ciemności bryły kilku domów. Ciemne, wygaszone, przycupnięte między drzewami – bardziej przypominały drzemiących olbrzymów, niż siedziby ludzkie. Asfaltowa szosa biegła prosto jak od linijki, jakiś kilometr przed nimi mrok rozświetlała pojedyncza latarnia. Pod nią szosa się rozwidlała i profesor polecił skręcić w lewo, a kilometr dalej w prawo. Znowu jechali między drzewami, wąskim mostem przekroczyli rzekę i znaleźli się wśród łąk. Druty biegnące między drewnianymi kołkami wskazywały na tereny pastwiskowe.

    Tu! – krzyknął nagle profesor i Madej gwałtownie zahamował. Między dwoma słupkami schodziła w pola wąziutka drożyna. Wjechał w nią bardzo ostrożnie, ale Zawijas i tak kazał jeszcze zwolnić.

    Ostrożnie, pomalutku, ostrożnie… – powtarzał w napięciu. Wkoło panowała czarna noc, przecięta reflektorami ich samochodu. Jedynym jaśniejszym punktem w kabinie monotonnie mruczącego opla była tablica rozdzielcza. W jej mdłym świetle inspektor zobaczył krople potu na czole Aleksandra Zawijasa.

    Boisz się? – spytał cicho.

    Nie – skłamał profesor. Głos mu drżał.

    Minęli kępę gęstych zarośli i droga, która zwęziła się do rozmiarów ścieżki, skręciła ostro w lewo. W światłach ukazała się następna kępa krzewów, większa, z półkolistym zwieńczeniem z gałęzi u góry.

    Mam tam wjechać?

    Tak. Tylko błagam cię, powoli. I wyłącz światła.

    Co?!

    Jedź na postojowych – sprecyzował poirytowanym głosem profesor. – I powoli!

    Dobrze, dobrze.

    Madej zrobił wszystko zgodnie z nerwowymi instrukcjami profesora. Ten z wybałuszonymi od natężonej uwagi oczyma wpatrywał się w krzaki, jakby chciał wzrokiem rozchylić pędy dzikiego bzu i utorować im drogę.

    Stój! – zakrzyknął w pewnym momencie i Madej wdepnął hamulec. Samochód zatrzymał się i zgasł. Profesor wyjął z torby Madeja swój laptop, rozłożył na kolanach i włączył.

    Teraz możesz się na chwilę zdrzemnąć.

    A co ty będziesz robił?

    Muszę coś napisać?

    Co?! Teraz?

    Przestań się pytać „co?”, jak półgłówek, tylko wyłącz te cholerne światła postojowe i daj mi pół godziny. Może trzy kwadranse.

    Co chcesz napisać?

    Zakończenie naszej historii.

    Madej miał ochotę krzyknąć, ale ugryzł się w język. Następne „co” mogło wywołać niepotrzebną burzę. Wyłączył światła, rozejrzał się po ciemnościach wkoło i stwierdziwszy, że patrzenie w którąkolwiek stronę jest pozbawione sensu, oparł się o fotel i zamknął oczy. Był przekonany, że po wieczornych kawach nie zmruży oka, ale zasnął prawie od razu.

    Śnił mu się młody człowiek w staroświeckim stroju, który szpadą rozcinał brzuch wielkiego jaszczura. Z gadziego wnętrza sypały się drogie kamienie. Najwięcej było czerwonych. Świeciły.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #17

    – Dlatego bardzo pana proszę, niech pan zostawi Olka w spokoju – poprosiła cichym głosem Magda Zawijas na koniec swej opowieści. – Drugi raz tego nie przetrzyma. Obiecuje pan?

    Niezdarnie otarła wilgotne policzki, pociągnęła nosem i czekała. Na takie postawienie sprawy inspektor mógł tylko skinąć głową w akcie kapitulacji.

    – Obiecuję – zapewnił czując, jak gadzina nikczemności budzi się w jego trzewiach. – My jesteśmy od pomagania ludziom, nie od ich pogrążania.

    Liczył, że szlachetność wygłoszonej prawdy, która z policyjną praktyką miała tyle wspólnego, ile niedzielne kazanie z obyczajami dnia powszedniego, przesłoni jego niecne intencje. Musiał dostać się do profesora. Im dłużej myślał o tym, co się dzieje, tym bardziej był pewien słuszności obranego kierunku działań.

    Pokazał ręką na telewizor, transmitujący dantejskie sceny z centrum miasta, gdzie samozwańcze grupy mieszkańców, pozbawione już wszelkich hamulców i skrupułów, polowały na ludzi ze słuchawkami i książkami.

    – Muszę z nim porozmawiać – powiedział – inaczej to się nigdy nie skończy.

    W tym momencie obraz telewizyjny zachwiał się, zamigotał, zza kadru dobiegło ni to westchnienie, ni to kaszel, po czym wszystko ujechało w górę i zgasło.

    – Jezus Maria, co się dzieje – jęknęła Magda Zawijasowa. – Dlaczego policja nic z tym nie robi?

    – Właśnie robi – odparł stukając się palcem w pierś. – Gdzie on jest? W Babińskim?

    Chciał mówić dalej, ale nie dał rady. Opadło go nagłe zmęczenie, tak dojmujące, że zachwiał się i osunął się na kanapę. Podparł się łokciem jak pijak, który chce koniecznie sprawiać wrażenie trzeźwego, i usiłował powrócić do pionowej pozycji. Profesorowa pomogła mu usiąść i podała szklankę wody. Jeszcze parę minut temu to on wykonywał podobnie troskliwe gesty wobec niej.

    – Pan się wykończy – powiedziała trzymając go za ramię. – Trzeba odpocząć. To samo zrobił mój mąż. Poszedł odpoczywać. Mężczyźni w waszym wieku za dużo pracują. Chcą za wszelką cenę zaprzeczyć upływowi czasu, a kończy się zawałem albo wylewem.

    – Coś w tym jest – wymamrotał niewyraźnie Madej. Jego obwisłe usta nie kwapiły się do precyzyjnej artykulacji. – Ale tak trzeba. Inaczej śmierć.

    – Śmierć, śmierć. Co wy się tak boicie tej śmierci? I tak przyjdzie we właściwym czasie. O, tam jest śmierć.

    www.unsplash.com/Aron Visuals

    Zamierzała pokazać prawdziwe oblicze śmierci na ekranie telewizora, ale ten po wygaśnięciu już nie odzyskał przytomności. Na czarnym ekranie pulsowało jedynie kilka żółtych punkcików. Tańczyły figlarnie po czarnej tafli, jak robaczki świętojańskie w otchłani czerwcowej nocy, by ostatecznie znaleźć jeden wspólny rytm i ułożyć się w dwie kropki i kreskę. Buźka z poziomej obróciła się w pionową i wygięła pikselowe usta w podkówkę. Smile.

    Magda Zawijasowa pobladła.

    – Czy to ma coś wspólnego… – Co to w ogóle jest?

    – Nie wiem – odparł inspektor. – I właśnie dlatego muszę porozmawiać z pani mężem. Ponieważ mam wrażenie, że on wie.

    Znowu ogarnęła go fala słabości i opadł głową na oparcie kanapy. Dziwne. Nie sądził, że starość przyjdzie tak nagle. Może sama myśl o emeryturze tak działa? Jak on to powiedział? „Ścieżka w jedną stronę”. Nie oglądaj się, bo przepaść przed tobą. Kto o śmierci myśli, buźkę sobie kryśli. Na ekranie, drogi panie. Cicho już, cichutko. Wieczność jest niema. Studnia ciemna i głucha, a w duszy posucha…

    Cholera.

    – Tylko niech mi pan tu nie mdleje – powiedziała profesorowa, klepiąc go w policzek. – Wody proszę łyknąć.

    – Tak, przepraszam – wymamrotał otrzeźwiawszy. Ostrożnie odepchnął jej dłoń ze szklanką. – Ja już sobie pójdę. Dziękuję pani i proszę mi wybaczyć to najście, chciałem tylko…

    – Nigdzie pan teraz nie pójdzie – zakomenderowała Zawijasowa z nową energią. – Trzeba odpocząć. W gabinecie męża jest leżanka, wdrapiemy się teraz po schodach i pan się położy. To nie ma sensu. I tak dzieje się dosyć złego – zakończyła machając ręką w nieokreślonym kierunku.

    Ujęła go pod ramię i energicznym ruchem postawiła na nogi. Zachwiał się, nie upadł jednak, podtrzymany jej silnym uchwytem. Ruszyli na piętro.

