Tag: powieść w odcinkach Krzysztofa Zajasa

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #15

    Główna Księgarnia Naukowa przy ulicy Podwale 6 zaczęła płonąć zgodnie ze swoim numerem adresowym, czyli jako szósta. Było przedpołudnie trzydziestego września i pełni obaw księgarze właśnie szykowali się do otwarcia sklepu, kiedy na antresoli pojawił się gryzący dym. Natychmiast włączył się alarm przeciwpożarowy, na szczęście główne wejście zostało właśnie odryglowane przez jedną z pracownic i personel mógł błyskawicznie opuścić feralną placówkę. Ludzie zdążyli już przeczytać o nocnych pożarach oraz klątwie audiobooka i pracowali kręcąc się w okolicy drzwi wyjściowych. Tak na wszelki wypadek.

    Wiedziałam, wiedziałam! – pokrzykiwała roztrzęsiona pani Beatka, która przytomnie podniosła żaluzje w drzwiach zaraz po przyjściu do pracy. – Od rana czułam, że to się stanie!

    Z jedwabną apaszką przytkniętą do ust ciągnęła swoją koleżankę kasjerkę na drugą stronę ulicy, w bezpieczny cień krakowskich Plant. Ludzkie zbiegowisko już się gromadziło, nadjeżdżały wozy strażackie, przez otwarte na oścież szklane drzwi księgarni walił na zewnątrz gęsty dym. W środku migotały jęzory płomieni.

    Co tam się tak pali? – spytała kasjerka, przytykając do ust dłoń, ponieważ nie miała chusteczek.

    Jak to, nie wiecie? – odezwał się stojący obok mężczyzna w rękami w kieszeniach czarnej bluzy z kapturem. – Te książki do słuchania. Przecież mówili w radiu.

    Gorąca literatura, hehe – zaśmiał się pan w wytartej marynarce i koszuli w kratę. – Rozpala wyobraźnię!

    Dobrze mówili, że książki to zaraza – dodała starsza kobieta w płaszczu, z czarną torebką przewieszoną przez rękę.

    Kto mówił? Pewnie ksiądz z ambony, hehe – rzucił dowcipny pan w marynarce.

    Nie ma co sobie żartować! – obruszyła się starsza pani. – Ksiądz wykształcony człowiek, wie, co mówi.

    To niech mu pani poradzi, żeby się nie kształcił, bo książki są niebezpieczne. Wystarczy popatrzeć.

    www.unsplash.com/Guido Jansen

    Pan w wytartej marynarce wskazał ręką na płonącą księgarnię, do której próbowali się dostać dwaj strażacy, wlokąc za sobą końcówkę węża. Kiedy znaleźli się w przejściu między barierkami systemu antykradzieżowego, nagle księgarnia eksplodowała. Pod ciśnieniem wybuchu szyby wyleciały na zewnątrz, a wraz z nimi zawartość wystawowych półek, otoczona chmurą białych kartek. Niczym odłamki pocisku rozprysły się po okolicy wydawnicze tomy, siejąc spustoszenie wśród najbliżej stojących gapiów. Ktoś jęknął, ktoś inny upadł, jeszcze ktoś inny zaczął uciekać z krzykiem. Pojedyncze białe kartki, które po drodze zdążył liznąć płomień, wzleciały w górę jak na ognistych rydwanach i po kilku sekundach efektownego trwania opadły czarnymi płatkami na chodnik, ulicę i na zbiegowisko ich niemożliwych już czytelników. Obu strażaków podmuch odrzucił na kilka metrów i koledzy w czarno-żółtych kombinezonach i białych hełmach pomagali im się pozbierać. Paru gapiów pobiegło z ofiarną pomocą. Z porzuconego węża woda lała się wprost do studzienki kanalizacyjnej.

    Ja pierdzielę – podsumował z uznaniem pan w marynarce. Jego oczy błyszczały. – Te książki nas wszystkich zabiją.

    Moglibyście coś zrobić, byczki, a nie gapić się i głupio gadać! – wykrzyknęła kasjerka, która z racji tuszy przysiadła na ławce. – Tam się pali!

    I dobrze, niech się wszystko sfajczy – odparł człowiek w czarnej bluzie. – Jebać książki i tych, co je piszą. Mędrki pierdolone.

    Zaraza z tymi książkami – dorzuciła jakaś kobieta.

    Załatwią nas na amen, a potem oddadzą za darmo Niemcom!

    Dzieci demoralizują, skurwiele – stwierdził na zimno człowiek w czarnej bluzie.

    Co za bzdury! – nie wytrzymała pani Beatka. – Naucz się czytać, baranie, a potem się odzywaj.

    Dobrze powiedział, książki to zaraza! – krzyknął ktoś z tyłu, a inni podchwycili. – Niech się spalą! Bzdury to są w tych książkach!

    Ludzi podnieciła swoboda w bezkarnym wykrzykiwaniu nienawistnych opinii. Szybko zorientowali się, że są w olbrzymiej większości, więc pozwalali sobie na coraz więcej.

    A pisarzy to trzeba na taczkach wywieźć! Jakich taczkach – powiesić! Zatruwają dzieci! Pedofilia i gender się szerzą! Dobrze księża mówią, że zguba nasza w tych plugastwach! Sam Bóg te pożary zsyła!

    Gwar głosów narastał wraz z powiększającym się tłumem. Zbiegowisko falowało podnieceniem, bez przerwy dochodzili następni żądni sensacji przechodnie, rosło napięcie. Ktoś krzyczał o zabijającym audiobooku, inni przerzucali się faktami i plotkami o kolejnych pożarach magazynów z książkami. Jakaś kobieta piskliwym głosem powtarzała, że to skandal i początek wojny, i że trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Tu i ówdzie rozpoczęły się negocjacje szczegółów, grupka mężczyzn nieopodal zmawiała się, jak odciągnąć strażaków od gaszenia pożaru.

    Czy wyście wszyscy oszaleli? – Pani Beatka rozglądała się wkoło z pobladłą twarzą. – Chcecie palić książki i wieszać ludzi? Przecież to czysty hitleryzm! Ludzie, opamiętajcie się!

    To książki są hitlerowskie! – odpaliła ta z piskliwym głosem. – A ty się zamknij, księgarniana szmato!

    Co? Gdzie? Dlaczego księgarniana?

    Ja je znam – ciągnęła tamta pokazując palcem panią Beatkę i jej koleżankę kasjerkę. – Są z tej księgarni. To one sprzedawały audiobooki. Ta gruba siedzi w kasie, widziałam.

    Przez zbiegowisko gapiów przetoczył się groźny szmer. Facet w czarnej bluzie podszedł do pani Beatki i schwycił mocno za podbródek, jakby była cielakiem na bydlęcym targu.

    Taaak? – spytał unosząc jej głowę. – To ty sprzedajesz to gówno?

    Puść mnie, gówniarzu! – Szarpnęła się, ale on tylko mocniej zacisnął palce.

    A może to ty podpaliłaś sklep, co? Znudziło ci się? Chciałaś wyłudzić odszkodowanie?

    Miażdżył jej żuchwy żelaznym uchwytem i potrząsał nią jak szmacianą lalką. Bolało potwornie, ale nie mogła mówić. Koleżanka kasjerka widząc to skuliła się na ławce i zakryła łokciem twarz. Ktoś zaczął ją tarmosić za ramię. Ludzie skupiali się wokół obu kobiet coraz ciaśniejszym kręgiem, krzyczeli o klątwie książki, zasranych intelektualistach i o zatruwaniu umysłów. Najczęściej jednak słychać było błyskotliwą w swym szataństwie frazę Marty Massalskiej o braniu sprawy w swoje ręce.

    Kto wie, jak by się to skończyło dla nieszczęsnych pracownic płonącej Głównej Księgarni Naukowej, gdyby nie interwencja policji. Czterech młodych ludzi w polowych mundurach i pod bronią przedarło się przez gardłujący tłum. Zręcznie uwolnili kobiety spod agresywnej presji, wzięli pomiędzy siebie i doprowadzili do pobliskiego radiowozu. Zamknęli w zakratowanej części i kazali spokojnie czekać. Na pytanie pani Beatki, na co mianowicie mają czekać, stwierdzili, że panie są świadkami i będą zeznawać, po czym wrócili do gaszenia społecznych niepokojów. Posłusznie usiadły i przez druciane okienka obserwowały rozwój wydarzeń.

    Co tu się dzieje? – spytała po chwili milczenia kasjerka.

    Pytanie rozwiało się w powietrzu i zniknęło bez odpowiedzi. Obie doskonale widziały, co się dzieje. Policjanci próbowali kordonem oddzielić pokrzykujący tłum od wozów strażackich, było ich jednak zaledwie kilkunastu i plan nie mógł się powieść. Ludzie ominęli ich i opadli pojazdy jak szarańcza, włażąc na podesty i do kabin, ktoś sprytnie zakręcił kran i woda przestała cieknąć. Zdezorientowani strażacy miotali się pomiędzy płonącym sklepem a samochodem, nie wiedząc, którą z pilnych prac wykonać najpierw – odzyskać samochody czy gasić pożar. A ten rozprzestrzeniał się swobodnie po kamienicy i jęzory płomieni sięgały już okien nad pierwszym piętrze. Ktoś stamtąd rozpaczliwie machał rękami przez jeszcze nierozbite szyby.

    Pamiętasz tego wariata z zeszłego tygodnia? – spytała cicho pani Beatka.

    Tego siwego od końca świata? Pewnie, ze pamiętam. Napluł mi na ladę.

    Wołał wtedy taki wiersz, albo przepowiednię – ciągnęła pani Beatka dziwnie spokojnym głosem. – Że Heraklit szalony biega i patrzy, jak ogień trawi fundamenty świata. Pamiętasz?

    Myślisz, że to on podpalił? – spytała kasjerka obcierając spocone czoło rękawem bluzki.

    Nie. Myślę, że…

    Nagle obie znieruchomiały, ponieważ tuż obok nich rozległ się krzyk. Trzech mężczyzn szarpało dziewczynę ze słuchawkami na uszach. Wyrwała się im, odbiegła na kilka kroków, ale znowu ją dopadli i jeden zerwał jej słuchawki z głowy, złamał na pół i odrzucił na trawnik, podczas gdy dwaj inni obmacywali ją w poszukiwaniu telefonu, trzymając mocno za ramiona. Znaleźli w tylnej kieszeni spodni i natychmiast rozbili o chodnik. Dziewczyna płakała w głos i wołała pomocy, ale jej krzyki rozmywały się w ogólnym tumulcie. Po krótkiej szamotaninie ten, który zniszczył słuchawki dziewczyny, zatkał jej dłonią usta i pociągnął w głąb Plant. Pozostali dwaj ruszyli za nimi, czujnie oglądając się za siebie.

    www.unsplash.com/Barrett Ward

    Dranie, zostawcie ją! – zaczęły krzyczeć obie i walić pięściami w zakratowane okienko, ale bezskutecznie. Ludzie biegli we wszystkich kierunkach, mijali o kilka metrów tamtych trzech i dziewczynę. Brzuchaty pan w swetrze uśmiechnął się głupio do okna radiowozu, towarzysząca mu kobieta przeżegnała się, młody chłopak pokazał środkowy palec… Nikt nie zareagował na to, co się dzieje w krzakach nieopodal. Lud miał pierwszorzędne igrzyska na rozpalonym placu zabaw i pędził tam w uniesieniu.

    Opadły z sił i kasjerka zaczęła płakać. Pani Beatka objęła ją ramieniem i pogładziła po głowie. W głębi ulicy Dunajewskiego rozległy się przenikliwe wycia policyjnych syren, wkrótce z trzech stron naraz nadjechały policyjne kolumny. Tłum jednak gęstniał i nie sprawiał wrażenia przestraszonego. Przeciwnie, pomruk agresji jeszcze się wzmógł. Strażacy odzyskali sikawki i wrócili do polewania płonącej kamienicy. Zewsząd pojawiły się szeregi umundurowanych ludzi w kaskach i z tarczami z przeźroczystego plastiku. Szykowała się uliczna walka.

    Myślę, że on miał rację – powiedziała pani Beatka.

    Kto?

    Ten wariat. Nie płacz, Krysiu, bo to i tak nic nie da. Zupełnie nic.

    W tym momencie młody policjant nerwowym szarpnięciem otworzył drzwi furgonetki.

    Uciekajcie stąd! – krzyknął do nich odsuwając się na bok.

    Tam jest dziewczyna… – próbowała interweniować pani Beatka.

    Ale już! – ponaglał policjant. – Zgłosicie się później.

    Pani Beatka chciała protestować, ale koleżanka pociągnęła ją za rękaw. W pierwszej kolejności należało skorzystać z oferty, która mogła się okazać krótkoterminowa.

    Pobiegły obie w głąb trawnika, dokąd tamci trzej zawlekli dziewczynę. Pani Beatka zaglądając za kępę krzewów zaciskała pięści, jakby miała zamiar się boksować z tymi trzema typkami. Nie było tam już nikogo. Jedynie podarta dziewczęca kurtka zdradzała, że przed chwilą mogło się tu wydarzyć coś okropnego. Chyba się wydarzyło…

    Chodźmy stąd – powiedziała smutnym głosem kasjerka.

    Ruszyły w głąb ulicy Szewskiej, pod prąd nadciągających kolejnych grup ludzi i policyjnych posiłków. Kiedy minęły skrzyżowanie z ulicą Jagiellońską, za ich plecami znowu zawyły syreny. Obejrzały się. Policjanci wskakiwali do samochodów, które z miejsca ruszały i gnały gdzieś dalej w miasto.

    Super – mruknęła kasjerka. – Przerzucają siły w inne miejsce. Czyli nie tylko tu…

    Nie, nie tylko – przytaknęła pani Beatka, a po chwili dodała: – Kiedy wariat ma rację, to już nic jej nie ruszy.

    Pierwszą ofiarą śmiertelną tamtego dnia, nie licząc Eliasza Baumgartena z Taniej Książki na Grodzkiej, który zmarł w płomieniach tuż po północy, była dziewczyna zawleczona w krzaki przez trzech młodych mężczyzn. Jej pokiereszowane i wykręcone ciało leżało pięćdziesiąt metrów dalej, niezauważone przez nikogo, ponieważ w mieście działy się rzeczy o wiele ciekawsze. Została uduszona. Czy morderstwo miało podłoże seksualne, nikt nie był w stanie stwierdzić, ponieważ do porządnej obdukcji zwłok dziewczyny nigdy nie doszło. Półtorej godziny później zabrano je do Instytutu Ekspertyz Sądowych przy ul. Westerplatte, ale zanim zebrał się zespół pod kierunkiem anatomopatologa, przywieziono pięć dalszych ciał, a potem jeszcze kolejne. Pod koniec dnia, gdy liczba ofiar przekroczyła piętnaście i wydarzenia w mieście zapowiadały, że to z pewnością nie koniec, pracownicy Instytutu porzucili zbożne zajęcie i rozbiegli się w myśl zasady: ratuj się, kto może.

    Miasto zamieniło się w wielkie terytorium polowań. Na pierwszy ogień poszli młodzi, lekkomyślnie zasłuchani ludzie ze słuchawkami na uszach. Brutalnie zrywano im je z głów, a kiedy próbowali się bronić, padali ofiarą – jak to ujmowały raporty policji – „przemocy fizycznej”. Pod tym eufemizmem kryły się zarówno zwykłe pobicia (o ile pobicie w ogóle może być „zwykłe”), jak i ciężkie obrażenia cielesne, w tym śmiertelne. Wkrótce już nikt nie chodził w słuchawkach, więc agresja tłumu skierowała się przeciw literaturze w ogóle. Demolowano lokale biblioteczne i napadano na przechodniów w widoczny sposób wyposażonych w druki zwarte. Do najbardziej spektakularnych przypadków należało zakatowanie na ulicy Gołębiej trojga studentów polonistyki, z książkami pod pachą wracających z zajęć poświęconych krytyce literackiej. Jedna z ofiar umierała zakneblowana zmiętymi kartkami z najnowszej powieści Olgi Tokarczuk. Na wewnętrznej stronie okładki „Ksiąg Jakubowych” któryś z napastników nabazgrał: UKRAIŃSKA ŻYDÓWA.

    Olga Tokarczuk, fot: smakksiazki.pl

    Wydarzenia wrześniowego popołudnia wymknęły się spod kontroli służb porządkowych. Po nocnych pożarach policja próbowała prewencyjnie ochraniać krakowskie księgarnie i centra handlowe, w których mieściły się placówki Empiku czy Mole Mole, wkrótce jednak okazało się to niemożliwe ze względu na wybuchające wciąż nowe ogniska zapalne. Zamieszki zdawały się rozprzestrzeniać nieubłaganie i systematycznie, w regularnych odstępach czasu i w takich miejscach, by uniemożliwić szybkie przerzucanie jednostek policyjnych. Gdy tylko siły porządkowe przybyły do Centrum Zakopianka, by ratować tamtejszy Empik przed agresją klientów, następny bunt miał swoją erupcję po drugiej stronie miasta, w Centrum Handlowym Krokus.

    Dodatkowym utrudnieniem w coraz bardziej desperackich i bezładnych działaniach policji były zakorkowane drogi. Od dwóch lat miasto paraliżowały mnożące się do granic wytrzymałości roboty budowlane na głównych arteriach komunikacyjnych Krakowa, co i bez zamieszek nosiło znamiona katastrofy. Kiedy na zapchane zwężenia i przebudowy ruszyła ławica samochodów prywatnych, wypełnionych uciekającymi z miasta mieszkańcami, katastrofa zmieniła się w apokalipsę. W mgnieniu oka zatarasowaniu uległy wszystkie drogi wyjazdowe i miasto stanęło. Ponieważ rychło zapełniły się również boczne ulice i pasy zieleni między nimi, przemieszczanie się po Krakowie jakimkolwiek pojazdem stało się w zasadzie niemożliwe. Pozostawały helikoptery oraz jednoślady, i te jednak wkrótce straciły na znaczeniu wobec zablokowania chodników przez ludzi i przedmioty. Gdy nad oszalałym i dymiącym miastem zapadał cynobrowy zmierzch ostatniego dnia września, najlepszym sposobem komunikacji było bieganie na piechotę po dachach porzuconych samochodów.

    Taką też drogę wybrał inspektor Florian Madej, gdy bez powodzenia usiłował przedrzeć się swoim służbowym volkswagenem passatem przez szeroki pas zieleni za Rondem Mogilskim, by omijając kłębowisko ludzi i pojazdów na alei Powstania Warszawskiego dobrnąć do Ronda Kotlarskiego i dalej przez most na Podgórze. Włączył koguta i wystawił go na dach, wspierając go klaksonem i wrzaskiem przez otwarte okno. Był naprawdę dzielny. Minął skwer przed sądem, cudem przedarł się pod Urzędem Wojewódzkim i bankiem ING, przeciął ulicę Sądową i może dalej szłoby mu równie świetnie, gdyby nie zwężenie przed Szkolnym Ośrodkiem Sportowym. Wjechał na chodnik trąbiąc i krzycząc, kobieta z dzieckiem uskoczyła, a jego passat walnął w parkomat i zgasł. Pod pękniętą chłodnicą natychmiast rozlała się kałuża płynu. Rajd dobiegł końca.

    Gdzie jedziesz, bandyto! – krzyknęła kobieta porywając małą dziewczynkę na ręce.

    To jeden z nich! – krzyknął ktoś inny.

    Audiozbok! – zawołał trzeci głos i nagle grupa ludzi na chodniku zwróciła się jak na komendę ku gramolącemu się Madejowi.

    Brać go! – rozlegało się tu i ówdzie.

    Inspektor pechowo dobił do parkomatu tuż przy ogrodzeniu i nie miał jak wydostać się przez drzwi od strony kierowcy. Zanim zdołał przegramolić się nad dźwignią zmiany biegów na sąsiednie siedzenie, drzwi od strony pasażera otwarły się na oścież. Ujrzał wyciągniętą rękę i nabrzmiałą twarz.

    Wyłaź, chuju!

    Nie było sensu tłumaczyć. Wyszarpnął spod pachy pistolet i wymierzył prosto w tę nabrzmiałą twarz.

    Odsuń się.

    Twarz znikła, a wtedy inspektor schwycił skórzaną teczkę z tylnego siedzenia i wyskoczył z samochodu. Zdezorientowany jegomość stał przed nim z rozkrzyżowanymi rękami, jakby chciał zasłonić innych przed niebezpiecznym wariatem z samochodu. Madej wystrzelił w powietrze i ludzie z jękiem się rozstąpili, a wtedy pobiegł. Trochę kluczył między samochodami zajmującymi wszystkie trzy pasy, przeciął tory tramwajowe i znalazłszy się po drugiej stronie alei, ruszył chodnikiem do ronda. Parę osób pobiegło za nim, po chwili jednak musieli dać za wygraną, bo stracił ich z oczu.

    To było niesamowite. Wszyscy ludzie dokądś biegli w podnieceniu, pokrzykując na siebie albo do smartfonów, robili zdjęcia i popychali się w niezrozumiałym ferworze. Przeciskając się między nimi Madej usiłował podsłuchać, o czym właściwie się komunikują, ale to nie były żadne logiczne informacje, raczej masowa i zupełnie chaotyczna artykulacja powszechnego mobilnego rozgorączkowania. „Nie chodź tam!”, „poszli do galerii!”, „idziemy na centrum!” – padało z różnych stron. To „na centrum” zabrzmiało najgroźniej, jak wezwanie do ataku na wrogą twierdzę. Słyszał również sporo głosów cudzoziemskich, które prawdopodobnie należały do spanikowanych gości pobliskiego hotelu Vienna House.

    www.unsplash.com/Szymon12455

    Miał nadzieję przedostać się na drugą stronę Wisły licząc, że z Podgórza łatwiej wyjedzie na południe, za miasto, gdzie w jednej z podkrakowskich wiosek mieszkał profesor Aleksander Zawijas. Tylko takie rozwiązanie przyszło mu do głowy po gwałtownej i pozbawionej konkluzji rozmowie z komendantem wojewódzkim.

    To jest, kurwa, jakaś pierdolona rewolucja! – wrzeszczał niby w otwarte okno, a właściwie na niego inspektor Andrzej Pliszka, nie dalej jak pół godziny temu. – Kto tym kieruje? Gdzie to się w ogóle zaczęło?

    W gazecie – odparł spokojnie Florian Madej. – I w radiu.

    W jakiej gazecie? O czym ty gadasz? – warknął, ale odpowiedzi już nie słuchał odbierając kolejny telefon.

    Nie mam już ludzi! – odpowiadał komuś w terenie. – Ściągamy wojsko, ale to trochę potrwa. Wiem, kurwa, że nie macie czasu! Nikt go nie ma! W pizdę jeża…

    To ostatnie rzucił już do wygaszonego ekraniku smartfona. Wziął głęboki oddech.

    Florek, musimy coś zrobić. Wysyłanie ludzi i gaszenie pożarów to nie jest rozwiązanie. Trzeba zatrzymać ten ciąg, zapanować nad procesem. Masz jakiś pomysł?

    Mam – odpowiedział spokojnie inspektor Madej. – Ale ci go nie powiem.

    Co ty pieprzysz? Gadaj zaraz!

    Nie mogę. I tak mi nie uwierzysz.

    Zbliżająca się ku niemu spocona twarz komendanta drgała ze wzburzenia. Wyglądała jak powierzchnia niewystygłej planety, z nadal wysoką aktywnością tektoniczną.

    Masz na myśli te pierdoły o audiobooku, który zabija?

    Inspektor Madej chciał odpowiedzieć, ale znowu zabrzęczała komórka. Komendant kłócił się przez chwilę z kimś po drugiej stronie, po czym wrócił do tematu.

    No więc? Szybko. Masz minutę. Zaraz zaczynamy posiedzenie sztabu kryzysowego.

    Używanie urzędniczej nomenklatury uspokajało komendanta, dlatego naradę z zastępcami nazywał sztabem kryzysowym. Skądinąd, kryzys był. Widzialny i słyszalny nawet przez otwarte okno.

    Wiesz, co to jest audiobook? Powieść do słuchania. Można kupić na płytce albo ściągnąć z internetu. Ktoś wgrał w płytę wirus, który działa na psychikę słuchających. Nie pytaj mnie, jak to zrobił, nie mam pojęcia. To wyjątkowo perfidny i skrajnie destrukcyjny wirus. Co gorsza, służy również jako program szpiegujący, za jego pomocą sprawca ma bieżący kontakt ze słuchaczem, czytelnikiem…

    Powiedz mi, że sobie jaja robisz – poprosił cicho inspektor Pliszka. – Zmyśliłeś to. Film z Netfliksa opowiadasz.

    Obawiam się, że nie.

    Przecież sam powiedziałeś, że nie masz pojęcia, jak on to zrobił. To skąd możesz wiedzieć?

    W minutę ci tego nie wyjaśnię. Zebrałem trochę faktów i ułożyłem…

    A to rozwiązanie? Co chcesz zrobić? Zakazać słuchania? Polecić zniszczenie całego nakładu tych zasranych płytek?

    To nie pomoże. Ludzie poprzegrywali już na twarde dyski, telefony, ipody. To się już rozlazło. A zakazać używania komputera nie można. Nie uda się.

    Więc co? – denerwował się komendant Pliszka spoglądając na zegarek. – Co chcesz zrobić? Mów, ale szybko!

    Chcę tam wejść… – zaczął Madej, ale przerwało mu gwałtowne wtargnięcie do gabinetu sierżant Violi Nowickiej. Wbiegła na swoich nieziemsko długich nogach, cała zaaferowana, i krzyknęła od progu:

    Panie inspektorze, minister!

