Tag: Krzysztof Zajas

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #8

    Kiedy profesor Zawijas skończył opowieść o własnych notatkach wmontowanych w audiobook Cegielni, ciasny gabinet na trzecim piętrze Komendy Wojewódzkiej ponownie wypełniła gęsta cisza. Za oknem panował już solidny jesienny mrok, rozjaśniany kryształkami błysków z obmytej przez deszcz ulicy Mogilskiej. Techniczna lampa na suficie brzęczała cichutko, jak dyskretny generator myśli, które kotłowały się pod czaszkami obu mężczyzn.

    Może to zwykły plagiat? – zaryzykował inspektor Madej.

    Nie były nigdy publikowane – uciął profesor. – To kradzież zawartości komputera. Ściślej rzecz biorąc, kradzież własności intelektualnej. Zdaje się, że w Polsce stanowi dosyć poważne przestępstwo, policja mogłaby się wykazać.

    Tym się zajmuje prokuratura z powództwa cywilnego. Musiałby pan wnieść sprawę osobiście. I przedstawić dowody, a te – na ile dobrze zrozumiałem – zaistniały wyłącznie w pańskich uszach. I tylko przez jakiś czas.

    Zamilkli. Profesor szukał argumentów, które pozwoliłyby mu odeprzeć tak ewidentne oskarżenie o nierównowagę i oralne złudzenia, jego akademicka uczciwość nakazała mu jednak zgodzić się z faktem, że takich argumentów nie miał. Nikt oprócz niego nie słyszał tych słów. Przy postronnych słuchaczach kradzież się nie ujawniała. „A może – pomyślał Zawijas – rzeczywiście miałem omamy?”

    Zgoda –– powiedział głośno. – Tylko że kilka razy z rzędu. Zawsze, kiedy słuchałem sam.

    Inspektor kiwał głową, jakby się zgadzał. Trudno było jednak powiedzieć, na co konkretnie, ponieważ nie sprawiał wrażenia przekonanego, zajęty jakimś własnym tokiem rozumowania.

    Panie profesorze – zaczął wreszcie – skoro już tu siedzimy i mamy przed sobą przedmiot naszych wątpliwości, to może zróbmy eksperyment? Posłuchamy najpierw razem, a potem pan posłucha sam, i porównamy obie wersje. Gdzieś tu miałem przenośny odtwarzacz…

    Nie! – krzyknął profesor. – Nie chcę!

    Na myśl o kolejnym wchodzeniu w tę pokręconą opowieść o cegielni zareagował nagłym skurczem żołądka. W środku palił go roztopiony ołów. Przypomniał sobie tamte słowa: Wieczność jest niema i przeraził się, że znowu w niego uderzą tą dziwną, otumaniającą falą, która omal nie zrzuciła go ze schodów. Nie potrafił jej wyjaśnić, ale brzmiała jak echo i przypominała mu inny głos, z bardzo dalekiej przeszłości, gdy był jeszcze dzieckiem. Nie chodziło o znaczenie, dobrze znał słowa z własnych notatek, raczej o brzmienie, samą artykulację głosek. Ktoś już kiedyś tak do niego mówił, natarczywie i żałośnie, jakby prosił o ratunek. Żądał go.

    www.unsplash.com/Jon Tyson

    Pamięć zdumiewa. Jak w kufrze na strychu, chowamy w niej przedmioty z przeszłości, magazynujemy ile się da z naszego życia, by choć trochę ocalić. To na poziomie świadomości. Ale jest również druga pamięć, głębsza i znacznie mniej uporządkowana. Przypomina raczej kubeł śmieci, gdzie bez porządku mieszają się kawałki materii, szczątki roślin, pojedyncze klatki filmu, strzępy głosów, smużki zapachów… Stoi sobie to wiadro gdzieś w najciemniejszym kącie piwnicy, na samym dnie duszy, i czeka na promień światła, który wywoła je z niebytu. Może nim być cokolwiek, na przykład dotknięcie materiału, takiego samego jak ten, z którego mama zrobiła twój pierwszy sweterek. Kolor plastiku, ten sam, co na tamtej przedszkolnej zabawce, twojej pierwszej miłości. Aromat ciepłego wiejskiego chleba, przypominający tamte, pieczone przez babkę w domowym piecu. Linijka wiersza z pierwszej samodzielnie przeczytanej bajki. Przebija cię w najmniej spodziewanej chwili i nie prowadzi donikąd, jest ślepą uliczką wspomnienia, które uderza znienacka i równie nagle się cofa. Bez konsekwencji, jeśli nie liczyć krótkiego ukłucia bólu.

    Mniej więcej coś takiego przytrafiło się profesorowi na schodach, gdy głowę wypełnił mu tamten okrzyk. Ktoś już kiedyś tak wołał do niego i był absolutnie pewien, że nigdy więcej tego krzyku nie chce słyszeć.

    Dlaczego nie? – zdziwił się inspektor. – Przecież to pański jedyny dowód.

    Nie mam zamiaru wnosić żadnego oskarżenia. Jak pan sam zechciał zasugerować, zrobiłbym z siebie kompletnego idiotę posuwając się do czegoś takiego. Nie, dziękuję, dowody są zbędne, nie wiem zresztą, czego miałyby dowodzić. Że trapią mnie omamy słuchowe? Pan wybaczy. Chyba już mi lepiej, czy mogę iść?

    To była akurat prawda. Miał ochotę jak najszybciej stąd wyjść. Trapiły go nie omamy słuchowe, tylko mocne przekonanie, że nie powinien już dłużej siedzieć w tym ciasnym i dusznym gabineciku, nieprzyjemnie podobnym do karceru, w którym spędza się czas za karę, a nie dla przyjemności. Oparł dłonie na blacie i wtedy zabrzęczała komórka inspektora. Opuścił ręce.

    Co jest, Macerak? – warknął inspektor, niezadowolony, że mu przerywają w kluczowym momencie. W miarę słuchania jego złość przechodziła w zainteresowanie, o czym bezbłędnie informowała jego tężejąca twarz. Wetknął palec wskazujący w otwór płyty z audiobookiem i mimowolnie obracał ją palcami. „Żywy odtwarzacz”, przemknęło profesorowi przez myśl. Siedział i czekał. Teraz nie wypadało wychodzić.

    Możesz to powtórzyć? – poprosił Madej i dotknął palcem wyświetlacza.

    Ale co? – spytała głośno komórka.

    Macerak, skup się. Jak powtórzyć, to znaczy że to samo, tylko jeszcze raz.

    Aha. No więc miał pan dobrą intuicję. Dzwoniła mama tego Damiana, co się utopił na Zakrzówku, że znalazła płytkę z tytułem Cegielnia. A na laptopie jej córka przejrzała folder z muzyką i znalazła ten sam audiobook na mp3. Znaczy, chłopak przegrywał sobie na telefon. Musiał słuchać.

    Uniesione brwi inspektora mówiły do Zawijasa: „I co pan na to?”, podczas gdy palce bawiły się obracaniem krążka.

    Dalej.

    No więc…

    Macerak, błagam! Nie zaczynaj jak analfabeta każdego zdania od „no więc”. Wytęż umysł. Przeskocz samego siebie.

    Now… Jeszcze jeden przypadek jakby był trochę podobny – ciągnęła na głos komórka. – Dziewczyna poszła na spacer nad Wisłę, na bulwar, no ten, co się nazywa jak z Potopu

    Kurlandzki.

    No wł… tak! Założyła słuchawki na uszy, położyła się na trawie i po prostu umarła.

    Na co? – wyrwało się profesorowi.

    Właściwie na nic… przepraszam, dobry wieczór, aspirant Macerak…

    To profesor Aleksander Zawijas – szybko wtrącił inspektor. – Specjalista od literatury. Próbuję go namówić do pomocy, ale na razie bezskutecznie.