    W pogrążonym w mroku gabinecie profesora jaśniała jedynie smuga światła pobliskiej latarni. Wąskim paskiem przecinała pokój. W zawodowym odruchu inspektor potoczył za nią wzrokiem i ujrzał na kawałku ściany niewielki portret w złotej ramce oraz jakiś sztylet na łańcuszku. Zapewne pamiątki profesora z konferencyjnych wyjazdów. Reszta pokoju tonęła w czerni, smuga była żółta. Na jej tle korpus monitora na biurku wyglądał jak łeb przedpotopowego stwora. Madej miał wrażenie, że łeb obraca się ku niemu i szczerzy paszczę. Pstryknęło światło i zjawa znikła. Tak, zdecydowanie powinien odpocząć.

    – Dziękuję pani, ja chyba rzeczywiście…

    Przerwała mu biorąc go za ramiona i sadzając na łóżku.

    – Dobrze już, dobrze. A teraz proszę spać. Gdyby pan potrzebował, łazienka jest na końcu korytarza po lewej.

    Potrzebował, więc znowu się podniósł. Przechodząc korytarzem zerknął w uchylone drzwi jednego z pokoi na piętrze. Dziewczyna w słuchawkach siedziała na łóżku ze skrzyżowanymi nogami i zamkniętymi oczyma. Kołysała się lekko w jakimś ukrytym rytmie i uśmiechała do wypełniających ją dźwięków.

    – Nie rób tego – powiedział stając w progu.

    Spodziewał się, że ją spłoszy, w najśmielszych przypuszczeniach nie oczekiwał jednak aż takiej reakcji. Rzuciła krótkie, wściekłe spojrzenie na drzwi i jednym skokiem zatrzasnęła je tuż przed nosem Madeja. Gdyby się nie cofnął, dostałby nimi w twarz. Oparł się o ścianę, a z wnętrza pokoju dobiegło zwierzęce warknięcie. Nie zrozumiał słów i może to nawet lepiej. Zgrzytnął klucz w zamku, a zaraz potem sprężyny w łóżkowym materacu. Wróciła do słuchania.

    www.unsplash.com/Barrett Ward

    Dyszał oszołomiony jak człowiek, który ledwie uszedł z życiem z katastrofy. Powinien walnąć w te zaryglowane drzwi, w razie potrzeby nawet wyważyć, i odebrać jej te cholerne słuchawki wraz z telefonem. Nie miał siły. Nie potrafił porządnie zebrać myśli, a nogi ledwie go utrzymywały. Dowlókł się do toalety i usiadł na sedesie. Zaryglował drzwi od środka. Chciał posiedzieć na chwilę w spokoju, inne potrzeby odsunęły się na dalszy plan.

    Nic z tego nie rozumiał. Po pierwsze, nie rozumiał agresji, która budziła się i u tych, którzy słuchają, i u tych, którzy ich ścigają. Po drugie, nie wszyscy słuchali Cegielni, w gruncie rzeczy niewielu, a krwiożercza epidemia rozprzestrzeniała się w błyskawicznym tempie, jakby jej wirusy latały w powietrzu. Po trzecie, paraliż miasta wydawał się zupełnie nieadekwatny do skali zjawiska. Tłumy ruszyły jak na umówiony sygnał, jakby tylko czekały na okazję do wyrzucenia z siebie nagromadzonych pokładów nienawiści. Ktoś kiedyś powiedział, że agresja tłumu rotuje. Miał nieodparte wrażenie, że właśnie domyka się kolejne koło.

    I po czwarte – był dziwnie słaby. Ledwie się ruszał, a przecież ten trudny i pełen wysiłku dzień nie wyczerpał go do tego stopnia, by nie mógł teraz ustać na nogach. Ani porządnie się skupić. Coś go osłabiało, jakieś tajemnicze fluidy, które pozbawiały umiejętności sprawnego działania. Fajne.

    Ekscytujące.

    Kompletnie bzdurne.

    – Zośka, otwórz drzwi! – rozległ się okrzyk Magdy Zawijasowej, któremu towarzyszył nerwowy łomot. – Otwórz te cholerne drzwi!

    Z najwyższym trudem podniósł się i wyszedł na korytarz. Profesorową przestało interesować samopoczucie gościa, cała jej uwaga skierowała się ku zamkniętej w pokoju córce. Oczy zdradzały przerażenie.

    – Niech pan coś zrobi!

    Florian Madej, który w każdy krok wkładał cały – bardzo skromny – zapas sił, szedł powoli opierając się rękami o ściany wąskiego holu. Kiedy jednak dysponuje się odpowiednią masą ciała, do wyważenia drzwi siła nie jest potrzebna. Łagodnym ruchem odsunął Zawijasową, odwrócił się tyłem i odepchnął od ściany naprzeciw wejścia. Jego plecy, wsparte bezwładnością stu dziesięciu kilogramów, runęły na zamknięte skrzydło, które z suchym trzaskiem upadło na podłogę, a Madej wraz z nim. Jęknął z bólu, kiedy klamka wbiła mu się w sadło okalające lędźwie. Na moment stracił kontakt z rzeczywistością. Ocucił go krzyk.

    – Nie ma jej!

    O sprawnym wstawaniu nie było mowy, z wysiłkiem przewrócił się na brzuch i podniósł na czworaka. Rozejrzał się zamglonym wzrokiem tucznika przyprowadzonego do rzeźni. Nic nie widział. Coś mu zabrało siły, a teraz zabierało widzenie. Podpełzł do łóżka i oparł się obiema rękami, co umożliwiło zajęcie pozycji nieco bardziej pionowej, dającej z kolei lepsze złudzenie przytomności u kogoś, kto właśnie usiłuje wstać i nie może. Teraz klęczał jak grzeczna panienka przy wieczornej modlitwie.

    Pościel na łóżku, na którym przed chwilą siedziała młoda Zawijasówna, była solidnie skopana i zmięta. Dziewczyna znikła. Okno za łóżkiem było otwarte na oścież, z zewnątrz wlatywały nocne owady i obsiadały mleczny klosz lampy pod sufitem.

    – Zośka, wracaj! – krzyknęła w ciemność Zawijasowa. Przechyliła się przez parapet i spojrzała w dół. – Nie ma jej! Uciekła!

    Florian Madej nie odpowiedział. Pomacał zmierzwioną pościel i po chwili wyjął spod narzuty komórkę z doczepionymi do niej słuchawkami. Włożył jedną z nich do ucha.

    W głębokiej nocnej ciszy jedynym słyszalnym dźwiękiem był szelest ostrożnych dziewczęcych kroków. Szła samotnie przez las, wolna od lęków i niepokojów, zwyczajnie przynależnych jej wiekowi i płci. W jednej ręce dzierżyła skórzaną sakwę, w drugiej – obnażony carski bebut. Nie znała jeszcze celu swej drogi ani czekającego nań u jej kresu przeznaczenia, mimo to przemierzała niebezpieczny las z godną podziwu śmiałością. Która, jak powszechnie wiadomo, w najmniejszym stopniu nie zmniejsza śmiertelnego zagrożenia. Szła powolna rozkazom, nie znając ich źródła ani charakteru…

    Wyrwał słuchawkę z ucha.

    – Co to jest bebut? – ryknął do profesorowej w nagłym przypływie energii.

    – Co…? – spytała zaskoczona Magda Zawijas. Była jednak bystrą kobietą i błyskawicznie połączyła fakty. – Matko Najświętsza! – zajęczała i wybiegła z pokoju. Madej poszedł za nią.

    W gabinecie profesora paliło się światło. Zawijasowa natychmiast skręciła w lewo i podeszła do ściany z pamiątkami. Obok staroświeckiej fotografii kobiety w długiej sukni tkwił w tynku goły hak. Sztylet znikł.

    – Co ona wyprawia? Zośka! Wracaj!

    Nie zwracając uwagi na inspektora kobieta wypadła z gabinetu i z łoskotem zbiegła po schodach. Wkrótce trzasnęły drzwi wejściowe i do uszu Floriana Madeja doleciały piskliwe nawoływania z ogrodu Zawijasów. Pomacał puste miejsce po zabytkowym sztylecie. Czyżby to miał być ten cały bebut?

    Wyszedł przed dom. Profesorowa zdążyła w tym czasie obiec wkoło całą posesję i przekonać się, że po dziewczynie nie ma śladu. Wyszła przed furtkę, zawołała parę razy to swoje „Zośka, wracaj!”, i pełna bezradnej rozpaczy wróciła do domu. Chcąc ją czymś zająć inspektor wziął ją pod rękę i razem przeszukali cały dom jeszcze raz. Tym razem on robił za stronę silniejszą, całe osłabienie nagle opadło z niego jak zły sen.

    Dziewczyny nigdzie nie było, Magda Zawijasowa nie zauważyła, by zniknęły jakieś inne przedmioty oprócz sztyletu ze ściany i skórzanego plecaka, z którym chodziła do szkoły. „W ręce dzierżyła skórzaną sakwę”, powtórzył w myślach Florian Madej. Kiedy kobieta trochę się uspokoiła, usiedli w kuchni.

    www.unsplash.com/Niilo Isotalo

    – Zaraz wróci – pocieszał ją klepiąc po wierzchu dłoni. – To co z tym bebukiem?

