Tag: powieść w odcinkach Krzysztofa Zajasa

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #6

    6.

    Gdyby nie sympatyczny pan w szarym płaszczu, który przyszedł ze swoją sprawą nie na pierwszy lepszy komisariat, ale wprost do budynku Komendy Wojewódzkiej na ulicy Mogilskiej, dzisiaj inspektor Florian Madej spokojnie konsumowałby zapasy sławy i emerytury, gromadzone przez lata pracy dla dobra i porządku publicznego w królewskim mieście Krakowie. Gdyby przyszedł do komendy na Mogilską w normalny dzień roboczy, a nie w sobotę popołudniu, kiedy prawie nikt nie urzęduje, może udałoby się ocalić spokój długo wyczekiwanej emerytury inspektora. Ba, sympatyczny pan w szarym płaszczu mógł sobie przychodzić w każde inne sobotnie popołudnie, proszę bardzo! Dlaczego pojawił się w dyżurce przy szlabanie właśnie w tę sobotę w chwili, gdy on, już nieomal emerytowany inspektor Florian Madej, wysiadł z samochodu celem pożegnania się z długonogą sierżant Nowicką, której ciasno zapięty mundur przyciągał go katastrofalnym wręcz magnetyzmem? Komu i do czego potrzebny był ten obciążony ponurymi skutkami zbieg okoliczności?

    Wciąż-jeszcze-nie-emerytowany inspektor Madej podejrzewał jednak, że nie był to wyłącznie zbieg okoliczności. Słowa tamtego wkręcały się w uszy jak refren, a tajemniczy uśmiech towarzyszący zerkaniu na jego rozpaczliwie dziarskie wysiadanie z passata podkręcało atmosferę tajemniczości.

    Nie można wykluczyć, że chodzi o ważny dowód w sprawie – podsłuchał Madej, jak pan w szarym płaszczu tłumaczy cierpliwie strzelistonogiej policjantce. – Czy mógłbym porozmawiać z kimś od spraw wypadków?

    Nie ma u nas takiego wydziału – odparła zniechęcająco sierżant Nowicka. – Niech pan się zgłosi na swój macierzysty komisariat.

    A który to jest?

    To zależy, gdzie pan mieszka.

    Powiedzmy, w centrum.

    Ale w centrum gdzie?

    Noo – mężczyzna się zawahał – w centrum miasta. To się chyba nazywa śródmieście.

    Nie może pan po prostu podać adresu? – zdziwiła się Nowicka. – Do każdego zgłoszenia potrzebne są dane osoby zgłaszającej. Musi pan podać jakiś adres.

    Nie chcę żadnego zgłoszenia. Byłem świadkiem wypadku i chciałbym dołączyć dowód. Nie mam nic nowego do zgłaszania, wolałbym nie uruchamiać niepotrzebnie całej proceduralnej machiny. Czy nie mogłaby pani wezwać kogoś, kto się zajmuje takimi sprawami?

    Mówił spokojnie, ale z jakąś ukrytą stanowczością, a poły jego płaszcza powiewały w podmuchach popołudniowego wiatru. Dopiero kiedy wysiadł, inspektor Madej uświadomił sobie, że wcale nie wieje i nawet liście na pobliskich topolach zwisają bezwładnie.

    Kraków, fot: www.unsplash.com/Jacek Dylag

    Dzisiaj nikogo już nie ma. Jest sobota wieczór. Niech pan zostawi, przekażę koledze, jak przyjdzie. O, panie inspektorze, proszę mi pomóc! Może pan wyjaśni obywatelowi, jak się załatwia takie rzeczy!

    Madej wygramolił się z samochodu i usiłował raźno podejść do dyżurki. Spirytusowym ogniem paliło go podejrzenie, że Nowicka słyszy, jak mu skrzypią kolana.

    O co chodzi, pani Violu?

    Człowiek chce zostawić dowód w jakiejś sprawie.

    Dzień dobry, inspektor Madej. Jaki dowód?

    Przybrał poważny, urzędowy ton i wyprostował się, nieco zadzierając brodę. To miała być postawa dominująca. Zakładał, że działa na kobiety z kategorii niebotycznonogich policjantek. Był rozwodnikiem, mógł sobie pozwolić.

    Mężczyzna wyciągnął rękę i przedstawił się imieniem i nazwiskiem, którego Madej w ogóle nie zrozumiał. Nigdy nie umiał zapamiętać nazwiska nowopoznawanej osoby. Ten brzmiał mniej więcej jak „Amadeusz Bez”. Równie dobrze mógł to być jednak „Amorfeusz Bas”. Albo „Asmodeusz Bies”. Każdy z wariantów uchylał drzwi ku innym możliwościom.

    Pan Amadeusz wyjął z kieszeni brązowe słuchawki.

    Znalazłem je na miejscu wypadku. Dziewczyna wpadła pod tramwaj. Zabrało ją pogotowie, a one leżały na chodniku, więc wziąłem – tłumaczył głosem tak spokojnym, jakby całe życie ćwiczył tylko po to, by brzmieć przekonująco.

    Mówi pan o tym wypadku pod Galerią Krakowską?

    Skinął głową, nadal wyciągając rękę ze słuchawkami. Komisarz odruchowo odebrał je od niego i obejrzał. Zwykłe słuchawki, ale bez kabla, nie było też żadnego śladu uszkodzenia. Pewnie bezprzewodowe, teraz takie robią. Wszystko zrobią, co byś nie wymyślił.

    Wskazał ruchem głowy na ławkę obok „kibla z policją”, jak między sobą nazywali budkę wartowniczą przy szlabanie, i obaj usiedli. Strzeliste nogi powiodły sierżant Nowicką do środka, gdzie pewnie zajęła się przeglądaniem internetu w poszukiwaniu promocji na wizytę w Centrum Paznokcia. Miała ich do obrobienia dwadzieścia, jeden okazalszy od drugiego.

    Dlaczego pan uważa, że to może być ważny dowód w sprawie? – spytał.

    Mężczyzna widocznie się odprężył. Owinął się szarym płaszczem jak książę na tronie i patrzył przed siebie z uśmiechem. Nie odpowiedział od razu, jakby szukał słów dla wyjątkowo skomplikowanej treści. Od ulicy Mogilskiej dochodził szum samochodów, wspomagany czasem turkotaniem tramwaju.

    Ta dziewczyna jechała schodami obok mnie z tymi właśnie słuchawkami na uszach – zaczął powoli, mrużąc oczy przed wrześniowym słońcem. Nowicka przesadziła z tym wieczorem.

    Jak to „jechała schodami”?

    Z galerii na ulicę Pawią się wyjeżdża schodami – mówił Amadeusz Bez (czy Asmodeusz Bies) z tym swoim terapeutycznym spokojem. – Mówiła do siebie. Początkowo sądziłem, że z kimś rozmawia przez bluetooth, czy jak tam zwą ten kapsel na uchu. W pewnym momencie wyjęła telefon, żeby coś sprawdzić. Wie pan, oni ciągle na tych komórkach coś sprawdzają. Zerknąłem na wyświetlacz smartfona. Tak to się chyba nazywa, prawda? Smartfon? No więc spojrzałem i zobaczyłem zielony trójkącik, taka strzałka do przodu, na pewno widział pan kiedyś, i zrozumiałem, że ona czegoś słucha.

    W inspektorze Madeju narastała irytacja. Mężczyzna w szarym płaszczu co rusz trącał go zwrotami w rodzaju „wie pan”, „widział pan”, traktując jak półgłówka. Na tym punkcie policjanci bywają szczególnie wrażliwi. Oczywiście, że zauważył, jak młodzi ciągle gapią się w komórki. Oczywiście, że smartfon nazywa się „smartfon” i że wyświetlacz na nim jest po prostu wyświetlaczem. A zielona pozioma strzałka oznacza włączony odtwarzacz. Nawet inspektor krakowskiej policji w średnim wieku jest w stanie coś takiego wiedzieć.

    Nie tylko o to chodziło. Ten człowiek mówił, wręcz zaczepiał jego uwagę, a równocześnie był nieobecny. Patrzył na wprost, w gładką ścianę parterowego budynku przed nimi. Madejowi nawet przemknęło przez myśl, że pod przymrużonymi od słońca powiekami widzi zupełnie nie to, co się rozciąga w jego polu widzenia, czyli kremowy tynk siedziby Małopolskiej Platformy Elektronicznej Komunikacji Policji oraz pustawy parking wśród drzew. Może wczuwał się w tamtą dramatyczną sytuację tuż przed śmiercią dziewczyny, ale w takim razie byłoby bardzo dziwne wczuwanie. Na zimno. Przypominało trans lub ćwiczenie jogi.

    Mężczyzna tymczasem ciągnął swoje dywagacje o dziewczynie i słuchawkach.

    Z nikim nie rozmawiała, tylko komentowała to, co słyszy, wie pan, z tych słuchawek. Od razu zaznaczam, że jej komentarze nie cechowały się nadmierną kulturą osobistą. Nawet się zdziwiłem, że nikt z ludzi wokół nie zareagował na brzydko przeklinającą dziewczynę.

    To znaczy jak?

    Wykrzykiwała słowo „penis”.

    To nie jest żadne przekleństwo.

    Usta pana Beza (Bza?) rozciągnęły się w uśmiechu. Wyglądał teraz jak meloman zanurzony po uszy w arii z „Tannhäusera”. Najwyraźniej polemika sprawiała mu przyjemność. Madeja przepełniał niejasny niepokój w odniesieniu do tego człowieka, jednakże nie potrafił swoich odczuć sprecyzować.

    Uważa pan, że jak czternastoletnia uczennica w publicznym miejscu wykrzykuje raz po raz słowo „penis”, to wszystko jest w porządku? Naprawdę pan tak sądzi?

    Palant. Zaakcentował tę uczennicę, by podkreślić moralną wagę problemu. Madej wcale nie uważał, że to w porządku, ale facet nie musiał mu tego tak dobitnie unaoczniać. Był inspektorem (ciągle jeszcze), ale nie półgłówkiem.

    Fakt, że drugi raz podczas tej rozmowy musiał zapewniać siebie, że nie jest półgłówkiem, nieco go rozsierdził.

    Nie bardzo rozumiem, do czego pan zmierza. Chciałbym uprzejmie zauważyć, że jest sobota popołudniu, a ja właśnie jadę do domu. Mógłby pan skierować już łódź do brzegu?