    Co minister?

    No, przyjechał! Właśnie tu idzie – mówiła machając rozcapierzonymi palcami, jakby suszyła lakier na paznokciach. – Podać kawę i ciastka?

    Kurwa mać! To znaczy przepraszam. Cholera! Tak, nie, do sali konferencyjnej – komenderował komendant, porzucając szefa Wydziału Kryminalnego i jego dziwaczny temat potwornego audiobooka, który przecież (w pizdę jeża) nie mógł za żadne skarby być przyczyną całej tej ogólnomiejskiej katastrofy. Wybiegł z gabinetu witać ministra, a za nim sierżant Nowicka z estradowym klekotem obcasów. Na korytarzu dołączyły do nich inne kroki i wkrótce na klatce schodowej brzmiał już cały chór służbowych podeszew.

    Inspektor Madej wzruszył ramionami i wyjął telefon. Wybrał numer, posłuchał chwilę głuchego sygnału i rozłączył się, widząc na ekranie swojego Samsunga wyłaniającą się z mroku buźkę: dwie kropki i slash.

    Niech to szlag.

    Postanowił więcej nie dzwonić, tylko wskoczył w samochód na parkingu za budynkiem komendy, poczekał, aż kolumna czarnych opancerzonych limuzyn rozstawi się w odpowiednim szyku wokół wejścia, po czym dyskretnie wyjechał na ulicę. Natężenie ruchu sięgało zenitu. Co ciekawe, korki tworzyły się w obie strony, jakby wszyscy naraz chcieli zarazem wjechać i wyjechać z miasta. Dotarł do połowy alei Powstania Warszawskiego i utknął, a teraz biegł do ronda Kotlarskiego z nadzieją przedarcia się na Podgórze. Właśnie mijał po prawej stare fabryczne zabudowania, z wielkim kominem z ciemnej cegły. Na placu jak wszędzie kłębili się ludzie i samochody, ale tu było nieco inaczej. Wchodzili grzecznie, za porządkiem do środka opuszczonej hali, nad którą komin wznosił się majestatycznie jak minaret nad meczetem. Zawahał się. Co za fabryka tu była? Czy aby nie – cegielnia?

    fot: smakksiazki.pl

    Właściwie powinien tam wejść za innymi, ale posłyszał za sobą nowe krzyki i przekonany, że to jego ścigają, rzucił się do dalszego biegu. Zgodnie z przewidywaniami most za rondem Kotlarskim był dokumentnie zatarasowany pojazdami, łącznie z chodnikami, i przejście go wydawało się niemożliwością. Wtedy właśnie wpadł na pomysł, by wskoczyć na dach pierwszego z brzegu samochodu. Stały blisko siebie, zderzak w zderzak, i bez trudu przeskoczył na następny, potem jeszcze jeden. Szło mu świetnie. To było jak małpi gaj na ćwiczeniach policyjnych w terenie. Z kabiny pod nim rozległ się wrzask i przekleństwa, ale nie miał czasu wdawać się w pertraktacje. Biegł szybko i pewnie. Zaraz też tupanie w dachy samochodów krakowskich mieszczuchów zaczęło mu sprawiać frajdę. Im droższą furę miał pod butem, tym mocniej tupał.

    Znalazł się na Zabłociu. Tu ruszył wzdłuż Wisły, starając się omijać ciasne i wypełnione ludźmi uliczki. Jedna z odnóg wściekłego tłumu prawdopodobnie zmierzała do Centrum Sztuki Współczesnej MOCAK, jednoznacznie kojarzonego z niebezpieczną kulturą. Mieściła się tam zresztą całkiem zasobna biblioteka, pożądliwy obiekt wspólnotowej zemsty. Szybko zgasił w sobie pierwszy odruch obywatelskiej służby, który nakazywał powstrzymać szarżujący tłum. Wiedział już, że ten tłum niczego i nikogo nie słucha. Chyba że szalonego audiobooka, hehe. No, bardzo śmieszne.

    Udało mu się dotrzeć do rynku Podgórskiego i stamtąd podjechać skradzionym rowerem do ronda Matecznego. Tu korek był straszliwy we wszystkie cztery świata strony, chodniki również były nieprzejezdne, więc dopiero za rozkopanymi Łagiewnikami, które przytrzymały korek i spowodowały, że dalej ulica była trochę przejezdna, wsiadł na rower i dopedałował do Borku Fałęckiego. Przed sobą miał stromy podjazd na Górę Borkowską. Zaklął i rzucił rower na barierkę obok przejścia dla pieszych. Wtedy przed nim zatrzymał się bus.

    Wskakuj pan – zawołał kierowca przez otwarte okienko, nie pytając go, dokąd chce jechać. – Mam jeszcze jedno wolne miejsce.

    Inspektor wsiadł pomyślawszy, że nawet jeśli tylko wyjedzie pod tę cholerną górkę, już będzie jakiś zysk. Wręczył kierowcy dziesięć złotych i nie biorąc reszty poprosił o wysadzenie w Mogilanach. Na pytanie, o które Mogilany chodzi, podał nazwę ulicy i kierowca bez słowa skinął głową. Bus był niemiłosiernie wypełniony i Madej stał oparty plecami o drzwi, rozważając w myślach brawurową głębię wyrażenia „wolne miejsce”. By się uwolnić, zaczął myśleć o dziurze na prawym pasie zakopianki, na której pędzący z niegodną jego szacownego wieku prędkością bus nagle podskakuje i łokieć inspektora przypadkowo naciska klamkę. To by rozwiązało wiele problemów. W zasadzie wszystkie.

    Łokieć zdołał zapanować nad sobą i wyjechali szczęśliwie z miasta. Kierowca kazał mu wysiąść we Włosani i jeszcze pokazał ręką dalszą drogę na piechotę. Madej podziękował i ruszył poboczem w ciemniejącą wieś. Do furtki domu Zawijasów dotarł po dwudziestu minutach, błądząc trochę po wąskich odnogach głównej drogi. Mijani ludzie w grupkach komentowali krakowskie wydarzenia, niektórzy wybierali się na wiadukt nad zakopianką, by na własne oczy przekonać się, czy pogłoski o pożarach księgarń są prawdziwe. Po ciemku lepiej widać płomienie.

    Nacisnął dzwonek przy furtce. Po dłuższej chwili usłyszał niepewne „kto tam”.

    Dobry wieczór, tu inspektor Florian Madej. Chciałbym zamienić parę słów z pani mężem.

    Nie ma go w domu – usłyszał oschłą odpowiedź.

    A kiedy wróci? Muszę z nim porozmawiać, to ważne.

    To pan dzwonił wczoraj? Mówiłam, że jest poważnie chory.

    Wiem, ale mimo to chciałbym się z nim rozmówić w pewnej ważnej…

    Jest w szpitalu.

    Inspektor Madej głośno przełknął ślinę. Gdzieś niedaleko rozległ się strzał z długiej broni. Z odgłosu wnioskował, że chodzi o strzelbę myśliwską.

    W jakim szpitalu? Co mu się stało?

    Nie powiem panu. Niech go pan zostawi w spokoju.

    Dobrze – objął dłońmi metalowe pudełko domofonu, jakby się do niego modlił albo spowiadał. – Ale najpierw muszę z nim porozmawiać. Na pewno słyszała pani, co się dzieje w mieście. Sytuacja jest coraz trudniejsza, giną ludzie…

    A co on ma z tym wszystkim wspólnego?

    Był zmęczony. Nogi zaczynały odmawiać mu posłuszeństwa i najchętniej by usiadł na skarpie obok furtki Zawijasów i podrzemał, póki nie nabierze sił. Albo póki ktoś go nie zdejmie z myśliwskiej strzelby.

    Myślę, że… mógłby mi pomóc.

    Ale jak?

    Chwilę zbierał się do odpowiedzi, ale zakręciło mu się w głowie i stuknął czołem w zimny metalowy słupek. Słuchawka domofonu zachrobotała i ucichła, a po minucie na podjeździe rozległy się kobiece kroki.

    Niech pan wejdzie – powiedziała Magda Zawijasowa i uchyliła furtkę.

    W drzwiach skoczył na niego wielki pies i nim pani domu zdołała go powstrzymać, obślinił mu jęzorem pół twarzy. Madej przetarł się rękawem, ale pies poprawił jego pozycję negocjacyjną, ponieważ Magda Zawijasowa zaczęła go przepraszać, a potem zaprowadziła do łazienki, żeby się obmył. Chłodna woda przyniosła mu ulgę. Osuszył twarz ręcznikiem i spojrzał w lustro. Z tamtej strony patrzył na niego zmęczony, blady starzec z przekrwionymi oczyma i miną ponurą niczym fotografia wraku okrętu z dna oceanu. Zamknął oczy. Kiedy je otwarł i spojrzał znowu, przez ułamek sekundy widział nie siebie, lecz mężczyznę w marynarskim mundurze, z siwą brodą i w czapce z daszkiem. Na piersi miał przyszytą mosiężną tabliczkę z nazwiskiem SUNDICK.

    Cholera jasna – zdołał wyszeptać inspektor Madej i osunął się na bok.

    Jego tyłek trafił na deskę klozetową. Przysiadł na niej i zakrył twarz rękami. Niemożliwe. Niemożliwe.

    Wszystko w porządku? – usłyszał zza drzwi.

    Tak – odparł po prostu, bo na więcej nie mógł się zdobyć. Wstał z trudem i wyszedł, uprzednio rzuciwszy okiem na lustro. Zobaczył w nim bladego Floriana Madeja. Lepiej.

    Gospodyni usadziła go przy stole, poczęstowała gorącą herbatą i ciasteczkami własnego wypieku, po czym zaczęła opowiadać. Powiedziała mu wszystko, co jej zdaniem inspektor powinien wiedzieć, zanim poprosi jej męża o pomoc. Mówiła długo i rzeczowo, dopóki nie zaczęła płakać.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #14

    Zaufanie do mediów to bardzo skomplikowana sprawa. Praca dziennikarza nie polega na pielęgnowaniu poprawnych stosunków z obywatelami, o nie. To nie przedstawiciel służby zdrowia czy innej prospołecznej instytucji, która ma poprawiać samopoczucie, albo sprawdzać, bądź dbać o naszą czystość. O nie. Dziennikarz służy prawdzie. Dlatego tak fundamentalna jest tajemnica dziennikarska, opoka, na której buduje on swój gmach informacji. Nie wolno mu zdradzić źródła, ale ma obowiązek pisać, co wie. Ponieważ prawda zalicza się do kardynalnych cnót ludzkości, należy jej podporządkować wszystko inne, łącznie z lojalnością. Tak, prawda ponad wszystko. 

    Takimi mniej więcej ścieżkami biegła asekuracyjna myśl Marty Massalskiej, gdy pisała swój brzemienny w skutki artykuł o audiobooku zabijającym słuchaczy. Był późny wieczór, którego ciszę przerywały sygnały pędzących do akcji wozów strażackich i karetek pogotowia, przemierzających miasto we wszystkich możliwych kierunkach. Płonęły księgarnie. Od kolegów polujących na doraźne sensacje wywiedziała się, że jest ich już pięć i policja pośpiesznie asekuruje kolejne w przekonaniu, że ma do czynienia z notorycznym podpalaczem lub podpalaczami.

    Hipoteza poniekąd trzymała się kupy. Wariat wsiadł w samochód wyładowany kanistrami z benzyną i jeździ od punktu do punktu, podkładając ogień pod sklepy z książkami w celu zrealizowania jakichś sobie tylko znanych psychopatycznych założeń. Może stuknięty bibliofil, który całą miłość do książek chce zagarnąć dla siebie. Może bibliofob nienawidzący słowa pisanego i przypisujący mu winę za wszelkie zło. Jedno i drugie równie sensowne. Albo równie bezsensowne. Ona wiedziała więcej i była o krok przed nimi. Tym się różni dziennikarz najlepszy od zaledwie świetnego – wyprzedza pozostałych. Zanim wszyscy ci technicy, analitycy i inni laboratoryjni badacze odkryją, że źródłem pożaru nie jest człowiek, lecz mały plastikowy krążek z nagraną na nim powieścią, ona już będzie autorką teorii wyjaśniającej, opublikowanej na łamach wiadomego „znanego dziennika o zasięgu ogólnopolskim”. Będzie pierwsza. Jak prorokini.

    www.unsplash.com/Jan Mellström

    Jasne, to wariactwo. Płytka nie może być mordercą. Tylko co z tego, skoro płytka właśnie jest mordercą i zabija miłośników czytanej na głos literatury, w tym jej własną córkę?

    Jej córka. Marysia. Niełatwo być matką samotnie wychowującą dziecko. Zawód dziennikarki bynajmniej jej w tym nie pomagał, przeciwnie, rozpieprzył do reszty rachityczne więzi rodzinne. Pewnie, teraz wszystko to widziała jak na dłoni, i co z tego? Swoją wiedzę mogła sobie dzisiaj wsadzić do dupy i pomerdać ogonem dla osobistej satysfakcji. Kurewsko bolesnej satysfakcji.

    Może stąd pomysł, by za śmierć Marysi zemścić się artykułem? Odpalić dziennikarską bombę jak atomowy pas szachida i zmieść z powierzchni całe to miasto? Profesjonalizm matki zabił córkę, to niech i zabije resztę. Trochę naciągane, ale sugestywne.

    Nigdy nie słuchała audiobooków. Była typem ekstrawertycznym, nastawionym na socjal, relacje, kontakt bezpośredni, a w samotnym ślęczeniu ze słuchawkami na uszach widziała rodzaj autyzmu. Człowiek społeczny lubi innych ludzi, nawet jeśli traktuje ich tylko jako nośniki handlowo przydatnej informacji. Ona to uwielbiała. Wpadała w ludzki wir i kręciła nim jak zaklinaczka żywiołów – byle szybciej, więcej, głośniej, z hałaśliwym przytupem. Wrzask ludzkich emocji, w którym jak w gorącym gulaszu pływały kawałki faktów, napawał ją satysfakcją, energią, niemal szczęściem. Prawdą z tego uwarzoną karmili się wszyscy po równo, grzecznie i regularnie, jak dzieci w przedszkolu. Wchodziła, odurzała, buzowała w tkankach aż do nieprzytomnego odlotu. A jej dawała nadludzką moc.

    Marysia nienawidziła jej pracy.

    Z przymusowym uśmiechem słuchała zawodowych ekscytacji matki, kuląc się na krześle z kolanami podciągniętymi pod brodę i smutkiem w oczach. A kiedy już Massa wyrzuciła z siebie wszystkie rewelacje, wyłuskała siebie z kokonu dziennikarskiej pasji i zdobyła się na pytanie: „A co u ciebie, kotku?”, Marysia odpowiadała „nic takiego” i szła do siebie. Tam wkładała słuchawki na głowę, siadała na łóżku i pogrążała się w tym czymś, co jej się sączyło do ucha z obleczonych gąbką krążków, których drugi koniec sięgał w jakiś inny, fikcyjny świat.

    Nie żeby Massa nie podejmowała prób; jasne, że próbowała. Widziała, że coś jest nie tak.

    Skarbie, porozmawiaj ze mną.

    Ale o czym?

    No w ogóle, co w szkole, co u Gośki, Magdy, albo Marceli.

    Nie znam żadnej Marceli.

    Tak tylko powiedziałam, figuratywnie.

    No to figuratywnie nic nowego u mnie, mamo. U Gośki i Magdy też nic. A moja najlepsza przyjaciółka ma na imię Zuza, i u niej też nic.

    Chodzisz jeszcze z tym Pawłem?

    Nie. Właściwie nigdy z nim nie chodziłam, trochę się kumplowaliśmy i tyle.

    Dajesz jakoś radę?

    Spoko.

    I tyle. Massa znała się na ludziach i wiedziała, że istnieją introwertycy, którzy wolą się zamykać w swoim świecie i najbardziej lubią, jak się ich zostawia w spokoju, by mogli sobie bez przeszkód dryfować w płynnej rzeczywistości. Nazywają to flow. Marysia wpadała we flow na całe dnie, a nawet tygodnie. Myślała, że może chodzi o jakieś molestowanie i przeprowadziła nawet w szkole małe dochodzenie, ale nie znalazła żadnego potwierdzenia swoich podejrzeń. Marysia była lubiana, oceny miała świetne, relacje z klasą dobre, sama z przekonującym uśmiechem zaprzeczała, by ktoś jej cokolwiek zrobił. A potem milkła i wracała do pokoju.

    I to, niestety, na cholerne nieszczęście było dla Massy bardzo wygodne. Zdejmowało z niej rozmaite konieczności, odsuwało troski i dawało – jakże pozorną! – swobodę działania. Robiła co chciała, bo dziecko grzecznie siedziało wieczorami w swoim pokoju i dorastało sobie w introwertycznej ciszy, jak marihuana w domowej hodowli. Samo, bez matki, która w tym czasie klepała palcami w klawiaturę laptopa, aż do późnej nocy, nim zmorzył ją sen. A od rana to samo, tylko jeszcze szybciej, jeszcze więcej, jeszcze dłużej.

    Teraz widziała całą patologię tego układu, i nic nie mogła zrobić. Było już za późno. Kurewsko za późno.

    Mogła zrobić jedno. Przygryzła wargi i wstukała w komputer:

    Jakkolwiek by to fantastycznie nie brzmiało, istnieje mocna zbieżność pomiędzy kilkunastoma zdarzeniami ze skutkiem śmiertelnym, jakie miały miejsce w ostatnim czasie w Krakowie i okolicy, a słuchaniem pewnego tajemniczego audiobooka. Nosi on tytuł „Cegielnia” i dostępny jest w księgarniach jedynie na płycie CD, bez wersji papierowej, a także bez nazwiska autora, czytającego tekst lektora oraz bez nazwy wydawnictwa. Dziwne, że taki produkt w ogóle trafił do dystrybucji, jednak na pytanie, jak to było możliwe z handlowego punktu widzenia, żaden z księgarzy nie umiał mi odpowiedzieć. Albo nie chciał. Z tego, co wiem, sprzedaż audiobooka z „Cegielnią” trwa w najlepsze.

    Przeczytała fragment ogryzając skórkę wokół kciuka. Po krótkim namyśle dopisała:

    Policja nie jest zainteresowana podjęciem śledztwa w sprawie morderczego audiobooka. Wykracza to poza ramy racjonalnego postępowania, jak stwierdził szef Wydziału Kryminalnego Wojewódzkiej Komendy Policji w Krakowie, inspektor Florian Madej, dodając, że policja nie posiada żadnych wyraźnych tropów. Z czego należy wnioskować, że plastikowy krążek znajdowany przy ofiarach nie stanowi żadnego „wyraźnego tropu”. Pogratulować przenikliwości. A audiobook nadal zabija.

    Kraków, fot: www.unsplash.com/Erik Kossakowski

    Miała już zamknąć plik, ale zostało jeszcze trochę skórki wokół kciuka, więc zajęła się jej ogryzaniem patrząc w tekst. Nie, to za słabe. I wklepała ostatnie, śmiercionośne zdanie:

    Świadome swych zagrożeń społeczeństwo nie musi czekać na działania policji – właśnie dlatego, że jest świadome.

    Teraz jej się podobało. Już czuła, jak kocioł z emocjami zaczyna bulgotać, a zbierane przez dziennikarzy fakty kręcą się w wywarze skwiercząc i podskakując, jak im temperatura zagra. Powinno zadziałać.

    Kliknęła WYŚLIJ i zamknęła oczy. Piekły ją niemiłosiernie od wgapiania się w piksele, więc wyjęła z szuflady krople Hylo Dual, przechyliła głowę i wpuściła po jednej ożywczej kropli pod każdą z powiek. Rozchodziły się jak balsam, nawilżając zdrewniałe gałki oczne i łagodząc ból. Czuła, że rozpływa się razem z nimi, ścieka po powierzchni zdarzeń i znika w jakiejś przyjemnej cielesnej fragmentacji. Flow. Smużka dymu wijąca się dnem chłodnej, malachitowej doliny. Chciałby tak dopłynąć do Marysi, odnaleźć ją w najdalszym zakątku nicości, owinąć się zwiewnym kłębem wokół jej dziecięcej główki i wyszeptać do ucha słowa miłości. Tej prawdziwej matczynej miłości, której nie potrafiła jej dać za życia. Nie zdążyła. A teraz żal. Taki wielki, kurewsko ogromny żal!

    Odsączyła chusteczką nadmiar płynu z rzęs i otwarła oczy. Na wygaszonym ekranie laptopa migotały dwie kropki i kreska. Buźka.

    Co jest grane? – powiedziała głośno.

    Kropki rozsunęły się na boki, po czym wróciły na swoje miejsca, a kreska zakołysała się filuternie.

    Z czego się śmiejesz, palancie? Włamałeś się do mojego kompa?

    Zamrugała załzawionymi powiekami. Ikonka znikła. Właściwie trudno było ją nazwać ikonką, wyglądała raczej jak chwilowa awaria wyświetlacza. Uderzyła klawisz ENTER, później SPACJA i BACKSPACE, ale nic się nie wydarzyło. Doszła do wniosku, że po prostu zwyczajnie zwariowała. Właśnie miała opuścić klapę, gdy zadzwoniła jej komórka. Darek.

    Cześć, nie śpisz jeszcze? – spytał.

    Nie. Gadam z wygaszonym ekranem kompa. A co?

    Fajnie masz. Myślałem, że słuchasz kradzionego audiobooka.

    Zmroziło ją.

    Co powiedziałeś?

    Zareagował krótkim śmiechem człowieka, który jest zadowolony z osiągniętego efektu.

    Pomyślałem, że jesteś zawsze szybsza od innych i że to ty musiałaś zwinąć te płyty.

    Jakie płyty? Mógłbyś jaśniej? Ktoś ukradł audiobooki? Ale skąd?

    Konkretnie jeden, tak przynajmniej twierdzi właściciel małej księgarni, która właśnie poszła z dymem. Ale bez obaw, żartowałem. Jeden z policjantów sprzedał mi takiego newsa. Za fajkę i obietnicę wywiadu. Fajkę mu dałem, a wywiad odbędzie się w nieokreślonej przyszłości.

    Potrząsnęła głową, w której powstał nagły mętlik. Audiobook, kradzież, policjant, wywiad. Darek pracował w radiu i prowadził cykliczne audycje o mieście. Błysnęła jej piorunująca myśl.

    Słuchaj, zrób ten wywiad, najlepiej jutro rano.

    Ale z kim, z tym gliniarzem? Już sobie pojechał.

    Nie, ze mną.

    Śmiech po drugiej stronie był krótki i urwał się nagle.

    Mówisz poważnie? O czym miałby być? Słynna Massa Massalska rozwiązała kryminalną zagadkę ginących audiobooków?

    Żebyś, kurwa, wiedział. O której rano zaczynasz?

    O ósmej.

    Będę.

    Ale czekaj… ty już wiesz?

    Wysyłam tekst, który poszedł właśnie do składania, też na jutro rano. Przejrzyj i przygotuj się do rozmowy. I słuchaj, gościu, to nie jest prima aprilis.

    Darek już całkiem pozbył się rozbawienia słysząc, że Massalska nie żartuje. Powiedział coś o słynnej radiowej punktualności i w zasadzie byli umówieni. Dopiero kiedy się rozłączyli, Marta uświadomiła sobie, że nie spytała nawet, po co do niej zadzwonił. Pewnie chciał jej zdradzić najnowszą rewelację i był mocno rozczarowany, że ona już wie o tajemniczym audiobooku. A rano chce z nim o tym robić audycję. Uśmiechnęła się. Darek był świetnym radiowcem i bolało, że zawsze za nią w tyle. Jest różnica między dziennikarzem świetnym i najlepszym. Dupku.

    Pomyślała, że wzmocnienie artykułu w „Wyborczej” audycją w radiu tik fm powinno przynieść pożądany efekt. Darek za to zapłaci, podobnie jak ona, ale nie przejmowała się. A precyzyjniej rzecz ujmując, na obecną chwilę miała to głęboko w dupie. To czajenie się inspektorka z profesorkiem, ta dyskrecja podszyta chłodnym profesjonalizmem, który nie dopuszcza irracjonalnych rozwiązań i trzyma się kurczowo zdrowego rozsądku jak dziwka latarni – krakowskie aż do mdłości – wkurzyło ją na maksa. Tak, tak, wiemy, jaka jest prawda, niestety, ale nie możemy jej ujawnić, ponieważ mogłoby to doprowadzić do nieprzewidzianych konsekwencji. Pierdu, pierdu. A co mnie, murwa kwoja tać, obchodzą nieprzewidziane konsekwencje! Chyba tylko o tyle, o ile można je zaaranżować, czyli poniekąd przewidzieć. A najlepiej wymyślić i wywołać. Dobre. Spodobało się jej.

    Murwa kwoja tać…? To spodobało się trochę mniej.

    Spojrzała na komórkę, było wpół do dwunastej w nocy. Powinna dobrze wypocząć przed jutrzejszą audycją, ale nie miała ochoty na sen. Poszła do kuchni, wyjęła z lodówki butelkę Finlandii, nalała pół szklanki i dopełniła tonikiem. Dwa głębokie hausty spełniły równie ożywczą funkcję jak krople do oczu. Wyluzowała się i poczuła flow. Podeszła do okna.

    www.unsplash.com/neil godding

    Maryś, gdzie jesteś? To ty podpalasz te księgarnie? Nie zdziwiłabym się. Zawsze byłaś uparta i twarda, twardsza nawet ode mnie, tylko bardzo powściągliwa. A ja, głupia pizda, myślałam, że do niczego się nie nadajesz. Wiem, spieprzyłam to. Nie zdołałam ci pomóc w życiu, to chociaż trochę pomogę w śmierci. Tak, dokładnie to mam ochotę zrobić i nikt mnie nie powstrzyma. Wiesz, Maryś, zrobimy to we dwie. Razem. Choć raz zróbmy wspólnie coś wielkiego i wspaniałego. Jak ta katastrofa na końcu Greka Zorby. A reszta niech się pieprzy.