    Aha. Now…, tak, lekarz wpisał serce jako przyczynę zgonu, bo niczego innego nie znaleźli. Jej matka sprawdziła: dziewczyna słuchała Cegielni.

    www.unsplash.com/phil hearing

    Dobrze, Macerak. Dzięki. Zadzwoń do tych ludzi i jakoś oględnie im powiedz, żeby na razie nie słuchali tego audiobooka. Nie mów nic o naszych podejrzeniach, po prostu niech nie dotykają pliku, to znaczy tej cholernej płyty, bo stanowi dowód w sprawie. Jakoś tak. I nie zaczynaj od „no więc”, bo cię zignorują.

    Jasne, panie inspektorze, tak powiem. Może być tylko problem z matką tej dziewczyny znad Wisły. To dziennikarka z „Wyborczej”.

    O kurwa – jęknął Madej. – A która?

    No, ta… Massa.

    Czemu mi o tym wcześniej nie powiedziałeś? Jasna dupa! Jej córka zmarła na serce nad Wisłą? Cholera, cholera! Był przy tym jakiś prokurator? Jest sprawa?

    No właśnie nie. Protokół z sekcji, na jej żądanie. A potem cisza.

    W takim razie do niej nie dzwoń. I szukaj dalej. Tylko ostrożnie.

    Rozłączył się i spojrzał na profesora wzrokiem pełnym wszelkiej wymowności.

    Nie lubi pan „Wyborczej”? – spytał Zawijas z rozbawieniem.

    Lubię. Ci dziennikarze są cholernie dociekliwi i nieustępliwi. I to jest problem.

    Chodzi panu o to, że jak się baba doczepi, to nie popuści?

    Niech pana Bóg broni mówić o niej „baba”! – zakrzyknął Madej unosząc obie ręce. – Jak to usłyszy, udusi pana w feministycznym sosie i zje zagryzając sałatką z gendera.

    Kto?

    Marta Massalska, tygrysica krakowskiego dodatku „Wyborczej”. Przepis na ten drink jest prosty: spirytus, proch strzelniczy i pokruszone żyletki. Jeśli się dowie o tych podejrzeniach, nici z dyskrecji. Nasze fotografie wylądują na pierwszej stronie, ze zmierzwionymi włosami i kosym spojrzeniem, nieco niewyraźne, nad głowami wielki tytuł: TROPICIELE AUDIOBOOKA ZABÓJCY! Na pewno chcemy takiej medialnej sławy?

    Profesor skrzywił się w uśmiechu i pokręcił głową.

    Proszę nie używać liczby mnogiej. Nie my, tylko pan, ponieważ ja jednak chciałbym się pożegnać i wrócić do swoich zajęć. Nie będę się wypierał, sprawa do pewnego stopnia jest intrygująca i nie wątpię, że z odrobiną samozaparcia ją pan wyjaśni. Beze mnie. Nie widzę tu dla siebie roli. Mogę jedynie ze swej strony zapewnić, że nikt się ode mnie nie dowie o tej dziwacznej historii, i że nigdy więcej nie pozwolę sobie nazwać pani Massalskiej „babą”. A co do zabijającego audiobooka, to proszę mi wybaczyć, ale reprezentuję instytucję naukową i pańskie sugestie nie mieszczą się w jej paradygmacie badawczym.

    Wstawszy zdjął z oparcia przemoczony płaszcz, który zaczął już aromatycznie parować, i narzucił go z elegancją na ramiona. Powróciła przemożna chęć, by natychmiast opuścić to ciasne pomieszczenie i wyjść wreszcie na chłodną ulicę, przyjemnie rześką od wrześniowego deszczu. Chciał głęboko odetchnąć, uwolnić się, zejść z tej niezwykłej sceny, na którą wepchnął go ciąg jak najbardziej zwykłych zbiegów okoliczności. Głos w jego głowie zamilkł, strach minął, drżenie ustało, puls zwolnił. Potrzebny był jeszcze oddech. Wyluzowanie.

    Audiobook, który zabija. On przeżył, ponieważ zdążył wyhamować. Nie samochód, tylko narrację. Jest literaturoznawcą, dlatego potrafi panować nad fabułą, w przeciwieństwie do czytelników amatorów, którzy wpadają w nią jak mucha do miodu i nie mogą się już wydostać. Ocalał, bo sam pisze i wie, co to jest pisanie.

    Kompletna bzdura.

    Zawijas, idź do domu.

    Pójdę już, inspektorze – powiedział wyciągając rękę. – Powinienem dodać „niech pan zadzwoni, jakby co”, ale właściwie nie wiem, czy chcę. Do widzenia.

    Jego wyciągnięta dłoń zawisła nad stołem.

    Niech mi pan da minutę – powiedział inspektor podnosząc się z krzesła. – Tylko jedną minutę, sam ją pan wybierze. Z pierwszej części, która ma dokładnie dwadzieścia jeden minut i piętnaście sekund. Dowolna. Pan wybiera, ja puszczam i słuchamy obaj. Przecież to i tak kompletna bzdura,

    (jak on to usłyszał???)

    więc nic nam nie grozi. Bardzo pana proszę. Jedna minuta.

    Zanim profesor zdążył odpowiedzieć, Madej ruchem prestidigitatora wyjął spod biurka przenośny odtwarzacz z otwartą na wierzchu klapą i włożył doń krążek CD.

    To jak, która? – spytał z palcami uniesionymi nad odbiornikiem jak nad kapeluszem, z którego zaraz wyskoczy królik.

    Jedenasta – odparł odruchowo profesor i ugryzł się w język. – To znaczy nie, wolałbym jednak nie…

    Pierwsze słowo się liczy – mruknął inspektor Madej i już wciskał klawisz z wyszukiwaniem. Gdy dotarł do właściwego miejsca, uniósł palec w gotowości i wskazał profesorowi krzesło. Ten po raz trzeci usiadł, z lekkim skurczem w żołądku. Wielkie oczodoły głośników kierowały wprost ku niemu nieżyczliwe spojrzenie.

    Jedna minuta – powtórzył policjant z uniesionym palcem, jakby podkręcał napięcie przed spektaklem. Wcisnął PLAY i stał nad urządzeniem jak alchemik nad kotłem.

    Głos chrypiał nieznośnie niskim basem, a miejscami warczał zupełnie jak pies, który nauczył się mówić. Mógł być głosem kogokolwiek, czegokolwiek, ale na pewno nie był głosem lektora zatrudnionego do czytania powieści.

    się wam wydawało, że możecie sobie chodzić po tej ścieżce tam i z powrotem? Wybijcie to sobie z głowy, słyszycie? Moja ścieżka, mój las, moja cegielnia – wszystko tu jest moje! Kto raz wszedł, zostaje na zawsze. Okruchy zmiotłem ze stołu, ogień w piecu rozpaliłem, warzę godziwą strawę specjalnie dla was i czekam. A żebyście nie ociągali się zbyt długo, wysyłam gońców z ponagleniem, pojmiecie znaki niechybnie. Jakoż słoneczna tarcza w koronie z krwi ku zachodowi się chyli.

    Ta ścieżka jest tylko dla was. Czekam. Nie zaczynamy zdania od „nowięc”? No więc, profesorku, nie wybieraj się jeszcze do domu. Tu teraz twoje miejsce i twój czas. Słuchaj uważnie poleceń pana inspektora, albowiem mamy razem sporo do zrobienia.

    A na końcu was zabiję. Bo to jest ścieżka tylko w jedną stronę. Rozumiecie? Rozu… jedną… zrobieni… biję…

    Pstryknął klawisz stopu. Palec zamarł w powietrzu, jakby groził odtwarzaczowi. Następnie inspektor uległ zawodowemu odruchowi i zaczął uważnie oglądać ściany i sufit w poszukiwaniu podsłuchu. Miał przy tym minę kogoś, kto usilnie chce dać do zrozumienia, że się nie przejął. Próbował pogwizdywać.

