Tag: audiobook

  • Czas na czytanie – projekt Wydawnictwa Sonia Draga realizowany w ramach programu Kultura w sieci

    W ostatnich miesiącach mierzymy się z nową rzeczywistością, częściej zostajemy w domach, szukamy kontaktu z kulturą, potrzebujemy rozrywki. Wychodząc naprzeciw tym oczekiwaniom, Wydawnictwo Sonia Draga rozpoczyna realizację projektu Czas na czytanie w ramach programu Kultura w sieci finansowanego przez Ministerstwo Kultury.

    Już od 20 lipca na facebookowym profilu Wydawnictwa Sonia Draga dwa razy w tygodniu prezentowana będzie powieść Radka Knappa Osioł na ósmym piętrze(przeł. Jacek Stanaszek) w interpretacji Mirosława Neinerta, aktora i dyrektora katowickiego Teatru Korez.

    Osioł na ósmym piętrze to przewrotna opowieść o znawcach natury ludzkiej i koneserach kobiecych wdzięków, o Otisie Reddingu i sprytnych wiedeńczykach, o spojrzeniu w dal i znaczeniu rozgwieżdżonego nieba. Nawiązując do wspaniałej tradycji wschodnioeuropejskich prozaików, Radek Knapp opisuje przygody obiboka i poszukiwacza sensu życia, który ma nadzieję, że cierpliwość i przychylny los przyniosą mu kiedyś upragnione szczęście.

    W ramach projektu odsłuchać będzie można także fragmenty innych powieści publikowanych przez Wydawnictwo Sonia Draga czytane przez aktorów śląskich teatrów. Zaplanowane są choćby wyimki z monumentalnej powieści Antonia Scuratiego M. Syn stulecia (przeł. Alina Pawłowska-Zampino) w interpretacji Grzegorza Przybyła, aktora Teatru Śląskiego. 

    www.unsplash.com/FPVmat A

    Zapraszamy do śledzenia profilu Wydawnictwa na Facebooku, gdzie będą się pojawiać informacje o kolejnych realizacjach w ramach projektu oraz dacie uruchomienia strony internetowej poświęconej realizacji Czasu na czytanie.

    Wydawnictwo Sonia Draga jest jednym z czołowych producentów audiobooków na polskim rynku. Wydało już ponad 240 tytułów i stale powiększa swoją ofertę. Bogata kolekcja kryminałów oraz literatury pięknej zadowoli gusta nawet najbardziej wymagających miłośników książek. 

    Dzięki realizacji projektu Czas na czytanie Wydawnictwo chce dotrzeć do szerszego grona czytelników i zachęcić ich do korzystania z tej formy odbioru literatury. Audiobooki znakomicie sprawdzają się w podróżach krótkich i długich, w domu, podczas wykonywania innych czynności, a także w czasie uprawiania sportu. Wszystkie tytuły, których możecie posłuchać znajdziecie tutaj

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #22

    Część druga

    Autor tego krajobrazu miał pod ręką trzy puszki z farbą: zieleń, czerwień i żółć. Maczał w nich pędzle obficie, z rozmachem i trochę bez opamiętania mieszając barwy, jakby się bawił wymyślaniem nowych obliczy jesieni. Jak okiem sięgnąć dominowały wszelkie odmiany brązów, przetykane rzadkimi plamami rdzy, siarki i malachitu. Pośrodku obrazu leżała wielka misa łąki o krawędziach obwiedzionych czarną kreską lasu i szarą kreską pól. Nad nią wznosiła się słoneczna kopuła nieba, z błękitem tu i ówdzie zaciągniętym mleczną zawiesiną.

    Tuż pod lasem, samym skrajem malowniczej scenerii, maszerowały dwie maleńkie ludzkie figurki. Pierwsza prosta i wysoka, z tułowiem zrobionym jedną kreską i druga niższa, przygarbiona, z tułowiem zrobionym dwiema kreskami.

    Olek, wiesz, dokąd idziemy? – spytał niższy próbując nadążyć.

    Na razie wiem.

    W porządku – zgodził się tamten. Coś mu jednak nie dawało spokoju, ponieważ po chwili spytał znowu. – Ale to się nie dzieje naprawdę, co?

    Nie. To tylko brulion ze starą powieścią. Dosyć słabą.

    Aha.

    Ten z tyłu pokiwał głową w taki sposób, jak to robią ludzie mocno niepewni swej wiedzy. Zawahał się przed skokiem przez płytką przykopę, która przecinała łąkę na pół. Skoczył. Drobnym truchtem dogonił pierwszego i pytał dalej.

    Czyli my teraz śnimy?

    Nie. Idziemy skrajem lasu, żeby nie rzucać się nadmiernie w oczy.

    Aha. Czyli to nie jest rzeczywistość, tylko takie… złudzenie?

    Pierwszy zatrzymał się i odwrócił. Drugi dotruchtał i posapując patrzył w surową, napiętą twarz pierwszego, którą nagle miał tuż przed sobą.

    Chodzi mi o to, że… w rzeczywistości… nadal tam leżymy…

    Rozległo się głośne plaśnięcie i ten niższy złapał się za policzek.

    Boli? – spytał wyższy.

    Boli.

    Naprawdę, czy na niby? Rzeczywistość, czy sen?

    Naprawdę, ale..

    Ból nie może być na niby – wyjaśnił ten wyższy. – Musi być prawdziwy, inaczej nie byłby bólem. Gombrowicz twierdził, że to ostatni sprawdzian realnego istnienia, wobec śmierci Boga i rozpadu wszelkiej substancji. Teraz są całe studia poświęcone afektywności i cierpieniu jako dotknięciu bytu, a głównym materiałem badawczym jest dla nich literatura. Krótko mówiąc, obawiam się, że błędnie sformułowałeś wyjściowy problem.

    Czyli?

    W literaturze świat jest wymyślony, ale uczucia prawdziwe. Nie da się dokładnie oddzielić fikcji od rzeczywistości.

    Nie mogłeś po prostu powiedzieć? Musiałeś mnie bić?

    Wyższy, zwany Olkiem, uśmiechnął się.

    Musiałem, Floro. Inaczej nie przyswoiłbyś sobie tej trudnej prawdy w stopniu, który jest nam potrzebny do skutecznego działania. Chciałem ci uświadomić skalę zagrożenia. Realnego. Ból jest nie tylko dobrym sprawdzianem istnienia, ale i całkiem niezłym edukatorem. Rózgi w dawnych szkołach nie były takim głupim pomysłem.

    To kult przemocy. Dobrze, że nikt nie słyszy, inaczej byś miał sprawę.

    Wyższy z czujnością rozejrzał się po okolicy, mrużąc oczy od mlecznych promieni słonecznych.

    Tego nie byłbym taki pewien – mruknął zatrzymawszy wzrok na jakimś punkcie na prawo od nich, gdzie łąkę od stawu oddzielała wysoka grobla. – Wcale nie byłbym pewien…

    Nagle oczy zwęziły mu się do dwóch poziomych szparek i krzyknął: – Wiejemy!

    Schwycił niższego za szeroki rękaw płaszcza i pociągnął do lasu. Kilkoma skokami wpadli między drzewa i pobiegli w ciemniejącą gęstwinę, nie oglądając się za siebie. Pierwszy ciągnął drugiego. W prawo, w lewo, potem znowu w prawo – szukał jakiegoś sobie tylko znanego zakątka, który w jego wyobrażeniu miał ich uchronić przed nadciągającym niebezpieczeństwem. Las stawał się coraz ciemniejszy, dominowały tu rozłożyste świerki, których korony coraz ciaśniej sklepiały się nad nimi w szczelny, zielony dach. Wreszcie dotarli nad maleńkie oczko wodne, o średnicy może dwóch metrów, otoczone świerkowymi pniami jak wartownikami. Przycupnęli pod jednym z nich i nadstawili uszu.

    Szum rósł. Z daleka przypominał hurgot klucza łabędzi w locie, potężniał jednak z każdą sekundą, aż zmienił się w trudny do wytrzymania powietrzny łoskot. Zatkali dłońmi uszy. Niebo pociemniało, olbrzymi cień uderzył w ścianę lasu i nakrył go swoim cielskiem. Rozległ się zgrzyt szorującego po szczytach drzew brzuszyska, trzaskały świerkowe wierzchołki, miażdżone uderzeniem jakiejś niewyobrażalnej masy. Kiedy cień znalazł się nad uciekinierami, na ich głowy posypał się deszcz igliwia, szyszek i połamanych gałęzi. Niższy krzyknął, a wtedy wyższy zatkał mu usta dłonią i przyciągnął jego twarz do swojej piersi. Po paru sekundach potwornego łomotu cień oddalił się, na chwilę wokół nich pojaśniało, a potem znowu się pojawił, sunąc z lewej nad sąsiednim kwartałem lasu. Wreszcie zawrócił nad łąkami i oddalił się tam, skąd nadleciał.

    Odczekawszy chwilę i przekonawszy się, że cień znikł na dobre, wyższy puścił głowę niższego i ostrożnie podniósł się na nogi, opierając ręce o pień świerka.

    Co to było, samolot? – spytał niższy, zwany Florem.

    Wątpię. Tu nie ma samolotów. Już raczej smok.

    Aha.

    Zapadła cisza. Otrzepali ubrania z igieł i patrzyli na siebie w ostrożnym napięciu. Floro oddychał przez uchylone usta. Olek miał wesołe iskierki w oczach.

    Chciałeś jeszcze o coś zapytać?

    Nie, wszystko jasne. Smok to smok. Dużo ich tu jest?

    www.unsplash.com/Martin Woortman

    Przecież tego nie wiem. Nie ja go napisałem, tylko on. Całkiem prawdopodobne, że jakiś się jeszcze pojawi. Zresztą, to nie był właściwie smok w sensie ścisłym, raczej sugestia smoka, taki smoczy znak. Resztę musisz sobie sam ukonkretnić.

    Dobrze. Nie smok, tylko sugestia smoka. Już koryguję i ukonkretniam. Zielony, z błoniastymi skrzydłami, na grzbiecie rogowe kolce, rozcapierzone szpony, długi jęzor i dym z rozchylonych nozdrzy. Mogę dołożyć parę kamieni szlachetnych po bokach? Zawsze chciałem mieć smoka z rubinami. I czarne agaty zamiast ślepi. Co, da radę?

    Pewnie, co tylko chcesz. Wypełnianie niedookreśleń należy w pełni do ciebie. W literaturze każdy ma swoje smoki, że się tak wyrażę. Dorzuć jeszcze grzechotkę na końcu ogona, żebyśmy słyszeli, jak się skrada.

    Super, grzechotka – zgodził się Floro i chmurny namysł spowił jego łysiejące czoło. Pewnie próbował sobie wyobrazić długi, zakręcony do góry ogon z grzechotką. Jak mogłaby wyglądać u smoka? Jak główka maku na łodydze? Meksykański maracas?

    Nie musisz nic robić – wtrącił Olek w sam środek jego myśli. – U grzechotników to jest po prostu jaśniejsza końcówka, a grzechoczą puste komórki, które trą o siebie. Słychać z kilkudziesięciu metrów, dlatego mi przyszło do głowy.

    Czy moje myśli też ci przyszły do głowy? Słyszysz je?

    Nie, to tak nie działa – odparł Olek ze śmiechem. – Po prostu miałeś taką niepewną minę i pomyślałem, że kombinujesz nad tą grzechotką. Zapomnij, to był żart…

    W tym momencie rozległo się głośne chlupnięcie i połowa Florka Madeja znikła w ziemi. Udało mu się dogonić towarzysza i szli gęstym lasem obok siebie, depcząc obfite kępy miękkiej, wściekle zielonej trawy. Bardziej niż normalną trawę przypominała ona szkolną kolorowankę, w której pilny uczeń barwi kontury na wyrost, przesadnie i z pasją dociskając kredkę do białej kartki. Jej zieleń błyszczała jaskrawo i soczyście. Wokół panowała uspokajająca cisza.

    I nagle chlupnięcie. Szorstka trawa niepostrzeżenie zmieniła się w mech, a ten w bagno. Olek uskoczył i natychmiast, bez zastanowienia, jak gdyby ćwiczył to od dawna, położył się plackiem na brzuchu i wyciągnął obie ręce przed siebie.

    Złap się! Trzymaj mocno!

    Florek zdążył już schwycić go za nadgarstki, które ściskał z jakąś kurczową zawziętością. Jego nogi zapadały się coraz głębiej, a tonięciu towarzyszył nieprzyjemny bulgot, jakby ktoś łapczywie łykał kolejne łyżki zupy. Był już po pachy w błocie i bagno nadal go wsysało. Olek zaczepił prawą stopę o pień drzewa. Chwilę trwało siłowanie się dwóch ludzkich ciał z bezosobowym bagnem. Wreszcie bagno odpuściło. Bulgot ustał i wróciła cisza. Patrzyli na siebie szeroko otwartymi oczyma, jeden po pachy w błotnistej brei, drugi na płasko, z podciągniętymi rękawami swetra i igliwiem na zdrapanym przedramieniu.

    Co teraz? – wycharczał Florek. – Duszę się.

    Oddychaj głęboko, zaraz puści.

    Skąd wiesz?

    Nie wiem, ale i tak nie masz innego wyjścia. Sam cię nie wyciągnę, mogę co najwyżej przytrzymać, żebyś całkiem nie poszedł do ziemi.

    Aha.

    Cholera, mogłem przewidzieć! – krzyknął nagle Olek Zawijas i zacisnął zęby, które zgrzytnęły nieprzyjemnie. – Musimy na przyszłość bardziej uważać.

    Nie wiem, o jakiej… przyszłości mówisz… ale ja… nie mogę oddychać…

    Jeszcze trochę, wytrzymaj.

    Rozejrzał się wkoło i jego wzrok padł na młode pędy buczyny.

    Puść moją prawą rękę. I nie panikuj. O, tak.

    Uwolnioną dłonią złapał gruby pęd i cofnął się na tyle, bo i drugą stopą zaprzeć się o pobliski pień. Teraz mógł ciągnąć obiema nogami i jedną ręką.

    Pomóż mi – powiedział najspokojniej jak potrafił i naprężył mięśnie. Florek Madej, blady jak płótno i umorusany błotem, sprawiał wrażenie właśnie wyłowionego topielca. Którym poniekąd był. Wolną ręką próbował złapać najbliższą gałąź i kiedy wreszcie mu się to udało, sapnął ciężko. Chwilę dopasowywali uchwyty.

    Nie szarp zbyt mocno – instruował Olek. – Stopniowo, jednostajnie, raz, dwa… trzy!

    Pociągnęli równocześnie i bagienny dołek wydał z siebie żałosny ni to szloch, ni to bek. Spod poszarpanego mchu wynurzyła się czarna, jednolita kłoda, która kiedyś była tułowiem Floriana Madeja, a następnie dwa sztywne od błota kloce nóg. Kiedy wreszcie udało mu się wygramolić na wierzch w całości i stanął na twardym gruncie, wyglądał jak statysta w serialu Czarnobyl. Spojrzał na siebie.

    Kurwa – podsumował.

    Noo – przytaknął Olek Zawijas bacznie się rozglądając. – Musimy być ostrożniejsi. Na śmierć zapomniałem o tym bagnie.

    Na śmierć przez utopienie… zaraz, zaraz, czekaj, co to znaczy: zapomniałem? Wiedziałeś o nim?!

    W górze nad nimi zaszumiały korony świerków od lekkiego podmuchu. Olek podniósł wzrok i badał niebo, czy ów dźwięk nie zwiastuje przypadkiem powrotu smoka. Sugestii smoka. Niebo było jednak czyste, spokojne i zabójczo szafirowe.

    Chodźmy, bo za chwilę się ściemni – stwierdził rzeczowo. – A wtedy mogę nie trafić. Ochędoż się jakoś i ruszamy.

    Oblepiony błotnistą mazią zombie usiadł w kucki pod drzewem i splótł dłonie na kolanach. Z każdego zakątka jego zniszczonego odzienia wyciekał czarniawy płyn.

    Nigdzie nie idę. Z następnego takiego dołka mogę się już nie wydostać. Tu przynajmniej jakoś obeschnę. Poza tym ciągle nie wiem, dokąd idziemy.

    Olek Zawijas westchnął i usiadł obok kolegi.

    Do gospody. Mają tam piec, ciepłą strawę i suche koszule na zmianę. Mówię ci, chodź.

    Skąd wiesz?

    Bo ten fragment akurat ja pisałem.

    On mógł coś zmienić.

    Nie mógł. Przecież sam widziałeś, oryginał powieści jest u mnie.

    To jak on to zrobił? – krzyknął Florek Madej zataczając ręką wkoło. – Smoka i bagno?

    Wciąż nie rozumiesz, chociaż długo sprawiałeś wrażenie, jakbyś rozumiał. Co jest napisane, po tej stronie starego młyna istnieje i nie można już zmienić. Pamiętałem o pomyśle ze smokiem, ale wyleciało mi całkiem z głowy to gówniane bagienko, które Krzyś wstawił w sam środek lasu, żeby było ciekawiej. Widział taką scenę w jakimś radzieckim filmie, jak dziewczyna tonie wchłaniana przez rozlewisko, i cholernie mu się spodobało. Chciał napisać coś podobnego. Odradzałem mu kopiowanie cudzych pomysłów, ale uparł się i wstawił samo bagienko. Przepraszam, zwyczajnie zapomniałem.

    www.unsplash.com/Dan Dimmock

    To może posiedź chwilę i przypomnij sobie, o czym jeszcze zapomniałeś. Paści na dziką zwierzynę? Pożar lasu? Wataha głodnych wilków? Krwiożercze rusałki? Skup się. Wolałbym dojść do tej gospody. Jeśli rzeczywiście… to znaczy, jeśli w ogóle gdzieś tu jest.

    Jest – potwierdził stanowczo Olek. – A pożarów, paści, wilków i rusałek nie ma. Raczej na pewno. Chodźmy już, bo za chwilę zesztywniejesz i nie wstaniesz. Dawaj!

    Wyciągnął do niego brudną rękę i mocnym szarpnięciem postawił na nogi. Florek zachwiał się, przytrzymał świerkowego pnia, a potem zrobił na próbę krok po suchej ściółce. Ubranie zachrzęściło. Powoli ruszyli dalej. Poziome promienie słońca straciły swoją siarkową żółć na rzecz różów i fioletów. Widoczność skracała się z minuty na minutę. Las ciemniał.

    Olo, słuchaj, ale to nie jest jedyne ubranie, jakie mam, prawda? – spytał Florek macając się po błotnistym worku, który kiedyś był granatowym swetrem. – Gdzieś tam jest mój rzeczywisty sweter i moja prawdziwa niebieska koszula, na moim prawdziwym ciele leżącym sobie spokojnie pod ścianą twojego starego młyna, u stóp tej pieprzonej młynarczykowej zjeżdżalni, co? Bo my tam śpimy teraz, Olo, nie? Spokojnie sobie śnimy twoje bajdurzenia o smokach i bagnach, a właściwie to ja śnię, bo ty leżysz obok i śnisz sobie być może coś zupełnie innego, na przykład jakąś pulchną młynarzównę…

    Cicho!

    Olek zamarł w pół kroku i pochylił do przodu, starając się wzrokiem przebić gęstniejącą ciemność. Szli teraz jeszcze wolniej, z wyciągniętymi przed siebie rękami i obmacując wszystkie pnie drzew po drodze, jakby ich szorstka kora dodawała im poczucia realności.

    Jest.

    Co?

    Zawijas nie odpowiedział. Wziął go za rękę i poprowadził przez pleniące się wkoło krzaki prosto przed siebie, w stronę migoczącego między drzewami światełka. Kiedy podeszli na tyle blisko, by mieć pewność, że mają przed sobą oświetlone okienko domostwa, przykucnęli za szerokim pniem i chwilę obserwowali teren. Nie było żywego ducha.

    Chodźmy – powiedział Olek i zrobił krok ku gospodzie. Nadepnął przy tym na suchą gałązkę i jej trzask zabrzmiał jak wystrzał.

    W następnej sekundzie rozległo się wściekłe ujadanie i nim zdążyli cokolwiek przedsięwziąć, zza krzaków wyskoczył olbrzymi pies. Był zupełnie czarny, miał żółte ślepia i charczał jak zawodowy morderca, szkolony specjalnie do rozrywania na strzępy przybłędów z lasu. Przywarli plecami do pnia i patrzyli w osłupieniu na otwarty pysk, z którego przy każdym warknięciu spływały strugi śliny. Bydlę zatrzymało się metr przed nimi i czekało na najmniejszą choćby prowokację z ich strony. Czekali ze wstrzymanymi oddechami, dopóki nie zaszeleściły krzaki za psim zadkiem.

    Coście za jedni? – padło burkliwe pytanie. Mężczyzna miał na sobie obszerną białą koszulę, krótki kożuszek bez rękawów i parciane spodnie. Twarzy nie widzieli, ponieważ całkowicie kryła się w cieniu ronda brzydkiego kapelusza. W ręku trzymał kwadratową latarnię z zapalonym kagankiem w środku. Światełko migotało zza brudnych szybek.

    My od Szulca – odparł bez namysłu Olek Zawijas. – Andrzej i Krzysiek.

    Mężczyzna podszedł bliżej i uniósł latarnię. Uważnie przyjrzał się ich twarzom, a oni mogli sobie obejrzeć jego. Miał tylko jedno oko, w miejscu drugiego ziała czerwona dziura, obcięty czubek nosa i szeroką bliznę na policzku. Florek ze wszystkich sił powstrzymywał się, by nie krzyknąć. Olek ani drgnął. Mężczyzna wreszcie opuścił latarnię, uwalniając ich od okropnego widoku, i krótko przyglądał się ubłoconemu ubraniu Florka.

    Znacie mnie? – spytał.

    Pan jest karczmarz Zemła – wydeklamował Olek, jakby odpowiadał na pytanie nauczyciela. – A bliznę na policzku zrobił panu Edek zwany Ściganym.

    Mężczyzna ważył w myślach słowa Olka, po czym złapał psa za nabijaną ćwiekami obrożę i pociągnął go ku gospodzie.

    Chodźcie – powiedział ponuro. – Te mokre dupska trzeba wysuszyć.

    Olek ruszył pierwszy, Florek za nim, z trudem stawiając kroki. Czuł, że dopiero teraz idzie mu się naprawdę sztywno. Nie od błota. Ze strachu.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #21

    Budził się z trudem. Mimo otwartych oczu nadal widział przed sobą czarną czeluść z sypiącymi się czerwonymi kamieniami. Zamrugał powiekami. Kamyczki w kształcie rombów migotały jak gwiezdny pył w bajce Disneya. Laptop miał podświetlaną na czerwono klawiaturę, po której palce profesora Zawijasa biegały sprawnie i bezgłośnie.

    – Napisałeś?

    Cisza. Twarz piszącego rozświetlało niebieskie światło, wzrok wbity w ekran, przygryziona warga. I palce biegające we wszystkich kierunkach, jak myszy stłoczone w klatce. Profesor zdawał się być nie całkiem obecny w kabinie samochodu. Dokądś odleciał na tych ruchliwych, rozbieganych po klawiaturze palcach.

    Pozbawiony instrukcji Florian Madej zamknął oczy i spróbował zająć myśl swoimi sprawami. Uznał, że to dobry moment, by poskładać w całość wszystkie zgromadzone dotychczas przesłanki. Należało w ten absurdalny bałagan wprowadzić nieco porządku. Zaczął mamrotać pod nosem.

    Ktoś wgrywa sprytne oprogramowanie komputerowe, zwane dzisiaj aplikacją (apka! fuj!), w ścieżkę dźwiękową audiobooka i następnie za jego pomocą wpływa na umysły słuchaczy. Nakłania ich do samobójstwa, morderstwa, lub też do podpalenia. Albo wszystkich trzech zbrodni naraz. Wywołuje chaos i paraliż miasta, nie to jednak wydaje się być jego właściwym celem. Chodzi mu o zwrócenie uwagi na siebie. Chce, żeby ktoś inny serię wypadków odczytał jako komunikat wysłany właśnie do niego. Tym kimś może być profesor Aleksander Zawijas. Dlaczego? Ponieważ w audiobooku pojawiły się fragmenty jego dawnych notatek do powieści. Ponieważ miał wypadek podczas słuchania, ale nie zginął. Ponieważ kiedy słuchali audiobooka wspólnie, głos z płyty krzyczał wprost do nich. Zapraszał ich. Dla tamtego kogoś chaos w Krakowie był tylko wstępem do właściwej rozgrywki. O co? Tego Zawijas jeszcze nie wyjaśnił, chociaż gadał całkiem sporo. Nie stronił przy tym od stylistycznych zawijasów. No bardzo śmieszne, cha cha.