    – Mąż go przywiózł przed laty z Kaukazu. Jakaś stara rosyjska broń, podobno pochodzenia czeczeńskiego. – Nagle podniosła na niego wzrok. – Skąd pan o nim wiedział?

    Chwilę milczał zastanawiając się, jakiej udzielić odpowiedzi. Co mu wolno powiedzieć. Profesorowa wiedziała już całkiem dużo, ale jeszcze sobie dobrze tej wiedzy nie przyswoiła. Taki proces przebiega stopniowo, jak każda nieprawdopodobna informacja, zwłaszcza jeśli dotyczy katastrofy. Wyjął z kieszeni komórkę jej córki, owiniętą białymi sznureczkami słuchawek, i położył na stole.

    – Niech pani to dobrze schowa – powiedział. – Skuteczniej byłoby wyjąć baterię, ale w tym modelu się nie da. Więc proszę ukryć gdzieś głęboko i pod żadnym pozorem nie włączać. Tak, w niej usłyszałem to słowo, przed chwilą, kiedy znalazłem ją w pokoju pani córki. Nie, proszę tego nie robić – dodał widząc, jak majstruje przy wyłączniku. Odłożyła.

    – Ale… dokąd ona poszła? – spytała patrząc mu w twarz. Już nie płakała, tylko próbowała coś zrozumieć. Jej szeroko otwarte, błyszczące oczy były całkiem ładne. W ogóle była ładna, pomyślał zerkając na jej falujący w napięciu biust, kiedy z trudem formułowała następne pytanie. – Czy to wszystko jest aż tak… przerażająco absurdalne?

    Podniósł wzrok. Ile tu można powiedzieć, a ile przemilczeć? Patrzyła w niego już bez histerii, powoli docierały do niej nowe warstwy przerażającej i nieprawdopodobnej wiadomości, której próbowała zaprzeczyć niezgrabnym pytaniem.

    – Myślę, że tak – odparł powoli. – Nie wiem jeszcze, jak bardzo, ale jakoś jest.

    Siedzieli naprzeciwko siebie na kuchennych krzesłach i patrzyli sobie w oczy. Ponieważ nie wiedział, co ma mówić dalej, kazał jej wyjąć własną komórkę i zadzwonić do syna. Wykonała polecenie i po chwili odłożyła niechętnie na stół.

    – Nie ma połączenia.

    Wyjął własną i wybrał numer byłej żony. Wcisnął funkcję głośnego mówienia. „Nie można zrealizować połączenia”, zaskrzeczał głośnik. Przerwał i wybrał numer Aleksandra Zawijasa, który miał na liście ostatnich połączeń. Aparat powtórzył: „Nie można zrealizować połączenia”.

    – Nie wiem, czy to pani wystarczy za odpowiedź. Jeśli nie, to mogę jeszcze trochę poopowiadać o bezradności policji, która właśnie zajmuje się doraźnym gaszeniem najbardziej zapalnych ognisk buntu nie mając pojęcia, gdzie szukać przyczyny. Na pani życzenie mogę przytoczyć dane – mocno już nieaktualne – o liczbie ofiar dzisiejszych zamieszek i rosnących od paru godzin problemach w funkcjonowaniu miasta. Słowo „problemy” brzmi niemal jak kłamstwo. W istocie mamy do czynienia z katastrofą. Przyjechał minister spraw wewnętrznych i obraduje teraz w gronie dowództwa krakowskich sił porządkowych, jak powstrzymać lawinę strasznych i kompletnie irracjonalnych wydarzeń. Być może coś im się uda wymyślić, niewykluczone, że nawet wprowadzeniem tych pomysłów w życie spowolnią nadejście następnych rozruchów i ulicznych samosądów, zduszą w zarodku jedno z licznych nowych zarzewi ognia. Być może. Mam jednak wrażenie, że nie zdołają zaradzić dalszym nieszczęściom. Nie da się tego zrobić, nie znając przyczyny.

    – A pan zna przyczynę?

    Popatrzył uważnie w jej błyszczące oczy. Wróciła do równowagi i trwała przy niej z godną podziwu determinacją, z rzadka tylko poprawiając palcem powiekę, co stanowiło dyskretny sposób na usunięcie wiszącej pod nią łzy. Zrozumiał, że ma przed sobą kobietę umiejącą czytać z własnego doświadczenia wiedzę na przyszłość. Panowanie nad rozpaczą należało do najważniejszych lekcji.

    – Ja nie. Ale jestem przekonany, że pani mąż zna. Dlatego muszę z nim…

    – Wiem, wiem, mówił pan to już dziesięć razy.

    – Trzy.

    – Cztery. Nieważne. Jak pan zamierza się tam dostać?

    Uniósł brwi w zdziwieniu.

    – Czyżby pani zmieniła zdanie w kwestii…?

    – W takim razie jedźmy – zarządziła stanowczo. Chciała mieć to jak najszybciej za sobą. – Nie ma czasu na gadanie.

    Wstała z krzesła nieco zbyt szybko i odrobinę zbyt nerwowym ruchem porwała torebkę z kuchennego blatu. Inspektor postanowił niezwłocznie skorzystać z okazji.

    – Świetnie, jedźmy. Czy mogę jeszcze na krótką chwilę do…?

    Pokazała mu palcem toaletę na parterze, ale stwierdził, że chyba ostatnio zostawił tam po sobie nieporządek i chciałby poprawić tutejszą opinię o sobie. Wzruszyła ramionami, a on poszedł i po chwili wrócił, poprawiając niezgrabnie spodnie w pasie. Ekran telewizora był martwy, podobnie jak wyświetlacze ich komórek. Znikło wszystko, łącznie z buźkami. Demon sobie poszedł.

    – Czy ona wróci dzisiaj? – spytała Magda Zawijasowa, gdy wsiadali do samochodu. Chciała prowadzić, ale stanowczym gestem odebrał jej kluczyki tłumacząc, że to może nie być po prostu zwyczajny przejazd do Krakowa i niech lepiej zachowa siły na drogę powrotną.

    – Nie wiem – odparł i zaraz szybko dodał: – Raczej tak.

    – Niech mi go pan nie rozbije – powiedziała profesorowa klepiąc w pulpit swojej corsy, gdy mijali słupki bramy wjazdowej. – To najlepsze auto na świecie.

    – Nie wiem. Raczej tak.

    Ta odpowiedź wydała mu się dowcipna i liczył na rozładowanie napięcia, które wzrastało w miarę zanurzania się samochodu w mogilański mrok. Gdzieś w pobliżu padł strzał i Magda skuliła się na fotelu. Ta sama broń, nie miał wątpliwości. Ktoś sobie poluje. Dzisiaj można.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #11

    Taksówkarz, który mówił ze wschodnim akcentem, zatrzymał samochód przed skrzyżowaniem Grzegórzeckiej i Dietla, by przepuścić pędzące na sygnale dwa wozy strażackie. Z dużą prędkością przemknęły im przed nosem w stronę centrum, robiąc syrenami niesłychany raban.

    Gdzieś się pali – powiedział kierowca. – Duży ogień.

    Skąd pan wie, że duży? – spytał machinalnie profesor Zawijas. Myślami był gdzie indziej, ale na nieprecyzyjne uwagi jego akademicki umysł reagował automatycznie.

    Bo jadą z Lipskiej, a w centrum jest straż pożarna na Bohaterów Westerplatte. Jakby był mały, toby wystarczyły tamte.

    Ruszyli dalej i Zawijas rzucił okiem w prawo. Oba wozy skręciły w ulicę Świętej Gertrudy.

    Ciekawe, gdzie ten pożar – powiedział półgłosem do siebie.

    Jak pan chce, mogę sprawdzić – odezwał się taksówkarz, który dosłyszał mruknięcie. W tym zawodzie długie ucho jest elementem profesjonalizmu. – Kolegi mie powiedzą przez radio.

    www.unsplash.com/Guido Jansen

    Postukał palcem w pulpit z przyczepionym doń czarnym pudełeczkiem na skręconym w sprężynę kablu.

    Sibi radio – wyjaśnił. Zdjął z uchwytu czarne pudełeczko i przyłożył do ust. – Wiecie, gdzie ten pożar? Który tam jeździ po śródmieściu?

    Z placu Wszystkich Świętych pojechali w Grodzką – odpowiedziało czarne pudełeczko, które okazało się również głośnikiem.

    Stoją przed kościołem Piotra i Pawła – dodał inny głos. Profesor pomyślał o swoim uniwersyteckim parkingu przylegającym do kościoła i wyraził w myślach nadzieję, że pali się to wielkie stare drzewo, z którego ptaki regularnie obsrywają karoserię jego nowiutkiej astry. No, teraz po wypadku już nie takiej nowiutkiej…

    Pali się sklep – powiedział ktoś trzeci. – Chyba ten z rockowymi plakatami.