    Aleksander Zawijas roztrzęsioną ręką sięgnął po komórkę.

    Magda? Wszystko w porządku? Nigdzie nie wychodźcie! Jestem na policji, nic mi się nie stało. Nie potrąciłem nikogo, przecież samochód mam w warsztacie. Słuchaj – pod żadnym pozorem nie słuchaj tego audiobooka, rozumiesz? Absolutnie! Ani Zośka, ani Jacek. Nikt! To bardzo ważne! Później ci wytłumaczę! Bardzo ważne! Przyrzeknij! Pa, niedługo wrócę. Pa.

    Rozłączył się i oparł łokcie na blacie, wbijając wzrok w odtwarzacz z kręcącą się na jałowym biegu płytką.

    To pańska mistyfikacja? – spytał.

    Nie, to pański dowód – odparł inspektor Madej.

    Na co właściwie?

    Że nie miał pan omamów słuchowych, profesorze. Z tym audiobookiem naprawdę jest coś nie tak. Bardzo mocno nie tak.

    Z nim, czy z nami? – spytał profesor. Nie usłyszał odpowiedzi i odczuł z tego powodu niemałą ulgę.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #7

    7.

    Korytarz tonął w półmroku i zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Po pięknym weekendzie, spędzonym przez krakowian na wycieczkach za miasto, przyszło poniedziałkowe załamanie pogody z wiatrem, deszczem i brutalnym przypomnieniem, że idzie jesień. Ludzie przemykali chodnikami skuleni pod parasolami, które złośliwe podmuchy wywracały na lewo i zamieniały w śmieszne grzybki. Na zardzewiałych rynnach kamienic wisiały strzępy szmacianych chmur, rzucając cień na stare miasto. Oświetlenie Wojewódzkiej Komendy Policji pewnie ustawiano według pory dnia, a nie natężenia światła, dlatego ciemność zalegała w korytarzu, przemierzanym teraz przez profesora Aleksandra Zawijasa przy akompaniamencie skrzypiących od wilgoci butów.

    Nigdy nie był na policji. Życie zbiegło mu na mieszczańskiej przyzwoitości, komfortowej i do bólu nudnej, pozbawionej choćby drobnych kolizji z prawem. Nawet roweru mu nigdy nie skradziono, choć przez wiele lat jeździł nim do pracy i na całe dnie zostawiał pod Collegium Novum, tuż przy Plantach, czasem przypinając do stojaka, a czasem nie. Marsz długim korytarzem policyjnego budynku budził więc zrozumiałą ekscytację. Policja. Centrum dowodzenia sprawiedliwości. Gniazdo szlachetnych szerszeni, atakujących natychmiast, gdy tylko ktoś naruszy prawo. Wyobrażał sobie, że nagle któreś drzwi się otworzą i dwóch zamaskowanych czarnoludów wyprowadzi w kajdankach jakiegoś biznesmena albo księdza pedofila ze spuszczoną głową i zamazanymi rysami twarzy, jak w wiadomościach telewizyjnych.

    Trochę też się bał. Przyszedł na wyraźną prośbę inspektora, zaraz po zajęciach, zaniepokojony tym jednym intrygującym słowem: Cegielnia. Wykład o autofikcji w prozie współczesnej w ogóle mu nie wyszedł, choć to jeden z jego ulubionych tematów. Zakłócały go obijające się pod czaszką pytania. Skąd oni wiedzieli o Cegielni? Czyżby ta kobieta z wypadku podsłuchała i doniosła? I co w tym złego, że słuchał audiobooka? Nie jest zakazane. I skąd miałaby wiedzieć, czego słuchał? No, chyba że sama też miała tę płytę w samochodzie…

    Uskoczył w bok, a serce stanęło mu w gardle, gdy drzwi tuż obok otwarły się z rozmachem.

    Dzień dobry, panie profesorze, zapraszam – powiedział człowiek w progu i zaraz cofnął się do środka.

    Dzień dobry.

    Na więcej nie było go stać, więc tylko chrząknął, by uspokoić walące serce.

    Wszedł do niewielkiego, kwadratowego gabinetu, pachnącego kawą i kurzem. Całe umeblowanie stanowiło biurko z fotelem o wytartych oparciach, krzesło po drugiej stronie oraz regał z segregatorami. Okno wychodziło na wiadukt kolejowy nad Mogilską. Profesor przerzucił mokry płaszcz przez oparcie, uścisnął wyciągniętą dłoń inspektora i usiadł zastanawiając się, czy ten nagły atak otwartymi drzwiami to sposób na zmiękczenie delikwenta, który przychodzi na policję z postanowieniem, że będzie nieugięty i twardy. Tak uczą na filmach. Żeby się nie dawać.

    Inspektor wychwycił niepewność swego gościa i pośpieszył z przeprosinami.

    Proszę mi wybaczyć, nie chciałem pana napadać. Po prostu zadzwonili z dołu, że pan idzie i… chciałem być uprzejmy. Zdaje się, że nie do końca mi wyszło.

    Nic się nie stało – odparł profesor starając się ukryć ulgę. Nie jest podejrzanym, tylko gościem. Uff.

    Napije się pan czegoś?

    Nie, dziękuję.

    Miał ochotę na mocną czarną kawę, w Polsce jednak za pierwszym razem się odmawia. Taka tradycja. Inspektor też ją znał.

    I tak muszę sobie dorobić, więc to nie problem – powiedział wskazując swój pusty pękaty kubek z wizerunkiem trupiej główki i podpisem: KOCHAJ MNIE KOCHAJ.

    Nie czekając na odpowiedź wyjął drugi kubek, bez napisu, i ustawił obok swojego. Do obu nasypał kawy rozpuszczalnej metodą „na trzęsionkę”, gubiąc parę ziarenek na podłogę. Zgarnął je butem pod biurko i uśmiechnął się przepraszająco.

    Mleko? Cukier?

    Profesor pokręcił głową i przyglądał się swojemu uprzejmemu gospodarzowi. Jak na policjanta był w wieku dosyć zaawansowanym, by nie rzec – emerytalnym. Ile mógł mieć lat – czterdzieści osiem? Pięćdziesiąt pięć? Być może nawet był starszy od profesora. Brzuszek pod płócienną marynarką z łatami na łokciach bynajmniej nie odejmował mu lat, za to z pewnością pogarszał sprawność bojową. W każdym razie trudno było sobie go wyobrazić jako szerszenia w ataku.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Kiedy inspektor uporał się z kawami i opadł na wytarty fotel, zażądał dyskrecji.

    Zanim panu postawię parę pytań, bardzo proszę, aby ta rozmowa została między nami. Jeśli to zabrzmiało zbyt łagodnie, powiem ostrzej: nie wolno panu nikomu wspominać o naszej rozmowie. To absolutnie fundamentalna sprawa. Dodam, że ten sam zakaz dotyczy mnie.

    Profesor najpierw skinął głową, a potem otworzył usta chcąc zadać pytanie, ale inspektor go uprzedził:

    Proszę mi opowiedzieć o Cegielni.

    Ale co?

    Wszystko.

    Chodzi panu o streszczenie? Wykładnię? Dane bibliograficzne? Tego ostatniego nie znam, ale mogę się łatwo dowiedzieć…

    Wątpię. Czytał ją pan?

    Słuchałem. Mam audiobooka.

    A papierowa wersja?

    Nie kupiłem. I tak mam za dużo książek, w każdym razie żona tak twierdzi.

    To niech pan streści.

    Proszę?

