Tag: powieść w odcinkach Krzysztofa Zajasa

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #25

    Nie było czasu na wahanie. Rzucili się do ucieczki w dół zbocza, ścigani wrzawą chłopskiej ciżby. Florek sadził długie susy na fantastycznie sprawnych nogach nastolatka, którego cudownie odzyskał, ale i tak z trudem doganiał Olka Zawijasa. Ten znał okolicę i prowadził ich bezbłędnie do sobie tylko znanej kryjówki, gdzie wedle jego własnej fabuły powinni się schronić przed pościgiem.

    Łapaj! Trzymaj! – dochodziły do uszu Florka dalekie okrzyki. W pewnym momencie usłyszał słowo „mordercy”.

    O czym oni krzyczą? – spytał w biegu.

    Zabiliśmy dziecko – odparł Olek i skręcił w zarośla okrywające brzegi niewielkiego strumienia. Właściwie była to przykopa z bystro płynącą wodą i dnem falującym od podwodnej trawy. Między krzakami wiła się ledwie widoczna ścieżka. W pełnym biegu trzeba było osłaniać twarz przed uderzeniami gałęzi, więc Florek biegł z wyciągniętymi rękami niczym ślepiec ze słynnego obrazu. Zabiliśmy dziecko? Pięknie. A ja dalej nic nie wiem. Za chwilę może się okazać, że ciąży nade mną wyrok śmierci za ludobójstwo, gwałty na nieletnich i czarne msze w dębowym gaju na wzgórzu. Wieśniacy z radością mnie zlinczują, a moje wybałuszone ze zdumienia ślepia wezmą za jeszcze jeden dowód winy. Mógłby jednak facet powiedzieć mi coś więcej. Hej, pisarzu od siedmiu boleści, jak to dalej leci?

    Pomyślał, ale nie powiedział. Rozmowa podczas biegu przez krzaki nie miała większych szans. Widział przed sobą pochylone plecy Olka, rytmicznie pracujące łokcie i migające w powietrzu podeszwy jakichś staroświeckich i mocno startych adidasów produkcji raczej nie zachodniej. Rzucił okiem na swoje buty. Granatowe tenisówki. Nogawki tanich dżinsów, spiętych na biodrach – wąskich biodrach – parcianym paskiem produkcji nie do rozpoznania. Florian Madej cały był w zasadzie nie do rozpoznania. W żołądku narastał gniotący ból. Panika? Zgodnie z poleceniem Olka miał się niczemu nie dziwić, trudno jednak zachować spokój, gdy przestajesz być sobą.

    www.unsplash.com/Daria Nepriakhina

    Nagle przyszło mu do głowy, że powinien zadzwonić do rodziny. Ale jak, przecież tu nie ma telefonu? I do jakiej rodziny? Matka miała w domu kremowy aparat telefoniczny, który bardziej przypominał rekwizyt z radzieckiego filmu niż przedmiot użytkowy, ale nie mógł sobie przypomnieć numeru. Stary był 56-35, potem dodali 2, ale dalszych zmian nie pamiętał. Kierunkowe też się zmieniały. Do kogo jeszcze? Dręczyła go myśl, że powinien skontaktować się z kimś bardzo bliskim, najważniejszym w jego życiu, ale bezskutecznie. Ważna osoba, młoda kobieta o nieuchwytnym imieniu. Jej twarz widział jak przez zamgloną szybę, słyszał jej głos, ale kim miałaby dla niego być? Siostrą? Resztki dawnego rozsądku podpowiedziały mu, że nigdy nie miał siostry, ale to było raczej tam niż tu. Tam, czyli gdzie? Czy w ogóle jest jakieś Tam? Przecież to tylko stary przesąd ludzkości. Jest tylko Tu, a oni uciekają.

    Z autoanaliz wytrącił go warkot psa. No tak, one są szybsze od ludzi. Z wściekłego psiego pyska wydobywał się morderczy bulgot, kilka metrów za nim. Co oni z tymi psami, jakaś obsesja czy co? Wszędzie tu ganiają rozwścieklone czworonożne bestie, chowane chyba specjalnie na takie okazje, jak ta. Warkot narastał, przetykany niskim, krwiożerczym sapaniem, które obiecywało ściganemu, że zostanie nie tylko rozszarpany, ale i zjedzony.

    Linia zarośli zwęziła się i brzeg potoku stał się bardziej dostępny. Kiedy psi charkot zdawał się dotykać jego dżinsowych nogawek, Florek skręcił i z rozbiegu wskoczył w wodę. Podeszwy tenisówek z głośnym pluskiem przebiły wodę i zagłębiły się w miękki muł. Stracił równowagę, poleciał twarzą do przodu i zdołał tylko rozgarnąć wodę rękami, by zminimalizować siłę uderzenia, zanim zniknął pod wodą. Była zimna i trochę cuchnąca. Podciągnął nogi dla podparcia ciała akurat w momencie, gdy na plecy zwaliło mu się psie cielsko. Jęknął z bólu, ale był zadowolony. Plan się powiódł. Pies odruchowo skoczył za nim i wylądował wprawdzie na jego plecach, ale w głębokiej prawie na metr wodzie. Wystarczyło się odwrócić. Zaciskając zęby z bólu, Florek wykręcił ciało, zatkał palcami nos i docisnął poryte pazurami plecy do dna. Pies znalazł się pod nim. Wierzgnął łapami, parę razy się szarpnął – i odpuścił. Wtedy Florek poderwał się i kilkoma susami odskoczył do przodu korytem przykopy. Nie chciał zabijać nieszczęsnej bestii (co za obsesja z tymi psami!) i dokładać do wyroku kolejnej sprawy. Psisko wynurzyło się z nieprzytomnym spojrzeniem, ostatkiem sił wdrapało się na brzeg i mocnymi ruchami otrzepało gęstą sierść z wody. Olbrzym nie przypominał żadnej konkretnej rasy, wyglądał na krzyżówkę owczarka podhalańskiego z wilczurem, jeśli takie w ogóle istnieją. Florek nie znał się na tym. Ochota na kontynuowanie pościgu całkiem kundlowi odeszła. Położył się w trawie i skuczał cicho, usiłując wypluć z pyska resztki podwodnej trawy.

    www.unsplash.com/Robert Gramner

    Florek postanowił iść dalej przykopą, która przy brzegach była płytsza. Olek szybko dołączył do niego. Biegnąc korytem byli niewidoczni, a przy tym nie zostawiali tropu następnym psom, których ujadanie dochodziło z niewielkiej odległości. Wkrótce dobiegli do niewielkiego rozlewiska, coś jakby małego stawu zasilanego przykopą, która wypływała z niego dalej i po pięćdziesięciu metrach znikała w przepuście pod drogą. Tam zarośla znowu gęstniały, tworząc wspólnie z gromadą dorodnych dębów i brzóz coś w rodzaju zagajnika. Przedarli się przez niego i wpadli w rów pod drogą. Przepust zamykała żelazna krata.

    Co teraz? – spytał Florek.

    Zgodnie z przyjętą na dzisiaj konwencją Olek nie odpowiedział, tylko skinął głową i ruszył ku kracie. Pomajstrował coś przy zardzewiałych zawiasach i krata otwarła się ukazując mroczne jak przedsionek piekła wnętrze. Dnem przepustu płynął strumień, walcowate ściany betonowej rury pokrywał brudnozielony nalot. Weszli brodząc po kolana w leniwym nurcie. Olek starannie zamknął za nimi kratę, obwieszoną strzępami śmieci i przegniłych roślin. W środku było ciemno, chłodno i ślisko, szli trzymając się za ręce jak dzieci. Florkiem wstrząsały dreszcze z ochłodzenia. Droga, pod którą przechodzili, miała kilkanaście metrów szerokości i powinni zmierzać do jakiegoś wyjścia z drugiej strony, przed nimi jednakże ział czarny mrok.

    Nie ma wyjścia? – spytał Florek bez większej nadziei na odpowiedź. Tym razem jednak Olek odpowiedział, rujnując przy okazji resztki zdrowego rozsądku, jakie jeszcze kołatały się po głowie bardzo już byłego oficera śledczego z komendy na Mogilskiej.

    Nie pamiętasz? Rura zakręca w lewo i idzie pod drogą. Sam tak chciałeś. Żeby był zakręt.

    Florek Madej potrzebował paru sekund, by oprzytomnieć po tym uderzeniu absurdu.

    Ja??? Co ty bredzisz? Jaki zakręt?

    Tym razem już nie było odpowiedzi. Po krótkim brodzeniu w cuchnącej bagnem wodzie rzeczywiście doszli do zakrętu. Tunel nieco się zwężał i odchodził w lewo, a woda płynęła dalej prosto wpadając w wielki zakratowany odpływ. Tu też kończyło się światło.

    Nierówność terenu – wyjaśniał spokojnie Olek Zawijas. – Po drugiej stronie jest znacznie niżej i żeby przykopa mogła dalej płynąć, trzeba było opuścić jej nurt do poziomu pól za drogą.

    Po co?

    Bo tam dalej są stawy, które trzeba jakoś napełniać. To obieg otwarty, jednokierunkowy, woda po przepuszczeniu przez zbiorniki hodowlane płynie dalej i wpada do rzeki. A nowa przypływa stamtąd – pokazał ręką w niewiadomym kierunku – od gór.

    Aha – przytaknął Florek nic z tego nie rozumiejąc. – A dlaczego tunel idzie wzdłuż drogi, a nie razem z wodą na drugą stronę?

    Brak odpowiedzi. Z daleka, od zakratowanego wejścia, dobiegły ich stłumione krzyki ludzkie. Chłopska gromada dotarła nad stawek i zajęła się przeczesywaniem nadbrzeżnego lasku. Psy poszczekiwały, dzielni pogromowi junacy zachęcali się do działania krzykami i pobrzękiwaniem narzędzi do wymierzania sprawiedliwości społecznej. Nikomu jednak nie przyszło do głowy szukać uciekinierów w zakratowanym tunelu pod drogą.

    Tu zaraz za zakrętem powinna być półka – powiedział półgłosem Olek i pociągnął go za rękę w czerń. Wolną dłonią Florek pomacał się po kieszeni w poszukiwaniu latarki. Był pewien, że ją zabierał, gdy wyruszali w drogę. Ale kieszenie były puste. Reset. Wyczyszczone wszystko do zera i zaczynamy od początku. Wzdrygnął się, trochę z zimna, a trochę z przerażenia. Nie bał się ciemności, nie bał się agresywnych psów ani jeszcze bardziej agresywnych ludzi. Bał się samego siebie. Zmian, które w nim zachodziły pod wpływem wydarzeń, po każdym kolejnym kroku w nieznanej rzeczywistości. Nie mógł sobie dokładnie przypomnieć, skąd się tu właściwie wzięli i po co włóczą się po tych nieprzyjaznych uroczyskach. Kołatało mu się w głowie, że kogoś mieli znaleźć, jakiegoś Wędrowca, którego spotkali dzisiaj rano na ścieżce w lesie. Ale skąd się tam wzięli? Z karczmy. A skąd się wzięli w karczmie? Przyszli wieczorem z lasu. A tam skąd? Tu już się zaczynały kłopoty. Zjeżdżalnia, zawrót głowy, spadanie…

    Tu jest – usłyszał głos przyjaciela i w ślad za nim posłusznie wspiął się na betonowy podest. Usiadł w kucki, jak lubił to robić pod ścianą szkolnego korytarza, i oparł się plecami o chłodny beton. Było sucho i cieplej niż na początku tunelu. Przyjaciel usiadł tuż przy nim, poczuł ciepło jego ciała przez mokrą koszulę. Dłoń oparła się na jego przedramieniu.

    Andrzej, nie bój się. Zaraz wyjdziemy.

    Zdrętwiał. Ten głos… był jakby inny. Może to pogłos podziemnego tunelu, a może zmęczenie. A może dalsze procesy… czego? Zapominania? Przypominania? Mimo mokrego ubrania czuł się dobrze, coraz lepiej, właściwie świetnie. Tylko w głowie mu szumiało. Zamiast myśli kłębiły się niej cieniutkie nici skojarzeń, przypomnień, błysków, które nie układały się w żaden ciąg. Każda nić była osobno. Rozpleciona wiązka. Kłębek chaosu do zabawy dla kocich łap.

    Nie boję się. Powiedziałeś do mnie: „Andrzej”.

    Brak odpowiedzi. Ciemność oblepiała ich smołową mazią, resztki światła zostały za zakrętem betonowego przepustu. Chciał jeszcze o coś zapytać, poprosić o wyjaśnienie kilku szczegółów, które mogłyby w jego przekonaniu pomóc im w rozwiązaniu problemu, nie potrafił jednak sobie przypomnieć, co to był za problem. Cegielnia, stary młyn, karczma, dolina, droga przez las… z beznadziejną niemocą obracał klocki układanki usiłując sobie przypomnieć obrazek, w który miałyby się ułożyć. Daremnie. Ale było mu dobrze. Ciepło. Sucho. Tylko ta głowa. Niepotrzebnie tyle kombinuje.

    Krzyki za wylotem tunelu się wzmogły, ktoś rzucił polecenie i cała gromada ruszyła dalej. Jeszcze chwilę słyszeli tupot nóg na trakcie, a potem wszystko zanikło i zapadła kojąca cisza.

    Oparł głowę o mur. Był ciepły. Wypełniony ledwie słyszalnym szumem, jakby krążyła w nim krew.

    Dlaczego zabiliśmy dziecko? – spytał.

    Naprawdę nie pamiętasz?

    Nie.

    Dziwne. To był twój pomysł, a ja głupi dałem się nabrać. Gdyby się matka dowiedziała, sprałaby nas obu, ale nierówno. Dostałbym więcej, bo jestem starszy.

    Jaki pomysł?

    Chłopak obok puścił jego ramię i rozsiadł się wygodniej.

    Postanowiliśmy pójść obaj na wagary. Rano na przystanku zamiast wsiąść do autobusu, poszliśmy na stawy i włóczyliśmy się po groblach, płosząc kaczki kamieniami i grzebiąc w kopcach szczurów piżmowych. Potem zaczęło nam z nudów odbijać i wymyślaliśmy coraz głupsze zabawy. To ty wymyśliłeś, żeby przewiązać linkę w poprzek mostka nad Macochą, na rowerzystów. Jeżdżą tamtędy emeryci na działki i gospodynie do sklepu. Podobno ktoś wjechał tę linkę z dzieckiem w koszyku na kierownicy. Dziecko spadło, uderzyło główką w kant mostka i zmarło. Taka jest powszechna opinia.

    Opinia? Czy to nie jest prawda?

    Nie. Ojciec zrzucił dziecko z koszyczka, ponieważ jechał pijany i dobił rowerem do barierki. Nie trafił w mostek. Linkę zauważono później i on ją szybko wykorzystał na swoją obronę. Tak to wymyśliłeś. A teraz musimy uciekać.

    Dokąd?

    Najlepiej byłoby powiedzieć: do następnego rozdziału. Ale ty tego nie zrozumiesz. Za młody jesteś. Lepiej ci?

    Nie czekając na odpowiedź, pociągnął go za rękaw suchej już koszuli i powiódł w głąb tunelu. Nie było kompletnie nic widać, ale szli pewnym krokiem, pierwszy przekonany o znajomości rzeczy, drugi wczepiony w rękę pierwszego. Ciepła, nieomal przytulna rura przepustu przyjemnie owiewała ich powietrzem jak z przemysłowej dmuchawy. Betonowy mur szumiał. Zdawało mu się, że chwilami rozróżnia w tym szumie modulacje, coś jakby westchnienia czy stłumione ziewnięcia, a czasem nawet poszczególne wyrazy. Głowa nie dawała mu spokoju, plątanina myśli nie pozwalała się skupić, zdawało mu się, że snuje dziesięć myśli naraz, jakby chciał zrozumieć wszystko w jednej chwili, rozwiązać wszystkie zadania i usunąć wszystkie przeszkody. Może to nie beton szumiał, tylko jego mózg? „Emaaa… etsznoo… sss… emaaa… etsznnnooo… emmmaaa…”. Wsłuchiwał się z narastającym bólem w skroniach, w pewnej chwili nawet wyrwał rękę z dłoni towarzysza i docisnął palce do skroni. Minimalnie ulżyło. Skądś to znał. Było już. Ktoś to mówił. I cierpiał przy tym.

    Łomot w skroniach.

    Bagno rozstępuje się i rozwarta paszcza bulgocze. Śmieje się. Mówi.

    Wieczność jest niema.

    WIECZNOŚĆ JEST NIEMAAAA!

    Przystanął. Kroki przyjaciela niosły się przez kilka minut, po czym ucichły. Przypomniał sobie. Dwie luźne nici splotły się w jedną i dały efekt.

    Krzysiek?

    Czekał w napięciu, pewien, że dojdzie do jakiejś rozstrzygającej konfrontacji, że wreszcie się dowie, o co tu chodzi i kto jest kim. Nic takiego nie nastąpiło.

    Czego chcesz?

    Powiedz mi… tylko się nie śmiej. Czy ty jesteś moim bratem?

    Kroki powoli ruszyły w jego stronę. Ucichły tuż przed nim. Usłyszał ciche westchnienie.

    Jędrek, mówiłem ci, żebyś tyle nie kombinował. Chodź już, musimy stąd jak najszybciej wyjść, zanim on się dowie.

    Kto? – spytał odruchowo.

    No on, Wędrowiec.

    I co wtedy?

    Nie doczekał się odpowiedzi. Stojąc na dnie betonowej rury miał brata przed sobą. Słyszał jego oddech, ale go nie czuł, więc musiał znajdować się co najmniej metr przed nim. Nie dałby rady sięgnąć. Tymczasem poczuł na karku muśnięcie czyichś palców. Były miękkie i ciepłe jak ściany tunelu. Zdrętwiał.

    Krzysiek…?

    Uhm.

    Coś mnie dotyka…

    Szum w ścianie się nasilił. Następne smagnięcia odczuł na szyi, lewym uchu i pod brodą. Uniósł rękę i trafił po omacku na szorstką, pulchną materię, jak nadmuchany i podgrzany beton.

    Jędrek, wiejemy! – krzyknął brat i pociągnął go za ubranie. Czwarty raz dzisiaj rzucili się do panicznej ucieczki, tym razem nie przed kimś, lecz czymś. Biegli w ciemności z ryzykiem rozkwaszenia się na nieprzewidzianej i niewidocznej przeszkodzie, ale nie mieli specjalnie wyboru. Strach nie zajmuje się analizą ryzyka tylko ratowaniem skóry. Szepty i szelesty wzrosły do przygnębiającego, osaczającego ich ze wszystkich stron szumu. Biegł za starszym bratem i wraz z każdym krokiem odczuwał wyraźną ulgę w mózgu. Głowa odpuszczała. Brzęczało w niej już znacznie mniej myśli, zaledwie kilka. Jedną z nich była kwestia dalszej trasy ucieczki i jej ewentualnego związku z dotarciem do cegielni. To na pewno było ważne. Drugie, co mu się wydawało ważne, to że uwolnił się od jakiegoś długotrwałego i męczącego napięcia. Jakby biegnąc zrzucał z siebie ciężar, nadmiar czegoś zbędnego. Swoboda. Nareszcie jestem sobą. A tam biegnie mój starszy brat. On wie. Nie powinienem się martwić.

    Krzyśkowi Szulcowi kołatała się w głowie jeszcze jedna myśl. A właściwie słowo. Defloro. Nie miał pojęcia, skąd mu się wzięło.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #24

    Jak się umiera w powieści? Powinno być efektownie, z końcowym dialogiem, urwanym na ostatnim słowie. „Zimno mi, hyyy… zawsze kochałem tylko ciebie, hyyy, hyyy… Powiedz cioci Annie, hyyy… że nie przyjadę na święta. Klucz do sejfu jest w… kch, kch… prrrrt – klap”. Nie był tylko pewien, czy Wędrowiec pozwoli im zagrać tak rozbudowaną frazę. Stał w odległości dziesięciu metrów, bezwzględny i niewątpliwie szybki, skoro jeszcze dwie sekundy temu skrywał się za zakrętem. Florek poczuł gorąco na twarzy i mróz na plecach.

    Czy ten fragment też ty pisałeś? – spytał szeptem Olka Zawijasa.

    Olek nie odpowiedział. Gapił się na gadającego Wędrowca z półotwartymi ustami i płytko oddychał. Ręce odsunął od ciała jak rewolwerowiec. Tamten zachowywał się pewnie i z humorem, w końcu byli na jego terytorium. Tylko oczy miał nieruchome. Czarne i martwe.

    Jakże to miło, zacni waszmościowie, tak spotkać się nieoczekiwanie na gościńcu życia – zakrzyknął z dziwaczną dwornością. – Tuszę, żeście godnie wypoczęli u naszych życzliwych gospodarzy, podjedli sytego żuru i ugasili pragnienie mocnym domowym piwem. A może i inne pragnienia także samo nasycili, bo z naszej pani karczmarzowej gospodyni nie lada, ha! Uczynna, otwarta, serce by człowiekowi oddała razem ze wszystkim innym. Co? Prawdę rzekłem, panie młodziku?

    Pytanie było skierowane do Florka, który bał się poruszyć. Dziwny był ten literacki strach. Niby tylko na niby, a przecież prawdziwy, namacalny, łącznie z potem na czole i mrowieniem w krzyżu. Szpadę wchodzącą we własne trzewia też pewnie poczuje jak należy.

    Nie odpowiadaj – szepnął Olek. – Zaraz coś się wydarzy.

    Pamiętasz, co?

    Olek pokręcił głową i to nie była dobra odpowiedź. W jego spojrzeniu królowały niepewność i napięte oczekiwanie. Czego? Wędrowiec zbliżał się ku nim krok po kroku, zagadując i mierząc raz jednego raz drugiego spojrzeniem drapieżnika, który hipnotyzuje ofiarę przed atakiem.

    Żeście już tu przybyli w nasze skromne progi, to się wam bardzo chwali i podziw mój wyrażam szczery a niekłamany. Tem większy, że ziemia tu nieużyta i zdradliwa, człek nieostrożny zapaść się w nią może jako źrebię w moczary. I już nikt go nigdy nie najdzie…

    Mówił z jakąś sztuczną nadętością, co rusz jednak spod tej gładkiej i dziwacznej stylistyki wydobywała się ledwie maskowana groźba. Mówił jak bohater taniej powiastki awanturniczej – był nim zresztą w istocie, jeśli wierzyć słowom Olka Zawijasa. Ten, uważnie wpatrzony w Wędrowca i zarazem nerwowo próbujący sobie przypomnieć ciąg dalszy, by ułatwić jego nadejście, tkwił w miejscu jak skamieniały. Florkowi zdawało się, że słyszy szum jego pracujących w mózgu obwodów.