    Z przelotnej informacji Maceraka wynikało, że jest nawet ktoś w rodzaju podejrzanego, czyli mężczyzna z długimi siwymi włosami, którego widziały tamte dwie kobiety z księgarni. Krzysztof. Dawny przyjaciel, który wpadł w obłęd i postanowił się mścić za jakieś prawdziwe lub urojone krzywdy z przeszłości, wyrosłe na niezaspokojonej twórczej ambicji. Nieco mętne, ale nie nieprawdopodobne. Zdolny informatyk, który w warunkach domowych napisał odpowiedni program komputerowy i wprowadził go do sieci. A przez sieć do cyklu produkcyjnego audiobooków. A przez audiobooki – do umysłów słuchaczy.

    Z grubsza mogłoby być. Słabości?

    Po pierwsze, nawet jeśli istniał program do wpływania na dusze odbiorców, to nie sposób sobie wyobrazić, by za jego pośrednictwem można było również podsłuchiwać, a tym bardziej mówić. Nawet NASA chyba jeszcze nie ma czegoś takiego. Najbardziej zaawansowana technika cyfrowa ma swoje ograniczenia i w tej kwestii inspektor Madej nie był w stanie przebić ściany własnego sceptycyzmu.

    www.unsplash.com/Jahsie Ault

    Po drugie, z wydarzeniami inicjowanymi przez krwiożerczy audiobook mogło się identyfikować wiele osób, nie tylko profesor literatury. Płyty były powszechnie dostępne i generowały liczne ofiary. Zmyślna aplikacja mogła działać również w ten sposób, że każdy słuchający odnajdował w powieści jakieś intymne szczegóły i wokół nich budował własny, indywidualny odbiór. Odbiór dzieła literackiego, jak mówią specjaliści pokroju Zawijasa. To by tłumaczyło, dlaczego tak wiele osób pod jego wpływem ginęło. Każdy słyszał to, co chciał słyszeć. Co było jego najsłabszym punktem. I co w pewnych okolicznościach pozbawiało go sensu życia…

    Z tego jednak wynika, że cała ich wyprawa nie ma sensu! Profesor Zawijas (za jego namową, niestety), wziął komunikat uniwersalny za wyłącznie własny. Błąd subiektywizmu, częsty u humanistów. Może zupełnie niepotrzebnie tu przyjechali, a długowłosy siwy chudzielec nadal w mieście szaleje? Strach pomyśleć, co jeszcze może wywołać. Głos z płyty jednak słyszeli, o omamach słuchowych nie było mowy, więc jednak coś jest na rzeczy. Coś tu się dzieje, tylko nie wiadomo co.

    Po trzecie, profesor twierdzi, że ten jego przyjaciel od czterdziestu lat nie żyje. Czyli to nie on. Czyli znowu błąd…

    Powinni wracać.

    – Olek, słuchaj, chyba powinniśmy…

    – Skończyłem! – wyrzucił z siebie profesor. Zamknął laptop, przetarł palcami oczy pod szkłami okularów i dodał chrapliwie: – Jesteś gotowy?

    – Na co?

    – W zasadzie… na wszystko.

    – To nie jestem.

    – A kiedy będziesz?

    – Jak mi powiesz, dokąd idziemy.

    Profesor odetchnął głęboko.

    – To bardzo proste. Idziemy do starego młyna, jakieś sto pięćdziesiąt metrów stąd.

    – Tylko tyle?

    – Na początek. Później będzie trudniej i powinniśmy się przygotować na reagowanie w miarę rozwoju wypadków. Czy tak mówicie, jak planujecie akcję?

    – Nigdy nie planowałem akcji w starym młynie, przeciwko facetowi, który nie żyje od czterdziestu lat. Ale gdy nie wiadomo, co robić, to tak. Wtedy można powiedzieć wszystko.

    – No widzisz! I o to chodziło! Skoro można powiedzieć, to i można być gotowym. Wykrztuś wreszcie, że jesteś gotów na wszystko.

    – Jestem gotów na wszystko…

    – To dobrze – powiedział profesor zmienionym, chrapliwym głosem. – Bo najprawdopodobniej nie wrócimy.

    – Że co???

    – Ciszej. I przestań z tym „co”. Sam mnie namawiałeś, uprowadziłeś ze szpitala, zmusiłeś do pojechania ze sobą w głuchą noc…

    – Ale…

    – …na jakieś beznadziejne zadupie, które – tak się składa – jest moją rodzinną ziemią, a teraz co i co. Nic. Uprzedzał nas: to droga w jedną stronę. Poza tym musiałem napisać zakończenie. Takie prawdziwe, nie literackie.

    – Zwracam ci uwagę na pewne logicznie brawurowe konsekwencje…

    – Za późno na robienie sobie uwag, drogi Floro. Idziemy do starego młyna. Zresztą – odwrócił się teatralnie, by spojrzeć wstecz na polną ścieżkę między pastwiskami – obawiam się, że już nie ma odwrotu.

    www.unsplash.com/Adrian Dascal

    Nie czekając na odpowiedź swego towarzysza wysiadł i ruszył wzdłuż skarpy stanowczym krokiem.

    Chcąc nie chcąc inspektor również musiał wysiąść i pójść za nim. Sprawdził prowiant w kieszeniach, zamknął starannie samochód i rozchylając gałęzie czarnego bzu podreptał ostrożnie w ciemność, świecąc sobie latarką ze smartfona pod nogi.

    Szli tak dłuższą chwilę w miękkiej, aksamitnej ciszy, w dole pod skarpą szemrała rzeczka, w górze świeciły gwiazdy. Mijali kępy krzewów i pojedyncze drzewa, których korony odcinały się na tle gwiaździstego nieba czarnymi, rozcapierzonymi łapami. Po chwili oczy inspektora Madeja oswoiły się z ciemnością i wyłączył latarkę. Warto oszczędzać baterię na później. Obejrzał się i stwierdził ze zdziwieniem, że nie widać zupełnie nic, nawet dalekich świateł wioski, które migały na horyzoncie jeszcze przed chwilą, gdy wysiadał z samochodu. Teraz nic. Zupełnie jakby świat znikał tuż po ich przejściu. Podbiegł truchtem do przodu i znalazł się za profesorem, który szedł pewnym, wolnym od wahania krokiem. Wie, dokąd idzie, pomyślał Madej, ale nie odważył spytać. Już zdołał pojąć, że w profesorze coś się przełamało, jakaś decyzja zapadła kategorycznie i nieodwołalnie, i że zostały w nią wkalkulowane wszystkie, najstraszniejsze nawet konsekwencje. Niekoniecznie logiczne. Z jego energicznego chodu można było nawet wywnioskować, że decyzja go raduje i uskrzydla, podnosi na duchu, odmładza. Zgrabnie przeskakiwał nierówności, zręcznie odchylał gałęzie i błyskawicznie się kulił, gdy któraś znalazła się nagle tuż przed jego twarzą. Obserwując go i wyciągając nogi, by mu dotrzymać kroku, Madej ze zdziwieniem stwierdził, że i jemu idzie się lżej, łatwiej, bez wysiłku. Uśmiechnął się pod nosem. Cuda wrześniowej nocy na drodze do starego młyna.

    Wreszcie go zobaczyli. To znaczy Zawijas stwierdził, że go widzi, ponieważ ciemność nadal była gęsta i cicha jak beczka smoły. Dopiero kiedy przycupnęli w płytkim rowie i profesor pokazał ręką miejsce, Madej również go dostrzegł. Zwalista sylwetka w kształcie prostokąta zajmowała prawie cały horyzont. Wyglądał upiornie. Przez pozbawione okien dziury w ścianie prześwitywało granatowe niebo. W jednym z oczodołów mrugała jasna gwiazda, jakby młyn puszczał do nich oko. Inspektor wzdrygnął się.

    – Co chcesz teraz zrobić? – spytał szeptem.

    – Wejdziemy do środka – odparł profesor z oczywistością w głosie. – Ale nie główną bramą, tylko podziemnym wejściem, prowadzącym od piwnicy dworu. Obejdziemy naokoło, przez park. Wejście od frontu nic by nie dało – dodał widząc niepewne spojrzenie inspektora.

    – No tak, oczywiście – zgodził się Madej. – Nic by nie dało… Ruszamy od razu, czy musimy najpierw ugotować ogon kota i wypowiedzieć zaklęcie?

    – Ruszamy od razu – odparł poważnie profesor. – Zaklęcia będą później.

    – Co? Jakie zaklęcia? Przecież żartowałem!

    – Ciii – uciszył go profesor. – Nie krzycz. Ryzyko jest coraz większe. Słuchaj – zniżył głos do konspiracyjnego szeptu – żeby ci ułatwić poruszanie się w tej przestrzeni umówmy się, że nie stawiasz żadnych pytań, dopóki ci nie powiem, że już można. Okej? Wiem, to niełatwe, ale spróbuj dokonać zawieszenia niewiary. Jest taki termin w studiach nad kulturą popularną. Zawieszenie niewiary. Wiesz, żeby drzewa mogły mówić, kamienie chodzić, a ludzie z palców wypuszczać laserowe promienie. My musimy wejść do piwnicy pod przedszkolem, gdzie jest tunel do młyna, i tam wyjść. Proste? Tam wykonać jedną prostą czynność gimnastyczną, powiedziałbym nawet rekreacyjną, a potem już poleci. To znaczy… no tak, poleci. Chodźmy.

    Nie czekając na odpowiedź pociągnął inspektora za rękaw i zgięci w pół jak żołnierze w okopie obeszli teren młyna, by po drugiej stronie znaleźć się na niewielkiej pochyłości, wiodącej do dworskiego parku. Stare, zdezelowane ogrodzenie miało mnóstwo dziur, więc bez trudu weszli na posesję i kilkoma skokami dopadli okienka w przyziemiu. Zawijas z pewnością stałego bywalca, który ostatnio był tu nie dalej jak wczoraj, sięgnął do górnej listwy framugi, przekręcił dwa zagięte gwoździe i wyjął prostokątną ramę z szybą. W twarze dmuchnęło im wilgotne, zatęchłe powietrze. Profesor wyjął laptop, który trzymał na brzuchu za paskiem spodni, i podał Madejowi.

    – Przytrzymaj – powiedział i schwyciwszy rękami framugę zgrabnie wśliznął się do środka. Zachrzęściło gniecione butami szkło. Madej miał jednak kłopot z pełną akceptacją ryzykownych posunięć swego towarzysza. Od chrzęstu szklanych okruchów przeszedł go dreszcz. Wyobraził sobie niefortunny upadek profesora i porozcinane do krwi dłonie.

    – Teraz ty – usłyszał z głębi. Podał laptop do środka i wskoczył. Wylądował pewnie, bezpiecznie, jakby wchodził do tej piwnicy setki razy. Ostatnio wczoraj. Otrzepał płaszcz i rozejrzał się dokoła, zupełnie bezproduktywnie, ponieważ panowała całkowita ciemność. Profesor jednak najwidoczniej znał drogę. Zatkał okienko oszkloną ramą i pociągnął Madeja za rękaw w głąb podziemi.

    Szli powoli wąskim korytarzem. W głowie Madeja kotłowały się dziesiątki myśli, od całkiem trzeźwych (pochodzimy trochę i wrócimy do okienka) aż po całkiem zwariowane (w tej ciemności demon może z nami zrobić, co zechce). Zgodnie z zaleceniem nie stawiał jednak pytań i szedł grzecznie, prowadzony za rękę przez lepiej od niego zorientowanego przewodnika. W pewnym miejscu korytarz się rozwidlał i profesor wybrał tunel w prawo, po kilkunastu krokach dobił jednak do ściany i musieli zawrócić. Poszli drugą nitką i znowu natrafili na rozwidlenie, wybrali ścieżkę w lewo i po dwudziestu krokach ponownie natrafili na gładką ścianę ślepego korytarza.

    – Kurwa – zaklął profesor ledwie dosłyszalnie.

    – To labirynt?

    – Nie pomyślałem o tym – odparł profesor, co jednakże trudno było uznać za odpowiedź na pytanie. Madej chciał spytać, o czym nie pomyślał, ale bał się odzywać. Napięcie i tak rosło z minuty na minutę.

    Wrócili do pierwotnego rozwidlenia i ruszyli w drogę powrotną do piwniczki z okienkiem. Nie doszli do niej. Korytarz ciągnął się na wprost tak samo jak przedtem, żadnych zakrętów, żadnych rozwidleń, a jednak szli i szli – i nie mogli dojść. Kiedy marsz trwał już na tyle długo, że przekroczył wszelkie granice prawdopodobieństwa, profesor zatrzymał się i powtórzywszy popularne zaklęcie na „k” usiadł pod ścianą. Rozłożył laptop i znowu zaklął.

    – Padł? – spytał Madej. Ograniczał swe nieśmiałe pytania do minimum.

    – W ogóle go nie ma – odparł profesor dziwnie spokojnie i podał Madejowi laptop.

    – Co to jest? – spytał inspektor, zanim zdążył się ugryźć w język. W ręku trzymał kawałek deski.

    – Deska, która była laptopem – wyjaśnił Zawijas i nagle zaczął krzyczeć na cały głos: – By to krew zalała! Niech szlag jasny trafi! Kurwa twoja mać, że też o tym nie pomyślałem! W pizdę trójkątną wieloryba!

    Rozkręcał się. Coś poszło mocno nie tak i Madej podejrzewał, że nie chodziło tylko o zagubienie w labiryncie. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął płaski kawałek tektury, będący jeszcze przed chwilą jego wypasioną komórką. Obrócił w palcach, powąchał, pachniało tekturą. Schował z powrotem drżącą dłonią, ale się nie odezwał. Usiadł pod ścianą obok Zawijasa i westchnął ciężko. Milczeli chwilę. Madej sięgnął i namacawszy łokieć profesora, poklepał go na pocieszenie. Lepsze to niż nic, kiedy się nie ma nic. Hmm, niezłe.

    – On nas jakoś zaczarował, prawda? – spytał, kiedy cisza trwała już na tyle długo, że zaczynała przypominać ciszę cmentarną.

    – Nie, to ja zawaliłem – wyznał profesor. – Jakbyś chciał zapytać, co teraz, to od razu mówię, że nie wiem. Wiedziałem, ale już nie wiem. Myślałem, że dopisałem wszystko, co trzeba, a tu taka wtopa. I to na początku. W dupę jeża!

    – Ładne – zgodził się Madej. – Mam na myśli tę dupę jeża. Ale może jednak nie siedźmy tu tak bezczynnie, aż nas dworskie szczury zjedzą, tylko chodźmy dalej. Przecież to wyjście musi gdzieś tu być.

    www.unsplash.cpm/Anna Hunko

    Pociągnął profesora, który z oporami wstał i poszedł tym razem jako drugi, wlokąc się noga za nogą. W ciągu kilku dramatycznych minut cała para zeszła z niego. Był słaby, ledwo szedł i co chwila pokasływał, ponieważ brakowało mu powietrza. Madej też zauważył, że w podziemiu zrobiło się jakby duszniej. Trudno się oddychało, więc szli powoli, przystając na zmianę raz jeden, raz drugi.

    – Czy jeże nie polują przypadkiem na szczury? – zagaił, żeby zająć czymś uwagę załamanego profesora.

    – Nie wiem, jestem od literatury – odparł ciężko Zawijas. – Na pewno szczury nie polują na jeże. Nikt nie poluje na jeże. Hyyy, hyyy… Poczekaj, Floro, nie mam siły.

    Usiadł pod ścianą, co inspektor wywnioskował z szurania kurtki po betonie. Namacał ramię swego towarzysza i usiadł obok. Zaczął obmacywać kieszenie w poszukiwaniu zapałek, które kupił razem z papierosami. Namacał je i wyjął. Poruszał pudełkiem. Grzechotały jak zapałki.

    – Chyba nie zamieniły się w tekturę – powiedział z uśmiechem i zapalił jedną. Mrok rozjaśniło żółte światło. Korytarz w obu kierunkach tonął w mroku. Głowa profesora zwisała ciężko na pierś, oparte na kolanach dłonie wyglądały jak zdechłe ryby.

    – Cholera, napiłbym się – mruknął głucho Zawijas. Inspektor zaczął grzebać w kieszeniach swojego płaszcza. Po chwili wyjął stamtąd płaską butelkę żołądkowej gorzkiej.

    – Mówiłem ci, że trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność.

    Oczy profesora Zawijasa rozpaliły się nagłym blaskiem. Sięgnął po butelkę, wprawnym ruchem odkręcił i pociągnął  solidnie łyk. Zakrztusił się, odkaszlnął i pociągnął następny. I jeszcze trzeci. Oczy mu się zaszkliły.

    – Jesteś cudotwórcą – wyszeptał liturgicznym głosem.

    – Jestem skończoną kanalią – odparł Madej. – Twoja żona błagała mnie, żebym tego jednego właśnie absolutnie nie robił. Przysiągłem, że nie zrobię.

    – To już nieważne – stwierdził Zawijas. – Ważniejsze, żeby wymyślić, gdzie jest… Jasna dupa, ależ oczywiście! Jaki ze mnie bałwan! Chodźmy!

    Poderwał się i nim inspektor zdążył spytać, o co chodzi, pociągnął go za rękę. Poszli w głąb podziemi, ale znacznie szybciej niż poprzednio. Zmęczenie ustąpiło równie szybko, jak się pojawiło. Prawie biegli. Zawijas bezbłędnie skręcił na dwóch kolejnych rozwidleniach i wkrótce znaleźli się przed pierwszą ze ślepych ścian. Profesor podszedł do niej, rozłożył ramiona i przywarł całym ciałem. Mimo zupełnej ciemności Madej widział jego sylwetkę całkiem wyraźnie na tle betonowej płaszczyzny. Po chwili rozległ się zgrzyt mechanizmu i ściana się poruszyła. Jej prawa strona popłynęła w głąb, lewa najechała na nich. Przejście stało otworem. Weszli.

    Po dwóch metrach natrafili na kręte kamienne schody. Weszli na górę i znaleźli się w pustej hali starej fabryki. Ciemność straciła nieco na pewności siebie, przez otwory okienne od wschodu płynęła szarość świtu. Profesor rozejrzał się wkoło, westchnął, jakby miał się zaraz rozpłakać, a potem energicznie szarpnął inspektora za rękaw.

    – Na górę! Musimy zdążyć przed wschodem słońca!

    – Że niby wampiry…? – spytał niepewnie Madej. – Ale kto, my?

    Po raz kolejny tej nocy nie doczekał się odpowiedzi, więc posłusznie ruszył za swoim przewodnikiem ku metalowym schodom na piętro. Minęli wielki korpus silnika, kwadratowy lej opadający z sufitu tuż nad podłogę i dudniących stopniach wbiegli na piętro. Niebo na wschodzie jaśniało. Profesor śpieszył się niemal gorączkowo. Znowu wiedział, co robić, z tą swoją nieznośną profesorską pewnością siebie. Podbiegli do dziwnego urządzenia, które ze wszystkich znanych Madejowi rzeczy najbardziej przypominało dziecięcą zjeżdżalnię na palcu zabaw, i Zawijas nakazał mu usiąść na tym.

    – Że co?

    – Jeszcze ci nie pozwoliłem pytać. Siadaj i zjeżdżaj. Szybko, bo zaraz się zrobi dzień, a po tobie muszę jeszcze ja. No już, zjeżdżaj!

    – Dobrze, ale wyjaśnij mi tylko jedno – mówił inspektor siadając w drewnianej rynnie. – Kiedy mi opowiadałeś o starym młynie, to wspominałeś, że dwadzieścia lat temu go zburzyli i został po nim tylko betonowy plac. To znaczy, że teraz go nie ma. A myśmy go przedtem widzieli, w nocy, a teraz w nim jesteśmy, i z tego by wynikało, że nas również…

    – Nie ma – wyszeptał mu do ucha profesor i mocno pchnął w dół.

    KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #20

    Czytaliśmy na wyścigi. Kto więcej stron dziennie. Na koniec tygodnia robiliśmy podsumowanie i zwycięzca opowiadał te swoje przeczytane. Uwielbialiśmy opowiadać! Obaj, chociaż ja ciągle cierpiałem, że Krzysztof ma do tego większą smykałkę, większy dryg, jak mawiała babka. Uwodził umiejętnością gawędy, zręcznego streszczania fabuły z wplataniem fragmentów dialogów, opisów postaci… Miał fenomenalną pamięć, potrafił z głowy zacytować cały akapit z Potopu albo z Biesów. W każdą niedzielę udawaliśmy przed rodzicami, że jedziemy do kościoła i wysiadaliśmy dwa przystanki wcześniej, żeby uciec na stawy i włóczyć się dwie godziny po groblach z naszymi opowiadaniami. Zima, lato, przy każdej pogodzie, nie zważając na świat wokoło – gadaliśmy, gadaliśmy, gadaliśmy. O książkach. O tym, co po drugiej stronie kartki.

    Profesor zamilkł, a inspektor wykorzystał moment, by sprawdzić w nawigacji dalszą drogę. Zabrnęli w jakieś ciasne drogi łączące miejscowości o dziwnych, nieledwie bajecznych nazwach, jak Wieprz, Nidek, Malec, Kańczuga… zupełnie jak imiona diablików ze starej baśni. Dotknął ikonki telefonu i okazało się, że połączenie bluetooth działa. Wybrał numer córki. Cisza. Nie można zrealizować połączenia. Wybrał numer żony, ale gdy zaczęło łączyć, przerwał. Nie ma sensu.

    Nie pamiętam, który z nas pierwszy wpadł na ten pomysł – ciągnął profesor Zawijas. – Pewnie Krzyś, bo jak mówiłem, był lepszy w opowiadaniu. Miał coś takiego, wiesz, co jest już w języku, w sposobie formułowania zdań, dobierania słów, wchodzenia w intymną relację z materiałem literackim. Powiedziałbym, że zatracał się w fabule, czasami do tego stopnia, że tracił kontakt z rzeczywistością. Jakby… wchodził w książkę. Rozumiesz, do środka. Mnie się to również przydarzało, to zresztą warunek empatycznej lektury, dzisiaj nazywanej imersją. Nie umiałem jednak o tym tak barwnie opowiadać. Trochę się jąkałem. Nie śmiej się, naprawdę miałem wtedy kłopoty z wymową, chyba na tle nerwicowym, bo potem mi przeszło. Pomogły seks i alkohol. Terapia przez dorastanie. Później jeszcze zacząłem namiętnie palić. Co robisz?

    A propos – mruknął inspektor i zjechał z drogi.

    Niewielki sklep o aparycji pasterskiej budy, oświetlony – a jakże! – niebieskim neonem ALKOHOLE 24H stał niemal w polu, przy zjeździe z szosy do wioski o kolejnej malowniczej nazwie: Babuda, i rzeczywiście był otwarty. Opel zajechał na gliniany plac pełniący funkcję parkingu, Madej wyłączył silnik i z rękami zawieszonymi na kierownicy spojrzał w oczy profesora Zawijasa.

    Potrzebujesz coś?

    Mierzyli się wzrokiem. To była noc skrzyżowanych spojrzeń.

    Nie. A ty?

    Papierosy.

    Nie wiedziałem, że palisz.

    Ja też nie wiedziałem, ale trzeba się przygotować na każdą ewentualność.

    Wiesz, że to może być nieodwracalne. W twoim wieku…

    W twoim też. „Droga w jedną stronę” – pamiętasz?

    Profesor Zawijas przygryzł wargę i nic nie odpowiedział, co inspektor uznał za zamknięcie sprawy i wysiadł. Szybkim, niemal uskrzydlonym krokiem wbiegł na schodki sklepowej budy, co przy jego tuszy i rozwianych połach krótkiego płaszcza wyglądało dosyć niesamowicie. Po chwili wrócił z kieszeniami wypchanymi tajemniczymi zapasami.

    Kupiłem też coś na zagrychę. Tam chyba trzeba jeść, co?

    Ponieważ profesor w odpowiedzi tylko wzruszył ramionami, Madej rozerwał torebkę z chipsami o smaku zielonej cebulki i wpakował sobie całą garść do ust. Żuł systematycznie i głośno, parę razy zachęcając towarzysza do poczęstowania się wyborną, mocno spóźnioną kolacją. Następnie wyjął z kieszeni małą brązową puszkę mrożonej kawy i wypił duszkiem.

    Żeby nie zasnąć za kierownicą – wyjaśnił. – I co dalej z tym opowiadaniem książek?

