Kiedy profesor Zawijas skończył opowieść o własnych notatkach wmontowanych w audiobook Cegielni, ciasny gabinet na trzecim piętrze Komendy Wojewódzkiej ponownie wypełniła gęsta cisza. Za oknem panował już solidny jesienny mrok, rozjaśniany kryształkami błysków z obmytej przez deszcz ulicy Mogilskiej. Techniczna lampa na suficie brzęczała cichutko, jak dyskretny generator myśli, które kotłowały się pod czaszkami obu mężczyzn.
–Może to zwykły plagiat? – zaryzykował inspektor Madej.
–Nie były nigdy publikowane – uciął profesor. – To kradzież zawartości komputera. Ściślej rzecz biorąc, kradzież własności intelektualnej. Zdaje się, że w Polsce stanowi dosyć poważne przestępstwo, policja mogłaby się wykazać.
–Tym się zajmuje prokuratura z powództwa cywilnego. Musiałby pan wnieść sprawę osobiście. I przedstawić dowody, a te – na ile dobrze zrozumiałem – zaistniały wyłącznie w pańskich uszach. I tylko przez jakiś czas.
Zamilkli. Profesor szukał argumentów, które pozwoliłyby mu odeprzeć tak ewidentne oskarżenie o nierównowagę i oralne złudzenia, jego akademicka uczciwość nakazała mu jednak zgodzić się z faktem, że takich argumentów nie miał. Nikt oprócz niego nie słyszał tych słów. Przy postronnych słuchaczach kradzież się nie ujawniała. „A może – pomyślał Zawijas – rzeczywiście miałem omamy?”
–Zgoda –– powiedział głośno. – Tylko że kilka razy z rzędu. Zawsze, kiedy słuchałem sam.
Inspektor kiwał głową, jakby się zgadzał. Trudno było jednak powiedzieć, na co konkretnie, ponieważ nie sprawiał wrażenia przekonanego, zajęty jakimś własnym tokiem rozumowania.
–Panie profesorze – zaczął wreszcie – skoro już tu siedzimy i mamy przed sobą przedmiot naszych wątpliwości, to może zróbmy eksperyment? Posłuchamy najpierw razem, a potem pan posłucha sam, i porównamy obie wersje. Gdzieś tu miałem przenośny odtwarzacz…
–Nie! – krzyknął profesor. – Nie chcę!
Na myśl o kolejnym wchodzeniu w tę pokręconą opowieść o cegielni zareagował nagłym skurczem żołądka. W środku palił go roztopiony ołów. Przypomniał sobie tamte słowa: Wieczność jest niema i przeraził się, że znowu w niego uderzą tą dziwną, otumaniającą falą, która omal nie zrzuciła go ze schodów. Nie potrafił jej wyjaśnić, ale brzmiała jak echo i przypominała mu inny głos, z bardzo dalekiej przeszłości, gdy był jeszcze dzieckiem. Nie chodziło o znaczenie, dobrze znał słowa z własnych notatek, raczej o brzmienie, samą artykulację głosek. Ktoś już kiedyś tak do niego mówił, natarczywie i żałośnie, jakby prosił o ratunek. Żądał go.

Pamięć zdumiewa. Jak w kufrze na strychu, chowamy w niej przedmioty z przeszłości, magazynujemy ile się da z naszego życia, by choć trochę ocalić. To na poziomie świadomości. Ale jest również druga pamięć, głębsza i znacznie mniej uporządkowana. Przypomina raczej kubeł śmieci, gdzie bez porządku mieszają się kawałki materii, szczątki roślin, pojedyncze klatki filmu, strzępy głosów, smużki zapachów… Stoi sobie to wiadro gdzieś w najciemniejszym kącie piwnicy, na samym dnie duszy, i czeka na promień światła, który wywoła je z niebytu. Może nim być cokolwiek, na przykład dotknięcie materiału, takiego samego jak ten, z którego mama zrobiła twój pierwszy sweterek. Kolor plastiku, ten sam, co na tamtej przedszkolnej zabawce, twojej pierwszej miłości. Aromat ciepłego wiejskiego chleba, przypominający tamte, pieczone przez babkę w domowym piecu. Linijka wiersza z pierwszej samodzielnie przeczytanej bajki. Przebija cię w najmniej spodziewanej chwili i nie prowadzi donikąd, jest ślepą uliczką wspomnienia, które uderza znienacka i równie nagle się cofa. Bez konsekwencji, jeśli nie liczyć krótkiego ukłucia bólu.
