Tag: audiobook

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #4

    4.

    Z konsekwencjami stłuczki uporali się dosyć sprawnie. Kobieta z białego bmw grzecznie podpisała papiery i jeszcze ze trzy razy przeprosiła za kłopot, więc profesorowi Zawijasowi nie pozostawało nic innego, jak wielkodusznie jej wybaczyć, zwłaszcza że gwałtownym hamowaniem przyczynił się do wypadku. O czwartej popołudniu był już w domu, akurat na obiad. Astrę odholowała firma ubezpieczeniowa, przy czym pewien kłopot sprawił brak dowodu rejestracyjnego. Od paru miesięcy nie trzeba go było mieć przy sobie i profesor z ulgą usunął go z portfela. Tymczasem system komputerowy nie działał jak należy i sprawdzanie tożsamości oraz aktualnej polisy trochę zajęło. Kiedy wciągali astrę na lawetę, nie omieszkał zabrać z odtwarzacza płyty z audiobookiem. Wsuwał ją do kieszeni ostrożnie, trzymając w dwóch palcach, jakby się bał, że go ugryzie. Zajście drogowe bynajmniej nie osłabiło ekscytacji dziwną treścią powieści, zawierającej jego własne notatki sprzed lat. Siedział nad zupą w jadalni i gapił się w błyszczącą płytkę, a wielki znak zapytania rozświetlał jego profesorski umysł.

    Jedz – ponagliła żona. – Czemu nie jesz? Nie smakuje ci?

    Smakuje. Zamyśliłem się.

    Energicznie nabrał łyżką pomidorowej na znak, że smakuje.

    Nie przejmuj się tym wypadkiem – pocieszała żona. – Przecież masz auto casco. Oni płacą, nie ty.

    Zmilczał uwagę, nie dotykała jego myśli. Wypadek oddalił się i zniknął w zakamarkach podręcznej pamięci, gdzie rzeczy błyszczą na chwilę i zaraz się rozmywają. Nie mogąc się doczekać reakcji, żona wzruszyła ramionami i również zamilkła. Nie na długo.

    Byłeś na terapii?

    Uhm.

    I co ci powiedzieli?

    Że jestem stuknięty.

    A coś, czego nie wiem?

    Że książek można też słuchać, nie tylko czytać.

    Dlatego kupiłeś tę płytę z audiobookiem?

    Uhm.

    I jak?

    Co jak?

    No, jak słuchanie literatury?

    Miałem wypadek.

    Myślisz, że to dlatego?

    Zaskoczyła go. Tak jeszcze o tym nie pomyślał. Czy faktycznie się zagapił, zasłuchany we własne słowa sczytywane przez lektora z obcej, anonimowej powieści? Nie mógł zaprzeczyć, że tył autobusu nagle wyrósł przed nim nieco jakby z powodu audiobooka; zamiast patrzeć na drogę, wytrzeszczał oczy na wyświetlacz w samochodzie. Zarazem trudno było twierdzić, że MIAŁ WYPADEK, BO SŁUCHAŁ. Z jeszcze innej strony, miał wypadek nie dlatego, że w ogóle słuchał, tylko dlatego, że usłyszał własne słowa wmontowane w cudzą powieść. Czy to coś zmieniało? I tak, i nie. Miał wypadek, bo słuchał.

    Zasnąłeś? – spytała żona z obojętną miną, jakby chodziło o więcej maggi do zupy.

    Nie, oczy mam otwarte. Zamyśliłem się.

    Gdybyś miał zamknięte, tobym nie pytała. Coś długie dzisiaj to twoje zamyślenie.

    Żona nie odpuszczała łatwo i jak już weszła na jakiś temat, drążyła bezlitośnie. Było w tym coś z wgryzania się w cudze wnętrzności. „Wiercić dziurę w brzuchu” to całkiem niezła fraza.

    Bo i dzień długi. Słuchaj, Magda, pamiętasz te moje notatki do powieści? Pokazywałem ci kiedyś tam, no… jakiś czas temu. To się miało nazywać Stary młyn. Kojarzysz, o co mi chodzi?

    www.unsplash.com/Dan Dimmock

    Tak – cięła krótko. – Miało się nazywać, ale się nie nazywa. Nie skończyłeś. Czyli nie ma. Zresztą, może to i lepiej.

    Nie pytam cię teraz o…

    Uniosła obie dłonie do góry.

    Okej, cofam ostatnie zdanie. Co z tymi notatkami?

    Chciałem się upewnić… spytać, czy do nich zaglądałaś może ostatnio. Otwierałaś, albo wysyłałaś komuś mejlem…

    A po co miałabym to robić?

    Nie wiem, tak pytam, żeby się upewnić. Nie zaglądałaś, co?

    Pani profesorowa, która była w połowie mielonego, zwanego u nich ze śląska sznyclem, odłożyła widelec. Nie musiała tego robić, jej wzrok wystarczył w zupełności. Och, nie było w tym złości, tylko coś znacznie gorszego: rozbawienie.

    Nie jestem pewna, czy cię dobrze zrozumiałam, kochanie. Chodzi ci o to, czy pod twoją nieobecność skrycie podczytuję notatki do genialnej powieści A. K. Zawijasa pod jakże ekscytującym tytułem Stary młyn? O to pytasz?

    Odstawił talerz z zupą (jadał wolniej niż żona) w obawie, że łyżka wyśliźnie mu się ze spoconej dłoni i zadzwoni o tanią porcelanę.

    Niezupełnie – podjął trudne wyjaśnienia. – Ale może zacznę od początku. Kupiłem dzisiaj ten audiobook – pokazał palcem Cegielnię – i w drodze powrotnej na próbę włączyłem. Wyobraź sobie, że w pewnym momencie… nie wiem, jak to powiedzieć…

    Najlepiej wprost – podsunęła żona.

    To znaczy, w pewnym momencie usłyszałem swoje notatki. Dokładnie tak. Lektor czytał zwyczajną, trochę nudną powieść i nagle zaczął mówić zdania, które brzmiały znajomo. Najpierw sądziłem, że mi się zdaje, wiesz, zmęczenie i nerwy w korku. Cofnąłem dwa razy i było dokładnie to samo – moje zdania z notatek.

    Słowo w słowo?

    Tak, słowo w słowo.

    Pani Magdalena Zawijas, która nie lubiła swojego przybranego nazwiska i do dziś żałowała, że nie została przy eleganckim panieńskim Janowska, podsunęła mężowi talerz z drugim daniem (zamiast sznycla jajko sadzone, ponieważ profesor od niedawna przeszedł na wegetarianizm) i usiadła z błyskiem nowego zainteresowania w oczach.