    Profesor grał na czas. Wraz z bezceremonialnym pytaniem inspektora o Cegielnię powrócił lęk. Facet okrężną drogą próbuje wyciągnąć z niego informację o wypadku – co się faktycznie wydarzyło i kto za to odpowiada. Powinien być ostrożny. Właśnie miał postawić kolejne pytanie, które dałoby mu chwilę zwłoki, gdy inspektor znowu go uprzedził:

    Proszę się nie obawiać, panie profesorze, nie chodzi o pański wypadek na Konopnickiej. Kieruję Wydziałem Kryminalnym w Wojewódzkiej Komendzie Policji i zapewniam, że nie zajmujemy się tutaj urwanymi drzwiami i wgniecionymi błotnikami. Od tego są służby miejskie. Proszę mi powiedzieć, co pan wie o tej książce. O tym audiobooku.

    Zapach kawy dotarł wreszcie do rozwartych z przejęcia nozdrzy profesora Zawijasa. Sięgnął po kubek, siorbnął gorącej smoły, odstawił i już otwierał usta, by zabrać się do streszczenia tego, czego zdołał wysłuchać w samochodzie podczas jazdy do pracy i z powrotem, gdy nagle znowu zdrętwiał. Powiedzieć? Nie powiedzieć?

    Jeszcze jej nie dosłuchałem do końca – zaczął powoli, zbierając rozbiegane myśli. – Ogólnie rzecz biorąc, jest to historia samotnego Wędrowca, nieco zdziwaczałego oryginała, który lubi niebezpieczeństwa i szuka ich na przekór rozsądkowi oraz życzliwym radom napotkanych ludzi. Lubi ryzykować, a jego drogowskazem jest własny strach. Włóczy się po świecie w jednym tylko celu – by odwiedzić miejsca, których się boi. Gdy tylko takie napotka, natychmiast tam kieruje swe kroki. Dosłuchałem do punktu, w którym na końcu ścieżki Wędrowiec widzi budynek opuszczonej fabryki, prawdopodobnie tytułową cegielnię, i skręca ku niej. W oknie zapala się i gaśnie światło…

    Kto jest autorem?

    Profesor Zawijas podrapał się po głowie.

    Mówiłem już, że nie wiem. Pytałem w księgarni, też nie wiedzieli.

    Spodziewał się, że taka informacja wywoła w inspektorze zdziwienie, albo chociaż irytację. To nie takie znowu normalne, żeby książka z audiobookiem nie miała żadnych bibliograficznych informacji oprócz tytułu. Człowiek siedzący naprzeciw niego zareagował jednak z całkowitym spokojem. Kiwał głową i chrumkał, jakby profesor tylko potwierdzał jego podejrzenia.

    Kojarzy ją pan z jakimś innym dziełem? Da się tę zasraną Cegielnię z czymś porównać?

    O, brzydkie słowa. Sprawa wyzwalała w inspektorze prawdziwe emocje, jakby powiedziała jego terapeutka. Poczuł się pewniej.

    Bo ja wiem. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to Stara cegielnia Jarosława Iwaszkiewicza, ale ona jest o czym innym. Zwykłe opowiadanie. Przydługie, ale dobre. Nie rozumiem jednak, o co chodzi…

    Natrafił pan w niej na coś dziwnego? Coś, co by nie pasowało do reszty?

    A jednak. Niech to szlag. Czyli chyba złapali tego hakera, co się włamał do jego komputera i ukradł notatki, i teraz gromadzą dowody. Tekst zapewne był opatrzony jakimś symbolem, który ich naprowadził na niego.

    Czy mógłbym prosić nieco konkretniej?

    Jeszcze chwilę. Na razie powtórzę prośbę: proszę mi powiedzieć wszystko, co pan wie o tym audiobooku. Wszystko, rozumie pan?

    Za oknem dmuchnął wiatr i z topoli poleciały żółte liście. Samochody na Mogilskiej szumiały oponami na mokrym asfalcie, dzień szmaciał w brudny zmierzch. Profesor z odwróconą na bok głową obserwował to powolne ciemnienie poniedziałku, a w uszach brzmiały mu słowa: Słońcu nie daję wiary, dopóki nie zajdzie. Dopiero gdy zniknie za horyzontem i stanie się echem odeszłego na zawsze dnia, zaczynam mu ufać…

    www.unsplash.com/Osman Rana

    Nagle drgnął. Oczywiście, że tu nie chodzi o żadnego hakera, tylko coś znacznie gorszego! Powinien był się domyślić od początku. Wyobraził sobie swoje słowa jak wiązankę linijek skręcających się w gruby sznur, który pan inspektor zakłada mu na szyję. Postanowił działać.

    To wszystko, nie mam nic więcej do powiedzenia. Natomiast, jeśli pan pozwoli, teraz ja chciałbym o coś spytać. Podobno jest pan szefem Wydziału Kryminalnego w Komendzie Wojewódzkiej i nie zajmuje się prostowaniem błotników, czy jak tam był pan łaskaw się wyrazić. Rozumiem, że waszym głównym zajęciem są morderstwa. Dobrze mówię? Jeśli to jest przesłuchanie w sprawie morderstwa, to dlaczego nie poinformował mnie pan, co to za sprawa? I dlaczego nie ma tutaj asystenta z laptopem, który spisuje protokół? Czy nie powinienem mieć prawa do informacji i adwokata?

    Proszę się uspokoić, profesorze – zaczął inspektor, ale Zawijas nabrał wiatru w żagle. Do poprzednich strachów doszedł nowy: ktoś zamordował tego sprzedawcę w Taniej Książce na Grodzkiej i jest wśród podejrzanych.

    Jestem spokojny, jeśli spokojem można nazwać moje rosnące zdziwienie tą rozmową. Prosi mnie pan o dyskrecję, chociaż nie pojmuję jej powodów i nie bardzo rozumiem, dlaczego miałbym się dostosować. Jeśli ma pan problemy z ogarnięciem akcji popularnej powieści, proszę przyjść na nasze zajęcia z przedmiotu „Czytanie ze zrozumieniem”. Można wiele skorzystać, bez angażowania mojego czasu, który mógłbym spożytkować na bardziej pożytecz…

    Czy książka może zabić?

    Pytanie padło znienacka i wytrąciło go z równowagi.

    Nie wiem. Jeśli jest odpowiednio ciężka…

    Chodzi mi o treść.

    O treść?

    Tak. Czy książka może zabić tym, o czym opowiada? Spotkał się już pan z takim przypadkiem?

    Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem, ale chodzi panu o to, czy można zabić po przeczytaniu książki? Owszem, były takie przypadki. Mordercy czasem sugerują się fabułą. Najbardziej jaskrawy to chyba Mein Kampf. Cały naród wpadł w morderczy szał…

    Inspektor Madej nie wydawał się usatysfakcjonowany. Przytakiwał głową jak ludzie, którzy w głębi duszy się nie zgadzają z tym, co słyszą.

    Pan mówi o inspiracji, a mnie chodzi o coś więcej. Nazwałbym to, bo ja wiem, nakłanianiem do zbrodni. Tak to się nazywa w kodeksie. Myśli pan, że książka może nakłonić do morderstwa? Albo samobójstwa?

    Samobójstwo to już prędzej – powiedział w zamyśleniu profesor. Strach usunął się w cień, wyparty przez profesjonalną zadumę. – Po ukazaniu się Cierpień młodego Wertera przez Europę przewaliła się fala samobójczych śmierci. Najgłośniejsze z nich popełnił poeta Heinrich von Kleist, zastrzelił najpierw swoją ukochaną, a potem siebie. U nas tak zwany „efekt Wertera” najlepiej widać u młodego Mickiewicza, zwłaszcza w Dziadach

    Tak, tak – potakiwał inspektor bez przekonania. W końcu pochylił się i sięgnął do szuflady biurka, skąd wyjął znany profesorowi krążek CD, słuchawki z komórką i plik papierów w zielonej teczce. Rozłożył to wszystko przed nim jak dowody, których jednoznacznej wymowy nie trzeba nikomu tłumaczyć. Westchnął i przeszedł do swojego problemu.