    … „że tak się tu po przyjacielsku spotykamy, dawni kompani od rozrywek młodości, które się nie wrócą, ale żyją wciąż swoim gorącym życiem we wdzięcznej pamięci starców…

    Wędrowiec był coraz bliżej i krok jego stał się sprężysty, jakby koci, a prawa ręka nieznacznie przemieściła się do lewego boku, ku rękojeści szpady. Zrozpaczonym wzrokiem śledzili obaj ten niepozorny, a śmiertelnie niebezpieczny ruch. Z końca wąskiego ostrza wciąż zwisała czerwona kropla.

    Jeszcze trzy kroki i nas sięgnie – szepnął Florek.

    Jeszcze trzy sekundy i coś się wydarzy… – odparł Olek.

    – … „starość bowiem ma to do siebie, że sięga wstecz i w przeszłych zdarzeniach szuka odpowiedzi na wszystkie dręczące ją pytania. Czy słusznie, panowie? Czyż istotnie w tamtych zamierzchłych czas…

    Mężczyzna ze szpadą przerwał w pół słowa. Za ich plecami rozległ się morderczy charkot. Jakby od tyłu nacierała na nich wataha wściekłych psów. Florek odskoczył w bok. Świst powietrza był wszystkim, co zdołały zarejestrować jego zmysły, w następnej sekundzie na Wędrowca runął czarny cień.

    www.unsplash.com/Ricardo Cruz

    Na lewo! – krzyknął Olek. Pobiegli w brzozowy zagajnik. Dokładnie w chwili, gdy Florek wyciągał nogę do skoku przez przydrożny rów, za nimi rozległ się trzask dartego materiału i zaraz potem przeciągły skowyt. Powstrzymał się, by nie spojrzeć za siebie. Wolał tego nie widzieć. Dźwięki stamtąd dochodzące w zupełności zaspokajały potrzeby wyobraźni. Ich wielkim finałem był gromki śmiech Wędrowca. Ryczał z uciechy jak biały niedźwiedź na pokazie fok. Najwyraźniej bawiła go ich ucieczka, podobnie jak rozpłatany zewłok brytana, który – Florek był tego pewien – skręcał się teraz w przedśmiertnych drgawkach u jego stóp. Będzie ich ścigał? Tego rączo umykający Madej już nie był pewien, ponieważ upiorny śmiech oddalał się i nikł za brzeziną. Nieważne. Ważne, żeby się stąd jak najszybciej wynieść. W przeciwnym razie będą musieli wkrótce skonfrontować się ze świeżymi kroplami na końcu ostrza.

    Wpadli między drzewa i lekkoatletycznymi susami mknęli skroś brzeziny, aż dotarli do rozległego ornego pola. Ruszyli jego skrajem oglądając się za siebie.

    Nie będzie nas gonił?

    Raczej nie – pokręcił głową Olek. – To było tylko powitanie. Co to za powieść, która kończy się w drugim rozdziale? Jesteśmy, kochany, na początku drogi i jeszcze się trochę nabiegasz.

    Ten pies… to był ten sam?

    Uhmm.

    Z tego wynika, że ten gospodarz, jak mu tam… Zemła – uratował nam życie. Bo to on go wypuścił, prawda?

    Od momentu, gdy spadli ze zjeżdżalni na trawę pod murem starego młyna, Olek Zawijas zachowywał się tak, jakby miał uwagę podzieloną na dwie części i tylko jedną z nich poświęcał obecności kolegi. Druga zajęta była nieustannym analizowaniem obrazów, dźwięków i zapachów dobiegających do nich z fabularnego otoczenia. Podzielił się na dwóch Olków, stając okrakiem pomiędzy dwoma światami, chociaż swojemu towarzyszowi zalecał coś dokładnie odwrotnego. Próbował ogarnąć naraz dwa porządki. Teraz też słuchał jednym uchem, patrząc pilnie wkoło.

    Nie. Ona – powiedział pokazując kępę krzewów. Florek powędrował wzrokiem za jego wyciągniętym palcem.

    Na zwalonym pniu siedziała piękna żona karczmarza. Zanim Florek zdążył ogarnąć nieoczekiwane zjawisko, kobieta na ich widok podniosła się i podeszła szybkim krokiem. Miała na sobie żółtą bluzkę opiętą na kształtnych piersiach oliwkowym kubraczkiem, którego brzegi obszyte były brązowym futerkiem. Szeroka, czarna spódnica w żółte kwiaty sięgała jej do kostek. W kasztanowych włosach błyskały słoneczne promienie, tworząc jakby mgiełkę babiego lata wokół jasnej twarzy. Florek pomyślał, że dokładnie tak wygląda jego ideał kobiety.

    Dzień dob… – zaczął uprzejmie, ale ona położyła mu palec na wargach.

    Idźcie tam – pokazała palcem dolinę za opadającym lasem. – Cegielnię znajdziecie pod groblą stawu. Nazywają go Kościelecki, bo podobno tam kiedyś był cmentarz. Jeśli się pośpieszycie, zdążycie przed nim.

    Bardzo pani dziękujemy – wybąkał Florek spięty jak licealista w dniu matury. – Jest pani naprawdę dobra… – znowu mu położyła palec na ustach. Ledwie się powstrzymał, by go nie oblizać.

    Idźcie już – powiedziała odsłaniając boskie zęby. Florek przełknął ślinę i gapił się na nią, dopóki Olo nie pociągnął go za rękę.

    Chodź – powiedział szarpiąc go jak psa na smyczy. – To nie tak leci. Przygody erotyczne będą trochę później. Jak dorośniesz.

    Chciał oponować, przedłużyć tę chwilę, ale piękna karczmarzowa odwróciła się i odeszła szybkim krokiem między białe pnie brzóz. Udali się biegiem we wskazanym przez nią kierunku, a Florek parę razy jeszcze obejrzał się za siebie w nadziei, że dojrzy między drzewami jej żółtą bluzkę i zielony kubraczek. Ona jednak znikła tak samo szybko, jak się pojawiła.

    Chcesz powiedzieć – nawiązał, kiedy biegli truchtem wzdłuż miedzy – że jeszcze ją spotkam? I że to będzie spotkanie… skuteczne?

    Zamierzał trochę żartobliwie rozładować nagromadzone w ostatnich piętnastu minutach napięcie, wydarzenia biegły z filmową szybkością. Olek Zawijas odpowiedział jednak zupełnie poważnie.

    Wolałbym zbyt wiele ci nie zdradzać z tej fabuły. Jesteś w niej nadprogramowy. A właściwie pełnisz funkcję zastępczą, w miejsce nieobecnego bohatera. Nie chciałbym, żebyś swoimi ingerencjami coś popsuł, bo wtedy na pewno nie załatwimy tego, po co przyszliśmy.

    Chodzi ci o to, że mógłbym popsuć twój plan?

    Chodzi mi o to, że mógłbyś popsuć tę historię.

    To mi ją opowiedz. Żebym wiedział, czego mam unikać.

    Olek Zawijas stanął w miejscu i upewniwszy się, że nikt ich nie ściga, położył rękę na ramieniu kolegi.

    Tej sceny z nagą Zemłową w komórce nie było. Sam ją wymyśliłeś, a właściwie wyprodukowałeś swoimi fantazjami, pragnieniami, czy co tam w tobie teraz buzuje. O mały włos nie zepsułeś całego wątku z karczmą, pełniącego tu całkiem istotną rolę. Niewykluczone, że nie wydostaniesz się… to znaczy nie wydostaniemy się stąd bez pomocy karczmarza Zemły i jego żony. Inaczej mówiąc, flirt odpada.

    Na pewno? – spytał Florek nie bez żalu.

    Na bank. Dlatego Wędrowiec tak cię podpuszczał. Gdybyś – że się tak wyrażę – uległ swym namiętnościom, prędzej czy później doszłoby do awantury i skłócilibyśmy ich między sobą, karczmarza z żoną. Tym samym odcięlibyśmy sobie drogę odwrotu. A bez tego nie ma rozwiązania zagadki.

    www.unsplash.com/Emily Morter

    Szli przed siebie miedzą wśród ziołowych zapachów dogorywającego lata. Było ciepło i słonecznie, nad nimi przeleciał czarny ptak, krzyknął przenikliwie i podrywając skrzydło ostro skręcił w prawo nad łąki. Był jedynym ptakiem na całym niebie.

    Jasnym się stało, że Olek szybko nie wyjawi całej fabuły swojej młodzieńczej powieści, nie było sensu się dopytywać. Zamiast tego Madej spróbował uszczknąć fragmentów poszczególnych perypetii.

    Co się stało karczmarzowi, pamiętasz?

    Oczywiście. Został okaleczony przez naszego Wędrowca.

    Za co?

    Stanął w obronie czci żony.

    Uuu, niedobrze. Nie wiedział, z kim się żeni?

    W naszym zamyśle to miała być dłuższa i nieco głębsza historia. Kiedy Zemła przyjechał do wsi i kupił tę chałupę, by urządzić w niej karczmę, był przystojnym, silnym mężczyzną. Podobał się kobietom i niejedna zaginała na niego parol. Bezskutecznie. Zemła rzucił się w wir interesów i zdawał się nie widzieć świata poza robotą. Na zaczepki i pytania o stateczność odpowiadał, że najpierw musi zabezpieczyć rodzinie godziwe życie, a dopiero potem ją zakładać. Był twardy, solidny, uczciwy do bólu i przy tym życzliwy dla mieszkańców. Niejednemu pomógł. I tak było do czasu, kiedy do jego gospody zajechała rodzina kupiecka z północy, małżeństwo i córka. Byli tylko przejazdem, zjedli obiad i ruszyli w dalszą drogę. Zemła sam podawał im do stołu. Na córkę spojrzał tylko raz. Kiedy zapłacili i odjechali, przebrał się w elegancki strój, plenipotencje i klucze od spiżarni przekazał pomocnikowi, po czym ruszył za tamtymi w drogę. Wrócił po dwóch miesiącach. Z narzeczoną. Wkrótce się pobrali.

    Zawijas umilkł, ponieważ dotarli do wzniesienia, z którego rozciągał się widok na dolinę i zbocza następnego lesistego pagórka, mieniącego się wszystkimi odcieniami październikowych brązów i żółci. Daleko w siodle doliny przez korony drzew przebijały czerwone dachówki gospodarstw, blacha na wieży kościoła błyszczała srebrną iskrą.

    Okropnie banalne – stwierdził Florek wzdychając.

    To prawda, dlatego trzeba było historyjkę czymś urozmaicić. Wymyśliliśmy, że nasz zły charakter przybędzie do karczmy i podochocony zacznie się dobierać do młodej żony. Karczmarz stanie w jej obronie i zostanie pokaleczony. Zmieni się w brzydkiego, ohydnego półpotwora, mocno skontrastowanego z piękną żoną. Takie napięcie między postaciami. Doszło jednak do twórczej kontrowersji, ponieważ ja chciałem karczmarzowi zrobić tylko jedną malowniczą bliznę na policzku, natomiast Krzyś żądał pokiereszowania totalnego, z obciętym uchem i kawałkiem nosa.

    Rozumiem, że jego wersja zwyciężyła.

    Olek Zawijas podrapał się po głowie.

    No właśnie nie. Dlatego mocno się zdziwiłem widząc tę straszną twarz, która wychynęła na nas wczoraj wieczorem zza płotu. On zmienia fabułę.

    Kto, ten twój Krzyś?

    A któżby inny? On w nią wchodzi i przepisuje zdarzenia. Wymusza swoje wersje. Dziwne.

    Jeszcze dziwniejsze – dodał Florek – że facet od trzydziestu lat nie żyje.

    Poczekał chwilę, aż paradoks wybrzmi z całą swoją mocą i wwierci się w rozwibrowaną mózgownicę Zawijasa, prowokując reakcję. Nic takiego się nie stało. Olek w milczeniu wpatrywał się w dolinę, przysłaniając dłonią oczy. Po chwili odwrócił się i powiedział z pobladłą twarzą:

    Musimy wracać.

    Dlaczego?

    Tędy nie przejdziemy.

    Ale dlaczego? Przecież nic się nie dzieje!

    Dzieje się – odparł stłumionym głosem Olek Zawijas. – Popatrz.

    Dnem głębokiej doliny szła w ich kierunku gromada ludzi. Byli uzbrojeni w kosy, widły, sierpy i zwykłe kije. Szli bezładnie, rozbiegając się i włażąc na siebie, w ich kroku znać było jednak pewną nerwową niecierpliwość. Najwyraźniej kogoś szukali, ponieważ co jakiś czas niewielkie grupki odłączały się, by spenetrować pobliski teren, po czym rozczarowane dołączały do reszty. Kilku ambitnych wyrostków wysforowało się naprzód, wymachując solidnymi pałkami. Podchodzili z dołu ponaglając się wzajemnie i pokazując przed siebie. Zbliżali się szybko. Wreszcie jeden z nich dostrzegł dwóch chłopaków na szczycie pagórka i zakrzyknął triumfalnie ku reszcie. Podniosła się wrzawa i gromada ruszyła biegiem.

    Znowu?

    Zaledwie tyle zdążył krzyknąć Florek Madej, gdy jego lepiej zorientowany w sytuacji przyjaciel szarpnął go za rękaw, dając sygnał do ucieczki. Już trzeciej tego dnia, choć jeszcze nie minęło południe. Tłum za ich plecami rzucił się w entuzjastyczną pogoń, urozmaicaną wrzaskami, waleniem w garnki i świstem piszczałek. Ujadały psy. Cała sfora.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #23

    Gdzie jest tamten facet, a gdzie go nie ma? Czy ich widzi, śledzi za pomocą tutejszych systemów monitoringu, czy tylko przeczuwa i dlatego wysyła smoki? I gdzie są oni dwaj, ci prawdziwi, którzy zostali po tamtej stronie zjeżdżalni? Czy w ogóle są? Przejście przez stary młyn jak przekroczenie granicy życia? Niewykluczone. Mogło tak być, że spadając z piętra młyna skręcili karki i leżą pod murem jako dwa trupy, poskręcane i z wybałuszonymi od ostatniego zdziwienia oczami, a to, co mu się teraz widzi, słyszy i myśli, jest tylko pośmiertnym rojeniem błąkającej się po okolicy duszy. To by z kolei znaczyło, że ich sprawczość ogranicza się do tego świata (czyli tamtego) i w krakowskiej rzeczywistości nie zdołają już niczego zmienić, a jeśli nawet, to nigdy tego nie sprawdzą. I że nigdy już nie wrócą. A to by znaczyło, że dusza po śmierci istnieje. Czy były potrzebne aż tak radykalne kroki z ich strony dla udowodnienia tezy, którą ludzkość powtarza od zarania? Dusza istnieje, niegdysiejszy inspektorze Madeju, i w dodatku jest nieśmiertelna, a w każdym razie żyje dłużej niż ciało. Pozostało ci rozważenie, na ile twoja dusza jest tobą i czy łatwo zrezygnujesz z ciała.

    Pomacał się po brzuchu, ramionach, udach. Schudł. Gdy wchodzili na piętro gospody po drewnianych schodach, bez trudu brał po dwa stopnie, lekki i sprawny jak trzydzieści lat temu. Pogłaskał się po policzkach – były gładkie jak u młodzieńca. Zaczął to już odczuwać gdy biegli przez las, umykając przed smokiem. Z każdym krokiem stawał się lżejszy, dzięki temu zresztą w ogóle zdołał się wydostać z bagna. Czyje to było ciało? Jego z czasów młodości, czy jakiegoś powieściowego bohatera, wymyślonego przez dwóch napalonych chłopaczków, z których jeden od lat nie żył, a drugi spał teraz obok niego na słomianym posłaniu w fikcyjnej gospodzie? Objął głowę obiema rękami. Moja głowa? Ja?

    Kiedy jednooki Zemła przyprowadził ich wieczorem do karczmy, w pierwszej kolejności rzucił Florkowi grube portki i koszulę do przebrania, a potem ręką wskazał, gdzie może się umyć i przebrać. Olek dostał dużą szklankę piwa, którą niemal duszkiem wypił.

    Pijesz jak stary – skomentował mrukliwie Zemła i dolał piwa z cynowego dzbana. Wtedy przyjrzał się dokładniej Olkowi Zawijasowi i stwierdził, że ten faktycznie wygląda jak chłopak. Czyli że obaj ulegli jakiemuś zupełnie baśniowemu odmłodzeniu.

    U nas to rodzinne – odparł Olek i pociągnął łyk.

    A żebyś wiedział – zgodził się karczmarz. – Twój dziadek za kołnierz nie wylewał, ojciec miał łeb jak cysternę, to czemu ty miałbyś być inny. Co u ojca?

    Pytanie brzmiało niewinnie i błaho, ot, zwykłe zagajenie, ale twarz Olka zbladła. Uciekł oczami na bok, jakby w kącie izby szukał odpowiedzi, której – jak się Floro domyślał – nie mógł sobie przypomnieć. Jedyne oko karczmarza mierzyło obojętnie blade oblicze chłopaka, który podawał się za Krzysztofa Szulca.

    Nie wiem, dawno go nie widziałem – wykrztusił wreszcie Olek przez ściśnięte gardło. – Matka zabroniła.

    Ja na jej miejscu też bym zabronił. Ale nie jestem na jej miejscu. Zresztą, nie mnie sądzić ludzi – zakończył polubownie i dolał piwa. Pobladły Olek wypił z ulgą. Otarł usta rękawem i pokazał oczami Florkowi, żeby poszedł się przebierać. Istniało niebezpieczeństwo, że i jego zacznie Zemła odpytywać. Madej zgarnął ubranie i ruszył na drugi koniec izby. Po drodze zerknął w uchylone drzwi kuchni. Przy piecu kręciła się młoda, przystojna kobieta w czepku na głowie, która rzuciła mu krótkie i pełne ciekawości spojrzenie. Odwrócił się, nie wiedzieć czemu zawstydzony.

    Kiedy wrócił i usiadł za wielkim dębowym stołem, Olek miał już szkliste oczy, a odpychające oblicze karczmarza jakby złagodniało i straciło nieco na swej upiorności. Nadal wyglądał jak ofiara brutalnego napadu, ale pusty oczodół był zakryty czarną przepaską, która przysłaniała również kawałek nosa, a blizna na policzku zbladła. Kobieta z kuchni wyniosła dwie miski z jedzeniem, ale nie przyniosła ich do stołu, tylko postawiła na ladzie i znikła równie szybko, jak się pojawiła. Gospodarz przyniósł obie misy i postawił przed nimi. Z jednej pachniało żurem, w którym pływały kawałki kiełbasy, w drugiej dymiły świeżo ugotowane ziemniaki.

    www.unsplash.com/Monika Grabkowska

    Jedźcie – powiedział kładąc przed nimi drewniane łyżki, a na pytające spojrzenie Olka dodał: – My już wieczerzali.

    Obaj w jednej chwili złapali za łyżki i zaczęli jeść. Floro nie bardzo umiał jeść żur z ziemniakami nie mając własnego talerza, powtarzał więc ruchy Olka, który wiedział, bo jak twierdził, sam pisał ten fragment. Należało najpierw nabrać kawałek ziemniaka na łyżkę, potem zanurzyć go w zupie i całość wpakować do ust, które trzeba było szeroko otwierać, żeby się to wszystko naraz zmieściło. Jedli, a gospodarz patrzył na nich jednym okiem i opowiadał anegdoty z zamierzchłej przeszłości o piciu ze starym Szulcem. Potem nagle zaproponował im, żeby dali sobie spokój z włóczeniem się nocą po lesie i zostali spać u niego.

    Do wsi będzie ze cztery staje, o ile nie zejdziecie z drogi. A po ćmoku łatwo zbłądzić.

    My właściwie nie do wsi, tylko do cegielni – powiedział nagle Olek i szybko łyknął piwa ze szklanki. Zemła chwilę mierzył go błyszczącym okiem, zanim odpowiedział.

    Do cegielni to jeszcze dalej. A po co tam idziecie?

    Mamy sprawę – odparł Olek i potarł dłonią pustą szklanicę. Gospodarz już mu nie dolewał.

    Prześpicie się na górze, a o świcie możecie iść dalej. Teraz nocą tylko łażenie po próżnicy.

    I jakby dla podkreślenia, że nie ma o czym dyskutować, zgarnął z ławy ubłocone ubranie Florka i skinął na nich, żeby poszli za nim.

    I tak znaleźli się w gościnnym pokoju z jednym szerokim wyrem, na które opity piwem Olek padł i przed zaśnięciem zdążył tylko rzucić, żeby go Florek obudził jak się świeca dopali. Po sekundzie już chrapał. Później chrapanie ucichło i zapanowała bezdenna cisza.

    Teraz Florek Madej, niegdysiejszy oficer śledczy małopolskiej policji, siedział w tej bezdennej ciszy i czekał nie wiadomo na co. Miał pilnować, nie potrafił sobie jednak ukonkretnić, jak mianowicie miałoby wyglądać niebezpieczeństwo. „Niczemu nie ufaj, wszystko sprawdzaj”, polecił mu Olek, który wiedział. Wstał, obszedł cały pokój z talerzykiem w ręku, na którym stała zapalona świeczka, i dokładnie obejrzał ściany. Wszystko wyglądało, jak należy. Usiadł i zagapił się w pustkę.

    Nagle zza ściany usłyszał szelest. Jakby ktoś skrobał paznokciem po desce. Nastawił uszy i wstrzymał oddech. Jego czuwanie wzięło się stąd, że nie do końca ufali jednookiemu karczmarzowi, który nieco zbyt skwapliwie zaoferował im darmowy nocleg w opustoszałej karczmie. Szelest się powtórzył. Florek Madej ostrożnie przystawił ucho do ściany. Teraz całkiem wyraźnie słyszał od drugiej strony drapanie. Mysz, albo szczur, pomyślał i wzdrygnął się. Odsunął się od ściany. Nienawidził wszelkich gryzoni i wstrętem przejmowało go samo przypuszczenie, że tuż obok jego głowy urzęduje jakieś szczurzysko. Wyprostował się na krześle i przetarł oczy. Piekły go z niewyspania, ale na stoliku pozostało jeszcze z dziesięć centymetrów świecy. Umówili się na zmianę, kiedy świeca dopali się do końca. Według Olka ta powinna się palić około czterech godzin. Skąd to wiedział?

    www.unsplash.com/David Tomaseti

    W ogóle Olek wiedział sporo różnych dziwnych rzeczy. Z jednej strony było to zupełnie zrozumiałe, skoro znaleźli się w świecie częściowo wymyślonym przez niego, z drugiej – kompletnie absurdalne i nieprawdopodobne, jak alarmował zdrowy rozsądek. Nie ma czegoś takiego, jak przechodzenie z rzeczywistości do literackiej fikcji. Literalnie nie ma. Kiedy jednak próbował ten problem zgłosić Olkowi jeszcze w stary młynie, usłyszał, że przecież sam tego chciał, więc dlaczego się dziwi. To prawda, on pierwszy nalegał, by tu wejść (tu, czyli gdzie?), w najśmielszych przypuszczeniach nie spodziewał się jednak aż tak dalece posuniętej dosłowności. Resztki jego śledczej świadomości rozpaczliwie poszukiwały choćby odrobiny logiki w tym, co ich spotykało. Zjeżdżalnia, smok, bagno, upiorny jednooki karczmarz – wszystko to w ciągu niespełna godziny.