    Wyjechali na nocną szosę, zostawiając za sobą migające światełka nocnego sklepu, i profesor wrócił do opowiadania.

    www.unsplash.com/Alex Bello

    Dopiero wiele lat później przyszło mi do głowy, że on zagadywał swój kompleks. Bo ja nie umiałem opowiadać tak jak on, ale pisałem lepiej. Chyba. On tak uważał i strasznie go to gryzło. Po pewnym czasie Krzyś regularnie wygrywał zawody czytelnicze i niedzielne opowieści należały praktycznie bez wyjątku do niego, podczas gdy ja pisałem. Może o to gdzieś między wierszami w naszym układzie chodziło: on mówi, ja piszę. Może ja mu dawałem wygrywać, żeby się wygadał, i przegrywałem specjalnie, zyskując w ten sposób czas na pisanie. To dzisiaj nie ma żadnego znaczenia… – zamyślił się, jakby to była jakaś szczególnie odkrywcza refleksja. – Namawiał mnie później na czytanie tego, co napisałem, i wtedy oczy zachodziły mu takim bezdennym smutkiem. To znaczy, tak teraz o tym myślę, że to przez moje czytanie, bo wtedy tego nie widziałem. Myślałem, że po prostu jesteśmy parą przyjaciół, którzy mają bzika na punkcie literatury i nadają na tych samych falach. O, właśnie tak – nadawanie na tych samych falach! O to chodziło.

    Przerwał, ponieważ droga zrobiła się znowu kręta i musiał dla równowagi złapać się uchwytu nad głową.

    Wiesz, co mnie w życiu najbardziej wkurza? – spytał retorycznie, gdy wyjechali na prostą. –Że wprawdzie dowiadujesz się wszystkiego, co ci było potrzebne, tylko za późno i nic już nie można zmienić. Brniesz na ślepo przez jakieś cholerne życiowe paści, a kiedy potem – pokaleczony i nauczony na własnej skórze – odwracasz się, żeby poprawić, nic już nie ma znaczenia. Zostaje ci tylko czekanie, że jeszcze raz, kiedyś, druga szansa, powtórka tamtej jednej chwili, ale już z korektą, bo jesteś mądrzejszy… Gdybym wtedy wiedział, co wiem teraz… Natomiast jestem prawie pewien, że to on pierwszy rzucił hasło przejścia na drugą stronę.

    „–Wiesz, chciałbym tam zostać.”

    „–Gdzie?”

    „–W środku. Wejść do książki i zostać.”

    „–Dlaczego właściwie?”

    „–Tam jest lepiej. Przytulniej. Jaśniej.”

    „–Może czytamy takie pogodne książki? Inne mogą być straszne. Mogą być okrutne”.

    „–Nie! Każda książka jest lepsza od rzeczywistości! Rozumiesz? Każda! Prawdziwe życie jest w literaturze! Wszyscy wielcy pisarze tak mówią!”

    „–Ale nie da się żyć w literaturze.”

    „–Musi być jakiś sposób. Musi!”

    Samochód znowu wjechał między drzewa i inspektor zwolnił pomny niedawnych przygód z leśnymi mieszkańcami. Sięgnął do torebki z chipsami, leżącej między nimi, ale na widok karcącego spojrzenia profesora cofnął rękę.

    Tak to mniej więcej brzmiało – powiedział Zawijas przytakując jakimś swoim wątpliwościom. – Naiwne pogaduchy gówniarzy z liceum, którzy liznęli parę książek i wydawało im się, że już wszystko wiedzą. Żywiłem wtedy sztubackie przekonanie, że wszyscy w miarę rozgarnięci licealiści tak mają, że jesteśmy raczej regułą niż wyjątkiem, chociaż wystarczyło rozejrzeć się po klasie w czasie lekcji polskiego, by zaobserwować coś przeciwnego. Gdybym teraz wrócił do tamtych czasów, inaczej bym to rozegrał…

    Skąd wiesz, że lepiej?

    Bo do tego służy wiedza: żeby coś zrobić lepiej.

    Aha – zgodził się inspektor. – I teraz jedziemy, żeby tam wrócić, z naszą wiedzą, i zrobić to lepiej…

    Wymienili szybkie spojrzenia i wrócili do obserwowania drogi przed samochodem.

    Nie całkiem.

    To co będziemy robić?

    Jeszcze nie skończyłem – odparł szorstko profesor.

    Masz okazję, by następne zdanie zacząć od „no więc”.

    Profesor uśmiechnął się pod nosem.

    No więc Krzyś wpadł na pomysł, byśmy wspólnie pisali jedną powieść, równocześnie, siedząc obok siebie i wymyślając postacie, ich perypetie, zwroty akcji. Powiedział, że to będzie taka nasza ścieżka z tego do tamtego świata. Dokładnie tak się wyraził: „z tego do tamtego świata”. Mieliśmy wczuć się w akcję na tyle mocno, by tu zniknąć i tam się pojawić. To też jego wyrażenie. Na moje sceptyczne uwagi odpowiadał, że to zależy wyłącznie od stopnia zaangażowania i jak nie chcę, to nie muszę w tym brać udziału. On spróbuje sam.

    Trochę jak dwaj harcerze, którzy się umawiają na wąchanie kleju – rzucił inspektor.

    Mniej więcej. Krzysztof miał w sobie coś z nałogowca. Zawsze trzymał w pogotowiu wielką pasję, gotów zaangażować ją w każdą sprawę, która mu się zamieni w opowieść. Myślę – Zawijas zawiesił głos – że on miał w sobie coś z prawdziwego pisarza. Był prawdziwym pisarzem.

    Znowu zamilkł i pogrążył się w jakichś swoich wspomnieniach.

    Daleko jeszcze do początku tej historii? – spytał Madej po odczekaniu stosownej chwili. – Bo nawigacja pokazuje mi, że za pół godziny będziemy na miejscu. Przeszliście na drugą stronę?

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Wiem, że dzisiaj brzmi to śmiesznie – odparł profesor – ale wtedy traktowaliśmy rzecz najzupełniej poważnie. Pewnej niedzieli w ogóle nie wsiedliśmy do autobusu i zamiast do kościoła, udaliśmy się w przeciwną stronę, do parku przy przedszkolu mieszczącym się w dawnym dworze ziemiańskim. Pod gankiem z tyłu budynku znajdowało się okienko do piwnicy, które nieraz otwieraliśmy i właziliśmy do środka, trudno powiedzieć, po co. Tym razem mieliśmy konkretny plan i wyposażeni w zeszyty oraz długopisy usiedliśmy w kącie, gdzie padało trochę światła przez brudną szybę. Zaczęliśmy układać naszą powieść. Wymyśliliśmy, że będzie się działa w naszej wsi, a głównymi bohaterami będą dwaj chłopcy, którzy wolą świat wymyślony od prawdziwego. Super oryginalne! Zabraliśmy się do rysowania mapy topograficznej naszej powieści, imion bohaterów, ustalania miejsc akcji poszczególnych rozdziałów. I wtedy doszło do pierwszej kłótni.

    Zajmująca historia – mruknął Madej z niejasną intencją w głosie.

    Już się zaczyna – uspokoił go Zawijas. – Otóż w pobliżu przedszkola, czyli dawnego dworku, był betonowy plac po młynie, który podobno stał kiedyś w tamtym miejscu. Mówię „podobno”, bo nigdy go nie widziałem, dopiero wiele lat później zobaczyłem na jakiejś starej fotografii jego zwalistą, prostokątną bryłę z szeregiem niewielkich okien. I ja się upierałem, że akcja naszej powieści ma się rozgrywać w tym młynie, nawet proponowałem, żeby cała powieść tak się nazywała: „Stary młyn”. Wiem, kojarzysz. Przy okazji zapewniam cię, że będzie jeszcze parę punktów w tej historii, w których możesz się śmiać. W każdym razie stanowczo domagałem się, żeby stary dworski młyn stanowił miejsce naszej akcji. Natomiast Krzysztof upierał się, że nie, że on ma lepszy pomysł. Że to będzie…

    Cegielnia.

    Właśnie. Cegielnia. Skąd wiesz?

    Madej westchnął i nabrał do ust garść chipsów.

    Gdybym nie umiał skojarzyć takich rzeczy, nie przepracowałbym tyle lat w policji śledczej. I nie wyrywałbym cię z wariatkowa, gdzie ci było tak dobrze…

    Gówno wiesz o moim siedzeniu w wariatkowie! – krzyknął profesor tak głośno, że Madej zdziwiony wcisnął hamulec i zjechał na pobocze.

    Hej, co jest? Przepraszam. Nadepnąłem ci na coś?

    Przyglądał się z uwagą profesorowi, który zamachał rękami, a potem zaczął ogryzać paznokcie. Ten trochę wulgarny i całkiem szczeniacki odruch zupełnie do niego nie pasował. Jakby na chwilę przestał być profesorem, pomyślał Madej.

    Wcale mi nie było dobrze. Było fatalnie. Wszystko tamto, wiesz… wróciło. Eee, do diabła! Pieprzę jakieś głodne kawałki, bo nie umiem, rozumiesz? Nie umiem!

    Czego nie umiesz?

    Nie umiem tego opowiedzieć! Gdzie jesteśmy?

    Nagle zmienił temat i przystawił dłoń do czoła, by widzieć, co jest w ciemności za oknem.

    Według nawigacji mijamy wiochę o malowniczej nazwie Malec. Zaraz będzie Smarkacz, a potem Konus…

    Ale to nie jest Malec! – wykrzyknął profesor. – Jedziemy w drugą stronę!

    Inspektor zrobił zdziwioną minę i wziął się do sprawdzania ustawień nawigacji samochodowej. Wszystko było w porządku. Pomyślał chwilę i wyjął z kieszeni telefon komórkowy. Kiedy wyjeżdżali z Krakowa, sieć przez chwilę działała normalnie, wybrał nawet numer do córki i żony, co prawda bezskutecznie. Teraz znowu padła. Odwrócił się do Zawijasa, by mu to pokazać i wtedy na czarnym ekranie zamigotała buźka. Jestem tu z wami.

    Cholera, on nas cały czas śledzi! – wykrzyknął. – Twierdziłeś, że nie żyje. Zaczniesz wreszcie tę popieprzoną historię?

    Spokojnie – powiedział profesor matowym głosem. – Po pierwsze, wyłącz te wszystkie elektroniczne zabawki i zawróć samochód. Powiem ci, którędy masz jechać. To już niedaleko.

    Madej posłusznie zawrócił na pierwszym polnym zjeździe i jechał teraz powoli, czekając na dalsze instrukcje.

    Niedaleko do śmierci – mruknął do siebie, a potem dodał trochę głośniej: – W co ja się wpakowałem!

    Nie doczekał się wyjaśnień, w co się mianowicie wpakował, więc nabrał jeszcze jedną garść chipsów i zaczął chrupać tak głośno, że aż się zakrztusił. Zaklął brzydko i popił ziemniaczaną miazgę zimną wodą. Zrobiło się jeszcze gorzej, miał teraz kamień w żołądku, więc klął dalej, obracając złość przeciwko własnej głupocie.

    Profesor nie zwracał uwagi na jego perypetie. Na następnym skrzyżowaniu nakazał skręcić w lewo i znaleźli się na łagodnym zjeździe w dół, dalej droga wiodła pomiędzy stawami hodowlanymi, oddzielanymi cienkimi jak miedze groblami. Za ostatnią z nich na rozległym wypłaszczeniu majaczyły w ciemności bryły kilku domów. Ciemne, wygaszone, przycupnięte między drzewami – bardziej przypominały drzemiących olbrzymów, niż siedziby ludzkie. Asfaltowa szosa biegła prosto jak od linijki, jakiś kilometr przed nimi mrok rozświetlała pojedyncza latarnia. Pod nią szosa się rozwidlała i profesor polecił skręcić w lewo, a kilometr dalej w prawo. Znowu jechali między drzewami, wąskim mostem przekroczyli rzekę i znaleźli się wśród łąk. Druty biegnące między drewnianymi kołkami wskazywały na tereny pastwiskowe.

    Tu! – krzyknął nagle profesor i Madej gwałtownie zahamował. Między dwoma słupkami schodziła w pola wąziutka drożyna. Wjechał w nią bardzo ostrożnie, ale Zawijas i tak kazał jeszcze zwolnić.

    Ostrożnie, pomalutku, ostrożnie… – powtarzał w napięciu. Wkoło panowała czarna noc, przecięta reflektorami ich samochodu. Jedynym jaśniejszym punktem w kabinie monotonnie mruczącego opla była tablica rozdzielcza. W jej mdłym świetle inspektor zobaczył krople potu na czole Aleksandra Zawijasa.

    Boisz się? – spytał cicho.

    Nie – skłamał profesor. Głos mu drżał.

    Minęli kępę gęstych zarośli i droga, która zwęziła się do rozmiarów ścieżki, skręciła ostro w lewo. W światłach ukazała się następna kępa krzewów, większa, z półkolistym zwieńczeniem z gałęzi u góry.

    Mam tam wjechać?

    Tak. Tylko błagam cię, powoli. I wyłącz światła.

    Co?!

    Jedź na postojowych – sprecyzował poirytowanym głosem profesor. – I powoli!

    Dobrze, dobrze.

    Madej zrobił wszystko zgodnie z nerwowymi instrukcjami profesora. Ten z wybałuszonymi od natężonej uwagi oczyma wpatrywał się w krzaki, jakby chciał wzrokiem rozchylić pędy dzikiego bzu i utorować im drogę.

    Stój! – zakrzyknął w pewnym momencie i Madej wdepnął hamulec. Samochód zatrzymał się i zgasł. Profesor wyjął z torby Madeja swój laptop, rozłożył na kolanach i włączył.

    Teraz możesz się na chwilę zdrzemnąć.

    A co ty będziesz robił?

    Muszę coś napisać?

    Co?! Teraz?

    Przestań się pytać „co?”, jak półgłówek, tylko wyłącz te cholerne światła postojowe i daj mi pół godziny. Może trzy kwadranse.

    Co chcesz napisać?

    Zakończenie naszej historii.

    Madej miał ochotę krzyknąć, ale ugryzł się w język. Następne „co” mogło wywołać niepotrzebną burzę. Wyłączył światła, rozejrzał się po ciemnościach wkoło i stwierdziwszy, że patrzenie w którąkolwiek stronę jest pozbawione sensu, oparł się o fotel i zamknął oczy. Był przekonany, że po wieczornych kawach nie zmruży oka, ale zasnął prawie od razu.

    Śnił mu się młody człowiek w staroświeckim stroju, który szpadą rozcinał brzuch wielkiego jaszczura. Z gadziego wnętrza sypały się drogie kamienie. Najwięcej było czerwonych. Świeciły.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #17

    – Dlatego bardzo pana proszę, niech pan zostawi Olka w spokoju – poprosiła cichym głosem Magda Zawijas na koniec swej opowieści. – Drugi raz tego nie przetrzyma. Obiecuje pan?

    Niezdarnie otarła wilgotne policzki, pociągnęła nosem i czekała. Na takie postawienie sprawy inspektor mógł tylko skinąć głową w akcie kapitulacji.

    – Obiecuję – zapewnił czując, jak gadzina nikczemności budzi się w jego trzewiach. – My jesteśmy od pomagania ludziom, nie od ich pogrążania.

    Liczył, że szlachetność wygłoszonej prawdy, która z policyjną praktyką miała tyle wspólnego, ile niedzielne kazanie z obyczajami dnia powszedniego, przesłoni jego niecne intencje. Musiał dostać się do profesora. Im dłużej myślał o tym, co się dzieje, tym bardziej był pewien słuszności obranego kierunku działań.

    Pokazał ręką na telewizor, transmitujący dantejskie sceny z centrum miasta, gdzie samozwańcze grupy mieszkańców, pozbawione już wszelkich hamulców i skrupułów, polowały na ludzi ze słuchawkami i książkami.

    – Muszę z nim porozmawiać – powiedział – inaczej to się nigdy nie skończy.

    W tym momencie obraz telewizyjny zachwiał się, zamigotał, zza kadru dobiegło ni to westchnienie, ni to kaszel, po czym wszystko ujechało w górę i zgasło.

    – Jezus Maria, co się dzieje – jęknęła Magda Zawijasowa. – Dlaczego policja nic z tym nie robi?

    – Właśnie robi – odparł stukając się palcem w pierś. – Gdzie on jest? W Babińskim?

    Chciał mówić dalej, ale nie dał rady. Opadło go nagłe zmęczenie, tak dojmujące, że zachwiał się i osunął się na kanapę. Podparł się łokciem jak pijak, który chce koniecznie sprawiać wrażenie trzeźwego, i usiłował powrócić do pionowej pozycji. Profesorowa pomogła mu usiąść i podała szklankę wody. Jeszcze parę minut temu to on wykonywał podobnie troskliwe gesty wobec niej.

    – Pan się wykończy – powiedziała trzymając go za ramię. – Trzeba odpocząć. To samo zrobił mój mąż. Poszedł odpoczywać. Mężczyźni w waszym wieku za dużo pracują. Chcą za wszelką cenę zaprzeczyć upływowi czasu, a kończy się zawałem albo wylewem.

    – Coś w tym jest – wymamrotał niewyraźnie Madej. Jego obwisłe usta nie kwapiły się do precyzyjnej artykulacji. – Ale tak trzeba. Inaczej śmierć.

    – Śmierć, śmierć. Co wy się tak boicie tej śmierci? I tak przyjdzie we właściwym czasie. O, tam jest śmierć.

    www.unsplash.com/Aron Visuals

    Zamierzała pokazać prawdziwe oblicze śmierci na ekranie telewizora, ale ten po wygaśnięciu już nie odzyskał przytomności. Na czarnym ekranie pulsowało jedynie kilka żółtych punkcików. Tańczyły figlarnie po czarnej tafli, jak robaczki świętojańskie w otchłani czerwcowej nocy, by ostatecznie znaleźć jeden wspólny rytm i ułożyć się w dwie kropki i kreskę. Buźka z poziomej obróciła się w pionową i wygięła pikselowe usta w podkówkę. Smile.

    Magda Zawijasowa pobladła.

    – Czy to ma coś wspólnego… – Co to w ogóle jest?

    – Nie wiem – odparł inspektor. – I właśnie dlatego muszę porozmawiać z pani mężem. Ponieważ mam wrażenie, że on wie.

    Znowu ogarnęła go fala słabości i opadł głową na oparcie kanapy. Dziwne. Nie sądził, że starość przyjdzie tak nagle. Może sama myśl o emeryturze tak działa? Jak on to powiedział? „Ścieżka w jedną stronę”. Nie oglądaj się, bo przepaść przed tobą. Kto o śmierci myśli, buźkę sobie kryśli. Na ekranie, drogi panie. Cicho już, cichutko. Wieczność jest niema. Studnia ciemna i głucha, a w duszy posucha…

    Cholera.

    – Tylko niech mi pan tu nie mdleje – powiedziała profesorowa, klepiąc go w policzek. – Wody proszę łyknąć.

    – Tak, przepraszam – wymamrotał otrzeźwiawszy. Ostrożnie odepchnął jej dłoń ze szklanką. – Ja już sobie pójdę. Dziękuję pani i proszę mi wybaczyć to najście, chciałem tylko…

    – Nigdzie pan teraz nie pójdzie – zakomenderowała Zawijasowa z nową energią. – Trzeba odpocząć. W gabinecie męża jest leżanka, wdrapiemy się teraz po schodach i pan się położy. To nie ma sensu. I tak dzieje się dosyć złego – zakończyła machając ręką w nieokreślonym kierunku.

    Ujęła go pod ramię i energicznym ruchem postawiła na nogi. Zachwiał się, nie upadł jednak, podtrzymany jej silnym uchwytem. Ruszyli na piętro.

    W pogrążonym w mroku gabinecie profesora jaśniała jedynie smuga światła pobliskiej latarni. Wąskim paskiem przecinała pokój. W zawodowym odruchu inspektor potoczył za nią wzrokiem i ujrzał na kawałku ściany niewielki portret w złotej ramce oraz jakiś sztylet na łańcuszku. Zapewne pamiątki profesora z konferencyjnych wyjazdów. Reszta pokoju tonęła w czerni, smuga była żółta. Na jej tle korpus monitora na biurku wyglądał jak łeb przedpotopowego stwora. Madej miał wrażenie, że łeb obraca się ku niemu i szczerzy paszczę. Pstryknęło światło i zjawa znikła. Tak, zdecydowanie powinien odpocząć.

    – Dziękuję pani, ja chyba rzeczywiście…

    Przerwała mu biorąc go za ramiona i sadzając na łóżku.

    – Dobrze już, dobrze. A teraz proszę spać. Gdyby pan potrzebował, łazienka jest na końcu korytarza po lewej.

    Potrzebował, więc znowu się podniósł. Przechodząc korytarzem zerknął w uchylone drzwi jednego z pokoi na piętrze. Dziewczyna w słuchawkach siedziała na łóżku ze skrzyżowanymi nogami i zamkniętymi oczyma. Kołysała się lekko w jakimś ukrytym rytmie i uśmiechała do wypełniających ją dźwięków.

    – Nie rób tego – powiedział stając w progu.

    Spodziewał się, że ją spłoszy, w najśmielszych przypuszczeniach nie oczekiwał jednak aż takiej reakcji. Rzuciła krótkie, wściekłe spojrzenie na drzwi i jednym skokiem zatrzasnęła je tuż przed nosem Madeja. Gdyby się nie cofnął, dostałby nimi w twarz. Oparł się o ścianę, a z wnętrza pokoju dobiegło zwierzęce warknięcie. Nie zrozumiał słów i może to nawet lepiej. Zgrzytnął klucz w zamku, a zaraz potem sprężyny w łóżkowym materacu. Wróciła do słuchania.

    www.unsplash.com/Barrett Ward

    Dyszał oszołomiony jak człowiek, który ledwie uszedł z życiem z katastrofy. Powinien walnąć w te zaryglowane drzwi, w razie potrzeby nawet wyważyć, i odebrać jej te cholerne słuchawki wraz z telefonem. Nie miał siły. Nie potrafił porządnie zebrać myśli, a nogi ledwie go utrzymywały. Dowlókł się do toalety i usiadł na sedesie. Zaryglował drzwi od środka. Chciał posiedzieć na chwilę w spokoju, inne potrzeby odsunęły się na dalszy plan.

    Nic z tego nie rozumiał. Po pierwsze, nie rozumiał agresji, która budziła się i u tych, którzy słuchają, i u tych, którzy ich ścigają. Po drugie, nie wszyscy słuchali Cegielni, w gruncie rzeczy niewielu, a krwiożercza epidemia rozprzestrzeniała się w błyskawicznym tempie, jakby jej wirusy latały w powietrzu. Po trzecie, paraliż miasta wydawał się zupełnie nieadekwatny do skali zjawiska. Tłumy ruszyły jak na umówiony sygnał, jakby tylko czekały na okazję do wyrzucenia z siebie nagromadzonych pokładów nienawiści. Ktoś kiedyś powiedział, że agresja tłumu rotuje. Miał nieodparte wrażenie, że właśnie domyka się kolejne koło.

    I po czwarte – był dziwnie słaby. Ledwie się ruszał, a przecież ten trudny i pełen wysiłku dzień nie wyczerpał go do tego stopnia, by nie mógł teraz ustać na nogach. Ani porządnie się skupić. Coś go osłabiało, jakieś tajemnicze fluidy, które pozbawiały umiejętności sprawnego działania. Fajne.

    Ekscytujące.

    Kompletnie bzdurne.

    – Zośka, otwórz drzwi! – rozległ się okrzyk Magdy Zawijasowej, któremu towarzyszył nerwowy łomot. – Otwórz te cholerne drzwi!

    Z najwyższym trudem podniósł się i wyszedł na korytarz. Profesorową przestało interesować samopoczucie gościa, cała jej uwaga skierowała się ku zamkniętej w pokoju córce. Oczy zdradzały przerażenie.

    – Niech pan coś zrobi!

    Florian Madej, który w każdy krok wkładał cały – bardzo skromny – zapas sił, szedł powoli opierając się rękami o ściany wąskiego holu. Kiedy jednak dysponuje się odpowiednią masą ciała, do wyważenia drzwi siła nie jest potrzebna. Łagodnym ruchem odsunął Zawijasową, odwrócił się tyłem i odepchnął od ściany naprzeciw wejścia. Jego plecy, wsparte bezwładnością stu dziesięciu kilogramów, runęły na zamknięte skrzydło, które z suchym trzaskiem upadło na podłogę, a Madej wraz z nim. Jęknął z bólu, kiedy klamka wbiła mu się w sadło okalające lędźwie. Na moment stracił kontakt z rzeczywistością. Ocucił go krzyk.

    – Nie ma jej!