    – Tak, naturalnie, koniecznie – pośpieszył tamten z wyjaśnieniem. – Już mówię, o co chodzi. Jak wspomniałem, rzuciłem okiem na wyświetlacz i nad zieloną strzałką dostrzegłem tytuł:CEGIELNIA. Otóż ona słuchała powieści czytanej przez lektora, czyli oni to nazywają audiobookiem…

    (jasna cholera, nie jestem półgłówkiem)

    Ale, oczywiście, pan wie takie rzeczy, przecież inspektor policji w Krakowie nie może być półgłówkiem…

    (szlag mnie zaraz trafi!)

    … więc kiedy ona wykrzykiwała te swoje penisy, a ja zobaczyłem ten tytuł, to, rozumie pan, pomyślałem sobie, że jedno do drugiego nie pasuje. No chyba że chodziło o jakąś tanią erotykę w rodzaju Harlequina, takie soft porno, bo ta dziewczyna zupełnie nie wiedziała, co się dokoła niej dzieje. Szła przed siebie jak nakręcana lalka, albo android, wie pan…

    Wiem, co to jest android – przerwał mu inspektor unosząc dłoń. Zaraz potem znowu się zirytował. Facet z nim się bawił, a on dał się wkręcić.

    Właśnie dlatego tu jestem. Bo widzi pan, ja ją uratowałem od śmierci.

    Jak to?

    No właśnie. Za pierwszym razem ją uratowałem, bo wchodziła prosto pod tramwaj, że się tak wyrażę, z tym penisem na ustach…

    Za ich plecami trzasnęły metalowe drzwi od dyżurki. Madej obejrzał się i napotkał surowy wzrok sierżant Nowickiej. Z jego perspektywy nogi sięgały daszku nad wejściem. Ciekawe, ile zdążyła podsłuchać.

    To się dało inaczej powiedzieć – mruknął. Pan w szarym płaszczu go zignorował, zatopiony we własne opowiadanie.

    …i zdołałem ją zatrzymać. Powiedziała „przepraszam” i poszła dalej. Prosto pod drugi tramwaj, z naprzeciwka. Nie mogłem nic zrobić. Zresztą nie wiem, może mogłem. Ale sam byłem pod wrażeniem tej nietuzinkowej osóbki i jeszcze nie zdążyłem ochłonąć po tamtym incydencie, kiedy ona znowu… Tak mi przykro. Czy umarła od razu?

    Zdawał się być bliski płaczu. Madej spojrzał na jego oczy i stwierdził, że nadal były przymrużone i niespecjalnie obecne, a usta zdobił ni to uśmiech, ni to grymas. Jakby błazen odgrywał żałobę. „Nietuzinkowa osóbka”, „ochłonąć po incydencie” – co to za wyrażenia? Normalnie jak z brukowego powieścidła!

    Nie wiem, czy umarła od razu. Nie wiem również, do czego pan zmierza. Chyba sobie pójdę. Proszę zostawić dowód u sierżant Nowickiej.

    By potwierdzić powagę groźby, podniósł się z ławki i wyjął kluczyki z kieszeni kurtki. W głębi duszy jednak wcale nie miał wielkiej ochoty odejść. Coś w tej historii było intrygującego. Coś… głupiego. Raz ją uratował, drugi raz nie zdążył? Zginęła z „penisem na ustach”?

    Niech pan siada – powiedział twardo pan w szarym płaszczu. Już nie był tak sympatyczny, jak na początku. – Zaraz kończę.

    Madej posłusznie usiadł.

    Kiedy ją zabrali, podniosłem słuchawki z chodnika. Coś w nich nadal chrobotało, więc przyłożyłem do ucha. Usłyszałem spokojny głos lektora uważnie czytającego powieść morską, jakiegoś Conrada czy Melville’a, nie znam się na tym. W eleganckich, pełnych i malowniczo złożonych zdaniach nie było niczego z rzeczy, o które można by podejrzewać tekst na podstawie reakcji tej biednej dziewczyny. Kapitan stał na mostku i z niepokojem obserwował pierwsze oznaki nadchodzącej burzy, nie będąc pewnym należytego przygotowania jego statku i załogi do tak niebezpiecznego starcia. Miał przeczucie katastrofy, ale, powiedziałbym, bardzo przyzwoite. Zero penisów, zero taniej pornografii, zero jakichkolwiek nieskromnych rzeczy. No i zero cegielni.

    www.unsplash.com/Barrett Ward

    Skończył, by wreszcie obrócić swoje zmrużone oczy na słuchacza. Przez inspektora Madeja przebiegł dreszcz. Jeszcze przed kwadransem miał do czynienia z miłym rencistą na sobotnim spacerze, a teraz siedział obok niego niepokojący typ o powierzchowności sprytnego magika, prestidigitatora, który z przymrużonymi oczyma obmyśla coraz to nowe zagadki i sztuczki. Używał dziwnych zwrotów i mówił jakby kilkoma językami naraz. Już się nie uśmiechał, tylko patrzył. Inspektor wytrzymał jego spojrzenie kilka sekund i odpuścił. O stopień dyżurki stuknął obcas.

    Zrobić panom jakiejś kawy? – spytała nieco za głośno Nowicka. Słówko „jakiejś” zdradzało, że wcale nie ma zamiaru robić żadnej kawy. Chciała rozładować napięcie.

    Nie trzeba – odparł Madej otrzepując spodnie na tyłku, chociaż ławka była czysta. – Pan już sobie idzie. Pani Violu, proszę przyjąć dowód w sprawie i wypisać kwit.

    Odwrócił się do pana w szarym płaszczu.

    Dziękuję za pomoc, pańska relacja była bardzo ciekawa, a teraz pozwoli pan, że pójdę. Czekają na mnie sprawy domowe.

    Wyciągnął dłoń na pożegnanie, ale mężczyzna go zignorował. Nadal siedział na ławce, z rękami w kieszeniach płaszcza i wzrokiem zawieszonym na kremowej ścianie naprzeciwko.

    Wie pan, jak się nazywał ten kapitan z powieści? Peter North Sundick. Dziwne, prawda? Coś to panu mówi?

    Nic mu nie mówiło. Natomiast coś mu mówiło w duszy, że ten człowiek przyszedł tu specjalnie z jego powodu. Dokładniej rzecz biorąc, by się zabawić jego kosztem. On czytał kiedyś Conrada, ale to było dawno i nawet tytułu nie zapamiętał. Coś o jakimś szaleńcu na jednej z wysp Oceanii. Natomiast ten tu przyszedł i…

    Jako śledczy powinien pan mieć rozwinięty zmysł kombinatoryki. Zapraszam do wspólnej zabawy.

    Wstał, minął jego nadal wyciągniętą rękę i nie pożegnawszy się odszedł stanowczym krokiem ku ulicy Mogilskiej. Madej i Nowicka odprowadzili go wzrokiem, a potem spojrzeli po sobie.

    Wariat jakiś – skwitowała pani sierżant z typową dla siebie delikatnością.

    Zasadniczo miała rację. Umysł inspektora zaprzątała jednak inna sprawa. Wreszcie zrozumiał, co go w tym człowieku niepokoiło. Starszy pan, w płaszczu, ale bez kapelusza. Włosy jasne, ale nie siwe, tylko blond, jak u młodzieńca. I rzęsy. Facet nie miał rzęs, ani brwi. Florian Madej nie był już taki pewien, że wie, co to jest android.

    Kiedy specjalista od dziwnych audiobooków zniknął za zakrętem ulicy, inspektor wręczył sierżant Violi Nowickiej brązowe słuchawki, które jakimś cudem znowu znalazły się w jego rękach, i poczłapał do samochodu. Uruchomił silnik, podkręcił głośność i zanurzony w uwerturze do „Latającego Holendra” skręcił w prawo na Nową Hutę. Po drodze do domu zrobi zakupy w M1.

    Trąby, dużo trąb. Spieniona woda bije w skalisty brzeg. Okręt wpływa ostrożnie i rzuca kotwicę na środku zatoki, z dala od niebezpiecznych skał. Ale prawdziwe niebezpieczeństwo idzie nie od lądu, a od coraz bardziej wzburzonego oceanu. Na mostku kapitańskim sir Sundick w chmurnym namyśle pociera gęstą brodę. Jak się ratować? Sundick, Sundick… co to ma być? Sun to po angielsku słońce, a dick to ptaszek. Ptaszek, ha, fiutek, mały penis. Czy o to chodziło w tej zagadce?

    Z całej siły wcisnął hamulec. Tuż przed jego nosem świecił bagażnik złotej toyoty, która zatrzymała się na żółtym świetle. Uniósł dłoń w przepraszającym geście, człowiek za kierownicą tamtego samochodu zrobił to samo. Uff. Co za bzdura. Omal się nie wpakował przez tego głupiego fiutka. Penis, penis!

    Kiedy tak wykrzykiwał przed siebie to pobrzmiewające raczej medycyną niż pornografią słówko, stwierdził, że nawet nadaje się na przekleństwo. Ale słabe. Jak on miał na imię? Peter Nor Sundick? Jakoś tak to brzmiało. Inspektor od kombinatoryki. W skrócie inspek. Prawie jak penisek…

    Kurwa, znowu żółte!

    Tym razem hamował jako pierwszy. Przednimi kołami stanął pół metra za linią, tuż przed przejściem dla pieszych. Młody człowiek z kapturem na głowie pokazał mu wyciągnięty środkowy palec. Penis. Peter North Sundick, inicjały P-N-S. To samo.

    Phi, o to chodzi w tej zagadce?

    Za jego plecami rozległo się trąbienie. Wrzucił bieg i ruszył powoli prawym pasem, pozwalając się wyprzedzać i machać sobie przez szybę środkowymi palcami. Za to jego myśl przyspieszyła. Dziewczyna słuchała powieści Cegielnia, o statku na pełnym morzu przed zbliżającą się burzą, i wykrzykiwała słowo oznaczające męski narząd, które z dziejącą się właśnie akcją nie miało nic wspólnego. Poza inicjałami jednej z postaci. Nawet jeśli miała takie samo skojarzenie jak on, to nikt przy zdrowych zmysłach nie wykrzykuje tego na głos przy ludziach, jakby co najmniej natrafił na żyłę złota. W dodatku dziewczyna była tym (czym właściwie?) tak zaaferowana, że dwukrotnie weszła pod jadący tramwaj, za drugim razem skutecznie. Z powodu głupiego skojarzenia inicjałów?

    Nic tu do niczego nie pasowało.