    Albo księgarnia – dorzucił czwarty. – Widziałem też miśków. I karetkę.

    Dzięki, na razie.

    Kierowca odłożył mikrofon cb radia na pulpit, a profesor zanurzył się głębiej w kanapę tylnego siedzenia. Księgarnia? Karetka? Miśki to pewnie policjanci – pasowałoby. Ledwie udało mu się uspokoić podrażnione neonem ALKOHOLE 24H nerwy, a już zaczął drżeć na nowo. Akademicki umysł odganiał od siebie skojarzenia jak natrętne muchy i bronił się przed łączeniem sygnałów w logiczny ciąg. Natrętne muchy mają jednak to do siebie, że w miarę przeganiania stają się coraz bardziej natarczywe, ucieszone irytacją ofiary.

    Najgorsze są słowa. Raz wbite w korę mózgową brzęczą do znudzenia jak niechciana melodia, która przyczepia się przy porannej kawie i słyszysz ją potem cały dzień, aż do kolacji. Wysyłam gońców z ponagleniem. Ponaglenie. Gońcy. Wysyłam. Język hegemona, władcy, pana na włościach. I szamana: pojmiecie znaki niechybnie. W tych czasach i w tym miejscu połączenie władcy i szamana brzmi jak definicja psychopaty. Właściwie to by się zgadzało.

    W pierwszym odruchu chciał poprosić o podjechanie na Grodzką, by naocznie sprawdzić swoje podejrzenia, ale ta druga, nieakademicka część umysłu szybko mu to odradziła. Lepiej, żebyś nie skojarzył, nie pojmował znaków niechybnych i nie wiedział. W przeciwnym razie skończy się źle.

    Może turysty tam co zrobili – odezwał się taksówkarz przerywając ciszę. – Oni teraz całymi nocami zwiedzają miasto, do rana. All inclusive, to może i pożar też. Jak pan szanowny chce, możemy podjechać i sprawdzić…

    Nie! – zaprotestował profesor. Znowu za szybko i za głośno. – Proszę się trzymać kursu.

    Machnął ręką odganiając natrętne muchy, które zabrzęczały tym radośniej. Skręć i sprawdź, będziesz miał pewność. Jako naukowiec wręcz powinieneś. No już, profesorze, zbadaj wytrzymałość akademickiego dyskursu na przesądy i omamy słuchowe. Nie ma, że uciekniesz i będzie okej. No dawaj, zawracamy.

    Skąd ten taksówkarz taki domyślny?

    Jestem zmęczony, chciałbym już być w domu – powiedział i zamknął oczy.

    Człowiek za kierownicą niewiele rozumiał z tego pulsującego zainteresowania, które chciało i nie chciało znać szczegółów pożaru, pojął natomiast, iż należy pasażera zostawić w spokoju i nie odezwał się już do końca podróży. Dojechali na miejsce, profesor zapłacił z sutym napiwkiem i przez skrzypiącą furtkę wkroczył na swoją posesję chwiejnym ze zmęczenia krokiem.

    W domu było ciemno i cicho, żona i córka spały. Jego syn Jacek od dwóch lat mieszkał osobno, w mieszkaniu po babci, które zapewniało mu tyle samodzielności i świętego spokoju, ile potrzebował jako student. Robił co chciał, a gdy się kasa kończyła, jechał na obiad do mamy. Profesor został w domu z dwiema kobietami i psem, który był suką. Żywioł żeński dominował. Miało to swoje dobre strony, na przykład teraz na stole ujrzał talerz z dwiema kanapkami i kubek herbaty nakryty podstawkiem, żeby nie wystygło. Uśmiechnął się, ale niczego nie tknął, nie czuł głodu. Wypił szklankę wody i poszedł do łóżka.

    Długo nie mógł zasnąć. Rozbiegane myśli to jedno, ale gorsza sprawa była z żołądkiem. Skurczył się i ssał jak w najgorszych czasach. Profesor zacisnął zęby i wsłuchał się w rytmiczny oddech żony. Spokojnie. Opanuj się. Nic się nie stanie, skoro przez pięć długich lat się nie stało. Żyjesz i będziesz żył nadal. Dałeś radę, uśpiłeś smoka i nie wpadaj w panikę tylko dlatego, że sobie przez sen coś tam mruknął. Spokojnie. Opanuj się. Oddychaj równo, tak jak Magda.

    Kiedy wreszcie udało mu się zasnąć, znalazł się w ruinach starej fabryki z wielkim niebieskim neonem na dachu, po którym biegły szybkie, nerwowe znaki: PENIS ALKOHOLE 24H PENIS ALKOHOLE 24H. Próbował się odwrócić i uciec, ale świetlista plansza odwracała się razem z nim i wciąż miał ją przed sobą. „Pojmiesz znaki niechybnie!”, ryknął ktoś za nim straszliwie. Wzdrygnął się, ale wytrzymał, nie obudził się. Rozpoznał głos inspektora Madeja i znowu chciał uciec, ale nogi rozjeżdżały mu się w miękkiej jak bagno substancji, która jeszcze przed chwilą była podłogą zrujnowanej fabryki. Tonął powoli. Ostatkiem sił wyrwał się z kleistej topieli i pobiegł na oślep przed siebie, wprost pod neonowy szyld, który migotał coraz szybciej i szybciej, aż w końcu litery stały się nieczytelne i zmieniły się w pędzące niebieskie taśmy. Były wszędzie, kręciły się wokół niego po sklepieniu okrągłych ścian, jak pulsująca banderola na burcie wielkiej beczki. Poczuł zapach spirytusu. Stąpał po kostki w wódce. Zamoczył palec i spróbował językiem. Zapiekło. Poczuł dreszcz. „Warzę godziwą strawę”, zabrzmiał tubalny głos inspektora. „To ścieżka w jedną stronę”… Skulił się ze wstydu i strachu. I zawył. Aaaa! Yyyaaa!

    Ktoś szarpał go za ramię.

    Olek, obudź się!

    Usiadł na łóżku. Za oknem było jasno. Magda wpijała palce w jego przedramię.

    Co się stało? – spytał nieprzytomnym głosem.

    Strasznie krzyczałeś. Jezu, ale się przestraszyłam! Kto to jest Byrny?

    Zdjął jej rękę z ramienia i ścisnął skronie. Waliły jak strażackie motopompy.

    Byrny? Nie mam pojęcia, nigdy nie słyszałem tego słowa. Co z nim?

    BYRNY OĆ!, wołałeś. BYRNY OĆ! Chyba miało być „chodź”, ale przez sen mamroczesz trochę niewyraźnie.

    W przeciwieństwie do innych, którzy we śnie mają nienaganną dykcję.

    Długo ci wczoraj zeszło – zauważyła Magda nieprzejęta złośliwością. Przyglądała mu się z ukosa. – Mam wyguglować tę doktorantkę nazwiskiem Byrny?

    Prowokowała go tak tylko, na wszelki wypadek. Na pierwszy rzut oka wczorajszy wieczór jej męża nie miał kwalifikacji erotycznej. Raczej sensacyjną. Może Byrny to jakiś przestępca?

    Gugluj sobie, ile chcesz – powiedział. – Jak znajdziesz, oświeć mnie, bo nie kojarzę. Albo wymyśl coś lepszego.

    Powiedział to obojętnie, bez cienia dwuznaczności, mając uwagę zajętą czymś innym. Uspokoiła się. W niczym nie czuła się tak dobrze wyszkolona, jak w wykrywaniu jego kłamstw. Lata uczestniczenia w jego piciu zrobiły swoje. Podczas przesłuchań profesora Zawijasa policja mogłaby jej używać jako wariografu.

    À propos policji.

    Coście ustalili na komendzie? Złapali tego złodzieja maszynopisów?

    Siliła się na beztroski ton, by nie urazić jego miłości do powieściowych notatek, chyba jednak nie do końca skutecznie, ponieważ wstał nie odpowiedziawszy i na piżamę narzucił szlafrok.

    Chodźmy na kawę – rzucił i wyszedł z sypialni.

    Przy śniadaniu opowiedział jej o ich dziwacznych eksperymentach z płytą audiobooka i jeszcze dziwniejszych efektach tych eksperymentów, łącznie z powtórzonym słowo w słowo złudzeniem słuchowym. O niecodziennej propozycji inspektora wspomniał tylko mimochodem, bagatelizując ją na ile to było możliwe.