    Poważnie? Sprawdziłeś?

    Skinął głową. Nie musiał sprawdzać, od ciągłego przeglądania znał swoje notatki na pamięć, do czego bał się przyznać. To byłoby jak sypanie prochu w lufę armaty skierowanej prosto w twarz.

    Tak, sprawdziłem, teraz przed obiadem. Wszystko się zgadza co do joty. Dziwne…

    Wolał, żeby przypuszczenie o kradzieży wyszło od niej, w przeciwnym razie ilość prochu w wycelowanej w jego twarz armacie mogła jeszcze wzrosnąć. Potrzebna była sugestia. I przyniosła efekty.

    Mogli ukraść przez internet – powiedziała wolno profesorowa. – Jacuś mówił, że teraz to powszechne. Dużo skopiowali?

    Słyszałem jeden akapit, ale to dopiero pierwszy rozdział.

    A o czym jest ten akapit?

    Chrząknął i włożył do ust sporego ziemniaka, żeby go pożuć chwilę i mieć czas na przemyślenie odpowiedzi.

    O czasie, upływie czasu, o wieczności i Bogu. Takie tam…

    Okropnie się wstydził. W streszczeniu jego błyskotliwe spostrzeżenia brzmiały beznadziejnie. Proza pryszczatego licealisty.

    A co o Bogu? – dopytywała żona.

    W jej umyśle najwidoczniej zarysowywała się jakaś interpretacja, bo sama sobie odpowiedziała:

    A wiem już, pewnie o tym, że nie płynie w czasie i dlatego nie istnieje. Niebezpieczne. Był taki już wcześniej, Nietzsche. Też zwariował.

    Co znaczy też?!”, chciał krzyknąć. Ugryzł się w język. Żona piła do jego własnego żartu sprzed paru minut. Zamiast tego podjął się, zupełnie niepotrzebnie, sprostowania.

    Nietzsche nie mówił, że Bóg nie istnieje, tylko że umarł. To coś innego. A właściwie dokładnie przeciwnego do tego, co miałem na myśli…

    Dobrze, dobrze – przerwała mu. – Puść mi ten fragment.

    I zanim zdołał zaprotestować (w głębi duszy czuł, że nie powinien żonie puszczać TERAZ tego audiobooka), poderwała się z krzesła i ująwszy płytę w dwa palce ruszyła do odtwarzacza w salonie.

    Poczekaj! Posłuchamy u mnie w gabinecie. Porównamy od razu z notatkami. Wiesz, żeby mieć pewność.

    Po chwili wahania przyznała mu rację (rzadka sprawa) i grzecznie czekała (jeszcze rzadsza sprawa) w jadalni, aż skończy obiad. Potem zrobili sobie ziółka na trawienie i z kubkami w ręku, jak uczestnicy tajnego obrzędu, w aromacie parzonego kopru włoskiego i dziurawca ruszyli schodami na piętro. Profesor przepuścił małżonkę przodem i ze wzrokiem wbitym w jej całkiem jeszcze jędrne pośladki rozważał, czy dobrze robi wtajemniczając ją w tę sprawę. Coś mu podszeptywało, że nie. Powinien ją zmilczeć i najpierw zbadać w samotności, na odwrót było już jednak za późno. Żona, majestatycznie jak kapłanka, kroczyła po schodach z magicznymi ziołami w jednej ręce i z przedmiotem ofiarnym w postaci płyty CD w drugiej. Niosła ją na płask, ostrożnie, jak dar dla mrocznego bóstwa. Nie znał nikogo, kto mógłby jej teraz przeszkodzić w przeprowadzeniu zaplanowanej operacji. Musiał też przyznać, że wyglądała imponująco. Nawet podniecająco. Ten wirujący tyłek…

    www.unsplash.com/Phil Hearing

    Z pewnym ociąganiem włączył komputer i po zalogowaniu otwarł folder o nazwie STARY MŁYN.

    Jakie masz hasło? – spytała żona.

    Słońce, hasła są po to, by inni ich nie znali.

    Nie w tym rzecz, Księżycu. Skoro się włamali, to nie było specjalnie trudne. Mam nadzieję, że trudniejsze niż twoja data urodzenia. Włamywacz musiał je – jak mówi nasza córka – rozkminić. Skoro masz wszystko zabezpieczone hasłem…

    Tylko ona potrafiła wypowiedzieć słowo „wszystko” w taki sposób. Od razu czułeś się jak krętacz, chytrze skrywający swoje brudne tajemnice pod hasłem, którego nie chce jej podać. Jej rozumienie wzajemnego zaufania sprowadzało się do tego, że ty jej mówisz wszystko, a ona tobie tyle, ile zechce. Przepis na małżeństwo doskonałe.

    Na skali trudności świeciło się na pomarańczowo. Czyli dość trudne.

    To znaczy, że złodziej, który tak wysoko ocenił twoje notatki, musiał być niezłym hakerem – podsumowała. W domyśle: na literaturze gość nie znał się w ogóle.

    Zbył jej uszczypliwości i w milczeniu przeglądał zapiski w poszukiwaniu tamtego akapitu. Rozpoczynał się dokładnie tak, jak w Cegielni: „Gdyby nie było czasu, nie wiedziałbym, że te drzewa tak stoją i stoją, chmury po niebie płyną i płyną…” – słowo w słowo. Czyli to nie było złudzenie. Słyszał je naprawdę.

    Magda przysiadła na taborecie i również wczytywała się w notatki. Łatwa, kuchenna złośliwość ustąpiła miejsca autentycznemu zainteresowaniu. Udało mu się ją zaintrygować. Nieco podniesiony tym faktem na duchu, włożył płytę do stacji CD i oboje w napięciu wsłuchiwali się w szum uruchamianego czytnika. Brzmiał jak zakłócenia w starym kineskopowym telewizorze, albo jak szum rakiety startującej z przylądka Canaveral w relacji NASA sprzed czterdziestu lat.

    Szum to chaos, kosmiczna pustka. Z niej może się wyłonić wszystko: najlepsze i najgorsze. Żachnął się. Myśl głupia i jakby obca. Nie wiedział, dlaczego mu się pomyślała.

    Zwykle audiobooki mają na wstępie krótki rozdzialik z podstawowymi informacjami: tytuł, autor, wydawnictwo, nazwisko lektora i tak dalej. Tu nie było czegoś takiego, tekst od razu rozpoczynał się od opisu leśnej drogi, którą utrudzony wędrowiec zmierzał do samotnego domostwa na skraju lasu. Czekali tam na niego życzliwi i dobrzy ludzie, o czym stanowiły następne minuty. Oboje z żoną słuchali w milczącym napięciu, Magda co jakiś czas przygryzała naskórek przy paznokciach.