    Dopiła szklankę i zrobiła drugą. Potem zrobiła jeszcze dwie i żeby należycie zadziałały, zakończyła imprezę papierosem na balkonie. Syreny strażackie i sygnały karetek ucichły, powietrze pachniało normalną jesienną wilgocią. Pozory rzeczywistości trwały. Wydmuchała kłąb dymu w krakowską noc. Trwajcie, sobie, trwajcie, dopóki możecie.

    Rano pojechała do studia i w godzinnej rozmowie przekonywała słuchaczy, że po mieście krąży morderczy audiobook, który należy natychmiast unieszkodliwić wszelkimi dostępnymi metodami. Po wyłożeniu licznych argumentów i przykładów nie omieszkała dodać, że policja niewiele w tej sprawie czyni i najwyższy czas wziąć sprawy w swoje ręce. Polecała również swój artykuł w gazecie. Słuchacze i czytelnicy prawidłowo odczytali informacje i zgodnie z poleceniem wzięli sprawę w swoje ręce.

    A po południu rozpętało się piekło.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #13

    Skąd pani wie o audiobooku?

    Inspektor Madej zawiesił głos. Miał ochotę uzupełnić pytanie o jeszcze jedno słowo, powszechnie znany nic nieznaczący przerywnik na „k”.

    Ja wiem wszystko, panie inspektorze – odparła zimno Marta Massalska zwana Massą. Siedziała z założonymi nogami w tym samym ciasnym gabinecie, w którym wczoraj odsłuchiwali z profesorem Cegielnię, i bębniła palcami po blacie biurka. – A czego nie wiem, zaraz mi doniosą. Moja praca, jakby pan zapomniał. Proszę darować sobie głupie pytania i powiedzieć mi, kto to napisał.

    Nie wiem.

    Czyli anonim. A kto wydał? I nagrał?

    Nie wiem. I nie wiem.

    Bez jaj, inspektorze. Płyta jest na rynku, można kupić i przeczytać na okładce.

    To proszę kupić i przeczytać. Z jajami albo bez.

    Pomilczała chwilę. Młode dziennikarki w starciu ze starszymi facetami na urzędach mają swój zestaw narzędzi pozasłownej perswazji: seksowne ubranie, ostry makijaż, nieruchomy i przenikliwy wzrok plus przytykanie języka do górnej wargi. Massa zastosowała je wszystkie naraz w sposób daleki od powściągliwości. Zadziałało i inspektor Florian Madej się skulił.

    Już to zrobiłam. Nic się nie wydarzyło. Leciało jakieś stare romansidło, marna kopia Jane Austin. W księgarni również niczego mi nie umieli powiedzieć. A teraz się jeszcze w dodatku sfajczyła. Dlatego przyszłam do pana. Prowadzicie śledztwo?

    Analityczna myśl inspektora opukiwała każde słowo dziennikarki. Romansidło? Kopia Jane Austin? Ciekawe. Takiego wariantu fabuły Cegielni jeszcze nie napotkał. Potwierdzało to jego wcześniejsze przypuszczenie, że każdy słyszy z audiobooka nieco inny tekst, jak gdyby Cegielnia dobierała fabułę do słuchacza. Absurdalność tego przypuszczenia była wprawdzie obezwładniająca, ale całą tę historię przenikał absurd.

    Jeśli spyta Massę o fabułę, zdradzi jej trop. Zdradzi w ogóle fakt, że prowadzą jakieś dochodzenie w sprawie Cegielni, co nie do końca było prawdą. On prowadził. Bez wiedzy komendanta i kolegów, którym nie miał nawet jak o tym opowiedzieć. Nie było języka. Jeśli jej nie spyta – będzie uboższy o informację. Na tyle ważną, że zdołała przyciągnąć do jego biura słynną Massalską.

    Jakie romansidło? – spytał pozornie obojętnym tonem. Nie dała się nabrać.

    Ha! A jednak! Chce pan wiedzieć, co usłyszałam! Cegielnia ma jednak swoje tajemnice! Doskonale. Chcę wiedzieć wszystko o tym pieprzonym audiobooku, albo zrobię taki rozpiździel, że się tu nie pozbieracie! Jazda, inspektorze, wszystko! Od początku! Kto był pierwszą ofiarą?

    Niepotrzebnie się odezwał. Ci dziennikarze potrafią wyciągać informacje nawet z tego, czego w ogóle nie powiedziałeś. Zwłaszcza z tego. A potem się jeszcze okazuje, że te informacje jakimś cudem są prawdziwe.

    Pierwsza ofiara? O czym pani w ogóle mówi? To jakaś totalna bzdura! Pytałem o audiobook, ponieważ właśnie taki znaleźliśmy przy ofierze pożaru w księgarni. Stopione pudełko i niedopalone resztki obwoluty…

    On tego słuchał?!

    – …stąd znamy tytuł – ciągnął inspektor nie dając się zbić z tropu. – Jeśli pani wie więcej na ten temat, proszę mi powiedzieć. Dla dobra śledztwa.

    Jakiego śledztwa?

    Śledztwa w sprawie pożaru. Przy ofiarach śmiertelnych zawsze jest obecna policja kryminalna.

    Ten chłopak słuchał Cegielni? Jak on się nazywał?

    Hmm…

    No już, panie inspektorze. I tak się dowiem.

    Wykrzywiła usta w instagramowym uśmiechu i dotknęła językiem kącika warg.

    Eliasz Baumgarten.

    Serio? To też jakaś postać z audiobooka?

    Nie, z rzeczywistości. To znaczy teraz już nie…

    Dobrze, dobrze. Czyli on zginął przy słuchaniu Cegielni, tak samo jak moja córka. Kto jeszcze? Ile macie tych ofiar? No już, inspektorze, oszczędźmy sobie zachodu i porozmawiajmy szczerze. – Wychyliła się nad biurko, by pan policjant miał głęboki wgląd w jej dekolt. – W przeciwnym razie dowiem się sama, a pan ze swoją nieżyczliwością dla prawdy znajdzie się po drugiej, ciemnej stronie. Chyba pan nie chce, prawda?

    www.unsplash.com/Bank Phrom

    Uśmiechnął się pod nosem. Nie miała pojęcia, jak bardzo chciałby się znaleźć po drugiej, ciemniejszej stronie tej historii. Znacznie bardziej niż po drugiej stronie biurka, falującej mu teraz przyjemnie przed oczyma. Powstrzymywał go brak sposobu na przedostanie się TAM. Nie do dekoltu Massy, tylko do cegielni. Trochę rozpaczliwie liczył na pomoc tego profesorka o twarzy myśliwskiego ogara, który stracił trop i rozgląda się po lesie z głupią miną nie wiedząc, co począć. Zawiódł się i zaczynał żałować, że mu tak wiele zdradził ze swoich pomysłów. Ale o tym wszystkim nie mógł Massie powiedzieć.

    Zastanawiał się, czy w ogóle powinien jej cokolwiek mówić. Jeśli to zrobi, uruchomi machinę podejrzeń, insynuacji i zwykłych plotek, nad którą trudno będzie zapanować, a konsekwencje mogą być nieprzewidywalne. Jeśli tego nie zrobi, ona pozbiera strzępy danych i wysmaży jakąś bzdurę o równie nieprzewidywalnej szkodliwości. Tak źle i tak niedobrze. Najchętniej by ją utopił w kubku kawy i zamknął jej niewyparzoną jadaczkę na zawsze, ale takie marzenia się nie spełniają. Pozostaje żmudne rzeźbienie scyzorykiem w kamieniu. Wziął głęboki oddech.

    Mogę to zrobić pod jednym warunkiem: że pani nikomu nie powie. Wiem, jak pozbawione szans powodzenia jest takie żądanie wobec profesjonalnej dziennikarki, ale apeluję do pani sumienia. Nie ma żadnego śledztwa, nie korzystam z pomocy zespołu techników i prokuratorów, jestem sam. Gdybym tylko spróbował uruchomić procedury, mój przełożony uruchomi natychmiast procedurę przeniesienia mnie na emeryturę, z sugestią diagnozy psychiatrycznej. A ja chcę jeszcze trochę popracować. Powiem pani jako pogrążonej w żałobie matce, która ma prawo wiedzieć. Chociaż trudno stwierdzić, co dokładnie. Gotowa?

    Oczywiście, po to tu jestem.

    Takich przypadków, jak pani córka, naliczyłem w tym roku co najmniej siedem.

    Kurwa mać… – wyrwało się Massalskiej. Przygryzła wargę tak mocno, że Madej z napięciem czekał na wytryśnięcie strumienia krwi.

    Mówię „co najmniej”, ponieważ niektóre są na tyle niejasne, że zakładamy pomiędzy zgonem ofiary a audiobookiem związek możliwy, ale o nieznanym stopniu prawdopodobieństwa.

    Czyli w sumie ile? – spytała zduszonym szeptem.

    Powiedzmy… piętnaście?

    Ja pierdolę… – ciągnęła w swoim stylu. – Audiobook seryjny morderca. W dupę jeża, to przecież niemożliwe! Jak on to robi? Co tam jest? Dlaczego słuchałam i nic mi się nie stało? A pan? – spytała nagle pokazując go palcem. – Pan też słuchał i nic? Super! Kurwa jego mać, ale kosmos!

    Spokojnie, to żaden kosmos. Nie możemy wykluczyć zwykłego zbiegu okoliczności. Tania płyta w taniej księgarni, intrygująca okładka i pełen zachęt opis na pudełku… po prostu rozeszło się wśród ludzi i dlatego znajdujemy je na miejscu kilku zgonów…

    Kilkunastu.

    Dyskusyjne. Nie w tym jednak rzecz. Chodzi o techniczną definicję narzędzia zbrodni. Nie tylko „kto zabija”, ale i „czym”. Powiedzieć, że audiobook zabija fabułą to mniej więcej tyle, co uznać za mordercę zmiany atmosferyczne. Na przykład halny w Tatrach, który morduje za pomocą gwałtownych skoków ciśnienia. Że się wytwarza jakaś aura, klimat do zbrodni, krwiożerczy albo samobójczy nastrój – trudne.

    Nie moglibyście po prostu zakazać rozpowszechniania tej Cegielni? – odezwała się Massalska. – Wystarczy byle powód w rodzaju społecznej szkodliwości czy niedopełnienia formalności prawnych. Przecież macie takie narzędzia.

    Mamy i nie mamy. To musi iść przez sądy, a te żądają dowodów. Co mam im dać – zdjęcie ofiary ze słuchawkami na uszach? Nadtopione w pożarze pudełko? Zrobię z siebie idiotę.

    Tego to bym się akurat nie obawiała – wtrąciła enigmatycznie dziennikarka. – W każdym razie powinniście jeszcze przed ustaleniem czegokolwiek zakazać słuchania tego audiobooka. Na wszelki wypadek i dla dobra ludzi.

    Przez krótką chwilę patrzyli na siebie i każde z nich usiłowało potraktować tę wymianę spojrzeń jak próbę sił przed walką. Szachiści przed zajęciem miejsc przy stoliku. Rywale w pojedynku na miny.

    Niczego nie wiemy na pewno. Nie ma nawet jako tako prawdopodobnych przypuszczeń.

    Mam inny pomysł, panie inspektorze. Posłuchajmy razem i zobaczymy, co się stanie. Mam płytkę ze sobą…

    Zaczęła grzebać w przepastnej torbie na ramieniu, gdzie grzechotały przedmioty reprezentujące bliżej mu nieznane królestwo, mamrocząc pod nosem dalsze ciągi przygody z ciałem jeża.

    Niech pani da spokój – powstrzymał ją ręką. – Nie będziemy niczego słuchać. To bezcelowe.

    Dlaczego? – zdziwiła się. – Już próbowaliście? Oczywiście, przecież użył pan liczby mnogiej: „zakładamy możliwy związek”. Z kim pan zakłada?

    Cholera – zaklął cicho żałując, że w ogóle zaczął tę rozmowę. Wyciągnie z niego wszystko.

    Pani Marto, niech mi już pani da spokój. Wystarczy na dzisiaj. Jestem wykończony, a mam jeszcze całą kupę papierów do przerobienia. Porozmawiamy później, jak będę miał coś więcej. To sprawa nie tylko dziwna, ale i niezwykle delikatna. Proszę sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby taka informacja przedostała się do opinii publicznej. Zatem koniec, niczego więcej nie powiem.

    To nieuczciwe – oświadczyła ostro. – Obiecał mi pan powiedzieć wszystko, a teraz nagle milknie.

    Nie wszystko, tylko tyle, ile mogę – bronił się. – Koniec, do widzenia.

    Właśnie o to mi chodzi, panie inspektorze – odparła tajemniczo i podniosła się z krzesła. – Niech pan do mnie zadzwoni, kiedy dowiecie się czegoś nowego. Jako matka powinnam wiedzieć. I złapcie go, bo to bardzo niebezpieczny przestępca – zakończyła unosząc palec w górę jak biblijna prawodawczyni.

    Nikomu ani słowa – przypomniał również unosząc palec.

    Pożegnali się i Massalska wyszła, a on usiadł za biurkiem i chwilę oddychał ciężko. Był na siebie zły. Każda rozmowa z tą kutą na cztery nogi babą kończyła się poczuciem totalnej klęski. Miał nic nie powiedzieć, a powiedział wszystko, w zamian otrzymując jakieś zdawkowe zapewnienia i sarkastyczne komentarze. Powinien ją od razu przegnać, ale nie miał sumienia. Załatwiła go tą nieżyjącą córką. Każdego ojca można załatwić nieżyjącą córką. To jeden z najpotężniejszych związków pomiędzy ludźmi.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Myśl o córce Massalskiej skwapliwie podjęła wątek i powędrowała do Justyny. Nie widział jej od ponad roku. Parę razy pisał do niej mejla i pytał ogólnie, co słychać, bo na więcej nie było go stać. W jednym zapytał, czy nie będzie kiedyś przejazdem w Krakowie, bo on teraz jest mniej zajęty i mogliby zamienić parę słów przy kawie, i w ogóle… Na żaden z listów nie odpowiedziała. Bolało. Gdyby potrafił być trochę mniej okrutny wobec siebie, z łatwością poszukałby usprawiedliwień za tamte przegapione lata, kiedy pracował jak szalony, a dziecko czekało na niego w domu bez końca dopytując matki, czy tatuś dzisiaj wróci. Ale nie – wolał okrucieństwo. To wszystko jego wina.

    Jakie to cholernie niesprawiedliwe, że dostajesz jedno krótkie życie, bez przygotowania, bez prób, nawet bez korektora, którym można by to i owo wymazać i zapisać czymś innym. Nie. Raz, bez poprawek, a rachunek w całości do zapłacenia na miejscu. Odroczenia jeszcze pogarszają sprawę. Gdyby mógł teraz chociaż na chwilę wrócić tam, do tamtej ciasnej kuchni w ich małym mieszkaniu na nowohuckim osiedlu, usiąść przy stole i powiedzieć: „Wybaczcie, już więcej nie będę. Dosyć. Zostaję w domu. Jesteście dla mnie najważniejsze”. Takie fajne, proste słowa, które później powtarzał dziesiątki razy do brudnego lustra w łazience jego jeszcze ciaśniejszej, porozwodowej kawalerki. Później. Kiedy już było za późno.

    Dopił łyk kawy, tej samej, w której przed chwilą chciał utopić natrętną dziennikarkę. Dał się ponieść emocjom. Jej matczyny ból po stracie córki miał swoje prawa i on chciał je zwyczajnie uhonorować. Co w tym akurat przypadku nie miało większego znaczenia, ponieważ Massalska potrafiła się dowiedzieć wszystkiego, za wszelką cenę i bez względu na wszystko. Jak nie od niego, to od kogoś innego…

    Cholera.

    Podniósł słuchawkę i wybrał wewnętrzny do budki wartowniczej na dole.

    Dobry wieczór pani Violu, czy ta dziennikarka już wyszła?

    Massalska? Tak, już pojechała.

    Rozmawiała z panią?

    Właściwie nie… tylko, no wie pan inspektor, „do widzenia”, te sprawy.

    Usłyszał ten ton, którego się właśnie obawiał.

    Miła była?

    Tak, bardzo! Dała mi nawet parę próbek lakierów do paznokci. Takich drogich, co bym sama sobie nigdy nie kupiła.

    Aha, drogich. A za co?

    Pięć sekund ciszy.

    No… za nic. Tak po prostu.

    Wciągnął głęboko powietrze. Znał tę zasadę jak zły szeląg: jeśli coś może iść najgorzej, to pójdzie. Przekazał mu ją pewien stary inspektor, dawno temu, kiedy on był młodym ambitnym, śledczym i brał wszystkie roboty jak leci, żeby pokazać, jaki jest dobry. I kiedy zaniedbywał żonę i córkę, na tyle skutecznie, że go porzuciły. A stary inspektor (który wtedy był młodszy od niego dzisiaj) całkiem już stracił wiarę w dobry świat i robotę chętnie mu oddawał. Nie widział żadnego sensu w dalszym łapaniu przestępców, więc wrócił do odstawionego wcześniej picia i umarł na marskość wątroby. W policji to klasyka.

    Pani Violu, powiedziała jej pani, że wczoraj był u mnie profesor Zawijas?

    Noo, to znaczy… nie wiedziałam, że to takie ważne. Ona jest dziennikarką.

    Tak, do diabła! Właśnie o to chodzi, że jest dziennikarką! Coś jeszcze jej pani powiedziała? Adres? Telefon?

    No, komórkę. Ale panie inspektorze…

    Rozłączył się. Przejechał dłonią po włosach. Westchnął ciężko jak hipopotam. Nie to szlag. Niech to jasna cholera!

    Nie zdążył wybrać numeru do Zawijasa, kiedy odezwał się sygnał jego komórki. Dzwonił Macerak.

    Panie inspektorze, jeszcze jedna ciekawostka – mówił szybko i niewyraźnie, jak zawsze, kiedy był czymś poruszony. – Jestem tu u techników w laboratorium, badają smartfona tego truposza z księgarni…

    Jak ty mówisz.

    No, tej ofiary z pożaru. O dziwo, telefon jest w miarę cały i udało się ustalić, jaki plik facet miał włączony w chwili śmierci. To ta Cegielnia. Kurcze, panie Florianie, coś jest na rzeczy.

    Tak, wiem – mruknął inspektor. – Bartek, słuchaj, nie rozgaduj tam naszych podejrzeń co do tego popieprzonego audiobooka, dobrze? Możemy sobie więcej zaszkodzić niż pomóc.

    Ale…, bo ja im już trochę zleciłem zbadanie tego pliku.

    Trochę? To znaczy, co im powiedziałeś?

    Żeby szukali jakiegoś wirusa, albo dziwnej apki.

    Czego?

    Noo, aplikacji. To jest taki mały programik…

    Wiem, co to jest aplikacja – przerwał mu z irytacją Madej. – Nic im więcej nie mów. I wracaj tu do mnie, trzeba dzisiaj zrobić jeszcze jedną ważną rzecz.

    Jaką?

    Dowiesz się na miejscu.

    Rozłączył się i schował telefon do kieszeni, po czym natychmiast wyjął go z powrotem. Na środku czarnego ekraniku pulsował czerwony punkt. Od pojedynczego piksela rósł do rozmiarów gałki ocznej, po czym malał z powrotem do ledwie widocznej kropki. Puls był powolny i jednostajny, jak otwierające się i zamykające czerwone oko. Istotnie, w swoim maksymalnym powiększeniu plama miała w środku czarną źrenicę. Wpatrywała się wprost w niego.

    Ki diabeł?

    Przytrzymał palcem przycisk wyłączania i komórka spytała, czy „turn off”. Potwierdził i posłusznie się wyłączyła. Odczekał zalecane dziesięć sekund i włączył ponownie. Najpierw zatańczył czerwono-niebieski napis SAMSUNG, potem zajaśniała tapeta z widoczkiem stawu i zachodzącego za groblą słońca. Jeszcze raz wcisnął guzik i ekranik zgasł, przechodząc w stan czuwania. Był kompletnie czarny. Oko znikło.

    www.unsplash.com/Rami Al-zayat

    Nie było czasu na zabawy. Wybrał numer do profesora i natychmiast dowiedział się, że jest za późno. Massalska już do niego dzwoniła i wprawdzie ją zbył, ale bez poczucia oszałamiającego sukcesu. Zdaniem profesora, dziennikarka była mocno zdeterminowana i gotowa na rzeczy, od których można było nabawić się solidnego niepokoju. W charakterze rewanżu inspektor podzielił się informacją o Cegielni w uszach chłopaka, który zginął w pożarze księgarni na ulicy Grodzkiej.

    – „Pojmiecie znaki niechybnie”… – mruknął Zawijas ponurym głosem.

    Otóż to, profesorze. Otóż to. Dlatego musimy podjąć jakieś działania. Jak pan widzi, czasu w tej sprawie coraz mniej, podobnie jak wątpliwości.

    Chciał dać Zawijasowi do zrozumienia, że również wie więcej niż ujawnił w rozmowie, ale tamten nie dał się nabrać. Wiedział – i nie chciał.

    Przepraszam, panie inspektorze, ale jestem bardzo zajęty. Mam inne sprawy na głowie i przede wszystkim na nich muszę się skupić. Może kiedyś wrócimy do naszej rozmowy…

    W słuchawce zaszeleściło, jak nagły wiatr w suchych trzcinach, i inspektor Madej usłyszał oczyszczony z wszelkiej niewieściej delikatności kobiecy głos profesora.

    Proszę zostawić mojego męża w spokoju! Słyszy pan?! On jest chory i potrzebuje pomocy! Właśnie jedziemy do lekarza. Ma nawrót poważnej, śmiertelnej choroby i to nie są żarty! Niech się pan odczepi! – I po krótkiej pauzie: – Do widzenia!

    Połączenie zostało przerwane i ekranik przez chwilę zalecał się jeszcze do Madeja swoim sielskim jesiennym widoczkiem, po czym zgasł. Inspektor odczekał pół minuty, czy z głębi szklanej czerni nie prześwietli go czerwone oko, wzbogacone dodatkowo o złośliwy chichot z głośniczka, ale nic takiego nie nastąpiło. Schował do kieszeni martwy prostokącik, ciepły i śliski od jego spoconej dłoni.

    Chory? Jedzie do lekarza? Nawrót śmiertelnej choroby? Inspektorowi Madejowi usta same rozciągnęły się w ironicznym uśmiechu. Bynajmniej nie dlatego, że bawiły go kłopoty zdrowotne profesora, ale dlatego, że tak właśnie wyobrażał sobie rozwój tej do bólu absurdalnej i niemożliwej sytuacji. Że ktoś – coś – będzie mu ciągle przeszkadzać, rzucać kłody pod nogi i odbierać najpotrzebniejszych współpracowników. Będzie mu gasić światło w połowie schodów do piwnicy, puszczać wrzątek pod prysznicem i rozlewać na kafelkach mydło w płynie. Jak w tanim horrorze. A zawsze chciał być bohaterem gangsterskiego kryminału!

    Trudno. Nikt nie obiecywał, że świat to harmonia czystych konwencji.

    Właściwie to powinien się porządnie puknąć w głowę. Najlepiej swoim kubkiem do kawy, po czym straciłby na chwilę przytomność i po jej odzyskaniu powrócił do normalności. Był jednak wystarczająco stary i doświadczony by wiedzieć, że normalność w sensie powszechnym nie istnieje. Dla każdego jest inna. Jego prywatna normalność mogłaby na dzień dzisiejszy wyglądać tak: inspektor Florian Madej po odzyskaniu przytomności będzie miał audiobook wymazany z pamięci, a wraz z nim wszystkie fakty, poszlaki i koincydencje, które wskazywały na jego morderczą działalność. Obudzi się z tego głupiego i nieco już męczącego snu, by na nowo podjąć heroiczną pracę zmierzającą do przejścia na rychłą i niewątpliwie zasłużoną emeryturę oficera policji. Kropka. Punto. Co miało być, już było i fanaberie wyobraźni tego nie odwrócą. Zapada ciemność nad republiką życia, idzie dyktatura śmierci. Cisza wieczności.

    Wieczność jest niema!

    Podskoczył na krześle. Krzyk w głowie zsynchronizował się z dwoma innymi dźwiękami. W kieszeni zabrzęczała komórka, a za jego plecami włączył się odtwarzacz kompaktowy, w którym od wczoraj tkwiła Cegielnia. Jedną ręką sięgnął do kieszeni, podczas gdy drugą usiłował wyłączyć urządzenie. Nie zdążył. Gapił się w pulsujący czerwony punkt na wyświetlaczu komórki, pod którym widniało w tym samym kolorze: JUSTYNA. Dotknął go palcem i przytknął do ucha. Pulsujące oko zgasło. W słuchawce szumiał górski potok przerywany rytmicznymi pluśnięciami, jakby ktoś wiadrem nabierał wody i wylewał ją z powrotem.

    Halo? Justyna?

    Nikt się nie odezwał. Napis na ekranie przekręcił się pionowo i wyglądało to teraz tak, jakby JUSTYNA wspinała się na stromą górę. Trwał w tej pozycji kilka sekund, a następnie obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i jego córka zaczęła spadać w przepaść. Nagle zrozumiał i się przeraził.

    Justyna? Jesteś tam? Justyna!!!