    O sprawnym wstawaniu nie było mowy, z wysiłkiem przewrócił się na brzuch i podniósł na czworaka. Rozejrzał się zamglonym wzrokiem tucznika przyprowadzonego do rzeźni. Nic nie widział. Coś mu zabrało siły, a teraz zabierało widzenie. Podpełzł do łóżka i oparł się obiema rękami, co umożliwiło zajęcie pozycji nieco bardziej pionowej, dającej z kolei lepsze złudzenie przytomności u kogoś, kto właśnie usiłuje wstać i nie może. Teraz klęczał jak grzeczna panienka przy wieczornej modlitwie.

    Pościel na łóżku, na którym przed chwilą siedziała młoda Zawijasówna, była solidnie skopana i zmięta. Dziewczyna znikła. Okno za łóżkiem było otwarte na oścież, z zewnątrz wlatywały nocne owady i obsiadały mleczny klosz lampy pod sufitem.

    – Zośka, wracaj! – krzyknęła w ciemność Zawijasowa. Przechyliła się przez parapet i spojrzała w dół. – Nie ma jej! Uciekła!

    Florian Madej nie odpowiedział. Pomacał zmierzwioną pościel i po chwili wyjął spod narzuty komórkę z doczepionymi do niej słuchawkami. Włożył jedną z nich do ucha.

    W głębokiej nocnej ciszy jedynym słyszalnym dźwiękiem był szelest ostrożnych dziewczęcych kroków. Szła samotnie przez las, wolna od lęków i niepokojów, zwyczajnie przynależnych jej wiekowi i płci. W jednej ręce dzierżyła skórzaną sakwę, w drugiej – obnażony carski bebut. Nie znała jeszcze celu swej drogi ani czekającego nań u jej kresu przeznaczenia, mimo to przemierzała niebezpieczny las z godną podziwu śmiałością. Która, jak powszechnie wiadomo, w najmniejszym stopniu nie zmniejsza śmiertelnego zagrożenia. Szła powolna rozkazom, nie znając ich źródła ani charakteru…

    Wyrwał słuchawkę z ucha.

    – Co to jest bebut? – ryknął do profesorowej w nagłym przypływie energii.

    – Co…? – spytała zaskoczona Magda Zawijas. Była jednak bystrą kobietą i błyskawicznie połączyła fakty. – Matko Najświętsza! – zajęczała i wybiegła z pokoju. Madej poszedł za nią.

    W gabinecie profesora paliło się światło. Zawijasowa natychmiast skręciła w lewo i podeszła do ściany z pamiątkami. Obok staroświeckiej fotografii kobiety w długiej sukni tkwił w tynku goły hak. Sztylet znikł.

    – Co ona wyprawia? Zośka! Wracaj!

    Nie zwracając uwagi na inspektora kobieta wypadła z gabinetu i z łoskotem zbiegła po schodach. Wkrótce trzasnęły drzwi wejściowe i do uszu Floriana Madeja doleciały piskliwe nawoływania z ogrodu Zawijasów. Pomacał puste miejsce po zabytkowym sztylecie. Czyżby to miał być ten cały bebut?

    Wyszedł przed dom. Profesorowa zdążyła w tym czasie obiec wkoło całą posesję i przekonać się, że po dziewczynie nie ma śladu. Wyszła przed furtkę, zawołała parę razy to swoje „Zośka, wracaj!”, i pełna bezradnej rozpaczy wróciła do domu. Chcąc ją czymś zająć inspektor wziął ją pod rękę i razem przeszukali cały dom jeszcze raz. Tym razem on robił za stronę silniejszą, całe osłabienie nagle opadło z niego jak zły sen.

    Dziewczyny nigdzie nie było, Magda Zawijasowa nie zauważyła, by zniknęły jakieś inne przedmioty oprócz sztyletu ze ściany i skórzanego plecaka, z którym chodziła do szkoły. „W ręce dzierżyła skórzaną sakwę”, powtórzył w myślach Florian Madej. Kiedy kobieta trochę się uspokoiła, usiedli w kuchni.

    www.unsplash.com/Niilo Isotalo

    – Zaraz wróci – pocieszał ją klepiąc po wierzchu dłoni. – To co z tym bebukiem?

    – Mąż go przywiózł przed laty z Kaukazu. Jakaś stara rosyjska broń, podobno pochodzenia czeczeńskiego. – Nagle podniosła na niego wzrok. – Skąd pan o nim wiedział?

    Chwilę milczał zastanawiając się, jakiej udzielić odpowiedzi. Co mu wolno powiedzieć. Profesorowa wiedziała już całkiem dużo, ale jeszcze sobie dobrze tej wiedzy nie przyswoiła. Taki proces przebiega stopniowo, jak każda nieprawdopodobna informacja, zwłaszcza jeśli dotyczy katastrofy. Wyjął z kieszeni komórkę jej córki, owiniętą białymi sznureczkami słuchawek, i położył na stole.

    – Niech pani to dobrze schowa – powiedział. – Skuteczniej byłoby wyjąć baterię, ale w tym modelu się nie da. Więc proszę ukryć gdzieś głęboko i pod żadnym pozorem nie włączać. Tak, w niej usłyszałem to słowo, przed chwilą, kiedy znalazłem ją w pokoju pani córki. Nie, proszę tego nie robić – dodał widząc, jak majstruje przy wyłączniku. Odłożyła.

    – Ale… dokąd ona poszła? – spytała patrząc mu w twarz. Już nie płakała, tylko próbowała coś zrozumieć. Jej szeroko otwarte, błyszczące oczy były całkiem ładne. W ogóle była ładna, pomyślał zerkając na jej falujący w napięciu biust, kiedy z trudem formułowała następne pytanie. – Czy to wszystko jest aż tak… przerażająco absurdalne?

    Podniósł wzrok. Ile tu można powiedzieć, a ile przemilczeć? Patrzyła w niego już bez histerii, powoli docierały do niej nowe warstwy przerażającej i nieprawdopodobnej wiadomości, której próbowała zaprzeczyć niezgrabnym pytaniem.

    – Myślę, że tak – odparł powoli. – Nie wiem jeszcze, jak bardzo, ale jakoś jest.

    Siedzieli naprzeciwko siebie na kuchennych krzesłach i patrzyli sobie w oczy. Ponieważ nie wiedział, co ma mówić dalej, kazał jej wyjąć własną komórkę i zadzwonić do syna. Wykonała polecenie i po chwili odłożyła niechętnie na stół.

    – Nie ma połączenia.

    Wyjął własną i wybrał numer byłej żony. Wcisnął funkcję głośnego mówienia. „Nie można zrealizować połączenia”, zaskrzeczał głośnik. Przerwał i wybrał numer Aleksandra Zawijasa, który miał na liście ostatnich połączeń. Aparat powtórzył: „Nie można zrealizować połączenia”.

    – Nie wiem, czy to pani wystarczy za odpowiedź. Jeśli nie, to mogę jeszcze trochę poopowiadać o bezradności policji, która właśnie zajmuje się doraźnym gaszeniem najbardziej zapalnych ognisk buntu nie mając pojęcia, gdzie szukać przyczyny. Na pani życzenie mogę przytoczyć dane – mocno już nieaktualne – o liczbie ofiar dzisiejszych zamieszek i rosnących od paru godzin problemach w funkcjonowaniu miasta. Słowo „problemy” brzmi niemal jak kłamstwo. W istocie mamy do czynienia z katastrofą. Przyjechał minister spraw wewnętrznych i obraduje teraz w gronie dowództwa krakowskich sił porządkowych, jak powstrzymać lawinę strasznych i kompletnie irracjonalnych wydarzeń. Być może coś im się uda wymyślić, niewykluczone, że nawet wprowadzeniem tych pomysłów w życie spowolnią nadejście następnych rozruchów i ulicznych samosądów, zduszą w zarodku jedno z licznych nowych zarzewi ognia. Być może. Mam jednak wrażenie, że nie zdołają zaradzić dalszym nieszczęściom. Nie da się tego zrobić, nie znając przyczyny.

    – A pan zna przyczynę?

    Popatrzył uważnie w jej błyszczące oczy. Wróciła do równowagi i trwała przy niej z godną podziwu determinacją, z rzadka tylko poprawiając palcem powiekę, co stanowiło dyskretny sposób na usunięcie wiszącej pod nią łzy. Zrozumiał, że ma przed sobą kobietę umiejącą czytać z własnego doświadczenia wiedzę na przyszłość. Panowanie nad rozpaczą należało do najważniejszych lekcji.

    – Ja nie. Ale jestem przekonany, że pani mąż zna. Dlatego muszę z nim…

    – Wiem, wiem, mówił pan to już dziesięć razy.

    – Trzy.

    – Cztery. Nieważne. Jak pan zamierza się tam dostać?

    Uniósł brwi w zdziwieniu.

    – Czyżby pani zmieniła zdanie w kwestii…?

    – W takim razie jedźmy – zarządziła stanowczo. Chciała mieć to jak najszybciej za sobą. – Nie ma czasu na gadanie.

    Wstała z krzesła nieco zbyt szybko i odrobinę zbyt nerwowym ruchem porwała torebkę z kuchennego blatu. Inspektor postanowił niezwłocznie skorzystać z okazji.

    – Świetnie, jedźmy. Czy mogę jeszcze na krótką chwilę do…?

    Pokazała mu palcem toaletę na parterze, ale stwierdził, że chyba ostatnio zostawił tam po sobie nieporządek i chciałby poprawić tutejszą opinię o sobie. Wzruszyła ramionami, a on poszedł i po chwili wrócił, poprawiając niezgrabnie spodnie w pasie. Ekran telewizora był martwy, podobnie jak wyświetlacze ich komórek. Znikło wszystko, łącznie z buźkami. Demon sobie poszedł.

    – Czy ona wróci dzisiaj? – spytała Magda Zawijasowa, gdy wsiadali do samochodu. Chciała prowadzić, ale stanowczym gestem odebrał jej kluczyki tłumacząc, że to może nie być po prostu zwyczajny przejazd do Krakowa i niech lepiej zachowa siły na drogę powrotną.

    – Nie wiem – odparł i zaraz szybko dodał: – Raczej tak.

    – Niech mi go pan nie rozbije – powiedziała profesorowa klepiąc w pulpit swojej corsy, gdy mijali słupki bramy wjazdowej. – To najlepsze auto na świecie.

    – Nie wiem. Raczej tak.

    Ta odpowiedź wydała mu się dowcipna i liczył na rozładowanie napięcia, które wzrastało w miarę zanurzania się samochodu w mogilański mrok. Gdzieś w pobliżu padł strzał i Magda skuliła się na fotelu. Ta sama broń, nie miał wątpliwości. Ktoś sobie poluje. Dzisiaj można.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #15

    Główna Księgarnia Naukowa przy ulicy Podwale 6 zaczęła płonąć zgodnie ze swoim numerem adresowym, czyli jako szósta. Było przedpołudnie trzydziestego września i pełni obaw księgarze właśnie szykowali się do otwarcia sklepu, kiedy na antresoli pojawił się gryzący dym. Natychmiast włączył się alarm przeciwpożarowy, na szczęście główne wejście zostało właśnie odryglowane przez jedną z pracownic i personel mógł błyskawicznie opuścić feralną placówkę. Ludzie zdążyli już przeczytać o nocnych pożarach oraz klątwie audiobooka i pracowali kręcąc się w okolicy drzwi wyjściowych. Tak na wszelki wypadek.

    Wiedziałam, wiedziałam! – pokrzykiwała roztrzęsiona pani Beatka, która przytomnie podniosła żaluzje w drzwiach zaraz po przyjściu do pracy. – Od rana czułam, że to się stanie!

    Z jedwabną apaszką przytkniętą do ust ciągnęła swoją koleżankę kasjerkę na drugą stronę ulicy, w bezpieczny cień krakowskich Plant. Ludzkie zbiegowisko już się gromadziło, nadjeżdżały wozy strażackie, przez otwarte na oścież szklane drzwi księgarni walił na zewnątrz gęsty dym. W środku migotały jęzory płomieni.

    Co tam się tak pali? – spytała kasjerka, przytykając do ust dłoń, ponieważ nie miała chusteczek.

    Jak to, nie wiecie? – odezwał się stojący obok mężczyzna w rękami w kieszeniach czarnej bluzy z kapturem. – Te książki do słuchania. Przecież mówili w radiu.

    Gorąca literatura, hehe – zaśmiał się pan w wytartej marynarce i koszuli w kratę. – Rozpala wyobraźnię!

    Dobrze mówili, że książki to zaraza – dodała starsza kobieta w płaszczu, z czarną torebką przewieszoną przez rękę.

    Kto mówił? Pewnie ksiądz z ambony, hehe – rzucił dowcipny pan w marynarce.

    Nie ma co sobie żartować! – obruszyła się starsza pani. – Ksiądz wykształcony człowiek, wie, co mówi.

    To niech mu pani poradzi, żeby się nie kształcił, bo książki są niebezpieczne. Wystarczy popatrzeć.

    www.unsplash.com/Guido Jansen

    Pan w wytartej marynarce wskazał ręką na płonącą księgarnię, do której próbowali się dostać dwaj strażacy, wlokąc za sobą końcówkę węża. Kiedy znaleźli się w przejściu między barierkami systemu antykradzieżowego, nagle księgarnia eksplodowała. Pod ciśnieniem wybuchu szyby wyleciały na zewnątrz, a wraz z nimi zawartość wystawowych półek, otoczona chmurą białych kartek. Niczym odłamki pocisku rozprysły się po okolicy wydawnicze tomy, siejąc spustoszenie wśród najbliżej stojących gapiów. Ktoś jęknął, ktoś inny upadł, jeszcze ktoś inny zaczął uciekać z krzykiem. Pojedyncze białe kartki, które po drodze zdążył liznąć płomień, wzleciały w górę jak na ognistych rydwanach i po kilku sekundach efektownego trwania opadły czarnymi płatkami na chodnik, ulicę i na zbiegowisko ich niemożliwych już czytelników. Obu strażaków podmuch odrzucił na kilka metrów i koledzy w czarno-żółtych kombinezonach i białych hełmach pomagali im się pozbierać. Paru gapiów pobiegło z ofiarną pomocą. Z porzuconego węża woda lała się wprost do studzienki kanalizacyjnej.

    Ja pierdzielę – podsumował z uznaniem pan w marynarce. Jego oczy błyszczały. – Te książki nas wszystkich zabiją.

    Moglibyście coś zrobić, byczki, a nie gapić się i głupio gadać! – wykrzyknęła kasjerka, która z racji tuszy przysiadła na ławce. – Tam się pali!

    I dobrze, niech się wszystko sfajczy – odparł człowiek w czarnej bluzie. – Jebać książki i tych, co je piszą. Mędrki pierdolone.

    Zaraza z tymi książkami – dorzuciła jakaś kobieta.

    Załatwią nas na amen, a potem oddadzą za darmo Niemcom!

    Dzieci demoralizują, skurwiele – stwierdził na zimno człowiek w czarnej bluzie.

    Co za bzdury! – nie wytrzymała pani Beatka. – Naucz się czytać, baranie, a potem się odzywaj.

    Dobrze powiedział, książki to zaraza! – krzyknął ktoś z tyłu, a inni podchwycili. – Niech się spalą! Bzdury to są w tych książkach!

    Ludzi podnieciła swoboda w bezkarnym wykrzykiwaniu nienawistnych opinii. Szybko zorientowali się, że są w olbrzymiej większości, więc pozwalali sobie na coraz więcej.

    A pisarzy to trzeba na taczkach wywieźć! Jakich taczkach – powiesić! Zatruwają dzieci! Pedofilia i gender się szerzą! Dobrze księża mówią, że zguba nasza w tych plugastwach! Sam Bóg te pożary zsyła!

    Gwar głosów narastał wraz z powiększającym się tłumem. Zbiegowisko falowało podnieceniem, bez przerwy dochodzili następni żądni sensacji przechodnie, rosło napięcie. Ktoś krzyczał o zabijającym audiobooku, inni przerzucali się faktami i plotkami o kolejnych pożarach magazynów z książkami. Jakaś kobieta piskliwym głosem powtarzała, że to skandal i początek wojny, i że trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Tu i ówdzie rozpoczęły się negocjacje szczegółów, grupka mężczyzn nieopodal zmawiała się, jak odciągnąć strażaków od gaszenia pożaru.

    Czy wyście wszyscy oszaleli? – Pani Beatka rozglądała się wkoło z pobladłą twarzą. – Chcecie palić książki i wieszać ludzi? Przecież to czysty hitleryzm! Ludzie, opamiętajcie się!

    To książki są hitlerowskie! – odpaliła ta z piskliwym głosem. – A ty się zamknij, księgarniana szmato!

    Co? Gdzie? Dlaczego księgarniana?

    Ja je znam – ciągnęła tamta pokazując palcem panią Beatkę i jej koleżankę kasjerkę. – Są z tej księgarni. To one sprzedawały audiobooki. Ta gruba siedzi w kasie, widziałam.

    Przez zbiegowisko gapiów przetoczył się groźny szmer. Facet w czarnej bluzie podszedł do pani Beatki i schwycił mocno za podbródek, jakby była cielakiem na bydlęcym targu.

    Taaak? – spytał unosząc jej głowę. – To ty sprzedajesz to gówno?

    Puść mnie, gówniarzu! – Szarpnęła się, ale on tylko mocniej zacisnął palce.

    A może to ty podpaliłaś sklep, co? Znudziło ci się? Chciałaś wyłudzić odszkodowanie?

    Miażdżył jej żuchwy żelaznym uchwytem i potrząsał nią jak szmacianą lalką. Bolało potwornie, ale nie mogła mówić. Koleżanka kasjerka widząc to skuliła się na ławce i zakryła łokciem twarz. Ktoś zaczął ją tarmosić za ramię. Ludzie skupiali się wokół obu kobiet coraz ciaśniejszym kręgiem, krzyczeli o klątwie książki, zasranych intelektualistach i o zatruwaniu umysłów. Najczęściej jednak słychać było błyskotliwą w swym szataństwie frazę Marty Massalskiej o braniu sprawy w swoje ręce.

    Kto wie, jak by się to skończyło dla nieszczęsnych pracownic płonącej Głównej Księgarni Naukowej, gdyby nie interwencja policji. Czterech młodych ludzi w polowych mundurach i pod bronią przedarło się przez gardłujący tłum. Zręcznie uwolnili kobiety spod agresywnej presji, wzięli pomiędzy siebie i doprowadzili do pobliskiego radiowozu. Zamknęli w zakratowanej części i kazali spokojnie czekać. Na pytanie pani Beatki, na co mianowicie mają czekać, stwierdzili, że panie są świadkami i będą zeznawać, po czym wrócili do gaszenia społecznych niepokojów. Posłusznie usiadły i przez druciane okienka obserwowały rozwój wydarzeń.

    Co tu się dzieje? – spytała po chwili milczenia kasjerka.

    Pytanie rozwiało się w powietrzu i zniknęło bez odpowiedzi. Obie doskonale widziały, co się dzieje. Policjanci próbowali kordonem oddzielić pokrzykujący tłum od wozów strażackich, było ich jednak zaledwie kilkunastu i plan nie mógł się powieść. Ludzie ominęli ich i opadli pojazdy jak szarańcza, włażąc na podesty i do kabin, ktoś sprytnie zakręcił kran i woda przestała cieknąć. Zdezorientowani strażacy miotali się pomiędzy płonącym sklepem a samochodem, nie wiedząc, którą z pilnych prac wykonać najpierw – odzyskać samochody czy gasić pożar. A ten rozprzestrzeniał się swobodnie po kamienicy i jęzory płomieni sięgały już okien nad pierwszym piętrze. Ktoś stamtąd rozpaczliwie machał rękami przez jeszcze nierozbite szyby.

    Pamiętasz tego wariata z zeszłego tygodnia? – spytała cicho pani Beatka.

    Tego siwego od końca świata? Pewnie, ze pamiętam. Napluł mi na ladę.

    Wołał wtedy taki wiersz, albo przepowiednię – ciągnęła pani Beatka dziwnie spokojnym głosem. – Że Heraklit szalony biega i patrzy, jak ogień trawi fundamenty świata. Pamiętasz?

    Myślisz, że to on podpalił? – spytała kasjerka obcierając spocone czoło rękawem bluzki.

    Nie. Myślę, że…

    Nagle obie znieruchomiały, ponieważ tuż obok nich rozległ się krzyk. Trzech mężczyzn szarpało dziewczynę ze słuchawkami na uszach. Wyrwała się im, odbiegła na kilka kroków, ale znowu ją dopadli i jeden zerwał jej słuchawki z głowy, złamał na pół i odrzucił na trawnik, podczas gdy dwaj inni obmacywali ją w poszukiwaniu telefonu, trzymając mocno za ramiona. Znaleźli w tylnej kieszeni spodni i natychmiast rozbili o chodnik. Dziewczyna płakała w głos i wołała pomocy, ale jej krzyki rozmywały się w ogólnym tumulcie. Po krótkiej szamotaninie ten, który zniszczył słuchawki dziewczyny, zatkał jej dłonią usta i pociągnął w głąb Plant. Pozostali dwaj ruszyli za nimi, czujnie oglądając się za siebie.

    www.unsplash.com/Barrett Ward

    Dranie, zostawcie ją! – zaczęły krzyczeć obie i walić pięściami w zakratowane okienko, ale bezskutecznie. Ludzie biegli we wszystkich kierunkach, mijali o kilka metrów tamtych trzech i dziewczynę. Brzuchaty pan w swetrze uśmiechnął się głupio do okna radiowozu, towarzysząca mu kobieta przeżegnała się, młody chłopak pokazał środkowy palec… Nikt nie zareagował na to, co się dzieje w krzakach nieopodal. Lud miał pierwszorzędne igrzyska na rozpalonym placu zabaw i pędził tam w uniesieniu.

    Opadły z sił i kasjerka zaczęła płakać. Pani Beatka objęła ją ramieniem i pogładziła po głowie. W głębi ulicy Dunajewskiego rozległy się przenikliwe wycia policyjnych syren, wkrótce z trzech stron naraz nadjechały policyjne kolumny. Tłum jednak gęstniał i nie sprawiał wrażenia przestraszonego. Przeciwnie, pomruk agresji jeszcze się wzmógł. Strażacy odzyskali sikawki i wrócili do polewania płonącej kamienicy. Zewsząd pojawiły się szeregi umundurowanych ludzi w kaskach i z tarczami z przeźroczystego plastiku. Szykowała się uliczna walka.

    Myślę, że on miał rację – powiedziała pani Beatka.

    Kto?

    Ten wariat. Nie płacz, Krysiu, bo to i tak nic nie da. Zupełnie nic.

    W tym momencie młody policjant nerwowym szarpnięciem otworzył drzwi furgonetki.

    Uciekajcie stąd! – krzyknął do nich odsuwając się na bok.

    Tam jest dziewczyna… – próbowała interweniować pani Beatka.

    Ale już! – ponaglał policjant. – Zgłosicie się później.

    Pani Beatka chciała protestować, ale koleżanka pociągnęła ją za rękaw. W pierwszej kolejności należało skorzystać z oferty, która mogła się okazać krótkoterminowa.

    Pobiegły obie w głąb trawnika, dokąd tamci trzej zawlekli dziewczynę. Pani Beatka zaglądając za kępę krzewów zaciskała pięści, jakby miała zamiar się boksować z tymi trzema typkami. Nie było tam już nikogo. Jedynie podarta dziewczęca kurtka zdradzała, że przed chwilą mogło się tu wydarzyć coś okropnego. Chyba się wydarzyło…

    Chodźmy stąd – powiedziała smutnym głosem kasjerka.

    Ruszyły w głąb ulicy Szewskiej, pod prąd nadciągających kolejnych grup ludzi i policyjnych posiłków. Kiedy minęły skrzyżowanie z ulicą Jagiellońską, za ich plecami znowu zawyły syreny. Obejrzały się. Policjanci wskakiwali do samochodów, które z miejsca ruszały i gnały gdzieś dalej w miasto.

    Super – mruknęła kasjerka. – Przerzucają siły w inne miejsce. Czyli nie tylko tu…

    Nie, nie tylko – przytaknęła pani Beatka, a po chwili dodała: – Kiedy wariat ma rację, to już nic jej nie ruszy.

    Pierwszą ofiarą śmiertelną tamtego dnia, nie licząc Eliasza Baumgartena z Taniej Książki na Grodzkiej, który zmarł w płomieniach tuż po północy, była dziewczyna zawleczona w krzaki przez trzech młodych mężczyzn. Jej pokiereszowane i wykręcone ciało leżało pięćdziesiąt metrów dalej, niezauważone przez nikogo, ponieważ w mieście działy się rzeczy o wiele ciekawsze. Została uduszona. Czy morderstwo miało podłoże seksualne, nikt nie był w stanie stwierdzić, ponieważ do porządnej obdukcji zwłok dziewczyny nigdy nie doszło. Półtorej godziny później zabrano je do Instytutu Ekspertyz Sądowych przy ul. Westerplatte, ale zanim zebrał się zespół pod kierunkiem anatomopatologa, przywieziono pięć dalszych ciał, a potem jeszcze kolejne. Pod koniec dnia, gdy liczba ofiar przekroczyła piętnaście i wydarzenia w mieście zapowiadały, że to z pewnością nie koniec, pracownicy Instytutu porzucili zbożne zajęcie i rozbiegli się w myśl zasady: ratuj się, kto może.