    Gdzie to jest? – spytała spluwając dyskretnie kawałkiem skóry na podłogę.

    Zaraz będzie – uspokoił ją. – Jeszcze troszkę.

    Z jego wyliczeń wynikało, że to powinna być dziesiąta, jedenasta minuta nagrania. Tyle czasu zajmowało przejechanie samochodem z ulicy Grodzkiej na ulicę Konopnickiej, z uwzględnieniem tradycyjnego korka na moście Grunwaldzkim. Zresztą, w jego pamięci wyraźnie zapisał się licznik z dziesiątką i przeskakującymi kolejnymi sekundami, tuż przed całym zamieszaniem ze stłuczką. Dlatego z rosnącym niepokojem przyglądał się maleńkim cyferkom na pasku odtwarzania, gdzie minęła już nie tylko minuta dziesiąta, ale i jedenasta, dwunasta, trzynasta… Po osiemnastu minutach skończył się rozdział pierwszy i rozpoczął następny. Licznik ruszył od zera.

    Czy nie mówiłeś, że to było zaraz w pierwszym roz…

    Tak, mówiłem! Musi tu być!

    Prawie krzyczał. Chciała coś powiedzieć, ale powstrzymał ją ruchem dłoni i puścił jeszcze raz od początku. Słuchali w jeszcze większym skupieniu, Magda już nie gryzła naskórka. Dojechali do końca i nic. Opowieść całkiem spójnie oddawała przyjazd samotnego wędrowca do domu życzliwych ludzi, pozbawiona nie tylko filozoficznych dywagacji o czasie, wieczności i nieistnieniu Boga, ale w ogóle wszelkich dygresji. Zwykła opowiastka. Profesor wgapiał się w panel winampa z narastającym zdumieniem.

    Olek… – zaczęła nieśmiało żona. – Nie ma tego…

    Słyszę – burknął. – To znaczy, nie słyszę. Nie wiem, co się stało.

    Tekst powieści był spójny i obcy. Nie wybrzmiał ani tamten akapit, ani choćby jedna krótka fraza z zapisków profesora. Przez chwilę milczeli oboje, ale ich uwaga nie była już skupiona na sączącej się nadal z głośników opowieści. Każde z nich na swój sposób i wedle najdogodniejszej dla siebie logiki próbowało wyjaśnić przyczyny narosłej konfuzji. On doszedł do wniosku, że pod wpływem zamyślenia wspomnienie własnych słów nałożyło mu się na słuchany tekst i później nie potrafił się już pozbyć autosugestii. Ona z kolei doszła do wniosku, że mąż głęboko przeżył psychoterapię, uwolnił w sobie mnóstwo nowej energii i w samochodzie przeżywał coś w rodzaju duchowego resetu. Dlatego częściowo stracił kontrolę nad samochodem. Echem tego wstrząsu był lichy dowcip: „Jestem stuknięty”.

    Olek, szczerze mówiąc… nie wiem, co powiedzieć…

    To nie mów – odparł. – Ja też nie będę. Muszę się położyć.

    Ale powiedz mi, jak to miało być, że wsiadłeś do samochodu i co…

    Nie – uciął. – Nie teraz. Jestem zmęczony.

    Ostentacyjnym gestem wyłączył komputer i niemal wypchnął ją z gabinetu. Gdy tylko zamknął za nią drzwi, opadł na łóżko i wlepił oczy w sufit. O spaniu oczywiście nie było mowy. Musiał to jeszcze raz gruntownie przemyśleć.

    Co tu się właściwie stało?

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #2

    AUDIOBOOK cd.

    2.

    Na dźwięk słowa „penis” zatrzymała się w pół kroku. Kminiła co znaczy, jak chyba już wszystkie dziewczyny w klasie, kiedyś nawet zajrzała w empiku do książki „Sztuka obsługi penisa”. Wiedziała, ale zadziałało. Są takie słowa, na które bez pudła reagujesz z takim samym podjaraniem, i to do nich należało. Powieść była cieniasta, w zasadzie totalna bieda, i właśnie miała ją wyłączyć, żeby sobie zapodać Arianę Grande… ale nie. „Przysłonił lewą ręką penisa, a prawą zadał potężny cios”. Miał go na wierzchu? Powinno być: „przysłonił sobie krocze”, albo co tam jeszcze… pachwinę, o właśnie! Tak się dawniej pisało, a to przecież jakiś staroć, ze sto pięćdziesiąt lat ma albo więcej. „Wyprowadził sztych wzorem najzacniejszych bohaterów epoki płaszcza i szpady” – co za ramota! Nikt tak dzisiaj nie kombinuje w literaturze, na ile umiała ocenić. Mieli fajnego profesora od polaka, jedyny spoko w gromadzie pedagogicznych neptków, na których trafiła w rozpoczętym trzy tygodnie temu „renomowanym krakowskim liceum”. Taa. Co z tym penisem?

    …nasz Wędrowiec należał do tych dzielnych młodzieńców, co to byle czego się nie ulękną, swoje największe skarby chronią jednak z najlepiej pojętą troską. Opuściwszy lewą rękę na przyrodzenie, zacisnął palce wokół skórzanego mieszka wzmacniającego od przodu jego podróżne spodnie i od razu poczuł się bezpieczniej. Z tym większym impetem ruszył na potwora…

    Ona również ruszyła z impetem, ponieważ od dłuższej chwili stała pośrodku szerokiego holu Galerii Krakowskiej z – jak jej się wydawało – uniesioną w powietrzu stopą. Idiotyczne. Z tym audiobookiem też coś było nie tak. Nie wszędzie brzmiał jak powieść z dziewiętnastego wieku. Przemykały przez tekst zwroty, które mogłaby z powodzeniem usłyszeć choćby tutaj, od któregoś ze szwendających się dokoła galerników. Nie, to też nie to. Wyobraziła sobie bardzo dokładnie młodego człowieka ze sztyletem w jednej ręce i własnym fiutkiem w drugiej, z impetem ruszającego na jakiegoś tekturowego potwora, i parsknęła głośno. Scena była kompletnie absurdalna. Nikt normalny by tego tak nie napisał, ani sto pięćdziesiąt lat temu, ani teraz. Lektor też od czapy, seplenił jak wujaszek Wiem Wsysko na rodzinnym obiadku. Dosyć tego bredzenia…

    …wysunęła się nagle z ciemności i złapała go za gardło. Odruchowo poderwał w górę lewą rękę, a wtedy coś miękkiego i gorącego wpiło mu się w pachwinę…