    A Olek twierdził, że to dopiero początek. Gdy upadli pod murem starego młyna, wprost w wysoką i cudownie miękką trawę, był przekonany, że jego kompanowi po prostu chodziło o przywołanie jakiejś dawnej zabawy, obudzenie wspomnienia, sentymentalny gest za przepadłą przeszłością. Humaniści tak mają, do końca nie potrafią się pogodzić z upływem czasu. Olo jednak wcale nie był wzruszony, tylko raczej napięty i czujny. Dla niego to nie była zabawa. Gdy tylko wygramolili się z trawy, porwał Florka za rękę i pociągnął ku brzozowemu zagajnikowi, gdzie przycupnęli za krzewem dzikiego bzu, jak nie przymierzając smarkacze z „Podróży za jeden uśmiech”. Jak oni się nazywali? Duduś i Poldek…

    Chrobot za ścianą zamienił się w miarowe stukanie. Stuk-stuk-stuk i przerwa. Stuk-stuk-stuk i przerwa. Dziwne. Szczur puka do niego? Wstał z taboretu, wziął talerzyk ze świecą i przyjrzał się ścianie ich gościnnego pokoju. Była wyłożona pionowymi deskami i pomalowana brzydką, rudobrązową farbą. Ostrożnie podszedł do kąta. Znajdowały się tam wąskie, zręcznie zamaskowane drzwi, ciasno dopasowane do krawędzi boazerii. Dziwne. Z pewnością ich tu przedtem nie było, sprawdzał przecież dokładnie, po policyjnemu. Miejsce w miejsce, jak mawiała babcia. I tych drzwi na pewno tu nie było.

    Gdy tak stał przed ścianą i przy pomocy świeczki na talerzyku badał szpary w deskach, jego wzrok natrafił na maleńki haczyk. Uniósł go palcem i w tejże chwili drzwi się uchyliły. W progu stanęła kobieta. Miała na sobie białą koszulę nocną, obszytą koronkami i luźno związaną tasiemką pod szyją, bose stopy i odsłonięte przedramiona, a w ręku trzymała taki sam talerzyk ze świecą. Na prawą pierś opadał gruby, czarny warkocz, rąbek lewej piersi wychynął spod głębokiego wycięcia w koszuli. Patrzyła mu prosto w oczy i uśmiechała się. Była powalająco piękna.

    Chodź – szepnęły wydatne usta, a smukła dłoń sięgnęła po niego.

    Jej dotyk podziałał na Florka jak porażenie prądem. W nagle odmłodzonym ciele poczuł gwałtowne podniecenie. Kobieta z nieruchomym uśmiechem pociągnęła go w głąb ciemnej komórki. Nie potrafił się oprzeć. Cały drżał, jego parciane portki – życzliwy podarunek od gospodarza – natychmiast wybrzuszyły się z przodu. Zrobił dwa niepewne kroki i drzwiczki za jego plecami zamknęły się bezszelestnie. Próbował ręką zasłonić wzwód, wstydził się jak licealista na ludnej wakacyjnej plaży, ale kobieta reagowała nieodmiennie z życzliwym uśmiechem.

    Wszystko wydarzyło się jakoś nagle, zbyt szybko, by mógł zareagować. Chciał powiedzieć, że nie wolno, że musi tam czuwać, przyjaciel śpi a on powinien pilnować, bo otoczenie bardzo niepewne, duchy i tak dalej… Nie był w stanie wykrztusić słowa. Znał ją, to ona wieczorem krzątała się karczemnej kuchni i wyniosła im jedzenie. W ogóle była chyba jego żoną. Cholera, to jeszcze gorzej, pomyślał nagle z przestrachem. Pakuje ich obu w jakieś koszmarne tarapaty. Chociaż… Olo wspominał coś o chętnej żonie karczmarza, że to niby miał być taki pomysł na dorosłe kawałki w ich powieści. Czarnowłosa, seksowna, lubieżna…

    Posadziła go na łóżku i kazała patrzeć na siebie. Skulił się, by ukryć swój naprężony chłopięcy wstyd, a ona odrzuciła warkocz na plecy i sięgnęła do tasiemki pod szyją. Przez białą koszulę nocną prześwitywały sutki na ostro sterczących piersiach. Przemknęło mu przez myśl, że koszula nie spadnie, tylko zaczepi się na nich jak na dwóch haczykach. Ale nie. Spadła. Spłynęła w dół cicho i dyskretnie jak kotara na uroczystym odsłanianiu pomnika. Rzeźba była doskonała. Florek Madej z całej siły zaciskał uda i sycił oczy widokiem godnym Michała Anioła. Nie do wiary. Żadnej skazy, żadnych zbędnych fałd, zmarszczek, plamek, nic. Nawet czarny pieprzyk był tylko jeden, i to dokładnie tam, gdzie powinien, czyli w pół drogi między pępkiem i mostkiem.

    Podoba ci się? – wyszeptała i zaraz położyła palec na ustach, żeby nie odpowiadał. Widocznie izdebka od drugiej strony przylegała do jakiegoś miejsca, skąd mogli być podsłuchani. Może nawet do małżeńskiej sypialni. Skinął i wyciągnął rękę. Odtrąciła ją lekko, z tym niewzruszonym uśmiechem na twarzy, i powoli okręciła się wkoło, chwytając w palce koniec grubego warkocza. Biodra wręcz płynęły w powietrzu. Statua miłości, pomyślał Florek i ścisnął dłońmi drżące kolana. Pocił się jak sztubak przed nocnym internetem.

    Zrobiła krok w jego stronę. Mroczny, diabelski, odwrócony trójkąt znalazł się tuż przed jego oczyma. Sapnął i pochylił się…

    Perfekcyjne ciało karczmarki znikło. Zostało zmiecione jednym pchnięciem szalonego moralisty, który nagle wpadł do izdebki i zaczął szarpać oszołomionego atakiem hormonów Madeja.

    Co-ty-wy-pra-wiasz – syczał Olek przez zaciśnięte zęby, ciągnąc go z powrotem do pokoju gościnnego. – Mia-łeś-u-wa-żać! A nie gzić się z karczmarzową. Zbieraj rzeczy i wynosimy się stąd!

    Nie gziłem się – wyjęczał Florek próbując poprawić spodnie, gdzie mu się źle ułożyło i okropnie uwierało. – To ona sama…

    Później pogadamy – warknął. – Jazda, na dół i do lasu!

    Jakie rzeczy?

    Co?

    Jakie rzeczy mam pakować.

    Kurwa, Floro, bierz ten swój pierdolony płaszczyk i wiejemy! Juuuż!

    No dobra, juuuż…

    Szedł, ale i nie szedł. Pchnięta tak bezceremonialnie w kąt pokoju karczmarzowa zwinęła się w kłębek i obserwowała obu mężczyzn. Nie ruszała się, nie reagowała. Po prostu patrzyła tymi swoimi nieruchomymi oczami, w których odbijał się płomień świecy. Bez niego ten wzrok byłby martwy, pomyślał Florek Madej omiatając ostatnim tęsknym spojrzeniem nagie ciało. Wyszedł za Olkiem z izdebki, zamknął drzwi na haczyk, zgarnął płaszcz z wieszaka i po chwili już byli na zewnątrz. Wciągnął głęboko rześkie powietrze, żeby ochłonąć. Za płotem wściekle ujadał pies, chyba ten sam, który ich eskortował wieczorem.

    Za łąkami podnosił się brzask. Pobiegli skrajem lasu tak, by nie tracić z pola widzenia łąki, ale i ukryć się między drzewami. Olek Zawijas sunął przed siebie w jakimś ponurym stuporze, zacięty i milczący, jakby obrażony na cały świat. Jego własny świat.

    Przepraszam – wykrztusił wreszcie Florek Madej. – Nie wiedziałem, co się dzieje, chciałem tylko sprawdzić hałas za ścianą…

    Wiem – uciął Olek i machnął ręką towarzyszowi, żeby sobie dał spokój z tłumaczeniami. – Musimy być ostrożniejsi. Chociaż nie wiem dokładnie, co to znaczy.

    Słuchaj, Olo, czy ona by mnie…

    Zabiła? Nie wiem, może tak. Ale raczej uśpiła albo w inny sposób pozbawiła przytomności i wezwała tego swojego cyklopa, żeby się tobą zajął.

    A on?

    A on by cię zamknął w piwniczce i przyszedł po mnie. Albo zarzuciłby sobie twoje cudownie odchudzone ciało jak worek ziemniaków na ramię i zaniósł do cegielni, żeby rzucić swemu panu pod nogi. Jako dowód, że wypełnił zadanie.

    Swojemu panu, czyli komu?

    Florek Madej nie doczekał się odpowiedzi, ponieważ Olo powstrzymał go uniesieniem ręki i dalej maszerowali w milczeniu. Brzask jaśniał, otoczenie leśne nabierało konturów, widzieli białą watę mgły podnoszącej się z podmokłych łąk. Na niebie gasły gwiazdy, smugi fioletów i granatów ścieliły się do stóp wschodzącego słońca – sceneria była iście bajkowa. Od samego początku, gdy się ocknął pod murem młyna, Florek czuł, że ten świat tutaj, po drugiej stronie kartki, jest jakiś wyrazistszy, bardziej intensywny. Kiedy zatrzymali się na zakręcie drogi, żeby zaczerpnąć tchu, postanowił spytać.

    Słuchaj, Olo, od czasu jak się obudziłem pod młynem, to znaczy jak zasnąłem… to znaczy odkąd tu jesteśmy, wszystko jest jakby zbyt intensywne. Ostre. Za ostre. Nie wiem jak to nazwać. Jakby to malował ktoś, kto lubi przesadzać. Ten karczmarz był taki ohydny, jego żona taka zmysłowa, a zachód słońca taki piękny! Aż za bardzo. Zresztą wschód też, zobacz.

    Pokazał ręką na łąki, zza których unosiły się ku niebu kolejne warstwy kolorów, jak wzory na indiańskiej tkaninie.

    Bo na tym polega literatura – odparł spokojnie Olek, kiedyś profesor polonista. – I w ogóle wszelka sztuka. Nie na kopiowaniu rzeczywistości, tylko jej intensyfikacji. Chodzi o to, żeby wzmacniać doznania, doprowadzać je do maksimum, podkręcać potencjometry percepcji. Karczmarz i jego żona to nie konkretni ludzie, tylko typy. Jeden odstręczający, drugi uwodzicielski. Ja sam się przekonałeś, to działa. Ledwo cię stamtąd wyciągnąłem, miałeś spodnie naciągnięte jak namiot cyrkowy. Mam nadzieję, że ich nie zmoczyłeś.

    Nieee – odparł zawstydzony Florek i dalej ciągnął swoje wątpliwości. – No dobra, literatura, ale jeśli ludzie tutaj nie są bytami indywidualnymi, tylko typami, to jak poznamy tego, kogo szukamy?

    A kogo szukamy?

    No, chyba tego… Krzysztofa Szulca.

    Brawo, jednak coś kojarzysz – pochwalił go Olek.

    Szukamy Krzysztofa Szulca, który wprawdzie nie żyje, ale nas tu zwabił i teraz ściga jak uciekinierów, chociaż to w zasadzie on ucieka, a my go gonimy, ponieważ chcemy rozwiązać zagadkę, której się w rzeczywistości rozwiązać nie da, ale tu można, bo tu jest inna rzeczywistość, wymyślona, i kiedy tu nam się powiedzie, to również tam, po drugiej stronie, która w istocie jest pierwszą stroną, będzie można zapobiec nieszczęściu. Dobrze myślę?

    Uhmm.

    Co „uhmm”? Jakie „uhmm”? Przecież to się całkiem nie trzyma kupy.

    Bo ciągle masz kłopot z zaakceptowaniem faktu.

    Jakiego?

    Że jesteśmy tylko tu, a nie tam i tu równocześnie. Jeśli mogę ci coś poradzić, to zapomnij o „tam”. Szukaj mechanizmów prawdopodobieństwa pośród rzeczy, osób i sytuacji w nowym miejscu i nie odnoś ich do miejsca starego. To częsty błąd u poczatkujących interpretatorów: mieszanie porządków.

    To znaczy jeśli elfy istnieją, to mogą mówić? O to chodzi?

    Mniej więcej.

    To dlaczego odepchnąłeś tę piękną kobietę, jakby nie była człowiekiem tylko jakimś plastikowym manekinem? To nie jest mieszanie porządków?

    W pewnym sensie. Ale tylko po to, by się nie dać zaskoczyć. Lazłeś w objęcia pułapki jak mucha w słój miodu. Potraktowałem ją jak człowieka. Czyli istotę podstępną. Oczywiście po literacku przerysowaną.

    Aha, przerysowaną. Po literacku. Czy on też będzie przerysowany? Pojawi się jako wielki czarownik w pelerynie do ziemi i kapeluszu do nieba? A może jako władca smoków, nieustraszony pasterz dinozaurów, dosiadający pterodaktyla o łapach wysadzanych diamentami? Albo jako…

    Wędrowiec.

    Słowo to Olek Zawijas wypowiedział półgłosem, przez duszone gardło. Towarzyszyło mu machnięcie ręką wskazujące zakręt drogi. Stał tam młody mężczyzna w długiej opończy i kapeluszu z szerokim rondem. Na nogach miał obcisłe spodnie wpuszczone w pończochy, na prawym biodrze zwisała podróżna torba, na lewym spod płaszcza wystawał koniec szpady. Szedł ku nim wolnym krokiem, szeroko rozkładając ręce w geście powitania.

    Witajcie, panowie. Świt następnego dnia to wyborny czas na spotkanie.

    Olek gapił się na postać z półotwartymi ustami. Kiedy mężczyzna zbliżył się na kilka kroków i zatrzymał przed nimi, Florek przyjrzał się jego szpadzie. Koniec klingi był ciemniejszy i bardziej matowy. Kapały z niego krople krwi.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #21

    Budził się z trudem. Mimo otwartych oczu nadal widział przed sobą czarną czeluść z sypiącymi się czerwonymi kamieniami. Zamrugał powiekami. Kamyczki w kształcie rombów migotały jak gwiezdny pył w bajce Disneya. Laptop miał podświetlaną na czerwono klawiaturę, po której palce profesora Zawijasa biegały sprawnie i bezgłośnie.

    – Napisałeś?

    Cisza. Twarz piszącego rozświetlało niebieskie światło, wzrok wbity w ekran, przygryziona warga. I palce biegające we wszystkich kierunkach, jak myszy stłoczone w klatce. Profesor zdawał się być nie całkiem obecny w kabinie samochodu. Dokądś odleciał na tych ruchliwych, rozbieganych po klawiaturze palcach.

    Pozbawiony instrukcji Florian Madej zamknął oczy i spróbował zająć myśl swoimi sprawami. Uznał, że to dobry moment, by poskładać w całość wszystkie zgromadzone dotychczas przesłanki. Należało w ten absurdalny bałagan wprowadzić nieco porządku. Zaczął mamrotać pod nosem.

    Ktoś wgrywa sprytne oprogramowanie komputerowe, zwane dzisiaj aplikacją (apka! fuj!), w ścieżkę dźwiękową audiobooka i następnie za jego pomocą wpływa na umysły słuchaczy. Nakłania ich do samobójstwa, morderstwa, lub też do podpalenia. Albo wszystkich trzech zbrodni naraz. Wywołuje chaos i paraliż miasta, nie to jednak wydaje się być jego właściwym celem. Chodzi mu o zwrócenie uwagi na siebie. Chce, żeby ktoś inny serię wypadków odczytał jako komunikat wysłany właśnie do niego. Tym kimś może być profesor Aleksander Zawijas. Dlaczego? Ponieważ w audiobooku pojawiły się fragmenty jego dawnych notatek do powieści. Ponieważ miał wypadek podczas słuchania, ale nie zginął. Ponieważ kiedy słuchali audiobooka wspólnie, głos z płyty krzyczał wprost do nich. Zapraszał ich. Dla tamtego kogoś chaos w Krakowie był tylko wstępem do właściwej rozgrywki. O co? Tego Zawijas jeszcze nie wyjaśnił, chociaż gadał całkiem sporo. Nie stronił przy tym od stylistycznych zawijasów. No bardzo śmieszne, cha cha.

    Z przelotnej informacji Maceraka wynikało, że jest nawet ktoś w rodzaju podejrzanego, czyli mężczyzna z długimi siwymi włosami, którego widziały tamte dwie kobiety z księgarni. Krzysztof. Dawny przyjaciel, który wpadł w obłęd i postanowił się mścić za jakieś prawdziwe lub urojone krzywdy z przeszłości, wyrosłe na niezaspokojonej twórczej ambicji. Nieco mętne, ale nie nieprawdopodobne. Zdolny informatyk, który w warunkach domowych napisał odpowiedni program komputerowy i wprowadził go do sieci. A przez sieć do cyklu produkcyjnego audiobooków. A przez audiobooki – do umysłów słuchaczy.

    Z grubsza mogłoby być. Słabości?

    Po pierwsze, nawet jeśli istniał program do wpływania na dusze odbiorców, to nie sposób sobie wyobrazić, by za jego pośrednictwem można było również podsłuchiwać, a tym bardziej mówić. Nawet NASA chyba jeszcze nie ma czegoś takiego. Najbardziej zaawansowana technika cyfrowa ma swoje ograniczenia i w tej kwestii inspektor Madej nie był w stanie przebić ściany własnego sceptycyzmu.

    www.unsplash.com/Jahsie Ault

    Po drugie, z wydarzeniami inicjowanymi przez krwiożerczy audiobook mogło się identyfikować wiele osób, nie tylko profesor literatury. Płyty były powszechnie dostępne i generowały liczne ofiary. Zmyślna aplikacja mogła działać również w ten sposób, że każdy słuchający odnajdował w powieści jakieś intymne szczegóły i wokół nich budował własny, indywidualny odbiór. Odbiór dzieła literackiego, jak mówią specjaliści pokroju Zawijasa. To by tłumaczyło, dlaczego tak wiele osób pod jego wpływem ginęło. Każdy słyszał to, co chciał słyszeć. Co było jego najsłabszym punktem. I co w pewnych okolicznościach pozbawiało go sensu życia…

    Z tego jednak wynika, że cała ich wyprawa nie ma sensu! Profesor Zawijas (za jego namową, niestety), wziął komunikat uniwersalny za wyłącznie własny. Błąd subiektywizmu, częsty u humanistów. Może zupełnie niepotrzebnie tu przyjechali, a długowłosy siwy chudzielec nadal w mieście szaleje? Strach pomyśleć, co jeszcze może wywołać. Głos z płyty jednak słyszeli, o omamach słuchowych nie było mowy, więc jednak coś jest na rzeczy. Coś tu się dzieje, tylko nie wiadomo co.

    Po trzecie, profesor twierdzi, że ten jego przyjaciel od czterdziestu lat nie żyje. Czyli to nie on. Czyli znowu błąd…

    Powinni wracać.

    – Olek, słuchaj, chyba powinniśmy…

    – Skończyłem! – wyrzucił z siebie profesor. Zamknął laptop, przetarł palcami oczy pod szkłami okularów i dodał chrapliwie: – Jesteś gotowy?

    – Na co?

    – W zasadzie… na wszystko.

    – To nie jestem.

    – A kiedy będziesz?

    – Jak mi powiesz, dokąd idziemy.

    Profesor odetchnął głęboko.

    – To bardzo proste. Idziemy do starego młyna, jakieś sto pięćdziesiąt metrów stąd.

    – Tylko tyle?

    – Na początek. Później będzie trudniej i powinniśmy się przygotować na reagowanie w miarę rozwoju wypadków. Czy tak mówicie, jak planujecie akcję?

    – Nigdy nie planowałem akcji w starym młynie, przeciwko facetowi, który nie żyje od czterdziestu lat. Ale gdy nie wiadomo, co robić, to tak. Wtedy można powiedzieć wszystko.

    – No widzisz! I o to chodziło! Skoro można powiedzieć, to i można być gotowym. Wykrztuś wreszcie, że jesteś gotów na wszystko.

    – Jestem gotów na wszystko…

    – To dobrze – powiedział profesor zmienionym, chrapliwym głosem. – Bo najprawdopodobniej nie wrócimy.

    – Że co???

    – Ciszej. I przestań z tym „co”. Sam mnie namawiałeś, uprowadziłeś ze szpitala, zmusiłeś do pojechania ze sobą w głuchą noc…

    – Ale…

    – …na jakieś beznadziejne zadupie, które – tak się składa – jest moją rodzinną ziemią, a teraz co i co. Nic. Uprzedzał nas: to droga w jedną stronę. Poza tym musiałem napisać zakończenie. Takie prawdziwe, nie literackie.

    – Zwracam ci uwagę na pewne logicznie brawurowe konsekwencje…

    – Za późno na robienie sobie uwag, drogi Floro. Idziemy do starego młyna. Zresztą – odwrócił się teatralnie, by spojrzeć wstecz na polną ścieżkę między pastwiskami – obawiam się, że już nie ma odwrotu.

    www.unsplash.com/Adrian Dascal

    Nie czekając na odpowiedź swego towarzysza wysiadł i ruszył wzdłuż skarpy stanowczym krokiem.

    Chcąc nie chcąc inspektor również musiał wysiąść i pójść za nim. Sprawdził prowiant w kieszeniach, zamknął starannie samochód i rozchylając gałęzie czarnego bzu podreptał ostrożnie w ciemność, świecąc sobie latarką ze smartfona pod nogi.

    Szli tak dłuższą chwilę w miękkiej, aksamitnej ciszy, w dole pod skarpą szemrała rzeczka, w górze świeciły gwiazdy. Mijali kępy krzewów i pojedyncze drzewa, których korony odcinały się na tle gwiaździstego nieba czarnymi, rozcapierzonymi łapami. Po chwili oczy inspektora Madeja oswoiły się z ciemnością i wyłączył latarkę. Warto oszczędzać baterię na później. Obejrzał się i stwierdził ze zdziwieniem, że nie widać zupełnie nic, nawet dalekich świateł wioski, które migały na horyzoncie jeszcze przed chwilą, gdy wysiadał z samochodu. Teraz nic. Zupełnie jakby świat znikał tuż po ich przejściu. Podbiegł truchtem do przodu i znalazł się za profesorem, który szedł pewnym, wolnym od wahania krokiem. Wie, dokąd idzie, pomyślał Madej, ale nie odważył spytać. Już zdołał pojąć, że w profesorze coś się przełamało, jakaś decyzja zapadła kategorycznie i nieodwołalnie, i że zostały w nią wkalkulowane wszystkie, najstraszniejsze nawet konsekwencje. Niekoniecznie logiczne. Z jego energicznego chodu można było nawet wywnioskować, że decyzja go raduje i uskrzydla, podnosi na duchu, odmładza. Zgrabnie przeskakiwał nierówności, zręcznie odchylał gałęzie i błyskawicznie się kulił, gdy któraś znalazła się nagle tuż przed jego twarzą. Obserwując go i wyciągając nogi, by mu dotrzymać kroku, Madej ze zdziwieniem stwierdził, że i jemu idzie się lżej, łatwiej, bez wysiłku. Uśmiechnął się pod nosem. Cuda wrześniowej nocy na drodze do starego młyna.