    Szum górskiego potoku ścichł jak skręcony na potencjometrze i w słuchawce odezwał się niski, chrapliwy głos:

    Kto potrzebuje widomych znaków, już jest zgubiony, błogosławieni albowiem ci, którzy nie widzieli, a uwierzyli. Buuuaaach! Dobre, co? Justyyyna. Brrrlumlumlum, Justyyyna. Tak, inspektorze, potężny związek! Więc na co czekasz, na jeszcze jedno rozczarowanie? Na ostatnie, największe rozczarowanie dzielnym tatusiem, który latami tak się poświęcał dla rodziny? Biedaczek! A miało być tak pięknie!

    Gdzie jesteś, pajacu! Wyjdź stamtąd!

    Zza pleców inspektora dobiegł dźwięk startującego odtwarzacza i wkrótce rozległ się drugi głos, nieco łagodniejszy od tego w telefonie.

    Nasz dzielny Wędrowiec charakteryzował się wrodzoną dobrocią i życzliwością, a jego honor nie był nadmiernie splamiony podłym występkiem. Kochał ludzi, jego duszę przepełniała ta dobra miłość, od której tak trudno się opędzić młodzieńcowi układnemu i pełnemu namiętności dla człowieczego piękna. Być może dlatego nie umiał się oprzeć. Stała w kącie i patrzyła na niego okrągłymi z przerażenia oczami. Nie miała już dokąd uciec. Sięgnął do dekoltu białej koronkowej bluzki. Zasłoniła się dłońmi. Schwycił je razem z kawałkiem materiału i szarpnął w dół. Chwilę patrzył na obnażone piersi.

    Jesteś pani najpiękniejszą kobietą na świecie – powiedział . – W każdym razie najpiękniejszą dzisiaj, ponieważ nie przewiduję już większych odmian losu tego rozkosznego letniego popołudnia.

    Sprawnie zdarł z niej resztę podartej odzieży i chwilę sycił oczy skuloną nagością. Czuł zapach trwogi i podniecenia, podstawowych składników cudownego eliksiru miłości…

    Puść ją, draniu! – ryknął inspektor Madej odwracając się gwałtownie. W krzyżach szarpnął go ból naciągniętych ścięgien. – Zostaw ją, gnoju!

    Walił pięścią po obudowie odtwarzacza, dopóki nie trafił w przycisk EJECT. Plastikowa kieszeń z audiobookiem Cegielni wyskoczyła z głośnym szczękiem zwolnionego mechanizmu. Głośniki zamilkły, czerwone oko i napis z imieniem jego córki nadal jednak pulsowały na telefonie.

    Zabiję cię, słyszysz? Powiedz gdzie, a przyjdę i zabiję cię!

    Krzyczał coraz głośniej, waląc palcami po ekranie smartfona w niejasnej intencji – chciał wyłączyć czy włączyć? Nie zwrócił uwagi na uchylające się drzwi. Do gabinetu zajrzał aspirant Bartosz Macerak z miną petenta w publicznym szalecie, który już nie może wytrzymać.

    Panie Florianie! – zaczął pośpiesznie. Używał imienia inspektora tylko w szczególnie poufałych sytuacjach i widocznie uznał, że to jedna z nich. – Można na chwilę?

    Zagadany z pulsującą komórką Madej potrzebował paru sekund, by wrócić do rzeczywistości. Wciąż patrzył tępo w wyświetlacz, który wraz z wejściem Maceraka momentalnie zgasł i powrócił do swej martwej postaci. Imię jego córki również znikło. Pokazał aspirantowi krzesło i na migi wyjaśnił, że musi skończyć sprawę. Ten usiadł i zaczął się wiercić jak dzieciak w ławce, który wyrywa się do odpowiedzi.

    Tak jak się obawiał, Justyna nie odebrała. Zadzwonił do byłej żony. Odpowiedziała po kilku sygnałach, czyli przekładając na język komunikacji międzyludzkiej – po długim wahaniu.

    Czego chcesz?

    Gdzie jest Justyna?

    A co cię to obchodzi?

    Krystyna, nie mam czasu. Muszę się natychmiast skontaktować z Justyną.

    Natychmiast? Po roku? A cóż takiego się stało, że wielki pan inspektor nagle sobie przypomniał o córce?

    Krystyna, nie teraz, błagam. Wyjaśnię później. Gdzie ona jest? Nie odbiera telefonu.

    Pojechała z przyjaciółmi na Mazury. Ma jeszcze parę dni wolnego.

    Kiedy pojechała?

    Godzinę temu. A co?

    Zadzwoń do niej, żeby… żeby… – szukał jakichś oględniejszych wyrażeń, ale miał zamęt w mózgu i błądził w kolokwialnej ciemności.

    Żeby co? Oddzwoniła do tatusia, który chciałby jej powiedzieć, że nadal ją bardzo kocha?

    Krystyna!!! – wrzasnął, aż Macerak podskoczył na krześle. – Zadzwoń do niej i powiedz, żeby natychmiast wracała! Nie może tam być! Niech wraca i siedzi w domu!

    Florian – usłyszał chłodny głos byłej żony. – Ty całkiem zwariowałeś…

    Tak, tak, być może – przytaknął pośpiesznie, by zyskać jej przychylność. – Ale błagam cię, zrób to dla mnie. Zadzwoń do niej, a potem oddzwoń, że ci się udało i że Justyna wraca do domu. Musi wrócić! Nie wolno jej nigdzie jechać! A najlepiej niech nigdzie nie wychodzi!

    Aspirant Macerak, który przysłuchiwał się rozmowie byłych małżonków z rosnącym zniecierpliwieniem, wziął komórkę z rąk inspektora i przyłożył do ucha.

    Tu Bartosz Macerak, dzień dobry pani. To bardzo ważna sprawa. Proszę zrobić to, o co prosi mąż. To znaczy były mąż…

    Bał się byłej żony szefa od pierwszego dnia znajomości, a po rozwodzie jego lęk przed tą kobietą jeszcze wzrósł. Rozpierająca go wiedza i wrodzona niecierpliwość wzięły jednak górę. Chciał wyjaśnić, ale ona tylko mruknęła „dobrze” i się rozłączyła.

    Dzięki, Bartek – sapnął inspektor i potarł dłońmi stężałe od wysiłku policzki. – Przepraszam, chyba faktycznie kompletnie wariuję. Wybacz. Co tam masz dla mnie? Dlaczego w ogóle uważasz, że moje obsesje to „bardzo ważna sprawa”?

    Zanim jego asystent zdążył odpowiedzieć, telefon znowu zabrzęczał. Krystyna była Madejowa powiedziała tylko dwa zdania i znowu się rozłączyła.

    Justyna wyszła do toalety, jej chłopak obiecał przekazać prośbę o kontakt. Oddzwoni do ciebie.

    Inspektor chciał dopytywać i nie miał już kogo. Telefon zgasł na amen, jakby mówił, że na dzisiaj koniec. Florian Madej rzucił go z niechęcią na biurko.

    No dobra, mów. Mam nadzieję, że coś dobrego. Zdaje się, że wyszedłem na idiotę. Narobiłem rabanu i jeśli miałem jeszcze jakieś widoki na poprawienie relacji rodzinnych, to chyba właśnie zgasły. Jak ten zasrany smartfon. Jestem cholernie zmęczony, Bartek. No i zwariowałem.

    Chyba nie do końca, panie inspektorze – odparł Macerak z dziwną miną.

    A ty skąd wiesz? Znasz się na tym?

    To miało być żartobliwe rozładowanie napiętej sytuacji, Bartosz Macerak jednak pozostał niewzruszony.

    Płonie kolejna księgarnia – oświadczył. – A właściwie trzy.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #12

    Trzy razy najeżdżał kursorem na plik i cofał. Serce waliło mu jak młot. Zwilgotniałą dłoń wytarł o udo. Zagryzł wargi. To absurd, żeby się bać własnych notatek, a jednak powstrzymywał go potężny lęk. Spojrzał na zegarek, dochodziła jedenasta przed południem. Jeżeli Magda spełni swe pogróżki, lada moment wpadnie tu z informacją, że rozmawiała z terapeutką (kobrą lakanistką) i – był tego pewien – poleceniem, że ma natychmiast przyjechać do niej na rozmowę.

    Te sakramentalne rozmowy. Bo ludzie powinni ze sobą rozmawiać. W rozmowie człowiek się otwiera, mówi, co mu na sercu leży i oczyszcza duszę z niedobrych emocji. Powiedz, co cię gnębi, a będzie lżej. Co wymówione, opisane, nazwane – będzie rozbrojone i zneutralizowane, uzewnętrznione i wyrzucone. Czym się stresujesz? Chcesz o tym, porozmawiać? Nie bój się, jestem po twojej stronie. I tak przez godzinę, do skośnego rzygu. Wielkie snobistyczne pierdu, pierdu. Co to za rozmowa, kiedy ty mówisz, a ona słucha i świdruje cię na wylot tym swoim żmijowatym spojrzeniem, rzucając w ciągu całego seansu zdanie, najwyżej dwa? Jedna wielka ściema.

    Tymi i podobnymi refleksjami profesor Zawijas próbował zmobilizować się do otwarcia pliku z niedokończoną powieścią pod tytułem Stary młyn, do której nie zaglądał od pięciu lat i która teraz wzywała go do siebie, jak zapomniana kochanka nagłym telefonem o północy. Czego się bał? Wszystkiego. Może z wyjątkiem śmierci, ta akurat niewiele się liczyła. Bał się własnego upadku w jakieś stare, nieświeże i żenujące ja, które pociągnie go w dół jak kamień młyński. Bał się ujrzeć w całej okazałości swój brak, tę niespełnioną ambicję sprzed lat, aby być kimś więcej, niż jest. To gorsze od śmierci. Dopóki tam nie zaglądał, mógł jeszcze żyć złudzeniem, cieniem cienia nadziei, że nie wszystko stracone. A przecież nie było dnia bez cierpienia, że już wszystko stracone i nie pozostawi po sobie niczego więcej poza tymi kulawymi, niezbornymi notatkami, układanymi językiem dalekim od tego, którym się delektował u literackich mistrzów. Notatki. Jego własne notatki sprzed lat, on sam sprzed lat. Czy prawdziwa śmierć nie jest tym właśnie – lękiem przed powrotem do tego, co było najdroższe?

    www.unsplash.com/Trent Erwin

    No i bał się smoka.

    Kiedyś do pisania puszczał muzykę i pomyślał, że może to jest właściwy trop. Czego słuchał wtedy, pięć lat temu, zapisując ostatni akapit, nim odłożył pióro, butelkę i resztę mięsistego życia, by po prostu trwać? Oczywiście, że pamiętał. Takich rzeczy się nie zapomina. Sięgnął na półkę ze starymi winylami i położył na talerz gramofonu czarny ebonitowy placek. Ujął palcem ramię z igłą i bezbłędnie upuścił we właściwym miejscu.

    Żyjesz i jesteś meteorem

    lata całe tętni ciepła krew

    rytmy wystukuje maleńki w piersiach motorek

    Aż mu się w głowie zakręciło. Uderzenie rozkoszy. Przełknął zdrewniałą ślinę i położył dwa palce na przycisku komputerowej myszy. Czego się boisz? Siebie?

    jesteś system mechanicznie doskonały

    i nagle coś się zepsuło

    Najechał kursorem na folder o nazwie SM i kliknął ostrożnie, jakby bał się zburzyć jakąś wyjątkową delikatną i kruchą konstrukcję. Dyszał ciężko, niczym długodystansowiec dobiegający do mety. Otwarła się lista plików, wybrał „Rozdział I” i zaczął przesuwać tekst tam i z powrotem. Nie czytał. Delektował się słowami i muzyką z płyty.

    Oto płaczesz

    po kątach trudno znaleźć przeszły tydzień

    Notatki. Jego notatki. Nie musiał ich czytać. Znaczki na papierze są tylko protezą, ułatwieniem dla tych, którzy potrzebują bodźców. On nie potrzebował. Jednym skokiem przesadził granicę i znalazł się w samym środku tamtego niepokojącego pomieszczenia, w półmroku popołudniowego światła, przenikającego do wnętrza przez szpary w potłuczonych dachówkach. Czuł zapach kurzu i rozkładu. Stał twarzą ku zachodowi, za plecami szumiała Macocha. Miał dwanaście lat i z dreszczem podniecenia czekał na nadejście zmroku, kiedy wśród gasnących konturów okiennych oczodołów będzie mógł zobaczyć na platformie pod szczytem dachu świetlistą postać.

    namnożyło się tych postaci stoją ogromnym tłumem

    a wszystko to ty

    a wszystko to ty

    a wszystko to ty

    a wszystko to ty

    Nie czytał notatek. Zanurzył się w nie i płynął rozgarniając ramionami ciepłe, miękkie litery o zapachu pomarańczowego nieba i smaku błękitnego kurzu. Trącały go delikatnie, wiotkimi palcami głaskały jego dwunastoletnie ciało, a on drżał już nie ze strachu, ale z napięcia i rozkoszy. Płynął. Płynie. Z kąta wyłania się ciemny kontur, wielki i bezkształtny, i wie, że to przykryty plandeką silnik do napędzania żaren, ale nie może sobie przypomnieć właściwej nazwy. Ciepłe, miękkie i ruchliwe zwierzątka oplatają go i szepczą sekretne imię. Kamienna podłoga pod stopami jest chłodna i twarda niczym okładka starodruku. Jak brzmiało tamto zdanie, ostatnie z prawdziwych zdań, nim pogasły światła festynu? „To nie jest księga o starym młynie. To stary młyn jest księgą”.

    Potarł palcami kąciki oczu. Wrócił do biurka.

    Czym jest literatura? Na to pytanie – podstawowe dla jego zawodu – nigdy nie potrafił składnie odpowiedzieć. Następne kwestie literackie były już znacznie prostsze, istniała dla nich odpowiednia aparatura pojęciowa, teorie i szkoły interpretacji, to pierwsze założycielskie pytanie nie miało jednak odpowiedzi. To trochę jak z filozofami, którzy o człowieku mogą dyskutować godzinami, ale czym jest życie – nie powiedzą. Uciekną w procesy biologiczne albo w metafizykę. On sam w pewnym okresie (który skończył się pięć lat temu) między literaturą i życiem stawiał znak równania.

    Jedno jest drugim – tu nie trzeba znikąd donikąd przechodzić.

    Zabij ten lęk”, powtarzała Maryla Rodowicz na płycie Marka Grechuty Szalona lokomotywa, nagrywanej w roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym, czyli mniej więcej wtedy, kiedy on łaził do starego młyna, by oglądać na platformie pod szczytem świetlistą sylwetkę samobójcy z Cygańskiego Lasu. Najechał strzałką kursora na inny plik, ten z luźnymi zapiskami do wykorzystania, i po krótkiej wątpliwości nacisnął myszkę. Kiedy parę dni temu żona pytała go, czy sprawdził zgodność słyszanych fragmentów z notatkami, skłamał że tak. Teraz mógł nadrobić tę niesumienność.

    Z pisaniem powieści to było tak. Podejrzał kiedyś w rękopisach pozostałych po Wybitnym Pisarzu, że facet miał osobny zeszyt na notowanie pomysłów, wątków, szczegółów historycznych i biograficznych, imion postaci, nazw geograficznych – wszystkiego tego, co jest potrzebne do skonstruowania tak zwanego świata przedstawionego. Na kartkach zeszytu Wybitnego Pisarza rozrysowane były schodki, drabinki, wykresy ze strzałkami, kolumny słów, frazy i w rodzaju: „Jeżeli człowiek trwa tyle, ile pamięć po nim, to na tym świecie żyje więcej ludzi martwych niż żywych”. Spodobało mu się. Pomysły przychodzą i – niezanotowane – odchodzą. Trzeba notować.

    Kiedy postanowił układać swoją powieść, najpierw założył folder z notatkami. Zapisywał myśli, frazy i głupstwa, którym się teraz przyglądał z nową ciekawością. „Synantrop – żyjący w środowisku silnie zmienionym przez człowieka (np. pies) – dobry tytuł na powieść”; albo: „Wstyd i hańba – to zarazem synonimy i przeciwieństwa. Wstyd, żeby się nie zhańbić, i wstyd, bo się zhańbiłem”; inne: „Gryćmofenazol, znany również jako babi smętek lub dwulufka”. Znalazł się tam nawet taki cukiereczek: „GINEKOLOGIA ESTETYCZNA – odmładzanie i rewitalizacja pochwy”. Uśmiechnął się pod nosem; pamiętał doskonale dzień, kiedy wpadł mu w oko ogromny bilbord przy zakopiance, niedaleko prywatnej kliniki. Wracał wtedy samochodem do domu i miał w sobie trzy piwa oraz pomysł na następny rozdział, a z głośników leciała płyta Yesów Close To The Edge, którą wyrykiwał na cały głos. Na widok napisu dostał ataku śmiechu i omal nie dobił do autobusu.

    No tak, Yesi. Czy choć raz ich słuchał w ciągu ostatnich pięciu lat?

    Patrzył na zdania zapisywane w błysku, przypływie weny twórczej. Raczej wenki, która atakowała jak kolka – krótko i boleśnie. Nigdy nie wykorzystał tych mądrości, zbieranych dosłownie na ulicy, jak niedopałki przez bezdomnego. Po prostu leżały sobie w folderze „SM – Notatki” i czekały na swoją kolej w cichym szumie twardego dysku; ziarenka uśpione na wieczność w grobowcu faraona.

    Bo wieczność jest niema.

    Notatki obejmowały niecałe sześć stron i właśnie dotarł do ostatniego zapisu z sierpnia dwa tysiące czternastego roku, który brzmiał: „Wieczność jest niema. A ja nie żyję”. Nie pamiętał, żeby je tutaj wpisywał. Na pewno nie wtedy, pod koniec poprzedniej epoki, kiedy tamten Zawijas odchodził w przeszłość i rodził się nowy – dziarski i trzeźwy jak przemówienie Niemca w europarlamencie. Sprawdził własności pliku, ostatni zapis był z dnia 15 sierpnia 2014, godzina 10:27. Zgadzało się niemal co do minuty z ostatnim piwem imbirowym, wypitym na pożegnanie tamtego świata. Siedział wtedy w swoim domu rodzinnym, z puszką w ręku, a za oknem majaczył korpus tego cholernego młyna. W chwilę później kluczyki od samochodu i portfel oddał siostrze (żona wyjechała nad morze, a właściwie uciekła), wziął zgrzewkę wody mineralnej i położył się na trzy dni do łóżka, żeby wytrzeźwieć. Terapię zaczął na początku następnego miesiąca.

    www.unsplash.com/Thomas Picauly

    Niektórym picie zabiera pamięć, a wyparcie jeszcze pogłębia amnezję i potem z niejaką dozą uczciwości twierdzą, że nie pamiętają zbyt wiele. On niestety pamiętał wszystko. Ławice tamtych obrazów spływały na niego z zaciekłością moskitów, kąsały, drażniły i całymi nocami nie pozwalały zapomnieć. Był wobec nich bezradny. Film ruszał po zamknięciu powiek i nie dawał się wyłączyć, od początku do końca, jak chińska tortura, czasem minuta po minucie, żeby nie przegapić żadnej z okrutnych scen. Żeby bolało aż do rdzenia. Żeby Aleksander Zawijas nie zapomniał, co to jest prawdziwe istnienie.

    O niemej wieczności na pewno nie pisał.

    Drżącymi palcami przejechał po czole, było mokre od potu. To by się zgadzało. Smoka można uśpić, ale nie zabić. Drzwi do tamtego, poprzedniego świata zostały zatrzaśnięte, cóż jednak nas powstrzyma, jeśli zechcemy je znowu uchylić? Pewien wytrzeźwiały mistrz literatury grozy (leksykon pisarzy to katalog nałogów, z alkoholizmem na czele) powiadał, że kiszonego ogórka nie da się odkisić, i to jest prawda. Inny z mistrzów naszego profesora napisał: „Kiedy nie mogłem bez alkoholu, jechałem na alkoholu”, i to też jest prawda. Właściwie każdy aforyzm o piciu nosi znamiona prawdy w sensie ścisłym, jakby powiedział jeszcze inny ekspert od literackiego chlania. W tej kwestii zasadniczo każdy jest ekspertem.

    Wiesz, gdzie są te zatrzaśnięte drzwi, bo sam je zamykałeś – i to kusi.

    Pojechał kursorem do rogu ekranu i kliknął krzyżyk. Wystarczy. Kiedy pokusa jest zbyt silna, należy dać opór. Można podejść na krawędź przepaści i popatrzeć w dół, ale lepiej tam zbyt długo nie stać. Sprawdził co trzeba i czas wracać do normalności, cokolwiek to znaczy.

    Był tam, we młynie? Nie potrafił powiedzieć. I tak, i nie. W nozdrzach czuł jeszcze zapach kurzu i wilgoci. Jakaś cząstka jego duszy przynajmniej przez chwilę znalazła się w czymś, co do pewnego stopnia dawało się porównać z fantomem starego zrujnowanego młyna niedaleko jego rodzinnego domu. Tyle tylko można uczciwie stwierdzić. Ani tak, ani nie. Między życiem i literaturą już nie ma znaku równości.

    Igła dojechała do końca płyty i gramofon się wyłączył. Podniósł palec wskazujący i przyjrzał mu się uważnie. Trafi? Spróbuje. Kiedyś trafiał. Podłożył opuszek palca pod dźwigienkę na głowicy i delikatnie uniósł ramię. Wycelował w rowki na płycie i opuścił. Pamiętał. Trafił.

    Hop hop hop szklankę piwa

    Hop hop hop szklankę piwa

    Hop hop hop szklankę piwa

    Hop szklankę piwa hop.

    Drzwi do pokoju otwarły się z gwałtownością stanowiącą absolutne przeciwieństwo ostrożnego uchylania.

    Zbieraj się – zakomenderowała żona. – Jedziemy do terapeutki.

    Nie spytała nawet, co robi, albo czy w ogóle ma ochotę się gdziekolwiek wybierać. Po prostu: „jedziemy do terapeutki”.

    Teraz? – zdziwił się.

    Tak, teraz. Natychmiast. Umówiłam nas oboje.

    Oboje? Ty też masz problemy z audiobookiem?

    Nie, do jasnej cholery! Mam problemy z tobą. I chciałabym je zrelacjonować terapeutce tak szczegółowo, jak tylko potrafię.

    A potrafisz?

    Uniosła wyprostowaną dłoń do kuchennego ciosu karate, po czym opuściła.

    Przestań głupio odpowiadać! I ubieraj się. Mamy niecałą godzinę, a są korki.

    Dobrze – powiedział łagodnie i wstał od komputera. – Chciałem tylko delikatnie zaznaczyć, że w czasach demokracji i swobód obywatelskich przysługują mi pewne prawa…

    Ty już miałeś swoje prawa obywatelskie i wykorzystałeś je z nawiązką. Wszystkie. Nic ci nie zostało.

    Sąd mnie jeszcze nie ubezwłas…

    Porozmawiamy po drodze – ucięła Magda Zawijas i popchnęła męża ku wyjściu. Omiotła pokój lustrującym spojrzeniem i zamknęła za sobą drzwi z ulgą, że poszło łatwiej niż się spodziewała. Pokój wyglądał normalnie. Przede wszystkim PACHNIAŁ normalnie.

    Gdyby poczekała w progu pięć sekund dłużej, dostrzegłaby krótkie mignięcie pikseli na ekranie komputera męża. Dwie gwiazdki i półksiężyc. Buźka.

    Do terapeutki wybrali się samochodem Magdy, małą i zgrabną corsą z instalacją gazową, która miała być inwestycją oszczędnościową, a w efekcie generowała koszty wyższe niż samochód benzynowy. Mimo to pani Zawijasowa twierdziła, że jest to najlepsze auto na świecie, ponieważ jest najlepsze dla niej. Jedyne, jakie lubiła prowadzić. W połowie drogi zadzwoniła komórka profesora.

    Dzień dobry, Massalska z „Wyborczej”, mogę zająć chwilę?

    Już to pani robi – odparł Zawijas i zerknął na żonę. – A w jakiej sprawie?

    W sprawie audiobooka Cegielnia. Czy to prawda, że on zabija?

    Madej miał rację. W jej głosie istotnie pobrzękiwały ułamki żyletek, które ktoś wsypał do kieliszka i mocno zakręcił. Kiedy usłyszysz coś takiego, boisz się odpowiadać, nie mówiąc o kłamstwie czy udawaniu.

    Może najpierw mi pani uprzejmie zdradzi, skąd ma mój numer – powiedział Zawijas przełykając ślinę. – A po drugie, nic nie wiem o żadnej Cegielni.

    Magda Zawijasowa ostro wcisnęła hamulec i profesor poleciał głową na pulpit, szczęśliwie wyhamowując czołem tuż przed skrytką zawierającą poduszkę powietrzną. Z jedną ręką nadal przy uchu, drugą masował nadwyrężony kark, podczas gdy żona zjechała corsą do zatoczki przystanku autobusowego i zatrzymała się. Zaciągnęła hamulec i patrzyła na męża.

    Tymczasem ułamki żyletek nadal zgrzytały w telefonie.

    Panie profesorze, nie mam czasu na zabawy w kotka i w myszkę. Wczoraj spędził pan kilka godzin na komendzie policji, gdzie z inspektorem Madejem rozmawialiście o tym audiobooku. Kilka godzin! Od niego mam numer. Proszę mnie nie obrażać podejrzeniem o debilizm, tylko odpowiedzieć.

    Skąd ona wie o audiobooku!”, pytała bezgłośnie Magda wymachując przy tym rękami, na co profesor odpowiadał wzruszeniem ramion. Nie to było dla niego teraz najważniejsze.