    Wysiadł zamyślony na parkingu pod centrum handlowym i sam o mało nie wszedł pod samochód, chociaż szedł prawidłowo przejściem dla pieszych. Uskoczył. Kobieta za kierownicą coś mówiła, nie chciał zgadywać, co. Wszedł do ogromnego holu i wtedy przypomniał sobie, że niedaleko po prawej jest księgarnia. Skręcił.

    Przepraszam, czy dostanę audiobook powieści Cegielnia? – spytał młodą sprzedawczynię w okularach. Sądząc z wyglądu, absolwentka polonistyki albo wiedzy o kulturze.

    Mieliśmy, ale się skończyły – odparła przyglądając mu się z zaciekawieniem.

    A będą jeszcze?

    Szczerze mówiąc, nie wiem. To była jednorazowa dostawa.

    Podziękował i już miał wyjść, ale jeszcze coś mu przyszło do głowy.

    A czy jest może wersja papierowa?

    Przez dwie sekundy wpatrywała się w niego swymi megawielkimi okularami, zanim odparła:

    A wie pan, to ciekawe. W wersji papierowej nigdy jej nie mieliśmy. Ani mobi. Tylko audio.

    Nie był pewien, co to jest mobi, ale nie chciał się kompromitować dopytywaniem o najwyraźniej oczywiste dla niej rzeczy. Przecież nie był półgłówkiem.

    Jest pani pewna?

    Cmoknęła głośno.

    Proszę pana. Kończyłam polonistykę i w kwestii książek z grubsza wiem, co mówię.

    Ano proszę. Podziękował, skłonił się i wyszedł. Machinalnie skierował kroki w stronę supermarketu, przy wejściu odpiął wózek i wjechał między regały, zupełnie nie myśląc o tym, co z nich zdejmuje. Kombinatoryka. Coś gdzieś mu jeszcze świtało. Stając przed półką z nabiałem i ważąc w dłoni wielkie jak cegły kostki białego sera, wreszcie zdecydował. Wyjął telefon.

    Bartek, słuchaj, pamiętasz sprawę tego gościa, co się rzucił ze szkieletora?

    Jego podwładny, aspirant Bartosz Macerak, bardzo starał się ukryć swoje westchnienie, co mu się nie do końca udało. Zza jego pleców dochodził gwar ogrodowej imprezy. Znowu grill w rodzinnym gronie, z dzieciaczkami na huśtawkach, piwem na pompkę i łomotem disco z głośnika na balkonie. Był gliniarzem, sąsiedzi mogli mu skoczyć.

    Chodzi panu o tego z kwietnia?

    Uhm. Czy ja dobrze pamiętam, że on zleciał w dół ze słuchawkami w uszach?

    No, to znaczy raczej wystartował – poprawił Macerak. – Bo na dole to on już je miał nie w uszach, tylko w mózgu. Ale, panie inspektorze, ja teraz…

    Wiem, wiem, pozdrów żonę i szwagra. Pamiętasz może ten protokół? Czego on słuchał?

    Aspirant odsunął telefon od twarzy i krzyknął do kogoś, żeby przypilnował mięsa na ogniu.

    Mam go w lapku, to znaczy w komputerze. Sprawdzę i oddzwonię.

    Rozłączył się, a inspektor Madej popchnął wózek w kierunku regału z piwami melancholijnie rozmyślając nad tym, że jego młodszy kolega ma go za półgłówka, który nie wie, co to jest lapek. Przeglądał zgrabne flaszki z niszowych browarów o dziwacznych nazwach, jak Baba Jaga czy Brodacz, produkujących piwa Czarna Wdowa i Masochista. Było nawet piwo Sailor Girl i pomyślał, że tamta dziewczyna, Oliwia Derko, mogłaby je mieć za swoje ulubione. Gdyby kiedyś dorosła…

    O mało nie upuścił butelki Dybuka z browaru Golem, gdy jego lewą piersią targnęła wibracja. Trzy razy musiał przejechać palcem po czarnym ekraniku, nim się połączył. Kiedyś to był zwykły przycisk. Do diabła z tym światem, coraz mniej poręczny.

    Szefie, mam. To się nazywało Cegielnia.

    Dzięki, Bartek. I przepraszam za kłopot.

    Nie czekając na odpowiedź rozłączył się i drżącą ręką schował komórkę do kieszeni, tym razem spodni. Bał się o serce.

    Cegielnia. Niech to szlag. Jednak zagadka.

    Zagadka jak sto penisów.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #5

    5.

    Myślał całe popołudnie, do wieczora, i nic nie wymyślił. Leżał na łóżku owinięty w kocyk jak w ochronny kokon i badał wzrokiem nierówności sufitu, wszystkie ryski, smugi po maźnięciach pędzlem i kropeczki po muszych ekscesach. Jego umysł pracował wedle własnych rytmów i przyzwyczajeń, jakby był niezależnym bytem. Liczył na to, że bez udziału jego samego (czyli kogo?) umysł sam coś ogarnie z całej tej sytuacji i znajdzie rozwiązanie. Niekoniecznie genialne, choćby i całkiem przeciętne, byle się kupy trzymało. Postanowił nie schodzić na dół na herbatę, by nie prowokować następnej wielce niewygodnej dyskusji o zawartości ścieżki dźwiękowej audiobooka. Widział już ten uśmiech żony i słyszał pełne troski i życzliwości pytania. Czysty sadyzm. Wolał już tutaj, w półmroku i w cieplutkim kokonie kocyka, sam na sam z… no właśnie – z czym?

    Nie powinniście aby, profesorze, iść na jakiś dłuższy urlop i gruntownie wypocząć? – mruknął do własnego umysłu zajętego badaniem sufitu.

    Zwracam uwagę – odparł niedbale umysł – że właśnie wróciłeś z urlopu. Wróciliśmy… – poprawił się.

    To prawda – westchnął profesor. Kiedy twój własny umysł coś ci uświadamia, nie wypada się nie zgodzić. – Mógłbyś jednak się postarać i dokonać również głębszych odkryć. Znalazłeś coś na suficie?

    Z wyczekiwania na odpowiedź wytrąciło go pukanie do drzwi. Nagłym szarpnięciem zerwał z siebie koc i stanął na równe nogi.

    Kochanie, mówisz do siebie?

    Nie, nie – zaprzeczał pośpiesznie (zbyt pośpiesznie!) obciągając bluzę. Żona już była w pokoju. Miała zwyczaj wchodzić natychmiast po pukaniu. A on o tym wiedział. – Powtarzałem sobie na głos taki jeden wiersz Świetlickiego.

    Jaki wiersz?

    – „Nie się”.

    Świetlicki niesie?

    Nie. Świetlicki to nazwisko, „Nie się” to tytuł.

    Aha. Chcesz herbaty?

    Palnął głupstwo z tym tytułem i rozmowa zaczynała niebezpiecznie przypominać poprzednią. Należało coś przedsięwziąć.

    www.unsplash.com/Drew Taylor

    Tak, chodźmy na herbatę – zarządził i wyminąwszy ją w drzwiach ruszył schodami w dół, do jadalni. Po drodze poczochrał sukę po kudłatym łbie, głośno zakaszlał, a następnie puścił z kranu mocny strumień wody czajnika i lał do pełna, by przy gotowaniu szumiało jak najdłużej. Wszystko po to, by nie dać żonie akustycznej swobody do drążenia tematu wiersza Świetlickiego. Ani żadnego innego tematu. Jak przeczuwał, jego zabiegi nie przyniosły spodziewanych rezultatów i walec analizy mężowskiej osobowości parł bezlitośnie z kierunku północ-północny zachód. Magda usiadła w jadalni i przez chwilę obserwowała go w milczeniu.

    Olku, nie chcę być natarczywa – zaczęła nieco natarczywie – ale powinniśmy porozmawiać o tym audiobooku. Właściwie zastanawiam się, czy to jest kwestia audiobooka, czy raczej, jakby to powiedzieć… twojej, no nie wiem… świadomości? Dobre słowo? Świadomości? Czy może raczej… umysłu? Lepiej? Niech będzie. Tak, wiem, jesteś uznanym profesorem jeszcze bardziej uznanego uniwersytetu i kudy mnie tam do wystawiania tobie świadectwa normalności. Jednak jako twoja żona nie mogę przejść do porządku dziennego nad objawami tak niepokojącymi…

    Obrać ci pomarańczę? – spytał zalewając saszetki z Liptonem.

    Wiesz, że nie jem pomarańczy! Kupiłam je wyłącznie dla ciebie. Bo chciałeś. Czy może tego też już nie pamiętasz? A poza tym nie zmieniaj tema…

    Co znaczy „też”? O czym jeszcze nie pamiętam? Czy to już? Zaczynamy diagnozowanie sklerozy? Masz już gotowe pisemko do ośrodka? „Kochanie, wystarczy jeden twój podpis i wszystko będzie w porządku”. O to chodzi?

    Przestań! Nie, nie o to chodzi.

    Cofnęła się taktycznie, ale tylko po to, aby nabrać nowego impetu.

    Po prostu chciałabym, żebyś przestał się wściekać i pozwolił sobie spokojnie powiedzieć pewne rzeczy. Terapia działa rozdrażniająco, wiem, sama miałam podobnie. Siadając na fotelu naprzeciwko psychoterapeuty odruchowo stawiasz się w pozycji świra, który musi udowadniać swoją normalność i panowanie nad sytuacją. Potrzeba czasu zanim zrozumiesz, że w tym siedzeniu na fotelu i gadaniu o własnych problemach chodzi tak naprawdę o coś innego. Domyślam się, że dzisiaj otwarły się w tobie nowe rejony emocjonalne, w swojej duszy zajrzałeś do pomieszczeń, o których w ogóle nie wiedziałeś, że istnieją, nie mówiąc o rozeznaniu w ich zawartości. Byłeś trochę, no… zdezorientowany, kiedy wsiadałeś do samochodu, dlatego twoje luźne i na poły tylko świadome skojarzenia nałożyły ci się na słuchaną powieść i doszło do tego, no, jak to się mówi… ko… ko…

    Koincydencji.

    Magda pracowała w domu kultury jako animatorka dziecięca i miała pewne doświadczenie w wygłaszaniu okrągłych zdań o nieodpartej sile przekonywania. Mówiła, jakby wiedziała. Zresztą, może i wiedziała, kto ją tam wie.

    Tak. Koincydencji. Albo konwergencji, czy jakoś tam jeszcze inaczej. Wiesz, co mam na myśli.