Mniej więcej coś takiego przytrafiło się profesorowi na schodach, gdy głowę wypełnił mu tamten okrzyk. Ktoś już kiedyś tak wołał do niego i był absolutnie pewien, że nigdy więcej tego krzyku nie chce słyszeć.
–Dlaczego nie? – zdziwił się inspektor. – Przecież to pański jedyny dowód.
–Nie mam zamiaru wnosić żadnego oskarżenia. Jak pan sam zechciał zasugerować, zrobiłbym z siebie kompletnego idiotę posuwając się do czegoś takiego. Nie, dziękuję, dowody są zbędne, nie wiem zresztą, czego miałyby dowodzić. Że trapią mnie omamy słuchowe? Pan wybaczy. Chyba już mi lepiej, czy mogę iść?
To była akurat prawda. Miał ochotę jak najszybciej stąd wyjść. Trapiły go nie omamy słuchowe, tylko mocne przekonanie, że nie powinien już dłużej siedzieć w tym ciasnym i dusznym gabineciku, nieprzyjemnie podobnym do karceru, w którym spędza się czas za karę, a nie dla przyjemności. Oparł dłonie na blacie i wtedy zabrzęczała komórka inspektora. Opuścił ręce.
– Co jest, Macerak? – warknął inspektor, niezadowolony, że mu przerywają w kluczowym momencie. W miarę słuchania jego złość przechodziła w zainteresowanie, o czym bezbłędnie informowała jego tężejąca twarz. Wetknął palec wskazujący w otwór płyty z audiobookiem i mimowolnie obracał ją palcami. „Żywy odtwarzacz”, przemknęło profesorowi przez myśl. Siedział i czekał. Teraz nie wypadało wychodzić.
–Możesz to powtórzyć? – poprosił Madej i dotknął palcem wyświetlacza.
–Ale co? – spytała głośno komórka.
–Macerak, skup się. Jak powtórzyć, to znaczy że to samo, tylko jeszcze raz.
–Aha. No więc miał pan dobrą intuicję. Dzwoniła mama tego Damiana, co się utopił na Zakrzówku, że znalazła płytkę z tytułem Cegielnia. A na laptopie jej córka przejrzała folder z muzyką i znalazła ten sam audiobook na mp3. Znaczy, chłopak przegrywał sobie na telefon. Musiał słuchać.
Uniesione brwi inspektora mówiły do Zawijasa: „I co pan na to?”, podczas gdy palce bawiły się obracaniem krążka.
–Dalej.
– No więc…
–Macerak, błagam! Nie zaczynaj jak analfabeta każdego zdania od „no więc”. Wytęż umysł. Przeskocz samego siebie.
–Now… Jeszcze jeden przypadek jakby był trochę podobny – ciągnęła na głos komórka. – Dziewczyna poszła na spacer nad Wisłę, na bulwar, no ten, co się nazywa jak z Potopu…
–Kurlandzki.
– No wł… tak! Założyła słuchawki na uszy, położyła się na trawie i po prostu umarła.
– Na co? – wyrwało się profesorowi.
–Właściwie na nic… przepraszam, dobry wieczór, aspirant Macerak…
– To profesor Aleksander Zawijas – szybko wtrącił inspektor. – Specjalista od literatury. Próbuję go namówić do pomocy, ale na razie bezskutecznie.
–Aha. Now…, tak, lekarz wpisał serce jako przyczynę zgonu, bo niczego innego nie znaleźli. Jej matka sprawdziła: dziewczyna słuchała Cegielni.