    Prosiłem pana o dyskrecję, ponieważ o efektach naszej rozmowy nie zamierzam na razie nikogo informować, a wręcz przeciwnie. Mam tu szereg śmiertelnych przypadków z ostatnich kilku miesięcy, kwalifikujących się najczęściej jako wypadki, czasem jako samobójstwa, dwa z nich najbardziej przypominają nieumyślne spowodowanie śmierci, a jeden jest ewidentnym morderstwem. Są bardzo różne. Ktoś wyskoczył przez okno, ktoś inny walnął samochodem w wiadukt, pewna dziewczyna wpadła pod tramwaj – standard, powiedziałbym, gdyby to nie brzmiało niegrzecznie wobec tych biednych ofiar. Zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci dotyczy sprawcy karambolu na autostradzie oraz operatora dźwigu, który spuścił na kolegę betonowy krąg. Morderstwo popełnił człowiek wkurzony na swoją konkubinę za to, że mu chciała podać obiad do stołu. I nie chodziło o słoną zupę.

    A o co?

    No właśnie – ciężko sapnął inspektor. – Nic tych przypadków nie łączy, poza jednym: wszyscy w krytycznej chwili słuchali audiobooka Cegielnia.

    Cisza zalała niewielki gabinet. Inspektor przyglądał się z zainteresowaniem, jak jego gość usiłuje wziąć oddech przez ściśnięte gardło. Zamiast tego zdołał tylko głośno przełknąć ślinę. Jego wzrok niespokojnie szukał czegoś na biurku.

    Może wody? – zaofiarował się inspektor Madej widząc pobladłą twarz profesora.

    Nie – odparł Zawijas, po czym sięgnął po podaną mu szklankę. Wypił duszkiem i poprosił o jeszcze.

    Wiem, o czym pan myśli. Że Cegielnia pana również chciała zabić. Bo słuchał jej pan wtedy, prawda? Proszę nie obrażać mojej inteligencji i nie zaprzeczać, pańska twarz już mi odpowiedziała. To jest moja, spóźniona, odpowiedź na pytanie o powody naszego spotkania, a nie dlatego, że jest pan literaturoznawcą. Oczywiście, niczego nie ujmując pańskiemu profesjonalizmowi. Po prostu jako jedyny znany mi przypadek przeżył pan i jakimś cudem skończyło się tylko na urwanych drzwiach. Chciałbym wiedzieć, jakim.

    Że co?

    Życzliwy uśmiech zszedł z jowialnego oblicza inspektora.

    Jakim cudem pan przeżył?

    Nie mam pojęcia – odparł stanowczo profesor.

    Darujmy sobie te dziecinne udawania. Chcę wiedzieć, co spowodowało, że pan nie zginął w tamtym wypadku na Konopnickiej.

    Nie mam pojęcia – powtórzył Zawijas. – Przypadek. Odruch. Refleks. Korek. Wszystko po trochę. Nic więcej nie umiem powiedzieć. Jestem profesorem od książek do czytania, nie do zabijania. Czy mogę już iść?

    Przez chwilę mierzyli się wzrokiem i profesor Zawijas był z siebie bardzo dumny, że wytrzymał świdrujące spojrzenie inspektora. Pogratulował sobie w duchu postępów, z których kobra lakanistka z pewnością byłaby zadowolona. O ile takie zjawiska mogą w ogóle odczuwać zadowolenie.

    Oparł obie dłonie na blacie, tuż przed brązowymi słuchawkami bezprzewodowymi Oliwii Derko, o której nigdy nie słyszał, a która wkrótce miała mu uratować życie, i powtórzył:

    Mogę iść?

    Odpowiedziało mu kolejne ciężkie westchnienie Madeja.

    Tak. I proszę nikomu nie wspominać.

    Pożegnali się krótko i profesor wyszedł na korytarz, gdzie wykonał strzelisty akt oddechu. Co za ulga! Raźnym krokiem ruszył przed siebie, a kiedy schodził po schodach, zaczął nawet pogwizdywać pod nosem.

    Nagle zamarł w pół kroku. Postawił torbę na stopniu i obiema kciukami ścisnął skronie. Paliły jak przy najgorszej migrenie. Wieczność jest niema. Oparł się o ścianę, by nie upaść. Wieczność jest niema. Nogi mu zmiękły i osunął się na ziemię dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy odebrał telefon od inspektora. Jak pogłos w pustej kadzi niosło się w jego obolałej mózgownicy:WIECZNOŚĆ JEST NIEMA! NIEMA! NIEMA!

    Ale ja mówię! – krzyknął i natychmiast zatkał sobie usta dłonią. Z trudem podniósł powieki. Siedział na schodach Komendy Wojewódzkiej w Krakowie i przed sobą miał mnóstwo stopni w dół, bardzo wiele, jakby schodziły do samego piekła.

    Nie! – zawołał i wtedy poczuł, jak ktoś kładzie mu rękę na ramieniu. Wzdrygnął się, ale ramię niemal emerytowanego inspektora ścisnęło go z zadziwiającą siłą.

    W porządku? – spytał Madej i nie czekając na odpowiedź dodał: – Chodźmy sobie wreszcie raz porządnie to wszystko opowiedzieć.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #6

    6.

    Gdyby nie sympatyczny pan w szarym płaszczu, który przyszedł ze swoją sprawą nie na pierwszy lepszy komisariat, ale wprost do budynku Komendy Wojewódzkiej na ulicy Mogilskiej, dzisiaj inspektor Florian Madej spokojnie konsumowałby zapasy sławy i emerytury, gromadzone przez lata pracy dla dobra i porządku publicznego w królewskim mieście Krakowie. Gdyby przyszedł do komendy na Mogilską w normalny dzień roboczy, a nie w sobotę popołudniu, kiedy prawie nikt nie urzęduje, może udałoby się ocalić spokój długo wyczekiwanej emerytury inspektora. Ba, sympatyczny pan w szarym płaszczu mógł sobie przychodzić w każde inne sobotnie popołudnie, proszę bardzo! Dlaczego pojawił się w dyżurce przy szlabanie właśnie w tę sobotę w chwili, gdy on, już nieomal emerytowany inspektor Florian Madej, wysiadł z samochodu celem pożegnania się z długonogą sierżant Nowicką, której ciasno zapięty mundur przyciągał go katastrofalnym wręcz magnetyzmem? Komu i do czego potrzebny był ten obciążony ponurymi skutkami zbieg okoliczności?

    Wciąż-jeszcze-nie-emerytowany inspektor Madej podejrzewał jednak, że nie był to wyłącznie zbieg okoliczności. Słowa tamtego wkręcały się w uszy jak refren, a tajemniczy uśmiech towarzyszący zerkaniu na jego rozpaczliwie dziarskie wysiadanie z passata podkręcało atmosferę tajemniczości.

    Nie można wykluczyć, że chodzi o ważny dowód w sprawie – podsłuchał Madej, jak pan w szarym płaszczu tłumaczy cierpliwie strzelistonogiej policjantce. – Czy mógłbym porozmawiać z kimś od spraw wypadków?

    Nie ma u nas takiego wydziału – odparła zniechęcająco sierżant Nowicka. – Niech pan się zgłosi na swój macierzysty komisariat.

    A który to jest?

    To zależy, gdzie pan mieszka.

    Powiedzmy, w centrum.

    Ale w centrum gdzie?

    Noo – mężczyzna się zawahał – w centrum miasta. To się chyba nazywa śródmieście.

    Nie może pan po prostu podać adresu? – zdziwiła się Nowicka. – Do każdego zgłoszenia potrzebne są dane osoby zgłaszającej. Musi pan podać jakiś adres.