    No proszę, mówisz – masz! Jednak jest pachwina! Ucieszyła się, jakby odgadła ukrytą w tekście łamigłówkę i wsunęła smartfon do kieszeni kurtki. Jeszcze da jej szansę. Niech sobie jeszcze poleci ta głupia opowieść o junackim wędrowcu, zajawionym na napierdalankę z potworem. Ale co to właściwie za potwór? Coś jej chyba umknęło. Nie, słuchała uważnie, nawet zaczęła sama myśleć staroświecko (junacki wędrowiec?). No i odkleiła się całkiem od rzeczywistości. Zdaje się, że schody ruchome w środku galerii obeszła trzy razy wkoło, zanim na nie trafiła. Czuła się nie do końca realnie, jak w jakimś 4D, oblepiona mrokiem powieściowej cegielni i oszołomiona dziwacznym językiem, w którym słowa pulsowały neonowym światłem. W jednej chwili zlało jej się wszystko razem w sugestywny mem: ciemna hala, mężczyzna z jedną ręką uzbrojoną w sztylet i drugą zaciśniętą na kroczu, a w głębi migocze na czerwono pięć liter: P-E-N-I-S. Jakby mu cegielnia podpowiadała, za co się złapał. Przejaja.

    Zacisnęła powieki, żeby pozbyć się kretyńskiego obrazka (hej, sama do niego dorobiłaś napisy), poprawiła słuchawki na uszach i skręciła do wyjścia na przystanek tramwajowy. Spojrzała na zegarek. Zanim coś przyjedzie i doturla się pod Bagatelę, to będzie akurat mniej więcej tak, jakby się właśnie lekcje skończyły. I można się katapultować do chaty!

    www.unsplash.com/Maria Teneva

    …ślizgał się po kałużach ciemnobrunatnej brei, która ciągle jeszcze wyciekała z rozprutego cielska i poszerzającym się rozlewiskiem zajmowała coraz to nowe połacie podłogi. Był zmęczony, ale szczęśliwy. Od towarzystwa uczynnych i zacnych ludzi wolał bliską i agresywną obecność wcielonego zła. Przynajmniej racje były jasno przyznane: ja dobry, ty zły. A wkoło jakże ożywczy mrok! Kopnął butem zwiotczałą mackę, której rozcapierzone końcówki przywodziły na myśl spazmatycznie rozwarte w agonii palce, po czym raźno ruszył w głąb ciemnej hali. Na jej przeciwległym końcu migotał ogień. Palenisko służące do wypalania cegieł buzowało w najlepsze. Pomacał skórzany mieszek między nogami, czy z penisem wszystko w porządku…

    Przegapiła koniec ruchomych schodów i omal nie wyciągnęła się jak długa przed wyjściem na ulicę Pawią. Ja nie mogę, co on z tym penisem? Wkurzało ją niejasne poczucie, że ktoś podsłuchuje jej myśli i od razu wrzuca je do audiobooka. Wiedziała, że to niemożliwe, ale wkurzało. Z drugiej strony, nie umiała zapanować nad dreszczami dziwnego podniecenia na dźwięk tego trochę technicznego, a trochę obscenicznego słowa. Jakby ze słuchawek, przez mózg, przenikało prosto do krwiobiegu. Co to ma być? Jakaś kryptopornografia dla nieletnich? Przekaz podprogowy?

    W ostatniej chwili złapała wahadłowe drzwi, które leciały jej prosto w twarz. Wychodząc pchnęła je mocno za siebie z nadzieją, że przefasują komuś nochal, najlepiej temu mieszczuchowi w szarym płaszczu. Palenisko w głębi. Więc jednak coś tam się świeciło na drugim końcu. Na czerwono, jak moment wcześniej litery w jej wyobraźni. Przewidziała czy usłyszała? Nie, niczego wcześniej o piecu nie było. Przecież słuchała uważnie! Może nawet trochę za bardzo, co nie? Przyznaj się, laluniu, czekałaś na to czerwone słówko. Dreszczyk w krzyżu. Gul w przełyku. Zaraz będziesz miała mokre majty…

    Uważaj, jak chodzisz! – krzyknął ktoś obok niej i podskoczyła tak gwałtownie, że słuchawki zsunęły jej się na czoło.

    Przepraszam – wymamrotała.

    Powinna skląć gościa, który bezceremonialnie szarpnął ją za ramię w tył, ściągając z torowiska. Sekundę później tuż przed jej nosem przetoczył się tramwaj. Stała wyprężona na baczność jak żołnierz kompanii honorowej, dopóki niebieski, zgrzytający potwór (potwór???) nie przegramolił się dalej, łyskając na odjezdne czerwonymi (czerwonymi???) lampami płaskiego tyłka. Spojrzała na faceta obok.

    Nie ma za co – powiedział z uśmiechem pan w szarym płaszczu.

    Speszona odwróciła się i szybko ruszyła przed siebie. Zdążyła zauważyć, że jego nos był w porządku, zdołał umknąć przed wahadłowymi drzwiami. Przynajmniej tyle dobrze, to jej bozia policzy na plus. Może. Nieważne. Nałożyła z powrotem słuchawki na uszy. Idzie. Środkiem hali. Nie powinien podchodzić…

    …kilka kroków do paleniska, gdy zwolnił kroku zaniepokojony mglistym przeczuciem nienaturalnego porządku rzeczy. Po chwili się zorientował. W miarę zbliżania się do pieca uwolnił swe szczęśliwie ocalone w walce przyrodzenie i lewą ręką owinął wokół siebie poły płaszcza osłaniając się przed żarem ognia. I choć był już nie dalej niż dwa metry od paleniska, nie czuł na twarzy żadnego ciepła, niczego, co by świadczyło o tym, że płomienie w piecu są prawdziwe. Na domiar złego, zimne płomienie w swoich tanecznych formach układały się uparcie w jedno doskonale mu znane słowo, złożone z pięciu liter i jak w zwierciadle odbijające jego prawdziwe imię…

    Parsknęła śmiechem i wypowiedziała na głos pięcioliterowe imię junackiego wędrowca, ułożone z czerwonych płomieni w środku cegielnianego paleniska. Było to ostatnie słowo, jakie wypowiedziała w tym życiu. Zdążyła jeszcze obrócić głowę w prawo i dostrzec baranią minę tramwajarza, który otwierał usta, żeby…