    Skinął głową. Pozwalał jej gadać, ponieważ wtedy sam nie musiał. Wyjął torebki, dopełnił kubki przegotowaną wodą i jeden z nich postawił przed Magdą. Drugi ujął w obie dłonie i usiadł, wpatrując się w blat stołu. To miało oznaczać skupione słuchanie, ale w zasadzie słyszał niewiele. Trochę. Słuchał i nie słuchał. Analityczna część jego profesorskiego umysłu skłonna była nawet przyznać jej rację (częściowo, częściowo!) i z fragmentów, jakie dolatywały do jego uszu, układał sobie całkiem podobne wyjaśnienie. Niewątpliwie był pod wrażeniem seansu terapeutycznego, na którym zapoznał się z rewelacją na temat tego, że oprócz czytania powieści można również słuchać, ale padła tam i inna ważna kwestia: „Jeśli nie może pan czytać, niech pan pisze”. Tak, to zdanie było ważne, najważniejsze ze wszystkich. Dlaczego do niego dopiero teraz dotarło? Tak, przecież całą drogę od gabinetu do parkingu przebył zatopiony w myślach o swoim pisaniu. O niedokończonej powieści, która jak porzucone dziecko spoczywała gdzieś w zakamarkach pamięci komputera, kwiląc i pojękując w nieutulonym żalu do swego koślawego twórcy. Nawet jeśli sobie tego wtedy tak wyraźnie nie uświadamiał, teraz miał jasność. Chodziło o pisanie, prawda?

    Jego umysł, równie jak on skrępowany wywodem żony, przytaknął obojętnie.

    … i gdybym miała ci coś radzić, zapomnij o całej tej sprawie i zajmij się poprawianiem prac doktorskich. Zdaje się, że masz dwie na pulpicie. A ta powieść, ta Cegielnia – najlepiej daj mi ją.

    Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, żona odstawiła kubek z herbatą, wstała z krzesła i energicznym krokiem ruszyła w kierunku schodów. Rzucił się za nią. Herbata z pchniętego kubka chlapnęła na obrus.

    Czekaj! Dam ci ją, jak dosłucham do końca.

    Ich wejście na schody mniej miało wspólnego z małżeńską kurtuazją, a więcej z wyścigiem po oferty o poranku Czarnego Piątku. Wpadli na nie oboje równocześnie, ona złapała poręcz i podciągnęła się za jednym zamachem o trzy stopnie, ale on był sprytniejszy. Ruszył wzdłuż ściany i kilkoma skokami pokonał całe schody ze sprawnością godną zapisania w kronice sportowej jego Almae Matris. Wpadł do gabinetu, dobył płytkę ze stacji dysków i wepchnął do kieszeni bluzy, a następnie zamknął drzwi tuż przed nosem żony.

    Przepraszam, muszę popracować – powiedział, przekręcił klucz i dla pewności oparł się plecami o drzwi. Ona perswadowała chwilę, lecz wobec braku jakiejkolwiek reakcji odpuściła i poszła do siebie. Musiała być wściekła. Dla żony brak reakcji to najgorsza z reakcji.

    Uff.

    Dyszał ciężko i malowniczo jak bohater kreskówki, ale szczęśliwy. Obronił się, choć gdyby w tej chwili ktoś rozsądny (na przykład jego własny umysł) zapytał go, przed czym mianowicie się obronił, nie potrafiłby odpowiedzieć. I nie to było najważniejsze. Pomacał się po kieszeni i uspokojony płaskim, okrągłym kształtem usiadł do poprawiania pracy doktorskiej wychodząc z założenia, że to zajęcie nie wymaga specjalnego natężenia intelektu.

    Płytka z audiobookiem nie dawała mu jednak spokoju. Czuł jej delikatny ucisk w kieszeni i niemal słyszał zapisane na niej dźwięki. Odtwarzał je w pamięci, jakby sam był czytnikiem, a nie czytelnikiem. Owszem, tłumaczenie żony przyjął do wiadomości i w jakimś rozsądnym zakresie się z nim zgadzał, stanowiło ono jednak, by tak rzec, tylko jedną ścieżkę nagraniową utworu. Na drugiej wciąż rozbrzmiewał akapit jego własnych notatek: „coś mogę powiedzieć tylko dlatego, że minął jakiś czas, odtamtąd dotąd”, płynących z głośników poczciwej astry tuż przed jej nieszczęsnym okaleczeniem. Słyszał je.

    O wpół do dziesiątej wieczorem nie wytrzymał, zamknął dokument z pracą doktorską, podłączył słuchawki do laptopa i włożył płytę do stacji CD. Żonę w krótkim i suchym komunikacie poinformował przez zamknięte drzwi, że nie je kolacji i musi się położyć, ponieważ jest zmęczony. Chciał dodać, że ma migrenę, ale ugryzł się w język – to mogłoby uruchomić niebezpieczne dla niego odruchy opiekuńcze Magdy. Zgasił światło, rozparł się wygodnie w fotelu, założył na uszy słuchawki i włączył pierwszy rozdział. Słowa Cegielni popłynęły do jego mózgu wprost, bez pośrednictwa drgających fal akustycznych oraz obecności innych słuchaczy. Na przykład tych z uchem przystawionym do dziurki od klucza.

    Słońcu nie daję wiary, dopóki nie zajdzie. Dopiero gdy zniknie za horyzontem i stanie się echem odeszłego na zawsze dnia, zaczynam mu ufać. Jego bolesna czerwień o ileż jest uczciwsza od łatwej feerii łąkowych barw i banalnego błękitu nieba! Gdy leje się krew zachodu i rzeczy znikają w mroku, wtedy zaczynam żyć. Piękniejsze jest to, czego nie widać…

    Magia słów początkowych stronic powieści (dlaczego ich nie zapamiętał z poprzednich odsłuchań!?) uwiodła go na tyle, że omal nie przegapił swoich zapisków. Były. Usłyszał je natychmiast i jedno zerknięcie na licznik odtwarzacza wystarczyło, by się przekonać, że znajdują się dokładnie w tym samym miejscu, tuż po rozpoczęciu jedenastej minuty. Oczywiście, że były. Fakt, że je z Magdą przegapili podczas wspólnego słuchania, w jakiś arcyciekawy logicznie sposób utwierdził go tylko w tej pewności. Były tu zawsze, tylko ona nie miała do nich ucha. Otóż to! Jego żona NIE MIAŁA UCHA do wychwycenia jego własnych słów. Przecież wyrażała się o nich zawsze z przekąsem, drwiła z nich, a to znaczyło prawie to samo, jakby w ogóle nie istniały! Tak, to musiało tak być. Nie mogła ich usłyszeć, bo w nie nigdy nie wierzyła. A on uległ jej agresywnej sugestii. Wszystko jasne.

    – Ale przecież ty też ich nie słyszałeś – spokojnie zaoponował umysł. – Skoro to twoje słowa…

    – Byłem pod presją! – zakrzyknął. – To nie takie proste, jak ci się wydaje – dodał dźgnięty nagłą wątpliwością, czy umysłowi w ogóle może się coś wydawać. – Człowiek widzi i słyszy różne rzeczy, nigdy nie masz pewności, co miało miejsce naprawdę, a co było tylko iluzją. Rozumiesz, narracyjna koncepcja prawdy – podsumował licząc na to, że umysł łyknie ten merytoryczny przypis. Umysł nie odpowiedział.

    Dosłuchał pierwszy rozdział do końca, następnie drugi, a w trzecim znalazł inny fragment swoich zapisków, równie filozoficzny jak poprzedni:

    Oni nie istnieją naprawdę, to rozgrywa się w mojej głowie. Znalazło się tam jednak nie wyłącznie dzięki mnie, ale również dzięki nim. Jestem autorem tego konkretnego doświadczenia i zarazem jego obiektem, bohaterem, tematem. Oni są we mnie, gdyby jednak nie istnieli kiedyś naprawdę, teraz też by ich nie było. To nie zmarły przyjaciel ze mną rozmawia, tylko ja sam ze sobą tamtym, który miał przyjaciela, rozmawiał z nim i dopisał do zapamiętanej chwili narrację upartej pamięci. A zatem – jeśli siedzę i myślę, jak to było i jak to zapisać, w głąb czego ja właściwie wchodzę? Samego siebie? Czy tamtej rzeczywistości, której już nie ma, bo rzeczywistość może być tylko aktualna? Nad czym ja myślę: nad prawdą przeszłości, czy nad zwykłym kłamstwem?

    Cofnął nagranie, otwarł dokument z notatkami i porównał. Tak jak poprzednio, zgadzały się słowo w słowo. Zsunął słuchawki na szyję i ciężko opadł na oparcie fotela.

    Miałem rację – westchnął z egzystencjalną głębią.

    Ale nie dodawaj „jak zwykle” – poprosił umysł.

    Nie miał zamiaru. Były mocniejsze i bardziej satysfakcjonujące sposoby. Przedstawi jej dowód namacalny i niepodważalny, i wtedy zobaczymy, jaki obrót przybierze dyskusja wokół równowagi psychicznej. Przekonajmy się wreszcie, kto tu jest normalny.

    Z ręką na klamce zatrzymał się w pół kroku. Nie, to nie był najlepszy pomysł. Mógłby być najlepszy w sytuacji optymalnej, to znaczy kiedy płytka odtworzy nagranie trzeciego rozdziału dokładnie tak samo, jak to zrobiła przed chwilą. A co, jeśli nie? Na kogo wyjdzie, kiedy znowu z głośników popłynie co innego? Co będzie z jego normalnością?

    prof. Krzysztof Zajas

    Doszedłszy do przekonania, że domowy prokurator następnym razem nie będzie już tak wyrozumiały i potraktuje jego recydywę z należytą surowości (czytaj: wyśle go na badania psychiatryczne), usiadł z powrotem przed komputerem i odsłuchał po raz trzeci. I znowu wszystko się zgadzało. Słowo w słowo. Wrócił do rozdziału pierwszego – pierwszy cytat również tam był, jak gdyby nigdy nic. Najwyraźniej jego zapiski pojawiały się tylko wtedy, kiedy słuchał sam. Ale pojawiały się NAPRAWDĘ! Co robić?