    Miasto zamieniło się w wielkie terytorium polowań. Na pierwszy ogień poszli młodzi, lekkomyślnie zasłuchani ludzie ze słuchawkami na uszach. Brutalnie zrywano im je z głów, a kiedy próbowali się bronić, padali ofiarą – jak to ujmowały raporty policji – „przemocy fizycznej”. Pod tym eufemizmem kryły się zarówno zwykłe pobicia (o ile pobicie w ogóle może być „zwykłe”), jak i ciężkie obrażenia cielesne, w tym śmiertelne. Wkrótce już nikt nie chodził w słuchawkach, więc agresja tłumu skierowała się przeciw literaturze w ogóle. Demolowano lokale biblioteczne i napadano na przechodniów w widoczny sposób wyposażonych w druki zwarte. Do najbardziej spektakularnych przypadków należało zakatowanie na ulicy Gołębiej trojga studentów polonistyki, z książkami pod pachą wracających z zajęć poświęconych krytyce literackiej. Jedna z ofiar umierała zakneblowana zmiętymi kartkami z najnowszej powieści Olgi Tokarczuk. Na wewnętrznej stronie okładki „Ksiąg Jakubowych” któryś z napastników nabazgrał: UKRAIŃSKA ŻYDÓWA.

    Olga Tokarczuk, fot: smakksiazki.pl

    Wydarzenia wrześniowego popołudnia wymknęły się spod kontroli służb porządkowych. Po nocnych pożarach policja próbowała prewencyjnie ochraniać krakowskie księgarnie i centra handlowe, w których mieściły się placówki Empiku czy Mole Mole, wkrótce jednak okazało się to niemożliwe ze względu na wybuchające wciąż nowe ogniska zapalne. Zamieszki zdawały się rozprzestrzeniać nieubłaganie i systematycznie, w regularnych odstępach czasu i w takich miejscach, by uniemożliwić szybkie przerzucanie jednostek policyjnych. Gdy tylko siły porządkowe przybyły do Centrum Zakopianka, by ratować tamtejszy Empik przed agresją klientów, następny bunt miał swoją erupcję po drugiej stronie miasta, w Centrum Handlowym Krokus.

    Dodatkowym utrudnieniem w coraz bardziej desperackich i bezładnych działaniach policji były zakorkowane drogi. Od dwóch lat miasto paraliżowały mnożące się do granic wytrzymałości roboty budowlane na głównych arteriach komunikacyjnych Krakowa, co i bez zamieszek nosiło znamiona katastrofy. Kiedy na zapchane zwężenia i przebudowy ruszyła ławica samochodów prywatnych, wypełnionych uciekającymi z miasta mieszkańcami, katastrofa zmieniła się w apokalipsę. W mgnieniu oka zatarasowaniu uległy wszystkie drogi wyjazdowe i miasto stanęło. Ponieważ rychło zapełniły się również boczne ulice i pasy zieleni między nimi, przemieszczanie się po Krakowie jakimkolwiek pojazdem stało się w zasadzie niemożliwe. Pozostawały helikoptery oraz jednoślady, i te jednak wkrótce straciły na znaczeniu wobec zablokowania chodników przez ludzi i przedmioty. Gdy nad oszalałym i dymiącym miastem zapadał cynobrowy zmierzch ostatniego dnia września, najlepszym sposobem komunikacji było bieganie na piechotę po dachach porzuconych samochodów.

    Taką też drogę wybrał inspektor Florian Madej, gdy bez powodzenia usiłował przedrzeć się swoim służbowym volkswagenem passatem przez szeroki pas zieleni za Rondem Mogilskim, by omijając kłębowisko ludzi i pojazdów na alei Powstania Warszawskiego dobrnąć do Ronda Kotlarskiego i dalej przez most na Podgórze. Włączył koguta i wystawił go na dach, wspierając go klaksonem i wrzaskiem przez otwarte okno. Był naprawdę dzielny. Minął skwer przed sądem, cudem przedarł się pod Urzędem Wojewódzkim i bankiem ING, przeciął ulicę Sądową i może dalej szłoby mu równie świetnie, gdyby nie zwężenie przed Szkolnym Ośrodkiem Sportowym. Wjechał na chodnik trąbiąc i krzycząc, kobieta z dzieckiem uskoczyła, a jego passat walnął w parkomat i zgasł. Pod pękniętą chłodnicą natychmiast rozlała się kałuża płynu. Rajd dobiegł końca.

    Gdzie jedziesz, bandyto! – krzyknęła kobieta porywając małą dziewczynkę na ręce.

    To jeden z nich! – krzyknął ktoś inny.

    Audiozbok! – zawołał trzeci głos i nagle grupa ludzi na chodniku zwróciła się jak na komendę ku gramolącemu się Madejowi.

    Brać go! – rozlegało się tu i ówdzie.

    Inspektor pechowo dobił do parkomatu tuż przy ogrodzeniu i nie miał jak wydostać się przez drzwi od strony kierowcy. Zanim zdołał przegramolić się nad dźwignią zmiany biegów na sąsiednie siedzenie, drzwi od strony pasażera otwarły się na oścież. Ujrzał wyciągniętą rękę i nabrzmiałą twarz.

    Wyłaź, chuju!

    Nie było sensu tłumaczyć. Wyszarpnął spod pachy pistolet i wymierzył prosto w tę nabrzmiałą twarz.

    Odsuń się.

    Twarz znikła, a wtedy inspektor schwycił skórzaną teczkę z tylnego siedzenia i wyskoczył z samochodu. Zdezorientowany jegomość stał przed nim z rozkrzyżowanymi rękami, jakby chciał zasłonić innych przed niebezpiecznym wariatem z samochodu. Madej wystrzelił w powietrze i ludzie z jękiem się rozstąpili, a wtedy pobiegł. Trochę kluczył między samochodami zajmującymi wszystkie trzy pasy, przeciął tory tramwajowe i znalazłszy się po drugiej stronie alei, ruszył chodnikiem do ronda. Parę osób pobiegło za nim, po chwili jednak musieli dać za wygraną, bo stracił ich z oczu.

    To było niesamowite. Wszyscy ludzie dokądś biegli w podnieceniu, pokrzykując na siebie albo do smartfonów, robili zdjęcia i popychali się w niezrozumiałym ferworze. Przeciskając się między nimi Madej usiłował podsłuchać, o czym właściwie się komunikują, ale to nie były żadne logiczne informacje, raczej masowa i zupełnie chaotyczna artykulacja powszechnego mobilnego rozgorączkowania. „Nie chodź tam!”, „poszli do galerii!”, „idziemy na centrum!” – padało z różnych stron. To „na centrum” zabrzmiało najgroźniej, jak wezwanie do ataku na wrogą twierdzę. Słyszał również sporo głosów cudzoziemskich, które prawdopodobnie należały do spanikowanych gości pobliskiego hotelu Vienna House.

    www.unsplash.com/Szymon12455

    Miał nadzieję przedostać się na drugą stronę Wisły licząc, że z Podgórza łatwiej wyjedzie na południe, za miasto, gdzie w jednej z podkrakowskich wiosek mieszkał profesor Aleksander Zawijas. Tylko takie rozwiązanie przyszło mu do głowy po gwałtownej i pozbawionej konkluzji rozmowie z komendantem wojewódzkim.

    To jest, kurwa, jakaś pierdolona rewolucja! – wrzeszczał niby w otwarte okno, a właściwie na niego inspektor Andrzej Pliszka, nie dalej jak pół godziny temu. – Kto tym kieruje? Gdzie to się w ogóle zaczęło?

    W gazecie – odparł spokojnie Florian Madej. – I w radiu.

    W jakiej gazecie? O czym ty gadasz? – warknął, ale odpowiedzi już nie słuchał odbierając kolejny telefon.

    Nie mam już ludzi! – odpowiadał komuś w terenie. – Ściągamy wojsko, ale to trochę potrwa. Wiem, kurwa, że nie macie czasu! Nikt go nie ma! W pizdę jeża…

    To ostatnie rzucił już do wygaszonego ekraniku smartfona. Wziął głęboki oddech.

    Florek, musimy coś zrobić. Wysyłanie ludzi i gaszenie pożarów to nie jest rozwiązanie. Trzeba zatrzymać ten ciąg, zapanować nad procesem. Masz jakiś pomysł?

    Mam – odpowiedział spokojnie inspektor Madej. – Ale ci go nie powiem.

    Co ty pieprzysz? Gadaj zaraz!

    Nie mogę. I tak mi nie uwierzysz.

    Zbliżająca się ku niemu spocona twarz komendanta drgała ze wzburzenia. Wyglądała jak powierzchnia niewystygłej planety, z nadal wysoką aktywnością tektoniczną.

    Masz na myśli te pierdoły o audiobooku, który zabija?

    Inspektor Madej chciał odpowiedzieć, ale znowu zabrzęczała komórka. Komendant kłócił się przez chwilę z kimś po drugiej stronie, po czym wrócił do tematu.

    No więc? Szybko. Masz minutę. Zaraz zaczynamy posiedzenie sztabu kryzysowego.

    Używanie urzędniczej nomenklatury uspokajało komendanta, dlatego naradę z zastępcami nazywał sztabem kryzysowym. Skądinąd, kryzys był. Widzialny i słyszalny nawet przez otwarte okno.

    Wiesz, co to jest audiobook? Powieść do słuchania. Można kupić na płytce albo ściągnąć z internetu. Ktoś wgrał w płytę wirus, który działa na psychikę słuchających. Nie pytaj mnie, jak to zrobił, nie mam pojęcia. To wyjątkowo perfidny i skrajnie destrukcyjny wirus. Co gorsza, służy również jako program szpiegujący, za jego pomocą sprawca ma bieżący kontakt ze słuchaczem, czytelnikiem…

    Powiedz mi, że sobie jaja robisz – poprosił cicho inspektor Pliszka. – Zmyśliłeś to. Film z Netfliksa opowiadasz.

    Obawiam się, że nie.

    Przecież sam powiedziałeś, że nie masz pojęcia, jak on to zrobił. To skąd możesz wiedzieć?

    W minutę ci tego nie wyjaśnię. Zebrałem trochę faktów i ułożyłem…

    A to rozwiązanie? Co chcesz zrobić? Zakazać słuchania? Polecić zniszczenie całego nakładu tych zasranych płytek?

    To nie pomoże. Ludzie poprzegrywali już na twarde dyski, telefony, ipody. To się już rozlazło. A zakazać używania komputera nie można. Nie uda się.

    Więc co? – denerwował się komendant Pliszka spoglądając na zegarek. – Co chcesz zrobić? Mów, ale szybko!

    Chcę tam wejść… – zaczął Madej, ale przerwało mu gwałtowne wtargnięcie do gabinetu sierżant Violi Nowickiej. Wbiegła na swoich nieziemsko długich nogach, cała zaaferowana, i krzyknęła od progu:

    Panie inspektorze, minister!

    Co minister?

    No, przyjechał! Właśnie tu idzie – mówiła machając rozcapierzonymi palcami, jakby suszyła lakier na paznokciach. – Podać kawę i ciastka?

    Kurwa mać! To znaczy przepraszam. Cholera! Tak, nie, do sali konferencyjnej – komenderował komendant, porzucając szefa Wydziału Kryminalnego i jego dziwaczny temat potwornego audiobooka, który przecież (w pizdę jeża) nie mógł za żadne skarby być przyczyną całej tej ogólnomiejskiej katastrofy. Wybiegł z gabinetu witać ministra, a za nim sierżant Nowicka z estradowym klekotem obcasów. Na korytarzu dołączyły do nich inne kroki i wkrótce na klatce schodowej brzmiał już cały chór służbowych podeszew.

    Inspektor Madej wzruszył ramionami i wyjął telefon. Wybrał numer, posłuchał chwilę głuchego sygnału i rozłączył się, widząc na ekranie swojego Samsunga wyłaniającą się z mroku buźkę: dwie kropki i slash.

    Niech to szlag.

    Postanowił więcej nie dzwonić, tylko wskoczył w samochód na parkingu za budynkiem komendy, poczekał, aż kolumna czarnych opancerzonych limuzyn rozstawi się w odpowiednim szyku wokół wejścia, po czym dyskretnie wyjechał na ulicę. Natężenie ruchu sięgało zenitu. Co ciekawe, korki tworzyły się w obie strony, jakby wszyscy naraz chcieli zarazem wjechać i wyjechać z miasta. Dotarł do połowy alei Powstania Warszawskiego i utknął, a teraz biegł do ronda Kotlarskiego z nadzieją przedarcia się na Podgórze. Właśnie mijał po prawej stare fabryczne zabudowania, z wielkim kominem z ciemnej cegły. Na placu jak wszędzie kłębili się ludzie i samochody, ale tu było nieco inaczej. Wchodzili grzecznie, za porządkiem do środka opuszczonej hali, nad którą komin wznosił się majestatycznie jak minaret nad meczetem. Zawahał się. Co za fabryka tu była? Czy aby nie – cegielnia?

    fot: smakksiazki.pl

    Właściwie powinien tam wejść za innymi, ale posłyszał za sobą nowe krzyki i przekonany, że to jego ścigają, rzucił się do dalszego biegu. Zgodnie z przewidywaniami most za rondem Kotlarskim był dokumentnie zatarasowany pojazdami, łącznie z chodnikami, i przejście go wydawało się niemożliwością. Wtedy właśnie wpadł na pomysł, by wskoczyć na dach pierwszego z brzegu samochodu. Stały blisko siebie, zderzak w zderzak, i bez trudu przeskoczył na następny, potem jeszcze jeden. Szło mu świetnie. To było jak małpi gaj na ćwiczeniach policyjnych w terenie. Z kabiny pod nim rozległ się wrzask i przekleństwa, ale nie miał czasu wdawać się w pertraktacje. Biegł szybko i pewnie. Zaraz też tupanie w dachy samochodów krakowskich mieszczuchów zaczęło mu sprawiać frajdę. Im droższą furę miał pod butem, tym mocniej tupał.

    Znalazł się na Zabłociu. Tu ruszył wzdłuż Wisły, starając się omijać ciasne i wypełnione ludźmi uliczki. Jedna z odnóg wściekłego tłumu prawdopodobnie zmierzała do Centrum Sztuki Współczesnej MOCAK, jednoznacznie kojarzonego z niebezpieczną kulturą. Mieściła się tam zresztą całkiem zasobna biblioteka, pożądliwy obiekt wspólnotowej zemsty. Szybko zgasił w sobie pierwszy odruch obywatelskiej służby, który nakazywał powstrzymać szarżujący tłum. Wiedział już, że ten tłum niczego i nikogo nie słucha. Chyba że szalonego audiobooka, hehe. No, bardzo śmieszne.

    Udało mu się dotrzeć do rynku Podgórskiego i stamtąd podjechać skradzionym rowerem do ronda Matecznego. Tu korek był straszliwy we wszystkie cztery świata strony, chodniki również były nieprzejezdne, więc dopiero za rozkopanymi Łagiewnikami, które przytrzymały korek i spowodowały, że dalej ulica była trochę przejezdna, wsiadł na rower i dopedałował do Borku Fałęckiego. Przed sobą miał stromy podjazd na Górę Borkowską. Zaklął i rzucił rower na barierkę obok przejścia dla pieszych. Wtedy przed nim zatrzymał się bus.

    Wskakuj pan – zawołał kierowca przez otwarte okienko, nie pytając go, dokąd chce jechać. – Mam jeszcze jedno wolne miejsce.

    Inspektor wsiadł pomyślawszy, że nawet jeśli tylko wyjedzie pod tę cholerną górkę, już będzie jakiś zysk. Wręczył kierowcy dziesięć złotych i nie biorąc reszty poprosił o wysadzenie w Mogilanach. Na pytanie, o które Mogilany chodzi, podał nazwę ulicy i kierowca bez słowa skinął głową. Bus był niemiłosiernie wypełniony i Madej stał oparty plecami o drzwi, rozważając w myślach brawurową głębię wyrażenia „wolne miejsce”. By się uwolnić, zaczął myśleć o dziurze na prawym pasie zakopianki, na której pędzący z niegodną jego szacownego wieku prędkością bus nagle podskakuje i łokieć inspektora przypadkowo naciska klamkę. To by rozwiązało wiele problemów. W zasadzie wszystkie.

    Łokieć zdołał zapanować nad sobą i wyjechali szczęśliwie z miasta. Kierowca kazał mu wysiąść we Włosani i jeszcze pokazał ręką dalszą drogę na piechotę. Madej podziękował i ruszył poboczem w ciemniejącą wieś. Do furtki domu Zawijasów dotarł po dwudziestu minutach, błądząc trochę po wąskich odnogach głównej drogi. Mijani ludzie w grupkach komentowali krakowskie wydarzenia, niektórzy wybierali się na wiadukt nad zakopianką, by na własne oczy przekonać się, czy pogłoski o pożarach księgarń są prawdziwe. Po ciemku lepiej widać płomienie.

    Nacisnął dzwonek przy furtce. Po dłuższej chwili usłyszał niepewne „kto tam”.

    Dobry wieczór, tu inspektor Florian Madej. Chciałbym zamienić parę słów z pani mężem.

    Nie ma go w domu – usłyszał oschłą odpowiedź.

    A kiedy wróci? Muszę z nim porozmawiać, to ważne.

    To pan dzwonił wczoraj? Mówiłam, że jest poważnie chory.

    Wiem, ale mimo to chciałbym się z nim rozmówić w pewnej ważnej…

    Jest w szpitalu.

    Inspektor Madej głośno przełknął ślinę. Gdzieś niedaleko rozległ się strzał z długiej broni. Z odgłosu wnioskował, że chodzi o strzelbę myśliwską.

    W jakim szpitalu? Co mu się stało?

    Nie powiem panu. Niech go pan zostawi w spokoju.

    Dobrze – objął dłońmi metalowe pudełko domofonu, jakby się do niego modlił albo spowiadał. – Ale najpierw muszę z nim porozmawiać. Na pewno słyszała pani, co się dzieje w mieście. Sytuacja jest coraz trudniejsza, giną ludzie…

    A co on ma z tym wszystkim wspólnego?

    Był zmęczony. Nogi zaczynały odmawiać mu posłuszeństwa i najchętniej by usiadł na skarpie obok furtki Zawijasów i podrzemał, póki nie nabierze sił. Albo póki ktoś go nie zdejmie z myśliwskiej strzelby.

    Myślę, że… mógłby mi pomóc.

    Ale jak?

    Chwilę zbierał się do odpowiedzi, ale zakręciło mu się w głowie i stuknął czołem w zimny metalowy słupek. Słuchawka domofonu zachrobotała i ucichła, a po minucie na podjeździe rozległy się kobiece kroki.

    Niech pan wejdzie – powiedziała Magda Zawijasowa i uchyliła furtkę.

    W drzwiach skoczył na niego wielki pies i nim pani domu zdołała go powstrzymać, obślinił mu jęzorem pół twarzy. Madej przetarł się rękawem, ale pies poprawił jego pozycję negocjacyjną, ponieważ Magda Zawijasowa zaczęła go przepraszać, a potem zaprowadziła do łazienki, żeby się obmył. Chłodna woda przyniosła mu ulgę. Osuszył twarz ręcznikiem i spojrzał w lustro. Z tamtej strony patrzył na niego zmęczony, blady starzec z przekrwionymi oczyma i miną ponurą niczym fotografia wraku okrętu z dna oceanu. Zamknął oczy. Kiedy je otwarł i spojrzał znowu, przez ułamek sekundy widział nie siebie, lecz mężczyznę w marynarskim mundurze, z siwą brodą i w czapce z daszkiem. Na piersi miał przyszytą mosiężną tabliczkę z nazwiskiem SUNDICK.

    Cholera jasna – zdołał wyszeptać inspektor Madej i osunął się na bok.

    Jego tyłek trafił na deskę klozetową. Przysiadł na niej i zakrył twarz rękami. Niemożliwe. Niemożliwe.

    Wszystko w porządku? – usłyszał zza drzwi.

    Tak – odparł po prostu, bo na więcej nie mógł się zdobyć. Wstał z trudem i wyszedł, uprzednio rzuciwszy okiem na lustro. Zobaczył w nim bladego Floriana Madeja. Lepiej.

    Gospodyni usadziła go przy stole, poczęstowała gorącą herbatą i ciasteczkami własnego wypieku, po czym zaczęła opowiadać. Powiedziała mu wszystko, co jej zdaniem inspektor powinien wiedzieć, zanim poprosi jej męża o pomoc. Mówiła długo i rzeczowo, dopóki nie zaczęła płakać.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #13

    Skąd pani wie o audiobooku?

    Inspektor Madej zawiesił głos. Miał ochotę uzupełnić pytanie o jeszcze jedno słowo, powszechnie znany nic nieznaczący przerywnik na „k”.

    Ja wiem wszystko, panie inspektorze – odparła zimno Marta Massalska zwana Massą. Siedziała z założonymi nogami w tym samym ciasnym gabinecie, w którym wczoraj odsłuchiwali z profesorem Cegielnię, i bębniła palcami po blacie biurka. – A czego nie wiem, zaraz mi doniosą. Moja praca, jakby pan zapomniał. Proszę darować sobie głupie pytania i powiedzieć mi, kto to napisał.

    Nie wiem.

    Czyli anonim. A kto wydał? I nagrał?

    Nie wiem. I nie wiem.

    Bez jaj, inspektorze. Płyta jest na rynku, można kupić i przeczytać na okładce.

    To proszę kupić i przeczytać. Z jajami albo bez.

    Pomilczała chwilę. Młode dziennikarki w starciu ze starszymi facetami na urzędach mają swój zestaw narzędzi pozasłownej perswazji: seksowne ubranie, ostry makijaż, nieruchomy i przenikliwy wzrok plus przytykanie języka do górnej wargi. Massa zastosowała je wszystkie naraz w sposób daleki od powściągliwości. Zadziałało i inspektor Florian Madej się skulił.

    Już to zrobiłam. Nic się nie wydarzyło. Leciało jakieś stare romansidło, marna kopia Jane Austin. W księgarni również niczego mi nie umieli powiedzieć. A teraz się jeszcze w dodatku sfajczyła. Dlatego przyszłam do pana. Prowadzicie śledztwo?

    Analityczna myśl inspektora opukiwała każde słowo dziennikarki. Romansidło? Kopia Jane Austin? Ciekawe. Takiego wariantu fabuły Cegielni jeszcze nie napotkał. Potwierdzało to jego wcześniejsze przypuszczenie, że każdy słyszy z audiobooka nieco inny tekst, jak gdyby Cegielnia dobierała fabułę do słuchacza. Absurdalność tego przypuszczenia była wprawdzie obezwładniająca, ale całą tę historię przenikał absurd.

    Jeśli spyta Massę o fabułę, zdradzi jej trop. Zdradzi w ogóle fakt, że prowadzą jakieś dochodzenie w sprawie Cegielni, co nie do końca było prawdą. On prowadził. Bez wiedzy komendanta i kolegów, którym nie miał nawet jak o tym opowiedzieć. Nie było języka. Jeśli jej nie spyta – będzie uboższy o informację. Na tyle ważną, że zdołała przyciągnąć do jego biura słynną Massalską.

    Jakie romansidło? – spytał pozornie obojętnym tonem. Nie dała się nabrać.

    Ha! A jednak! Chce pan wiedzieć, co usłyszałam! Cegielnia ma jednak swoje tajemnice! Doskonale. Chcę wiedzieć wszystko o tym pieprzonym audiobooku, albo zrobię taki rozpiździel, że się tu nie pozbieracie! Jazda, inspektorze, wszystko! Od początku! Kto był pierwszą ofiarą?

    Niepotrzebnie się odezwał. Ci dziennikarze potrafią wyciągać informacje nawet z tego, czego w ogóle nie powiedziałeś. Zwłaszcza z tego. A potem się jeszcze okazuje, że te informacje jakimś cudem są prawdziwe.

    Pierwsza ofiara? O czym pani w ogóle mówi? To jakaś totalna bzdura! Pytałem o audiobook, ponieważ właśnie taki znaleźliśmy przy ofierze pożaru w księgarni. Stopione pudełko i niedopalone resztki obwoluty…

    On tego słuchał?!

    – …stąd znamy tytuł – ciągnął inspektor nie dając się zbić z tropu. – Jeśli pani wie więcej na ten temat, proszę mi powiedzieć. Dla dobra śledztwa.