    Pogotowie przyjechało bardzo szybko, ze Szpitalnego Oddziału Ratunkowego na Lubiczu było bliziutko. Co w tym przypadku akurat nie miało żadnego znaczenia. Według policji i sądu żadnego znaczenia nie miał również fakt, że maszynista z baranią miną w chwili wypadku oglądał sobie ukradkiem pisemko pornograficzne, które przed chwilą otrzymał od swojego zmiennika jako prezent urodzinowy. To miał być taki żart. Tramwajarz nie był żadnym zbokiem, tylko zwykłym facetem, a między kolorowe okładki magazynu dla panów zajrzał z czystej ciekawości, by na chwilę zdumieć się rozmiarami przyrodzenia, jakimi bozia potrafi obdarzać swoich wybrańców. Do których on się bynajmniej nie zaliczał. To także nie miało żadnego znaczenia.

    www.unsplash.com/Marc Schaefer

    Ktoś wyjął spod tramwaju szkolny plecak, ktoś inny przyniósł przybrudzoną tenisówkę z rozwiązanymi sznurowadłami i wrzucił do karetki, w ślad za wsuwanymi tam przez dwóch ratowników noszami. Pan w szarym płaszczu podniósł z chodnika brązowe bezprzewodowe słuchawki i zdziwił się, że nadal dobywają się z nich dźwięki. Przystawił do ucha. Młody człowiek mówił miękkim, aksamitnym głosem, z nienaganną dykcją:

    …nikt nie przewidział, że sztorm nadejdzie tak szybko. Jedynie tkwiący niewzruszenie na mostku kapitańskim sir Peter North Sundick odczuwał pewien niepokój w związku z nadmierną ciszą, przenikającą wszystko wkoło jak nagły mróz o zmierzchu. W istocie, zrobiło się zimno. Nikt również nie przewidział nieprzyjemnych konsekwencji rubasznego żartu, na jaki pozwoliło sobie dwóch prostych majtków, wpisując pomiędzy inicjały ich dowódcy, wygrawerowane na drzwiach kapitańskiej kajuty, samogłoski: e oraz i. A już na pewno nie do przewidzenia było skojarzenie obu tych dziwnych zbiegów okoliczności z trzecim, o daleko bardziej nieprzyjemnych konsekwencjach…

    Głos nagle się urwał i pan w szarym płaszczu odprowadził wzrokiem znikającą za zakrętem karetkę pogotowia. Wraz z nią oddalił się telefon komórkowy, z którym słuchawki właśnie straciły połączenie. Tak, pomyślał filozoficznie, śmierć to przerwanie połączenia. Którego nikt nie przewidzi. Nagły mróz o zmierzchu. A zaraz potem pomyślał, że obywatelski obowiązek wykonał i już raz wyciągnął tę biedną dziewczynę spod tramwaju. No, ale ileż można?

    Schował słuchawki do kieszeni i nieco przygnębiony ruszył w swoją stronę.

    Cdn.

    Pns.  

    Jeśli chcecie przypomnieć sobie pierwszy odcinek powieści, kliknijcie tutaj.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #1

    Kiedyś to było! Podobno w gazetach drukowali powieści w odcinkach, a co więcej, ludzie to czytali. Szok i niedowierzanie. Historia zatoczyła koło, bo nie dość, że będziecie taką „pokrojoną” powieść czytać co środę, to jeszcze w moim medium. Mam nadzieję, że będziecie do książki Krzysztofa Zajasa wracać tutaj co tydzień. Nie dla mnie. Dla niego, bo po prostu warto.

    Adam Szaja, smakksiazki.pl

    Drodzy Czytelnicy! Premiera kolejnego tomu „Trylogii pomorskiej” została przesunięta na przyszły rok i nic na to nie poradzę. Wasz żal z tego powodu był tak autentyczny i głęboki, że postanowiłem umilić Wam czekanie powieścią w odcinkach. Inaczej mówiąc, wracam do rozpoczętego kiedyś na Facebooku projektu Audiobooka, którego porzucenie do dzisiaj mnie gryzie. Zacznę jeszcze raz i spróbuję dopowiedzieć historię do końca. A nuż zaskoczy.

    Zatem ruszajmy, Wędrowcze!

    Krzysztof A. Zajas

    AUDIOBOOK

    1.

    Coś z tą powieścią było nie tak. Niby normalny audiobook, z przyjemnym, miękkim głosem lektora i potoczystą narracją w tajemniczym, trochę staroświeckim klimacie – a jednak go irytowała. Najpierw to głupie „r”. Wiadomo, niektórzy mają z nim problem i ześlizgują się w „j” albo „l”, czasem nawet w „d”, zwłaszcza przy przeziębieniach. „Dodłodyło mie chodóbsko”, oświadczył wczoraj szef w pracy. I poszedł do domu. A on teraz za niego musiał pędzić samochodem przez pół Polski, w dodatku przez to drugie pół, na którym nie ma autostrad, i tylko po to, by zawieźć do pewnej wschodniej diecezji dokumenty supertajnego kontraktu. Tak jakby nie można było ich wysłać kurierem. „Nie mam zaufania do kudieda”, powiedział szef przed trzaśnięciem drzwiami, „mode być tdefny”. Zasdany kudied. Służbowe volvo kancelarii rozgarniało teraz mrok podlaskiej prowincji reflektorami, a on słuchał powieści, z którą coś było nie tak. Wschód. Ciemność i łuny. Katastrofizm endemiczny. Jak to seplenił hetman Czarniecki z dziurawym podniebieniem? „Huia wiaia na Tataia!”. Jasne, powodzenia.

    Głos lektora jakby przycichł, więc podkręcił głośność, ale niewiele pomogło. Nasiliły się szumy i brzęczenia, a tekst sączył się ledwo ledwo, jakby zza cienkiej ściany. Czytał profesjonalny aktor, który starannie pracował nad dykcją, ale to jego mamrotliwe dddd było wkurzające. Wcisnął potencjometr na kierownicy. Głośniki zaszumiały jak ocean, co jeszcze bardziej przytłumiło „pdofesjonalnego aktoda”. Nie, to chyba coś z korektorem dźwięku. Przejął kierownicę lewą ręką, a prawą włączył komputer. Ekranik wysunął się na środku kokpitu jak gadżet Jamesa Bonda i zaproponował ustawienie dźwięków i obrazków zgodnie z życzeniem szanownego służbowego użytkownika naszego superkomfortowego volvo. Pieddu, pieddu. Usiłował trafić w wyświetlacz. Najpierw przez pomyłkę wyłączył sobie nawigację i zaklął (kudwa matć), po czym schował panel i wysunął go ponownie licząc na łatwy reset pamięci. Nie do końca się udało, ale znalazł wreszcie opcje korektora: jazz, rock, classic, pop. Może jednak pop…