    Wtedy jego wzrok padł na telefon komórkowy i profesor Zawijas doznał olśnienia. Zadzwoni do żony i puści nagranie przez telefon! Już wybierał numer, gdy jego uwaga zatrzymała się na ikonce dyktafonu. Ten pomysł wydał mu się jeszcze lepszy, ponieważ eliminował podejrzenie oszustwa (dawał możliwość wielokrotnego powtórzenia dowodu) i zostawiał trwały ślad. Myśląc z wdzięcznością o córce, która wyciągnęła ikonkę z folderu aplikacji na ekran i namawiała go do używania dyktafonu na wykładach (wiesz, papciu, dla lepszej pamięci), włączył oba urządzenia i zapadł się w fotelu, zasłuchany we własne filozoficzne dywagacje. Wydawały mu się coraz ciekawsze.

    Po zakończonej pełnym sukcesem sesji nagraniowej udał się do sypialni małżonki i puścił plik wprost z komórki.

    Co to jest? – spytała spod kołdry, wyłączając palcem swój odtwarzacz kompaktowy. Słuchała Idioty Dostojewskiego.

    Pokręcił głową na znak, żeby nic nie mówiła i pogłośnił smartfona. Przybrał minę zasłuchanego melomana, który kocha nie tyle płynącą z głośnika muzykę, ile swoje dla niej uwielbienie, co go wywyższa i czyni z niego istotę na co dzień obcującą z czystą prawdą sztuki…

    Nikt również nie przewidział, że sir Peter North Sundick pozostanie na swoim kapitańskim mostku do końca, do ostatniej chwili, kiedy już cały dziób znajdzie się pod wodą i nad powierzchnię rozszalałego żywiołu wznosić się będzie jedynie opasły zad parowca, bezwstydnie wypięty w zagniewane niebo jak zadek gigantycznej i niewątpliwie tonącej krowy…

    Rzeczywistość w sypialni zamarła. Mordercza cisza wchłaniała wszystko z siłą kosmicznej próżni. Ktoś obserwujący teraz przemiany twarzy Aleksandra Zawijasa potrzebowałby sporo dobrej woli, by uwierzyć w jego profesorskie kompetencje. Była kompletnie zbaraniała.

    Pierwsza sylaba z ust żony wytrąciła go z odrętwienia.

    Dlacz…

    Wcisnął smartfona do kieszeni bluzy i wybiegł z sypialni. Zderzył się z drzwiami gabinetu, ledwie je widząc w zamroczeniu. Był nie tylko osłupiały, ale i wściekły. Po jakiego diabła bawił się w to idiotyczne nagrywanie? Po co w ogóle chciał cokolwiek udowadniać?

    Niewiele myśląc grzmotnął telefonem o podłogę (który odbił się od dywanu i bez szkody wylądował, ponieważ był w oprawce), po czym sięgnął do odtwarzacza po płytkę. Przez chwilę miał ochotę połamać ją i wyrzucić do śmieci (spalić w kominku!) i później wiele razy żałował, że tego nie zrobił. Zamiast tego usiadł na łóżku i wziął trzy głębokie oddechy. Przyjrzał się jej.

    O co tu chodzi, laluniu?

    Płytka milczała. Udawała zwykły giętki krążek z tworzywa sztucznego z napisem CEGIELNIA, wydrukowanym bez większej staranności, jakby całość była dziełem producenta-amatora. Wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę, jakby chciał ją przyłapać na jakimś kolejnym oszustwie, ukrytym geście, sprytnym ruchu za jego plecami, którym wykazałaby dobitnie, że jednak zwariował. Milczała. I nie poruszyła się. Oczywiście, że nie, przecież nie mogła. Była martwa.

    A ty jesteś normalny”, powiedział do siebie profesor Zawijas i nieco się uspokoił. Kiedy wyrównał oddech, podkusiło go, by spróbować jeszcze raz. To jedna z cech intelektualistów – dłużej niż inni upierają się przy swoim. Profesor należał jednak nie tylko do intelektualnej elity narodu, ale również do niezliczonej rzeszy tchórzy, więc po wahaniach postanowił odłożyć kolejny test do jutra. Jeśli mu znowu nie wyjdzie, nikogo już nie zdoła przekonać o swojej normalności. Nawet samego siebie. Rzucił płytkę na blat biurka, jakby była chusteczką, w którą właśnie wydmuchał nos, po czym powoli i starannie przebrał się w piżamę z jakiegoś powodu bojąc się, że może stracić równowagę i upaść.

    Już straciłeś równowagę – powiedział na głos jego umysł. – I bynajmniej nie jestem jedynym w tym domu, który tak uważa.

    Zamknij się!

    Umysł posłusznie zamilkł.

    Kołdra była w środku zimna, a poduszka niewygodna. Nie mógł ogrzać stóp, choć był dopiero koniec września (września? dlaczego Jacek przez telefon powiedział „sierpień”?), a sztuczne wypełnienie poduszki obfitowało w zgrubienia i węzły. Wiercił się pół nocy, drugie pół przeleżał z otwartymi oczami i brzęczącymi w uszach słowami powieści, którą obolały mózg w kółko odtwarzał. Rano czuł się jak na gigantycznym kacu i kiedy spojrzał w lustro, zobaczył opuchniętego demona z tego kręgu piekła, w którym alkoholików smaży się na teflonowych patelniach bez tłuszczu. Jego Madejowe łoże przypominało miejsce egzorcyzmów.

    Gdy pozbierał z podłogi ubranie i wychodził pod prysznic, zadzwoniła cudem ocalała komórka.

    Dzień dobry, z tej strony inspektor Madej. Czy mam przyjemność z profesorem Aleksandrem Zawijasem?

    Przepraszam, jak nazwisko? – wykrztusił gapiąc się na skopaną pościel.

    Florian Madej – powtórzył cierpliwie głos w słuchawce. – Jestem inspektorem w Wydziale Kryminalnym małopolskiej policji.

    Słucham, o co chodzi?

    Wcale nie miał zamiaru słuchać, po prostu wypowiedział odruchowo to, co się zwykle mówi w podobnych okolicznościach. Jego zmęczenie odzywało się bólem w każdym mięśniu ciała, miał wrażenie, że jeszcze trochę postoi z telefonem przy uchu i runie na podłogę jak długi. Będzie dobrze, jeśli w szpitalu zdołają mu przywrócić przytomność. O ile Magda na czas wezwie karetkę, ponieważ od wieczora więcej do niego nie zajrzała. Zaczął już nawet kombinować, jak by tu upaść z najmniejszą szkodą dla kości i doszedł do wniosku, że najlepiej byłoby ugiąć kolana i w miarę możliwości płynnie usiąść na tyłku. Musi to kiedyś poćwiczyć. I zadzwonić do Jacka.

    Zanim wyjaśnię, chciałbym najpierw o coś spytać. Pan jest polonistą, specjalistą od literatury współczesnej, prawda? Dobrze mówię?

    Tak. Proszę w końcu powiedzieć, w czym rzecz.

    Miał wrażenie, że po tamtej stronie słyszy głośniejszy oddech, który wypełnił dwie sekundy ciszy, nim padło pytanie:

    Czy zna pan powieść pod tytułem Cegielnia?

    Zamroczyło go. Docisnął czoło do ściany i przytknął kciuk do skroni. Pulsowała jak jaszczurka.

    Halo? Jest pan tam?

    Przepraszam… Tak, jestem. Niech mi pan powie… jest koniec miesiąca, ale którego?

    Hmm, jakby to powiedzieć: tego, co jest zawsze na końcu września.

    Profesor Zawijas już nie słuchał. Ugiął kolana i płynnie usiadł na tyłku.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #4

    4.

    Z konsekwencjami stłuczki uporali się dosyć sprawnie. Kobieta z białego bmw grzecznie podpisała papiery i jeszcze ze trzy razy przeprosiła za kłopot, więc profesorowi Zawijasowi nie pozostawało nic innego, jak wielkodusznie jej wybaczyć, zwłaszcza że gwałtownym hamowaniem przyczynił się do wypadku. O czwartej popołudniu był już w domu, akurat na obiad. Astrę odholowała firma ubezpieczeniowa, przy czym pewien kłopot sprawił brak dowodu rejestracyjnego. Od paru miesięcy nie trzeba go było mieć przy sobie i profesor z ulgą usunął go z portfela. Tymczasem system komputerowy nie działał jak należy i sprawdzanie tożsamości oraz aktualnej polisy trochę zajęło. Kiedy wciągali astrę na lawetę, nie omieszkał zabrać z odtwarzacza płyty z audiobookiem. Wsuwał ją do kieszeni ostrożnie, trzymając w dwóch palcach, jakby się bał, że go ugryzie. Zajście drogowe bynajmniej nie osłabiło ekscytacji dziwną treścią powieści, zawierającej jego własne notatki sprzed lat. Siedział nad zupą w jadalni i gapił się w błyszczącą płytkę, a wielki znak zapytania rozświetlał jego profesorski umysł.

    Jedz – ponagliła żona. – Czemu nie jesz? Nie smakuje ci?

    Smakuje. Zamyśliłem się.

    Energicznie nabrał łyżką pomidorowej na znak, że smakuje.

    Nie przejmuj się tym wypadkiem – pocieszała żona. – Przecież masz auto casco. Oni płacą, nie ty.

    Zmilczał uwagę, nie dotykała jego myśli. Wypadek oddalił się i zniknął w zakamarkach podręcznej pamięci, gdzie rzeczy błyszczą na chwilę i zaraz się rozmywają. Nie mogąc się doczekać reakcji, żona wzruszyła ramionami i również zamilkła. Nie na długo.

    Byłeś na terapii?

    Uhm.

    I co ci powiedzieli?

    Że jestem stuknięty.

    A coś, czego nie wiem?

    Że książek można też słuchać, nie tylko czytać.

    Dlatego kupiłeś tę płytę z audiobookiem?

    Uhm.

    I jak?

    Co jak?

    No, jak słuchanie literatury?

    Miałem wypadek.

    Myślisz, że to dlatego?

    Zaskoczyła go. Tak jeszcze o tym nie pomyślał. Czy faktycznie się zagapił, zasłuchany we własne słowa sczytywane przez lektora z obcej, anonimowej powieści? Nie mógł zaprzeczyć, że tył autobusu nagle wyrósł przed nim nieco jakby z powodu audiobooka; zamiast patrzeć na drogę, wytrzeszczał oczy na wyświetlacz w samochodzie. Zarazem trudno było twierdzić, że MIAŁ WYPADEK, BO SŁUCHAŁ. Z jeszcze innej strony, miał wypadek nie dlatego, że w ogóle słuchał, tylko dlatego, że usłyszał własne słowa wmontowane w cudzą powieść. Czy to coś zmieniało? I tak, i nie. Miał wypadek, bo słuchał.