    Wreszcie go zobaczyli. To znaczy Zawijas stwierdził, że go widzi, ponieważ ciemność nadal była gęsta i cicha jak beczka smoły. Dopiero kiedy przycupnęli w płytkim rowie i profesor pokazał ręką miejsce, Madej również go dostrzegł. Zwalista sylwetka w kształcie prostokąta zajmowała prawie cały horyzont. Wyglądał upiornie. Przez pozbawione okien dziury w ścianie prześwitywało granatowe niebo. W jednym z oczodołów mrugała jasna gwiazda, jakby młyn puszczał do nich oko. Inspektor wzdrygnął się.

    – Co chcesz teraz zrobić? – spytał szeptem.

    – Wejdziemy do środka – odparł profesor z oczywistością w głosie. – Ale nie główną bramą, tylko podziemnym wejściem, prowadzącym od piwnicy dworu. Obejdziemy naokoło, przez park. Wejście od frontu nic by nie dało – dodał widząc niepewne spojrzenie inspektora.

    – No tak, oczywiście – zgodził się Madej. – Nic by nie dało… Ruszamy od razu, czy musimy najpierw ugotować ogon kota i wypowiedzieć zaklęcie?

    – Ruszamy od razu – odparł poważnie profesor. – Zaklęcia będą później.

    – Co? Jakie zaklęcia? Przecież żartowałem!

    – Ciii – uciszył go profesor. – Nie krzycz. Ryzyko jest coraz większe. Słuchaj – zniżył głos do konspiracyjnego szeptu – żeby ci ułatwić poruszanie się w tej przestrzeni umówmy się, że nie stawiasz żadnych pytań, dopóki ci nie powiem, że już można. Okej? Wiem, to niełatwe, ale spróbuj dokonać zawieszenia niewiary. Jest taki termin w studiach nad kulturą popularną. Zawieszenie niewiary. Wiesz, żeby drzewa mogły mówić, kamienie chodzić, a ludzie z palców wypuszczać laserowe promienie. My musimy wejść do piwnicy pod przedszkolem, gdzie jest tunel do młyna, i tam wyjść. Proste? Tam wykonać jedną prostą czynność gimnastyczną, powiedziałbym nawet rekreacyjną, a potem już poleci. To znaczy… no tak, poleci. Chodźmy.

    Nie czekając na odpowiedź pociągnął inspektora za rękaw i zgięci w pół jak żołnierze w okopie obeszli teren młyna, by po drugiej stronie znaleźć się na niewielkiej pochyłości, wiodącej do dworskiego parku. Stare, zdezelowane ogrodzenie miało mnóstwo dziur, więc bez trudu weszli na posesję i kilkoma skokami dopadli okienka w przyziemiu. Zawijas z pewnością stałego bywalca, który ostatnio był tu nie dalej jak wczoraj, sięgnął do górnej listwy framugi, przekręcił dwa zagięte gwoździe i wyjął prostokątną ramę z szybą. W twarze dmuchnęło im wilgotne, zatęchłe powietrze. Profesor wyjął laptop, który trzymał na brzuchu za paskiem spodni, i podał Madejowi.

    – Przytrzymaj – powiedział i schwyciwszy rękami framugę zgrabnie wśliznął się do środka. Zachrzęściło gniecione butami szkło. Madej miał jednak kłopot z pełną akceptacją ryzykownych posunięć swego towarzysza. Od chrzęstu szklanych okruchów przeszedł go dreszcz. Wyobraził sobie niefortunny upadek profesora i porozcinane do krwi dłonie.

    – Teraz ty – usłyszał z głębi. Podał laptop do środka i wskoczył. Wylądował pewnie, bezpiecznie, jakby wchodził do tej piwnicy setki razy. Ostatnio wczoraj. Otrzepał płaszcz i rozejrzał się dokoła, zupełnie bezproduktywnie, ponieważ panowała całkowita ciemność. Profesor jednak najwidoczniej znał drogę. Zatkał okienko oszkloną ramą i pociągnął Madeja za rękaw w głąb podziemi.

    Szli powoli wąskim korytarzem. W głowie Madeja kotłowały się dziesiątki myśli, od całkiem trzeźwych (pochodzimy trochę i wrócimy do okienka) aż po całkiem zwariowane (w tej ciemności demon może z nami zrobić, co zechce). Zgodnie z zaleceniem nie stawiał jednak pytań i szedł grzecznie, prowadzony za rękę przez lepiej od niego zorientowanego przewodnika. W pewnym miejscu korytarz się rozwidlał i profesor wybrał tunel w prawo, po kilkunastu krokach dobił jednak do ściany i musieli zawrócić. Poszli drugą nitką i znowu natrafili na rozwidlenie, wybrali ścieżkę w lewo i po dwudziestu krokach ponownie natrafili na gładką ścianę ślepego korytarza.

    – Kurwa – zaklął profesor ledwie dosłyszalnie.

    – To labirynt?

    – Nie pomyślałem o tym – odparł profesor, co jednakże trudno było uznać za odpowiedź na pytanie. Madej chciał spytać, o czym nie pomyślał, ale bał się odzywać. Napięcie i tak rosło z minuty na minutę.

    Wrócili do pierwotnego rozwidlenia i ruszyli w drogę powrotną do piwniczki z okienkiem. Nie doszli do niej. Korytarz ciągnął się na wprost tak samo jak przedtem, żadnych zakrętów, żadnych rozwidleń, a jednak szli i szli – i nie mogli dojść. Kiedy marsz trwał już na tyle długo, że przekroczył wszelkie granice prawdopodobieństwa, profesor zatrzymał się i powtórzywszy popularne zaklęcie na „k” usiadł pod ścianą. Rozłożył laptop i znowu zaklął.

    – Padł? – spytał Madej. Ograniczał swe nieśmiałe pytania do minimum.

    – W ogóle go nie ma – odparł profesor dziwnie spokojnie i podał Madejowi laptop.

    – Co to jest? – spytał inspektor, zanim zdążył się ugryźć w język. W ręku trzymał kawałek deski.

    – Deska, która była laptopem – wyjaśnił Zawijas i nagle zaczął krzyczeć na cały głos: – By to krew zalała! Niech szlag jasny trafi! Kurwa twoja mać, że też o tym nie pomyślałem! W pizdę trójkątną wieloryba!

    Rozkręcał się. Coś poszło mocno nie tak i Madej podejrzewał, że nie chodziło tylko o zagubienie w labiryncie. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął płaski kawałek tektury, będący jeszcze przed chwilą jego wypasioną komórką. Obrócił w palcach, powąchał, pachniało tekturą. Schował z powrotem drżącą dłonią, ale się nie odezwał. Usiadł pod ścianą obok Zawijasa i westchnął ciężko. Milczeli chwilę. Madej sięgnął i namacawszy łokieć profesora, poklepał go na pocieszenie. Lepsze to niż nic, kiedy się nie ma nic. Hmm, niezłe.

    – On nas jakoś zaczarował, prawda? – spytał, kiedy cisza trwała już na tyle długo, że zaczynała przypominać ciszę cmentarną.

    – Nie, to ja zawaliłem – wyznał profesor. – Jakbyś chciał zapytać, co teraz, to od razu mówię, że nie wiem. Wiedziałem, ale już nie wiem. Myślałem, że dopisałem wszystko, co trzeba, a tu taka wtopa. I to na początku. W dupę jeża!

    – Ładne – zgodził się Madej. – Mam na myśli tę dupę jeża. Ale może jednak nie siedźmy tu tak bezczynnie, aż nas dworskie szczury zjedzą, tylko chodźmy dalej. Przecież to wyjście musi gdzieś tu być.

    www.unsplash.cpm/Anna Hunko

    Pociągnął profesora, który z oporami wstał i poszedł tym razem jako drugi, wlokąc się noga za nogą. W ciągu kilku dramatycznych minut cała para zeszła z niego. Był słaby, ledwo szedł i co chwila pokasływał, ponieważ brakowało mu powietrza. Madej też zauważył, że w podziemiu zrobiło się jakby duszniej. Trudno się oddychało, więc szli powoli, przystając na zmianę raz jeden, raz drugi.

    – Czy jeże nie polują przypadkiem na szczury? – zagaił, żeby zająć czymś uwagę załamanego profesora.

    – Nie wiem, jestem od literatury – odparł ciężko Zawijas. – Na pewno szczury nie polują na jeże. Nikt nie poluje na jeże. Hyyy, hyyy… Poczekaj, Floro, nie mam siły.

    Usiadł pod ścianą, co inspektor wywnioskował z szurania kurtki po betonie. Namacał ramię swego towarzysza i usiadł obok. Zaczął obmacywać kieszenie w poszukiwaniu zapałek, które kupił razem z papierosami. Namacał je i wyjął. Poruszał pudełkiem. Grzechotały jak zapałki.

    – Chyba nie zamieniły się w tekturę – powiedział z uśmiechem i zapalił jedną. Mrok rozjaśniło żółte światło. Korytarz w obu kierunkach tonął w mroku. Głowa profesora zwisała ciężko na pierś, oparte na kolanach dłonie wyglądały jak zdechłe ryby.

    – Cholera, napiłbym się – mruknął głucho Zawijas. Inspektor zaczął grzebać w kieszeniach swojego płaszcza. Po chwili wyjął stamtąd płaską butelkę żołądkowej gorzkiej.

    – Mówiłem ci, że trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność.

    Oczy profesora Zawijasa rozpaliły się nagłym blaskiem. Sięgnął po butelkę, wprawnym ruchem odkręcił i pociągnął  solidnie łyk. Zakrztusił się, odkaszlnął i pociągnął następny. I jeszcze trzeci. Oczy mu się zaszkliły.

    – Jesteś cudotwórcą – wyszeptał liturgicznym głosem.

    – Jestem skończoną kanalią – odparł Madej. – Twoja żona błagała mnie, żebym tego jednego właśnie absolutnie nie robił. Przysiągłem, że nie zrobię.

    – To już nieważne – stwierdził Zawijas. – Ważniejsze, żeby wymyślić, gdzie jest… Jasna dupa, ależ oczywiście! Jaki ze mnie bałwan! Chodźmy!

    Poderwał się i nim inspektor zdążył spytać, o co chodzi, pociągnął go za rękę. Poszli w głąb podziemi, ale znacznie szybciej niż poprzednio. Zmęczenie ustąpiło równie szybko, jak się pojawiło. Prawie biegli. Zawijas bezbłędnie skręcił na dwóch kolejnych rozwidleniach i wkrótce znaleźli się przed pierwszą ze ślepych ścian. Profesor podszedł do niej, rozłożył ramiona i przywarł całym ciałem. Mimo zupełnej ciemności Madej widział jego sylwetkę całkiem wyraźnie na tle betonowej płaszczyzny. Po chwili rozległ się zgrzyt mechanizmu i ściana się poruszyła. Jej prawa strona popłynęła w głąb, lewa najechała na nich. Przejście stało otworem. Weszli.

    Po dwóch metrach natrafili na kręte kamienne schody. Weszli na górę i znaleźli się w pustej hali starej fabryki. Ciemność straciła nieco na pewności siebie, przez otwory okienne od wschodu płynęła szarość świtu. Profesor rozejrzał się wkoło, westchnął, jakby miał się zaraz rozpłakać, a potem energicznie szarpnął inspektora za rękaw.

    – Na górę! Musimy zdążyć przed wschodem słońca!

    – Że niby wampiry…? – spytał niepewnie Madej. – Ale kto, my?

    Po raz kolejny tej nocy nie doczekał się odpowiedzi, więc posłusznie ruszył za swoim przewodnikiem ku metalowym schodom na piętro. Minęli wielki korpus silnika, kwadratowy lej opadający z sufitu tuż nad podłogę i dudniących stopniach wbiegli na piętro. Niebo na wschodzie jaśniało. Profesor śpieszył się niemal gorączkowo. Znowu wiedział, co robić, z tą swoją nieznośną profesorską pewnością siebie. Podbiegli do dziwnego urządzenia, które ze wszystkich znanych Madejowi rzeczy najbardziej przypominało dziecięcą zjeżdżalnię na palcu zabaw, i Zawijas nakazał mu usiąść na tym.

    – Że co?

    – Jeszcze ci nie pozwoliłem pytać. Siadaj i zjeżdżaj. Szybko, bo zaraz się zrobi dzień, a po tobie muszę jeszcze ja. No już, zjeżdżaj!

    – Dobrze, ale wyjaśnij mi tylko jedno – mówił inspektor siadając w drewnianej rynnie. – Kiedy mi opowiadałeś o starym młynie, to wspominałeś, że dwadzieścia lat temu go zburzyli i został po nim tylko betonowy plac. To znaczy, że teraz go nie ma. A myśmy go przedtem widzieli, w nocy, a teraz w nim jesteśmy, i z tego by wynikało, że nas również…

    – Nie ma – wyszeptał mu do ucha profesor i mocno pchnął w dół.

    KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #20

    Czytaliśmy na wyścigi. Kto więcej stron dziennie. Na koniec tygodnia robiliśmy podsumowanie i zwycięzca opowiadał te swoje przeczytane. Uwielbialiśmy opowiadać! Obaj, chociaż ja ciągle cierpiałem, że Krzysztof ma do tego większą smykałkę, większy dryg, jak mawiała babka. Uwodził umiejętnością gawędy, zręcznego streszczania fabuły z wplataniem fragmentów dialogów, opisów postaci… Miał fenomenalną pamięć, potrafił z głowy zacytować cały akapit z Potopu albo z Biesów. W każdą niedzielę udawaliśmy przed rodzicami, że jedziemy do kościoła i wysiadaliśmy dwa przystanki wcześniej, żeby uciec na stawy i włóczyć się dwie godziny po groblach z naszymi opowiadaniami. Zima, lato, przy każdej pogodzie, nie zważając na świat wokoło – gadaliśmy, gadaliśmy, gadaliśmy. O książkach. O tym, co po drugiej stronie kartki.

    Profesor zamilkł, a inspektor wykorzystał moment, by sprawdzić w nawigacji dalszą drogę. Zabrnęli w jakieś ciasne drogi łączące miejscowości o dziwnych, nieledwie bajecznych nazwach, jak Wieprz, Nidek, Malec, Kańczuga… zupełnie jak imiona diablików ze starej baśni. Dotknął ikonki telefonu i okazało się, że połączenie bluetooth działa. Wybrał numer córki. Cisza. Nie można zrealizować połączenia. Wybrał numer żony, ale gdy zaczęło łączyć, przerwał. Nie ma sensu.

    Nie pamiętam, który z nas pierwszy wpadł na ten pomysł – ciągnął profesor Zawijas. – Pewnie Krzyś, bo jak mówiłem, był lepszy w opowiadaniu. Miał coś takiego, wiesz, co jest już w języku, w sposobie formułowania zdań, dobierania słów, wchodzenia w intymną relację z materiałem literackim. Powiedziałbym, że zatracał się w fabule, czasami do tego stopnia, że tracił kontakt z rzeczywistością. Jakby… wchodził w książkę. Rozumiesz, do środka. Mnie się to również przydarzało, to zresztą warunek empatycznej lektury, dzisiaj nazywanej imersją. Nie umiałem jednak o tym tak barwnie opowiadać. Trochę się jąkałem. Nie śmiej się, naprawdę miałem wtedy kłopoty z wymową, chyba na tle nerwicowym, bo potem mi przeszło. Pomogły seks i alkohol. Terapia przez dorastanie. Później jeszcze zacząłem namiętnie palić. Co robisz?

    A propos – mruknął inspektor i zjechał z drogi.

    Niewielki sklep o aparycji pasterskiej budy, oświetlony – a jakże! – niebieskim neonem ALKOHOLE 24H stał niemal w polu, przy zjeździe z szosy do wioski o kolejnej malowniczej nazwie: Babuda, i rzeczywiście był otwarty. Opel zajechał na gliniany plac pełniący funkcję parkingu, Madej wyłączył silnik i z rękami zawieszonymi na kierownicy spojrzał w oczy profesora Zawijasa.

    Potrzebujesz coś?

    Mierzyli się wzrokiem. To była noc skrzyżowanych spojrzeń.

    Nie. A ty?

    Papierosy.

    Nie wiedziałem, że palisz.

    Ja też nie wiedziałem, ale trzeba się przygotować na każdą ewentualność.

    Wiesz, że to może być nieodwracalne. W twoim wieku…

    W twoim też. „Droga w jedną stronę” – pamiętasz?

    Profesor Zawijas przygryzł wargę i nic nie odpowiedział, co inspektor uznał za zamknięcie sprawy i wysiadł. Szybkim, niemal uskrzydlonym krokiem wbiegł na schodki sklepowej budy, co przy jego tuszy i rozwianych połach krótkiego płaszcza wyglądało dosyć niesamowicie. Po chwili wrócił z kieszeniami wypchanymi tajemniczymi zapasami.

    Kupiłem też coś na zagrychę. Tam chyba trzeba jeść, co?

    Ponieważ profesor w odpowiedzi tylko wzruszył ramionami, Madej rozerwał torebkę z chipsami o smaku zielonej cebulki i wpakował sobie całą garść do ust. Żuł systematycznie i głośno, parę razy zachęcając towarzysza do poczęstowania się wyborną, mocno spóźnioną kolacją. Następnie wyjął z kieszeni małą brązową puszkę mrożonej kawy i wypił duszkiem.

    Żeby nie zasnąć za kierownicą – wyjaśnił. – I co dalej z tym opowiadaniem książek?

    Wyjechali na nocną szosę, zostawiając za sobą migające światełka nocnego sklepu, i profesor wrócił do opowiadania.

    www.unsplash.com/Alex Bello

    Dopiero wiele lat później przyszło mi do głowy, że on zagadywał swój kompleks. Bo ja nie umiałem opowiadać tak jak on, ale pisałem lepiej. Chyba. On tak uważał i strasznie go to gryzło. Po pewnym czasie Krzyś regularnie wygrywał zawody czytelnicze i niedzielne opowieści należały praktycznie bez wyjątku do niego, podczas gdy ja pisałem. Może o to gdzieś między wierszami w naszym układzie chodziło: on mówi, ja piszę. Może ja mu dawałem wygrywać, żeby się wygadał, i przegrywałem specjalnie, zyskując w ten sposób czas na pisanie. To dzisiaj nie ma żadnego znaczenia… – zamyślił się, jakby to była jakaś szczególnie odkrywcza refleksja. – Namawiał mnie później na czytanie tego, co napisałem, i wtedy oczy zachodziły mu takim bezdennym smutkiem. To znaczy, tak teraz o tym myślę, że to przez moje czytanie, bo wtedy tego nie widziałem. Myślałem, że po prostu jesteśmy parą przyjaciół, którzy mają bzika na punkcie literatury i nadają na tych samych falach. O, właśnie tak – nadawanie na tych samych falach! O to chodziło.

    Przerwał, ponieważ droga zrobiła się znowu kręta i musiał dla równowagi złapać się uchwytu nad głową.

    Wiesz, co mnie w życiu najbardziej wkurza? – spytał retorycznie, gdy wyjechali na prostą. –Że wprawdzie dowiadujesz się wszystkiego, co ci było potrzebne, tylko za późno i nic już nie można zmienić. Brniesz na ślepo przez jakieś cholerne życiowe paści, a kiedy potem – pokaleczony i nauczony na własnej skórze – odwracasz się, żeby poprawić, nic już nie ma znaczenia. Zostaje ci tylko czekanie, że jeszcze raz, kiedyś, druga szansa, powtórka tamtej jednej chwili, ale już z korektą, bo jesteś mądrzejszy… Gdybym wtedy wiedział, co wiem teraz… Natomiast jestem prawie pewien, że to on pierwszy rzucił hasło przejścia na drugą stronę.

    „–Wiesz, chciałbym tam zostać.”

    „–Gdzie?”

    „–W środku. Wejść do książki i zostać.”

    „–Dlaczego właściwie?”

    „–Tam jest lepiej. Przytulniej. Jaśniej.”

    „–Może czytamy takie pogodne książki? Inne mogą być straszne. Mogą być okrutne”.

    „–Nie! Każda książka jest lepsza od rzeczywistości! Rozumiesz? Każda! Prawdziwe życie jest w literaturze! Wszyscy wielcy pisarze tak mówią!”

    „–Ale nie da się żyć w literaturze.”

    „–Musi być jakiś sposób. Musi!”

    Samochód znowu wjechał między drzewa i inspektor zwolnił pomny niedawnych przygód z leśnymi mieszkańcami. Sięgnął do torebki z chipsami, leżącej między nimi, ale na widok karcącego spojrzenia profesora cofnął rękę.

    Tak to mniej więcej brzmiało – powiedział Zawijas przytakując jakimś swoim wątpliwościom. – Naiwne pogaduchy gówniarzy z liceum, którzy liznęli parę książek i wydawało im się, że już wszystko wiedzą. Żywiłem wtedy sztubackie przekonanie, że wszyscy w miarę rozgarnięci licealiści tak mają, że jesteśmy raczej regułą niż wyjątkiem, chociaż wystarczyło rozejrzeć się po klasie w czasie lekcji polskiego, by zaobserwować coś przeciwnego. Gdybym teraz wrócił do tamtych czasów, inaczej bym to rozegrał…

    Skąd wiesz, że lepiej?

    Bo do tego służy wiedza: żeby coś zrobić lepiej.

    Aha – zgodził się inspektor. – I teraz jedziemy, żeby tam wrócić, z naszą wiedzą, i zrobić to lepiej…

    Wymienili szybkie spojrzenia i wrócili do obserwowania drogi przed samochodem.

    Nie całkiem.

    To co będziemy robić?

    Jeszcze nie skończyłem – odparł szorstko profesor.

    Masz okazję, by następne zdanie zacząć od „no więc”.

    Profesor uśmiechnął się pod nosem.

    No więc Krzyś wpadł na pomysł, byśmy wspólnie pisali jedną powieść, równocześnie, siedząc obok siebie i wymyślając postacie, ich perypetie, zwroty akcji. Powiedział, że to będzie taka nasza ścieżka z tego do tamtego świata. Dokładnie tak się wyraził: „z tego do tamtego świata”. Mieliśmy wczuć się w akcję na tyle mocno, by tu zniknąć i tam się pojawić. To też jego wyrażenie. Na moje sceptyczne uwagi odpowiadał, że to zależy wyłącznie od stopnia zaangażowania i jak nie chcę, to nie muszę w tym brać udziału. On spróbuje sam.

    Trochę jak dwaj harcerze, którzy się umawiają na wąchanie kleju – rzucił inspektor.