    Jakiego śledztwa?

    Śledztwa w sprawie pożaru. Przy ofiarach śmiertelnych zawsze jest obecna policja kryminalna.

    Ten chłopak słuchał Cegielni? Jak on się nazywał?

    Hmm…

    No już, panie inspektorze. I tak się dowiem.

    Wykrzywiła usta w instagramowym uśmiechu i dotknęła językiem kącika warg.

    Eliasz Baumgarten.

    Serio? To też jakaś postać z audiobooka?

    Nie, z rzeczywistości. To znaczy teraz już nie…

    Dobrze, dobrze. Czyli on zginął przy słuchaniu Cegielni, tak samo jak moja córka. Kto jeszcze? Ile macie tych ofiar? No już, inspektorze, oszczędźmy sobie zachodu i porozmawiajmy szczerze. – Wychyliła się nad biurko, by pan policjant miał głęboki wgląd w jej dekolt. – W przeciwnym razie dowiem się sama, a pan ze swoją nieżyczliwością dla prawdy znajdzie się po drugiej, ciemnej stronie. Chyba pan nie chce, prawda?

    www.unsplash.com/Bank Phrom

    Uśmiechnął się pod nosem. Nie miała pojęcia, jak bardzo chciałby się znaleźć po drugiej, ciemniejszej stronie tej historii. Znacznie bardziej niż po drugiej stronie biurka, falującej mu teraz przyjemnie przed oczyma. Powstrzymywał go brak sposobu na przedostanie się TAM. Nie do dekoltu Massy, tylko do cegielni. Trochę rozpaczliwie liczył na pomoc tego profesorka o twarzy myśliwskiego ogara, który stracił trop i rozgląda się po lesie z głupią miną nie wiedząc, co począć. Zawiódł się i zaczynał żałować, że mu tak wiele zdradził ze swoich pomysłów. Ale o tym wszystkim nie mógł Massie powiedzieć.

    Zastanawiał się, czy w ogóle powinien jej cokolwiek mówić. Jeśli to zrobi, uruchomi machinę podejrzeń, insynuacji i zwykłych plotek, nad którą trudno będzie zapanować, a konsekwencje mogą być nieprzewidywalne. Jeśli tego nie zrobi, ona pozbiera strzępy danych i wysmaży jakąś bzdurę o równie nieprzewidywalnej szkodliwości. Tak źle i tak niedobrze. Najchętniej by ją utopił w kubku kawy i zamknął jej niewyparzoną jadaczkę na zawsze, ale takie marzenia się nie spełniają. Pozostaje żmudne rzeźbienie scyzorykiem w kamieniu. Wziął głęboki oddech.

    Mogę to zrobić pod jednym warunkiem: że pani nikomu nie powie. Wiem, jak pozbawione szans powodzenia jest takie żądanie wobec profesjonalnej dziennikarki, ale apeluję do pani sumienia. Nie ma żadnego śledztwa, nie korzystam z pomocy zespołu techników i prokuratorów, jestem sam. Gdybym tylko spróbował uruchomić procedury, mój przełożony uruchomi natychmiast procedurę przeniesienia mnie na emeryturę, z sugestią diagnozy psychiatrycznej. A ja chcę jeszcze trochę popracować. Powiem pani jako pogrążonej w żałobie matce, która ma prawo wiedzieć. Chociaż trudno stwierdzić, co dokładnie. Gotowa?

    Oczywiście, po to tu jestem.

    Takich przypadków, jak pani córka, naliczyłem w tym roku co najmniej siedem.

    Kurwa mać… – wyrwało się Massalskiej. Przygryzła wargę tak mocno, że Madej z napięciem czekał na wytryśnięcie strumienia krwi.

    Mówię „co najmniej”, ponieważ niektóre są na tyle niejasne, że zakładamy pomiędzy zgonem ofiary a audiobookiem związek możliwy, ale o nieznanym stopniu prawdopodobieństwa.

    Czyli w sumie ile? – spytała zduszonym szeptem.

    Powiedzmy… piętnaście?

    Ja pierdolę… – ciągnęła w swoim stylu. – Audiobook seryjny morderca. W dupę jeża, to przecież niemożliwe! Jak on to robi? Co tam jest? Dlaczego słuchałam i nic mi się nie stało? A pan? – spytała nagle pokazując go palcem. – Pan też słuchał i nic? Super! Kurwa jego mać, ale kosmos!

    Spokojnie, to żaden kosmos. Nie możemy wykluczyć zwykłego zbiegu okoliczności. Tania płyta w taniej księgarni, intrygująca okładka i pełen zachęt opis na pudełku… po prostu rozeszło się wśród ludzi i dlatego znajdujemy je na miejscu kilku zgonów…

    Kilkunastu.

    Dyskusyjne. Nie w tym jednak rzecz. Chodzi o techniczną definicję narzędzia zbrodni. Nie tylko „kto zabija”, ale i „czym”. Powiedzieć, że audiobook zabija fabułą to mniej więcej tyle, co uznać za mordercę zmiany atmosferyczne. Na przykład halny w Tatrach, który morduje za pomocą gwałtownych skoków ciśnienia. Że się wytwarza jakaś aura, klimat do zbrodni, krwiożerczy albo samobójczy nastrój – trudne.

    Nie moglibyście po prostu zakazać rozpowszechniania tej Cegielni? – odezwała się Massalska. – Wystarczy byle powód w rodzaju społecznej szkodliwości czy niedopełnienia formalności prawnych. Przecież macie takie narzędzia.

    Mamy i nie mamy. To musi iść przez sądy, a te żądają dowodów. Co mam im dać – zdjęcie ofiary ze słuchawkami na uszach? Nadtopione w pożarze pudełko? Zrobię z siebie idiotę.

    Tego to bym się akurat nie obawiała – wtrąciła enigmatycznie dziennikarka. – W każdym razie powinniście jeszcze przed ustaleniem czegokolwiek zakazać słuchania tego audiobooka. Na wszelki wypadek i dla dobra ludzi.

    Przez krótką chwilę patrzyli na siebie i każde z nich usiłowało potraktować tę wymianę spojrzeń jak próbę sił przed walką. Szachiści przed zajęciem miejsc przy stoliku. Rywale w pojedynku na miny.

    Niczego nie wiemy na pewno. Nie ma nawet jako tako prawdopodobnych przypuszczeń.

    Mam inny pomysł, panie inspektorze. Posłuchajmy razem i zobaczymy, co się stanie. Mam płytkę ze sobą…

    Zaczęła grzebać w przepastnej torbie na ramieniu, gdzie grzechotały przedmioty reprezentujące bliżej mu nieznane królestwo, mamrocząc pod nosem dalsze ciągi przygody z ciałem jeża.

    Niech pani da spokój – powstrzymał ją ręką. – Nie będziemy niczego słuchać. To bezcelowe.

    Dlaczego? – zdziwiła się. – Już próbowaliście? Oczywiście, przecież użył pan liczby mnogiej: „zakładamy możliwy związek”. Z kim pan zakłada?

    Cholera – zaklął cicho żałując, że w ogóle zaczął tę rozmowę. Wyciągnie z niego wszystko.

    Pani Marto, niech mi już pani da spokój. Wystarczy na dzisiaj. Jestem wykończony, a mam jeszcze całą kupę papierów do przerobienia. Porozmawiamy później, jak będę miał coś więcej. To sprawa nie tylko dziwna, ale i niezwykle delikatna. Proszę sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby taka informacja przedostała się do opinii publicznej. Zatem koniec, niczego więcej nie powiem.

    To nieuczciwe – oświadczyła ostro. – Obiecał mi pan powiedzieć wszystko, a teraz nagle milknie.

    Nie wszystko, tylko tyle, ile mogę – bronił się. – Koniec, do widzenia.

    Właśnie o to mi chodzi, panie inspektorze – odparła tajemniczo i podniosła się z krzesła. – Niech pan do mnie zadzwoni, kiedy dowiecie się czegoś nowego. Jako matka powinnam wiedzieć. I złapcie go, bo to bardzo niebezpieczny przestępca – zakończyła unosząc palec w górę jak biblijna prawodawczyni.

    Nikomu ani słowa – przypomniał również unosząc palec.

    Pożegnali się i Massalska wyszła, a on usiadł za biurkiem i chwilę oddychał ciężko. Był na siebie zły. Każda rozmowa z tą kutą na cztery nogi babą kończyła się poczuciem totalnej klęski. Miał nic nie powiedzieć, a powiedział wszystko, w zamian otrzymując jakieś zdawkowe zapewnienia i sarkastyczne komentarze. Powinien ją od razu przegnać, ale nie miał sumienia. Załatwiła go tą nieżyjącą córką. Każdego ojca można załatwić nieżyjącą córką. To jeden z najpotężniejszych związków pomiędzy ludźmi.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Myśl o córce Massalskiej skwapliwie podjęła wątek i powędrowała do Justyny. Nie widział jej od ponad roku. Parę razy pisał do niej mejla i pytał ogólnie, co słychać, bo na więcej nie było go stać. W jednym zapytał, czy nie będzie kiedyś przejazdem w Krakowie, bo on teraz jest mniej zajęty i mogliby zamienić parę słów przy kawie, i w ogóle… Na żaden z listów nie odpowiedziała. Bolało. Gdyby potrafił być trochę mniej okrutny wobec siebie, z łatwością poszukałby usprawiedliwień za tamte przegapione lata, kiedy pracował jak szalony, a dziecko czekało na niego w domu bez końca dopytując matki, czy tatuś dzisiaj wróci. Ale nie – wolał okrucieństwo. To wszystko jego wina.

    Jakie to cholernie niesprawiedliwe, że dostajesz jedno krótkie życie, bez przygotowania, bez prób, nawet bez korektora, którym można by to i owo wymazać i zapisać czymś innym. Nie. Raz, bez poprawek, a rachunek w całości do zapłacenia na miejscu. Odroczenia jeszcze pogarszają sprawę. Gdyby mógł teraz chociaż na chwilę wrócić tam, do tamtej ciasnej kuchni w ich małym mieszkaniu na nowohuckim osiedlu, usiąść przy stole i powiedzieć: „Wybaczcie, już więcej nie będę. Dosyć. Zostaję w domu. Jesteście dla mnie najważniejsze”. Takie fajne, proste słowa, które później powtarzał dziesiątki razy do brudnego lustra w łazience jego jeszcze ciaśniejszej, porozwodowej kawalerki. Później. Kiedy już było za późno.

    Dopił łyk kawy, tej samej, w której przed chwilą chciał utopić natrętną dziennikarkę. Dał się ponieść emocjom. Jej matczyny ból po stracie córki miał swoje prawa i on chciał je zwyczajnie uhonorować. Co w tym akurat przypadku nie miało większego znaczenia, ponieważ Massalska potrafiła się dowiedzieć wszystkiego, za wszelką cenę i bez względu na wszystko. Jak nie od niego, to od kogoś innego…

    Cholera.

    Podniósł słuchawkę i wybrał wewnętrzny do budki wartowniczej na dole.

    Dobry wieczór pani Violu, czy ta dziennikarka już wyszła?

    Massalska? Tak, już pojechała.

    Rozmawiała z panią?

    Właściwie nie… tylko, no wie pan inspektor, „do widzenia”, te sprawy.

    Usłyszał ten ton, którego się właśnie obawiał.

    Miła była?

    Tak, bardzo! Dała mi nawet parę próbek lakierów do paznokci. Takich drogich, co bym sama sobie nigdy nie kupiła.

    Aha, drogich. A za co?

    Pięć sekund ciszy.

    No… za nic. Tak po prostu.

    Wciągnął głęboko powietrze. Znał tę zasadę jak zły szeląg: jeśli coś może iść najgorzej, to pójdzie. Przekazał mu ją pewien stary inspektor, dawno temu, kiedy on był młodym ambitnym, śledczym i brał wszystkie roboty jak leci, żeby pokazać, jaki jest dobry. I kiedy zaniedbywał żonę i córkę, na tyle skutecznie, że go porzuciły. A stary inspektor (który wtedy był młodszy od niego dzisiaj) całkiem już stracił wiarę w dobry świat i robotę chętnie mu oddawał. Nie widział żadnego sensu w dalszym łapaniu przestępców, więc wrócił do odstawionego wcześniej picia i umarł na marskość wątroby. W policji to klasyka.

    Pani Violu, powiedziała jej pani, że wczoraj był u mnie profesor Zawijas?

    Noo, to znaczy… nie wiedziałam, że to takie ważne. Ona jest dziennikarką.

    Tak, do diabła! Właśnie o to chodzi, że jest dziennikarką! Coś jeszcze jej pani powiedziała? Adres? Telefon?

    No, komórkę. Ale panie inspektorze…

    Rozłączył się. Przejechał dłonią po włosach. Westchnął ciężko jak hipopotam. Nie to szlag. Niech to jasna cholera!

    Nie zdążył wybrać numeru do Zawijasa, kiedy odezwał się sygnał jego komórki. Dzwonił Macerak.

    Panie inspektorze, jeszcze jedna ciekawostka – mówił szybko i niewyraźnie, jak zawsze, kiedy był czymś poruszony. – Jestem tu u techników w laboratorium, badają smartfona tego truposza z księgarni…

    Jak ty mówisz.

    No, tej ofiary z pożaru. O dziwo, telefon jest w miarę cały i udało się ustalić, jaki plik facet miał włączony w chwili śmierci. To ta Cegielnia. Kurcze, panie Florianie, coś jest na rzeczy.

    Tak, wiem – mruknął inspektor. – Bartek, słuchaj, nie rozgaduj tam naszych podejrzeń co do tego popieprzonego audiobooka, dobrze? Możemy sobie więcej zaszkodzić niż pomóc.

    Ale…, bo ja im już trochę zleciłem zbadanie tego pliku.

    Trochę? To znaczy, co im powiedziałeś?

    Żeby szukali jakiegoś wirusa, albo dziwnej apki.

    Czego?

    Noo, aplikacji. To jest taki mały programik…

    Wiem, co to jest aplikacja – przerwał mu z irytacją Madej. – Nic im więcej nie mów. I wracaj tu do mnie, trzeba dzisiaj zrobić jeszcze jedną ważną rzecz.

    Jaką?

    Dowiesz się na miejscu.

    Rozłączył się i schował telefon do kieszeni, po czym natychmiast wyjął go z powrotem. Na środku czarnego ekraniku pulsował czerwony punkt. Od pojedynczego piksela rósł do rozmiarów gałki ocznej, po czym malał z powrotem do ledwie widocznej kropki. Puls był powolny i jednostajny, jak otwierające się i zamykające czerwone oko. Istotnie, w swoim maksymalnym powiększeniu plama miała w środku czarną źrenicę. Wpatrywała się wprost w niego.

    Ki diabeł?

    Przytrzymał palcem przycisk wyłączania i komórka spytała, czy „turn off”. Potwierdził i posłusznie się wyłączyła. Odczekał zalecane dziesięć sekund i włączył ponownie. Najpierw zatańczył czerwono-niebieski napis SAMSUNG, potem zajaśniała tapeta z widoczkiem stawu i zachodzącego za groblą słońca. Jeszcze raz wcisnął guzik i ekranik zgasł, przechodząc w stan czuwania. Był kompletnie czarny. Oko znikło.

    www.unsplash.com/Rami Al-zayat

    Nie było czasu na zabawy. Wybrał numer do profesora i natychmiast dowiedział się, że jest za późno. Massalska już do niego dzwoniła i wprawdzie ją zbył, ale bez poczucia oszałamiającego sukcesu. Zdaniem profesora, dziennikarka była mocno zdeterminowana i gotowa na rzeczy, od których można było nabawić się solidnego niepokoju. W charakterze rewanżu inspektor podzielił się informacją o Cegielni w uszach chłopaka, który zginął w pożarze księgarni na ulicy Grodzkiej.

    – „Pojmiecie znaki niechybnie”… – mruknął Zawijas ponurym głosem.

    Otóż to, profesorze. Otóż to. Dlatego musimy podjąć jakieś działania. Jak pan widzi, czasu w tej sprawie coraz mniej, podobnie jak wątpliwości.

    Chciał dać Zawijasowi do zrozumienia, że również wie więcej niż ujawnił w rozmowie, ale tamten nie dał się nabrać. Wiedział – i nie chciał.

    Przepraszam, panie inspektorze, ale jestem bardzo zajęty. Mam inne sprawy na głowie i przede wszystkim na nich muszę się skupić. Może kiedyś wrócimy do naszej rozmowy…

    W słuchawce zaszeleściło, jak nagły wiatr w suchych trzcinach, i inspektor Madej usłyszał oczyszczony z wszelkiej niewieściej delikatności kobiecy głos profesora.

    Proszę zostawić mojego męża w spokoju! Słyszy pan?! On jest chory i potrzebuje pomocy! Właśnie jedziemy do lekarza. Ma nawrót poważnej, śmiertelnej choroby i to nie są żarty! Niech się pan odczepi! – I po krótkiej pauzie: – Do widzenia!

    Połączenie zostało przerwane i ekranik przez chwilę zalecał się jeszcze do Madeja swoim sielskim jesiennym widoczkiem, po czym zgasł. Inspektor odczekał pół minuty, czy z głębi szklanej czerni nie prześwietli go czerwone oko, wzbogacone dodatkowo o złośliwy chichot z głośniczka, ale nic takiego nie nastąpiło. Schował do kieszeni martwy prostokącik, ciepły i śliski od jego spoconej dłoni.

    Chory? Jedzie do lekarza? Nawrót śmiertelnej choroby? Inspektorowi Madejowi usta same rozciągnęły się w ironicznym uśmiechu. Bynajmniej nie dlatego, że bawiły go kłopoty zdrowotne profesora, ale dlatego, że tak właśnie wyobrażał sobie rozwój tej do bólu absurdalnej i niemożliwej sytuacji. Że ktoś – coś – będzie mu ciągle przeszkadzać, rzucać kłody pod nogi i odbierać najpotrzebniejszych współpracowników. Będzie mu gasić światło w połowie schodów do piwnicy, puszczać wrzątek pod prysznicem i rozlewać na kafelkach mydło w płynie. Jak w tanim horrorze. A zawsze chciał być bohaterem gangsterskiego kryminału!

    Trudno. Nikt nie obiecywał, że świat to harmonia czystych konwencji.

    Właściwie to powinien się porządnie puknąć w głowę. Najlepiej swoim kubkiem do kawy, po czym straciłby na chwilę przytomność i po jej odzyskaniu powrócił do normalności. Był jednak wystarczająco stary i doświadczony by wiedzieć, że normalność w sensie powszechnym nie istnieje. Dla każdego jest inna. Jego prywatna normalność mogłaby na dzień dzisiejszy wyglądać tak: inspektor Florian Madej po odzyskaniu przytomności będzie miał audiobook wymazany z pamięci, a wraz z nim wszystkie fakty, poszlaki i koincydencje, które wskazywały na jego morderczą działalność. Obudzi się z tego głupiego i nieco już męczącego snu, by na nowo podjąć heroiczną pracę zmierzającą do przejścia na rychłą i niewątpliwie zasłużoną emeryturę oficera policji. Kropka. Punto. Co miało być, już było i fanaberie wyobraźni tego nie odwrócą. Zapada ciemność nad republiką życia, idzie dyktatura śmierci. Cisza wieczności.

    Wieczność jest niema!

    Podskoczył na krześle. Krzyk w głowie zsynchronizował się z dwoma innymi dźwiękami. W kieszeni zabrzęczała komórka, a za jego plecami włączył się odtwarzacz kompaktowy, w którym od wczoraj tkwiła Cegielnia. Jedną ręką sięgnął do kieszeni, podczas gdy drugą usiłował wyłączyć urządzenie. Nie zdążył. Gapił się w pulsujący czerwony punkt na wyświetlaczu komórki, pod którym widniało w tym samym kolorze: JUSTYNA. Dotknął go palcem i przytknął do ucha. Pulsujące oko zgasło. W słuchawce szumiał górski potok przerywany rytmicznymi pluśnięciami, jakby ktoś wiadrem nabierał wody i wylewał ją z powrotem.

    Halo? Justyna?

    Nikt się nie odezwał. Napis na ekranie przekręcił się pionowo i wyglądało to teraz tak, jakby JUSTYNA wspinała się na stromą górę. Trwał w tej pozycji kilka sekund, a następnie obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i jego córka zaczęła spadać w przepaść. Nagle zrozumiał i się przeraził.

    Justyna? Jesteś tam? Justyna!!!

    Szum górskiego potoku ścichł jak skręcony na potencjometrze i w słuchawce odezwał się niski, chrapliwy głos:

    Kto potrzebuje widomych znaków, już jest zgubiony, błogosławieni albowiem ci, którzy nie widzieli, a uwierzyli. Buuuaaach! Dobre, co? Justyyyna. Brrrlumlumlum, Justyyyna. Tak, inspektorze, potężny związek! Więc na co czekasz, na jeszcze jedno rozczarowanie? Na ostatnie, największe rozczarowanie dzielnym tatusiem, który latami tak się poświęcał dla rodziny? Biedaczek! A miało być tak pięknie!

    Gdzie jesteś, pajacu! Wyjdź stamtąd!

    Zza pleców inspektora dobiegł dźwięk startującego odtwarzacza i wkrótce rozległ się drugi głos, nieco łagodniejszy od tego w telefonie.

    Nasz dzielny Wędrowiec charakteryzował się wrodzoną dobrocią i życzliwością, a jego honor nie był nadmiernie splamiony podłym występkiem. Kochał ludzi, jego duszę przepełniała ta dobra miłość, od której tak trudno się opędzić młodzieńcowi układnemu i pełnemu namiętności dla człowieczego piękna. Być może dlatego nie umiał się oprzeć. Stała w kącie i patrzyła na niego okrągłymi z przerażenia oczami. Nie miała już dokąd uciec. Sięgnął do dekoltu białej koronkowej bluzki. Zasłoniła się dłońmi. Schwycił je razem z kawałkiem materiału i szarpnął w dół. Chwilę patrzył na obnażone piersi.

    Jesteś pani najpiękniejszą kobietą na świecie – powiedział . – W każdym razie najpiękniejszą dzisiaj, ponieważ nie przewiduję już większych odmian losu tego rozkosznego letniego popołudnia.

    Sprawnie zdarł z niej resztę podartej odzieży i chwilę sycił oczy skuloną nagością. Czuł zapach trwogi i podniecenia, podstawowych składników cudownego eliksiru miłości…

    Puść ją, draniu! – ryknął inspektor Madej odwracając się gwałtownie. W krzyżach szarpnął go ból naciągniętych ścięgien. – Zostaw ją, gnoju!

    Walił pięścią po obudowie odtwarzacza, dopóki nie trafił w przycisk EJECT. Plastikowa kieszeń z audiobookiem Cegielni wyskoczyła z głośnym szczękiem zwolnionego mechanizmu. Głośniki zamilkły, czerwone oko i napis z imieniem jego córki nadal jednak pulsowały na telefonie.

    Zabiję cię, słyszysz? Powiedz gdzie, a przyjdę i zabiję cię!

    Krzyczał coraz głośniej, waląc palcami po ekranie smartfona w niejasnej intencji – chciał wyłączyć czy włączyć? Nie zwrócił uwagi na uchylające się drzwi. Do gabinetu zajrzał aspirant Bartosz Macerak z miną petenta w publicznym szalecie, który już nie może wytrzymać.

    Panie Florianie! – zaczął pośpiesznie. Używał imienia inspektora tylko w szczególnie poufałych sytuacjach i widocznie uznał, że to jedna z nich. – Można na chwilę?

    Zagadany z pulsującą komórką Madej potrzebował paru sekund, by wrócić do rzeczywistości. Wciąż patrzył tępo w wyświetlacz, który wraz z wejściem Maceraka momentalnie zgasł i powrócił do swej martwej postaci. Imię jego córki również znikło. Pokazał aspirantowi krzesło i na migi wyjaśnił, że musi skończyć sprawę. Ten usiadł i zaczął się wiercić jak dzieciak w ławce, który wyrywa się do odpowiedzi.

    Tak jak się obawiał, Justyna nie odebrała. Zadzwonił do byłej żony. Odpowiedziała po kilku sygnałach, czyli przekładając na język komunikacji międzyludzkiej – po długim wahaniu.

    Czego chcesz?

    Gdzie jest Justyna?

    A co cię to obchodzi?

    Krystyna, nie mam czasu. Muszę się natychmiast skontaktować z Justyną.

    Natychmiast? Po roku? A cóż takiego się stało, że wielki pan inspektor nagle sobie przypomniał o córce?

    Krystyna, nie teraz, błagam. Wyjaśnię później. Gdzie ona jest? Nie odbiera telefonu.