    Nie chcę żadnego zgłoszenia. Byłem świadkiem wypadku i chciałbym dołączyć dowód. Nie mam nic nowego do zgłaszania, wolałbym nie uruchamiać niepotrzebnie całej proceduralnej machiny. Czy nie mogłaby pani wezwać kogoś, kto się zajmuje takimi sprawami?

    Mówił spokojnie, ale z jakąś ukrytą stanowczością, a poły jego płaszcza powiewały w podmuchach popołudniowego wiatru. Dopiero kiedy wysiadł, inspektor Madej uświadomił sobie, że wcale nie wieje i nawet liście na pobliskich topolach zwisają bezwładnie.

    Kraków, fot: www.unsplash.com/Jacek Dylag

    Dzisiaj nikogo już nie ma. Jest sobota wieczór. Niech pan zostawi, przekażę koledze, jak przyjdzie. O, panie inspektorze, proszę mi pomóc! Może pan wyjaśni obywatelowi, jak się załatwia takie rzeczy!

    Madej wygramolił się z samochodu i usiłował raźno podejść do dyżurki. Spirytusowym ogniem paliło go podejrzenie, że Nowicka słyszy, jak mu skrzypią kolana.

    O co chodzi, pani Violu?

    Człowiek chce zostawić dowód w jakiejś sprawie.

    Dzień dobry, inspektor Madej. Jaki dowód?

    Przybrał poważny, urzędowy ton i wyprostował się, nieco zadzierając brodę. To miała być postawa dominująca. Zakładał, że działa na kobiety z kategorii niebotycznonogich policjantek. Był rozwodnikiem, mógł sobie pozwolić.

    Mężczyzna wyciągnął rękę i przedstawił się imieniem i nazwiskiem, którego Madej w ogóle nie zrozumiał. Nigdy nie umiał zapamiętać nazwiska nowopoznawanej osoby. Ten brzmiał mniej więcej jak „Amadeusz Bez”. Równie dobrze mógł to być jednak „Amorfeusz Bas”. Albo „Asmodeusz Bies”. Każdy z wariantów uchylał drzwi ku innym możliwościom.

    Pan Amadeusz wyjął z kieszeni brązowe słuchawki.

    Znalazłem je na miejscu wypadku. Dziewczyna wpadła pod tramwaj. Zabrało ją pogotowie, a one leżały na chodniku, więc wziąłem – tłumaczył głosem tak spokojnym, jakby całe życie ćwiczył tylko po to, by brzmieć przekonująco.

    Mówi pan o tym wypadku pod Galerią Krakowską?

    Skinął głową, nadal wyciągając rękę ze słuchawkami. Komisarz odruchowo odebrał je od niego i obejrzał. Zwykłe słuchawki, ale bez kabla, nie było też żadnego śladu uszkodzenia. Pewnie bezprzewodowe, teraz takie robią. Wszystko zrobią, co byś nie wymyślił.

    Wskazał ruchem głowy na ławkę obok „kibla z policją”, jak między sobą nazywali budkę wartowniczą przy szlabanie, i obaj usiedli. Strzeliste nogi powiodły sierżant Nowicką do środka, gdzie pewnie zajęła się przeglądaniem internetu w poszukiwaniu promocji na wizytę w Centrum Paznokcia. Miała ich do obrobienia dwadzieścia, jeden okazalszy od drugiego.

    Dlaczego pan uważa, że to może być ważny dowód w sprawie? – spytał.

    Mężczyzna widocznie się odprężył. Owinął się szarym płaszczem jak książę na tronie i patrzył przed siebie z uśmiechem. Nie odpowiedział od razu, jakby szukał słów dla wyjątkowo skomplikowanej treści. Od ulicy Mogilskiej dochodził szum samochodów, wspomagany czasem turkotaniem tramwaju.

    Ta dziewczyna jechała schodami obok mnie z tymi właśnie słuchawkami na uszach – zaczął powoli, mrużąc oczy przed wrześniowym słońcem. Nowicka przesadziła z tym wieczorem.

    Jak to „jechała schodami”?

    Z galerii na ulicę Pawią się wyjeżdża schodami – mówił Amadeusz Bez (czy Asmodeusz Bies) z tym swoim terapeutycznym spokojem. – Mówiła do siebie. Początkowo sądziłem, że z kimś rozmawia przez bluetooth, czy jak tam zwą ten kapsel na uchu. W pewnym momencie wyjęła telefon, żeby coś sprawdzić. Wie pan, oni ciągle na tych komórkach coś sprawdzają. Zerknąłem na wyświetlacz smartfona. Tak to się chyba nazywa, prawda? Smartfon? No więc spojrzałem i zobaczyłem zielony trójkącik, taka strzałka do przodu, na pewno widział pan kiedyś, i zrozumiałem, że ona czegoś słucha.

    W inspektorze Madeju narastała irytacja. Mężczyzna w szarym płaszczu co rusz trącał go zwrotami w rodzaju „wie pan”, „widział pan”, traktując jak półgłówka. Na tym punkcie policjanci bywają szczególnie wrażliwi. Oczywiście, że zauważył, jak młodzi ciągle gapią się w komórki. Oczywiście, że smartfon nazywa się „smartfon” i że wyświetlacz na nim jest po prostu wyświetlaczem. A zielona pozioma strzałka oznacza włączony odtwarzacz. Nawet inspektor krakowskiej policji w średnim wieku jest w stanie coś takiego wiedzieć.

    Nie tylko o to chodziło. Ten człowiek mówił, wręcz zaczepiał jego uwagę, a równocześnie był nieobecny. Patrzył na wprost, w gładką ścianę parterowego budynku przed nimi. Madejowi nawet przemknęło przez myśl, że pod przymrużonymi od słońca powiekami widzi zupełnie nie to, co się rozciąga w jego polu widzenia, czyli kremowy tynk siedziby Małopolskiej Platformy Elektronicznej Komunikacji Policji oraz pustawy parking wśród drzew. Może wczuwał się w tamtą dramatyczną sytuację tuż przed śmiercią dziewczyny, ale w takim razie byłoby bardzo dziwne wczuwanie. Na zimno. Przypominało trans lub ćwiczenie jogi.

    Mężczyzna tymczasem ciągnął swoje dywagacje o dziewczynie i słuchawkach.

    Z nikim nie rozmawiała, tylko komentowała to, co słyszy, wie pan, z tych słuchawek. Od razu zaznaczam, że jej komentarze nie cechowały się nadmierną kulturą osobistą. Nawet się zdziwiłem, że nikt z ludzi wokół nie zareagował na brzydko przeklinającą dziewczynę.

    To znaczy jak?

    Wykrzykiwała słowo „penis”.

    To nie jest żadne przekleństwo.

    Usta pana Beza (Bza?) rozciągnęły się w uśmiechu. Wyglądał teraz jak meloman zanurzony po uszy w arii z „Tannhäusera”. Najwyraźniej polemika sprawiała mu przyjemność. Madeja przepełniał niejasny niepokój w odniesieniu do tego człowieka, jednakże nie potrafił swoich odczuć sprecyzować.

    Uważa pan, że jak czternastoletnia uczennica w publicznym miejscu wykrzykuje raz po raz słowo „penis”, to wszystko jest w porządku? Naprawdę pan tak sądzi?

    Palant. Zaakcentował tę uczennicę, by podkreślić moralną wagę problemu. Madej wcale nie uważał, że to w porządku, ale facet nie musiał mu tego tak dobitnie unaoczniać. Był inspektorem (ciągle jeszcze), ale nie półgłówkiem.

    Fakt, że drugi raz podczas tej rozmowy musiał zapewniać siebie, że nie jest półgłówkiem, nieco go rozsierdził.

    Nie bardzo rozumiem, do czego pan zmierza. Chciałbym uprzejmie zauważyć, że jest sobota popołudniu, a ja właśnie jadę do domu. Mógłby pan skierować już łódź do brzegu?