    Zasnąłeś? – spytała żona z obojętną miną, jakby chodziło o więcej maggi do zupy.

    Nie, oczy mam otwarte. Zamyśliłem się.

    Gdybyś miał zamknięte, tobym nie pytała. Coś długie dzisiaj to twoje zamyślenie.

    Żona nie odpuszczała łatwo i jak już weszła na jakiś temat, drążyła bezlitośnie. Było w tym coś z wgryzania się w cudze wnętrzności. „Wiercić dziurę w brzuchu” to całkiem niezła fraza.

    Bo i dzień długi. Słuchaj, Magda, pamiętasz te moje notatki do powieści? Pokazywałem ci kiedyś tam, no… jakiś czas temu. To się miało nazywać Stary młyn. Kojarzysz, o co mi chodzi?

    www.unsplash.com/Dan Dimmock

    Tak – cięła krótko. – Miało się nazywać, ale się nie nazywa. Nie skończyłeś. Czyli nie ma. Zresztą, może to i lepiej.

    Nie pytam cię teraz o…

    Uniosła obie dłonie do góry.

    Okej, cofam ostatnie zdanie. Co z tymi notatkami?

    Chciałem się upewnić… spytać, czy do nich zaglądałaś może ostatnio. Otwierałaś, albo wysyłałaś komuś mejlem…

    A po co miałabym to robić?

    Nie wiem, tak pytam, żeby się upewnić. Nie zaglądałaś, co?

    Pani profesorowa, która była w połowie mielonego, zwanego u nich ze śląska sznyclem, odłożyła widelec. Nie musiała tego robić, jej wzrok wystarczył w zupełności. Och, nie było w tym złości, tylko coś znacznie gorszego: rozbawienie.

    Nie jestem pewna, czy cię dobrze zrozumiałam, kochanie. Chodzi ci o to, czy pod twoją nieobecność skrycie podczytuję notatki do genialnej powieści A. K. Zawijasa pod jakże ekscytującym tytułem Stary młyn? O to pytasz?

    Odstawił talerz z zupą (jadał wolniej niż żona) w obawie, że łyżka wyśliźnie mu się ze spoconej dłoni i zadzwoni o tanią porcelanę.

    Niezupełnie – podjął trudne wyjaśnienia. – Ale może zacznę od początku. Kupiłem dzisiaj ten audiobook – pokazał palcem Cegielnię – i w drodze powrotnej na próbę włączyłem. Wyobraź sobie, że w pewnym momencie… nie wiem, jak to powiedzieć…

    Najlepiej wprost – podsunęła żona.

    To znaczy, w pewnym momencie usłyszałem swoje notatki. Dokładnie tak. Lektor czytał zwyczajną, trochę nudną powieść i nagle zaczął mówić zdania, które brzmiały znajomo. Najpierw sądziłem, że mi się zdaje, wiesz, zmęczenie i nerwy w korku. Cofnąłem dwa razy i było dokładnie to samo – moje zdania z notatek.

    Słowo w słowo?

    Tak, słowo w słowo.

    Pani Magdalena Zawijas, która nie lubiła swojego przybranego nazwiska i do dziś żałowała, że nie została przy eleganckim panieńskim Janowska, podsunęła mężowi talerz z drugim daniem (zamiast sznycla jajko sadzone, ponieważ profesor od niedawna przeszedł na wegetarianizm) i usiadła z błyskiem nowego zainteresowania w oczach.

    Poważnie? Sprawdziłeś?

    Skinął głową. Nie musiał sprawdzać, od ciągłego przeglądania znał swoje notatki na pamięć, do czego bał się przyznać. To byłoby jak sypanie prochu w lufę armaty skierowanej prosto w twarz.

    Tak, sprawdziłem, teraz przed obiadem. Wszystko się zgadza co do joty. Dziwne…

    Wolał, żeby przypuszczenie o kradzieży wyszło od niej, w przeciwnym razie ilość prochu w wycelowanej w jego twarz armacie mogła jeszcze wzrosnąć. Potrzebna była sugestia. I przyniosła efekty.

    Mogli ukraść przez internet – powiedziała wolno profesorowa. – Jacuś mówił, że teraz to powszechne. Dużo skopiowali?

    Słyszałem jeden akapit, ale to dopiero pierwszy rozdział.

    A o czym jest ten akapit?

    Chrząknął i włożył do ust sporego ziemniaka, żeby go pożuć chwilę i mieć czas na przemyślenie odpowiedzi.

    O czasie, upływie czasu, o wieczności i Bogu. Takie tam…

    Okropnie się wstydził. W streszczeniu jego błyskotliwe spostrzeżenia brzmiały beznadziejnie. Proza pryszczatego licealisty.

    A co o Bogu? – dopytywała żona.

    W jej umyśle najwidoczniej zarysowywała się jakaś interpretacja, bo sama sobie odpowiedziała:

    A wiem już, pewnie o tym, że nie płynie w czasie i dlatego nie istnieje. Niebezpieczne. Był taki już wcześniej, Nietzsche. Też zwariował.

    Co znaczy też?!”, chciał krzyknąć. Ugryzł się w język. Żona piła do jego własnego żartu sprzed paru minut. Zamiast tego podjął się, zupełnie niepotrzebnie, sprostowania.

    Nietzsche nie mówił, że Bóg nie istnieje, tylko że umarł. To coś innego. A właściwie dokładnie przeciwnego do tego, co miałem na myśli…

    Dobrze, dobrze – przerwała mu. – Puść mi ten fragment.

    I zanim zdołał zaprotestować (w głębi duszy czuł, że nie powinien żonie puszczać TERAZ tego audiobooka), poderwała się z krzesła i ująwszy płytę w dwa palce ruszyła do odtwarzacza w salonie.

    Poczekaj! Posłuchamy u mnie w gabinecie. Porównamy od razu z notatkami. Wiesz, żeby mieć pewność.

    Po chwili wahania przyznała mu rację (rzadka sprawa) i grzecznie czekała (jeszcze rzadsza sprawa) w jadalni, aż skończy obiad. Potem zrobili sobie ziółka na trawienie i z kubkami w ręku, jak uczestnicy tajnego obrzędu, w aromacie parzonego kopru włoskiego i dziurawca ruszyli schodami na piętro. Profesor przepuścił małżonkę przodem i ze wzrokiem wbitym w jej całkiem jeszcze jędrne pośladki rozważał, czy dobrze robi wtajemniczając ją w tę sprawę. Coś mu podszeptywało, że nie. Powinien ją zmilczeć i najpierw zbadać w samotności, na odwrót było już jednak za późno. Żona, majestatycznie jak kapłanka, kroczyła po schodach z magicznymi ziołami w jednej ręce i z przedmiotem ofiarnym w postaci płyty CD w drugiej. Niosła ją na płask, ostrożnie, jak dar dla mrocznego bóstwa. Nie znał nikogo, kto mógłby jej teraz przeszkodzić w przeprowadzeniu zaplanowanej operacji. Musiał też przyznać, że wyglądała imponująco. Nawet podniecająco. Ten wirujący tyłek…

    www.unsplash.com/Phil Hearing

    Z pewnym ociąganiem włączył komputer i po zalogowaniu otwarł folder o nazwie STARY MŁYN.

    Jakie masz hasło? – spytała żona.

    Słońce, hasła są po to, by inni ich nie znali.

    Nie w tym rzecz, Księżycu. Skoro się włamali, to nie było specjalnie trudne. Mam nadzieję, że trudniejsze niż twoja data urodzenia. Włamywacz musiał je – jak mówi nasza córka – rozkminić. Skoro masz wszystko zabezpieczone hasłem…

    Tylko ona potrafiła wypowiedzieć słowo „wszystko” w taki sposób. Od razu czułeś się jak krętacz, chytrze skrywający swoje brudne tajemnice pod hasłem, którego nie chce jej podać. Jej rozumienie wzajemnego zaufania sprowadzało się do tego, że ty jej mówisz wszystko, a ona tobie tyle, ile zechce. Przepis na małżeństwo doskonałe.

    Na skali trudności świeciło się na pomarańczowo. Czyli dość trudne.

    To znaczy, że złodziej, który tak wysoko ocenił twoje notatki, musiał być niezłym hakerem – podsumowała. W domyśle: na literaturze gość nie znał się w ogóle.

    Zbył jej uszczypliwości i w milczeniu przeglądał zapiski w poszukiwaniu tamtego akapitu. Rozpoczynał się dokładnie tak, jak w Cegielni: „Gdyby nie było czasu, nie wiedziałbym, że te drzewa tak stoją i stoją, chmury po niebie płyną i płyną…” – słowo w słowo. Czyli to nie było złudzenie. Słyszał je naprawdę.

    Magda przysiadła na taborecie i również wczytywała się w notatki. Łatwa, kuchenna złośliwość ustąpiła miejsca autentycznemu zainteresowaniu. Udało mu się ją zaintrygować. Nieco podniesiony tym faktem na duchu, włożył płytę do stacji CD i oboje w napięciu wsłuchiwali się w szum uruchamianego czytnika. Brzmiał jak zakłócenia w starym kineskopowym telewizorze, albo jak szum rakiety startującej z przylądka Canaveral w relacji NASA sprzed czterdziestu lat.

    Szum to chaos, kosmiczna pustka. Z niej może się wyłonić wszystko: najlepsze i najgorsze. Żachnął się. Myśl głupia i jakby obca. Nie wiedział, dlaczego mu się pomyślała.

    Zwykle audiobooki mają na wstępie krótki rozdzialik z podstawowymi informacjami: tytuł, autor, wydawnictwo, nazwisko lektora i tak dalej. Tu nie było czegoś takiego, tekst od razu rozpoczynał się od opisu leśnej drogi, którą utrudzony wędrowiec zmierzał do samotnego domostwa na skraju lasu. Czekali tam na niego życzliwi i dobrzy ludzie, o czym stanowiły następne minuty. Oboje z żoną słuchali w milczącym napięciu, Magda co jakiś czas przygryzała naskórek przy paznokciach.

    Gdzie to jest? – spytała spluwając dyskretnie kawałkiem skóry na podłogę.

    Zaraz będzie – uspokoił ją. – Jeszcze troszkę.