    Mniej więcej. Krzysztof miał w sobie coś z nałogowca. Zawsze trzymał w pogotowiu wielką pasję, gotów zaangażować ją w każdą sprawę, która mu się zamieni w opowieść. Myślę – Zawijas zawiesił głos – że on miał w sobie coś z prawdziwego pisarza. Był prawdziwym pisarzem.

    Znowu zamilkł i pogrążył się w jakichś swoich wspomnieniach.

    Daleko jeszcze do początku tej historii? – spytał Madej po odczekaniu stosownej chwili. – Bo nawigacja pokazuje mi, że za pół godziny będziemy na miejscu. Przeszliście na drugą stronę?

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Wiem, że dzisiaj brzmi to śmiesznie – odparł profesor – ale wtedy traktowaliśmy rzecz najzupełniej poważnie. Pewnej niedzieli w ogóle nie wsiedliśmy do autobusu i zamiast do kościoła, udaliśmy się w przeciwną stronę, do parku przy przedszkolu mieszczącym się w dawnym dworze ziemiańskim. Pod gankiem z tyłu budynku znajdowało się okienko do piwnicy, które nieraz otwieraliśmy i właziliśmy do środka, trudno powiedzieć, po co. Tym razem mieliśmy konkretny plan i wyposażeni w zeszyty oraz długopisy usiedliśmy w kącie, gdzie padało trochę światła przez brudną szybę. Zaczęliśmy układać naszą powieść. Wymyśliliśmy, że będzie się działa w naszej wsi, a głównymi bohaterami będą dwaj chłopcy, którzy wolą świat wymyślony od prawdziwego. Super oryginalne! Zabraliśmy się do rysowania mapy topograficznej naszej powieści, imion bohaterów, ustalania miejsc akcji poszczególnych rozdziałów. I wtedy doszło do pierwszej kłótni.

    Zajmująca historia – mruknął Madej z niejasną intencją w głosie.

    Już się zaczyna – uspokoił go Zawijas. – Otóż w pobliżu przedszkola, czyli dawnego dworku, był betonowy plac po młynie, który podobno stał kiedyś w tamtym miejscu. Mówię „podobno”, bo nigdy go nie widziałem, dopiero wiele lat później zobaczyłem na jakiejś starej fotografii jego zwalistą, prostokątną bryłę z szeregiem niewielkich okien. I ja się upierałem, że akcja naszej powieści ma się rozgrywać w tym młynie, nawet proponowałem, żeby cała powieść tak się nazywała: „Stary młyn”. Wiem, kojarzysz. Przy okazji zapewniam cię, że będzie jeszcze parę punktów w tej historii, w których możesz się śmiać. W każdym razie stanowczo domagałem się, żeby stary dworski młyn stanowił miejsce naszej akcji. Natomiast Krzysztof upierał się, że nie, że on ma lepszy pomysł. Że to będzie…

    Cegielnia.

    Właśnie. Cegielnia. Skąd wiesz?

    Madej westchnął i nabrał do ust garść chipsów.

    Gdybym nie umiał skojarzyć takich rzeczy, nie przepracowałbym tyle lat w policji śledczej. I nie wyrywałbym cię z wariatkowa, gdzie ci było tak dobrze…

    Gówno wiesz o moim siedzeniu w wariatkowie! – krzyknął profesor tak głośno, że Madej zdziwiony wcisnął hamulec i zjechał na pobocze.

    Hej, co jest? Przepraszam. Nadepnąłem ci na coś?

    Przyglądał się z uwagą profesorowi, który zamachał rękami, a potem zaczął ogryzać paznokcie. Ten trochę wulgarny i całkiem szczeniacki odruch zupełnie do niego nie pasował. Jakby na chwilę przestał być profesorem, pomyślał Madej.

    Wcale mi nie było dobrze. Było fatalnie. Wszystko tamto, wiesz… wróciło. Eee, do diabła! Pieprzę jakieś głodne kawałki, bo nie umiem, rozumiesz? Nie umiem!

    Czego nie umiesz?

    Nie umiem tego opowiedzieć! Gdzie jesteśmy?

    Nagle zmienił temat i przystawił dłoń do czoła, by widzieć, co jest w ciemności za oknem.

    Według nawigacji mijamy wiochę o malowniczej nazwie Malec. Zaraz będzie Smarkacz, a potem Konus…

    Ale to nie jest Malec! – wykrzyknął profesor. – Jedziemy w drugą stronę!

    Inspektor zrobił zdziwioną minę i wziął się do sprawdzania ustawień nawigacji samochodowej. Wszystko było w porządku. Pomyślał chwilę i wyjął z kieszeni telefon komórkowy. Kiedy wyjeżdżali z Krakowa, sieć przez chwilę działała normalnie, wybrał nawet numer do córki i żony, co prawda bezskutecznie. Teraz znowu padła. Odwrócił się do Zawijasa, by mu to pokazać i wtedy na czarnym ekranie zamigotała buźka. Jestem tu z wami.

    Cholera, on nas cały czas śledzi! – wykrzyknął. – Twierdziłeś, że nie żyje. Zaczniesz wreszcie tę popieprzoną historię?

    Spokojnie – powiedział profesor matowym głosem. – Po pierwsze, wyłącz te wszystkie elektroniczne zabawki i zawróć samochód. Powiem ci, którędy masz jechać. To już niedaleko.

    Madej posłusznie zawrócił na pierwszym polnym zjeździe i jechał teraz powoli, czekając na dalsze instrukcje.

    Niedaleko do śmierci – mruknął do siebie, a potem dodał trochę głośniej: – W co ja się wpakowałem!

    Nie doczekał się wyjaśnień, w co się mianowicie wpakował, więc nabrał jeszcze jedną garść chipsów i zaczął chrupać tak głośno, że aż się zakrztusił. Zaklął brzydko i popił ziemniaczaną miazgę zimną wodą. Zrobiło się jeszcze gorzej, miał teraz kamień w żołądku, więc klął dalej, obracając złość przeciwko własnej głupocie.

    Profesor nie zwracał uwagi na jego perypetie. Na następnym skrzyżowaniu nakazał skręcić w lewo i znaleźli się na łagodnym zjeździe w dół, dalej droga wiodła pomiędzy stawami hodowlanymi, oddzielanymi cienkimi jak miedze groblami. Za ostatnią z nich na rozległym wypłaszczeniu majaczyły w ciemności bryły kilku domów. Ciemne, wygaszone, przycupnięte między drzewami – bardziej przypominały drzemiących olbrzymów, niż siedziby ludzkie. Asfaltowa szosa biegła prosto jak od linijki, jakiś kilometr przed nimi mrok rozświetlała pojedyncza latarnia. Pod nią szosa się rozwidlała i profesor polecił skręcić w lewo, a kilometr dalej w prawo. Znowu jechali między drzewami, wąskim mostem przekroczyli rzekę i znaleźli się wśród łąk. Druty biegnące między drewnianymi kołkami wskazywały na tereny pastwiskowe.

    Tu! – krzyknął nagle profesor i Madej gwałtownie zahamował. Między dwoma słupkami schodziła w pola wąziutka drożyna. Wjechał w nią bardzo ostrożnie, ale Zawijas i tak kazał jeszcze zwolnić.

    Ostrożnie, pomalutku, ostrożnie… – powtarzał w napięciu. Wkoło panowała czarna noc, przecięta reflektorami ich samochodu. Jedynym jaśniejszym punktem w kabinie monotonnie mruczącego opla była tablica rozdzielcza. W jej mdłym świetle inspektor zobaczył krople potu na czole Aleksandra Zawijasa.

    Boisz się? – spytał cicho.

    Nie – skłamał profesor. Głos mu drżał.

    Minęli kępę gęstych zarośli i droga, która zwęziła się do rozmiarów ścieżki, skręciła ostro w lewo. W światłach ukazała się następna kępa krzewów, większa, z półkolistym zwieńczeniem z gałęzi u góry.

    Mam tam wjechać?

    Tak. Tylko błagam cię, powoli. I wyłącz światła.

    Co?!

    Jedź na postojowych – sprecyzował poirytowanym głosem profesor. – I powoli!

    Dobrze, dobrze.

    Madej zrobił wszystko zgodnie z nerwowymi instrukcjami profesora. Ten z wybałuszonymi od natężonej uwagi oczyma wpatrywał się w krzaki, jakby chciał wzrokiem rozchylić pędy dzikiego bzu i utorować im drogę.

    Stój! – zakrzyknął w pewnym momencie i Madej wdepnął hamulec. Samochód zatrzymał się i zgasł. Profesor wyjął z torby Madeja swój laptop, rozłożył na kolanach i włączył.

    Teraz możesz się na chwilę zdrzemnąć.

    A co ty będziesz robił?

    Muszę coś napisać?

    Co?! Teraz?

    Przestań się pytać „co?”, jak półgłówek, tylko wyłącz te cholerne światła postojowe i daj mi pół godziny. Może trzy kwadranse.

    Co chcesz napisać?

    Zakończenie naszej historii.

    Madej miał ochotę krzyknąć, ale ugryzł się w język. Następne „co” mogło wywołać niepotrzebną burzę. Wyłączył światła, rozejrzał się po ciemnościach wkoło i stwierdziwszy, że patrzenie w którąkolwiek stronę jest pozbawione sensu, oparł się o fotel i zamknął oczy. Był przekonany, że po wieczornych kawach nie zmruży oka, ale zasnął prawie od razu.

    Śnił mu się młody człowiek w staroświeckim stroju, który szpadą rozcinał brzuch wielkiego jaszczura. Z gadziego wnętrza sypały się drogie kamienie. Najwięcej było czerwonych. Świeciły.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #19

    Aspirant Bartosz Macerak rzeczywiście przybył pod budynek szpitala bardzo szybko, w pół godziny od telefonu inspektora. Madej czekał na niego przed wyjściem. Wsiadł na miejsce pasażera i powtrzymał dłonią aspiranta, który właśnie zabierał się składania raportu.

    – Później. Masz drugi samochód? – spytał.

    Macerak pokazał na włączone reflektory pojazdu na drugim końcu skweru.

    – Ale, panie Florianie, nie wiem, czy to najlepszy pomysł. To, co się dzisiaj działo w mieście… Komendant Pliszka biegał po całym gmachu i pomstował na wszystkich, jakby to u nas na Mogilskiej znajdowało się źródło tej całej katastrofy. Na pana też. Za to, że pana nie ma. Kiedy pan wróci?

    – Nie wiem. Później sobie pogwarzymy, teraz jest robota.

    Przyjrzał się krytycznie swojemu pomocnikowi, po czym sięgnął po swoją staroświecką torbę, z którą wyglądał jak księgowy z fabryki zabawek, i zaczął wyjmować ubrania: koszulkę, spodnie i bluzę z kapturem.

    – Słuchaj, Bartek, trzeba wyciągnąć tego profesorka z oddziału zamkniętego. Ubierz się w to.

    Ignorując protesty aspiranta zaczął mu rozpinać skórzaną kurtkę. Kilka minut zajęło im naciągnięcie jednych spodni na drugie. W trakcie przebieranki Madej tłumaczył Macerakowi:

    – Posiedzisz z godzinę, a potem jakby nigdy nic zejdziesz na dół do wyjścia. Może się uda, a gdyby jednak cię chcieli zatrzymać na portierni, powiedz prawdę, że jesteś tym drugim policjantem i wychodzisz, bo skończyłeś robotę. Jakby się dopytywali, co to za robota, powiedz, że to tajemnica służbowa i nie wolno ci zdradzać szczegółów. I im też zabroń mówić. Na wszelki wypadek, to zawsze działa. Tylko pamiętaj, nie wcześniej niż za godzinę od naszego wyjścia. Poleżysz sobie i poczytasz. Profesor na pewno tam ma jakieś mądre książki, dokształcisz się. Jasne?

    – A jak ktoś wcześniej przyjdzie?

    – Nie wiem, coś wykombinujesz. Zamknij się od środka i nie otwieraj. Udawał głuchego. Albo stukniętego, to w końcu wariatkowo.

    Aspirant Macerak skinął głową bez przekonania. Wahał się, czy zadawać następne pytania, które cisnęły mu się na usta, ale inspektor powstrzymał go ręką.

    – Później, wszystko później, Bartek. Na razie wyprowadzamy profesora. Gotowy?

    www.unsplash.com/Ibrahim Boran

     

    Wysiedli równocześnie i zdecydowanym krokiem ruszyli ku wejściu do budynku. Macerak narzucił kaptur na głowę i włożył ręce do kieszeni, żeby wyglądać na pewnego siebie luzaka, co mu się całkiem nieźle udało. Portierowi wyjaśnili, że już mają skompletowane dokumenty i mogą przystąpić do przesłuchania, ale nawet niespecjalnie słuchał. Wgapiał się w telewizyjne powtórki wiadomości z krakowskich wydarzeń sprzed kilkunastu godzin.

    Profesor siedział na łóżku. Twarz ukrył w dłoniach i ciężko oddychał. Wygląda nieszczególnie, pomyślał inspektor na jego widok, nie jest wcale pewne, że da radę. Na odwrót było już jednak za późno. Zbyt wiele sobie nawzajem powiedzieli o tej dziwnej i niepokojącej sprawie, która dawno przekroczyła granice nie tylko zdrowego rozsądku, ale i jakiegokolwiek racjonalizmu. Podjęli decyzję o niewiadomym stopniu ryzyka, ale trudną do cofnięcia. W dodatku wynikała ona z jedynego planu, jaki im przyszedł do głowy. Nie było alternatywy.

    – Panie inspektorze – zaczął Macerak, kiedy profesor się przebierał. – Nie wiem, jakie pan… panowie macie plany, ale dzisiaj przyszły do nas na komendę dwie kobiety z tej księgarni na Podwalu, co się spaliła przed południem. Koniecznie chciały rozmawiać z panem, ale ostatecznie zgodziły się opowiedzieć mnie. Otóż twierdziły, że widziały tego podpalacza. Mówiły, że kilka razy ostatnio przychodził do nich i zawsze szedł na piętro, gdzie przeglądał stojaki z płytami CD. Opisały mi jego wygląd. Spytałem, skąd wiedzą, że to on, ale nie umiały podać rozsądnego powodu. Po prostu były pewne intuicyjnie. Jak to baby.

    – Jak on wyglądał? – spytał nagle profesor. Znieruchomiał z jedną ręką w rękawie bluzy.

    – Wysoki, przygarbiony, z długimi siwymi włosami spiętymi w kucyk. Jedna z nich twierdziła, że te włosy były jakieś dziwne. „Rzadkie i szare jak popiół”, tak się wyraziła. Miało to okropnie wyglądać, bo przez te rzadkie włosy prześwitywała różowa skóra. Taka złuszczona i sucha. A twarz miał w plamach i bliznach, jak po oparzeniu.

    – Plastyczny opis, nie powiem – stwierdził Madej. – Musiały mu się rzeczywiście przyglądać. I co, namierzyliście go?

    – Posłałem ten opis chłopakom z cybersekcji i coś tam z nim kombinują. Niestety, nie ma nagrań z kamer. Wszystkie uległy zniszczeniu w pożarze.

    – Super – ucieszył się Madej. – Palą się wszystkie ognioodporne kamery przemysłowe, ale jakimś cudem zostaje płyta z audiobookiem. Jak to możliwe?

    – Jakimś cudem… – zgodził się Macerak.

    Profesor się nie odzywał, w milczeniu pakując swoje rzeczy do małego plecaczka. Robił to jednak w jakimś napięciu, na zesztywniałych ścięgnach, jakby proste czynności przychodziły mu z najwyższym trudem, co nie uszło uwagi inspektora. Powinni się śpieszyć, zanim facet nie pęknie i się nie rozmyśli. Jako się rzekło, odwrotu już za bardzo nie ma. A wieczność jest niema, buchacha…

    Kiedy byli gotowi, inspektor Madej pożegnał się ze swoim podopiecznym mocnym uściskiem ramion.

    – Prowadź śledztwo jakby nigdy nic. To znaczy tak, jak trzeba, jak cię uczyłem. Spróbuj znaleźć tego siwego z księgarni, pogadaj z tymi kobietami, niech ci to opowiedzą jeszcze raz. Drugie opowiadanie tego samego to najlepsza weryfikacja. Będziesz od razu widział, gdzie fakty, a gdzie fantazje podnieconych widzów. To podstawa. A później mi wszystko zameldujesz…

    – No właśnie – wtrącił Macerak. – Gdzie mam pana szukać?

    Niezręczne milczenie nie mogło trwać zbyt długo, więc inspektor je szybko przerwał.

    – Ja się do ciebie zgłoszę… w odpowiednim momencie. – Zerknął z ukosa na profesora i szybko dodał: – Jak załatwimy sprawę.

    Na tym trzeba było poprzestać, ponieważ każdy następny temat niebezpiecznie zbliżał się do pytania: dokąd i po co wybierają się ci dwaj faceci w środku nocy?

    Ucieczka przebiegła zgodnie z planem. Inspektor z profesorem wyszli z budynku szpitala, machając niedbale portierowi na pożegnanie, wsiedli do podstawionego przez Maceraka samochodu i bez problemu opuścili teren szpitala. Do nawigacji wpisali nazwę miejscowości, nie dlatego, że nie znali trasy, tylko by łatwiej poruszać się bocznymi drogami. Nie chcieli kolejnym kontrolom drogowym machać przed nosami policyjną legitymacją Madeja i tłumaczyć, że to misja poufna i niecierpiąca zwłoki. Po ostatnich zamieszkach wszędzie pełno było patroli i blokad na głównych szosach.

    – Będziemy tam w środku nocy – mruknął Madej, żeby przerwać ciszę.

    Na próżno. Zawijas wciąż milczał i wgapiał się w czarną noc za oknem. W miarę oddalania się od Krakowa samochodów było coraz mniej, aż wreszcie jechali zupełnie sami. Wkoło roztaczały się egipskie ciemności, tylko gdzieniegdzie świeciły pojedyncze domy w oddali, jak duchy przycupnięte wśród pochyłych podbeskidzkich pól. Przydrożne chaszcze w światłach reflektorów rosły, olbrzymiały do budzących lęk rozmiarów i następnie znikały równie szybko, jak się pojawiły. Przebiegł im drogę przerażony zając, rozpaczliwie przebierając łapkami po asfalcie, by wkrótce zniknąć w wysokiej trawie. Płochliwa sarna wyskoczyła z lasu, dobiegła do krawędzi drogi i ostro skręciła z powrotem między drzewa. Raz nawet ogromna sowa zamachała im skrzydłami tuż nad przednią szybą, zanim poszybowała w górę ku gwiazdom. Madej nacisnął hamulec, samochód zatrzymał się nagle na środku szosy. Silnik zgasł, reflektory również. Siedzieli chwilę w zupełnej ciszy. Madejowi zdawało się, że słyszy szum gwiazd nad głową.

    – Co jest? – spytał profesor.

    – Nie, to moje pytanie. Co jest?

    – Nie jedziemy dalej?

    – Jeśli już chce pan koniecznie takich dosłownych deklaracji, to proszę bardzo: nie ruszę dalej, dopóki pan nie zacznie mówić.

    W ciemnej kabinie wysłużonego opla vectry rozległo się westchnienie. Przez kilkanaście sekund było ono jedynym dźwiękiem, dopóki nie odezwał się profesor.

    – Dobrze, powiem. A co chciałby pan wiedzieć?

    W tej samej sekundzie, kiedy profesor skończył mówić, niebo przeciął świetlisty meteor. Sunął mocną wstęgą i przed zgaśnięciem wybuchł pomarańczową flarą, już nisko nad horyzontem. Pojawił się dokładnie na wprost, przed przednią szybą samochodu, jakby specjalnie dla nich. W jego śmiertelnej eksplozji było coś dramatycznego i kategorycznego, jak okrzyk, więcej, jak rozpaczliwe wycie ginącego zwierzęcia.

    www.unsplash.com/Vincentiu Solomon

    Inspektor nagle stwierdził, że dłużej tego nie zniesie. Szarpnął klamkę, wysiadł i ruszył na piechotę z powrotem wzdłuż drogi. Szedł szybko, energicznie, potykając się teatralnie i brnąc w mrok, jakby chciał namacalnie sprawdzić metaforę o gęstości wrześniowej nocy. A noc istotnie była czarna i gęsta jak smoła. Zawijas dogonił go po dłuższej chwili i schwycił za rękaw.

    – Proszę wracać.

    – Nie.

    – Ile pan ma lat?

    – Co?!

    – Ja mam pięćdziesiąt osiem. A pan?

    – Pięćdziesiąt trzy.

    – No to ja jestem starszy. Mówmy sobie po imieniu. Olek.

    Namacał w ciemności dłoń inspektora i mocno nią potrząsnął. Zaskoczony Madej chciał wyrwać rękę, ale akurat z tyłu nadjechał samochód i oświetlił ich ksenonową bielą. W tej sytuacji szarpanie się dwóch facetów na poboczu, sto metrów za porzuconym pojazdem z otwartymi drzwiami, nie wyglądało najlepiej. Madej zesztywniał.

    – Szlag mnie trafi! – krzyknął w górę do rozgwieżdżonego nieba. – To jest przecież jakaś jedna wielka, popieprzona paranoja! Chciałbym, do jasnej cholery, coś z tego zrozumieć! Niech mi to ktoś wreszcie wytłumaczy! Niech ktoś coś w ogóle powie! – Nie czuł się dostatecznie usatysfakcjonowany, więc dorzucił na koniec: – Kurwa wasza mać!

    Po wyrzuceniu z siebie nadmiaru napięć inspektor Madej dał się profesorowi objąć za ramię i odprowadzić do samochodu. Kiedy już usiedli na swoich miejscach i inspektor jako tako odzyskał równowagę, jego towarzysz poklepał go po wierzchu dłoni.

    – Jedźmy, Florianie. Nie mamy zbyt wiele czasu. Prawdopodobnie bardzo mało.

    – To straszne – odparł ze irytacją inspektor.

    – Straszne to jest twoje imię. To się jakoś zdrabnia? Chyba nie Florek? Kojarzy mi się z psem z kreskówki… hmm, przepraszam, nie o to mi chodziło.

    Zaburczał silnik vectry i ruszyli w ciemność.

    – Nie, spoko. Pies może być. Też świnka, albo owieczka. Baran Florian – niezłe, co? Nawet się zgrywa brzmieniowo. Ty na pewno masz na to jakąś fachową nazwę.

    – Harmonia zgłoskowa. No to jak cię zdrabniają? Jak żona mówi do ciebie?

    – Nie pamiętam, od dawna już nie mówiła.

    – No dobra, to ktoś inny. Córka. Nie, bez sensu, córka mówi „papciu”. A mama? Jak wołała mama?

    – Głupio.

    – No już, nie wstydź się. Obiecuję się nie śmiać.

    – Flori.

    Profesor zakaszlał, a później jeszcze chrząknął.