    Pojechała z przyjaciółmi na Mazury. Ma jeszcze parę dni wolnego.

    Kiedy pojechała?

    Godzinę temu. A co?

    Zadzwoń do niej, żeby… żeby… – szukał jakichś oględniejszych wyrażeń, ale miał zamęt w mózgu i błądził w kolokwialnej ciemności.

    Żeby co? Oddzwoniła do tatusia, który chciałby jej powiedzieć, że nadal ją bardzo kocha?

    Krystyna!!! – wrzasnął, aż Macerak podskoczył na krześle. – Zadzwoń do niej i powiedz, żeby natychmiast wracała! Nie może tam być! Niech wraca i siedzi w domu!

    Florian – usłyszał chłodny głos byłej żony. – Ty całkiem zwariowałeś…

    Tak, tak, być może – przytaknął pośpiesznie, by zyskać jej przychylność. – Ale błagam cię, zrób to dla mnie. Zadzwoń do niej, a potem oddzwoń, że ci się udało i że Justyna wraca do domu. Musi wrócić! Nie wolno jej nigdzie jechać! A najlepiej niech nigdzie nie wychodzi!

    Aspirant Macerak, który przysłuchiwał się rozmowie byłych małżonków z rosnącym zniecierpliwieniem, wziął komórkę z rąk inspektora i przyłożył do ucha.

    Tu Bartosz Macerak, dzień dobry pani. To bardzo ważna sprawa. Proszę zrobić to, o co prosi mąż. To znaczy były mąż…

    Bał się byłej żony szefa od pierwszego dnia znajomości, a po rozwodzie jego lęk przed tą kobietą jeszcze wzrósł. Rozpierająca go wiedza i wrodzona niecierpliwość wzięły jednak górę. Chciał wyjaśnić, ale ona tylko mruknęła „dobrze” i się rozłączyła.

    Dzięki, Bartek – sapnął inspektor i potarł dłońmi stężałe od wysiłku policzki. – Przepraszam, chyba faktycznie kompletnie wariuję. Wybacz. Co tam masz dla mnie? Dlaczego w ogóle uważasz, że moje obsesje to „bardzo ważna sprawa”?

    Zanim jego asystent zdążył odpowiedzieć, telefon znowu zabrzęczał. Krystyna była Madejowa powiedziała tylko dwa zdania i znowu się rozłączyła.

    Justyna wyszła do toalety, jej chłopak obiecał przekazać prośbę o kontakt. Oddzwoni do ciebie.

    Inspektor chciał dopytywać i nie miał już kogo. Telefon zgasł na amen, jakby mówił, że na dzisiaj koniec. Florian Madej rzucił go z niechęcią na biurko.

    No dobra, mów. Mam nadzieję, że coś dobrego. Zdaje się, że wyszedłem na idiotę. Narobiłem rabanu i jeśli miałem jeszcze jakieś widoki na poprawienie relacji rodzinnych, to chyba właśnie zgasły. Jak ten zasrany smartfon. Jestem cholernie zmęczony, Bartek. No i zwariowałem.

    Chyba nie do końca, panie inspektorze – odparł Macerak z dziwną miną.

    A ty skąd wiesz? Znasz się na tym?

    To miało być żartobliwe rozładowanie napiętej sytuacji, Bartosz Macerak jednak pozostał niewzruszony.

    Płonie kolejna księgarnia – oświadczył. – A właściwie trzy.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #9

    Całe złoto dnia spłynęło po ścianie lasu do wąskiego potoku, który promienistą strugą podążył dalej w głąb ciemności, owijając pnie drzew bezgłośną cynfolią. Pomruk wieczoru niósł się wilgotnym basem. W gęstniejącej melasie nieba zapalały się pierwsze gwiazdy. Ptaki zasnęły w locie, furkot ich wartkich skrzydeł połknęło stygnące powietrze. Wąż tracił czucie w sztywniejącym ciele. Wiewiórka zacisnęła powieki i łapkami nakryła rudy łeb. Zaszeleściła gałąź. Szła groza.

    Nie wchodź do cegielni – usłyszał Wędrowiec szept znikąd. – Jest tyle dróg do tylu miejsc, możesz wybrać każdą inną, wedle twojej woli. Ale nie tę. Nie musisz wchodzić akurat tutaj. Po co? Po co?

    Siedział na trawie pod okazałą brzozą i oderwanym od serwety kawałkiem płótna usiłował przewiązać ranę na lewym ramieniu. Materiał był krótki i po owinięciu wokół skaleczonego mięśnia niewiele zostawało na węzeł. Mimo to próbował go zaciągnąć, pomagając sobie zębami.

    Po co? Takie pytanie nie istnieje – wyjaśnił nikomu. – Nasze Pismo święte obszernie i szczegółowo referuje powstanie oraz rozwój najlepszego ze światów i znajdziesz tam wszystkie pytania, oprócz tego jednego. Żaden z proroków nie wyjaśnia, po co jest to wszystko. Jest i tyle. Na pytanie „po co” jakby również nieco za późno.

    www.unsplash.com/Sylas Boesten

    Kiedy już uznał odpowiedź na poziomie dyskursywnym za wystarczającą, sięgnął w charakterze wsparcia po argument estetyczny i zanucił przyśpiewkę:

    Nie wchodź do cegielni –

    zahukała sowa –

    bo ci spadną portki,

    a może i głowa.

    Nie wchodź do cegielni –

    zakwakała kaczka –

    bo cię chwyci kaszel,

    a może i sr…

    Nagły świst przeciął pieśń na pół. Zafurczały trafione bełtem liście. Wędrowiec upadł na prawy bok i zwinnym ruchem przeczołgał się za pień. Torba podróżna i broń zostały tam, z przodu, poza zasięgiem ramion. Przywarł do pnia i nasłuchiwał, skąd padł strzał. „Cóż to, miły świecie, nawet śpiewać już nie wolno?”, zdziwił się, było to jednak zdziwienie zastępcze, by tak rzec – figuratywne, ponieważ domyślał się, kto do niego strzelać może. Doszedł wszelako do wniosku, że jeszcze nie czas na tłumaczenia i lepiej poczekać na rozwój wydarzeń mogących przynieść pomyślne zwroty w akcji, należał bowiem do ludzi, którym kapryśna fortuna nie szczędziła swych wdzięków.

    Jakoż wkrótce usłyszał trzask gałązki pod ciężkim butem. Dwadzieścia metrów na lewo. Duże, niezgrabne, sapiące ciało. Jego domysł uzyskał nowe potwierdzenie. Poprzedniego wieczora z nieprzyjemnością odwracał wzrok od resztek jedzenia oklejających tłusty wąs, który teraz stanowił tak stanowczą przeszkodę w bezszelestnym oddychaniu prącego ku niemu przez leśny gąszcz człowieka. Starego i brzydkiego męża, którego największym nieszczęściem była młoda i ładna żona.

    Ciężki krok ucichł. Wędrowiec domyślił się, że napastnik przystanął, by poobserwować okolicę i zorientować się w sytuacji. Kto wie, może nawet uniósł powtórnie naładowaną kuszę i mierzył w mrok wypatrując ruchu, który zdradziłby cel. Nieborak. Po pierwszym chybionym strzale miał na udaną powtórkę mniej więcej takie same szanse, jak na dozgonną wierność swej małżonki. Mmm, pyszności! – westchnął na wspomnienie mlecznych piersi, wyłuskanych spod rozwiązanej bluzki karczmarzowej.

    Odłóżmy słodycz wspomnień. Nasz Wędrowiec uniósł się na łokciach i czubkach palców, po czym ostrożnie przesunął ciało bliżej swych porzuconych w trawie rzeczy. Powinien poczekać, aż zapadnie całkowita ciemność i jego przeciwnik straci resztki przewagi, chęć zabawy wzięła jednak górę. Przywarł ciałem do mokrej ziemi i zacisnął prawą dłoń na rogowej rękojeści swej eleganckiej, napoleońskiej szpady. Lubił ten chwyt. Napełniał jego umięśnione ciało przyjemną wibracją. W precyzyjnym pchnięciu wirującego ostrza jest jakieś oczyszczenie, ulga, jak zanurzenie dłoni w chłodnym strumieniu. Potarł palcem pozłacany kabłąk. Gotowość. Ulga. Gotowość i ulga. Bardzo wolno wycofał się z powrotem za pień brzozy. Rozerwane lewe ramię przestało dokuczać, ból wyłączyła adrenalina. Był napięty i spokojny. Teraz może czekać. Chodź, nieboraku.

    Po kwadransie sapanie powróciło, tym razem bliżej. Ciemność wypełniła przestrzeń między drzewami gęstą mazią i gdzieś z jej głębi dochodziły kroki niezgrabnie skradającego się karczmarza z Nieporaju. Szeleścił trącanymi pędami krzewów, łamał podeszwą patyki, ocierał się o pnie – i szedł. Po śmierć. Nasz Wędrowiec przelotnie pomyślał ze współczuciem o desperacji rogatego małżonka, który z narażeniem życia stanął w obronie resztek honoru małżonki oraz własnego, których przecież już nie było. Zdumiewające, ile energii ludzie tracą

    w obronie spraw beznadziejnych i rzeczy nieistniejących. A wystarczyło odrobinę pomyśleć. Skalkulować ryzyko i zrobić bilans, nieco wcześniej, zanim ruszyły nieodwracalne wydarzenia…

    Z twarzą przy ziemi i szpadą w dłoni miał idealną pozycję do przeprowadzenia ataku z zaskoczenia. Wysoka trawa pochłaniała ostatnie drobiny światła. Drzewa od strony zbliżającego się karczmarza z kuszą otaczał gąszcz zarośli z jednym tylko wąskim przesmykiem. Zbliżając się karczmarz musiał wyjść wprost na niego. Jak każdy otyły człowiek w ciemności – będzie patrzeć przed siebie. Szczupły mógłby przykucnąć i spróbować przemieszczać się na klęczkach, lub wręcz czołgać. Jednak nie ten sapiący grubas, któremu Wędrowiec aż nazbyt dobrze przyjrzał się zza stołu przydrożnej karczmy, nim wymknął się za gospodynią do stodoły. W izbie było tłoczno i gwarno, karczmarz za ladą miał pełne ręce roboty. Żonę wysłał, by zajęła się wieczornym karmieniem dobytku. Kusza wisiała na ścianie za ladą. Pod ręką. Do obrony przed napastliwą klientelą. Czyżby przed kochankami żony również?

    Zaszeleściły trącone liście. Blisko, może pięć metrów. Cztery. Trzy. Ścisnął mocniej rogowy chwyt. Zabić? Ale właściwie po co? Przypomniał sobie oklejony jedzeniem wąs. W Biblii nie ma pytania „po co”.

    Zabić.

    Pierwsze cięcie na wysokości kolan, od tyłu, przez ścięgna. Musi upaść i już nie wstanie. Nigdy. Na Sąd Ostateczny będzie kuśtykał wsparty na żebraczym kiju…

    Szelest rozległ się tuż nad uchem Wędrowca. Naprężył mięśnie i kiedy energia wezbrała w nim jak tamowany wodospad, wypuścił bezgłośny cios. Świst napoleońskiej szpady miał w sobie lekkość wiatru i szybkość jaskółki. Wędrowiec odchylił ciało, by lepiej prowadzić w powietrzu zabójcze ostrze. Zgrzytnęła trafiona kość…

    Czego słuchasz?

    Aaa! Nie strasz mnie! – krzyknęła Zośka zrywając się z łóżka.

    Szybkim ruchem zsunęła słuchawki na szyję, odepchnęła rękę matki i roztrzęsiona zaczęła chodzić po pokoju. Na policzkach wykwitły rumieńce, jakby ją przyłapano co najmniej na masturbacji.

    Hej, spokojnie. – Pani Magda Zawijasowa uniosła obie ręce w obronnym geście. – To już nawet pogadać nie można?

    Jakoś mnie uprzedź, a nie tak… Jezu, chyba mi się serce kopyrtnęło do góry nogami.

    Dreptała w kółko zaciskając lewą dłoń w pięść, prawą teatralnie masując klatkę piersiową. Nosiło ją jak po złotym strzale.

    Mam najpierw wysłać esemesa z kuchni?

    Wystarczy zapukać. Wiesz, co to jest? Puk – puk!

    Dobrze, tak zrobię. Dziękuję za pouczenie. Masz chwilę?

    Jasne. Co jest, mamcik?

    To usiądź przynajmniej. Nie będę mówiła do karuzeli.

    Pojedynek na kose spojrzenia nie trwał długo. Matka wygrała. Zośka usiadła po turecku na środku łóżka, wyprężyła plecy, złączyła kciuki z palcami środkowymi i oparła je na kolanach, jak w pozycji „kwiat lotosu”. Wzięła trzy głębokie oddechy i nawet pomogło.

    Tak jest dobrze?

    Nie musisz się zgrywać, słoneczko. Wystarczy, jeśli dobędziesz ze swego przebogatego wnętrza jedną z bardziej życzliwych masek i założysz na chwilę.

    Zośka rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu.

    Może tak być?

    Niech ci będzie. Skup się, bo chciałam poważnie porozmawiać o ojcu.

    Co z nim? Znowu po godzinach przeprowadza dogłębne konsultacje z jakąś doktorantką?

    Nie. W każdym razie nic o tym nie wiem – odparła Magda Zawijasowa. – Mam nadzieję, że tamte problemy skutecznie zażegnaliśmy, chyba że… znowu jestem tą, która się dowie ostatnia.

    Blady uśmiech miał zbagatelizować nagle wywołaną z przeszłości troskę, ale sukces był chyba tylko połowiczny, ponieważ szybko spytała:

    A ty coś podejrzewasz?

    Nie, tak tylko powiedziałam. Mamcik, spokojnie – Zośka zburzyła kapliczkę kwiatu lotosu i wyciągnęła obie ręce, żeby potrząsnąć mamą za łokieć. – Przecież nic się nie dzieje.

    No właśnie – wpadła jej w słowo Zawijasowa. – Nie zauważyłaś u niego czego podejrzanego ostatnio? Jakichś dziwnych zachowań? Może powiedział coś takiego, co ci dało do myślenia?

    Znów skrzyżowały spojrzenia, by zaraz spuścić wzrok. Tym razem remis. Córka zmarszczyła czoło na znak, że bardzo myśli, matka zmrużyła oczy szukając fałszu w jej reakcjach. Nigdy nie miała rozeznania, jak dalece tamtych dwoje stanowi frakcję przeciwko niej. Komitywa ojców i córek to kawał historii ludzkości.

    Chyba nie – stwierdziła w końcu Zośka wzruszając ramionami. – Gada za dużo, ale to normalka. Jakby zamilkł, to byłoby trochę dziwne. Do pracy jeździ, na terapię chodzi, wszystko jak trzeba. Powiedzże wreszcie, co cię gryzie. Jak nie kochanka, to co? Narobił długów? Zaczął ćpać? Chciał cię uderzyć?

    Profesorowa Zawijasowa cierpliwie potrząsała głową, a przy ostatnim pytaniu zagryzła wargi. Potem przeszła do rzeczy.

    Pamiętasz tę historię z pisaniem powieści przez tatę? Tak, pięć lat temu, wtedy kiedy jeszcze, no wiesz…

    Wiem. Pił.

    www.unsplash.com/Jack Ward

    No właśnie. Twierdził, że alkohol mu pomaga na wyobraźnię, a powieść będzie genialna i musi ją skończyć, inaczej zwariuje. Ile to trwało, rok? Może półtora. Pamiętasz te pokrzykiwania na nas? „Albo oszaleję, albo kogoś zabiję!”, piszczał. To miały być takie żarty, ale mnie wcale nie bawiły. Ciebie chyba też nie, prawda?

    Córka pokręciła głową i wpatrywała się w matkę czekając ciągu dalszego. Robiło się coraz ciekawiej i na chwilę oderwała się od tamtej leśnej fabuły.

    Wtedy, owszem, raz chciał mnie uderzyć. Ale ja nie o tym. Trzy dni temu, jak pamiętasz, miał wypadek. Jakaś kobieta dobiła do niego, a potem na dodatek ciężarówka urwała mu drzwi. Auto stoi w warsztacie, a ojciec jeździ tramwajami i uberem. Nawet za bardzo nie narzeka, bałam się, że będzie gorzej.

    To czego się boisz?

    Tak – przyznała Magda Zawijasowa napotkawszy przenikliwy wzrok córki. – Boję się. Nie wiem, jak ty to zapamiętałaś, ale mnie wtedy dręczyło jego takie jakby… wyizolowanie. Separował się, zamykał w pokoju i nie wychodził całymi godzinami, nawet do toalety. Jak facet pisze i pije przez pół dnia, to powinien przynajmniej raz wyjść za potrzebą, nie wydaje ci się? Albo chociaż po popitkę do kuchni. Potem na szczęście się skończyło. I picie, i pisanie. Zaczął chodzić na terapię i Bogu dzięki trzyma się do dzisiaj. Jakbyś kiedyś chciała wiedzieć, co to jest prawdziwa ulga, daj znać. Opowiem ci. Nie ma dnia żebym nie myślała o tym, jak siedzę i czekam w napiętej gotowości na powrót demonów. Codziennie. Ulga i gotowość. Gotowość i ulga.

    Co??? – krzyknęła Zośka i zakryła dłonią usta. – Co powiedziałaś?

    Przeszył ją dreszcz. Nagle poczuła na twarzy powiew chłodnego, leśnego powietrza, poczuła zapach wilgotnej trawy. Za chwilę usłyszy szelest trącanych liści. I sapanie.

    No nic, chodziło mi o to, że ojciec wtedy był taki niepewny… Ale nie w tym rzecz. Zośka, powiedziałam coś nie tak? – Przyjrzała się uważnie córce. – Czyżbyś jednak chciała mi coś o nim powiedzieć?

    Ta potrzebowała paru sekund, by ukryć zdumienie i powrócić do równowagi.

    Mamo, nie róbmy scen. Tata jest w porządku, odwalmy się od niego. Wykrztuś wreszcie, co masz do powiedzenia, bo mi już bateria uwagi siada.

    No więc, zaraz jak wrócił do domu po tym wypadku, zamiast się przejąć rozwalonym samochodem, wiesz jak go dopieszcza, zaczął opowiadać o audiobooku, którego słuchał po drodze. Że tam było coś dziwnego, coś… znajomego. No dobra, powiem. Twierdził, że na tym audiobooku są nagrane jego notatki. Rozumiesz, kawałki tej cholernej powieści, co ją pisał na bani pięć lat temu. Upierał się, że to na pewno było to, słowo w słowo! Mało powiedzieć, że byłam sceptyczna. Wierzyłam mu mniej więcej tyle, co pięć lat temu, kiedy nawalony jak stodoła zapewniał, że „wszystko jest pod kontrolą”. Brzmiał jednak na tyle przekonująco, że uległam perswazji i zgodziłam się wysłuchać tego kawałka z jego notatkami. Oczywiście niczego tam takiego nie było. Zamiast odetchnąć z ulgą, obraził się na mnie i poszedł na górę.

    A co miał zrobić? – spytała obojętnie Zośka.

    Matka zaskoczona patrzyła chwilę na córkę. To był jeden z tych momentów, kiedy czuła się zdradzona i samotna, mając przeciwko sobie ojcowsko-córczany duet.

    Najbardziej tobym chciała, żeby zapomniał wreszcie o tym pieprzonym Starym młynie! – krzyknęła. – Mam dosyć jego pisaniny! Trawnik mógłby raz porządnie skosić!

    To mu o tym powiedz.

    Mówiłam sto razy! Ale nie o to chodzi, tylko że on jest taki…

    Mamcik – przerwała jej Zośka. – Trzeci albo czwarty raz mówisz, że nie o to chodzi. Może zdecyduj się, co chcesz powiedzieć i po prostu zrób to. Inaczej sobie nie pogadamy.

    Po prostu, po prostu. Łatwo ci mówić. Boję się, żeby tamto licho nie wróciło. Jak sobie pomyślę, że znowu zacznie pisać, to aż mnie mdli. Ech… Dobra, sorry, poniosło mnie, przepraszam. Chciałam tylko sprawdzić, czy nie zauważyłaś czegoś podej… czegoś nietypowego w jego zachowaniu. Rozumiem, że nie. W porządku. To chyba w zasadzie tyle. Już nie przeszkadzam.

    Wstała i wytarła ręce o biodra, jakby to one najwięcej się w tej przemowie napracowały i miały prawo być spocone. Nie rozumiała, dlaczego tyle nerwów kosztowało ją opowiedzenie głupiej historyjki o omamach słuchowych męża. W końcu Olek od pięciu lat był całkiem w porządku. Uczynny i grzeczny (no dobra, trochę neurotyczny), uległy jak ilustracja z podręcznika o prawidłowym ustawieniu domowego mężczyzny. W każdym razie tak wypadał w porównaniu z poprzednim Olkiem, o którym chciałaby jak najszybciej zapomnieć, a którego nalana i woniejąca przetrawioną wódką twarz czasami jeszcze nawiedzała ją w snach.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Wybacz, już sobie idę.

    Pa, mamcik, kocham cię – odparła szybko Zośka i sięgnęła po komórkę, uśmiechając się wyczekująco do matki. Bardzo chciała znowu zostać sama, co Magda Zawijas doskonale widziała swoim czujnym okiem. Dodatkowo jeszcze wyczulonym ostatnio po tej historii z audiobookiem. Co za bzdura. Czas się stąd zabierać, żeby nie wdepnąć w nią zbyt głęboko.

    Właśnie się odwracała, żeby sobie pójść, gdy zabrzęczał telefon w kieszeni jej spodni. Olek. Całkiem, jakby wyczuł…

    Cześć, kochanie, kiedy wrócisz…

    Nie zdążyła dokończyć, kiedy usłyszała jego drżący głos. Ten sam, którego tak pragnęła nigdy więcej nie słyszeć. Wibrował nadczułym timbrem, jak tuż przed napiciem. Cholera, kiedy to się skończy!

    Olek, co się dzieje. Miałeś wypadek?

    Zaczął tłumaczyć, że wróci później, ale słuchała piąte przez dziesiąte. Włączyła głośnik i stanęła przed Zośką ze znaczącą miną. Sama widzisz, jak on brzmi.

    Zośka nie zwracała na nią uwagi. Wpatrzona w gadający ekranik bladła i wierciła się coraz niespokojniej. Papcio coś mętnie tłumaczył o konieczności pozostania na komendzie (policja?), a na koniec zakazał włączania audiobooka, kategorycznie i jak na swoje nerwowe usposobienie – dosyć przekonująco. Zakaz dotknął ją do żywego, a zdziwione oczy rozszerzyły się do dwóch wybałuszonych węgielków.

    Hyyy – jęknęła. – Dlaczego to ma być takie ważne?

    Dopiero kiedy telefon zamilkł, mama zdecydowała się odpowiedzieć.

    Nie wiem, Zotka, ale na wszelki wypadek nie włączaj tego idiotycznego audiobooka. Lepiej teraz nie wyprowadzać z równowagi. Miejmy nadzieję, że wszystko się dobrze skończy. Niech on już wróci do domu.

    Po czym wydała z siebie westchnienie bogini Wiecznej Troski, ucałowała córkę i wyszła z pokoju. Zośka miała nadzieję, że nie zauważyła ruchu jej biodra, którym usiłowała zasłonić leżący na łóżku smartfon. Było to bez sensu, ale co z tego? Powieść znajdowała się gdzieś tam w środku, drobny cyfrowy zapis, który według taty miałby być złodziejem jego notatek do powieści Stary młyn. W obliczu ostatnich wydarzeń otoczenie go mgiełką panieńskiego sekretu wydawało się rozwiązaniem optymalnym. Nie ma lepszego sposobu na podkręcenie ciekawości, niż zakaz. Cień niepokoju, zalegający w niej jak źle strawiony łosoś, odepchnęła w najciemniejszy zakątek swej dziewczęcej duszy. Posłusznie usunął się pod naporem ekscytacji. O tak to było dobre – „najciemniejszy zakątek mej dziewczęcej duszy”.

    Cegielnia, stary młyn – normalnie jak jakieś archaiczne squoty! Gdy tylko ojciec wróci, musi go zapytać o szczegóły tej jego nienapisanej powieści. Możliwe, że była całkiem dobra, a biedna mamcik nic nie zrozumiała.

    Ciekawe, czy też był tam jakiś Wędrowiec.

    Namacała słuchawki ukryte pod zmiętą narzutą i naciągnęła na uszy. Przed powrotem papcia dosłucha przynajmniej tej sceny w lesie. Brrr! Ależ tam się dzieje!

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #6

    6.