    Że pani mnie podejrzewa, że panią o coś tam podejrzewam, to pani prywatny problem – wyjaśniał tonem rasowego panelisty na międzynarodowej konferencji o związkach literatury i psychologii. – Zwracam także uwagę na fakt, że nawet gdybym posiadał wiedzę, którą mi pani imputuje, nawet gdybym znał odpowiedź na tak dziwaczne pytanie, dlaczego miałbym na nie odpowiadać? Co mnie obliguje? Paragraf o wolności prasy? Najpierw proszę posłuchać siebie, zanim pani posłucha mnie. „Czy ten audiobook zabija”? Przepraszam, ale jak to brzmi? Tu jest możliwa tylko jedna odpowiedź. Pomijając pani podejrzenia o własną kondycję intelektualną, co wymyka się prostemu wartościowaniu.

    Woli pan, aby ten materiał ukazał się bez pańskiego udziału? – warknęła.

    Jaki materiał?

    Artykuł! W gazecie! Jestem dziennikarką! Halo, jest pan tam jeszcze, profesorze? Więc proszę słuchać. Piszę artykuł o audiobooku, który zabił moją córkę. Sprawdziłam, w ciągu ostatniego roku było kilka, albo nawet kilkanaście takich przypadków, wszystkie związane z Cegielnią. Mam tę płytę, posłuchałam i nic się nie wydarzyło poza przelotną sraczką, ale to chyba z nerwów. Tam jest potrzebne jeszcze coś, jakiś dodatkowy czynnik, żeby zadziałało, prawda? Co łączy te wszystkie ofiary? Jaki to czynnik?

    Nie pomyślał o tym. Dodatkowy czynnik? Co tych ludzi ze sobą łączyło poza słuchaniem audiobooka? Madej twierdził, że nic, ale on też wielu rzeczy nie wiedział. Massalska sprawiała wrażenie, jakby już wiedziała wszystko. Zaniepokoił się.

    Nie mogę z panią rozmawiać o prowadzonej przez Wydział Kryminalny sprawie. Wie pani lepiej ode mnie, że tego typu śledztwa objęte są klauzulą tajności…

    Jakiego typu? – przerwała mu.

    Przepraszam, ale muszę kończyć. Wszystkiego się pani dowie bezpośrednio od inspektora Madeja, skoro i tak już jesteście w kontakcie. Nie wiem niczego więcej od niego.

    Wie pan.

    Nie.

    W porządku – zgodziła się tonem osoby, która nie ma zamiaru się zgadzać. – Nie to nie. Obawiam się, że będzie pan żałował, ale to pańska sprawa. Pańska zasrana, objęta klauzulą tajności, sprawa. A moja córka nie żyje, kurwa wasza mać!

    Rozłączyła się. Chwilę jeszcze patrzył w komórkę, jakby szukał potwierdzenia, że ona to naprawdę powiedziała.

    Tymczasem Magda Zawijasowa pełnym obaw spojrzeniem obserwowała pobladłą twarz męża.

    Jezus Maria, Olek, w coś ty się wplątał – wymamrotała. – A ja się tak cieszyłam, że najgorsze za nami.

    Ja też – odparł nieswoim głosem. – Coś mi się jednak wydaje, że złe rzeczy dopiero idą. Naprawdę złe.

    Nagle poderwał głowę.

    Gdzie jest Zośka? Nie widziałem jej rano!

    Opanuj się, poszła do szkoły. Chciała ci powiedzieć „dzień dobry”, ale spałeś jak rozrywany granatami i postanowiła dać ci spokój. Olek, czy… czy ty mi czegoś nie mówisz?

    Jedź, bo się spóźnimy.

    Pokazał palcem na przednią szybę i wybrał numer do inspektora. Jego żona bez szemrania uruchomiła silnik i wyjechała z zatoczki na ulicę. Mieli jeszcze tylko pięć minut na dotarcie do gabinetu terapeutki.

    Dobrze, że pan dzwoni, profesorze – uprzedził powitanie Florian Madej. – Właśnie szukałem pańskiego numeru. Proszę uważać, bo lada chwila może do pana zadzwonić ta dziennikarka z „Wyborczej”, o której panu wczoraj…

    Massalska. Właśnie dzwoniła – wtrącił Zawijas. – Ona już wszystko wie. Może mi pan wyjaśnić, skąd?

    O tym chciałem pogadać. Nie możemy jej potwierdzać żadnego z naszych podejrzeń, inaczej gotowa zrobić aferę na całe miasto. A tego akurat powinniśmy unikać. Zwłaszcza teraz, po tym cholernym pożarze. Pewnie pan słyszał?

    Tak, słyszałem – mruknął niechętnie profesor. – Nawet się minąłem z wozami strażackimi, wracając nocą do domu.

    No tak. Znał pan tego człowieka?

    Nie… to znaczy – którego?

    Buuu, profesorze… Proszę nie obrażać mojej inteligencji…

    Podejrzeniem o debilizm? Dlaczego nie, w tym podobno akurat jestem dobry. To co z tym człowiekiem?

    Nie łapię za bardzo. Ale mam co innego. Kolejny punkt dla mnie. Ten chłopak, co zginął na zapleczu, spłonął żywcem ze słuchawkami na uszach. Czy muszę dodawać, co miał włączone na odtwarzaczu w cudem ocalałym telefonie?

    Jasna dupa… – szepnął profesor całkiem nieprofesjonalnie. – „Pojmiecie znaki niechybnie”…

    Otóż to, profesorze – przytaknął inspektor Madej. – Otóż to.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #11

    Taksówkarz, który mówił ze wschodnim akcentem, zatrzymał samochód przed skrzyżowaniem Grzegórzeckiej i Dietla, by przepuścić pędzące na sygnale dwa wozy strażackie. Z dużą prędkością przemknęły im przed nosem w stronę centrum, robiąc syrenami niesłychany raban.

    Gdzieś się pali – powiedział kierowca. – Duży ogień.

    Skąd pan wie, że duży? – spytał machinalnie profesor Zawijas. Myślami był gdzie indziej, ale na nieprecyzyjne uwagi jego akademicki umysł reagował automatycznie.

    Bo jadą z Lipskiej, a w centrum jest straż pożarna na Bohaterów Westerplatte. Jakby był mały, toby wystarczyły tamte.

    Ruszyli dalej i Zawijas rzucił okiem w prawo. Oba wozy skręciły w ulicę Świętej Gertrudy.

    Ciekawe, gdzie ten pożar – powiedział półgłosem do siebie.

    Jak pan chce, mogę sprawdzić – odezwał się taksówkarz, który dosłyszał mruknięcie. W tym zawodzie długie ucho jest elementem profesjonalizmu. – Kolegi mie powiedzą przez radio.

    www.unsplash.com/Guido Jansen

    Postukał palcem w pulpit z przyczepionym doń czarnym pudełeczkiem na skręconym w sprężynę kablu.

    Sibi radio – wyjaśnił. Zdjął z uchwytu czarne pudełeczko i przyłożył do ust. – Wiecie, gdzie ten pożar? Który tam jeździ po śródmieściu?

    Z placu Wszystkich Świętych pojechali w Grodzką – odpowiedziało czarne pudełeczko, które okazało się również głośnikiem.

    Stoją przed kościołem Piotra i Pawła – dodał inny głos. Profesor pomyślał o swoim uniwersyteckim parkingu przylegającym do kościoła i wyraził w myślach nadzieję, że pali się to wielkie stare drzewo, z którego ptaki regularnie obsrywają karoserię jego nowiutkiej astry. No, teraz po wypadku już nie takiej nowiutkiej…

    Pali się sklep – powiedział ktoś trzeci. – Chyba ten z rockowymi plakatami.

    Albo księgarnia – dorzucił czwarty. – Widziałem też miśków. I karetkę.

    Dzięki, na razie.

    Kierowca odłożył mikrofon cb radia na pulpit, a profesor zanurzył się głębiej w kanapę tylnego siedzenia. Księgarnia? Karetka? Miśki to pewnie policjanci – pasowałoby. Ledwie udało mu się uspokoić podrażnione neonem ALKOHOLE 24H nerwy, a już zaczął drżeć na nowo. Akademicki umysł odganiał od siebie skojarzenia jak natrętne muchy i bronił się przed łączeniem sygnałów w logiczny ciąg. Natrętne muchy mają jednak to do siebie, że w miarę przeganiania stają się coraz bardziej natarczywe, ucieszone irytacją ofiary.

    Najgorsze są słowa. Raz wbite w korę mózgową brzęczą do znudzenia jak niechciana melodia, która przyczepia się przy porannej kawie i słyszysz ją potem cały dzień, aż do kolacji. Wysyłam gońców z ponagleniem. Ponaglenie. Gońcy. Wysyłam. Język hegemona, władcy, pana na włościach. I szamana: pojmiecie znaki niechybnie. W tych czasach i w tym miejscu połączenie władcy i szamana brzmi jak definicja psychopaty. Właściwie to by się zgadzało.

    W pierwszym odruchu chciał poprosić o podjechanie na Grodzką, by naocznie sprawdzić swoje podejrzenia, ale ta druga, nieakademicka część umysłu szybko mu to odradziła. Lepiej, żebyś nie skojarzył, nie pojmował znaków niechybnych i nie wiedział. W przeciwnym razie skończy się źle.

    Może turysty tam co zrobili – odezwał się taksówkarz przerywając ciszę. – Oni teraz całymi nocami zwiedzają miasto, do rana. All inclusive, to może i pożar też. Jak pan szanowny chce, możemy podjechać i sprawdzić…

    Nie! – zaprotestował profesor. Znowu za szybko i za głośno. – Proszę się trzymać kursu.

    Machnął ręką odganiając natrętne muchy, które zabrzęczały tym radośniej. Skręć i sprawdź, będziesz miał pewność. Jako naukowiec wręcz powinieneś. No już, profesorze, zbadaj wytrzymałość akademickiego dyskursu na przesądy i omamy słuchowe. Nie ma, że uciekniesz i będzie okej. No dawaj, zawracamy.

    Skąd ten taksówkarz taki domyślny?

    Jestem zmęczony, chciałbym już być w domu – powiedział i zamknął oczy.

    Człowiek za kierownicą niewiele rozumiał z tego pulsującego zainteresowania, które chciało i nie chciało znać szczegółów pożaru, pojął natomiast, iż należy pasażera zostawić w spokoju i nie odezwał się już do końca podróży. Dojechali na miejsce, profesor zapłacił z sutym napiwkiem i przez skrzypiącą furtkę wkroczył na swoją posesję chwiejnym ze zmęczenia krokiem.

    W domu było ciemno i cicho, żona i córka spały. Jego syn Jacek od dwóch lat mieszkał osobno, w mieszkaniu po babci, które zapewniało mu tyle samodzielności i świętego spokoju, ile potrzebował jako student. Robił co chciał, a gdy się kasa kończyła, jechał na obiad do mamy. Profesor został w domu z dwiema kobietami i psem, który był suką. Żywioł żeński dominował. Miało to swoje dobre strony, na przykład teraz na stole ujrzał talerz z dwiema kanapkami i kubek herbaty nakryty podstawkiem, żeby nie wystygło. Uśmiechnął się, ale niczego nie tknął, nie czuł głodu. Wypił szklankę wody i poszedł do łóżka.

    Długo nie mógł zasnąć. Rozbiegane myśli to jedno, ale gorsza sprawa była z żołądkiem. Skurczył się i ssał jak w najgorszych czasach. Profesor zacisnął zęby i wsłuchał się w rytmiczny oddech żony. Spokojnie. Opanuj się. Nic się nie stanie, skoro przez pięć długich lat się nie stało. Żyjesz i będziesz żył nadal. Dałeś radę, uśpiłeś smoka i nie wpadaj w panikę tylko dlatego, że sobie przez sen coś tam mruknął. Spokojnie. Opanuj się. Oddychaj równo, tak jak Magda.

    Kiedy wreszcie udało mu się zasnąć, znalazł się w ruinach starej fabryki z wielkim niebieskim neonem na dachu, po którym biegły szybkie, nerwowe znaki: PENIS ALKOHOLE 24H PENIS ALKOHOLE 24H. Próbował się odwrócić i uciec, ale świetlista plansza odwracała się razem z nim i wciąż miał ją przed sobą. „Pojmiesz znaki niechybnie!”, ryknął ktoś za nim straszliwie. Wzdrygnął się, ale wytrzymał, nie obudził się. Rozpoznał głos inspektora Madeja i znowu chciał uciec, ale nogi rozjeżdżały mu się w miękkiej jak bagno substancji, która jeszcze przed chwilą była podłogą zrujnowanej fabryki. Tonął powoli. Ostatkiem sił wyrwał się z kleistej topieli i pobiegł na oślep przed siebie, wprost pod neonowy szyld, który migotał coraz szybciej i szybciej, aż w końcu litery stały się nieczytelne i zmieniły się w pędzące niebieskie taśmy. Były wszędzie, kręciły się wokół niego po sklepieniu okrągłych ścian, jak pulsująca banderola na burcie wielkiej beczki. Poczuł zapach spirytusu. Stąpał po kostki w wódce. Zamoczył palec i spróbował językiem. Zapiekło. Poczuł dreszcz. „Warzę godziwą strawę”, zabrzmiał tubalny głos inspektora. „To ścieżka w jedną stronę”… Skulił się ze wstydu i strachu. I zawył. Aaaa! Yyyaaa!

    Ktoś szarpał go za ramię.

    Olek, obudź się!

    Usiadł na łóżku. Za oknem było jasno. Magda wpijała palce w jego przedramię.

    Co się stało? – spytał nieprzytomnym głosem.

    Strasznie krzyczałeś. Jezu, ale się przestraszyłam! Kto to jest Byrny?

    Zdjął jej rękę z ramienia i ścisnął skronie. Waliły jak strażackie motopompy.

    Byrny? Nie mam pojęcia, nigdy nie słyszałem tego słowa. Co z nim?

    BYRNY OĆ!, wołałeś. BYRNY OĆ! Chyba miało być „chodź”, ale przez sen mamroczesz trochę niewyraźnie.

    W przeciwieństwie do innych, którzy we śnie mają nienaganną dykcję.

    Długo ci wczoraj zeszło – zauważyła Magda nieprzejęta złośliwością. Przyglądała mu się z ukosa. – Mam wyguglować tę doktorantkę nazwiskiem Byrny?

    Prowokowała go tak tylko, na wszelki wypadek. Na pierwszy rzut oka wczorajszy wieczór jej męża nie miał kwalifikacji erotycznej. Raczej sensacyjną. Może Byrny to jakiś przestępca?

    Gugluj sobie, ile chcesz – powiedział. – Jak znajdziesz, oświeć mnie, bo nie kojarzę. Albo wymyśl coś lepszego.

    Powiedział to obojętnie, bez cienia dwuznaczności, mając uwagę zajętą czymś innym. Uspokoiła się. W niczym nie czuła się tak dobrze wyszkolona, jak w wykrywaniu jego kłamstw. Lata uczestniczenia w jego piciu zrobiły swoje. Podczas przesłuchań profesora Zawijasa policja mogłaby jej używać jako wariografu.

    À propos policji.

    Coście ustalili na komendzie? Złapali tego złodzieja maszynopisów?

    Siliła się na beztroski ton, by nie urazić jego miłości do powieściowych notatek, chyba jednak nie do końca skutecznie, ponieważ wstał nie odpowiedziawszy i na piżamę narzucił szlafrok.

    Chodźmy na kawę – rzucił i wyszedł z sypialni.

    Przy śniadaniu opowiedział jej o ich dziwacznych eksperymentach z płytą audiobooka i jeszcze dziwniejszych efektach tych eksperymentów, łącznie z powtórzonym słowo w słowo złudzeniem słuchowym. O niecodziennej propozycji inspektora wspomniał tylko mimochodem, bagatelizując ją na ile to było możliwe.

    Wiesz, wymyślił sobie, że ten audiobook działa na odbiorców sugestywnie i zmusza do różnych działań. Tak między innymi tłumaczył mój wypadek samochodowy – że niby się zasugerowałem i nie widziałem drogi przed sobą. Bzdura. Gdyby tak było, kobieta za mną musiałaby też słuchać tej samej płyty, a niczego takiego nie stwierdzili. Słuchała Abby.

    www.unsplash.com/Andrew Ebrahim

    Powiedziałeś mu, że to bzdura?

    Oczywiście! Dziwiłem się nawet, że niby inspektor policji, człowiek doświadczony w racjonalnym myśleniu, bo przecież na tym polega policyjne śledztwo – i takie głupoty zmyśla.

    Siorbnął kawy i teatralnie wzruszył ramionami by pokazać, jak to zawiódł się na racjonalizmie inspektora. Żona przyglądała mu się z uwagą.

    Kiedy dzwoniłam do ciebie, też nie brzmiałeś szczególnie racjonalnie – stwierdziła. – Zabroniłeś Zośce słuchać tego audiobooka. W ogóle wszystkim. Widać ta bzdura miała wczoraj wieczorem całkiem sporą siłę rażenia.

    Popatrzył w bok, jak w czasach swoich najświetniejszych wykrętów.

    To prawda – przyznał bębniąc palcami po stole. – Miałem chwilę słabości i uległem jego argumentom. Puszczaliśmy tę płytę w kółko by sprawdzić, co usłyszymy.

    I co usłyszeliście?

    W zasadzie nic takiego – odparł profesor i nie patrząc na żonę sięgnął po kawę. Za bardzo przechylił kubek, trochę płynu pociekło mu na brodę i pierś.

    Cholera!

    Odstawił kubek i zaczął wycierać się rękawem szlafroka, a żona przyglądała mu się z jeszcze większą uwagą. Jej wewnętrzny wariograf zaczął pikać. Na razie cichutko.

    Nic takiego – powtórzył. – Mniej więcej to samo, co i ty słyszałaś. Okropne powieścidło napisane w konwencji płaszcza i szpady, nieudolne naśladowanie Dumasa. Akcja jeszcze osiemnastowieczna, albo i wcześniejsza, a język z podrzędnego kryminału z czasów pozytywizmu. Bohater jak skrzyżowanie głupca i psychopaty. Pomieszanie z poplątaniem.

    Wiecie, kto to napisał?

    Pokręcił głową i odwrócił się do okna. Krzewy porzeczkowe na końcu ogrodu zasnuwała poranna mgła. Koniec września. Tak, na pewno koniec września, skoro mgła, a nie koniec sierpnia, jak mu szyderczo podpowiadał syn.

    O której wróciłeś?

    Wpół do pierwszej.

    I?

    Co i?

    I co dalej?

    Nie ma żadnego dalej.

    Owszem, jest, tylko nie chcesz mi powiedzieć. Coście tam robili do północy? Od czwartej popołudniu do dwunastej w nocy puszczaliście w kółko jeden audiobook i sprawdzaliście, co do was mówi? Zapisywaliście sobie na karteczkach zapamiętane zdania, a potem porównywaliście swoje wersje i ustalali, kto wygrał? Czy ty słyszysz, jak to brzmi?

    Słyszę. Ale…

    To brzmi jak zabawa dwóch zdziecinniałych pensjonariuszy w domu starców. Albo dwóch półgłówków z „Lotu nad kukułczym gniazdem”, jeszcze przed przybyciem Nicholsona. Inspektor policji oraz profesor od literatury… I pewnie mi jeszcze powiesz, że niczego tam nie jadłeś. – Pokazała talerz przed sobą, nakryty drugim talerzem. – A kanapki zostały na stole. Daj spokój, Olek. Nie chcesz rozmawiać, to nie, ale nie rób ze mnie idiotki.

    Wstała z krzesła, podeszła do komody w jadalni i ostentacyjnym gestem włączyła radio, pogłaśniając je tak, że dalsza rozmowa nie miała za bardzo sensu.

    Magda, przestań.

    Podszedł do niej i próbował objąć, ale go odepchnęła. Został z rękami w powietrzu, a ona wróciła do kuchni i zaczęła zmywać. Wrócił na krzesło i dla częściowego choćby zadośćuczynienia zabrał się do jedzenia wczorajszych kanapek. Dopiero teraz poczuł, jaki jest głodny.

    W połowie drugiej kanapki wzięły go nerwy i rzuciwszy o talerz resztkami jedzenia, wyszedł z jadalni.

    Nie ciskaj się, tylko dokończ śniadanie! – zawołała za nim żona, ale nie słuchał. Twardym krokiem poszedł na górę, zamknął się w gabinecie, padł na kozetkę pod ścianą, która służyła do popołudniowych drzemek, i zakrył ramieniem oczy.

    Spokojnie. Nic się nie sypie. Smok śpi. Wszystko idzie zgodnie z długofalowym planem… Planem czego? Jaki właściwie był plan? Gdzie jest to życie, które jeszcze pięć lat temu miało swój mocny, wyrazisty smak?

    Diabli wzięli. Zapadło w sen razem ze smokiem, zwinięte w kłębek u jego boku jak zmęczony psiak, który się wyhasał i teraz odpoczywa. A on, szanowany naukowiec i ceniony wykładowca, czyta powieści, sporządza notatki do zajęć, układa referaty na konferencje, które następnie wygłasza z werwą, jakby wierzył w to wszystko, po czym wraca do domu na obiad albo kolację, a kiedy zajęcia się przeciągną, zdarza mu się wrócić późno i wtedy na stole czekają nieco podeschnięte kanapki i nakryta podstawkiem herbata. Dobre. Spokojne. Komfortowe. Więc o co chodzi?

    Obrócił się na bok, owinął kocem i podciągnął kolana pod brodę. Ssanie w żołądku nieco zelżało, ale bynajmniej nie znikło. Serce tłoczyło krew spokojnie, rytmicznie, bez zakłóceń, jak dobrze wyregulowana przez harmonijne użytkowanie pompa. Wszystko będzie dobrze, tylko wytrzymaj ten atak – jest słaby i wkrótce przejdzie. Wszystko będzie dobrze – ta fraza brzmi terapeutycznie, dlatego musi paść w dobrej powieści czy w poruszającym filmie.

    Zamknął oczy i wtulił twarz w poduszkę. Zmuszał się, by pomyśleć o czymś dobrym. O czymś jasnym, dobrym i ciepłym. Była kiedyś taka łąka za domem, pełna kwitnących kwiatów i brzęczących owadów, nad nią zwisało rozkoszne niebo z uśmiechniętym słońcem, niedaleko szemrała rzeczka Macocha, a przy nodze chłopca szedł mały czarny pies, jego najbliższy przyjaciel. Szli sobie, nieważne dokąd. Za polami i rzeką, na tle parkowego starodrzewu, panoszyła się bryła starego młyna dworskiego. Dzień wokół chłopca był ciepły i jasny, a okienne oczodoły ceglastej ruiny – ciemne i chłodne.

    I tak jest ze wszystkim”, zwykła mawiać ciotka Leokadia, która przeniknęła mechanizmy rzeczywistości. Światło wlecze za sobą ciemność, jak chromy kulawego. Jasnowłosy chłopiec prowadzi u nogi czarnego kundla. Woda na powierzchni jeziora jest ciepła i srebrna, ale w głębi panuje lodowaty mrok. Błękitna czasza nieba nakrywa czarną ziemię. Najjaśniejszy zamek o wrotach z pierzastych chmur mieści w podziemiu lochy…

    Z łańcucha metafor wyrwało go pukanie w drzwi.

    Olek, jesteś tam? Otwórz!

    Jestem, jestem.

    Dobrze się czujesz? Wpuść mnie.

    Dobrze. Po prostu chcę pobyć sam. Jestem zmęczony.

    Tym razem łomotanie było znacznie silniejsze.

    Otwórz te drzwi, do jasnej cholery, i przestań błaznować! Możesz odpoczywać z otwartymi drzwiami! Tak robią normalni ludzie.

    Wstał ciężko i z najwyższą niechęcią przekręcił klucz w zamku. Wpuścił Magdę do środka i z powrotem położył się na łóżku. Nie patrzył na nią.

    W porządku? – spytała siadając na jego obrotowym fotelu przy biurku.

    Wszystko jest pod kontrolą – odparł uśmiechając się w sufit. Nie rozbawił jej ten żart.

    Właśnie tego się obawiam – stwierdziła przyglądając mu się z tym samym napięciem, które pięć lat temu bezpośrednio poprzedzało wysłanie męża na odwyk. – Powiesz mi wreszcie, co się z tobą dzieje?

    A co się ma dziać? Leżę na łóżku z rękami pod głową, patrzę w sufit i mówię z uśmiechem, że wszystko jest w porządku. Mam specjalnie coś wymyślać, żeby zaspokoić twój niepokój? Proszę bardzo, jeśli tak bardzo chcesz. Wczoraj wieczorem pewien audiobook groził mi śmiercią. Nie tylko mnie, inspektorowi Madejowi również. Powiedział, że nas zabije, ale najpierw musimy go odwiedzić, ponieważ bardzo chce z nami porozmawiać i szykuje już eleganckie, chociaż nieco staroświeckie przyjęcie na naszą cześć. Droga do niego nie jest łatwa i prowadzi tylko w jedną stronę, jak był łaskaw się wyrazić, niemniej nie powinno nas to zniechęcać, ponieważ korzyści płynące z tej wizyty znacznie przekroczą wszelkie straty związane z niedogodnościami podróży. Powinniśmy wyruszyć niezwłocznie, by uniknąć kolejnych zwłok, że się tak wyrażę. Zwłaszcza że niezwykły nasz gospodarz nie nawykł do czekania. Leżę teraz i obmyślam szczegóły…

    Mógłbyś przestać pierdolić? – przerwała mu ostro. – Pytam poważnie.

    Westchnął jak nauczyciel w rozmowie z tępym uczniem i uniósł się na łokciu.