    – Tak, naturalnie, koniecznie – pośpieszył tamten z wyjaśnieniem. – Już mówię, o co chodzi. Jak wspomniałem, rzuciłem okiem na wyświetlacz i nad zieloną strzałką dostrzegłem tytuł:CEGIELNIA. Otóż ona słuchała powieści czytanej przez lektora, czyli oni to nazywają audiobookiem…

    (jasna cholera, nie jestem półgłówkiem)

    Ale, oczywiście, pan wie takie rzeczy, przecież inspektor policji w Krakowie nie może być półgłówkiem…

    (szlag mnie zaraz trafi!)

    … więc kiedy ona wykrzykiwała te swoje penisy, a ja zobaczyłem ten tytuł, to, rozumie pan, pomyślałem sobie, że jedno do drugiego nie pasuje. No chyba że chodziło o jakąś tanią erotykę w rodzaju Harlequina, takie soft porno, bo ta dziewczyna zupełnie nie wiedziała, co się dokoła niej dzieje. Szła przed siebie jak nakręcana lalka, albo android, wie pan…

    Wiem, co to jest android – przerwał mu inspektor unosząc dłoń. Zaraz potem znowu się zirytował. Facet z nim się bawił, a on dał się wkręcić.

    Właśnie dlatego tu jestem. Bo widzi pan, ja ją uratowałem od śmierci.

    Jak to?

    No właśnie. Za pierwszym razem ją uratowałem, bo wchodziła prosto pod tramwaj, że się tak wyrażę, z tym penisem na ustach…

    Za ich plecami trzasnęły metalowe drzwi od dyżurki. Madej obejrzał się i napotkał surowy wzrok sierżant Nowickiej. Z jego perspektywy nogi sięgały daszku nad wejściem. Ciekawe, ile zdążyła podsłuchać.

    To się dało inaczej powiedzieć – mruknął. Pan w szarym płaszczu go zignorował, zatopiony we własne opowiadanie.

    …i zdołałem ją zatrzymać. Powiedziała „przepraszam” i poszła dalej. Prosto pod drugi tramwaj, z naprzeciwka. Nie mogłem nic zrobić. Zresztą nie wiem, może mogłem. Ale sam byłem pod wrażeniem tej nietuzinkowej osóbki i jeszcze nie zdążyłem ochłonąć po tamtym incydencie, kiedy ona znowu… Tak mi przykro. Czy umarła od razu?

    Zdawał się być bliski płaczu. Madej spojrzał na jego oczy i stwierdził, że nadal były przymrużone i niespecjalnie obecne, a usta zdobił ni to uśmiech, ni to grymas. Jakby błazen odgrywał żałobę. „Nietuzinkowa osóbka”, „ochłonąć po incydencie” – co to za wyrażenia? Normalnie jak z brukowego powieścidła!

    Nie wiem, czy umarła od razu. Nie wiem również, do czego pan zmierza. Chyba sobie pójdę. Proszę zostawić dowód u sierżant Nowickiej.

    By potwierdzić powagę groźby, podniósł się z ławki i wyjął kluczyki z kieszeni kurtki. W głębi duszy jednak wcale nie miał wielkiej ochoty odejść. Coś w tej historii było intrygującego. Coś… głupiego. Raz ją uratował, drugi raz nie zdążył? Zginęła z „penisem na ustach”?

    Niech pan siada – powiedział twardo pan w szarym płaszczu. Już nie był tak sympatyczny, jak na początku. – Zaraz kończę.

    Madej posłusznie usiadł.

    Kiedy ją zabrali, podniosłem słuchawki z chodnika. Coś w nich nadal chrobotało, więc przyłożyłem do ucha. Usłyszałem spokojny głos lektora uważnie czytającego powieść morską, jakiegoś Conrada czy Melville’a, nie znam się na tym. W eleganckich, pełnych i malowniczo złożonych zdaniach nie było niczego z rzeczy, o które można by podejrzewać tekst na podstawie reakcji tej biednej dziewczyny. Kapitan stał na mostku i z niepokojem obserwował pierwsze oznaki nadchodzącej burzy, nie będąc pewnym należytego przygotowania jego statku i załogi do tak niebezpiecznego starcia. Miał przeczucie katastrofy, ale, powiedziałbym, bardzo przyzwoite. Zero penisów, zero taniej pornografii, zero jakichkolwiek nieskromnych rzeczy. No i zero cegielni.

    www.unsplash.com/Barrett Ward

    Skończył, by wreszcie obrócić swoje zmrużone oczy na słuchacza. Przez inspektora Madeja przebiegł dreszcz. Jeszcze przed kwadransem miał do czynienia z miłym rencistą na sobotnim spacerze, a teraz siedział obok niego niepokojący typ o powierzchowności sprytnego magika, prestidigitatora, który z przymrużonymi oczyma obmyśla coraz to nowe zagadki i sztuczki. Używał dziwnych zwrotów i mówił jakby kilkoma językami naraz. Już się nie uśmiechał, tylko patrzył. Inspektor wytrzymał jego spojrzenie kilka sekund i odpuścił. O stopień dyżurki stuknął obcas.

    Zrobić panom jakiejś kawy? – spytała nieco za głośno Nowicka. Słówko „jakiejś” zdradzało, że wcale nie ma zamiaru robić żadnej kawy. Chciała rozładować napięcie.

    Nie trzeba – odparł Madej otrzepując spodnie na tyłku, chociaż ławka była czysta. – Pan już sobie idzie. Pani Violu, proszę przyjąć dowód w sprawie i wypisać kwit.

    Odwrócił się do pana w szarym płaszczu.

    Dziękuję za pomoc, pańska relacja była bardzo ciekawa, a teraz pozwoli pan, że pójdę. Czekają na mnie sprawy domowe.

    Wyciągnął dłoń na pożegnanie, ale mężczyzna go zignorował. Nadal siedział na ławce, z rękami w kieszeniach płaszcza i wzrokiem zawieszonym na kremowej ścianie naprzeciwko.

    Wie pan, jak się nazywał ten kapitan z powieści? Peter North Sundick. Dziwne, prawda? Coś to panu mówi?

    Nic mu nie mówiło. Natomiast coś mu mówiło w duszy, że ten człowiek przyszedł tu specjalnie z jego powodu. Dokładniej rzecz biorąc, by się zabawić jego kosztem. On czytał kiedyś Conrada, ale to było dawno i nawet tytułu nie zapamiętał. Coś o jakimś szaleńcu na jednej z wysp Oceanii. Natomiast ten tu przyszedł i…

    Jako śledczy powinien pan mieć rozwinięty zmysł kombinatoryki. Zapraszam do wspólnej zabawy.

    Wstał, minął jego nadal wyciągniętą rękę i nie pożegnawszy się odszedł stanowczym krokiem ku ulicy Mogilskiej. Madej i Nowicka odprowadzili go wzrokiem, a potem spojrzeli po sobie.

    Wariat jakiś – skwitowała pani sierżant z typową dla siebie delikatnością.

    Zasadniczo miała rację. Umysł inspektora zaprzątała jednak inna sprawa. Wreszcie zrozumiał, co go w tym człowieku niepokoiło. Starszy pan, w płaszczu, ale bez kapelusza. Włosy jasne, ale nie siwe, tylko blond, jak u młodzieńca. I rzęsy. Facet nie miał rzęs, ani brwi. Florian Madej nie był już taki pewien, że wie, co to jest android.

    Kiedy specjalista od dziwnych audiobooków zniknął za zakrętem ulicy, inspektor wręczył sierżant Violi Nowickiej brązowe słuchawki, które jakimś cudem znowu znalazły się w jego rękach, i poczłapał do samochodu. Uruchomił silnik, podkręcił głośność i zanurzony w uwerturze do „Latającego Holendra” skręcił w prawo na Nową Hutę. Po drodze do domu zrobi zakupy w M1.