    Z jego wyliczeń wynikało, że to powinna być dziesiąta, jedenasta minuta nagrania. Tyle czasu zajmowało przejechanie samochodem z ulicy Grodzkiej na ulicę Konopnickiej, z uwzględnieniem tradycyjnego korka na moście Grunwaldzkim. Zresztą, w jego pamięci wyraźnie zapisał się licznik z dziesiątką i przeskakującymi kolejnymi sekundami, tuż przed całym zamieszaniem ze stłuczką. Dlatego z rosnącym niepokojem przyglądał się maleńkim cyferkom na pasku odtwarzania, gdzie minęła już nie tylko minuta dziesiąta, ale i jedenasta, dwunasta, trzynasta… Po osiemnastu minutach skończył się rozdział pierwszy i rozpoczął następny. Licznik ruszył od zera.

    Czy nie mówiłeś, że to było zaraz w pierwszym roz…

    Tak, mówiłem! Musi tu być!

    Prawie krzyczał. Chciała coś powiedzieć, ale powstrzymał ją ruchem dłoni i puścił jeszcze raz od początku. Słuchali w jeszcze większym skupieniu, Magda już nie gryzła naskórka. Dojechali do końca i nic. Opowieść całkiem spójnie oddawała przyjazd samotnego wędrowca do domu życzliwych ludzi, pozbawiona nie tylko filozoficznych dywagacji o czasie, wieczności i nieistnieniu Boga, ale w ogóle wszelkich dygresji. Zwykła opowiastka. Profesor wgapiał się w panel winampa z narastającym zdumieniem.

    Olek… – zaczęła nieśmiało żona. – Nie ma tego…

    Słyszę – burknął. – To znaczy, nie słyszę. Nie wiem, co się stało.

    Tekst powieści był spójny i obcy. Nie wybrzmiał ani tamten akapit, ani choćby jedna krótka fraza z zapisków profesora. Przez chwilę milczeli oboje, ale ich uwaga nie była już skupiona na sączącej się nadal z głośników opowieści. Każde z nich na swój sposób i wedle najdogodniejszej dla siebie logiki próbowało wyjaśnić przyczyny narosłej konfuzji. On doszedł do wniosku, że pod wpływem zamyślenia wspomnienie własnych słów nałożyło mu się na słuchany tekst i później nie potrafił się już pozbyć autosugestii. Ona z kolei doszła do wniosku, że mąż głęboko przeżył psychoterapię, uwolnił w sobie mnóstwo nowej energii i w samochodzie przeżywał coś w rodzaju duchowego resetu. Dlatego częściowo stracił kontrolę nad samochodem. Echem tego wstrząsu był lichy dowcip: „Jestem stuknięty”.

    Olek, szczerze mówiąc… nie wiem, co powiedzieć…

    To nie mów – odparł. – Ja też nie będę. Muszę się położyć.

    Ale powiedz mi, jak to miało być, że wsiadłeś do samochodu i co…

    Nie – uciął. – Nie teraz. Jestem zmęczony.

    Ostentacyjnym gestem wyłączył komputer i niemal wypchnął ją z gabinetu. Gdy tylko zamknął za nią drzwi, opadł na łóżko i wlepił oczy w sufit. O spaniu oczywiście nie było mowy. Musiał to jeszcze raz gruntownie przemyśleć.

    Co tu się właściwie stało?

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #3

    AUDIOBOOK

    3.

    Książki dzielą się na mądre, piękne oraz do czytania. Ta stara jak samo czytelnictwo zasada dotyczy wszystkich, nawet osobników tak niezależnych duchowo, jak profesorowie od literatury. Ci muszą jednak szczególnie uważać z jej praktykowaniem, by nie ulec podejrzeniom, że stosują podwójne miary. To byłby brak profesjonalizmu. Książka gruba i mądra, zadana studentom do domu na ferie, powinna być również czytelniczą rozkoszą. Powinna być do czytania. Cóż, kiedy zwykle nie jest. Jedna na dziesięć, jeśli wykładowca jest w miarę rozgarnięty i zorientowany w oczekiwaniach wychowanków. No, ale to mniejszy problem. Zasada ta boleśnie dotyka bowiem i samych profesorów, którzy przecież zostali profesorami właśnie dlatego, że książki mądre uznali za piękne i warte czytania. Czytali je więc z determinacją, a potem pisali o nich inne, równie mądre książki. Dzięki temu sami czuli się mądrzy i piękni. I ważni. Niepokoje i półświadome podejrzenia, że mogłoby być inaczej, skutecznie neutralizował mechanizm uniwersyteckiego awansu, utwierdzający adeptów nauki, że spełnili wymagania i mądrości, i piękna i poczytności.

    Profesor Aleksander Zawijas radził sobie z tym dylematem następująco: książki mądre i ważne obowiązują każdego dnia do godziny dwudziestej, a później już każdy czyta co chce. On sam preferował mroczną sensację i horrory. Po skromnej kolacji (odchudzał się) zaczynał takiego na przykład Outsidera Stephena Kinga i później z najwyższą niecierpliwością czekał, kiedy następny dzień dobiegnie ósmej wieczorem, by mógł zdjąć z siebie profesorski półpancerzyk praktyczny i podjąć przerwaną poprzedniej nocy lekturę. Powieści Kinga lubił szczególnie. Demony bezkarnie działające w rejonach parapsychologii sąsiadowały tu z cytatami z Dostojewskiego, Szekspira i Eliota. Takie pomieszanie wysokiego z niskim przynosiło ulgę umęczonemu polonistycznemu sumieniu. Niby głupoty i kicz dla nastolatków, ale jednak Dostojewski i Szekspir. W dodatku, co tu dużo mówić, nieźle napisane.

    E tam, nieźle – genialnie! Wciągało jak wir i nie puszczało do późnej nocy. Przezornie profesor Zawijas w drugą stronę nie wyznaczał sobie limitu i niekiedy czytał do czwartej nad ranem. A potem z zaczerwienionymi oczyma biegł na zajęcia, z trudem przypominając sobie po drodze, o którym to z mądrych i pięknych tekstów ma mówić.

    Niestety, Kinga dawno już całego przeczytał, a poszukiwania nowych fascynacji nie szły najlepiej, więc profesor popadł w coś w rodzaju frustracji, z braku powodów do nieczystego sumienia. Chciał nocami grzeszyć, a nie miał czym. Ta skomplikowana figura czytelniczej perwersji spowodowała, że na pewien czas odłożył książki i przerzucił się na gry komputerowe. Satysfakcja z dynamicznej narracji rozbłysła na nowo. Odkrył kilka nowych, wspaniałych światów, cyfrowo powrócił do krainy dzieciństwa, zabił wiele potworów i parę razy został superbohaterem, zbawcą ludzkości oraz królem, a raz nawet arcykapłanem. Ale i to go znudziło. Wrócił do książek, pełen wewnętrznych rozterek i rozdarć. Równowaga jego podwójnej osobowości czytelniczej uległa zachwianiu. W ciągu dnia uniwersytecki dr Jekyll miał się świetnie, zgłębiał teksty naukowe, sporządzał notatki i pisał artykuły do wysoko punktowanych czasopism, ale wieczorami horrorowy Mr. Hyde popadał w rozdrażnienie. Nie było czego czytać. Siadał na taborecie przed regałem z tak zwaną literaturą popularną i wertował kolejne pozycje, jednak bez rezultatu. Wszystko albo już znał, albo było tak słabe, że nie przechodziło testu pięćdziesięciu stron i nie kwalifikowało się do czytania nawet po północy, gdy rozum śpi.

    Przyszła depresja notorycznego głodu. Całodzienny czas wyrzeczeń nie znajdował ukojenia w wieczornej lekturze. Sytuacja nabrzmiała dramatycznie do tego stopnia, że małżonka profesora stanowczo wysyłała go do psychologa, czemu w końcu uległ, bardziej dla świętego spokoju niż wiary w jakąś bibliopsychoterapię.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Nie mam co czytać – mówił do szczupłej psychoterapeutki w dużych okularach, upodabniających ją do kobry. Słuchała, potakiwała, notowała coś na kartce papieru i nic nie mówiła. Lakanistka, pomyślał profesor Zawijas. Daje mi się wygadać, żebym sam doszedł sedna moich problemów, nazwał je i tym samym zneutralizował. A ona posiedzi, pomilczy i poobserwuje mnie przez te żmijaste okulary, po czym zgarnie kasę jak ja za tydzień wykładów. O nie, tak łatwo nie pójdzie.

    Z pełną ubolewania miną zaczął narzekać, że literatura się skończyła, ludzkość przesiadła się na obrazki, a wyobraźnia z tekstualnej zmieniła się w ikoniczną, w związku z czym jego praca oraz życie nie mają już sensu. Nie ma co czytać.

    Mówię pani, nie ma co czytać – powtarzał swoją myśl monotonnie, z obojętną intonacją, co miało wytwarzać wrażenie zawodowego wypalenia.

    To niech pan słucha – odpaliła kiedyś kobra lakanistka. – W końcu czytanie nie jest przymusowe.

    Dla mnie tak. Jestem polonistą.

    Książek też można słuchać.

    Nie, droga pani. Prawdziwe książki są do czytania. DO-CZY-TA-NIA!

    Słyszał pan o audiobookach?

    A pani słyszała o grafomanach? – odpalił pytaniem, choć nie bardzo widział związek.

    Wzruszyła ramionami i zarządziła koniec sesji. Z satysfakcją skonstatował, że udało mu się wyprowadzić ją z równowagi i jego humor nieco się poprawił. Małe zwycięstwo, zwycięstewko, a jednak cieszy. Pożegnał się, zapłacił sto pięćdziesiąt złotych (zdzierstwo!) i wyszedł.

    W drodze powrotnej z upodobaniem przypominał sobie co trafniejsze kwestie, czym mile łechtał swe profesorskie ego. Wytrącić lakanistkę z równowagi to nie byle co. To jak zmusić żółwia do galopu. Nauczyć krowę samby. Zamówić wykład u ryby i przymusić małpy do słuchania.

    Podbudowany swymi ciętymi ripostami zadzwonił do Jacka. Komuś trzeba było dać odczuć tę siłę.

    Co robisz, synku? Zaliczyłeś już całą sesję?

    Tato, jest sierpień.

    I co z tego? Zaraz się skończy i staniesz twarzą w twarz z zagadnieniem przyszłości.

    Została mi grafika. To się zdaje bez uczenia.

    To czemu nie zdałeś?

    Nie miałem czasu.

    Na co nie miałeś czasu? Żeby podejść? Przecież to się zdaje bez uczenia, synuś.

    Zapadła cisza i ojciec Aleksander Zawijas mógł posycić się chwilą.