    www.unsplash.com/Per Lööv

    Podniósł wzrok. W światłach reflektorów zobaczył zakręt z gwałtownie zbliżającym się drzewem. Zdążył pomyśleć, że to dąb i mocno odbił w lewo. Zarzuciło tyłem, odbił w prawo, potem jeszcze raz w lewo i dodał gazu. Tak go uczył sąsiad, podwórkowy mistrz kierownicy. Superkomfortowe volvo zatańczyło na asfalcie boogie woogie, zakręciło biodrami, machnęło szpagat i… wróciło na pas. W ostatniej chwili, bo z naprzeciwka tuż obok niego przewaliła się olbrzymia ciężarówka. Niemal słyszał zgrzyt obcieranego lusterka. Gdy tylko ucichł jej ogłuszający łoskot (leciała dobrze ponad setkę), zdjął nogę z gazu i zaczął hamować, tym razem bardzo delikatnie, jakby na tylnym siedzeniu wiózł weselny tort, taki z kretyńską figurką młodej pary na szczycie. Kiedy wreszcie udało mu się zjechać na pobocze, wrzucił luz, spocone dłonie wytarł o spodnie i dopiero wtedy ryknął:

    Aaaaa! Coooo sieeee dziejeeee!

    Pomogło. Dyszał ciężko, trzymając kierownicę jak koło ratunkowe. Jezu, spokojnie. Nic się nie stało. Jesteś zmęczony i powinieneś odpocząć. Posiedź tak chwilę, a potem rusz powoli i dojedź do najbliższego motelu, gdzie zrobisz sobie przerwę. Może nawet się zdrzemniesz. Na tym zadupiu lepiej nie ryzykować.

    Zorientował się, że z głośnika cały czas płyną słowa powieści. W zamieszaniu zgubił wątek i teraz nie bardzo kojarzył, o czym jest mowa. Lektora jednak nic to nie obchodziło i gadał dalej tym swoim dddd. Wędrowiec właśnie pożegnał się z uczynnymi gospodarzami i wyruszył w dalszą drogę…

    …mocnym ściągnięciem cugli osadził konia w miejscu i spod szerokiego ronda podróżnego kapelusza zerknął w lewo. Od głównego gościńca odchodził wąski trakt, rzadko uczęszczany, skoro porastała go trawa ze słabo tylko zaznaczonymi liniami kolein. Słońce zaszło właśnie za drzewa i jasny dzień nagle zmienił się w szary zmierzch, co nie martwiło naszego wędrowca, a wręcz przeciwnie. Lubił nocne podróże. Boczny trakt stanowił teraz w zapadającym wieczorze dwie czarne ścieżki, wiodące wprost do majaczącego w oddali bladożółtego światełka. Okno. Na nim spoczęła uwaga naszego wędrowca, ponieważ było okrągłe i umieszczone znacznie powyżej poziomu parteru, na wysokości wierzchołków sosen otaczających tajemniczy budynek.

    Okrągłe okno wysoko w górze, a w nim światło świecy? To musi być wieża księżniczki, w najgorszym razie chatka czarownicy – pomyślał wesoło mężczyzna i skierował konia na ciemny trakt. Po to są nocne wędrówki: by wniknąć pod skorupę materii i zanurzyć się w magię…

    Nocne wenddufki pod skodupę magi”, wyseplenił ze złością w przednią szybę. Co za idiotyczny tekst. Wykrzywił się do lusterka wstecznego w grymasie zniesmaczenia, ale oczy miał pogodne. Rozpierała go wesołość, absurdalna wziąwszy pod uwagę fakt, że przed chwilą omal nie stracił życia. Nie, to miało swój oryginalny smak, jak piwo z niszowego browaru. Warknął, zamiauczał, zrobił dwie głupie miny do lusterka i stwierdził, że już wszystko z nim w porządku. Wrzucił bieg i wyjechał na szosę. Nagły skok adrenaliny skutecznie pozbawił go niedawnej senności i zmęczenia. Podekscytowany i pełen nowej werwy, z niejasnym poczuciem wdzięczności dla samego siebie za uratowanie życia, miał teraz ochotę na jakiś mocniejszy kawałek. Sięgnął do panelu sterowania, by poszukać w folderach pendrive’a najnowszej płyty Judas Priest Firepowergdy nagle powieść urwała się w pół słowa i zabrzęczał sygnał telefonu. Pacnął palcem w napis ODPOWIEDZ.

    Cześć, Misiaczku, jedziesz sobie?

    Magda.

    Tak, do stu tysięcy zjełczałych kaszalotów, jeszcze jadę! Jeszcze mnie wściekły tir nie przemielił”. Oczywiście, nie krzyknął tego. Zjełczałe kaszaloty? Co za fajans!

    Jadę sobie. Cholernie ciemno, chyba cała planeta zgasła.

    – Uważaj na siebie – zaszczebiotała żona i poczuł, że jednak przyjemnie byłoby teraz leżeć obok niej w ich sypialni. Wyciągnąłby rękę i pogładził sobie to i owo. Poczuł wzwód.

    Uważam, i to nawet nie wiesz jak.

    Chroń, co w tobie najcenniejsze – szepnęła zmysłowo.

    A co we mnie najcenniejsze?

    Zachichotała i się rozłączyła.

    …wznosił się za budynkiem wielki komin, co upodabniało go do małej fabryczki. Światełko w oknie zgasło, jakby chciało ukryć swoje istnienie przed nieoczekiwanym intruzem.

    Fabryczka w lesie? – zdziwił się nasz wędrowiec. – To wspaniale. Chodźmyż sprawdzić, jakie nowe przygody szykuje dla nas leśne odludzie.

    Dziarsko zeskoczył z wierzchowca i poprawiwszy kapelusz, skierował pewnie swe kroki do ciemnych, półrozwartych wrót. Szarość pogłębiała się z każdą minutą zapadającego wieczoru i rzeczy wkoło traciły barwy. Tym bardziej więc zdziwił się, gdy w okrągłym okienku, teraz już zaciemnionym, rozbłysła para jaskrawych, zielonych oczu.

    – No proszę, jednak jestem oczekiwany – stwierdził raźno wędrowiec i zmacał prawą dłonią rękojeść sztyletu ukrytego pod połami płaszcza. – Trzymaj się, księżniczko, zaraz tam będę!