    Wiesz, wymyślił sobie, że ten audiobook działa na odbiorców sugestywnie i zmusza do różnych działań. Tak między innymi tłumaczył mój wypadek samochodowy – że niby się zasugerowałem i nie widziałem drogi przed sobą. Bzdura. Gdyby tak było, kobieta za mną musiałaby też słuchać tej samej płyty, a niczego takiego nie stwierdzili. Słuchała Abby.

    www.unsplash.com/Andrew Ebrahim

    Powiedziałeś mu, że to bzdura?

    Oczywiście! Dziwiłem się nawet, że niby inspektor policji, człowiek doświadczony w racjonalnym myśleniu, bo przecież na tym polega policyjne śledztwo – i takie głupoty zmyśla.

    Siorbnął kawy i teatralnie wzruszył ramionami by pokazać, jak to zawiódł się na racjonalizmie inspektora. Żona przyglądała mu się z uwagą.

    Kiedy dzwoniłam do ciebie, też nie brzmiałeś szczególnie racjonalnie – stwierdziła. – Zabroniłeś Zośce słuchać tego audiobooka. W ogóle wszystkim. Widać ta bzdura miała wczoraj wieczorem całkiem sporą siłę rażenia.

    Popatrzył w bok, jak w czasach swoich najświetniejszych wykrętów.

    To prawda – przyznał bębniąc palcami po stole. – Miałem chwilę słabości i uległem jego argumentom. Puszczaliśmy tę płytę w kółko by sprawdzić, co usłyszymy.

    I co usłyszeliście?

    W zasadzie nic takiego – odparł profesor i nie patrząc na żonę sięgnął po kawę. Za bardzo przechylił kubek, trochę płynu pociekło mu na brodę i pierś.

    Cholera!

    Odstawił kubek i zaczął wycierać się rękawem szlafroka, a żona przyglądała mu się z jeszcze większą uwagą. Jej wewnętrzny wariograf zaczął pikać. Na razie cichutko.

    Nic takiego – powtórzył. – Mniej więcej to samo, co i ty słyszałaś. Okropne powieścidło napisane w konwencji płaszcza i szpady, nieudolne naśladowanie Dumasa. Akcja jeszcze osiemnastowieczna, albo i wcześniejsza, a język z podrzędnego kryminału z czasów pozytywizmu. Bohater jak skrzyżowanie głupca i psychopaty. Pomieszanie z poplątaniem.

    Wiecie, kto to napisał?

    Pokręcił głową i odwrócił się do okna. Krzewy porzeczkowe na końcu ogrodu zasnuwała poranna mgła. Koniec września. Tak, na pewno koniec września, skoro mgła, a nie koniec sierpnia, jak mu szyderczo podpowiadał syn.

    O której wróciłeś?

    Wpół do pierwszej.

    I?

    Co i?

    I co dalej?

    Nie ma żadnego dalej.

    Owszem, jest, tylko nie chcesz mi powiedzieć. Coście tam robili do północy? Od czwartej popołudniu do dwunastej w nocy puszczaliście w kółko jeden audiobook i sprawdzaliście, co do was mówi? Zapisywaliście sobie na karteczkach zapamiętane zdania, a potem porównywaliście swoje wersje i ustalali, kto wygrał? Czy ty słyszysz, jak to brzmi?

    Słyszę. Ale…

    To brzmi jak zabawa dwóch zdziecinniałych pensjonariuszy w domu starców. Albo dwóch półgłówków z „Lotu nad kukułczym gniazdem”, jeszcze przed przybyciem Nicholsona. Inspektor policji oraz profesor od literatury… I pewnie mi jeszcze powiesz, że niczego tam nie jadłeś. – Pokazała talerz przed sobą, nakryty drugim talerzem. – A kanapki zostały na stole. Daj spokój, Olek. Nie chcesz rozmawiać, to nie, ale nie rób ze mnie idiotki.

    Wstała z krzesła, podeszła do komody w jadalni i ostentacyjnym gestem włączyła radio, pogłaśniając je tak, że dalsza rozmowa nie miała za bardzo sensu.

    Magda, przestań.

    Podszedł do niej i próbował objąć, ale go odepchnęła. Został z rękami w powietrzu, a ona wróciła do kuchni i zaczęła zmywać. Wrócił na krzesło i dla częściowego choćby zadośćuczynienia zabrał się do jedzenia wczorajszych kanapek. Dopiero teraz poczuł, jaki jest głodny.

    W połowie drugiej kanapki wzięły go nerwy i rzuciwszy o talerz resztkami jedzenia, wyszedł z jadalni.

    Nie ciskaj się, tylko dokończ śniadanie! – zawołała za nim żona, ale nie słuchał. Twardym krokiem poszedł na górę, zamknął się w gabinecie, padł na kozetkę pod ścianą, która służyła do popołudniowych drzemek, i zakrył ramieniem oczy.

    Spokojnie. Nic się nie sypie. Smok śpi. Wszystko idzie zgodnie z długofalowym planem… Planem czego? Jaki właściwie był plan? Gdzie jest to życie, które jeszcze pięć lat temu miało swój mocny, wyrazisty smak?

    Diabli wzięli. Zapadło w sen razem ze smokiem, zwinięte w kłębek u jego boku jak zmęczony psiak, który się wyhasał i teraz odpoczywa. A on, szanowany naukowiec i ceniony wykładowca, czyta powieści, sporządza notatki do zajęć, układa referaty na konferencje, które następnie wygłasza z werwą, jakby wierzył w to wszystko, po czym wraca do domu na obiad albo kolację, a kiedy zajęcia się przeciągną, zdarza mu się wrócić późno i wtedy na stole czekają nieco podeschnięte kanapki i nakryta podstawkiem herbata. Dobre. Spokojne. Komfortowe. Więc o co chodzi?

    Obrócił się na bok, owinął kocem i podciągnął kolana pod brodę. Ssanie w żołądku nieco zelżało, ale bynajmniej nie znikło. Serce tłoczyło krew spokojnie, rytmicznie, bez zakłóceń, jak dobrze wyregulowana przez harmonijne użytkowanie pompa. Wszystko będzie dobrze, tylko wytrzymaj ten atak – jest słaby i wkrótce przejdzie. Wszystko będzie dobrze – ta fraza brzmi terapeutycznie, dlatego musi paść w dobrej powieści czy w poruszającym filmie.

    Zamknął oczy i wtulił twarz w poduszkę. Zmuszał się, by pomyśleć o czymś dobrym. O czymś jasnym, dobrym i ciepłym. Była kiedyś taka łąka za domem, pełna kwitnących kwiatów i brzęczących owadów, nad nią zwisało rozkoszne niebo z uśmiechniętym słońcem, niedaleko szemrała rzeczka Macocha, a przy nodze chłopca szedł mały czarny pies, jego najbliższy przyjaciel. Szli sobie, nieważne dokąd. Za polami i rzeką, na tle parkowego starodrzewu, panoszyła się bryła starego młyna dworskiego. Dzień wokół chłopca był ciepły i jasny, a okienne oczodoły ceglastej ruiny – ciemne i chłodne.

    I tak jest ze wszystkim”, zwykła mawiać ciotka Leokadia, która przeniknęła mechanizmy rzeczywistości. Światło wlecze za sobą ciemność, jak chromy kulawego. Jasnowłosy chłopiec prowadzi u nogi czarnego kundla. Woda na powierzchni jeziora jest ciepła i srebrna, ale w głębi panuje lodowaty mrok. Błękitna czasza nieba nakrywa czarną ziemię. Najjaśniejszy zamek o wrotach z pierzastych chmur mieści w podziemiu lochy…

    Z łańcucha metafor wyrwało go pukanie w drzwi.

    Olek, jesteś tam? Otwórz!

    Jestem, jestem.

    Dobrze się czujesz? Wpuść mnie.

    Dobrze. Po prostu chcę pobyć sam. Jestem zmęczony.

    Tym razem łomotanie było znacznie silniejsze.

    Otwórz te drzwi, do jasnej cholery, i przestań błaznować! Możesz odpoczywać z otwartymi drzwiami! Tak robią normalni ludzie.

    Wstał ciężko i z najwyższą niechęcią przekręcił klucz w zamku. Wpuścił Magdę do środka i z powrotem położył się na łóżku. Nie patrzył na nią.

    W porządku? – spytała siadając na jego obrotowym fotelu przy biurku.

    Wszystko jest pod kontrolą – odparł uśmiechając się w sufit. Nie rozbawił jej ten żart.

    Właśnie tego się obawiam – stwierdziła przyglądając mu się z tym samym napięciem, które pięć lat temu bezpośrednio poprzedzało wysłanie męża na odwyk. – Powiesz mi wreszcie, co się z tobą dzieje?