    No widzisz, chcesz ze mną porozmawiać, a kiedy grzecznie i szczerze odpowiadam na pytania, nazywasz to pierdoleniem. Nie tędy droga, kochanie, jeśli ta rozmowa ma jeszcze trochę potrwać.

    Olek, spójrz mi w oczy. – Zakręciła się na obrotowym krześle, by znaleźć się na wprost niego. – Chcesz, żebym uwierzyła w coś tak kretyńskiego? Nazwałeś bzdurami pomysły tego inspektora o autosugestii, a tymczasem to pikuś w porównaniu z tym, co mi tu wciskasz. Cholera jasna, tego się właśnie obawiałam!

    prof. Krzysztof Zajas

    Czyli czego? – spytał z uśmiechem.

    Że jak okrzepniesz trochę w swoim dobrym samopoczuciu, to zaczniesz znowu wariować. I po to tylko, żeby nam zrobić na złość za wysłanie cię na terapię. Wiedziałam! Bo ty taki już jesteś. Ukryta mściwość to twoja właściwa natura. Zawsze taki byłeś, tylko nauczyłeś się to świetnie maskować.

    To po co za mnie wyszłaś?

    Bo cię kochałam, idioto! I nadal kocham.

    Jak się kocha idiotę, trzeba się liczyć z konsekwencjami.

    Taa, taa, do tego jeszcze te twoje bonmoty. Zręczne riposty. Retoryczne popisy pan profesora. Daruj sobie i lepiej mi powiedz, czy mam dzwonić do twojej terapeutki, czy sam zadzwonisz? Masz pięć sekund na decyzję.

    I co jej powiem? Że powinna ze mną porozmawiać, ponieważ audiobook groził mi śmiercią i nie wiem, co począć?

    Pozostała niewzruszona.

    Dzwonisz?

    Nie.

    Dlaczego?

    Spoważniał, przetarł dłońmi twarz i popatrzył na nią smutno.

    Bo to prawda, co powiedziałem. A ja, widzisz, jestem służbowo zobligowany do służenia prawdzie.

    Szlag mnie trafi! – wykrzyknęła żona i zerwała się z fotela, który zakręcił się fantazyjnie, jakby właśnie usiadł w nim klaun z twarzą rozciągniętą w czerwonym uśmiechu. – Słuchaj, mam tego dosyć! Albo kompletnie ci odbiło, albo sobie ze mnie robisz pańskie jaja. Jedno i drugie pustoszy nasz związek w sposób nieodwracalny. To nie jest groźba, drogi mężu, tylko stwierdzenie faktu. Ciekawa jestem, co z nim zrobisz.

    Mam jeszcze trudniejsze fakty, z którymi muszę coś zrobić – burknął.

    A ja mam nadzieję, że to nie ty podpaliłeś tę księgarnię na Grodzkiej – odcięła się kładąc rękę na klamce. – Są ofiary śmiertelne.

    Jakie ofiary? – spytał nieswoim głosem. Nagłe podejrzenie zacisnęło mu dłonie na gardle.

    Sprzedawca. Zobacz sobie w internecie – powiedziała i wyszła zatrzaskując głośno drzwi gabinetu.

    Gdy tylko jej kroki ucichły na schodach, usiadł przy biurku i włączył komputer. Najpełniejsza informacja była na Interii po wielkim nagłówkiem ŚMIERĆ W POŻARZE:

    Wczoraj około północy wybuchł pożar w jednej z księgarń przy ulicy Grodzkiej. Chodzi o popularną Tanią Książkę, gdzie krakowianie z upodobaniem wertowali swoje ulubione lektury. Sklep spłonął całkowicie, zniszczeniu uległy również zapełniające go woluminy, zalane wodą ze strażackich sikawek. Niestety, na zapleczu znaleziono ciało jednego z pracowników obsługi, Rafała Olbarskiego, który zmarł wskutek uduszenia dymem. Powody jego obecności w sklepie w godzinach nocnych nie są znane, podobnie jak przyczyny pożaru. Jeden ze strażaków biorących udział w gaszeniu pożaru powiedział nam nieoficjalnie, że w grę może wchodzić podpalenie. Policja na polecenie prokuratury podjęła czynności śledcze”.

    W okienku obok tekstu widniała fotografia ofiary – rudzielca w okularach, który trzy dni wcześniej patrzył z wyrzutem na Aleksandra Zawijasa, zbierając z podłogi rozsypane przez profesora płyty z audiobookami, w tym Cegielnię.

    Krzysztof A. Zajas

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #10

    Ruchliwa ulica błyskała jaskrawymi światłami, ale jej nie widział. Zmęczenie robiło swoje. Poprosił kierowcę ubera o wyłączenie radia i zamknął oczy.

    Po głowie krążyły mu urywki rozmowy w ciasnym pokoiku na komendzie policji. Dziwnej rozmowy, z konkluzją, jakiej nie powstydziłby się najlepszy polski autor science-fiction. Żądanie inspektora Madeja było nie do spełnienia. Po prostu niemożliwe. Nawet dla kogoś tak balansującego na pograniczach intelektualnej odpowiedzialności, jak badacz literackich światów.

    Jego akademicki umysł nie odpuszczał jednak i zajął się analizą wariantów, w których w ogóle mógłby pojawić się cień szansy na zrealizowanie szalonego pomysłu. Ktoś kiedyś powiedział, że słabość należy obracać w siłę. Jako literaturoznawca obyty był z fikcją literacką, interpretacja to w końcu coś jakby wchodzenie do wnętrza tekstu i myszkowanie po jego zakamarkach. Czytelnik nie jest przecież nikim innym, jak podróżnym w świecie przedstawionym dzieła, na tym polega magia literatury. Ale wejść naprawdę? Przebić pięścią tekturowe ściany? Rozciąć płócienne malowidło rzeczywistości i wleźć do środka jak w jakimś Truman Show? Niemożliwe. Absolutnie niemożliwe, powtarzał bezgłośnie w kabinie taksówki. No po prostu nie.

    Powtarzanie ma to do siebie, że próbuje zagłuszyć wątpliwości. Jahwe kazał Mojżeszowi uderzyć w skałę i uwolnić na pustyni źródło wody, którym mógłby napoić swój lud. Mojżesz uderzył, ale dwukrotnie, na wszelki wypadek, ponieważ miał wątpliwości czy raz wystarczy. Nawet nie jakieś wielkie zwątpienie, tylko cień chwiejnego podejrzenia. Może stuknąłem za słabo, może kij się ześliznął po kamieniu i zaklęcie nie zadziała. Stuknę jeszcze raz. W sumie drobnostka. I został ukarany za niewiarę – zobaczył Ziemię Świętą, ale do niej nie doszedł. Tak, powtarzanie nie rozwiewa wątpliwości, tylko je umacnia.

    Lewa, racjonalna półkula mózgu profesora Zawijasa powtarzała, że się nie da. Druga zignorowała jej marudzenia i pobiegła przed siebie tropem podjętym intuicyjnie, choć niezupełnie na ślepo. Biegła jakby znała drogę. Uchylił powieki i omiótł wzrokiem zarośla Ogrodu Botanicznego przy Alei Powstania Warszawskiego. Ciemne, mokre i milczące – koiły nerwy. Jakie nerwy? Dlaczego się denerwował? Uniósł dłoń pod światła jadących z naprzeciwka samochodów i przyjrzał się krytycznie. Drżała. Nie trzeba pytać, dlaczego. Diabeł wymyślił pytanie „dlaczego”. Prawa półkula mózgowa profesora Zawijasa pobiegła w kierunku od pięciu lat absolutnie zakazanym, na terytorium zamknięte za płotem znacznie solidniejszym od tego, który okalał Ogród Botaniczny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zawróciła z drogi do Kanaan i jak na skrzydłach poleciała ku zupełnie innej Kanie, tej, gdzie siła wiary potrafi zmienić wodę w wino. Niejasne protesty mózgowej lewicy, że idąc od ziemi egipskiej to chyba ten sam kierunek, na niewiele się zdały. Metafora zadziałała. I profesor Zawijas dobrze znał odpowiedź na diabelskie pytanie „dlaczego”.

    Chciał się napić.

    www.unsplash.com/Kevin Kelly

    Pięć lat to dużo. Można się odzwyczaić od wielu rzeczy i o wielu rzeczach zapomnieć, nie wyłączając miłości. Zapominanie alkoholu to jednak nieco inny porządek, zwłaszcza jeśli alkoholowej namiętności towarzyszy napięcie twórcze. Picie i pisanie zrośnięte są ze sobą jak bracia syjamscy. Słownik pisarzy świata to zarazem słownik alkoholowych ekspertów. Aleksander Zawijas o tym doskonale wiedział, ponieważ studiował to zagadnienie nie tylko z powodów zawodowych, ale także osobistych, to znaczy zaciekle. Trudno się więc dziwić, że myśl o powrocie do pisania wstrząsała nim równie dogłębnie, co myśl o powrocie do picia.

    Taksówkarz musiał się znać na rzeczy.

    Zatrzymać się przy nocnym? – spytał uczynnie.

    Słucham?

    Wyrwany nagle z przepaści swych dylematów, profesor Zawijas podskoczył na siedzeniu jak obudzony ze snu.

    No, czy nie trzeba czegoś dla odprężenia na wieczór – wyjaśnił mężczyzna. – Zaraz będzie po drodze.

    Powiedział „po dorodze”, w ogóle mówił ze wschodnim akcentem. Jechali wolno ulicą Grzegórzecką, która też była rozkopana, podobnie jak połowa miasta, i faktycznie mijali sklep z błękitnym neonem, płynącym nad otwartym wejściem: ALKOHOLE 24H.

    Nie, nie! Proszę jechać dalej!

    Krzyknął za szybko i za głośno. Mężczyzna spojrzał we wsteczne lusterko ze słabo maskowanym zdziwieniem. Widocznie pasażer na tylnym siedzeniu wyglądał na kogoś, komu bardzo potrzebne jest coś na wieczór, inaczej nie zaśnie. A rano gość może mieć kłopot z ogoleniem tej bladej, zapadniętej od niezaspokojonego łaknienia twarzy. Oni tam na wschodzie się na tym znają.

    Jak pan szanowny chce.

    Kierowca wzruszył ramionami, a potem dodał:

    Czasem dobrze i anioła nakarmić, i diabła napoić.

    Po zagadkowej frazie, w której profesor domyślał się jakiegoś wschodniego przysłowia, w samochodzie zapadła niezręczna cisza i powróciło zagadnienie niemożliwej możliwości z ciasnego pokoiku na Mogilskiej.

    Wysłuchali z inspektorem gróźb audiobooka, najpierw razem, potem każdy z osobna, a następnie zgodnie uznali, że padli ofiarą słuchowej halucynacji. Zawijas, jako bardziej wygadany, przodował w wymyślaniu i zgrabnym formułowaniu teorii o autosugestii, częściowej hipnozie, a nawet posunął się do zdefiniowania czegoś całkowicie oryginalnego i nowego, co zgrabnie nazwał audiofantazmatem. Jego źródła miały tkwić w nadmiarze dźwięków w naszym codziennym życiu, co generuje jakby równoległą rzeczywistość akustyczną współczesnego człowieka.

    Żyjemy w swoistej audiosferze – tłumaczył inspektorowi. – Od rana do wieczora słyszymy muzykę, słowa, krzyki, szepty, atakują nas reklamy, komunikaty, wiadomości, telefony, esemesy – ciągle coś słychać! Nawet pisaniu na komputerze towarzyszą jakieś dzwonki, plimki, brzęczki, bez przerwy. – Zapalał się coraz bardziej, porwany falą uderzającej trafności swego wywodu. – Cisza umarła! Niech pan sam sprawdzi, inspektorze. Nie ma ciszy!

    Jak pan zamilknie, zrobi się cicho – zaryzykował inspektor.

    No tak, ale na jak długo? Dziesięć sekund? Pół minuty? Niech pan spróbuje siedzieć obok drugiego człowieka i nic nie mówić przez minutę, a przekona się pan, jakie to trudne. Moim zdaniem tu tkwi tajemnica naszego złudzenia słuchowego. Usłyszeliśmy to, co wydawało nam się, że powinniśmy usłyszeć, i poskładaliśmy ten zaprojektowany tekst z gotowych kawałków, jakie wpadły nam do uszu przez ostatnie, powiedzmy, dwadzieścia cztery godziny.

    Obaj to samo?

    Hmm, no nie wiem – zawahał się profesor, ale tylko na moment. – Nie jesteśmy pewni, że słyszeliśmy obaj dokładnie to samo. W streszczeniu wygląda podobnie, ale słowa mogą być inne. Obaj zacytowaliśmy to nieszczęsne „nowięc”, bośmy je usłyszeli od tego pańskiego aspiranta, ale to może być właśnie dowód na słuszność mojej tezy.

    Zakończył jak doświadczony dyskutant, wyćwiczony na konferencjach, sympozjach, seminariach.

    To zróbmy jeszcze test – zaproponował inspektor Madej. – Każdy z nas spisze słowo w słowo to, co słyszy, i porównamy notatki.

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    Zrobili test. Wyszło to samo. Słowo w słowo. Okruchy zmiotłem ze stołu, ogień w piecu rozpaliłem, warzę godziwą strawę specjalnie dla was i czekam. A żebyście nie ociągali się zbyt długo, wysyłam gońców…– i tak dalej. Wynik testu zachwiał nieco teorią audiofantazmatu, ale profesor nie dawał za wygraną.

    Niewykluczone, że w niektórych ludziach pod naciskiem owej audiosfery uwalniają się głęboko skryte skłonności i na przykład popełniają oni samobójstwo albo usiłują dokonać morderstwa. Tego typu odruchy są silnie tłumione i w lęku przed uaktywnieniem spychane – że się tak wyrażę – na samo dno duszy, gdzie zamykamy je na cztery spusty i gdzie w ogóle boimy się zaglądać. Audiobook wchodzi przez ucho wprost do mózgu, oddziałuje silnie na emocje, a te rozwibrowują duszę i mącą dno. Poluźniają zasuwy. Odryglowują bramy. Otwierają loch i wypuszczają demony.

    Emocje wypuszczają demony – powtórzył inspektor nie patrząc na profesora.

    Odwrócił głowę do okna i gapił się na czarne, podłużne widma topoli za policyjnym parkingiem. Chwiały się na wietrze jak monumentalne postacie z antycznego teatru, chór bachantek z tragedii Eurypidesa. Od ulicy Mogilskiej było przez nie jarzeniowe światło latarni. W zasadzie była już noc.

    Ładnie pan to ujął. Ja nie jestem taki elokwentny, nie wymyśliłbym na poczekaniu tylu pięknych metafor. Jednak co profesor, to profesor. Ja umiem ujmować rzeczy wyłącznie dosłownie. Jest tak a tak.

    Porzucił obserwację chwiejnych widm za oknem i zwrócił się wprost do profesora.

    W leczeniu uzależnień jest takie pojęcie, jak „intelektualizowanie” – ciągnął. – Chory zamiast powiedzieć: „jestem uzależniony od alkoholu”, mówi na przykład: „mój organizm ma problemy z dehydrogenazą aldehydu octowego do kwasu octowego”, albo: „etanol ma pozytywny wpływ na aktywowanie mojej kory mózgowej podczas procesów twórczych, dlatego piję, aby tworzyć”. Odnoszę wrażenie, że pan w tej chwili uprawia właśnie coś w rodzaju intelektualizowania, to znaczy zamiast nazwać rzecz po imieniu, wymyśla pan teorie o audiocośtam i ucieka od tematu. Po raz kolejny zresztą.

    Dlaczego pan tak sądzi?

    Ponieważ widzę, co się dzieje z pańską twarzą – odparł inspektor. – Kiedy puszczam audiobooka i padają te zwariowane słowa, słucha pan ze ściągniętymi policzkami i półotwartymi ustami, jakby się bał uronić choć jedno słówko. A kiedy snuje pan te swoje akustyczne teorie, odpręża się pan, mówi swobodnie i z uśmiechem, rozpierając się na krześle. Mowa ciała. Jest pan zadowolony, że niebezpieczeństwo zostało odsunięte.

    Jakie niebezpieczeństwo?

    Inspektor Madej przechylił się przez stół.

    Właśnie o to chciałbym spytać. Czego się pan boi?

    Lampa brzęczała cichutko w ciszy, która znowu na chwilę zapadła. Kiedy wreszcie profesor Zawijas się odezwał, bardzo starał się nadać swojemu głosowi odcień rozsądku.

    Ja z kolei odnoszę wrażenie, że pan coś nieustannie insynuuje i wymaga ode mnie jakichś dziwnych deklaracji, by nie powiedzieć – zeznań. Bóg mi świadkiem, że nie mam pojęcia, co miałbym zeznać. Jakież to straszliwe tajemnice skrywają się za moim „intelektualizowaniem”. Co takiego mam do ukrycia.

    Czyżby?

    Pytanie było szybkie, świsnęło jak szpada.

    Skoro pan wie, proszę samemu odpowiedzieć – odparł profesor, ale dopiero po kilku sekundach, które mu były potrzebne do odzyskania równowagi.

    Dlaczego pan przestał pisać swoją powieść? – spytał inspektor tym samym spokojnym tonem. Lata pracy w policji kryminalnej nauczyły go używać spokoju jako narzędzia perswazji lepszego niż krzyki i zastraszanie.

    Bo była słaba i mi się nie podobała. Nie mam talentu. A co to ma do rzeczy?

    Skoro była taka słaba, dlaczego kradzież paru jej fragmentów przez jakiegoś audiobookowego psychopatę zrobiło na panu aż takie wrażenie?

    Profesor zaczął wiercić się na krześle.

    A panu się to nie wydaje dziwne? – odparł pytaniem, ale niespokojnym. Nerwowym.

    Może dziwne, ale nie wstrząsające. A pan mówi o tym niemal jak o naruszeniu jakiejś kosmicznej równowagi.

    Trafił. Profesor chciał się żachnąć, ale zrobił to na tyle nieskoordynowanym ruchem, że zrzucił ze stołu swój pusty kubek po kawie. Trzask omal nie strącił go z krzesła.

    Bzdura! Bzdura i jeszcze raz bzdura! Nie wiem, o co panu chodzi, ale tym razem mam już nieodwołalne postanowienie. Żegnam!

    Wstał i zaraz usiadł. Usłyszał coś, co osadziło go w miejscu.

    Musimy tam wejść, panie profesorze. Do starego młyna.

    Ale… on nie istnieje.

    Inspektor Florian Madej po raz pierwszy od dłuższej chwili uśmiechnął się szeroko.

    No i właśnie o tym powinniśmy pogadać. Poważnie, bez całej tej ściemy o audiosferach i innych bajerach. Bo kto jak kto, ale pan – profesor od literatury, autor demonicznej powieści o starym młynie i niepijący alkoholik – akurat nie powinien twierdzić, że stary młyn z tamtych notatek nie istnieje. Nie, panie profesorze Aleksandrze Zawijasie. Stary młyn istnieje, podobnie jak ta cholerna cegielnia. I musimy tam wejść.

    Profesor wstał, powtórzył swoje zasadnicze „żegnam” i wyszedł. Być może nawet nieco trzasnął drzwiami, by podkreślić swoje formalne oburzenie, w którym chyba najbardziej bolało bezceremonialne nazwanie go alkoholikiem. Najbardziej oburza prawda o sobie, wypowiedziana przez kogoś innego bez pozwolenia. W ogóle był zniesmaczony.

    A teraz siedział w taksówce i rozmyślał o tym, co byłoby potrzebne do podjęcia nieprawdopodobnej i kompletnie zwariowanej próby wejścia do starego młyna nad małą i dzisiaj już wyschniętą rzeczką o malowniczej nazwie Macocha, całkiem niedaleko stąd, bo zaledwie pięćdziesiąt kilometrów, w południowo-zachodniej Małopolsce. Całkiem niedaleko i bardzo, ale to bardzo daleko. Po drugiej stronie zamalowanego płótna, które oddziela rzeczywistość od literackiej fikcji.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #9

    Całe złoto dnia spłynęło po ścianie lasu do wąskiego potoku, który promienistą strugą podążył dalej w głąb ciemności, owijając pnie drzew bezgłośną cynfolią. Pomruk wieczoru niósł się wilgotnym basem. W gęstniejącej melasie nieba zapalały się pierwsze gwiazdy. Ptaki zasnęły w locie, furkot ich wartkich skrzydeł połknęło stygnące powietrze. Wąż tracił czucie w sztywniejącym ciele. Wiewiórka zacisnęła powieki i łapkami nakryła rudy łeb. Zaszeleściła gałąź. Szła groza.

    Nie wchodź do cegielni – usłyszał Wędrowiec szept znikąd. – Jest tyle dróg do tylu miejsc, możesz wybrać każdą inną, wedle twojej woli. Ale nie tę. Nie musisz wchodzić akurat tutaj. Po co? Po co?

    Siedział na trawie pod okazałą brzozą i oderwanym od serwety kawałkiem płótna usiłował przewiązać ranę na lewym ramieniu. Materiał był krótki i po owinięciu wokół skaleczonego mięśnia niewiele zostawało na węzeł. Mimo to próbował go zaciągnąć, pomagając sobie zębami.

    Po co? Takie pytanie nie istnieje – wyjaśnił nikomu. – Nasze Pismo święte obszernie i szczegółowo referuje powstanie oraz rozwój najlepszego ze światów i znajdziesz tam wszystkie pytania, oprócz tego jednego. Żaden z proroków nie wyjaśnia, po co jest to wszystko. Jest i tyle. Na pytanie „po co” jakby również nieco za późno.

    www.unsplash.com/Sylas Boesten

    Kiedy już uznał odpowiedź na poziomie dyskursywnym za wystarczającą, sięgnął w charakterze wsparcia po argument estetyczny i zanucił przyśpiewkę:

    Nie wchodź do cegielni –

    zahukała sowa –

    bo ci spadną portki,

    a może i głowa.

    Nie wchodź do cegielni –

    zakwakała kaczka –

    bo cię chwyci kaszel,

    a może i sr…

    Nagły świst przeciął pieśń na pół. Zafurczały trafione bełtem liście. Wędrowiec upadł na prawy bok i zwinnym ruchem przeczołgał się za pień. Torba podróżna i broń zostały tam, z przodu, poza zasięgiem ramion. Przywarł do pnia i nasłuchiwał, skąd padł strzał. „Cóż to, miły świecie, nawet śpiewać już nie wolno?”, zdziwił się, było to jednak zdziwienie zastępcze, by tak rzec – figuratywne, ponieważ domyślał się, kto do niego strzelać może. Doszedł wszelako do wniosku, że jeszcze nie czas na tłumaczenia i lepiej poczekać na rozwój wydarzeń mogących przynieść pomyślne zwroty w akcji, należał bowiem do ludzi, którym kapryśna fortuna nie szczędziła swych wdzięków.

    Jakoż wkrótce usłyszał trzask gałązki pod ciężkim butem. Dwadzieścia metrów na lewo. Duże, niezgrabne, sapiące ciało. Jego domysł uzyskał nowe potwierdzenie. Poprzedniego wieczora z nieprzyjemnością odwracał wzrok od resztek jedzenia oklejających tłusty wąs, który teraz stanowił tak stanowczą przeszkodę w bezszelestnym oddychaniu prącego ku niemu przez leśny gąszcz człowieka. Starego i brzydkiego męża, którego największym nieszczęściem była młoda i ładna żona.

    Ciężki krok ucichł. Wędrowiec domyślił się, że napastnik przystanął, by poobserwować okolicę i zorientować się w sytuacji. Kto wie, może nawet uniósł powtórnie naładowaną kuszę i mierzył w mrok wypatrując ruchu, który zdradziłby cel. Nieborak. Po pierwszym chybionym strzale miał na udaną powtórkę mniej więcej takie same szanse, jak na dozgonną wierność swej małżonki. Mmm, pyszności! – westchnął na wspomnienie mlecznych piersi, wyłuskanych spod rozwiązanej bluzki karczmarzowej.

    Odłóżmy słodycz wspomnień. Nasz Wędrowiec uniósł się na łokciach i czubkach palców, po czym ostrożnie przesunął ciało bliżej swych porzuconych w trawie rzeczy. Powinien poczekać, aż zapadnie całkowita ciemność i jego przeciwnik straci resztki przewagi, chęć zabawy wzięła jednak górę. Przywarł ciałem do mokrej ziemi i zacisnął prawą dłoń na rogowej rękojeści swej eleganckiej, napoleońskiej szpady. Lubił ten chwyt. Napełniał jego umięśnione ciało przyjemną wibracją. W precyzyjnym pchnięciu wirującego ostrza jest jakieś oczyszczenie, ulga, jak zanurzenie dłoni w chłodnym strumieniu. Potarł palcem pozłacany kabłąk. Gotowość. Ulga. Gotowość i ulga. Bardzo wolno wycofał się z powrotem za pień brzozy. Rozerwane lewe ramię przestało dokuczać, ból wyłączyła adrenalina. Był napięty i spokojny. Teraz może czekać. Chodź, nieboraku.