    – Ale to jak byłem mały. Później zmieniła na Floro. Koledzy podchwycili i zrobili ze mnie hrabiego De Floro.

    – Bardzo cię to wkurzało?

    – Trochę. Chyba dlatego zostałem policjantem – żeby jak najszybciej dostać broń.

    – To jak mam w końcu mówić?

    – W pracy wołają Lorek. Jest okej.

    Dojechali do skrzyżowania w jakiejś beskidzkiej wsi i w światłach latarni mogli nareszcie po dłuższej przerwie spojrzeć sobie w oczy. Inspektor był zacięty, profesor smutny, ale spokojny.

    Przejechali całą wieś i dotarli do krętej serpentyny, ciągnącej się w górę aż do przełęczy. Za ostatni domem skończyły się latarnie i znowu zapadła ciemność. Kiedy wyjechali już całkiem wysoko, Zawijas odwrócił się i spojrzał w dół na światła w dolinie. Wielkie, żółte pogorzelisko. Kołyska niedogasłych gwiazd, które pospadały z nieba. Gniazdo elektrycznych wspomnień.

    – Dobra, niech będzie Lorek. No więc słuchaj, Lorek…

    – Nie zaczynamy zdania od „no więc”.

    – Ale jak ktoś wie, to już może. Trochę jak z tymi widelcami i rybą. No więc słuchaj, Lorek, to nie będzie łatwe, ponieważ jednak dalej będzie tylko gorzej, zacznijmy od razu. Ten facet w księgarni to mógł być Krzysztof. Mój szkolny przyjaciel. Wiesz, wysoki, chudy, zgarbiony, z długimi siwymi włosami. Przyszedł do miasta po mnie. Nie żyje od czterdziestu lat, ale przyszedł. W jakimś sensie to jest on, o ile uda nam się zrobić to, co zaplanowaliśmy. To znaczy, jeśli dotrzemy na miejsce i wejdziemy do starego młyna, gdzie on powinien być. Chociaż go nie ma. Bo to jest coś w rodzaju dowodu, co chcemy zrobić, rozumiesz?

    – Nie.

    – Tak myślałem. To może zacznę od początku.

    I profesor Aleksander Zawijas zaczął opowiadać. Pod koniec szło mu wolniej, z trudem kończył zdania i dłużej dobierał słowa. Inspektor Madej był pewien, że gdyby było widno, zobaczyłby na jego twarzy łzy, jak parę godzin wcześniej zobaczył łzy na twarzy jego żony Magdy. Cóż – gdyby jednak było widno, cała historia pewnie by się w ogóle nie wydarzyła.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #18

    Chłopiec ma dziesięć lat i boi się wejść do starego młyna. Codziennie wracając ze szkoły mija starą, opuszczoną ruinę i przez dziurę po drzwiach wejściowych zerka do wnętrza, nigdy jednak nie przekroczył progu. Tam, w głębi, jest ciemno i chłodno, bije stamtąd wilgotna i nieprzychylna cisza. Martwa cisza. Nic tam nie mieszka, nic nie porusza się w chłodnej wilgoci, stary młyn zatrzymał się na zawsze. Czasami w słoneczne dni, w smudze światła padającego z okienka na południowej ścianie tańczą drobinki kurzu, chłopiec jednak dobrze wie, że to złudzenie. Nic się nie porusza. Młyn stoi. Chłopiec również stoi. Zatrzymał się przed kamiennym progiem i ostrożnie wdycha tę pulsującą, chłodną wilgoć.

    Pewnego dnia chłopiec ma już dwanaście lat i postanawia wejść do starego młyna. Całą powrotną drogę ze szkoły do domu zbiera się na odwagę:. musi tam wejść. Od rana przeczuwał, że tak będzie. W szkole na przerwie pewna dziewczyna o zielonych oczach, której się wpisał do pamiętnika, przeczytała jego słowa i wybuchła śmiechem, a potem pokazała jego wpis koleżankom, które również się śmiały. To zdecydowało. Idzie wolnym, uważnym krokiem i bez wahania skręca na betonową kładkę przerzuconą pomiędzy szosą a wejściem. Jest szary, wrześniowy dzień z mgłą nad łąkami, która od rana nie chce się podnieść, ani opaść. Dzięki szarości na zewnątrz młyn w środku nie jest tak ciemny i straszny. Po przekroczeniu progu chłopiec czeka chwilę, a kiedy oczy oswajają się z mrokiem, rusza w głąb.

    Myśli o śmierci. Już raz o niej myślał, w pewne słoneczne letnie południe, kiedy położył się w trawie i z rękami pod głową patrzył na płynące po niebie obłoki. Wyobraził sobie wtedy, że siedzi okrakiem na czymś takim miękkim i białym w górze, wysoko nad całym światem, i płynie beztrosko w dal. Całkiem jak Dyzio Marzyciel. Wiatr przyjemnie głaszcze go po policzkach, ziemia w dole jest mała i nieważna, jak obrazek z kalendarza. On płynie i po raz pierwszy oddycha całą pełnią swoich astmatycznych płuc. Nie chce wracać na ziemię. Tu jest lepiej. Nareszcie dobrze. Widzi swoje ciało spadające na łąkę i roztrzaskujące się na tysiące kawałków, i wcale mu to nie przeszkadza. Tu jest dobrze.

    www.unsplash.com/Adrian Dascal

    Stary młyn ma swój najciemniejszy kąt i chłopiec po krótkim wahaniu tam kieruje swoje kroki. Mija zwalistą bryłę obudowy silnika z przytwierdzoną doń mosiężną tabliczką, na której wypukłe litery DEUTZ widoczne są mimo grubej warstwy kurzu. Podłoga jest drewniana i cicho skrzypi. Chłopiec idzie z wyciągniętymi przed siebie rękami, niepewny pogrążonej w półmroku przestrzeni.

    W najciemniejszym kącie stoi ubrany na czarno mężczyzna.

    Chłopiec domyśla się czarnego stroju, ponieważ w ciemności widzi tylko białą twarz, bez włosów i brwi, oraz jasne plamy dłoni na wysokości bioder. Mężczyzna patrzy na niego i nic nie mówi. Chłopiec znajduje się jeszcze w strefie szarego półmroku i ma wybór. Może odwrócić się i uciec. Nie robi tego. Dzisiaj rano, wkrótce po niefortunnej historii z pamiętnikiem dziewczyny o zielonych oczach, postanowił już nie bać się niczego i poszukać śmierci w najbardziej brawurowych i niebezpiecznych misjach. Pierwsza z nich to wejście do starego młyna.

    – Długo pan tu czeka? – pyta drżącym głosem. Odwagę można sobie postanowić, ale strach ma swoje prawa.

    – Długo – przytakuje mężczyzna.

    – Dlaczego na mnie?

    – Trudno powiedzieć. Może dlatego, że zatrzymujesz się tu codziennie i zaglądasz do środka. Pragnienia torują drogę rzeczom, nie odwrotnie.

    – Nie bardzo rozumiem.

    – Nie szkodzi. Kiedyś zrozumiesz.

    Mężczyzna ma głos niski i miękki, o którym się mówi: aksamitny. Bardzo przyjemny i chłopiec chce go jeszcze trochę posłuchać.

    – Dorośli w kółko mi to powtarzają.

    – Co powtarzają?

    – Że kiedyś zrozumiem.

    – Bo to prawda – mówi mężczyzna stojący w najciemniejszym kącie starego młyna. – Dlatego i ja tak powiedziałem. Kłopot w tym, że zrozumienie spraw, o których mówią dorośli, przychodzi za późno i niczego tak naprawdę nie wyjaśnia. Nawet jeśli zrozumiesz, twoje rozumienie do niczego ci się nie przyda. Ból pozostanie bólem.

    – Znowu nie rozumiem. Dlaczego ból?

    Mężczyzna nie odpowiada, tylko patrzy. Obaj milczą dłuższą chwilę. Oczy chłopca przystosowują się do ciemności i widzą coraz więcej szczegółów. Strop młyna podparty jest drewnianymi filarami, z których najbliższy stoi tuż obok niego. Na wbitym w rozeschłe i spękane drewno gwoździu wisi gruby sznur z pętlą. Ktoś go niedawno używał, warstwa mącznego pyłu jest naruszona. Dalej zwisa z sufitu ogromny lej o kwadratowym przekroju, pod jego wylotem stoi beczka. Za lejem następny element wyposażenia – skręcona drewniana rynna, opadająca aż do podłogi i przypominająca dziecięcą zjeżdżalnię w parku. Chłopiec domyśla się, że służy do spuszczania z piętra worków z mąką. Jest wyślizgana i jej powierzchnia błyszczy w okruchach światła, jak gdyby ostatni worek zjechał dosłownie kilka minut temu. W całej hali pachnie sianem i chlebem.

    – Chcesz sobie zjechać? – pyta mężczyzna. Chłopak waha się bardzo krótko.

    – Tak.

    Mężczyzna wychodzi z najciemniejszego kąta i zatrzymuje się przed chłopcem. Rzeczywiście ma na sobie czarne ubranie. Spodnie, buty, surdut i kamizelka pod nim – wszystko jest czarne, prócz białej koszuli. Teraz chłopiec widzi, że mężczyzna nie jest pozbawiony włosów, lecz siwy. Jego brwi i rzęsy również są białe.

    – Musimy wejść na górę – stwierdza wyjaśniająco mężczyzna i nie czekając na odpowiedź, rusza w kierunku metalowych schodów pod ścianą.

    Chłopiec posłusznie rusza za nim, ani trochę niezdziwiony swoją odwagą. Przecież od rana się do niej przygotowywał. Dzisiaj może zrobić wszystko, czego dotychczas nie umiał w swoim krótkim życiu. Wejście po schodach na piętro starego młyna wydaje się logiczną konsekwencją jego decyzji, by tu w ogóle wejść. W głębi duszy pragnął tego od dawna, i ta głupia niewdzięcznica o zielonych oczach znakomicie ułatwiła mu dzisiejsze zadanie. Pragnął śmierci w starym młynie. Właśnie tak. Stwierdził w duchu, że zaczyna trochę rozumieć, o co chodzi z tymi pragnieniami, które torują drogę rzeczom.

    Mężczyzna idzie pierwszy, chłopiec za nim.

    – Jak się pan nazywa?

    – A ty? Najpierw należy się przedstawić samemu, potem pytać drugą osobę.

    – Ja jestem Olek.

    – Czyli Aleksander. A ja Asmodeusz. Obaj na A.

    – Myśli pan, że to coś znaczy?

    – Wszystko znaczy.

    Chłopiec nie daje za wygraną, chce mówić.

    – Hmm. Dziwne imię. Nigdy takiego nie słyszałem.

    – Może i dziwne. Nie ja wybierałem.

    – Moje wybierała mama. Mówiła, że to po jakimś fajnym wujku. Ale ja go nie znałem, umarł, zanim się urodziłem. Pan tu pracuje?

    Mężczyzna nie odpowiada i chłopiec domyśla się, że zadał nietaktowne pytanie.

    Wchodzą na piętro, które tak naprawdę jest wielkim strychem, zwieńczonym ukośnym dachem. Przez pojedyncze dziury po rozbitych dachówkach wpada tu nieco więcej światła, niż na dole. Jest sucho i ciepło. Dookoła niskich ścian stoją rzędami pełne worki, wszędzie pachnie mąką i kurzem. Młyn już wcale nie wygląda na ruinę, tylko na nieźle prosperujący zakład, w którym pracę zakończono dosłownie przed chwilą. Chłopiec kładzie dłoń na masywnej obudowie silnika i przekonuje się, że jest ciepła. Podnosi wzrok, przez dziury w dachu wpadają promienie słońca.

    – Tędy – mówi mężczyzna lekko popychając go w kierunku otworu ze zjeżdżalnią dla worków. Przez okienko w szczycie budynku chłopiec widzi błękitne niebo, a przez drugie, niższe, widzi również zieloną łąkę i niebieskie lustro stawu za wsią, na nim białe kropki łabędzi. Na łące kwitną kwiatki. Wszystko się zmieniło, jest wiosna.

    Tak, myśli, to jest moja śmierć.

    – Jedziesz? – pyta mężczyzna wskazując początek błyszczącej rynny. – To tylko chwila.

    – Wiem – mówi chłopiec. – Marzyłem o tym od dwóch lat. Pragnienia torują drogę rzeczom.

    Mężczyzna uśmiecha się, po czym pomaga mu usiąść na wyślizganym drewnie i zanim tamten zdąży się wygodnie usadowić, popycha go mocno za ramiona.

    – Hooooop! – woła i chce jeszcze coś powiedzieć, ale z jego gardła wydobywa się tylko niewyraźny charkot. Już nie brzmi aksamitnie, raczej zwierzęco.

    Chłopiec sunie. Wpada w prędki, ciasny wir, krew uderza nagłym skurczem w skronie i oczy same zamykają się od oszałamiającego ruchu. Powietrze świszczy. Na początku jest trochę jak na karuzeli, kiedy jednak jazda się przedłuża i wydaje mu się, że już dawno powinien wylądować na podłodze dolnego poziomu, próbuje otworzyć oczy. Nie potrafi. Powieki są jak sklejone. Ciało nabiera prędkości, szum w uszach staje się nie do zniesienia, chłopiec otwiera usta i krzyczy. Wyje z całych sił, jak to kiedyś istotnie robił na karuzeli, gdy osiągnęła najwyższe obroty i krzesełko na łańcuchach leciało prawie poziomo. Krzyk pomaga. Nagle, kiedy prędkość staje się zawrotna i jego ciało wiruje jak w bębnie pralki, świst się ucina i chłopiec jak z procy wylatuje w pustkę. Chwilę szybuje w stanie nieważkości, a kiedy wibracje ustają i krew w skroniach się uspokaja, nareszcie otwiera oczy.

    Leci nad ziemią. Okrakiem dosiada małej chmurki i płynie w powietrzu nad zieloną krainą. Jest ciepły maj, świeci słońce. Jego ciało nic nie waży. Spogląda w dół i widzi dokładnie to, co chciał widzieć: domy wielkości klocków wzdłuż szarej wstążki szosy, którą jeszcze przed chwilą kroczył; prostokąty pól, jedne jasne i suche, inne już zazielenione; błotnista droga wzdłuż stawu; ciemna plama lasu; niebieska plama wody; żółta plama rzepaku…

    – O to chodziło?

    Chłopiec wzdryga się i gwałtownie odwraca. Mężczyzna w czarnym ubraniu jest tuż za nim. Siedzi okrakiem na tej samej chmurce, zupełnie jakby jechali na jednym motocyklu, albo kłusowali na jednym wierzchowcu. Kładzie rękę na ramieniu chłopca. Ręka jest zimna i ciężka.

    – Tak.

    W dole na powierzchni stawu podrywa się stado cyranek. Chwilę biją wodę skrzydłami i unoszą się z krzykiem, zostawiając za sobą długie bruzdy, które zaraz znikają. Kaczki tną przestwór szybkimi, nerwowymi ruchami, lecą na wschód i wkrótce znikają za lasem, gdzie lśni szaroniebieskie oko następnego stawu. Chłopiec dobrze pamięta, że już je raz widział, wiosną tego roku. Dokładnie tak samo zerwały się z wody i z wrzaskiem poleciały za Jaszowiecki Las, kiedy wkroczył na groblę i nagłym ruchem rozgarnął suche, zeszłoroczne trzciny. Jeszcze chwila i drogą od południa nadjedzie samochód dostawczy ze świeżym chlebem do jedynego we wsi sklepu. O, już jedzie, kołysząc się na nierównej nawierzchni, która za kilka lat zostanie pokryta asfaltem aż do następnej wsi, ale on jeszcze o tym nie wie. Na razie z uwagą obserwuje maleńki samochód. Tak, to on, skręcił i parkuje pod sklepem w starym domu Zemły. Zaraz z szoferki wyskoczy młody kierowca w obcisłych dżinsach i flanelowej koszuli z podwiniętymi rękawami, opuści z tyłu klapę żuka i przysunie do krawędzi druciane kosze z pieczywem. Będzie brał po dwa w ręce w płóciennych rękawicach i rzucał drugiemu, który stanie na progu magazynu. Chłopiec obserwował ich wiele razy. Są doskonale zgrani, jeszcze nigdy żaden bochenek im nie upadł.

    www.unsplash.com/Wesual Click

    – Widzisz swój dom? – pyta mężczyzna siedzący tuż za nim. Chłopiec nie czuje ani jego oddechu na karku, ani ciepłej bliskości ludzkiego ciała. Czuje chłód. Myśli, że to dobrze, że tak powinno być.

    – Jest za nami, musimy się odwrócić.

    – To nie takie proste. Przypominam ci, że siedzisz na chmurze, a wiatr wieje w jednym kierunku.

    Istotnie, obraz pod nimi przesuwa się na zachód i jego rodzinna wieś zostaje za ich plecami. Chłopiec usiłuje się odwrócić, ale powiewające na wietrze poły czarnego surduta przesłaniają widok. Wychyla się na bok, przytrzymuje ręką fruwający materiał…

    – Powinien być gdzieś tam – pokazuje za siebie w dół i wtedy czuje, jak jego nieważkie ciało nagle zsuwa się z obłoczka i spada w otchłań. Chłopiec chce krzyczeć, ale pęd powietrza zatyka mu usta, więc tylko rozkłada ramiona i próbuje sterować swoim upadkiem. Na niewiele się to zdaje. Ziemia przybliża się z szaloną prędkością, widzi coraz wyraźniej szczegóły topograficzne, takie jak linia przydrożnych drzew, miedza wśród pól, kępa krzewów, grudy zoranej gleby, coraz większe i większe, coraz prędzej i prędzej…

    Bach!

    Siedzi na zakurzonej podłodze starego młyna. Z rozpostartymi ramionami i otwartymi do krzyku ustami, z których wydobywa się świszczący oddech. Pośladki trochę go bolą od twardego lądowania. Odwraca się. Środkiem zjeżdżalni dla worków biegnie z góry ciemna smuga, pozostawiona przez jego szkolne spodnie. Chwilę dyszy ciężko, a kiedy łomot serca trochę zwalnia, podnosi się i rozgląda wkoło. Jest ciemno i wilgotno, w szparze po drzwiach widzi szare i brzydkie wrześniowe popołudnie. Drogą przejeżdża samochód, jego warkot dochodzi do uszu chłopca z daleka, jakby zza grubej szyby. Waha się, ale krótko. Dzisiaj może zrobić wszystko. Wraca do metalowych schodów i wchodzi na górę jeszcze raz. Na wszelki wypadek. Krąży po piętrze i zagląda we wszystkie zakamarki, ale oczywiście nikogo nie ma. Podchodzi do wylotu zjeżdżalni, kuca, dotyka palcem wytartego jego własnymi spodniami kurzu. Jeszcze raz? Nie, nie dzisiaj. Wszystko nie znaczy za dużo. Wróci tu jutro.

    Zabiera z podłogi pobrudzony szkolny plecak i wychodzi. Idąc do wyjścia, klepie dłonią obudowę silnika z tabliczką DEUTZ. Blacha jest lekko ciepła. Wieczorem przed zaśnięciem wyjmuje z szafki czysty zeszyt i na jego okładce pisze nierównymi, drukowanymi literami: STARY MŁYN. Zapisuje pierwsze zdania i postanawia, że będzie codziennie tam wchodził i notował swoje doznania. Wszystko, co zapamięta i przeżyje.

    Ale nie ma następnego razu. Przez następne dni podczas powrotów ze szkoły przekracza betonowy próg zrujnowanego młyna i nic się nie wydarza. Nie ma nikogo. Nie ma również masywnej obudowy silnika z napisem, ani drewnianej zjeżdżalni na worki. W jej miejscu zwisa z sufitu przegniły fragment słupa, z którego jak ze stalaktytu kapią krople wody. Schody na piętro nie istnieją.

    To znaczy owszem, ktoś się pojawia. W najciemniejszym kącie młyna przez pewien czas mieszka rodzina szczurów. Później w jej miejsce przychodzi kot, który za każdym razem na widok intruza z głośnym miauczeniem wyskakuje przez oczodół okna. Chłopiec ucieka. Kiedy pewnego dnia, mniej więcej dwa miesiące po tamtej przejażdżce na chmurze, staje w progu starego młyna i w nozdrza uderza go okropny smród padliny, rezygnuje. Nie ma sensu. W ciągu następnych lat będzie tam jeszcze przez sporadycznie zaglądał, ale tylko po to, by się upewnić, że mężczyzna w czarnym surducie nigdy więcej nie przyjdzie.

    Chłopiec jednak pisze.

    Zapełnił już dwa zeszyty i zaczął trzeci, kiedy z mroków niepamięci wyłania się właściwy początek tej historii. Aleksander Zawijas doskonale pamięta tamten mroźny styczniowy dzień. Z powodu ataku zimy lekcje w szkole odwołane zostają na tydzień i właśnie wracają z kolegą do domu oblodzonym poboczem głośno zastanawiając się, czym wypełnić wolny czas. Rozmowa koncentruje się wokół książek, ponieważ Krzysztof również lubi czytać. Chwilę przerzucają się ulubionymi tytułami, padają nazwiska Dostojewskiego, Manna, Kafki, Hemingwaya, Gombrowicza. Jeszcze wszystkiego nie czytali, ale znają już tytuły i będą szukać na półkach domowych bibliotek.

    Zanim dojdą do domu Olek, uwiedziony literacką wrażliwością Krzysztofa, zaproponuje mu lekturę swoich zapisków. Od dawna bardzo chce je komuś pokazać, ale nie natrafił dotychczas na odpowiedniego kandydata. Jego nowy kolega nadaje się znakomicie. Następnego dnia zanosi mu swoje dwa bruliony i przez następny mroźny tydzień czeka w napięciu na werdykt. Krzysztof przychodzi wreszcie z wizytą, bruliony ma pod pachą, a na twarzy trupią bladość. Jest pod ogromnym wrażeniem notatek Olka. Rozmawiają aż do późnego wieczora. Mogliby znacznie dłużej, ale mama Olka przerywa tę namiętną literacką sesję i wysyła ich do łóżek.

    Czy to wtedy zaczęła się ta niewiarygodna przygoda? Czy tamtego wieczora zostało powiedziane jedno zdanie za dużo? Może nawet jedno słowo, które uruchomiło śmiercionośną lawinę? Profesor Aleksander Zawijas jeszcze tego nie wie, ale samo wspomnienie dawnej historii i przyjaciela z lat szkolnych dotyka go w sposób bolesny. I niezwykle prawdziwy, jak to zdarza się tylko wyjątkowo trafnym intuicjom. Czy to możliwe, by ta katastrofa była ciągiem dalszym? Pragnął jej? Czekał na nią przez te wszystkie lata, jak czekał w starym młynie na człowieka w czarnym surducie? Czy mogłoby być aż tak… ciemno?

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    Właśnie pomyślał sobie, że to właściwie zagadka kryminalna i przydałaby mu się pomoc człowieka, któremu całkiem niedawno sam odmówił pomocy, gdy usłyszał:

    – Panie profesorze, ma pan gościa.