    A co się ma dziać? Leżę na łóżku z rękami pod głową, patrzę w sufit i mówię z uśmiechem, że wszystko jest w porządku. Mam specjalnie coś wymyślać, żeby zaspokoić twój niepokój? Proszę bardzo, jeśli tak bardzo chcesz. Wczoraj wieczorem pewien audiobook groził mi śmiercią. Nie tylko mnie, inspektorowi Madejowi również. Powiedział, że nas zabije, ale najpierw musimy go odwiedzić, ponieważ bardzo chce z nami porozmawiać i szykuje już eleganckie, chociaż nieco staroświeckie przyjęcie na naszą cześć. Droga do niego nie jest łatwa i prowadzi tylko w jedną stronę, jak był łaskaw się wyrazić, niemniej nie powinno nas to zniechęcać, ponieważ korzyści płynące z tej wizyty znacznie przekroczą wszelkie straty związane z niedogodnościami podróży. Powinniśmy wyruszyć niezwłocznie, by uniknąć kolejnych zwłok, że się tak wyrażę. Zwłaszcza że niezwykły nasz gospodarz nie nawykł do czekania. Leżę teraz i obmyślam szczegóły…

    Mógłbyś przestać pierdolić? – przerwała mu ostro. – Pytam poważnie.

    Westchnął jak nauczyciel w rozmowie z tępym uczniem i uniósł się na łokciu.

    No widzisz, chcesz ze mną porozmawiać, a kiedy grzecznie i szczerze odpowiadam na pytania, nazywasz to pierdoleniem. Nie tędy droga, kochanie, jeśli ta rozmowa ma jeszcze trochę potrwać.

    Olek, spójrz mi w oczy. – Zakręciła się na obrotowym krześle, by znaleźć się na wprost niego. – Chcesz, żebym uwierzyła w coś tak kretyńskiego? Nazwałeś bzdurami pomysły tego inspektora o autosugestii, a tymczasem to pikuś w porównaniu z tym, co mi tu wciskasz. Cholera jasna, tego się właśnie obawiałam!

    prof. Krzysztof Zajas

    Czyli czego? – spytał z uśmiechem.

    Że jak okrzepniesz trochę w swoim dobrym samopoczuciu, to zaczniesz znowu wariować. I po to tylko, żeby nam zrobić na złość za wysłanie cię na terapię. Wiedziałam! Bo ty taki już jesteś. Ukryta mściwość to twoja właściwa natura. Zawsze taki byłeś, tylko nauczyłeś się to świetnie maskować.

    To po co za mnie wyszłaś?

    Bo cię kochałam, idioto! I nadal kocham.

    Jak się kocha idiotę, trzeba się liczyć z konsekwencjami.

    Taa, taa, do tego jeszcze te twoje bonmoty. Zręczne riposty. Retoryczne popisy pan profesora. Daruj sobie i lepiej mi powiedz, czy mam dzwonić do twojej terapeutki, czy sam zadzwonisz? Masz pięć sekund na decyzję.

    I co jej powiem? Że powinna ze mną porozmawiać, ponieważ audiobook groził mi śmiercią i nie wiem, co począć?

    Pozostała niewzruszona.

    Dzwonisz?

    Nie.

    Dlaczego?

    Spoważniał, przetarł dłońmi twarz i popatrzył na nią smutno.

    Bo to prawda, co powiedziałem. A ja, widzisz, jestem służbowo zobligowany do służenia prawdzie.

    Szlag mnie trafi! – wykrzyknęła żona i zerwała się z fotela, który zakręcił się fantazyjnie, jakby właśnie usiadł w nim klaun z twarzą rozciągniętą w czerwonym uśmiechu. – Słuchaj, mam tego dosyć! Albo kompletnie ci odbiło, albo sobie ze mnie robisz pańskie jaja. Jedno i drugie pustoszy nasz związek w sposób nieodwracalny. To nie jest groźba, drogi mężu, tylko stwierdzenie faktu. Ciekawa jestem, co z nim zrobisz.

    Mam jeszcze trudniejsze fakty, z którymi muszę coś zrobić – burknął.

    A ja mam nadzieję, że to nie ty podpaliłeś tę księgarnię na Grodzkiej – odcięła się kładąc rękę na klamce. – Są ofiary śmiertelne.

    Jakie ofiary? – spytał nieswoim głosem. Nagłe podejrzenie zacisnęło mu dłonie na gardle.

    Sprzedawca. Zobacz sobie w internecie – powiedziała i wyszła zatrzaskując głośno drzwi gabinetu.

    Gdy tylko jej kroki ucichły na schodach, usiadł przy biurku i włączył komputer. Najpełniejsza informacja była na Interii po wielkim nagłówkiem ŚMIERĆ W POŻARZE:

    Wczoraj około północy wybuchł pożar w jednej z księgarń przy ulicy Grodzkiej. Chodzi o popularną Tanią Książkę, gdzie krakowianie z upodobaniem wertowali swoje ulubione lektury. Sklep spłonął całkowicie, zniszczeniu uległy również zapełniające go woluminy, zalane wodą ze strażackich sikawek. Niestety, na zapleczu znaleziono ciało jednego z pracowników obsługi, Rafała Olbarskiego, który zmarł wskutek uduszenia dymem. Powody jego obecności w sklepie w godzinach nocnych nie są znane, podobnie jak przyczyny pożaru. Jeden ze strażaków biorących udział w gaszeniu pożaru powiedział nam nieoficjalnie, że w grę może wchodzić podpalenie. Policja na polecenie prokuratury podjęła czynności śledcze”.

    W okienku obok tekstu widniała fotografia ofiary – rudzielca w okularach, który trzy dni wcześniej patrzył z wyrzutem na Aleksandra Zawijasa, zbierając z podłogi rozsypane przez profesora płyty z audiobookami, w tym Cegielnię.

    Krzysztof A. Zajas

    Cdn.

  • Co nowego w instytucie grozy

    Przedwczoraj wieczorem, w dniu siedemdziesiątych drugich urodzin Stephena Kinga, skończyłem czytać jego najnowszą powieść Instytut. Nie żebym rytuał odprawiał, tak się złożyło. Skończyłem, zamknąłem i zapadłem w podszyte niepewnością zamyślenie. O czym to było? To znaczy, wiem, o czym było. Stosunkowo łatwo streścić historię o dzieciach porywanych dla ich parapsychicznych zdolności i wykorzystywanych do brudnych, politycznych celów. Ale co właściwie Mistrz Grozy chciał nam tą kompletnie niewiarygodną historyjką opowiedzieć? Bo on tak pisze: niby duchy, zjawy, złe moce i zombie, ale w gruncie rzeczy są to opowieści o złu w człowieku, jak najbardziej realnym i dobrze nam znanym. O czym więc tak naprawdę jest Instytut?

    Żeby było jasne – powieść jest jak najbardziej do czytania. Kto zna Zajasa, wie, że pod jego piórem to niebagatelny komplement. Większość tego typu literatury nie przechodzi u niego próby dwudziestu stron, nieliczne przechodzą pięćdziesiątkę, do stu dochodzą wyjątki. Tu King – szaman wciągającej narracji – podtrzymuje swoją sławę i zasysa czytelnika od początku jak odkurzacz. Wystarczy przeczytać pierwsze trzy strony, by się o tym przekonać. Niby zwykła scenka w samolocie, taka serialowa obyczajówka z agentami w tle i głównym bohaterem – a jakże – działającym inaczej niż reszta, a już jesteś uwiedziony. Już chcesz czytać dalej i dalej, i tak aż do końca. Świetne charaktery, odpowiednio dozowane napięcie, narastająca dziwność i groza, a w finale ogromne bum, godne najlepszych scen katastroficznych. I oczywiście sentymentalny epilog, czyli moja ulubiona wisienka na torcie.

    Kto się oczytał w Kingu – a jest nas legion – ten ma w pamięci zestaw jego podstawowych konceptów fabularnych. Wiele z nich znajdziemy również w Instytucie. A zatem: dzieci o specjalnych zdolnościach (Carrie, PodpalaczkaLśnienie, itd.), parapsychologia (Strefa mrokuPrzebudzenie, Doktor Sen, itd.), podejrzane eksperymenty na ludzkich mózgach (znowu Podpalaczka, Łowca snów), samotny bohater, który wbrew okolicznościom i całemu otoczeniu ratuje z opresji dzieciaków, bo tak trzeba (Mroczna wieża), ale i wspólnotowa solidarność ofiar, która daje im siłę (Bastion, To). Innymi słowy, płyniemy swobodnie przez dobrze znane Kingowskie uniwersum, rozkoszując się powrotami do ulubionych konceptów i utwierdzając w przekonaniu, że on wciąż pisze specjalnie dla nas, a my nadal go kochamy.

    Nieodmiennie fascynuje mnie jego narracyjny geniusz. Jak on to robi? Przecież te pomysły są już do cna zgrane! Wszystko już było opowiedziane tysiąc razy – upiory wyskakiwały z ciemności, a przedmioty spadały ze stołów na tyle różnych sposobów, że powinny nas nudzić i śmieszyć na przemian. A jednak. Siedzimy i czytamy nawet wtedy, gdy już wszystkie zagadki rozwiązaliśmy i wiemy, do czego to wszystko zmierza. Cholibka, dlaczego?