    Po kwadransie sapanie powróciło, tym razem bliżej. Ciemność wypełniła przestrzeń między drzewami gęstą mazią i gdzieś z jej głębi dochodziły kroki niezgrabnie skradającego się karczmarza z Nieporaju. Szeleścił trącanymi pędami krzewów, łamał podeszwą patyki, ocierał się o pnie – i szedł. Po śmierć. Nasz Wędrowiec przelotnie pomyślał ze współczuciem o desperacji rogatego małżonka, który z narażeniem życia stanął w obronie resztek honoru małżonki oraz własnego, których przecież już nie było. Zdumiewające, ile energii ludzie tracą

    w obronie spraw beznadziejnych i rzeczy nieistniejących. A wystarczyło odrobinę pomyśleć. Skalkulować ryzyko i zrobić bilans, nieco wcześniej, zanim ruszyły nieodwracalne wydarzenia…

    Z twarzą przy ziemi i szpadą w dłoni miał idealną pozycję do przeprowadzenia ataku z zaskoczenia. Wysoka trawa pochłaniała ostatnie drobiny światła. Drzewa od strony zbliżającego się karczmarza z kuszą otaczał gąszcz zarośli z jednym tylko wąskim przesmykiem. Zbliżając się karczmarz musiał wyjść wprost na niego. Jak każdy otyły człowiek w ciemności – będzie patrzeć przed siebie. Szczupły mógłby przykucnąć i spróbować przemieszczać się na klęczkach, lub wręcz czołgać. Jednak nie ten sapiący grubas, któremu Wędrowiec aż nazbyt dobrze przyjrzał się zza stołu przydrożnej karczmy, nim wymknął się za gospodynią do stodoły. W izbie było tłoczno i gwarno, karczmarz za ladą miał pełne ręce roboty. Żonę wysłał, by zajęła się wieczornym karmieniem dobytku. Kusza wisiała na ścianie za ladą. Pod ręką. Do obrony przed napastliwą klientelą. Czyżby przed kochankami żony również?

    Zaszeleściły trącone liście. Blisko, może pięć metrów. Cztery. Trzy. Ścisnął mocniej rogowy chwyt. Zabić? Ale właściwie po co? Przypomniał sobie oklejony jedzeniem wąs. W Biblii nie ma pytania „po co”.

    Zabić.

    Pierwsze cięcie na wysokości kolan, od tyłu, przez ścięgna. Musi upaść i już nie wstanie. Nigdy. Na Sąd Ostateczny będzie kuśtykał wsparty na żebraczym kiju…

    Szelest rozległ się tuż nad uchem Wędrowca. Naprężył mięśnie i kiedy energia wezbrała w nim jak tamowany wodospad, wypuścił bezgłośny cios. Świst napoleońskiej szpady miał w sobie lekkość wiatru i szybkość jaskółki. Wędrowiec odchylił ciało, by lepiej prowadzić w powietrzu zabójcze ostrze. Zgrzytnęła trafiona kość…

    Czego słuchasz?

    Aaa! Nie strasz mnie! – krzyknęła Zośka zrywając się z łóżka.

    Szybkim ruchem zsunęła słuchawki na szyję, odepchnęła rękę matki i roztrzęsiona zaczęła chodzić po pokoju. Na policzkach wykwitły rumieńce, jakby ją przyłapano co najmniej na masturbacji.

    Hej, spokojnie. – Pani Magda Zawijasowa uniosła obie ręce w obronnym geście. – To już nawet pogadać nie można?

    Jakoś mnie uprzedź, a nie tak… Jezu, chyba mi się serce kopyrtnęło do góry nogami.

    Dreptała w kółko zaciskając lewą dłoń w pięść, prawą teatralnie masując klatkę piersiową. Nosiło ją jak po złotym strzale.

    Mam najpierw wysłać esemesa z kuchni?

    Wystarczy zapukać. Wiesz, co to jest? Puk – puk!

    Dobrze, tak zrobię. Dziękuję za pouczenie. Masz chwilę?

    Jasne. Co jest, mamcik?

    To usiądź przynajmniej. Nie będę mówiła do karuzeli.

    Pojedynek na kose spojrzenia nie trwał długo. Matka wygrała. Zośka usiadła po turecku na środku łóżka, wyprężyła plecy, złączyła kciuki z palcami środkowymi i oparła je na kolanach, jak w pozycji „kwiat lotosu”. Wzięła trzy głębokie oddechy i nawet pomogło.

    Tak jest dobrze?

    Nie musisz się zgrywać, słoneczko. Wystarczy, jeśli dobędziesz ze swego przebogatego wnętrza jedną z bardziej życzliwych masek i założysz na chwilę.

    Zośka rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu.

    Może tak być?

    Niech ci będzie. Skup się, bo chciałam poważnie porozmawiać o ojcu.

    Co z nim? Znowu po godzinach przeprowadza dogłębne konsultacje z jakąś doktorantką?

    Nie. W każdym razie nic o tym nie wiem – odparła Magda Zawijasowa. – Mam nadzieję, że tamte problemy skutecznie zażegnaliśmy, chyba że… znowu jestem tą, która się dowie ostatnia.

    Blady uśmiech miał zbagatelizować nagle wywołaną z przeszłości troskę, ale sukces był chyba tylko połowiczny, ponieważ szybko spytała:

    A ty coś podejrzewasz?

    Nie, tak tylko powiedziałam. Mamcik, spokojnie – Zośka zburzyła kapliczkę kwiatu lotosu i wyciągnęła obie ręce, żeby potrząsnąć mamą za łokieć. – Przecież nic się nie dzieje.

    No właśnie – wpadła jej w słowo Zawijasowa. – Nie zauważyłaś u niego czego podejrzanego ostatnio? Jakichś dziwnych zachowań? Może powiedział coś takiego, co ci dało do myślenia?

    Znów skrzyżowały spojrzenia, by zaraz spuścić wzrok. Tym razem remis. Córka zmarszczyła czoło na znak, że bardzo myśli, matka zmrużyła oczy szukając fałszu w jej reakcjach. Nigdy nie miała rozeznania, jak dalece tamtych dwoje stanowi frakcję przeciwko niej. Komitywa ojców i córek to kawał historii ludzkości.

    Chyba nie – stwierdziła w końcu Zośka wzruszając ramionami. – Gada za dużo, ale to normalka. Jakby zamilkł, to byłoby trochę dziwne. Do pracy jeździ, na terapię chodzi, wszystko jak trzeba. Powiedzże wreszcie, co cię gryzie. Jak nie kochanka, to co? Narobił długów? Zaczął ćpać? Chciał cię uderzyć?

    Profesorowa Zawijasowa cierpliwie potrząsała głową, a przy ostatnim pytaniu zagryzła wargi. Potem przeszła do rzeczy.

    Pamiętasz tę historię z pisaniem powieści przez tatę? Tak, pięć lat temu, wtedy kiedy jeszcze, no wiesz…

    Wiem. Pił.

    www.unsplash.com/Jack Ward

    No właśnie. Twierdził, że alkohol mu pomaga na wyobraźnię, a powieść będzie genialna i musi ją skończyć, inaczej zwariuje. Ile to trwało, rok? Może półtora. Pamiętasz te pokrzykiwania na nas? „Albo oszaleję, albo kogoś zabiję!”, piszczał. To miały być takie żarty, ale mnie wcale nie bawiły. Ciebie chyba też nie, prawda?

    Córka pokręciła głową i wpatrywała się w matkę czekając ciągu dalszego. Robiło się coraz ciekawiej i na chwilę oderwała się od tamtej leśnej fabuły.

    Wtedy, owszem, raz chciał mnie uderzyć. Ale ja nie o tym. Trzy dni temu, jak pamiętasz, miał wypadek. Jakaś kobieta dobiła do niego, a potem na dodatek ciężarówka urwała mu drzwi. Auto stoi w warsztacie, a ojciec jeździ tramwajami i uberem. Nawet za bardzo nie narzeka, bałam się, że będzie gorzej.

    To czego się boisz?

    Tak – przyznała Magda Zawijasowa napotkawszy przenikliwy wzrok córki. – Boję się. Nie wiem, jak ty to zapamiętałaś, ale mnie wtedy dręczyło jego takie jakby… wyizolowanie. Separował się, zamykał w pokoju i nie wychodził całymi godzinami, nawet do toalety. Jak facet pisze i pije przez pół dnia, to powinien przynajmniej raz wyjść za potrzebą, nie wydaje ci się? Albo chociaż po popitkę do kuchni. Potem na szczęście się skończyło. I picie, i pisanie. Zaczął chodzić na terapię i Bogu dzięki trzyma się do dzisiaj. Jakbyś kiedyś chciała wiedzieć, co to jest prawdziwa ulga, daj znać. Opowiem ci. Nie ma dnia żebym nie myślała o tym, jak siedzę i czekam w napiętej gotowości na powrót demonów. Codziennie. Ulga i gotowość. Gotowość i ulga.

    Co??? – krzyknęła Zośka i zakryła dłonią usta. – Co powiedziałaś?

    Przeszył ją dreszcz. Nagle poczuła na twarzy powiew chłodnego, leśnego powietrza, poczuła zapach wilgotnej trawy. Za chwilę usłyszy szelest trącanych liści. I sapanie.

    No nic, chodziło mi o to, że ojciec wtedy był taki niepewny… Ale nie w tym rzecz. Zośka, powiedziałam coś nie tak? – Przyjrzała się uważnie córce. – Czyżbyś jednak chciała mi coś o nim powiedzieć?

    Ta potrzebowała paru sekund, by ukryć zdumienie i powrócić do równowagi.

    Mamo, nie róbmy scen. Tata jest w porządku, odwalmy się od niego. Wykrztuś wreszcie, co masz do powiedzenia, bo mi już bateria uwagi siada.

    No więc, zaraz jak wrócił do domu po tym wypadku, zamiast się przejąć rozwalonym samochodem, wiesz jak go dopieszcza, zaczął opowiadać o audiobooku, którego słuchał po drodze. Że tam było coś dziwnego, coś… znajomego. No dobra, powiem. Twierdził, że na tym audiobooku są nagrane jego notatki. Rozumiesz, kawałki tej cholernej powieści, co ją pisał na bani pięć lat temu. Upierał się, że to na pewno było to, słowo w słowo! Mało powiedzieć, że byłam sceptyczna. Wierzyłam mu mniej więcej tyle, co pięć lat temu, kiedy nawalony jak stodoła zapewniał, że „wszystko jest pod kontrolą”. Brzmiał jednak na tyle przekonująco, że uległam perswazji i zgodziłam się wysłuchać tego kawałka z jego notatkami. Oczywiście niczego tam takiego nie było. Zamiast odetchnąć z ulgą, obraził się na mnie i poszedł na górę.

    A co miał zrobić? – spytała obojętnie Zośka.

    Matka zaskoczona patrzyła chwilę na córkę. To był jeden z tych momentów, kiedy czuła się zdradzona i samotna, mając przeciwko sobie ojcowsko-córczany duet.

    Najbardziej tobym chciała, żeby zapomniał wreszcie o tym pieprzonym Starym młynie! – krzyknęła. – Mam dosyć jego pisaniny! Trawnik mógłby raz porządnie skosić!

    To mu o tym powiedz.

    Mówiłam sto razy! Ale nie o to chodzi, tylko że on jest taki…

    Mamcik – przerwała jej Zośka. – Trzeci albo czwarty raz mówisz, że nie o to chodzi. Może zdecyduj się, co chcesz powiedzieć i po prostu zrób to. Inaczej sobie nie pogadamy.

    Po prostu, po prostu. Łatwo ci mówić. Boję się, żeby tamto licho nie wróciło. Jak sobie pomyślę, że znowu zacznie pisać, to aż mnie mdli. Ech… Dobra, sorry, poniosło mnie, przepraszam. Chciałam tylko sprawdzić, czy nie zauważyłaś czegoś podej… czegoś nietypowego w jego zachowaniu. Rozumiem, że nie. W porządku. To chyba w zasadzie tyle. Już nie przeszkadzam.

    Wstała i wytarła ręce o biodra, jakby to one najwięcej się w tej przemowie napracowały i miały prawo być spocone. Nie rozumiała, dlaczego tyle nerwów kosztowało ją opowiedzenie głupiej historyjki o omamach słuchowych męża. W końcu Olek od pięciu lat był całkiem w porządku. Uczynny i grzeczny (no dobra, trochę neurotyczny), uległy jak ilustracja z podręcznika o prawidłowym ustawieniu domowego mężczyzny. W każdym razie tak wypadał w porównaniu z poprzednim Olkiem, o którym chciałaby jak najszybciej zapomnieć, a którego nalana i woniejąca przetrawioną wódką twarz czasami jeszcze nawiedzała ją w snach.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Wybacz, już sobie idę.

    Pa, mamcik, kocham cię – odparła szybko Zośka i sięgnęła po komórkę, uśmiechając się wyczekująco do matki. Bardzo chciała znowu zostać sama, co Magda Zawijas doskonale widziała swoim czujnym okiem. Dodatkowo jeszcze wyczulonym ostatnio po tej historii z audiobookiem. Co za bzdura. Czas się stąd zabierać, żeby nie wdepnąć w nią zbyt głęboko.

    Właśnie się odwracała, żeby sobie pójść, gdy zabrzęczał telefon w kieszeni jej spodni. Olek. Całkiem, jakby wyczuł…

    Cześć, kochanie, kiedy wrócisz…

    Nie zdążyła dokończyć, kiedy usłyszała jego drżący głos. Ten sam, którego tak pragnęła nigdy więcej nie słyszeć. Wibrował nadczułym timbrem, jak tuż przed napiciem. Cholera, kiedy to się skończy!

    Olek, co się dzieje. Miałeś wypadek?

    Zaczął tłumaczyć, że wróci później, ale słuchała piąte przez dziesiąte. Włączyła głośnik i stanęła przed Zośką ze znaczącą miną. Sama widzisz, jak on brzmi.

    Zośka nie zwracała na nią uwagi. Wpatrzona w gadający ekranik bladła i wierciła się coraz niespokojniej. Papcio coś mętnie tłumaczył o konieczności pozostania na komendzie (policja?), a na koniec zakazał włączania audiobooka, kategorycznie i jak na swoje nerwowe usposobienie – dosyć przekonująco. Zakaz dotknął ją do żywego, a zdziwione oczy rozszerzyły się do dwóch wybałuszonych węgielków.

    Hyyy – jęknęła. – Dlaczego to ma być takie ważne?

    Dopiero kiedy telefon zamilkł, mama zdecydowała się odpowiedzieć.

    Nie wiem, Zotka, ale na wszelki wypadek nie włączaj tego idiotycznego audiobooka. Lepiej teraz nie wyprowadzać z równowagi. Miejmy nadzieję, że wszystko się dobrze skończy. Niech on już wróci do domu.

    Po czym wydała z siebie westchnienie bogini Wiecznej Troski, ucałowała córkę i wyszła z pokoju. Zośka miała nadzieję, że nie zauważyła ruchu jej biodra, którym usiłowała zasłonić leżący na łóżku smartfon. Było to bez sensu, ale co z tego? Powieść znajdowała się gdzieś tam w środku, drobny cyfrowy zapis, który według taty miałby być złodziejem jego notatek do powieści Stary młyn. W obliczu ostatnich wydarzeń otoczenie go mgiełką panieńskiego sekretu wydawało się rozwiązaniem optymalnym. Nie ma lepszego sposobu na podkręcenie ciekawości, niż zakaz. Cień niepokoju, zalegający w niej jak źle strawiony łosoś, odepchnęła w najciemniejszy zakątek swej dziewczęcej duszy. Posłusznie usunął się pod naporem ekscytacji. O tak to było dobre – „najciemniejszy zakątek mej dziewczęcej duszy”.

    Cegielnia, stary młyn – normalnie jak jakieś archaiczne squoty! Gdy tylko ojciec wróci, musi go zapytać o szczegóły tej jego nienapisanej powieści. Możliwe, że była całkiem dobra, a biedna mamcik nic nie zrozumiała.

    Ciekawe, czy też był tam jakiś Wędrowiec.

    Namacała słuchawki ukryte pod zmiętą narzutą i naciągnęła na uszy. Przed powrotem papcia dosłucha przynajmniej tej sceny w lesie. Brrr! Ależ tam się dzieje!

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #8

    Kiedy profesor Zawijas skończył opowieść o własnych notatkach wmontowanych w audiobook Cegielni, ciasny gabinet na trzecim piętrze Komendy Wojewódzkiej ponownie wypełniła gęsta cisza. Za oknem panował już solidny jesienny mrok, rozjaśniany kryształkami błysków z obmytej przez deszcz ulicy Mogilskiej. Techniczna lampa na suficie brzęczała cichutko, jak dyskretny generator myśli, które kotłowały się pod czaszkami obu mężczyzn.

    Może to zwykły plagiat? – zaryzykował inspektor Madej.

    Nie były nigdy publikowane – uciął profesor. – To kradzież zawartości komputera. Ściślej rzecz biorąc, kradzież własności intelektualnej. Zdaje się, że w Polsce stanowi dosyć poważne przestępstwo, policja mogłaby się wykazać.

    Tym się zajmuje prokuratura z powództwa cywilnego. Musiałby pan wnieść sprawę osobiście. I przedstawić dowody, a te – na ile dobrze zrozumiałem – zaistniały wyłącznie w pańskich uszach. I tylko przez jakiś czas.

    Zamilkli. Profesor szukał argumentów, które pozwoliłyby mu odeprzeć tak ewidentne oskarżenie o nierównowagę i oralne złudzenia, jego akademicka uczciwość nakazała mu jednak zgodzić się z faktem, że takich argumentów nie miał. Nikt oprócz niego nie słyszał tych słów. Przy postronnych słuchaczach kradzież się nie ujawniała. „A może – pomyślał Zawijas – rzeczywiście miałem omamy?”

    Zgoda –– powiedział głośno. – Tylko że kilka razy z rzędu. Zawsze, kiedy słuchałem sam.

    Inspektor kiwał głową, jakby się zgadzał. Trudno było jednak powiedzieć, na co konkretnie, ponieważ nie sprawiał wrażenia przekonanego, zajęty jakimś własnym tokiem rozumowania.

    Panie profesorze – zaczął wreszcie – skoro już tu siedzimy i mamy przed sobą przedmiot naszych wątpliwości, to może zróbmy eksperyment? Posłuchamy najpierw razem, a potem pan posłucha sam, i porównamy obie wersje. Gdzieś tu miałem przenośny odtwarzacz…

    Nie! – krzyknął profesor. – Nie chcę!

    Na myśl o kolejnym wchodzeniu w tę pokręconą opowieść o cegielni zareagował nagłym skurczem żołądka. W środku palił go roztopiony ołów. Przypomniał sobie tamte słowa: Wieczność jest niema i przeraził się, że znowu w niego uderzą tą dziwną, otumaniającą falą, która omal nie zrzuciła go ze schodów. Nie potrafił jej wyjaśnić, ale brzmiała jak echo i przypominała mu inny głos, z bardzo dalekiej przeszłości, gdy był jeszcze dzieckiem. Nie chodziło o znaczenie, dobrze znał słowa z własnych notatek, raczej o brzmienie, samą artykulację głosek. Ktoś już kiedyś tak do niego mówił, natarczywie i żałośnie, jakby prosił o ratunek. Żądał go.

    www.unsplash.com/Jon Tyson

    Pamięć zdumiewa. Jak w kufrze na strychu, chowamy w niej przedmioty z przeszłości, magazynujemy ile się da z naszego życia, by choć trochę ocalić. To na poziomie świadomości. Ale jest również druga pamięć, głębsza i znacznie mniej uporządkowana. Przypomina raczej kubeł śmieci, gdzie bez porządku mieszają się kawałki materii, szczątki roślin, pojedyncze klatki filmu, strzępy głosów, smużki zapachów… Stoi sobie to wiadro gdzieś w najciemniejszym kącie piwnicy, na samym dnie duszy, i czeka na promień światła, który wywoła je z niebytu. Może nim być cokolwiek, na przykład dotknięcie materiału, takiego samego jak ten, z którego mama zrobiła twój pierwszy sweterek. Kolor plastiku, ten sam, co na tamtej przedszkolnej zabawce, twojej pierwszej miłości. Aromat ciepłego wiejskiego chleba, przypominający tamte, pieczone przez babkę w domowym piecu. Linijka wiersza z pierwszej samodzielnie przeczytanej bajki. Przebija cię w najmniej spodziewanej chwili i nie prowadzi donikąd, jest ślepą uliczką wspomnienia, które uderza znienacka i równie nagle się cofa. Bez konsekwencji, jeśli nie liczyć krótkiego ukłucia bólu.

    Mniej więcej coś takiego przytrafiło się profesorowi na schodach, gdy głowę wypełnił mu tamten okrzyk. Ktoś już kiedyś tak wołał do niego i był absolutnie pewien, że nigdy więcej tego krzyku nie chce słyszeć.

    Dlaczego nie? – zdziwił się inspektor. – Przecież to pański jedyny dowód.

    Nie mam zamiaru wnosić żadnego oskarżenia. Jak pan sam zechciał zasugerować, zrobiłbym z siebie kompletnego idiotę posuwając się do czegoś takiego. Nie, dziękuję, dowody są zbędne, nie wiem zresztą, czego miałyby dowodzić. Że trapią mnie omamy słuchowe? Pan wybaczy. Chyba już mi lepiej, czy mogę iść?

    To była akurat prawda. Miał ochotę jak najszybciej stąd wyjść. Trapiły go nie omamy słuchowe, tylko mocne przekonanie, że nie powinien już dłużej siedzieć w tym ciasnym i dusznym gabineciku, nieprzyjemnie podobnym do karceru, w którym spędza się czas za karę, a nie dla przyjemności. Oparł dłonie na blacie i wtedy zabrzęczała komórka inspektora. Opuścił ręce.

    Co jest, Macerak? – warknął inspektor, niezadowolony, że mu przerywają w kluczowym momencie. W miarę słuchania jego złość przechodziła w zainteresowanie, o czym bezbłędnie informowała jego tężejąca twarz. Wetknął palec wskazujący w otwór płyty z audiobookiem i mimowolnie obracał ją palcami. „Żywy odtwarzacz”, przemknęło profesorowi przez myśl. Siedział i czekał. Teraz nie wypadało wychodzić.

    Możesz to powtórzyć? – poprosił Madej i dotknął palcem wyświetlacza.

    Ale co? – spytała głośno komórka.

    Macerak, skup się. Jak powtórzyć, to znaczy że to samo, tylko jeszcze raz.

    Aha. No więc miał pan dobrą intuicję. Dzwoniła mama tego Damiana, co się utopił na Zakrzówku, że znalazła płytkę z tytułem Cegielnia. A na laptopie jej córka przejrzała folder z muzyką i znalazła ten sam audiobook na mp3. Znaczy, chłopak przegrywał sobie na telefon. Musiał słuchać.

    Uniesione brwi inspektora mówiły do Zawijasa: „I co pan na to?”, podczas gdy palce bawiły się obracaniem krążka.

    Dalej.

    No więc…

    Macerak, błagam! Nie zaczynaj jak analfabeta każdego zdania od „no więc”. Wytęż umysł. Przeskocz samego siebie.

    Now… Jeszcze jeden przypadek jakby był trochę podobny – ciągnęła na głos komórka. – Dziewczyna poszła na spacer nad Wisłę, na bulwar, no ten, co się nazywa jak z Potopu

    Kurlandzki.

    No wł… tak! Założyła słuchawki na uszy, położyła się na trawie i po prostu umarła.

    Na co? – wyrwało się profesorowi.

    Właściwie na nic… przepraszam, dobry wieczór, aspirant Macerak…

    To profesor Aleksander Zawijas – szybko wtrącił inspektor. – Specjalista od literatury. Próbuję go namówić do pomocy, ale na razie bezskutecznie.

    Aha. Now…, tak, lekarz wpisał serce jako przyczynę zgonu, bo niczego innego nie znaleźli. Jej matka sprawdziła: dziewczyna słuchała Cegielni.

    www.unsplash.com/phil hearing

    Dobrze, Macerak. Dzięki. Zadzwoń do tych ludzi i jakoś oględnie im powiedz, żeby na razie nie słuchali tego audiobooka. Nie mów nic o naszych podejrzeniach, po prostu niech nie dotykają pliku, to znaczy tej cholernej płyty, bo stanowi dowód w sprawie. Jakoś tak. I nie zaczynaj od „no więc”, bo cię zignorują.

    Jasne, panie inspektorze, tak powiem. Może być tylko problem z matką tej dziewczyny znad Wisły. To dziennikarka z „Wyborczej”.

    O kurwa – jęknął Madej. – A która?

    No, ta… Massa.

    Czemu mi o tym wcześniej nie powiedziałeś? Jasna dupa! Jej córka zmarła na serce nad Wisłą? Cholera, cholera! Był przy tym jakiś prokurator? Jest sprawa?

    No właśnie nie. Protokół z sekcji, na jej żądanie. A potem cisza.

    W takim razie do niej nie dzwoń. I szukaj dalej. Tylko ostrożnie.

    Rozłączył się i spojrzał na profesora wzrokiem pełnym wszelkiej wymowności.

    Nie lubi pan „Wyborczej”? – spytał Zawijas z rozbawieniem.

    Lubię. Ci dziennikarze są cholernie dociekliwi i nieustępliwi. I to jest problem.

    Chodzi panu o to, że jak się baba doczepi, to nie popuści?

    Niech pana Bóg broni mówić o niej „baba”! – zakrzyknął Madej unosząc obie ręce. – Jak to usłyszy, udusi pana w feministycznym sosie i zje zagryzając sałatką z gendera.

    Kto?

    Marta Massalska, tygrysica krakowskiego dodatku „Wyborczej”. Przepis na ten drink jest prosty: spirytus, proch strzelniczy i pokruszone żyletki. Jeśli się dowie o tych podejrzeniach, nici z dyskrecji. Nasze fotografie wylądują na pierwszej stronie, ze zmierzwionymi włosami i kosym spojrzeniem, nieco niewyraźne, nad głowami wielki tytuł: TROPICIELE AUDIOBOOKA ZABÓJCY! Na pewno chcemy takiej medialnej sławy?

    Profesor skrzywił się w uśmiechu i pokręcił głową.