    Gdyby nie sympatyczny pan w szarym płaszczu, który przyszedł ze swoją sprawą nie na pierwszy lepszy komisariat, ale wprost do budynku Komendy Wojewódzkiej na ulicy Mogilskiej, dzisiaj inspektor Florian Madej spokojnie konsumowałby zapasy sławy i emerytury, gromadzone przez lata pracy dla dobra i porządku publicznego w królewskim mieście Krakowie. Gdyby przyszedł do komendy na Mogilską w normalny dzień roboczy, a nie w sobotę popołudniu, kiedy prawie nikt nie urzęduje, może udałoby się ocalić spokój długo wyczekiwanej emerytury inspektora. Ba, sympatyczny pan w szarym płaszczu mógł sobie przychodzić w każde inne sobotnie popołudnie, proszę bardzo! Dlaczego pojawił się w dyżurce przy szlabanie właśnie w tę sobotę w chwili, gdy on, już nieomal emerytowany inspektor Florian Madej, wysiadł z samochodu celem pożegnania się z długonogą sierżant Nowicką, której ciasno zapięty mundur przyciągał go katastrofalnym wręcz magnetyzmem? Komu i do czego potrzebny był ten obciążony ponurymi skutkami zbieg okoliczności?

    Wciąż-jeszcze-nie-emerytowany inspektor Madej podejrzewał jednak, że nie był to wyłącznie zbieg okoliczności. Słowa tamtego wkręcały się w uszy jak refren, a tajemniczy uśmiech towarzyszący zerkaniu na jego rozpaczliwie dziarskie wysiadanie z passata podkręcało atmosferę tajemniczości.

    Nie można wykluczyć, że chodzi o ważny dowód w sprawie – podsłuchał Madej, jak pan w szarym płaszczu tłumaczy cierpliwie strzelistonogiej policjantce. – Czy mógłbym porozmawiać z kimś od spraw wypadków?

    Nie ma u nas takiego wydziału – odparła zniechęcająco sierżant Nowicka. – Niech pan się zgłosi na swój macierzysty komisariat.

    A który to jest?

    To zależy, gdzie pan mieszka.

    Powiedzmy, w centrum.

    Ale w centrum gdzie?

    Noo – mężczyzna się zawahał – w centrum miasta. To się chyba nazywa śródmieście.

    Nie może pan po prostu podać adresu? – zdziwiła się Nowicka. – Do każdego zgłoszenia potrzebne są dane osoby zgłaszającej. Musi pan podać jakiś adres.

    Nie chcę żadnego zgłoszenia. Byłem świadkiem wypadku i chciałbym dołączyć dowód. Nie mam nic nowego do zgłaszania, wolałbym nie uruchamiać niepotrzebnie całej proceduralnej machiny. Czy nie mogłaby pani wezwać kogoś, kto się zajmuje takimi sprawami?

    Mówił spokojnie, ale z jakąś ukrytą stanowczością, a poły jego płaszcza powiewały w podmuchach popołudniowego wiatru. Dopiero kiedy wysiadł, inspektor Madej uświadomił sobie, że wcale nie wieje i nawet liście na pobliskich topolach zwisają bezwładnie.

    Kraków, fot: www.unsplash.com/Jacek Dylag

    Dzisiaj nikogo już nie ma. Jest sobota wieczór. Niech pan zostawi, przekażę koledze, jak przyjdzie. O, panie inspektorze, proszę mi pomóc! Może pan wyjaśni obywatelowi, jak się załatwia takie rzeczy!

    Madej wygramolił się z samochodu i usiłował raźno podejść do dyżurki. Spirytusowym ogniem paliło go podejrzenie, że Nowicka słyszy, jak mu skrzypią kolana.

    O co chodzi, pani Violu?

    Człowiek chce zostawić dowód w jakiejś sprawie.

    Dzień dobry, inspektor Madej. Jaki dowód?

    Przybrał poważny, urzędowy ton i wyprostował się, nieco zadzierając brodę. To miała być postawa dominująca. Zakładał, że działa na kobiety z kategorii niebotycznonogich policjantek. Był rozwodnikiem, mógł sobie pozwolić.

    Mężczyzna wyciągnął rękę i przedstawił się imieniem i nazwiskiem, którego Madej w ogóle nie zrozumiał. Nigdy nie umiał zapamiętać nazwiska nowopoznawanej osoby. Ten brzmiał mniej więcej jak „Amadeusz Bez”. Równie dobrze mógł to być jednak „Amorfeusz Bas”. Albo „Asmodeusz Bies”. Każdy z wariantów uchylał drzwi ku innym możliwościom.

    Pan Amadeusz wyjął z kieszeni brązowe słuchawki.

    Znalazłem je na miejscu wypadku. Dziewczyna wpadła pod tramwaj. Zabrało ją pogotowie, a one leżały na chodniku, więc wziąłem – tłumaczył głosem tak spokojnym, jakby całe życie ćwiczył tylko po to, by brzmieć przekonująco.

    Mówi pan o tym wypadku pod Galerią Krakowską?

    Skinął głową, nadal wyciągając rękę ze słuchawkami. Komisarz odruchowo odebrał je od niego i obejrzał. Zwykłe słuchawki, ale bez kabla, nie było też żadnego śladu uszkodzenia. Pewnie bezprzewodowe, teraz takie robią. Wszystko zrobią, co byś nie wymyślił.

    Wskazał ruchem głowy na ławkę obok „kibla z policją”, jak między sobą nazywali budkę wartowniczą przy szlabanie, i obaj usiedli. Strzeliste nogi powiodły sierżant Nowicką do środka, gdzie pewnie zajęła się przeglądaniem internetu w poszukiwaniu promocji na wizytę w Centrum Paznokcia. Miała ich do obrobienia dwadzieścia, jeden okazalszy od drugiego.

    Dlaczego pan uważa, że to może być ważny dowód w sprawie? – spytał.

    Mężczyzna widocznie się odprężył. Owinął się szarym płaszczem jak książę na tronie i patrzył przed siebie z uśmiechem. Nie odpowiedział od razu, jakby szukał słów dla wyjątkowo skomplikowanej treści. Od ulicy Mogilskiej dochodził szum samochodów, wspomagany czasem turkotaniem tramwaju.

    Ta dziewczyna jechała schodami obok mnie z tymi właśnie słuchawkami na uszach – zaczął powoli, mrużąc oczy przed wrześniowym słońcem. Nowicka przesadziła z tym wieczorem.

    Jak to „jechała schodami”?

    Z galerii na ulicę Pawią się wyjeżdża schodami – mówił Amadeusz Bez (czy Asmodeusz Bies) z tym swoim terapeutycznym spokojem. – Mówiła do siebie. Początkowo sądziłem, że z kimś rozmawia przez bluetooth, czy jak tam zwą ten kapsel na uchu. W pewnym momencie wyjęła telefon, żeby coś sprawdzić. Wie pan, oni ciągle na tych komórkach coś sprawdzają. Zerknąłem na wyświetlacz smartfona. Tak to się chyba nazywa, prawda? Smartfon? No więc spojrzałem i zobaczyłem zielony trójkącik, taka strzałka do przodu, na pewno widział pan kiedyś, i zrozumiałem, że ona czegoś słucha.

    W inspektorze Madeju narastała irytacja. Mężczyzna w szarym płaszczu co rusz trącał go zwrotami w rodzaju „wie pan”, „widział pan”, traktując jak półgłówka. Na tym punkcie policjanci bywają szczególnie wrażliwi. Oczywiście, że zauważył, jak młodzi ciągle gapią się w komórki. Oczywiście, że smartfon nazywa się „smartfon” i że wyświetlacz na nim jest po prostu wyświetlaczem. A zielona pozioma strzałka oznacza włączony odtwarzacz. Nawet inspektor krakowskiej policji w średnim wieku jest w stanie coś takiego wiedzieć.

    Nie tylko o to chodziło. Ten człowiek mówił, wręcz zaczepiał jego uwagę, a równocześnie był nieobecny. Patrzył na wprost, w gładką ścianę parterowego budynku przed nimi. Madejowi nawet przemknęło przez myśl, że pod przymrużonymi od słońca powiekami widzi zupełnie nie to, co się rozciąga w jego polu widzenia, czyli kremowy tynk siedziby Małopolskiej Platformy Elektronicznej Komunikacji Policji oraz pustawy parking wśród drzew. Może wczuwał się w tamtą dramatyczną sytuację tuż przed śmiercią dziewczyny, ale w takim razie byłoby bardzo dziwne wczuwanie. Na zimno. Przypominało trans lub ćwiczenie jogi.

    Mężczyzna tymczasem ciągnął swoje dywagacje o dziewczynie i słuchawkach.

    Z nikim nie rozmawiała, tylko komentowała to, co słyszy, wie pan, z tych słuchawek. Od razu zaznaczam, że jej komentarze nie cechowały się nadmierną kulturą osobistą. Nawet się zdziwiłem, że nikt z ludzi wokół nie zareagował na brzydko przeklinającą dziewczynę.

    To znaczy jak?

    Wykrzykiwała słowo „penis”.

    To nie jest żadne przekleństwo.

    Usta pana Beza (Bza?) rozciągnęły się w uśmiechu. Wyglądał teraz jak meloman zanurzony po uszy w arii z „Tannhäusera”. Najwyraźniej polemika sprawiała mu przyjemność. Madeja przepełniał niejasny niepokój w odniesieniu do tego człowieka, jednakże nie potrafił swoich odczuć sprecyzować.

    Uważa pan, że jak czternastoletnia uczennica w publicznym miejscu wykrzykuje raz po raz słowo „penis”, to wszystko jest w porządku? Naprawdę pan tak sądzi?

    Palant. Zaakcentował tę uczennicę, by podkreślić moralną wagę problemu. Madej wcale nie uważał, że to w porządku, ale facet nie musiał mu tego tak dobitnie unaoczniać. Był inspektorem (ciągle jeszcze), ale nie półgłówkiem.

    Fakt, że drugi raz podczas tej rozmowy musiał zapewniać siebie, że nie jest półgłówkiem, nieco go rozsierdził.

    Nie bardzo rozumiem, do czego pan zmierza. Chciałbym uprzejmie zauważyć, że jest sobota popołudniu, a ja właśnie jadę do domu. Mógłby pan skierować już łódź do brzegu?

    – Tak, naturalnie, koniecznie – pośpieszył tamten z wyjaśnieniem. – Już mówię, o co chodzi. Jak wspomniałem, rzuciłem okiem na wyświetlacz i nad zieloną strzałką dostrzegłem tytuł:CEGIELNIA. Otóż ona słuchała powieści czytanej przez lektora, czyli oni to nazywają audiobookiem…

    (jasna cholera, nie jestem półgłówkiem)

    Ale, oczywiście, pan wie takie rzeczy, przecież inspektor policji w Krakowie nie może być półgłówkiem…

    (szlag mnie zaraz trafi!)

    … więc kiedy ona wykrzykiwała te swoje penisy, a ja zobaczyłem ten tytuł, to, rozumie pan, pomyślałem sobie, że jedno do drugiego nie pasuje. No chyba że chodziło o jakąś tanią erotykę w rodzaju Harlequina, takie soft porno, bo ta dziewczyna zupełnie nie wiedziała, co się dokoła niej dzieje. Szła przed siebie jak nakręcana lalka, albo android, wie pan…

    Wiem, co to jest android – przerwał mu inspektor unosząc dłoń. Zaraz potem znowu się zirytował. Facet z nim się bawił, a on dał się wkręcić.

    Właśnie dlatego tu jestem. Bo widzi pan, ja ją uratowałem od śmierci.

    Jak to?

    No właśnie. Za pierwszym razem ją uratowałem, bo wchodziła prosto pod tramwaj, że się tak wyrażę, z tym penisem na ustach…

    Za ich plecami trzasnęły metalowe drzwi od dyżurki. Madej obejrzał się i napotkał surowy wzrok sierżant Nowickiej. Z jego perspektywy nogi sięgały daszku nad wejściem. Ciekawe, ile zdążyła podsłuchać.

    To się dało inaczej powiedzieć – mruknął. Pan w szarym płaszczu go zignorował, zatopiony we własne opowiadanie.

    …i zdołałem ją zatrzymać. Powiedziała „przepraszam” i poszła dalej. Prosto pod drugi tramwaj, z naprzeciwka. Nie mogłem nic zrobić. Zresztą nie wiem, może mogłem. Ale sam byłem pod wrażeniem tej nietuzinkowej osóbki i jeszcze nie zdążyłem ochłonąć po tamtym incydencie, kiedy ona znowu… Tak mi przykro. Czy umarła od razu?

    Zdawał się być bliski płaczu. Madej spojrzał na jego oczy i stwierdził, że nadal były przymrużone i niespecjalnie obecne, a usta zdobił ni to uśmiech, ni to grymas. Jakby błazen odgrywał żałobę. „Nietuzinkowa osóbka”, „ochłonąć po incydencie” – co to za wyrażenia? Normalnie jak z brukowego powieścidła!

    Nie wiem, czy umarła od razu. Nie wiem również, do czego pan zmierza. Chyba sobie pójdę. Proszę zostawić dowód u sierżant Nowickiej.

    By potwierdzić powagę groźby, podniósł się z ławki i wyjął kluczyki z kieszeni kurtki. W głębi duszy jednak wcale nie miał wielkiej ochoty odejść. Coś w tej historii było intrygującego. Coś… głupiego. Raz ją uratował, drugi raz nie zdążył? Zginęła z „penisem na ustach”?

    Niech pan siada – powiedział twardo pan w szarym płaszczu. Już nie był tak sympatyczny, jak na początku. – Zaraz kończę.

    Madej posłusznie usiadł.

    Kiedy ją zabrali, podniosłem słuchawki z chodnika. Coś w nich nadal chrobotało, więc przyłożyłem do ucha. Usłyszałem spokojny głos lektora uważnie czytającego powieść morską, jakiegoś Conrada czy Melville’a, nie znam się na tym. W eleganckich, pełnych i malowniczo złożonych zdaniach nie było niczego z rzeczy, o które można by podejrzewać tekst na podstawie reakcji tej biednej dziewczyny. Kapitan stał na mostku i z niepokojem obserwował pierwsze oznaki nadchodzącej burzy, nie będąc pewnym należytego przygotowania jego statku i załogi do tak niebezpiecznego starcia. Miał przeczucie katastrofy, ale, powiedziałbym, bardzo przyzwoite. Zero penisów, zero taniej pornografii, zero jakichkolwiek nieskromnych rzeczy. No i zero cegielni.

    www.unsplash.com/Barrett Ward

    Skończył, by wreszcie obrócić swoje zmrużone oczy na słuchacza. Przez inspektora Madeja przebiegł dreszcz. Jeszcze przed kwadransem miał do czynienia z miłym rencistą na sobotnim spacerze, a teraz siedział obok niego niepokojący typ o powierzchowności sprytnego magika, prestidigitatora, który z przymrużonymi oczyma obmyśla coraz to nowe zagadki i sztuczki. Używał dziwnych zwrotów i mówił jakby kilkoma językami naraz. Już się nie uśmiechał, tylko patrzył. Inspektor wytrzymał jego spojrzenie kilka sekund i odpuścił. O stopień dyżurki stuknął obcas.

    Zrobić panom jakiejś kawy? – spytała nieco za głośno Nowicka. Słówko „jakiejś” zdradzało, że wcale nie ma zamiaru robić żadnej kawy. Chciała rozładować napięcie.

    Nie trzeba – odparł Madej otrzepując spodnie na tyłku, chociaż ławka była czysta. – Pan już sobie idzie. Pani Violu, proszę przyjąć dowód w sprawie i wypisać kwit.

    Odwrócił się do pana w szarym płaszczu.

    Dziękuję za pomoc, pańska relacja była bardzo ciekawa, a teraz pozwoli pan, że pójdę. Czekają na mnie sprawy domowe.

    Wyciągnął dłoń na pożegnanie, ale mężczyzna go zignorował. Nadal siedział na ławce, z rękami w kieszeniach płaszcza i wzrokiem zawieszonym na kremowej ścianie naprzeciwko.

    Wie pan, jak się nazywał ten kapitan z powieści? Peter North Sundick. Dziwne, prawda? Coś to panu mówi?

    Nic mu nie mówiło. Natomiast coś mu mówiło w duszy, że ten człowiek przyszedł tu specjalnie z jego powodu. Dokładniej rzecz biorąc, by się zabawić jego kosztem. On czytał kiedyś Conrada, ale to było dawno i nawet tytułu nie zapamiętał. Coś o jakimś szaleńcu na jednej z wysp Oceanii. Natomiast ten tu przyszedł i…

    Jako śledczy powinien pan mieć rozwinięty zmysł kombinatoryki. Zapraszam do wspólnej zabawy.

    Wstał, minął jego nadal wyciągniętą rękę i nie pożegnawszy się odszedł stanowczym krokiem ku ulicy Mogilskiej. Madej i Nowicka odprowadzili go wzrokiem, a potem spojrzeli po sobie.

    Wariat jakiś – skwitowała pani sierżant z typową dla siebie delikatnością.

    Zasadniczo miała rację. Umysł inspektora zaprzątała jednak inna sprawa. Wreszcie zrozumiał, co go w tym człowieku niepokoiło. Starszy pan, w płaszczu, ale bez kapelusza. Włosy jasne, ale nie siwe, tylko blond, jak u młodzieńca. I rzęsy. Facet nie miał rzęs, ani brwi. Florian Madej nie był już taki pewien, że wie, co to jest android.

    Kiedy specjalista od dziwnych audiobooków zniknął za zakrętem ulicy, inspektor wręczył sierżant Violi Nowickiej brązowe słuchawki, które jakimś cudem znowu znalazły się w jego rękach, i poczłapał do samochodu. Uruchomił silnik, podkręcił głośność i zanurzony w uwerturze do „Latającego Holendra” skręcił w prawo na Nową Hutę. Po drodze do domu zrobi zakupy w M1.

    Trąby, dużo trąb. Spieniona woda bije w skalisty brzeg. Okręt wpływa ostrożnie i rzuca kotwicę na środku zatoki, z dala od niebezpiecznych skał. Ale prawdziwe niebezpieczeństwo idzie nie od lądu, a od coraz bardziej wzburzonego oceanu. Na mostku kapitańskim sir Sundick w chmurnym namyśle pociera gęstą brodę. Jak się ratować? Sundick, Sundick… co to ma być? Sun to po angielsku słońce, a dick to ptaszek. Ptaszek, ha, fiutek, mały penis. Czy o to chodziło w tej zagadce?

    Z całej siły wcisnął hamulec. Tuż przed jego nosem świecił bagażnik złotej toyoty, która zatrzymała się na żółtym świetle. Uniósł dłoń w przepraszającym geście, człowiek za kierownicą tamtego samochodu zrobił to samo. Uff. Co za bzdura. Omal się nie wpakował przez tego głupiego fiutka. Penis, penis!

    Kiedy tak wykrzykiwał przed siebie to pobrzmiewające raczej medycyną niż pornografią słówko, stwierdził, że nawet nadaje się na przekleństwo. Ale słabe. Jak on miał na imię? Peter Nor Sundick? Jakoś tak to brzmiało. Inspektor od kombinatoryki. W skrócie inspek. Prawie jak penisek…

    Kurwa, znowu żółte!

    Tym razem hamował jako pierwszy. Przednimi kołami stanął pół metra za linią, tuż przed przejściem dla pieszych. Młody człowiek z kapturem na głowie pokazał mu wyciągnięty środkowy palec. Penis. Peter North Sundick, inicjały P-N-S. To samo.

    Phi, o to chodzi w tej zagadce?

    Za jego plecami rozległo się trąbienie. Wrzucił bieg i ruszył powoli prawym pasem, pozwalając się wyprzedzać i machać sobie przez szybę środkowymi palcami. Za to jego myśl przyspieszyła. Dziewczyna słuchała powieści Cegielnia, o statku na pełnym morzu przed zbliżającą się burzą, i wykrzykiwała słowo oznaczające męski narząd, które z dziejącą się właśnie akcją nie miało nic wspólnego. Poza inicjałami jednej z postaci. Nawet jeśli miała takie samo skojarzenie jak on, to nikt przy zdrowych zmysłach nie wykrzykuje tego na głos przy ludziach, jakby co najmniej natrafił na żyłę złota. W dodatku dziewczyna była tym (czym właściwie?) tak zaaferowana, że dwukrotnie weszła pod jadący tramwaj, za drugim razem skutecznie. Z powodu głupiego skojarzenia inicjałów?

    Nic tu do niczego nie pasowało.

    Wysiadł zamyślony na parkingu pod centrum handlowym i sam o mało nie wszedł pod samochód, chociaż szedł prawidłowo przejściem dla pieszych. Uskoczył. Kobieta za kierownicą coś mówiła, nie chciał zgadywać, co. Wszedł do ogromnego holu i wtedy przypomniał sobie, że niedaleko po prawej jest księgarnia. Skręcił.

    Przepraszam, czy dostanę audiobook powieści Cegielnia? – spytał młodą sprzedawczynię w okularach. Sądząc z wyglądu, absolwentka polonistyki albo wiedzy o kulturze.

    Mieliśmy, ale się skończyły – odparła przyglądając mu się z zaciekawieniem.

    A będą jeszcze?

    Szczerze mówiąc, nie wiem. To była jednorazowa dostawa.

    Podziękował i już miał wyjść, ale jeszcze coś mu przyszło do głowy.

    A czy jest może wersja papierowa?

    Przez dwie sekundy wpatrywała się w niego swymi megawielkimi okularami, zanim odparła:

    A wie pan, to ciekawe. W wersji papierowej nigdy jej nie mieliśmy. Ani mobi. Tylko audio.

    Nie był pewien, co to jest mobi, ale nie chciał się kompromitować dopytywaniem o najwyraźniej oczywiste dla niej rzeczy. Przecież nie był półgłówkiem.

    Jest pani pewna?

    Cmoknęła głośno.

    Proszę pana. Kończyłam polonistykę i w kwestii książek z grubsza wiem, co mówię.

    Ano proszę. Podziękował, skłonił się i wyszedł. Machinalnie skierował kroki w stronę supermarketu, przy wejściu odpiął wózek i wjechał między regały, zupełnie nie myśląc o tym, co z nich zdejmuje. Kombinatoryka. Coś gdzieś mu jeszcze świtało. Stając przed półką z nabiałem i ważąc w dłoni wielkie jak cegły kostki białego sera, wreszcie zdecydował. Wyjął telefon.

    Bartek, słuchaj, pamiętasz sprawę tego gościa, co się rzucił ze szkieletora?

    Jego podwładny, aspirant Bartosz Macerak, bardzo starał się ukryć swoje westchnienie, co mu się nie do końca udało. Zza jego pleców dochodził gwar ogrodowej imprezy. Znowu grill w rodzinnym gronie, z dzieciaczkami na huśtawkach, piwem na pompkę i łomotem disco z głośnika na balkonie. Był gliniarzem, sąsiedzi mogli mu skoczyć.

    Chodzi panu o tego z kwietnia?

    Uhm. Czy ja dobrze pamiętam, że on zleciał w dół ze słuchawkami w uszach?

    No, to znaczy raczej wystartował – poprawił Macerak. – Bo na dole to on już je miał nie w uszach, tylko w mózgu. Ale, panie inspektorze, ja teraz…

    Wiem, wiem, pozdrów żonę i szwagra. Pamiętasz może ten protokół? Czego on słuchał?

    Aspirant odsunął telefon od twarzy i krzyknął do kogoś, żeby przypilnował mięsa na ogniu.

    Mam go w lapku, to znaczy w komputerze. Sprawdzę i oddzwonię.

    Rozłączył się, a inspektor Madej popchnął wózek w kierunku regału z piwami melancholijnie rozmyślając nad tym, że jego młodszy kolega ma go za półgłówka, który nie wie, co to jest lapek. Przeglądał zgrabne flaszki z niszowych browarów o dziwacznych nazwach, jak Baba Jaga czy Brodacz, produkujących piwa Czarna Wdowa i Masochista. Było nawet piwo Sailor Girl i pomyślał, że tamta dziewczyna, Oliwia Derko, mogłaby je mieć za swoje ulubione. Gdyby kiedyś dorosła…

    O mało nie upuścił butelki Dybuka z browaru Golem, gdy jego lewą piersią targnęła wibracja. Trzy razy musiał przejechać palcem po czarnym ekraniku, nim się połączył. Kiedyś to był zwykły przycisk. Do diabła z tym światem, coraz mniej poręczny.

    Szefie, mam. To się nazywało Cegielnia.

    Dzięki, Bartek. I przepraszam za kłopot.

    Nie czekając na odpowiedź rozłączył się i drżącą ręką schował komórkę do kieszeni, tym razem spodni. Bał się o serce.

    Cegielnia. Niech to szlag. Jednak zagadka.

    Zagadka jak sto penisów.

    Cdn.