    Głos pielęgniarki wyrwał go wprost z samego dna wspomnień. Zamrugał oczami i pokazał na zegarek.

    – O tej porze?

    – To nie jest zwykły gość. Sam pan zobaczy. Oczywiście, jeśli pozwoli mi pan go wpuścić. To policjant.

    Pokiwał ze zdziwieniem głową jak człowiek, który musi się pogodzić z nieuchronnym, co pielęgniarka odczytała jako wyrażenie zgody. Po chwili do pokoju wkroczył inspektor Florian Madej. Z pewnym skonsternowaniem Aleksander Zawijas stwierdził, że wcale go to nie dziwi.

    – Przepraszam, panie profesorze, ale musiałem – zaczął od progu inspektor. – Nie wiem, czy pan słyszał, co się dzieje w mieście…

    – Słyszałem.

    – No właśnie, to już nie są żarty, ani gra w literackie skojarzenia. Ruszyła lawina zdarzeń, której nikt nie potrafi zatrzymać, chociaż w naszej siedzibie na Mogilskiej odbywa się właśnie narada, w której bierze udział minister, przekonany, że potrafi zatrzymać wszystko. Jestem tutaj, bo… bo uważam, że pan coś ukrywa w sprawie tego audiobooka, że nie był pan ze mną całkiem szczery i powinniśmy wrócić do naszej rozmowy, tam, w gabinecie, kiedy usłyszeliśmy ten głos z płyty i pan zrobił taką minę, jakby pan ten głos znał. To prawda, profesorze? Rozpoznał go pan?

    – Tak.

    – No właśnie. Od razu zauważyłem i postanowiłem wrócić do tego podczas następnego naszego spotkania, ale do niego nie doszło, to znaczy doszło teraz, ponieważ uparłem, żeby tu przyjechać i zapytać pana jeszcze raz o tamten głos. Kto to był?

    – Poproszę następne pytanie.

    – Profesorze! Powtarzam, to nie jest gra. Skończyły się ciuciubabki i zgadywanki. Kto to jest? Pan musi powiedzieć!

    – Po co?

    – Jak to po co? Żebym mógł wziąć ludzi, pojechać po tego człowieka i go zaaresztować za wielokrotne zabójstwo, nakłanianie do samobójstwa i wzniecenie zamieszek. To na początek, paragrafów jest więcej.

    – Chce pan zaaresztować trupa?

    Inspektor zdębiał. Patrzył na profesora nierozumiejącym spojrzeniem, dopóki nie odzyskał na tyle kontroli nad sobą, by spytać:

    – Chce pan powiedzieć, że on nie żyje? Ale… to co myśmy słyszeli?

    Profesor patrzył na Madeja spokojnym wzrokiem, z tym rodzajem opanowania, które stanowi najlepsze antidotum na głupstwa. Taki wzrok mają również szachiści, którzy przewidzieli wszystkie ruchy przeciwnika, aż do końca partii.

    – Ciekawe pytanie. Zagadkowe. A twierdził pan, że gra w zgadywanki się skończyła. Czy to już wszystkie pańskie rewelacje, inspektorze, czy może ma pan jeszcze coś w zanadrzu? Bo jeśli nie, to pozwoli pan, że teraz ja spytam. Ma pan ze sobą mój laptop?

    Inspektor Madej zbaraniał po raz drugi.

    – Mam – wybąkał.

    – Doskonale. A ubranie?

    Madej zbaraniał po raz trzeci, ale już krócej. Poklepał się po obszernym tułowiu, po czym zdjął płaszcz, wyjął spod marynarki srebrny laptop i rzucił profesorowi na łóżko, po czym zaczął się rozbierać. Pod marynarką miał sweter, pod nim dwie koszule, które wpuścił do dwóch par spodni. Zdjął to wszystko z siebie i koszulę ze swetrem oraz cienkie dżinsowe spodnie położył obok laptopa. Profesor przyglądał się tej operacji z lekkim uśmiechem.

    – Niewiele – skwitował patrząc na części garderoby z wieszaka w jego gabinecie.

    – Założyłem, że zachowa pan piżamę pod spodem. Poza tym, jest całkiem ciepło.

    – Tutaj – zauważył tajemniczo profesor. – Domyślam się, że samochodu pan nie ma. Żona pana podwiozła i wróciła do domu. Nie chciała się ze mną pożegnać?

    – Odradziłem jej – przyznał inspektor z niejakim wstydem. – Po tym, co mi opowiedziała uznałem, że tak będzie lepiej.

    Profesor spojrzał pytająco na gościa, nie podjął jednak wątku i zamiast tego spytał:

    – To czym się dostaniemy na miejsce?

    – Na miejsce? Myślałem, że jakoś… inaczej.

    – Taak. Tylko że to „inaczej” leży siedemdziesiąt kilometrów stąd.

    Na chwilę zapadła niezręczna cisza, którą przerwał inspektor energicznym postanowieniem. Wstał z krzesła i nakazawszy profesorowi ubrać się w dostarczone rzeczy, wyszedł z pokoju. Po kilku minutach wrócił.

    – Telefony stacjonarne działają. Za kwadrans będzie tu Macerak z drugim policjantem. Dostarczą nam samochód. Podobno miasto jest już odblokowane. Gotowy?

    Profesor skinął głową. Gotowy. Starali się sprawiać wrażenie pewnych siebie, choć żaden nie miał pojęcia, na co się właściwie decydują.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #17

    – Dlatego bardzo pana proszę, niech pan zostawi Olka w spokoju – poprosiła cichym głosem Magda Zawijas na koniec swej opowieści. – Drugi raz tego nie przetrzyma. Obiecuje pan?

    Niezdarnie otarła wilgotne policzki, pociągnęła nosem i czekała. Na takie postawienie sprawy inspektor mógł tylko skinąć głową w akcie kapitulacji.

    – Obiecuję – zapewnił czując, jak gadzina nikczemności budzi się w jego trzewiach. – My jesteśmy od pomagania ludziom, nie od ich pogrążania.

    Liczył, że szlachetność wygłoszonej prawdy, która z policyjną praktyką miała tyle wspólnego, ile niedzielne kazanie z obyczajami dnia powszedniego, przesłoni jego niecne intencje. Musiał dostać się do profesora. Im dłużej myślał o tym, co się dzieje, tym bardziej był pewien słuszności obranego kierunku działań.

    Pokazał ręką na telewizor, transmitujący dantejskie sceny z centrum miasta, gdzie samozwańcze grupy mieszkańców, pozbawione już wszelkich hamulców i skrupułów, polowały na ludzi ze słuchawkami i książkami.

    – Muszę z nim porozmawiać – powiedział – inaczej to się nigdy nie skończy.

    W tym momencie obraz telewizyjny zachwiał się, zamigotał, zza kadru dobiegło ni to westchnienie, ni to kaszel, po czym wszystko ujechało w górę i zgasło.

    – Jezus Maria, co się dzieje – jęknęła Magda Zawijasowa. – Dlaczego policja nic z tym nie robi?

    – Właśnie robi – odparł stukając się palcem w pierś. – Gdzie on jest? W Babińskim?

    Chciał mówić dalej, ale nie dał rady. Opadło go nagłe zmęczenie, tak dojmujące, że zachwiał się i osunął się na kanapę. Podparł się łokciem jak pijak, który chce koniecznie sprawiać wrażenie trzeźwego, i usiłował powrócić do pionowej pozycji. Profesorowa pomogła mu usiąść i podała szklankę wody. Jeszcze parę minut temu to on wykonywał podobnie troskliwe gesty wobec niej.

    – Pan się wykończy – powiedziała trzymając go za ramię. – Trzeba odpocząć. To samo zrobił mój mąż. Poszedł odpoczywać. Mężczyźni w waszym wieku za dużo pracują. Chcą za wszelką cenę zaprzeczyć upływowi czasu, a kończy się zawałem albo wylewem.

    – Coś w tym jest – wymamrotał niewyraźnie Madej. Jego obwisłe usta nie kwapiły się do precyzyjnej artykulacji. – Ale tak trzeba. Inaczej śmierć.

    – Śmierć, śmierć. Co wy się tak boicie tej śmierci? I tak przyjdzie we właściwym czasie. O, tam jest śmierć.

    www.unsplash.com/Aron Visuals

    Zamierzała pokazać prawdziwe oblicze śmierci na ekranie telewizora, ale ten po wygaśnięciu już nie odzyskał przytomności. Na czarnym ekranie pulsowało jedynie kilka żółtych punkcików. Tańczyły figlarnie po czarnej tafli, jak robaczki świętojańskie w otchłani czerwcowej nocy, by ostatecznie znaleźć jeden wspólny rytm i ułożyć się w dwie kropki i kreskę. Buźka z poziomej obróciła się w pionową i wygięła pikselowe usta w podkówkę. Smile.

    Magda Zawijasowa pobladła.

    – Czy to ma coś wspólnego… – Co to w ogóle jest?

    – Nie wiem – odparł inspektor. – I właśnie dlatego muszę porozmawiać z pani mężem. Ponieważ mam wrażenie, że on wie.

    Znowu ogarnęła go fala słabości i opadł głową na oparcie kanapy. Dziwne. Nie sądził, że starość przyjdzie tak nagle. Może sama myśl o emeryturze tak działa? Jak on to powiedział? „Ścieżka w jedną stronę”. Nie oglądaj się, bo przepaść przed tobą. Kto o śmierci myśli, buźkę sobie kryśli. Na ekranie, drogi panie. Cicho już, cichutko. Wieczność jest niema. Studnia ciemna i głucha, a w duszy posucha…

    Cholera.

    – Tylko niech mi pan tu nie mdleje – powiedziała profesorowa, klepiąc go w policzek. – Wody proszę łyknąć.

    – Tak, przepraszam – wymamrotał otrzeźwiawszy. Ostrożnie odepchnął jej dłoń ze szklanką. – Ja już sobie pójdę. Dziękuję pani i proszę mi wybaczyć to najście, chciałem tylko…

    – Nigdzie pan teraz nie pójdzie – zakomenderowała Zawijasowa z nową energią. – Trzeba odpocząć. W gabinecie męża jest leżanka, wdrapiemy się teraz po schodach i pan się położy. To nie ma sensu. I tak dzieje się dosyć złego – zakończyła machając ręką w nieokreślonym kierunku.

    Ujęła go pod ramię i energicznym ruchem postawiła na nogi. Zachwiał się, nie upadł jednak, podtrzymany jej silnym uchwytem. Ruszyli na piętro.

    W pogrążonym w mroku gabinecie profesora jaśniała jedynie smuga światła pobliskiej latarni. Wąskim paskiem przecinała pokój. W zawodowym odruchu inspektor potoczył za nią wzrokiem i ujrzał na kawałku ściany niewielki portret w złotej ramce oraz jakiś sztylet na łańcuszku. Zapewne pamiątki profesora z konferencyjnych wyjazdów. Reszta pokoju tonęła w czerni, smuga była żółta. Na jej tle korpus monitora na biurku wyglądał jak łeb przedpotopowego stwora. Madej miał wrażenie, że łeb obraca się ku niemu i szczerzy paszczę. Pstryknęło światło i zjawa znikła. Tak, zdecydowanie powinien odpocząć.

    – Dziękuję pani, ja chyba rzeczywiście…

    Przerwała mu biorąc go za ramiona i sadzając na łóżku.

    – Dobrze już, dobrze. A teraz proszę spać. Gdyby pan potrzebował, łazienka jest na końcu korytarza po lewej.

    Potrzebował, więc znowu się podniósł. Przechodząc korytarzem zerknął w uchylone drzwi jednego z pokoi na piętrze. Dziewczyna w słuchawkach siedziała na łóżku ze skrzyżowanymi nogami i zamkniętymi oczyma. Kołysała się lekko w jakimś ukrytym rytmie i uśmiechała do wypełniających ją dźwięków.

    – Nie rób tego – powiedział stając w progu.

    Spodziewał się, że ją spłoszy, w najśmielszych przypuszczeniach nie oczekiwał jednak aż takiej reakcji. Rzuciła krótkie, wściekłe spojrzenie na drzwi i jednym skokiem zatrzasnęła je tuż przed nosem Madeja. Gdyby się nie cofnął, dostałby nimi w twarz. Oparł się o ścianę, a z wnętrza pokoju dobiegło zwierzęce warknięcie. Nie zrozumiał słów i może to nawet lepiej. Zgrzytnął klucz w zamku, a zaraz potem sprężyny w łóżkowym materacu. Wróciła do słuchania.

    www.unsplash.com/Barrett Ward

    Dyszał oszołomiony jak człowiek, który ledwie uszedł z życiem z katastrofy. Powinien walnąć w te zaryglowane drzwi, w razie potrzeby nawet wyważyć, i odebrać jej te cholerne słuchawki wraz z telefonem. Nie miał siły. Nie potrafił porządnie zebrać myśli, a nogi ledwie go utrzymywały. Dowlókł się do toalety i usiadł na sedesie. Zaryglował drzwi od środka. Chciał posiedzieć na chwilę w spokoju, inne potrzeby odsunęły się na dalszy plan.

    Nic z tego nie rozumiał. Po pierwsze, nie rozumiał agresji, która budziła się i u tych, którzy słuchają, i u tych, którzy ich ścigają. Po drugie, nie wszyscy słuchali Cegielni, w gruncie rzeczy niewielu, a krwiożercza epidemia rozprzestrzeniała się w błyskawicznym tempie, jakby jej wirusy latały w powietrzu. Po trzecie, paraliż miasta wydawał się zupełnie nieadekwatny do skali zjawiska. Tłumy ruszyły jak na umówiony sygnał, jakby tylko czekały na okazję do wyrzucenia z siebie nagromadzonych pokładów nienawiści. Ktoś kiedyś powiedział, że agresja tłumu rotuje. Miał nieodparte wrażenie, że właśnie domyka się kolejne koło.

    I po czwarte – był dziwnie słaby. Ledwie się ruszał, a przecież ten trudny i pełen wysiłku dzień nie wyczerpał go do tego stopnia, by nie mógł teraz ustać na nogach. Ani porządnie się skupić. Coś go osłabiało, jakieś tajemnicze fluidy, które pozbawiały umiejętności sprawnego działania. Fajne.

    Ekscytujące.

    Kompletnie bzdurne.

    – Zośka, otwórz drzwi! – rozległ się okrzyk Magdy Zawijasowej, któremu towarzyszył nerwowy łomot. – Otwórz te cholerne drzwi!

    Z najwyższym trudem podniósł się i wyszedł na korytarz. Profesorową przestało interesować samopoczucie gościa, cała jej uwaga skierowała się ku zamkniętej w pokoju córce. Oczy zdradzały przerażenie.

    – Niech pan coś zrobi!

    Florian Madej, który w każdy krok wkładał cały – bardzo skromny – zapas sił, szedł powoli opierając się rękami o ściany wąskiego holu. Kiedy jednak dysponuje się odpowiednią masą ciała, do wyważenia drzwi siła nie jest potrzebna. Łagodnym ruchem odsunął Zawijasową, odwrócił się tyłem i odepchnął od ściany naprzeciw wejścia. Jego plecy, wsparte bezwładnością stu dziesięciu kilogramów, runęły na zamknięte skrzydło, które z suchym trzaskiem upadło na podłogę, a Madej wraz z nim. Jęknął z bólu, kiedy klamka wbiła mu się w sadło okalające lędźwie. Na moment stracił kontakt z rzeczywistością. Ocucił go krzyk.

    – Nie ma jej!

    O sprawnym wstawaniu nie było mowy, z wysiłkiem przewrócił się na brzuch i podniósł na czworaka. Rozejrzał się zamglonym wzrokiem tucznika przyprowadzonego do rzeźni. Nic nie widział. Coś mu zabrało siły, a teraz zabierało widzenie. Podpełzł do łóżka i oparł się obiema rękami, co umożliwiło zajęcie pozycji nieco bardziej pionowej, dającej z kolei lepsze złudzenie przytomności u kogoś, kto właśnie usiłuje wstać i nie może. Teraz klęczał jak grzeczna panienka przy wieczornej modlitwie.

    Pościel na łóżku, na którym przed chwilą siedziała młoda Zawijasówna, była solidnie skopana i zmięta. Dziewczyna znikła. Okno za łóżkiem było otwarte na oścież, z zewnątrz wlatywały nocne owady i obsiadały mleczny klosz lampy pod sufitem.

    – Zośka, wracaj! – krzyknęła w ciemność Zawijasowa. Przechyliła się przez parapet i spojrzała w dół. – Nie ma jej! Uciekła!

    Florian Madej nie odpowiedział. Pomacał zmierzwioną pościel i po chwili wyjął spod narzuty komórkę z doczepionymi do niej słuchawkami. Włożył jedną z nich do ucha.

    W głębokiej nocnej ciszy jedynym słyszalnym dźwiękiem był szelest ostrożnych dziewczęcych kroków. Szła samotnie przez las, wolna od lęków i niepokojów, zwyczajnie przynależnych jej wiekowi i płci. W jednej ręce dzierżyła skórzaną sakwę, w drugiej – obnażony carski bebut. Nie znała jeszcze celu swej drogi ani czekającego nań u jej kresu przeznaczenia, mimo to przemierzała niebezpieczny las z godną podziwu śmiałością. Która, jak powszechnie wiadomo, w najmniejszym stopniu nie zmniejsza śmiertelnego zagrożenia. Szła powolna rozkazom, nie znając ich źródła ani charakteru…

    Wyrwał słuchawkę z ucha.

    – Co to jest bebut? – ryknął do profesorowej w nagłym przypływie energii.

    – Co…? – spytała zaskoczona Magda Zawijas. Była jednak bystrą kobietą i błyskawicznie połączyła fakty. – Matko Najświętsza! – zajęczała i wybiegła z pokoju. Madej poszedł za nią.

    W gabinecie profesora paliło się światło. Zawijasowa natychmiast skręciła w lewo i podeszła do ściany z pamiątkami. Obok staroświeckiej fotografii kobiety w długiej sukni tkwił w tynku goły hak. Sztylet znikł.

    – Co ona wyprawia? Zośka! Wracaj!

    Nie zwracając uwagi na inspektora kobieta wypadła z gabinetu i z łoskotem zbiegła po schodach. Wkrótce trzasnęły drzwi wejściowe i do uszu Floriana Madeja doleciały piskliwe nawoływania z ogrodu Zawijasów. Pomacał puste miejsce po zabytkowym sztylecie. Czyżby to miał być ten cały bebut?

    Wyszedł przed dom. Profesorowa zdążyła w tym czasie obiec wkoło całą posesję i przekonać się, że po dziewczynie nie ma śladu. Wyszła przed furtkę, zawołała parę razy to swoje „Zośka, wracaj!”, i pełna bezradnej rozpaczy wróciła do domu. Chcąc ją czymś zająć inspektor wziął ją pod rękę i razem przeszukali cały dom jeszcze raz. Tym razem on robił za stronę silniejszą, całe osłabienie nagle opadło z niego jak zły sen.

    Dziewczyny nigdzie nie było, Magda Zawijasowa nie zauważyła, by zniknęły jakieś inne przedmioty oprócz sztyletu ze ściany i skórzanego plecaka, z którym chodziła do szkoły. „W ręce dzierżyła skórzaną sakwę”, powtórzył w myślach Florian Madej. Kiedy kobieta trochę się uspokoiła, usiedli w kuchni.

    www.unsplash.com/Niilo Isotalo

    – Zaraz wróci – pocieszał ją klepiąc po wierzchu dłoni. – To co z tym bebukiem?

    – Mąż go przywiózł przed laty z Kaukazu. Jakaś stara rosyjska broń, podobno pochodzenia czeczeńskiego. – Nagle podniosła na niego wzrok. – Skąd pan o nim wiedział?

    Chwilę milczał zastanawiając się, jakiej udzielić odpowiedzi. Co mu wolno powiedzieć. Profesorowa wiedziała już całkiem dużo, ale jeszcze sobie dobrze tej wiedzy nie przyswoiła. Taki proces przebiega stopniowo, jak każda nieprawdopodobna informacja, zwłaszcza jeśli dotyczy katastrofy. Wyjął z kieszeni komórkę jej córki, owiniętą białymi sznureczkami słuchawek, i położył na stole.

    – Niech pani to dobrze schowa – powiedział. – Skuteczniej byłoby wyjąć baterię, ale w tym modelu się nie da. Więc proszę ukryć gdzieś głęboko i pod żadnym pozorem nie włączać. Tak, w niej usłyszałem to słowo, przed chwilą, kiedy znalazłem ją w pokoju pani córki. Nie, proszę tego nie robić – dodał widząc, jak majstruje przy wyłączniku. Odłożyła.

    – Ale… dokąd ona poszła? – spytała patrząc mu w twarz. Już nie płakała, tylko próbowała coś zrozumieć. Jej szeroko otwarte, błyszczące oczy były całkiem ładne. W ogóle była ładna, pomyślał zerkając na jej falujący w napięciu biust, kiedy z trudem formułowała następne pytanie. – Czy to wszystko jest aż tak… przerażająco absurdalne?

    Podniósł wzrok. Ile tu można powiedzieć, a ile przemilczeć? Patrzyła w niego już bez histerii, powoli docierały do niej nowe warstwy przerażającej i nieprawdopodobnej wiadomości, której próbowała zaprzeczyć niezgrabnym pytaniem.

    – Myślę, że tak – odparł powoli. – Nie wiem jeszcze, jak bardzo, ale jakoś jest.

    Siedzieli naprzeciwko siebie na kuchennych krzesłach i patrzyli sobie w oczy. Ponieważ nie wiedział, co ma mówić dalej, kazał jej wyjąć własną komórkę i zadzwonić do syna. Wykonała polecenie i po chwili odłożyła niechętnie na stół.

    – Nie ma połączenia.

    Wyjął własną i wybrał numer byłej żony. Wcisnął funkcję głośnego mówienia. „Nie można zrealizować połączenia”, zaskrzeczał głośnik. Przerwał i wybrał numer Aleksandra Zawijasa, który miał na liście ostatnich połączeń. Aparat powtórzył: „Nie można zrealizować połączenia”.

    – Nie wiem, czy to pani wystarczy za odpowiedź. Jeśli nie, to mogę jeszcze trochę poopowiadać o bezradności policji, która właśnie zajmuje się doraźnym gaszeniem najbardziej zapalnych ognisk buntu nie mając pojęcia, gdzie szukać przyczyny. Na pani życzenie mogę przytoczyć dane – mocno już nieaktualne – o liczbie ofiar dzisiejszych zamieszek i rosnących od paru godzin problemach w funkcjonowaniu miasta. Słowo „problemy” brzmi niemal jak kłamstwo. W istocie mamy do czynienia z katastrofą. Przyjechał minister spraw wewnętrznych i obraduje teraz w gronie dowództwa krakowskich sił porządkowych, jak powstrzymać lawinę strasznych i kompletnie irracjonalnych wydarzeń. Być może coś im się uda wymyślić, niewykluczone, że nawet wprowadzeniem tych pomysłów w życie spowolnią nadejście następnych rozruchów i ulicznych samosądów, zduszą w zarodku jedno z licznych nowych zarzewi ognia. Być może. Mam jednak wrażenie, że nie zdołają zaradzić dalszym nieszczęściom. Nie da się tego zrobić, nie znając przyczyny.