    Proszę nie używać liczby mnogiej. Nie my, tylko pan, ponieważ ja jednak chciałbym się pożegnać i wrócić do swoich zajęć. Nie będę się wypierał, sprawa do pewnego stopnia jest intrygująca i nie wątpię, że z odrobiną samozaparcia ją pan wyjaśni. Beze mnie. Nie widzę tu dla siebie roli. Mogę jedynie ze swej strony zapewnić, że nikt się ode mnie nie dowie o tej dziwacznej historii, i że nigdy więcej nie pozwolę sobie nazwać pani Massalskiej „babą”. A co do zabijającego audiobooka, to proszę mi wybaczyć, ale reprezentuję instytucję naukową i pańskie sugestie nie mieszczą się w jej paradygmacie badawczym.

    Wstawszy zdjął z oparcia przemoczony płaszcz, który zaczął już aromatycznie parować, i narzucił go z elegancją na ramiona. Powróciła przemożna chęć, by natychmiast opuścić to ciasne pomieszczenie i wyjść wreszcie na chłodną ulicę, przyjemnie rześką od wrześniowego deszczu. Chciał głęboko odetchnąć, uwolnić się, zejść z tej niezwykłej sceny, na którą wepchnął go ciąg jak najbardziej zwykłych zbiegów okoliczności. Głos w jego głowie zamilkł, strach minął, drżenie ustało, puls zwolnił. Potrzebny był jeszcze oddech. Wyluzowanie.

    Audiobook, który zabija. On przeżył, ponieważ zdążył wyhamować. Nie samochód, tylko narrację. Jest literaturoznawcą, dlatego potrafi panować nad fabułą, w przeciwieństwie do czytelników amatorów, którzy wpadają w nią jak mucha do miodu i nie mogą się już wydostać. Ocalał, bo sam pisze i wie, co to jest pisanie.

    Kompletna bzdura.

    Zawijas, idź do domu.

    Pójdę już, inspektorze – powiedział wyciągając rękę. – Powinienem dodać „niech pan zadzwoni, jakby co”, ale właściwie nie wiem, czy chcę. Do widzenia.

    Jego wyciągnięta dłoń zawisła nad stołem.

    Niech mi pan da minutę – powiedział inspektor podnosząc się z krzesła. – Tylko jedną minutę, sam ją pan wybierze. Z pierwszej części, która ma dokładnie dwadzieścia jeden minut i piętnaście sekund. Dowolna. Pan wybiera, ja puszczam i słuchamy obaj. Przecież to i tak kompletna bzdura,

    (jak on to usłyszał???)

    więc nic nam nie grozi. Bardzo pana proszę. Jedna minuta.

    Zanim profesor zdążył odpowiedzieć, Madej ruchem prestidigitatora wyjął spod biurka przenośny odtwarzacz z otwartą na wierzchu klapą i włożył doń krążek CD.

    To jak, która? – spytał z palcami uniesionymi nad odbiornikiem jak nad kapeluszem, z którego zaraz wyskoczy królik.

    Jedenasta – odparł odruchowo profesor i ugryzł się w język. – To znaczy nie, wolałbym jednak nie…

    Pierwsze słowo się liczy – mruknął inspektor Madej i już wciskał klawisz z wyszukiwaniem. Gdy dotarł do właściwego miejsca, uniósł palec w gotowości i wskazał profesorowi krzesło. Ten po raz trzeci usiadł, z lekkim skurczem w żołądku. Wielkie oczodoły głośników kierowały wprost ku niemu nieżyczliwe spojrzenie.

    Jedna minuta – powtórzył policjant z uniesionym palcem, jakby podkręcał napięcie przed spektaklem. Wcisnął PLAY i stał nad urządzeniem jak alchemik nad kotłem.

    Głos chrypiał nieznośnie niskim basem, a miejscami warczał zupełnie jak pies, który nauczył się mówić. Mógł być głosem kogokolwiek, czegokolwiek, ale na pewno nie był głosem lektora zatrudnionego do czytania powieści.

    się wam wydawało, że możecie sobie chodzić po tej ścieżce tam i z powrotem? Wybijcie to sobie z głowy, słyszycie? Moja ścieżka, mój las, moja cegielnia – wszystko tu jest moje! Kto raz wszedł, zostaje na zawsze. Okruchy zmiotłem ze stołu, ogień w piecu rozpaliłem, warzę godziwą strawę specjalnie dla was i czekam. A żebyście nie ociągali się zbyt długo, wysyłam gońców z ponagleniem, pojmiecie znaki niechybnie. Jakoż słoneczna tarcza w koronie z krwi ku zachodowi się chyli.

    Ta ścieżka jest tylko dla was. Czekam. Nie zaczynamy zdania od „nowięc”? No więc, profesorku, nie wybieraj się jeszcze do domu. Tu teraz twoje miejsce i twój czas. Słuchaj uważnie poleceń pana inspektora, albowiem mamy razem sporo do zrobienia.

    A na końcu was zabiję. Bo to jest ścieżka tylko w jedną stronę. Rozumiecie? Rozu… jedną… zrobieni… biję…

    Pstryknął klawisz stopu. Palec zamarł w powietrzu, jakby groził odtwarzaczowi. Następnie inspektor uległ zawodowemu odruchowi i zaczął uważnie oglądać ściany i sufit w poszukiwaniu podsłuchu. Miał przy tym minę kogoś, kto usilnie chce dać do zrozumienia, że się nie przejął. Próbował pogwizdywać.

    Aleksander Zawijas roztrzęsioną ręką sięgnął po komórkę.

    Magda? Wszystko w porządku? Nigdzie nie wychodźcie! Jestem na policji, nic mi się nie stało. Nie potrąciłem nikogo, przecież samochód mam w warsztacie. Słuchaj – pod żadnym pozorem nie słuchaj tego audiobooka, rozumiesz? Absolutnie! Ani Zośka, ani Jacek. Nikt! To bardzo ważne! Później ci wytłumaczę! Bardzo ważne! Przyrzeknij! Pa, niedługo wrócę. Pa.

    Rozłączył się i oparł łokcie na blacie, wbijając wzrok w odtwarzacz z kręcącą się na jałowym biegu płytką.

    To pańska mistyfikacja? – spytał.

    Nie, to pański dowód – odparł inspektor Madej.

    Na co właściwie?

    Że nie miał pan omamów słuchowych, profesorze. Z tym audiobookiem naprawdę jest coś nie tak. Bardzo mocno nie tak.

    Z nim, czy z nami? – spytał profesor. Nie usłyszał odpowiedzi i odczuł z tego powodu niemałą ulgę.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #7

    7.

    Korytarz tonął w półmroku i zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Po pięknym weekendzie, spędzonym przez krakowian na wycieczkach za miasto, przyszło poniedziałkowe załamanie pogody z wiatrem, deszczem i brutalnym przypomnieniem, że idzie jesień. Ludzie przemykali chodnikami skuleni pod parasolami, które złośliwe podmuchy wywracały na lewo i zamieniały w śmieszne grzybki. Na zardzewiałych rynnach kamienic wisiały strzępy szmacianych chmur, rzucając cień na stare miasto. Oświetlenie Wojewódzkiej Komendy Policji pewnie ustawiano według pory dnia, a nie natężenia światła, dlatego ciemność zalegała w korytarzu, przemierzanym teraz przez profesora Aleksandra Zawijasa przy akompaniamencie skrzypiących od wilgoci butów.

    Nigdy nie był na policji. Życie zbiegło mu na mieszczańskiej przyzwoitości, komfortowej i do bólu nudnej, pozbawionej choćby drobnych kolizji z prawem. Nawet roweru mu nigdy nie skradziono, choć przez wiele lat jeździł nim do pracy i na całe dnie zostawiał pod Collegium Novum, tuż przy Plantach, czasem przypinając do stojaka, a czasem nie. Marsz długim korytarzem policyjnego budynku budził więc zrozumiałą ekscytację. Policja. Centrum dowodzenia sprawiedliwości. Gniazdo szlachetnych szerszeni, atakujących natychmiast, gdy tylko ktoś naruszy prawo. Wyobrażał sobie, że nagle któreś drzwi się otworzą i dwóch zamaskowanych czarnoludów wyprowadzi w kajdankach jakiegoś biznesmena albo księdza pedofila ze spuszczoną głową i zamazanymi rysami twarzy, jak w wiadomościach telewizyjnych.

    Trochę też się bał. Przyszedł na wyraźną prośbę inspektora, zaraz po zajęciach, zaniepokojony tym jednym intrygującym słowem: Cegielnia. Wykład o autofikcji w prozie współczesnej w ogóle mu nie wyszedł, choć to jeden z jego ulubionych tematów. Zakłócały go obijające się pod czaszką pytania. Skąd oni wiedzieli o Cegielni? Czyżby ta kobieta z wypadku podsłuchała i doniosła? I co w tym złego, że słuchał audiobooka? Nie jest zakazane. I skąd miałaby wiedzieć, czego słuchał? No, chyba że sama też miała tę płytę w samochodzie…

    Uskoczył w bok, a serce stanęło mu w gardle, gdy drzwi tuż obok otwarły się z rozmachem.

    Dzień dobry, panie profesorze, zapraszam – powiedział człowiek w progu i zaraz cofnął się do środka.

    Dzień dobry.

    Na więcej nie było go stać, więc tylko chrząknął, by uspokoić walące serce.

    Wszedł do niewielkiego, kwadratowego gabinetu, pachnącego kawą i kurzem. Całe umeblowanie stanowiło biurko z fotelem o wytartych oparciach, krzesło po drugiej stronie oraz regał z segregatorami. Okno wychodziło na wiadukt kolejowy nad Mogilską. Profesor przerzucił mokry płaszcz przez oparcie, uścisnął wyciągniętą dłoń inspektora i usiadł zastanawiając się, czy ten nagły atak otwartymi drzwiami to sposób na zmiękczenie delikwenta, który przychodzi na policję z postanowieniem, że będzie nieugięty i twardy. Tak uczą na filmach. Żeby się nie dawać.

    Inspektor wychwycił niepewność swego gościa i pośpieszył z przeprosinami.

    Proszę mi wybaczyć, nie chciałem pana napadać. Po prostu zadzwonili z dołu, że pan idzie i… chciałem być uprzejmy. Zdaje się, że nie do końca mi wyszło.

    Nic się nie stało – odparł profesor starając się ukryć ulgę. Nie jest podejrzanym, tylko gościem. Uff.

    Napije się pan czegoś?

    Nie, dziękuję.

    Miał ochotę na mocną czarną kawę, w Polsce jednak za pierwszym razem się odmawia. Taka tradycja. Inspektor też ją znał.

    I tak muszę sobie dorobić, więc to nie problem – powiedział wskazując swój pusty pękaty kubek z wizerunkiem trupiej główki i podpisem: KOCHAJ MNIE KOCHAJ.

    Nie czekając na odpowiedź wyjął drugi kubek, bez napisu, i ustawił obok swojego. Do obu nasypał kawy rozpuszczalnej metodą „na trzęsionkę”, gubiąc parę ziarenek na podłogę. Zgarnął je butem pod biurko i uśmiechnął się przepraszająco.

    Mleko? Cukier?

    Profesor pokręcił głową i przyglądał się swojemu uprzejmemu gospodarzowi. Jak na policjanta był w wieku dosyć zaawansowanym, by nie rzec – emerytalnym. Ile mógł mieć lat – czterdzieści osiem? Pięćdziesiąt pięć? Być może nawet był starszy od profesora. Brzuszek pod płócienną marynarką z łatami na łokciach bynajmniej nie odejmował mu lat, za to z pewnością pogarszał sprawność bojową. W każdym razie trudno było sobie go wyobrazić jako szerszenia w ataku.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Kiedy inspektor uporał się z kawami i opadł na wytarty fotel, zażądał dyskrecji.

    Zanim panu postawię parę pytań, bardzo proszę, aby ta rozmowa została między nami. Jeśli to zabrzmiało zbyt łagodnie, powiem ostrzej: nie wolno panu nikomu wspominać o naszej rozmowie. To absolutnie fundamentalna sprawa. Dodam, że ten sam zakaz dotyczy mnie.

    Profesor najpierw skinął głową, a potem otworzył usta chcąc zadać pytanie, ale inspektor go uprzedził:

    Proszę mi opowiedzieć o Cegielni.

    Ale co?

    Wszystko.

    Chodzi panu o streszczenie? Wykładnię? Dane bibliograficzne? Tego ostatniego nie znam, ale mogę się łatwo dowiedzieć…

    Wątpię. Czytał ją pan?

    Słuchałem. Mam audiobooka.

    A papierowa wersja?

    Nie kupiłem. I tak mam za dużo książek, w każdym razie żona tak twierdzi.

    To niech pan streści.

    Proszę?

    Profesor grał na czas. Wraz z bezceremonialnym pytaniem inspektora o Cegielnię powrócił lęk. Facet okrężną drogą próbuje wyciągnąć z niego informację o wypadku – co się faktycznie wydarzyło i kto za to odpowiada. Powinien być ostrożny. Właśnie miał postawić kolejne pytanie, które dałoby mu chwilę zwłoki, gdy inspektor znowu go uprzedził:

    Proszę się nie obawiać, panie profesorze, nie chodzi o pański wypadek na Konopnickiej. Kieruję Wydziałem Kryminalnym w Wojewódzkiej Komendzie Policji i zapewniam, że nie zajmujemy się tutaj urwanymi drzwiami i wgniecionymi błotnikami. Od tego są służby miejskie. Proszę mi powiedzieć, co pan wie o tej książce. O tym audiobooku.

    Zapach kawy dotarł wreszcie do rozwartych z przejęcia nozdrzy profesora Zawijasa. Sięgnął po kubek, siorbnął gorącej smoły, odstawił i już otwierał usta, by zabrać się do streszczenia tego, czego zdołał wysłuchać w samochodzie podczas jazdy do pracy i z powrotem, gdy nagle znowu zdrętwiał. Powiedzieć? Nie powiedzieć?

    Jeszcze jej nie dosłuchałem do końca – zaczął powoli, zbierając rozbiegane myśli. – Ogólnie rzecz biorąc, jest to historia samotnego Wędrowca, nieco zdziwaczałego oryginała, który lubi niebezpieczeństwa i szuka ich na przekór rozsądkowi oraz życzliwym radom napotkanych ludzi. Lubi ryzykować, a jego drogowskazem jest własny strach. Włóczy się po świecie w jednym tylko celu – by odwiedzić miejsca, których się boi. Gdy tylko takie napotka, natychmiast tam kieruje swe kroki. Dosłuchałem do punktu, w którym na końcu ścieżki Wędrowiec widzi budynek opuszczonej fabryki, prawdopodobnie tytułową cegielnię, i skręca ku niej. W oknie zapala się i gaśnie światło…

    Kto jest autorem?

    Profesor Zawijas podrapał się po głowie.

    Mówiłem już, że nie wiem. Pytałem w księgarni, też nie wiedzieli.

    Spodziewał się, że taka informacja wywoła w inspektorze zdziwienie, albo chociaż irytację. To nie takie znowu normalne, żeby książka z audiobookiem nie miała żadnych bibliograficznych informacji oprócz tytułu. Człowiek siedzący naprzeciw niego zareagował jednak z całkowitym spokojem. Kiwał głową i chrumkał, jakby profesor tylko potwierdzał jego podejrzenia.

    Kojarzy ją pan z jakimś innym dziełem? Da się tę zasraną Cegielnię z czymś porównać?

    O, brzydkie słowa. Sprawa wyzwalała w inspektorze prawdziwe emocje, jakby powiedziała jego terapeutka. Poczuł się pewniej.

    Bo ja wiem. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to Stara cegielnia Jarosława Iwaszkiewicza, ale ona jest o czym innym. Zwykłe opowiadanie. Przydługie, ale dobre. Nie rozumiem jednak, o co chodzi…

    Natrafił pan w niej na coś dziwnego? Coś, co by nie pasowało do reszty?

    A jednak. Niech to szlag. Czyli chyba złapali tego hakera, co się włamał do jego komputera i ukradł notatki, i teraz gromadzą dowody. Tekst zapewne był opatrzony jakimś symbolem, który ich naprowadził na niego.

    Czy mógłbym prosić nieco konkretniej?

    Jeszcze chwilę. Na razie powtórzę prośbę: proszę mi powiedzieć wszystko, co pan wie o tym audiobooku. Wszystko, rozumie pan?

    Za oknem dmuchnął wiatr i z topoli poleciały żółte liście. Samochody na Mogilskiej szumiały oponami na mokrym asfalcie, dzień szmaciał w brudny zmierzch. Profesor z odwróconą na bok głową obserwował to powolne ciemnienie poniedziałku, a w uszach brzmiały mu słowa: Słońcu nie daję wiary, dopóki nie zajdzie. Dopiero gdy zniknie za horyzontem i stanie się echem odeszłego na zawsze dnia, zaczynam mu ufać…

    www.unsplash.com/Osman Rana

    Nagle drgnął. Oczywiście, że tu nie chodzi o żadnego hakera, tylko coś znacznie gorszego! Powinien był się domyślić od początku. Wyobraził sobie swoje słowa jak wiązankę linijek skręcających się w gruby sznur, który pan inspektor zakłada mu na szyję. Postanowił działać.

    To wszystko, nie mam nic więcej do powiedzenia. Natomiast, jeśli pan pozwoli, teraz ja chciałbym o coś spytać. Podobno jest pan szefem Wydziału Kryminalnego w Komendzie Wojewódzkiej i nie zajmuje się prostowaniem błotników, czy jak tam był pan łaskaw się wyrazić. Rozumiem, że waszym głównym zajęciem są morderstwa. Dobrze mówię? Jeśli to jest przesłuchanie w sprawie morderstwa, to dlaczego nie poinformował mnie pan, co to za sprawa? I dlaczego nie ma tutaj asystenta z laptopem, który spisuje protokół? Czy nie powinienem mieć prawa do informacji i adwokata?

    Proszę się uspokoić, profesorze – zaczął inspektor, ale Zawijas nabrał wiatru w żagle. Do poprzednich strachów doszedł nowy: ktoś zamordował tego sprzedawcę w Taniej Książce na Grodzkiej i jest wśród podejrzanych.

    Jestem spokojny, jeśli spokojem można nazwać moje rosnące zdziwienie tą rozmową. Prosi mnie pan o dyskrecję, chociaż nie pojmuję jej powodów i nie bardzo rozumiem, dlaczego miałbym się dostosować. Jeśli ma pan problemy z ogarnięciem akcji popularnej powieści, proszę przyjść na nasze zajęcia z przedmiotu „Czytanie ze zrozumieniem”. Można wiele skorzystać, bez angażowania mojego czasu, który mógłbym spożytkować na bardziej pożytecz…

    Czy książka może zabić?

    Pytanie padło znienacka i wytrąciło go z równowagi.

    Nie wiem. Jeśli jest odpowiednio ciężka…

    Chodzi mi o treść.

    O treść?

    Tak. Czy książka może zabić tym, o czym opowiada? Spotkał się już pan z takim przypadkiem?

    Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem, ale chodzi panu o to, czy można zabić po przeczytaniu książki? Owszem, były takie przypadki. Mordercy czasem sugerują się fabułą. Najbardziej jaskrawy to chyba Mein Kampf. Cały naród wpadł w morderczy szał…

    Inspektor Madej nie wydawał się usatysfakcjonowany. Przytakiwał głową jak ludzie, którzy w głębi duszy się nie zgadzają z tym, co słyszą.

    Pan mówi o inspiracji, a mnie chodzi o coś więcej. Nazwałbym to, bo ja wiem, nakłanianiem do zbrodni. Tak to się nazywa w kodeksie. Myśli pan, że książka może nakłonić do morderstwa? Albo samobójstwa?

    Samobójstwo to już prędzej – powiedział w zamyśleniu profesor. Strach usunął się w cień, wyparty przez profesjonalną zadumę. – Po ukazaniu się Cierpień młodego Wertera przez Europę przewaliła się fala samobójczych śmierci. Najgłośniejsze z nich popełnił poeta Heinrich von Kleist, zastrzelił najpierw swoją ukochaną, a potem siebie. U nas tak zwany „efekt Wertera” najlepiej widać u młodego Mickiewicza, zwłaszcza w Dziadach

    Tak, tak – potakiwał inspektor bez przekonania. W końcu pochylił się i sięgnął do szuflady biurka, skąd wyjął znany profesorowi krążek CD, słuchawki z komórką i plik papierów w zielonej teczce. Rozłożył to wszystko przed nim jak dowody, których jednoznacznej wymowy nie trzeba nikomu tłumaczyć. Westchnął i przeszedł do swojego problemu.

    Prosiłem pana o dyskrecję, ponieważ o efektach naszej rozmowy nie zamierzam na razie nikogo informować, a wręcz przeciwnie. Mam tu szereg śmiertelnych przypadków z ostatnich kilku miesięcy, kwalifikujących się najczęściej jako wypadki, czasem jako samobójstwa, dwa z nich najbardziej przypominają nieumyślne spowodowanie śmierci, a jeden jest ewidentnym morderstwem. Są bardzo różne. Ktoś wyskoczył przez okno, ktoś inny walnął samochodem w wiadukt, pewna dziewczyna wpadła pod tramwaj – standard, powiedziałbym, gdyby to nie brzmiało niegrzecznie wobec tych biednych ofiar. Zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci dotyczy sprawcy karambolu na autostradzie oraz operatora dźwigu, który spuścił na kolegę betonowy krąg. Morderstwo popełnił człowiek wkurzony na swoją konkubinę za to, że mu chciała podać obiad do stołu. I nie chodziło o słoną zupę.

    A o co?

    No właśnie – ciężko sapnął inspektor. – Nic tych przypadków nie łączy, poza jednym: wszyscy w krytycznej chwili słuchali audiobooka Cegielnia.

    Cisza zalała niewielki gabinet. Inspektor przyglądał się z zainteresowaniem, jak jego gość usiłuje wziąć oddech przez ściśnięte gardło. Zamiast tego zdołał tylko głośno przełknąć ślinę. Jego wzrok niespokojnie szukał czegoś na biurku.

    Może wody? – zaofiarował się inspektor Madej widząc pobladłą twarz profesora.

    Nie – odparł Zawijas, po czym sięgnął po podaną mu szklankę. Wypił duszkiem i poprosił o jeszcze.

    Wiem, o czym pan myśli. Że Cegielnia pana również chciała zabić. Bo słuchał jej pan wtedy, prawda? Proszę nie obrażać mojej inteligencji i nie zaprzeczać, pańska twarz już mi odpowiedziała. To jest moja, spóźniona, odpowiedź na pytanie o powody naszego spotkania, a nie dlatego, że jest pan literaturoznawcą. Oczywiście, niczego nie ujmując pańskiemu profesjonalizmowi. Po prostu jako jedyny znany mi przypadek przeżył pan i jakimś cudem skończyło się tylko na urwanych drzwiach. Chciałbym wiedzieć, jakim.

    Że co?

    Życzliwy uśmiech zszedł z jowialnego oblicza inspektora.

    Jakim cudem pan przeżył?

    Nie mam pojęcia – odparł stanowczo profesor.

    Darujmy sobie te dziecinne udawania. Chcę wiedzieć, co spowodowało, że pan nie zginął w tamtym wypadku na Konopnickiej.

    Nie mam pojęcia – powtórzył Zawijas. – Przypadek. Odruch. Refleks. Korek. Wszystko po trochę. Nic więcej nie umiem powiedzieć. Jestem profesorem od książek do czytania, nie do zabijania. Czy mogę już iść?

    Przez chwilę mierzyli się wzrokiem i profesor Zawijas był z siebie bardzo dumny, że wytrzymał świdrujące spojrzenie inspektora. Pogratulował sobie w duchu postępów, z których kobra lakanistka z pewnością byłaby zadowolona. O ile takie zjawiska mogą w ogóle odczuwać zadowolenie.

    Oparł obie dłonie na blacie, tuż przed brązowymi słuchawkami bezprzewodowymi Oliwii Derko, o której nigdy nie słyszał, a która wkrótce miała mu uratować życie, i powtórzył:

    Mogę iść?

    Odpowiedziało mu kolejne ciężkie westchnienie Madeja.

    Tak. I proszę nikomu nie wspominać.

    Pożegnali się krótko i profesor wyszedł na korytarz, gdzie wykonał strzelisty akt oddechu. Co za ulga! Raźnym krokiem ruszył przed siebie, a kiedy schodził po schodach, zaczął nawet pogwizdywać pod nosem.

    Nagle zamarł w pół kroku. Postawił torbę na stopniu i obiema kciukami ścisnął skronie. Paliły jak przy najgorszej migrenie. Wieczność jest niema. Oparł się o ścianę, by nie upaść. Wieczność jest niema. Nogi mu zmiękły i osunął się na ziemię dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy odebrał telefon od inspektora. Jak pogłos w pustej kadzi niosło się w jego obolałej mózgownicy:WIECZNOŚĆ JEST NIEMA! NIEMA! NIEMA!

    Ale ja mówię! – krzyknął i natychmiast zatkał sobie usta dłonią. Z trudem podniósł powieki. Siedział na schodach Komendy Wojewódzkiej w Krakowie i przed sobą miał mnóstwo stopni w dół, bardzo wiele, jakby schodziły do samego piekła.

    Nie! – zawołał i wtedy poczuł, jak ktoś kładzie mu rękę na ramieniu. Wzdrygnął się, ale ramię niemal emerytowanego inspektora ścisnęło go z zadziwiającą siłą.

    W porządku? – spytał Madej i nie czekając na odpowiedź dodał: – Chodźmy sobie wreszcie raz porządnie to wszystko opowiedzieć.

    Cdn.