    Gdzieś ponad tym snuje się sama opowieść. Swobodna, luźna opowieść o Ameryce, niby fikcyjnej (jak w wielu poprzednich książkach, miasta trochę się zgadzają, a trochę nie), ale jednak prawdziwej do najdrobniejszych szczegółów. Mały uciekinier, schowany w towarowym wagonie, jedzie pociągiem przez wschodnie wybrzeże spod kanadyjskiej granicy aż do Południowej Karoliny i przez szparę w drzwiach ogląda sobie widoki. Niby nic, ale jest to napisane tak, jakbyśmy razem z nim tam siedzieli i patrzyli jego oczami na mijane w jednostajnym stukocie wioski, pola kukurydzy, opustoszałe stacje kolejowe z zardzewiałymi bocznicami. Jak powiedzieć, że chłopiec jest głodny? Patrzy na robotników jedzących pączki i mimo przerażenia niemal chce, żeby go znaleźli wśród pudeł w kącie, co jest dla niego śmiertelnie groźne. Ale może mu dadzą jeść i pić. Przerażenie i zwierzęce pożądanie w jednym. A co najlepsze, to wściekle sprzeczne pożądanie zostaje zaspokojone – w końcu odkryli go i dali jeść.

    Chcę powiedzieć, że jest mistrzem szczegółu. Takich scen, kapitalnie prawdopodobnych psychologicznie, jest u niego bez liku i one same wystarczyłyby na całkiem porywającą powieść. Ale jest też mnóstwo scen zupełnie nieprawdopodobnych psychologicznie, czasem wręcz absurdalnych i zatrącających o jarmarczny spirytyzm. I wiecie co – działa! Kupujemy je, ponieważ King był tyle razy wiarygodny i realistyczny, że w apogeum narracyjnego napięcia może sobie pozwolić na każdą bzdurę. Tak jakby jednym kupował sobie prawo do drugiego. Nietzsche mawiał, że prawda obiektywna nie istnieje, ale w kwestii prawd szczegółowych powinniśmy być absolutnie precyzyjni. Coś w tym jest.

    King nie byłby Kingiem, gdyby się swoim pisaniem horroru nie bawił. Jako urodzone zwierzę pisarskie nie może sobie odmówić żonglowania aluzjami literackimi i rozmaitego rodzaju intertekstualnymi zaczepkami, także do własnych książek. I tak mamy mojego ulubionego Dostojewskiego (s. 75), mamy siostry bliźniaczki z Lśnienia i Ręki mistrza (s. 120 i 206), spóźnionego na ważne spotkanie królika z Alicji w Krainie Czarów (s. 225), cytaty z wierszy Johna Keatsa (s. 227) i Samuela T. Coleridge’a (s. 414), a także bajkę o Jasiu i ziarnku fasoli oraz orków z Tolkiena. Tyle wynotowałem, uważni czytelnicy na pewno znajdą więcej.

    Pojawiają się też, jakżeby inaczej, „weseli klauni z balonami” z To (s. 140). Nawiasem mówiąc, widzieliście już drugi rozdziałTo w kinach? Opinie są bardzo różne, zwykle niedobre, mnie się średnio podobało i wolałem rozdział pierwszy (zakochałem się w Bev!). Ale jakbyście nie mieli innej motywacji, idźcie dla samego Stephena Kinga, który w jednej scenie osobiście gra starego antykwariusza ze Sklepiku z marzeniami. Wyborny epizodzik!

    Znaczy się, jest wszystko, co powinno być. Dlaczego więc po zakończeniu upojnej lektury drżę i trwam w miłosnym niezdecydowaniu? Co mnie – dogłębnie wessanego odbiorczo w fikcyjny świat powieści – powstrzymuje przed euforycznym wyciem?

    Po pierwsze, miałem wrażenie, że ostatnie dwadzieścia stron jest niepotrzebne. W ciągu całej opowieści wielekroć pojawiały się napomknienia o globalnym systemie wykorzystywania dzieci, o nieludzkim programie rządowym i jego fałszywych, niby-moralnych uzasadnieniach, zatem łopatologiczne ich wykładanie na końcu, kiedy opadł kurz wielkiego bum, niczego nowego nie wnosi. Mógł sobie darować. Wiem, poprawianie Mistrza to bluźnierstwo i będziesz, Zajas, boleśnie pokarany nieudolnością własną, ale trudno. Niepotrzebne i już. King sam się nabijał z Billa Denbrough w To, że nie umie pisać dobrych zakończeń, czyli dobrze wie, o co w tej zabawie chodzi. Najlepiej z nas wszystkich. Jedyne, co go usprawiedliwia, to pozycja hegemona, który może napisać cokolwiek.

    Po drugie, te teorie o ogólnoświatowym spisku przeciwko uzdolnionym dzieciom niebezpiecznie balansują na granicy paranoi. King ma zawór bezpieczeństwa w postaci zwariowanej Annie, która te spiskowe teorie głosi, ale coś tu zgrzyta. Gdyby sobie odpuścił łopatologiczne wyjaśnienia i zostawił te mroczne siły w sferze niedopowiedzeń, wyszłoby to powieści na dobre. Takie mam wrażenie. Owszem, nasza epoka pełna jest zwariowanych teorii, także fake teorii, ale może właśnie dlatego mistrzowie powinni się ich wystrzegać. Haracz spłacany wymogom kompozycji, trzeba domknąć i powyjaśniać, wiem, niemniej jednak… Jak powiada King: „Niemądra koncepcja, ale w dobry sposób” (s. 434).

    A zatem – O czym jest Instytut? Dla obrony tej szalonej parapsychicznej wizji (żeby się Zajas nie smażył w piekle za czepialstwo), szukam tak zwanej wielkiej metafory. Świat jest w łapach globalnych sił, które nas bezlitośnie drenują z tego, co najlepsze, odbierają przyszłość naszym dzieciom, a je same zamieniają w bezwolne manekiny, tłumacząc to wszystko tanim kitem o ratowaniu ludzkości. Możemy się obronić jedynie solidarnym działaniem wspólnoty dobrych ludzi, którzy chcą naprawdę uratować świat – przed tamtymi fałszywymi zbawicielami. System kontra człowiek. Fałsz i zbrodnia naprzeciw szczerości i dobra. Poświęcenie jednostki dla grupy, dla przyjaciół, dla przyszłości. W jedności siła. Potężna. Mogąca przenosić góry – dosłownie.

    Wiem, brzmi jak agitka przedwyborcza, ale nie poradzę. Taką wielką metaforę wyczytałem z najnowszej powieści Stephena Kinga, więc ją przedkładam i jako ostrzeżenie, i jako zachętę. Co odpowiada niesamowitemu klimatowi powieści, który jest i budujący, i dołujący zarazem. Trochę tak, jakby zmieszać Juliusza Verne’a z Drogą McCarthy’ego i Władcą much Goldinga. Eksplozja gwarantowana.

    I jeszcze trochę mojej prywatnej parapsychologii. W Wiatrakach jest taka scena, kiedy Krzycki zdejmuje bandaż z głowy Dudasa i zakłada na własną, żeby zmylić zasadzających się na niego gangsterów. Bardzo podobny chwyt jest w Instytucie: bohater zamienia się czapeczką ze złą wiedźmą, która musi zginąć. Uuch! Siostry bliźniaczki King nazwał imionami Gerda i Greta. Ja w Wiatrakach kombinowałem, czy najstarsza z sióstr Liebner (klucz do całej trylogii) ma być Gerda, czy Greta. Padło na Gerdę, ale i tak przy pisaniu ciągle się myliłem na rzecz Grety. Uuuch! A kiedy w Instytucie doszedłem do zdania o Oświęcimiu: „Ale ludzie w okolicach obozów wiedzieli, co się dzieje” (s. 456), to normalnie zbladłem. Co on, kurde, Oszpicyn czytał? Uuuch! Uaaach! Albo on nadaje na tych samych falach, co ja, albo ja na tych samych, co on. Z dziesięć minut mi zajął powrót do siebie z tej grobli twórczych paraleli.

    Tak to Zajasowi odwala w dekiel, kiedy czyta Kinga. Czego i wam życzę.

    Krzysztof A. Zajas

  • „Kiedy świtają tapety”, wspomnienie o Zbigniewie Herbercie

    Z poezją albo masz relacje ściśle intymne, albo nie masz ich wcale. Dobry wiersz czyta się tak, jakbyś to ty go napisał. Dobry wiersz jest twoim wierszem, dlatego przy każdej okazji powtarzasz z niego całe frazy, mamroczesz pod nosem strofy i wersy, ponieważ pasują do twojego życia. Są o tobie. Na tym polega fenomen poezji, która słusznie uchodzi za najwyższą ze sztuk słowa. Niewielu potrafi tak mówić i chociaż piszą miliony, prawdziwe pisanie wierszy to jedno z najbardziej elitarnych zajęć ludzkości.