    Zielone oczy nie były księżniczką, to jasne. Były śmiercią. Z czego on się tak cieszy? Ale może nie uprzedzajmy wypadków…

    www.unsplash.com/Sylas Boesten

    Co za popieprzona powieść!”, mruknął ściskający kierownicę Damian Lipczyk. Po co on tam lezie? I jeszcze tak na bezczela, od frontu! Zakradłby się, albo co…

    Przestał grzebać w panelu i podkręcił głośność. Czuł narastającą irytację z powodu tej powieści, rozdrażnienie puchło w nim (jak zjełczały kaszalot!), ale nie potrafił dojść źródła swojej irytacji. Po co ta Magda zadzwoniła? Żeby się spytać, czy jedzie? No jedzie, a co ma robić. Wprawdzie przed chwilą o mało nie przestał jechać, ale jedzie. A tamten idzie. Zielone oczy śmierci – co za banał!

    …schody musiały skrzypnąć, ponieważ były schodami starej fabryki cegieł w głębi lasu i tego od nich wymagała konwencja opowieści. Stąpając w górę w kompletnej ciemności nasz wędrowiec odczuwał dreszcz podniecenia, jaki mógł porównać jedynie z najsłodszymi figlami w ramionach pięknej kobiety. Zacisnął palce na rączce sztyletu. Oczywiście, tak, cudownie! O tę chwilę chodziło, na nią czekał cały dzień u nudnych gospodarzy na skraju wsi, dlatego z takim pośpiechem ich o zmierzchu pożegnał. Śpieszno mu było do celu, który wszak w życiu jest najważniejszy, nieprawdaż? Och, życie!

    Wyszarpnął sztylet zza pasa akurat w momencie, gdy rozcapierzone palce wypadły z mroku jak wściekłe węże, by zacisnąć się na jego szyi. Wziął potężny zamach…

    Tekst znowu się urwał. Tym razem brzęknął dzwonek esemesa i automatyczna paniusia firmy U-link zaczęła drewnianym głosem odczytywać dziwne słowa: Twoja wiadomość od siedem, dziewięć, ukośnik, do, w górę, hasztag, osiem, nieskończoność, minus dwa, równa się zero, ukośnik, plus, dwukropek, cztery, pięć, sześć, sześć, sześć, omega…Drżąc z przejęcia klepnął w panel na oślep, żeby rozłączyć ten pieprzony telefon i dowiedzieć się, do kogo należały palce w ciemności, ale znowu trafił w niewłaściwą kratkę i wyświetlacz w ogóle zgasł. MENU GŁÓWNE. Wcisnął BACK i wróciła wyliczanka: osiem, ukośnik, nieskończoność…

    Spierdalaj mi z tym! – krzyknął na całe gardło. Jego irytacja przeszła we wściekłość, autentyczną, prawniczo-kancelaryjną wściekłość. Telefon przestał dzwonić i tekst się nie włączył ponownie. Napis AUDIO pulsował jak szyderstwo. Wcisnął jeszcze raz wybór folderu, gdzie odnalazł tytuł powieści i spróbował uruchomić odtwarzanie. Udało się. Odsapnął z ulgą. Ja ci dam „osiem, ukośnik, nieskończoność”, głupia cioto.

    …nie widział w ciemności, krew zalewała mu oczy, z których jedno było już całkiem ślepe. Wyrwał je razem z długaśnym i skorupiastym palcem, który go sięgnął. Ale nie czuł bólu, jedynie rozkosz. Bo czymże jest życie, jeśli nie rozkoszą jego ubywa…

    Inżynier projektujący tunel pod nasypem kolejowym z pewnością był dobrym człowiekiem i nie miał zamiaru nikogo krzywdzić. Na wyobraźni mu jednak nie zbywało. Zupełnie nie przewidział tego, że kierowca zajęty szukaniem czegoś na panelu podczas prowadzenia pojazdu z nadmierną prędkością (brzmi jak fragment raportu, który za kilka godzin będzie mozolnie układał aspirant Firlej), może stracić panowanie nad kierownicą. Dlatego nie należy stawiać tunelu na końcu długiego łuku. A jeśli już, to nie należy ustawiać przed nim ukośnych barier ochronnych, które mogą zadziałać jak skocznia. Służbowe volvo Damiana Lipczyka wśliznęło się na aluminiową szynę, poszybowało w górę i błyskało przez sekundę w powietrzu jak pojazd kosmiczny, zanim z piekielnym zgrzytem roztrzaskało się o betonowe sklepienie. Deszcz plastikowych odłamków oprószył asfalt. Oko, które by to widziało, dostrzegłoby kłąb superkomfortowego złomu, w zwolnionym tempie opadającego w rozwarte ramiona wiaduktu. Ucho, które by to słyszało, zarejestrowałoby najpierw potężny huk gniecionej blachy, a następnie krzyk przepłoszonego leśnego ptactwa. I monotonny głos „pdofesjonalnego aktoda”, jaki ciągle jeszcze dobywał się z głębi dymiącego żelastwa.

    Cdn.

  • „Audiobook to nie książka”, marcowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Natrafiłem ostatnio na stwierdzenie, że książki w formie audiobooków to najlepsze, co mogło się przytrafić czytelnikom. Przecież można ich słuchać robiąc pranie, obiad, sprzątając, wyprowadzając psa, prowadząc samochód, rzeźbiąc w drewnie czy układając płytki w łazience. No i pięknie, ale audiobook to nie książka. Nie i koniec.

    Nie jest tak, że nie lubię audiobooków. Zwyczajnie nie jest to format stworzony dla mnie. Nie potrafię się na tyle wciągnąć w historię, którą słyszę lub mam słyszeć przez naście godzin, by odebrać ją tak, jak życzyłby sobie tego autor. I tutaj mam największy problem z rzeczonymi audiobookami, bo nie mam nad nimi kontroli. Nie wiem, jak to wygląda w przypadku innych autorów, ale mniemam, że podobnie. Format powstaje i tyle.

    Pracowałem jako copywriter i zdarzało mi się, że tworzyłem radiówki. Krótkie formaty: 10 i 15 sekund plus tyłówka. Czasem wpadało coś dłuższego, ale to maksymalnie 25 plus 5 na stałą końcówkę. Tworzyłem formaty dla bardzo dużej i bardzo poważnej firmy, której nazwy mówić mi nie wolno, ale zawsze była to dla mnie przyjemność. Stworzenie czegoś, co potem leciało w radiu – dokładnie w takiej formie, jakiej  sobie zażyczyłem. Stworzenie skryptu było jednym z moich zadań, ale kolejnym było uczestniczenie w nagraniu. Na ile sposobów można powiedzieć dwa, trzy zdania, żeby zmieścić się w 10 sekundach? Na więcej, niż jesteście sobie w stanie wyobrazić.

    www.unsplash.com/Dan LeFebvre

    Tak więc siedziałem w studinagraniowym z kartką, na której miałem swoje teksty i słuchałem jak lektor raz za razem powtarza te same zdania. Tutaj dajmy akcent na to słowo. Może trochę szybciej, a może jednak trochę wolniej. Nie, nie całość, ale ostatnie pół zdania. Nagranie formatu dziesięciosekundowego potrafiło zająć nam czasem dziesięć minut, a czasem pół godziny. I każda z tych wersji czymś się od siebie różniła. Jednak jako twórca miałem nad nimi kontrolę. W mniejszym lub większym stopniu. Tak samo jak przy pisaniu powieści.