    Przyjedziesz na obiad? – spytał.

    Dzisiaj nie – bąknął syn. – Mam coś zaplanowane.

    Szkoda. Pokazałbym ci, jak się przechodzi dwunastego kolosa. Słyszysz? Dwunastego!

    Mówił o grze komputerowej, jedynej, w której, jak mu się wydawało, był lepszy od swojego syna. Nie usłyszał jednak żadnej reakcji, więc się pożegnał i skręcił z nawyku do Taniej Książki.

    Mieściła się tuż obok uniwersyteckiego parkingu i nosiła ksywę Tania Jatka. Kupował tu sporadycznie, ale samo przekładanie w rękach tomów, znanych i nieznanych, sprawiało mu niemal fizyczną przyjemność. Są jeszcze na tym świecie takie zboki. Przeszkadzała mu jedynie ciasnota. Trzeba było się wąskim przejściem przepychać wśród innych podobnych jemu książkowych fetyszystów, którzy w nabożnym skupieniu grzebali, wertowali, macali, odkładali i sięgali po następne. Panował tu klimat powszechnej bibliofilskiej manii. Lubił go. No, może jeszcze gdyby powietrze było trochę czystsze. Z reguły pokonywał całą trasę w głąb księgarni, aż do ostatniego regału z nikomu niepotrzebnymi przewodnikami turystycznymi sprzed piętnastu lat, przy każdym dziale zatrzymując się na nie więcej niż pół minuty, po czym wracał, niespiesznie gładząc dłonią grzbiety nieskończonego szeregu ludzkich opowieści.

    Dzisiaj było wyjątkowo tłoczno. Całe watahy oglądaczy i macaczy pochylały się nad stołami z takim zawzięciem, jakby inni nie istnieli. Profesor Zawijas z mamrotliwym „przepraszam” zręcznie przeciskał się między nimi, ale w pewnym momencie zaczepił plecakiem o wąski stojak. Z trzaskiem godnym odpustowych fajerwerków na podłogę posypały się płyty CD. Uczony zaklął całkiem nieuczenie i ze dwie osoby obrzuciły go karcącymi spojrzeniami, więc szybko wrócił do swojego „przepraszam, przepraszam”.

    Ludzie, uważajcie trochę – burknął młody sprzedawca w okularach i z rudą, mało przyjazną brodą. Odepchnął profesora i zaczął zbierać z podłogi rozsypane płyty, by na powrót powkładać je do plastikowych pudełek. Dwa z nich uległy jednak nieodwracalnemu zniszczeniu i chłopak, obracając w dłoni osierocone krążki, mierzył go pełnym wyrzutu wzrokiem.

    Wezmę je – pośpiesznie zadeklarował profesor Zawijas, biorąc od rudzielca obie płyty.

    Niech pan poprosi przy kasie o nowe pudełka – powiedział sprzedawca takim tonem, jakby mówił: „niech pan sprzątnie to gówno”, po czym oddalił się w głąb sklepu. Winowajca chciał jeszcze raz przeprosić i podziękować, ale już nie było komu. Z niejasnym zawstydzeniem zbliżył się do kasy i położył płyty na ladzie, a gdy kasjer zaczął szukać zastępczych pudełek, nerwowo zaprotestował. Weźmie tak. Gdy tylko na wyświetlaczu kasy pojawiła się kwota 9,98, rzucił dziesięciozłotowy banknot na ladę, porwał płyty i niemal uciekł ze sklepu. Uff, ale fajans. Zakup roku, normalnie. No buchacha, profesorze.

    www.unsplash.com/Alex Bello

    Dopiero kiedy usiadł w samochodzie i odprężył się łykiem wystygłej kawy z termicznego kubka, obejrzał mimowolny nabytek. Na jednej płycie była składanka kolęd w wykonaniu zespołu „Leśne nutki” i tę od razu wyrzucił przez okno. Niech sobie znajdzie nocny stróż i posłucha w cichą, świętą noc. Na drugiej dużymi literami napisane było CEGIELNIA, pod spodem mniejszymi: czyta Jan Nowak. Audiobook. Bez nazwiska autora. Wyglądało na bezczelną podróbkę, taką, co to w fabryce w Bangladeszu tłuką po nocach wykorzystywane dzieci, gdy szefostwo idzie do domu. Nazwisko lektora powalało oryginalnością – równie dobrze mógł się nazywać XX lub AA. Kilka razy obrócił płytę w dłoni, a potem wcisnął do odtwarzacza. Zobaczymy, czy tam w ogóle jest jakaś powieść. „Cegielnia”? Tytuł nic mu nie mówił, choć jego polonistyczna pamięć do tytułów i autorów była akurat niezła. Uruchomił silnik i wyjechał z parkingu na ulicę Grodzką.

    Z samochodowego głośnika popłynęły pierwsze słowa. Jednak powieść. Słuchał jednym uchem, ale zanim dotarł do mostu Grunwaldzkiego, dał się pochłonąć i omal nie przegapił skrętu w lewo na rondzie. Brzmiała ciekawie. Lektor czytał całkiem dobrze, wręcz świetnie. Klimat i stylistyka dziewiętnastowiecznej powieści angielskiej, gdzieś między Jane Austin a Charlesem Dickensem. Przypomniał sobie słowa lakanistki o słuchaniu i w duchu zaczynał przyznawać jej rację. Oczywiście, tylko w tej jednej kwestii.

    Nagle drgnął. Czy na pewno słyszy to, co słyszy? Tekst już nie brzmiał staroświecko, tylko całkiem współcześnie. Więcej – brzmiał znajomo. Podkręcił głośność i chciwie łapał słowa. Nie przesłyszał się, padały jedne po drugich dokładnie w takiej samej kolejności. Kurczę, czyżbym był aż tak zmęczony? Przejechał dłonią po włosach i cofnął nagranie, żeby posłuchać jeszcze raz. Niemożliwe. Nie ma takich zbiegów okoliczności. Istnieje rachunek prawdopodobieństwa, który wyklucza powtórzenie tak długiej sekwencji wyrazów. Jeszcze pogłośnił, ale nie o głośność tu chodziło. Nie było żadnej wątpliwości. Może i profesor Zawijas miał zadatki na wariata (w chwilach duchowej słabości nawet pragnął mieć), jego świadomość mocno jednak trzymała się rzeczywistości.

    Słyszał dokładnie to, co słyszał: własne zapiski sprzed lat, szkice do nigdy nienapisanej powieści:

    Gdyby nie było czasu, nie wiedziałbym, że te drzewa tak stoją i stoją, chmury po niebie płyną i płyną. Upływ czasu pozwala nam widzieć życie – w ogóle. On umożliwia życie. Wieczność nie istnieje, ponieważ jest niczym, bezczasem, nic w niej nie może być. „Jest niczym” to oksymoron. Dlatego i Bóg nie istnieje – ponieważ jest poza czasem. A jeśli nawet istnieje, to nie żyje. Gdybym nie miał czasowego dystansu do wydarzeń i do siebie samego sprzed lat, nie miałbym życia. Jeszcze inaczej: coś mogę powiedzieć tylko dlatego, że minął jakiś czas, odtamtąd dotąd.

    Gdy fragment dobiegł końca, nadusił przycisk cofania, by po raz trzeci odsłuchać ułożone przez siebie słowa. Dokładnie te same!!! Ale jak to możliwe? Czyżby ktoś włamał się do komputera i je wykradł? Ale dlaczego? Przecież nie był żadnym pisarzem, nie był nawet wybitnym profesorem, w każdym razie nie na tyle, by mieli się nim interesować hakerzy od literatury. Jeśli tacy w ogóle istnieją…

    Wdepnął hamulec z całej siły. Zapiszczał tarty oponą asfalt, a on sam prawie wylądował nosem na kierownicy. Jego astra zatrzymała się nie więcej niż dziesięć centymetrów od tyłu autobusu, który nagle wyrósł przed nim jak góra lodowa przed Titanikiem. Cudem uniknął katastrofy. Jeszcze nie nabrał porządnie powietrza do nagle wstrzymanych płuc, gdy znowu rozległ się pisk i odczuł lekkie puknięcie. Jasna cholera! Autobus przed nim ruszył, a we wstecznym lusterku mignęła mu wystraszona twarz młodej kobiety za kierownicą białego bmw.

    Szok zręcznie ustąpił miejsca wściekłości. Profesor szarpnął klamkę i pchnął drzwi. Nie zdążył wysiąść, gdy klamka wyleciała mu z ręki i drzwi poszybowały nad ulicą Konopnickiej, niesione podmuchem ciężarówki, która je urwała. Serce stanęło mu gdzieś między gardłem a mózgiem i potrzebowało ładnych paru sekund, by wrócić na swoje miejsce. Gdy znowu zaczęło bić, wziął głęboki oddech, wrzucił jedynkę i z włączonymi światłami awaryjnymi zjechał na prawy pas. Kobieta za nim zrobiła to samo. Na szczęście, ponieważ już wyobrażał sobie, jak bmw rusza z kopyta i tyle je widzieli. Oddychał, by dojść do siebie. Z głośnika usłużnie padły słowa:

    …nie miałbym życia. Jeszcze inaczej: coś mogę powiedzieć, bo minął jakiś czas, odtamtąd dotąd. Wieczność jest niema.

    Aaaa! Co sieee dziejeeee! – krzyknął na całe gardło, jakby chciał się upewnić, że teraźniejszość nie jest niema.

    Dobrze się pan czuje? – usłyszał. Przez dziurę po drzwiach zaglądała do środka kobieta z bmw. Pokiwał głową.

    Nnic mmi nnie jjest. – Bardzo chciał to powiedzieć spokojnie, ale jego głos drżał jak pieśń Céline Dion nad idącym pod wodę żelaznym pudłem Titanika. – Ka-karetka ww każdym rrazie nniepotrzebna.

    Zaraz spiszemy notatkę o zdarzeniu. To moja wina. Bardzo pana przepraszam.

    Była elegancko ubrana i bezlitośnie blada, panowała nad sobą jednak znacznie lepiej od niego. Nawet delikatnie poklepała go po ramieniu. No, ale jej nie urwali drzwi. Cholera, cholera, cholera! Jak on teraz dojedzie do domu? Jak opisze całe to zdarzenie w zgłoszeniu? I jak w ogóle ma dalej żyć?

    Zdziwił się. To ostatnie pomyślało się samo.

    Krzysztof A. Zajas

    Cdn.