    Herbert potrafił. Swoje studenckie lata (stan wojenny) przejechałem głównie na nieszczęśliwej miłości, śpiewaniu Kaczmarskiego i czytaniu Herberta. Miłość z nieszczęśliwej zmieniła się w szczęśliwą, gitarę z Kaczmarskim odstawiłem za szafę, a tamten tomik wierszy Herberta mam do dzisiaj, zaczytany do niemożliwości. Pożyczyłem go trzydzieści pięć lat temu z pewnej biblioteki miejskiej i nie oddałem, i już nie oddam. Biblioteka ma ze mnie inne korzyści, a ja mam cały czas tego samego, swojego Herberta. I o czym bym nie mówił, natychmiast ze strychu pamięci zstępuje cytat:

    Niewiele zostanie Ryszardzie naprawdę niewiele

    z poezji tego szalonego wieku na pewno Rilke Eliot

    kilku innych dostojnych szamanów którzy znali sekret

    zaklinania słów formy odpornej na działanie czasu bez czego

    nie ma frazy godnej pamiętania a mowa jest jak piasek

    Do Ryszarda Krynickiego – list

    To o elitarności poezji. Ilekroć sam próbuję coś napisać, myślę o piasku mowy, szuflami przesypywanym na tony wokół nas, z czego nic poza piaskiem nie zostaje. Był odtrutką na moją szarą, brzydką i dosyć podławą rzeczywistość lat osiemdziesiątych. Na powszechny brud i niechlujność oferował czystą, krystaliczną myśl, destylowaną z naszej cywilizacji, cokolwiek pod tym pojęciem rozumiemy. Mówiłem poprzednio o lusterku Gombrowicza, przystawionym do naszych twarzy (klik). Herbert przystawiał naszym czasom lusterko starożytności. Zabójcza ironia. Nigdy w tych zestawieniach nie wypadamy zbyt dobrze, bo jak tu być cnotliwym i szlachetnym, gdy „wkoło huczy wspaniałe życie/ rumiane jak rzeźnia o poranku” (Pan Cogito o cnocie). O tej rumianej rzeźni myślałem tak długo, aż przestałem jeść mięso.

    Cyzelował słowa z kaligraficzną zajadłością, potrafił zbudować wiersz z milczenia, pustki i „zabranego powietrza”. Uczył mnie pokory, wytrwałego piłowania formy w samotności, aż słowo dobije się do rzeczy. Prawie nigdy mi się nie udawało, jemu zawsze. Dlatego ten tomik trzymam w pobliżu, na półce przed nosem, żeby pamiętać. A jak już zupełnie nie wiem, jak brzmi dobra metafora, otwieram i czytam na wyrywki:

    Jest nagła wyspa Rzeźba morza kołyska

    groby między eterem i solą

    dymy jej ścieżek oplatają skały

    (…)

    Jej kruchość pośród wrzasku elementów

    gdy nocą w górach gada ludzki ogień

    a rankiem zanim wybłyśnie Aurora

    pierwsze w paprociach wstaje światło źródeł.

    Wyspa

    Za taki wers, jak ten o gadającym ogniu, pół życia by się oddało…

    Uczył mnie niezależności myślenia. Nie przeciwko komunie – przeciwko wszelkiej opresywnej ideologii, która włazi w nasze życie z buciorami oblepionymi brudną intencją i poucza, że to dla naszego dobra. Przyzwoitość – nikt lepiej od niego nie zdefiniował tego słowa, wraz z całym mozołem i surowością, jakie w nie wpisała ludzka natura. O tym przecież opowiada genialna postać Pana Cogito, który bywa tchórzliwy, ale i odważny, lękliwy, ale i pewny siebie, mały, ale i wielki. Przyzwoitość jest właśnie dla maluczkich i niedoskonałych, z jej pomocą mogą przekroczyć swoją małość.

    Śmiech mnie sarkastyczny bierze w swe objęcia gdy sobie przypomnę, jak przez lata polska prawica urabiała go na swojego wieszcza, powołując się na jakieś jego spory ze zdrajcą Miłoszem, złośliwości pod adresem Michnika i tym podobne publicystyczne wycieczki schorowanego poety. Gdyby ktoś chciał przywalić obecnej władzy mocną poetycką frazą, znajdzie ich u Herberta bez liku. Na przykład pod adresem posłanki, która z manierami peerelowskiej bufetowej nazywa opozycję parlamentarną „bydłem”, polecam fragmenty z Potęgi smaku o posyłaniu w teren „chłopców o twarzach ziemniaczanych/ bardzo brzydkie dziewczyny o czerwonych rękach”. A nasze obawy o to, co się dzieje dzisiaj w polskiej polityce, świetnie oddaje wiersz Do Marka Aurelego:

    to niebo mówi obcą mową

    to barbarzyński okrzyk trwogi

    którego nie zna twa łacina

    to lęk odwieczny ciemny lęk

    o kruchy ludzki ląd zaczyna

    bić I zwycięży…

    No i to genialne Przesłanie Pana Cogito. Uniwersalne, bo skierowane przeciwko każdej totalitarnej władzy i dziś powinni je chórem powtarzać nie ci, którzy ukryci za kordonem policyjnym demolują polską demokrację, lecz ci, którzy demonstrują na ulicach w jej obronie. To oni z „Gniewem bezsilnym” idą po „złote runo nicości”, swoją „ostatnią nagrodę”, aby zdobyć dobro, którego nie zdobędą. Nic lepiej nie oddaje stanu ich ducha, niż słynna strofa:

    Niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda

    dla szpiclów katów tchórzy – oni wygrają

    pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę

    a kornik napisze twój uładzony życiorys

    prof. Krzysztof Zajas

    Tak jest, kto chce używać poezji do politycznych celów, wystawia się na wielkie ryzyko, że poezja obróci się przeciwko niemu. Mówię o prawdziwej poezji tych kilku szamanów, którzy znali sekret zaklinania słów, nie o politycznych najmitach wpychanych teraz przez urzędników na listy lektur. Tym ostatnim polecam frazę: „także wspólna lektura szkolna/nie powinna stanowić przesłanki wystarczającej/aby zabić” (Rozważania o problemie narodu).Wiersz, nawet tak finezyjny i delikatny jak Herberta, to broń straszliwa i niebezpieczna dla nieumiejących się z nią obchodzić. Dlatego zawsze fałszywie i obco brzmiały dla mnie deklamacje poetyckie na akademiach szkolnych, używane do wzmożenia naszych narodowych uczuć, jakby chodziło o podanie środka odurzającego. Odpowiedziałbym tak:

    Rów w którym płynie mętna rzeka

    nazywam Wisłą. Ciężko wyznać:

    na taką miłość nas skazali

    taką przebodli nas ojczyzną.

    Prolog

    Kiedy umierał o świcie 28 lipca 1998 roku, dokładnie dwadzieścia lat temu, nad Warszawą podobno przetaczała się burza. W oknach wystawowych stołecznych księgarń stał tego dnia jego ostatni tomik pt. Epilog burzy. Moje literackie uwielbienia lokowały się już wtedy gdzie indziej i nekrolog w gazecie przyjąłem z konstatacją zaledwie melancholijną, należną zacnym, zasłużonym żywotom. Człowiek odszedł, wiersze zostały. Banał. A zarazem wszystko. Oddalały się i zbliżały przez dwadzieścia lat, mniej lub bardziej potrzebne, ale są, cierpliwe, gotowe na jedno twoje skinienie. I kiedy myślę o tamtym odchodzeniu w burzy o świcie, wyciągam rękę, zdejmuję z półki wytartą, poplamioną książkę i czytam:

    to co po nas zostanie

    będzie jak płacz kochanków

    w małym brudnym hotelu

    kiedy świtają tapety

    Ładne, poeto. Ale nieprawdziwe. Zostaje wieczna namiętność do przenikliwej myśli, celnej frazy, cudownej metafory, od której kręci się w głowie. „Gdy nocą w górach gada ludzki ogień”. To jest prawdziwe.

    Ps. Wziąłem biografię Herberta pióra Andrzeja Franaszka i czytam, że Herbert był kobieciarz, konfabulant, alkoholik i pieszczoch komunistycznych władz, a swoją akowską przeszłość i wiele innych cnotliwych epizodów najzwyczajniej zmyślił. Cudne, poeto. Ta twoja niezmierzona ironia…

    Krzysztof Zajas – autor jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, literaturoznawca, literaturoznawca. Autor kryminalnej „Trylogii grobiańskiej” oraz horroru „Oszpicyn”.