    To, kiedy złamię konkretny akapit i zdecyduję się na danie większego światła w tekście, zależy ode mnie. Przełamania są dla mnie ważne, bo pozwalają na odpowiednie granie z tempem opowieści. Krótkie zdania tak samo. W moim przypadku tekst nie powstaje tylko po to, żeby przekazać konkretne informacje, ale po to, żeby przekazać je w odpowiedni sposób. W przypadku audiobooka nie mam nad tym żadnej kontroli, a interpretacja zależy od lektora. Więc finalnie słuchacz otrzymuje tekst przefiltrowany przez zewnętrzną osobę.

    Nie to, żebym narzekał na lektora, który czytał „Aortę”, „Krew” czy „Serce”. Tomasz Sobczak zrobił to po swojemu, ale w duchu moich powieści. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo przesłuchałem jedynie fragmenty audiobooków. Dalej jednak to zupełnie inny tekst, niż ten, który ja stworzyłem, choć ułożony jest z tych samych słów, kropek i przecinków. I o ile w przypadku książki wydrukowanej czy pod postacią e-booka wiem, czego się spodziewać, to audiobook zawsze jest dla mnie niespodzianką.

    Nie wyobrażam sobie tego, ile czasu musiałoby zająć nagranie audiobooka, gdybym np. ja siedział w studio nagraniowym i razem z lektorem przechodzilibyśmy przez każde zdanie z książki. Pewnie do tej pory nagrywalibyśmy „Aortę”. Jednak otrzymalibyśmy na końcu coś, co byłoby bliższe mojemu wyobrażeniu. I dlatego właśnie nie uważam audiobooków za książki. Cieszę się, że powstają, ale dalej to coś zupełnie innego, niż wydrukowana powieść.

    Więc proszę, nie nazywajmy audiobooków książkami. Tak, jak nie nazywamy teatru telewizji filmem.

    Bartosz Szczygielski

  • Ćwiek w tulipanach, czyli audiobookowy podbój Europy

    Starsi z Was pewnie kojarzą piosenkę zespołu Big Cyc, z której dowiadujemy się, że „nigdzie nie zarobisz tak jak tam, wspaniałe miasto Amsterdam”. Nie o pieniądze jednak chodzi przede wszystkim, chociaż wiadomo, że też, ale raczej o szeroko rozumiany rozwój i nie ukrywajmy, także prestiż. „Jednooki Król” Jakuba Ćwieka został właśnie przetłumaczony na niderlandzki. Okazuje się, że to nie koniec, a początek europejskiej ekspansji Kuby.

    Kubo, rozumiem, że teraz Holandia nie kojarzy Ci się już tylko z tulipanami i Ajaxem Amsterdam?

    Moje dotychczasowe skojarzenia z Holandią są inne. Kiedyś dostałem tam takie coś, po czym strasznie zabawny wydał mi się dowcip tamtejszej polonii „Mówili, że tu wszędzie tulipany i tulipany. A to zwyczajne geje są!”. Dziwnym sposobem, śmieszy mnie to wyłącznie w niektórych zadymionych lokalach Amsterdamu. Do tematu jednak. Tak, już niedługo Pan o trudnym nazwisku przeczyta tam materiał o tytule, który na pewno źle bym zaakcentował. I ten materiał to tłumaczenie „Jednookiego Króla” na niderlandzki. Strasznie się, powiem Ci, cieszę.

    Jak w ogóle doszło do tego, że audiobook trafił do, umówmy się, dość egzotycznego kraju, jak na polskich pisarzy?

    Najpierw uściślijmy, że audiobook to nietypowy. „Jednooki Król” jest dziesięcioodcinkowym serialem audio i napisałem na zamówienie Storytel Polska, które w ubiegłym roku wystartowało z projektem Origins. Są to produkcje napisane od zera dla nich na podobieństwo na przykład seriali oryginalnych Netfliksa. Tylko w audio. „Jednooki Król” w wersji polskiej spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem słuchaczy – duża w tym zasługa świetnej realizacji i nade wszystko głosu i interpretacji Marcina Perchucia – i to sprawiło, że uznano go za potencjalnie dobrą wizytówkę polskiego Storytela w innych krajach. Holandia była jednym z pierwszych krajów, które wyraziły zainteresowanie zaprezentowaniem „Jednookiego Króla” u siebie.

    Wieść gminna niesie, że wkrótce porzucisz tulipany i zostaniesz Wikingiem, prawda to?

    Właśnie po to zapuszczam brodę!!! Tak, Król wędruje dalej, tym razem na północ. A ja z nim. Na obecną chwilę oprócz Niderlandów, zamówienie na swoją wersję „Jednookiego” złożyły Szwecja i Dania, a odpowiedzialny za Origins Marcin Zwierzchowski wciąż pracuje nad tym, by zainteresować produkcją kolejne kraje. Być może ułatwi mu działania drugi sezon nad którym powoli, ale konsekwentnie pracuję. Premiera pewnie jeszcze w tym roku, choć na ten moment trudno o precyzyjniejszą datę. Tak czy owak nie tylko jest się z czego cieszyć, ale i na co czekać.

    Jeśli chcecie kupić wersję niderlandzką, to kliknijcie tutaj.

     

  • „Nadia. Więzień Putina” w wersji audio. OsornoProduction robi to dobrze.

    foto_a-dygant_nadia2Audiobooka w reżyserii Krzysztofa Czeczota można posłuchać na falach Radia Szczecin w każdą środę po godzinie 9 oraz po 14. 

    Audiobooka czyta nie byle kto, bo Agnieszka Dygant. Dodajmy, że smakksiazki.pl jest jednym z patronów medialnych książki „Nadia. Więzień Putina”. Nasz wywiad z Nadią Sawczenko przeczytacie tutaj.

    Jako ciekawostkę dodajmy, że firma, która wyprodukowała audiobooka „Nadia. Więzień Putina”, stworzyła także „Krzyżaków” po…chińsku.

     

    Posłuchajcie też fragmentu książki.

    https://soundcloud.com/smakksiazki/fragment-audiobooka

    Zdjęcia oraz fragment książki: Wydawnictwo Od Deski Do Deski.