    – A pan zna przyczynę?

    Popatrzył uważnie w jej błyszczące oczy. Wróciła do równowagi i trwała przy niej z godną podziwu determinacją, z rzadka tylko poprawiając palcem powiekę, co stanowiło dyskretny sposób na usunięcie wiszącej pod nią łzy. Zrozumiał, że ma przed sobą kobietę umiejącą czytać z własnego doświadczenia wiedzę na przyszłość. Panowanie nad rozpaczą należało do najważniejszych lekcji.

    – Ja nie. Ale jestem przekonany, że pani mąż zna. Dlatego muszę z nim…

    – Wiem, wiem, mówił pan to już dziesięć razy.

    – Trzy.

    – Cztery. Nieważne. Jak pan zamierza się tam dostać?

    Uniósł brwi w zdziwieniu.

    – Czyżby pani zmieniła zdanie w kwestii…?

    – W takim razie jedźmy – zarządziła stanowczo. Chciała mieć to jak najszybciej za sobą. – Nie ma czasu na gadanie.

    Wstała z krzesła nieco zbyt szybko i odrobinę zbyt nerwowym ruchem porwała torebkę z kuchennego blatu. Inspektor postanowił niezwłocznie skorzystać z okazji.

    – Świetnie, jedźmy. Czy mogę jeszcze na krótką chwilę do…?

    Pokazała mu palcem toaletę na parterze, ale stwierdził, że chyba ostatnio zostawił tam po sobie nieporządek i chciałby poprawić tutejszą opinię o sobie. Wzruszyła ramionami, a on poszedł i po chwili wrócił, poprawiając niezgrabnie spodnie w pasie. Ekran telewizora był martwy, podobnie jak wyświetlacze ich komórek. Znikło wszystko, łącznie z buźkami. Demon sobie poszedł.

    – Czy ona wróci dzisiaj? – spytała Magda Zawijasowa, gdy wsiadali do samochodu. Chciała prowadzić, ale stanowczym gestem odebrał jej kluczyki tłumacząc, że to może nie być po prostu zwyczajny przejazd do Krakowa i niech lepiej zachowa siły na drogę powrotną.

    – Nie wiem – odparł i zaraz szybko dodał: – Raczej tak.

    – Niech mi go pan nie rozbije – powiedziała profesorowa klepiąc w pulpit swojej corsy, gdy mijali słupki bramy wjazdowej. – To najlepsze auto na świecie.

    – Nie wiem. Raczej tak.

    Ta odpowiedź wydała mu się dowcipna i liczył na rozładowanie napięcia, które wzrastało w miarę zanurzania się samochodu w mogilański mrok. Gdzieś w pobliżu padł strzał i Magda skuliła się na fotelu. Ta sama broń, nie miał wątpliwości. Ktoś sobie poluje. Dzisiaj można.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #16

    Źle spał w nocy. Szpitalne łóżka nie są wygodne i poprzestańmy na tym miłosiernym eufemizmie. Wiercił się i przewracał z boku na bok do wtóru jęczących sprężyn, które tworzyły sugestywne muzyczne tło do jego półprzytomnych majaków. Trudno je było nazwać snami, przypominały raczej paradę dawno znanych twarzy, gestów, powiedzianych i zapisanych zdań. Kolejność ich zjawiania się i znikania nie tworzyła żadnego rozpoznawalnego porządku, była raczej manifestacją wolnej woli podświadomości, uwolnionej od długotrwałej opresji. Gdyby Aleksander Zawijas lepiej znał się na komputerach, mógłby to nazwać defragmentacją dysku.

    Zasnął na dobre dopiero nad ranem i wtedy przyśnił mu się rodzinny dom. A raczej to, co z niego zostało. W smudze księżycowego światła biegł ścieżką od pól i nie mógł trafić. Tam, gdzie powinny stać budynki czterech gospodarstw, w tym ich dom z ogrodem, widniały w ziemi wklęsłe placki gołej ziemi, jak leje po jakichś anihilujących bombach. Bezradny krążył po okolicy szukając choćby jednego punktu orientacyjnego w doskonale mu znanym terenie, ale na próżno. Puste łąki i cztery gliniane plamy w trupim świetle księżyca. Nagle od południa pojawił się ruchomy wał ziemi, szybko zmierzający w jego stronę. Natychmiast pomyślał o gigantycznym krecie, który połknął wszystkie cztery domostwa i teraz chce połknąć jego. Rzucił się do ucieczki przez pola. Kret był szybszy. Szelest grud rozrywanych wielkimi, kosmatymi łapskami zbliżał się nieuchronnie. Mały Olek obejrzał się i zobaczył kawał trawiastej darni wzniesiony jak łeb kobry. To coś wiło się i syczało: „Uciekaaaj! Uutssekaai!”. Uciekał, przebierał nogami z całych sił. Poczuł zimne plaśnięcie w kark. Wtedy się obudził.

    www.unsplash.com/Marcelo Leal

    – Panie profesorze, lekarstwa.

    Nad nim stała pielęgniarka z plastikowym kieliszkiem, zawierającym trzy tabletki: dwie białe i jedną zieloną.

    – Dzień dobry. Nie musi mnie pani klepać, wystarczy się przywitać. Mam płytki sen.

    – O czym pan mówi? – zdziwiła się obrażona. – Nawet pana nie dotknęłam!

    – Widocznie mi się przyśniło – stwierdził sucho.

    – Jest już wpół do ósmej, pacjenci od siódmej mają śniadanie – przypomniała mu z wyrzutem zasady regulaminu szpitala. – Jak pan chce tu zagrzać miejsca na dłużej, trzeba przywyknąć. Chyba że pan nie chce jadać, to zaraz powiem salowym, żeby nie przynosiły. Klepać, też coś! – wykrzyknęła na koniec i wyszła.

    Wypił pół szklanki wody, by czymś wypełnić żołądek, i połknął tabletki. Nie był głodny, chociaż od wczoraj popołudnia właściwie nic nie jadł. Magda przywiozła go do szpitala im. Babińskiego prosto od terapeutki, zabierając po drodze na późny obiad w postaci wegetariańskiego kebaba. Trudno było wywnioskować, z czego został zrobiony, jego smak wszelako wracał do profesora w postaci cichych czknięć. By ich nie słuchać, włączył radio i natychmiast je ściszył słysząc jakiś żałośnie wysilony żart prezentera. Zaraz potem wskoczyły reklamy i jakieś truskawki zaczęły zapewniać, że pływają w jogurcie. To było znacznie bardziej zabawne.

    Szpital uzgodnili w gabinecie terapeutycznym po długiej i rzeczowej naradzie we trójkę. To znaczy kobiety się naradzały, on słuchał. Częściowo. Udawał, że słucha. Było mu obojętne i kiedy kobra lakanistka zadzwoniła do znajomego psychiatry, który akurat miał dyżur, by zechciał przyjąć na oddział jej zaufanego pacjenta, na jej pytające spojrzenie odpowiedział wzruszeniem ramion. Wszystko jedno.

    – Olo, dasz radę – powiedziała żona poklepując go po ręce. Użyła zdrobnienia zastrzeżonego wyłącznie do sytuacji nadzwyczajnych, wymagających ich wspólnego, solidarnego działania. Ostatnio tak go nazywała, gdy miał sadzić nowe róże na klombie. „Olo, tylko ty możesz to zrobić. Masz świetną rękę do róż, magiczną. Wszystkie, które sadziłeś, się przyjęły”. Jasne, magicznie. Posadził chyba osiemnaście.

    – Jest, panie Olku – powiedziała terapeutka z poważnym uśmiechem. – Będziemy w kontakcie – dodała nie precyzując, z kim mianowicie będzie w tym kontakcie: z nim, z jego żoną czy z lekarzem, który ma go przyjąć. Skinął głową. Wszystko jedno.

    Wcześniej się bronił. Walczył inteligentnie, dyskutował z umiarem, szermował zręczną frazą jak szpadą, by jak najlepiej zaprezentować sprawność i trzeźwość swego profesorskiego umysłu. Poniewczasie zorientował się, że gra w ten sposób do własnej bramki.

    – Jest pan bardzo inteligentny – podsumowała terapeutka. – Powiedziałabym: inteligentny za wszelką cenę. Trzeźwy na dwieście procent. To, panie Olku, o sto procent za dużo.

    – Nic na to nie poradzę – odparł cicho i łagodnie. Ciche i łagodne mówienie chodzi u psychologów po wyższym kursie. – Jestem trzeźwy.

    – Pańska żona twierdzi co innego. Podobno jakiś audiobook groził panu śmiercią. To, przyzna pan, nie brzmi już tak inteligentnie. Ani trzeźwo.

    – Przypominam uprzejmie – ciągnął cichym i łagodnym tonem – że to pani sama kazała mi słuchać audiobooków. Nic na to nie poradzę, że jeden z nich wypełniał swoją rolę z nadmierną gorliwością. Mówiłem, że książki mają być do czytania.

    – Dlaczego z nadmierną gorliwością?

    – No, był niezwykle sugestywny. Jak żywy. Ale zostawmy to, na dzisiaj nie umiem ująć tego fenomenu w dość precyzyjne pojęcia.

    – Myślał pan dzisiaj o alkoholu?

    Zaskoczyła go. Oni w tym są mistrzami. Gadu gadu, ple ple ple, a potem nagły cios w żołądek.

    – Nie.

    – To dlaczego słuchałeś Grechuty? – wtrąciła żona. Przyjęła na siebie rolę strażnika i musiała czuwać nad zgodnością szczegółów.

    – Bo go lubię. I dawno nie słuchałem.

    – Owszem, dawno – odparła Magda Zawijas zwracając się do terapeutki. – Dokładnie od pięciu lat, czyli od ostatniego picia. I pisania. Bo wie pani, on pił, a potem pisał i słuchał. Albo pił, potem słuchał, a potem pisał, nie wiem dokładnie. W każdym razie jedno wiązało się z drugim, a drugie z trzecim. Jak słyszę to głupie „żyjesz i jesteś meteorem”, to aż mnie ciarki przechodzą. O, nawet teraz.

    Terapeutka kiwała głową nie patrząc na profesorową, po której przechodziły ciarki. Wbiła wzrok w jakiś punkt na blacie biurka, blisko guzików od koszuli jej „zaufanego pacjenta”, i myślała. Wreszcie wymyśliła.

    – Pan jest bardzo inteligentny i wie, że słuchanie, pisanie i picie, o których mówi pańska małżonka, to szereg wyzwalaczy. Każdy z nich z osobna może zaprowadzić do picia, ale wszystkie razem zaprowadzą do picia z pewnością. Pozwoli pan, panie Olku, że spytam ponownie: myślał pan dzisiaj o alkoholu?

    Teraz on utkwił wzrok w punkcie na krańcu blatu, w okolicy guzika jej bluzki, i myślał. Nie, nie o ukrytym pod bluzką pępku na płaskim brzuchu terapeutki. Był na to zbyt inteligentny. Przeprowadzał w myślach szybką kalkulację zysków i strat z obu wariantów przedstawionej mu alternatywy, zwłaszcza w kontekście niedawnej groźby, wygłoszonej pod jego adresem przez demona z audiobooka. Przyjąć wyzwanie i rzucić się głową w dół do studni, czy przeleżeć niedobry czas naruszonej harmonii w łóżku, dopóki zdarzenia nie przeminą samą mocą upływu czasu. Myślał i nie mógł się zdecydować.

    – Gdzie jest Zośka? – spytał żonę.

    – Siedzi w domu. Przed chwilą z nią rozmawiałam. Nie słyszałeś?

    – Tak, słyszałem – pośpieszył z zapewnieniem, by zatrzeć wrażenie utraty kontroli nad faktami. – Powiedz jej, że ma nie słuchać żądnych audiobooków. Żadnych, rozumiesz? To jest mój warunek.

    – Panie Olku, warunki są tu nie na miejscu… – zaczęła protestować terapeutka, ale Magda Zawijasowa nie bawiła się w subtelności. Najważniejsza była decyzja.

    – Dobrze, powiem jej. Mówiłam już pięć razy, ale zrobię to znowu. Będę mówiła codziennie, zgoda?

    – Zgoda – odparł z nikłym uśmiechem. – I niech czasem do mnie zadzwoni.

    To ostatnie również zostało mu obiecane, nieco jednak na wyrost wobec faktu, że już następnego dnia pod wieczór posypały się połączenia komórkowe i płaskie czarne ekraniki stały się w okolicy Krakowa nieprzydatne.

    – Panie Olku, wszystko będzie dobrze – powiedziała na pożegnanie terapeutka mocno ściskając mu dłoń. – To tylko parę dni. Poczuje pan ulgę, zobaczy pan.

    Do szpitala jechali w milczeniu. Ona zatopiona w smutnej satysfakcji, on na autopilocie obojętności. Opadło z niego całe napięcie i rzeczywiście poczuł ulgę, jeszcze zanim dojechali na miejsce. Może one miały rację? Może naprawdę dopadł go nawrót choroby alkoholowej i właśnie zdecydowali się na najlepsze rozwiązanie? Podobno to się zdarza nawet u tych najlepiej rokujących. A on przez pięć lat nie miał najmniejszego problemu, nic, nawet zapicia terapeutycznego nie miał. Z tej perspektywy obecny nawrót jawił się jako zupełnie logiczny, wręcz konieczny. Należało go spokojnie przyjąć do wiadomości i przeczekać na szpitalnym łóżku. Z największą obojętnością.

    A potem łóżko w specjalnie załatwionej za „dodatkową opłatą” izolatce okazało się niewygodne, nie mógł zasnąć, sprężyny gniotły go w wątrobę jak namacalne znaki ostrzegawcze, a kiedy wreszcie zasnął, przyśniły mu się cztery doły w ziemi po czterech wiejskich domach pośród rozległych łąk, z których jeden był jego domem rodzinnym. „Uutssekaai!”. Tak, właśnie to robię. Uciekam. Tylko nie wiem od czego, ani do czego.

    – I jak, panie profesorze, wszystko w porządku? – spytał z uśmiechem lekarz, który go wczoraj przyjmował. Widocznie miał jeden z tych długodystansowych dyżurów, o których piszą w gazetach obrońcy praw pracowniczych w służbie zdrowia. Zawijas sięgnął ręką do radia, by je nieco przyciszyć.

    – Czy coś takiego może być w porządku? – odparł profesor zataczając ręką wkoło. – Żyję i jestem trzeźwy, a o to zdaje się chodzi.

    – Czyli w porządku – podsunął lekarz uprzejmie. – Jakieś życzenia?

    – Kieliszek wódki i papierosa.

    Lekarz nie uśmiechnął się, tylko pochylił twarz nad pacjentem i obejrzał dokładnie jego oczy.

    – Sytuacja skazańca? Czyżby było aż tak źle?

    – Nie, w porządku – odparł Zawijas poprawiając sobie poduszkę. – Już to ustaliliśmy. Jakie są następne punkty programu? Skoro nie wolno żartować…

    Niezniechęcony zaczepkami profesora lekarz przysiadł na brzegu łóżka i zabrał się do wyjaśniania.

    – Żarty, panie profesorze, dla psychiatry w zasadzie nigdy nie są śmieszne. A zwłaszcza dla specjalisty od uzależnień. Wie pan, dlaczego? Ponieważ kiedy pacjent żartuje, to zwykle znaczy, że nadrabia miną. A to znaczy, że nie czuje się zbyt pewnie. A to z kolei znaczy, że jest jakiś poważny problem, który pacjent usiłuje za pomocą dowcipu zasłonić, zamaskować, schować pod poduszkę. Tak jak to pan teraz właśnie zrobił.

    – Ja? Przecież tylko poprawiałem poduszkę! – obruszył się profesor. – Niczego nie ukrywałem.

    – To pan tak twierdzi – stwierdził spokojnie lekarz. – Ale miałem na myśli właściwie nie poduszkę, tylko pański żart. Dobrze, zostawmy to. Co z tym audiobookiem, który chciał pana zabić?

    Profesor zagryzł wargi i nie odpowiedział. Odwrócił głowę do okna i przyglądał się kawkom skaczącym po gałęziach ogromnego kasztana. Tyle warta jest szczerość. Ktoś tu przypadkiem wspominał, że prawda popłaca? Nie? To przepraszam bardzo.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Zaczynał – na razie nieśmiało – żałować, że nie ma tu z nim inspektora Madeja. Z nim jednym można było normalnie porozmawiać. Tak zwyczajnie, po prostu, na luzie pogadać sobie o audiobooku, który miotał pod ich adresem śmiertelne groźby. No dobrze, poproszę następne pytanie.

    – Całkowicie rozumiem pańskie milczenie, dlatego pozwoli pan, że ja będę mówił, a pana pozostawiam w komfortowej sytuacji dobrowolnego słuchacza. Z dokumentacji mi przedstawionej wynika, że ukończył pan terapię na oddziale dziennym naszego szpitala pięć lat temu. Wie pan zatem doskonale, bo tak brzmi jedna z najważniejszych lekcji na terapii, że proces chorobowy nie zatrzymuje się wraz z odstawieniem alkoholu. Przeciwnie, pewne destrukcyjne zjawiska neurofizjologiczne zachodzą nadal. Inaczej mówiąc, pacjent już nie pije, ale jego organizm owszem. I to przez dłuższy czas. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie chcę bynajmniej sugerować, że ma pan, dajmy na to, mózg przeżarty do cna przez alkohol i właśnie mamy tego ewidentną oznakę w postaci urojeń. Nie o to mi chodzi. W każdym razie nie przede wszystkim o to. Jednakże, panie profesorze… Ujmę to może tak. Zna pan słowo „powidoki”, prawda? Humaniści je teraz lubią i z upodobaniem używają. Otóż, w panu odezwało się coś w rodzaju powidoków stanu chorobowego z czasów jego największego nasilenia.

    – Nigdy nie miałem pijackich omamów – burknął profesor ponuro.

    – Ale utratę poczucia czasu już tak, prawda? Mylił się panu zmierzch ze świtem? Niedziela z poniedziałkiem?

    – Jak był ciepły styczeń, to nawet zima z latem – przyznał Zawijas niechętnie, ponieważ przypomniało mu się, jak przedwczoraj nie mógł ustalić, czy jest koniec września, czy sierpnia.

    – No właśnie – ucieszył się lekarz. – I coś podobnego stało się w kwestii tego nieszczęsnego audiobooka. To nie jest żaden wielki problem, panie profesorze. Po prostu niewielkie spięcie w mózgu. Drobna awaria. Zwarcie między komórkami.

    – To dlaczego tu jestem?

    – Ponieważ to spięcie, ten przeskok iskry ma siłę symptomu. To znak, że coś się dzieje. I jeśli nie zareagujemy, spięcia mogą się nasilać, aż doprowadzą do awarii. Awaria może doprowadzić do katastrofy, a ta do innej, jeszcze większej katastrofy. Zareagowaliśmy prawidłowo, wszyscy, począwszy od pańskiej żony, przez terapeutkę, a skończywszy na panu. Zlikwidujemy spięcie, usuniemy drobne psychiczne skutki, i wróci pan do swego życia. Zgoda?

    – Kiedy to będzie?

    – Powiedzmy, za tydzień.

    – Zgoda.

    – Bardzo się cieszę! Naprawdę bardzo się cieszę! – podsumował radośnie lekarz. – I żadnych nastrojów wisielczych, dowcipów o skazańcach i tym podobnych, dobrze?

    Po uzgodnieniu warunków umowy uśmiechnęli się do siebie ciepło, jak zadowoleni kontrahenci. Dogadane. Profesor Zawijas położył się na świeżo strzepniętej i przyjemnie miękkiej poduszce, by posłuchać, co tam mówią w radiu. Lekarz skierował się do wyjścia. W progu zatrzymało go pytanie.

    – Panie doktorze, a jeśli ten audiobook naprawdę zacznie zabijać? Co wtedy zrobimy?

    Lekarz wrócił do łóżka chorego. Ponowne pochylenie i głębokie spojrzenie w oczy pacjenta.

    – Jeśli kiedykolwiek dowiem się z wiarygodnego źródła, że jakiś audiobook kogoś zabił, to ma pan u mnie darmową dostawę koniaku do końca życia, panie profesorze. Ach, co ja mówię, najmocniej przepraszam! Chodziło mi oczywiście o mleko.

    Chwilę mierzyli się wzrokiem. W oczach lekarza igrały iskierki rozbawienia. Profesor zachowywał skupioną powagę. Nie spuszczając wzroku z doktora sięgnął ręką ku szafce i przygłośnił radio. Usłyszeli twardy, zdeterminowany głos dziennikarki.

    nie umiem w tej chwili podać dokładnych danych, ale według szacunków krakowskiej policji kryminalnej, od początku roku co najmniej osiem osób poniosło w Krakowie śmierć w okolicznościach związanych z audiobookiem. Nazywa się „Cegielnia” i można go kupić praktycznie w każdej księgarni w mieście. Nie wiadomo, kto jest jego autorem, nie wiadomo, kto go wyprodukował i wypuścił na rynek – w zasadzie nic nie wiadomo. Tylko tyle, że kto go słucha, ten umiera. Wiem na pewno, bo jedną z ofiar jest moja córka…

    www.unsplash.com/Rayan Almuslem

    Lekarz słuchał jak zahipnotyzowany, po czym zerwał się z łóżka i zaczął obmacywać radioodbiornik. Sprawdzał kable i pokrętła jak dzieciak, który ma nową zabawkę. Całą jego profesjonalną łagodność diabli wzięli.

    – To niemożliwe! – wykrzykiwał. – To jakiś idiotyczny żart! Pan to puścił z komórki? Ale, ale… skąd pan wiedział?

    – Audiobook mi powiedział – odparł spokojnie Aleksander Zawijas. – A co do mleka, poproszę trzyprocentowe. Najlepsze do kawy.

    Obmacawszy całe radio lekarz opanował wreszcie wzburzenie i wybiegł z sali. Po drodze wymamrotał niewyraźne „kurwa mać”. Profesor przytulił policzek do poduszki, zamknął oczy i słuchał dalej. Massa mówiła w radiu tak konkretnie i z taką pewnością siebie, jakby była jednym z uczestników ich rozmowy w małym, ciasnym pokoiku na Mogilskiej przedwczoraj wieczorem. Albo jakby ktoś jej tę rozmowę dokładnie powtórzył. Kiedy wezwała ludzi do wzięcia sprawy w swoje ręce, otworzył nagle oczy. Wydawało mu się, że ktoś przed nim stoi. Za oknem zaskrzeczała kawka. Zadrżał. To ten cholerny nawrót choroby.

    Cdn.