    Trąby, dużo trąb. Spieniona woda bije w skalisty brzeg. Okręt wpływa ostrożnie i rzuca kotwicę na środku zatoki, z dala od niebezpiecznych skał. Ale prawdziwe niebezpieczeństwo idzie nie od lądu, a od coraz bardziej wzburzonego oceanu. Na mostku kapitańskim sir Sundick w chmurnym namyśle pociera gęstą brodę. Jak się ratować? Sundick, Sundick… co to ma być? Sun to po angielsku słońce, a dick to ptaszek. Ptaszek, ha, fiutek, mały penis. Czy o to chodziło w tej zagadce?

    Z całej siły wcisnął hamulec. Tuż przed jego nosem świecił bagażnik złotej toyoty, która zatrzymała się na żółtym świetle. Uniósł dłoń w przepraszającym geście, człowiek za kierownicą tamtego samochodu zrobił to samo. Uff. Co za bzdura. Omal się nie wpakował przez tego głupiego fiutka. Penis, penis!

    Kiedy tak wykrzykiwał przed siebie to pobrzmiewające raczej medycyną niż pornografią słówko, stwierdził, że nawet nadaje się na przekleństwo. Ale słabe. Jak on miał na imię? Peter Nor Sundick? Jakoś tak to brzmiało. Inspektor od kombinatoryki. W skrócie inspek. Prawie jak penisek…

    Kurwa, znowu żółte!

    Tym razem hamował jako pierwszy. Przednimi kołami stanął pół metra za linią, tuż przed przejściem dla pieszych. Młody człowiek z kapturem na głowie pokazał mu wyciągnięty środkowy palec. Penis. Peter North Sundick, inicjały P-N-S. To samo.

    Phi, o to chodzi w tej zagadce?

    Za jego plecami rozległo się trąbienie. Wrzucił bieg i ruszył powoli prawym pasem, pozwalając się wyprzedzać i machać sobie przez szybę środkowymi palcami. Za to jego myśl przyspieszyła. Dziewczyna słuchała powieści Cegielnia, o statku na pełnym morzu przed zbliżającą się burzą, i wykrzykiwała słowo oznaczające męski narząd, które z dziejącą się właśnie akcją nie miało nic wspólnego. Poza inicjałami jednej z postaci. Nawet jeśli miała takie samo skojarzenie jak on, to nikt przy zdrowych zmysłach nie wykrzykuje tego na głos przy ludziach, jakby co najmniej natrafił na żyłę złota. W dodatku dziewczyna była tym (czym właściwie?) tak zaaferowana, że dwukrotnie weszła pod jadący tramwaj, za drugim razem skutecznie. Z powodu głupiego skojarzenia inicjałów?

    Nic tu do niczego nie pasowało.

    Wysiadł zamyślony na parkingu pod centrum handlowym i sam o mało nie wszedł pod samochód, chociaż szedł prawidłowo przejściem dla pieszych. Uskoczył. Kobieta za kierownicą coś mówiła, nie chciał zgadywać, co. Wszedł do ogromnego holu i wtedy przypomniał sobie, że niedaleko po prawej jest księgarnia. Skręcił.

    Przepraszam, czy dostanę audiobook powieści Cegielnia? – spytał młodą sprzedawczynię w okularach. Sądząc z wyglądu, absolwentka polonistyki albo wiedzy o kulturze.

    Mieliśmy, ale się skończyły – odparła przyglądając mu się z zaciekawieniem.

    A będą jeszcze?

    Szczerze mówiąc, nie wiem. To była jednorazowa dostawa.

    Podziękował i już miał wyjść, ale jeszcze coś mu przyszło do głowy.

    A czy jest może wersja papierowa?

    Przez dwie sekundy wpatrywała się w niego swymi megawielkimi okularami, zanim odparła:

    A wie pan, to ciekawe. W wersji papierowej nigdy jej nie mieliśmy. Ani mobi. Tylko audio.

    Nie był pewien, co to jest mobi, ale nie chciał się kompromitować dopytywaniem o najwyraźniej oczywiste dla niej rzeczy. Przecież nie był półgłówkiem.

    Jest pani pewna?

    Cmoknęła głośno.

    Proszę pana. Kończyłam polonistykę i w kwestii książek z grubsza wiem, co mówię.

    Ano proszę. Podziękował, skłonił się i wyszedł. Machinalnie skierował kroki w stronę supermarketu, przy wejściu odpiął wózek i wjechał między regały, zupełnie nie myśląc o tym, co z nich zdejmuje. Kombinatoryka. Coś gdzieś mu jeszcze świtało. Stając przed półką z nabiałem i ważąc w dłoni wielkie jak cegły kostki białego sera, wreszcie zdecydował. Wyjął telefon.

    Bartek, słuchaj, pamiętasz sprawę tego gościa, co się rzucił ze szkieletora?

    Jego podwładny, aspirant Bartosz Macerak, bardzo starał się ukryć swoje westchnienie, co mu się nie do końca udało. Zza jego pleców dochodził gwar ogrodowej imprezy. Znowu grill w rodzinnym gronie, z dzieciaczkami na huśtawkach, piwem na pompkę i łomotem disco z głośnika na balkonie. Był gliniarzem, sąsiedzi mogli mu skoczyć.

    Chodzi panu o tego z kwietnia?

    Uhm. Czy ja dobrze pamiętam, że on zleciał w dół ze słuchawkami w uszach?

    No, to znaczy raczej wystartował – poprawił Macerak. – Bo na dole to on już je miał nie w uszach, tylko w mózgu. Ale, panie inspektorze, ja teraz…

    Wiem, wiem, pozdrów żonę i szwagra. Pamiętasz może ten protokół? Czego on słuchał?

    Aspirant odsunął telefon od twarzy i krzyknął do kogoś, żeby przypilnował mięsa na ogniu.

    Mam go w lapku, to znaczy w komputerze. Sprawdzę i oddzwonię.

    Rozłączył się, a inspektor Madej popchnął wózek w kierunku regału z piwami melancholijnie rozmyślając nad tym, że jego młodszy kolega ma go za półgłówka, który nie wie, co to jest lapek. Przeglądał zgrabne flaszki z niszowych browarów o dziwacznych nazwach, jak Baba Jaga czy Brodacz, produkujących piwa Czarna Wdowa i Masochista. Było nawet piwo Sailor Girl i pomyślał, że tamta dziewczyna, Oliwia Derko, mogłaby je mieć za swoje ulubione. Gdyby kiedyś dorosła…

    O mało nie upuścił butelki Dybuka z browaru Golem, gdy jego lewą piersią targnęła wibracja. Trzy razy musiał przejechać palcem po czarnym ekraniku, nim się połączył. Kiedyś to był zwykły przycisk. Do diabła z tym światem, coraz mniej poręczny.

    Szefie, mam. To się nazywało Cegielnia.

    Dzięki, Bartek. I przepraszam za kłopot.

    Nie czekając na odpowiedź rozłączył się i drżącą ręką schował komórkę do kieszeni, tym razem spodni. Bał się o serce.

    Cegielnia. Niech to szlag. Jednak zagadka.

    Zagadka jak sto penisów.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #5

    5.

    Myślał całe popołudnie, do wieczora, i nic nie wymyślił. Leżał na łóżku owinięty w kocyk jak w ochronny kokon i badał wzrokiem nierówności sufitu, wszystkie ryski, smugi po maźnięciach pędzlem i kropeczki po muszych ekscesach. Jego umysł pracował wedle własnych rytmów i przyzwyczajeń, jakby był niezależnym bytem. Liczył na to, że bez udziału jego samego (czyli kogo?) umysł sam coś ogarnie z całej tej sytuacji i znajdzie rozwiązanie. Niekoniecznie genialne, choćby i całkiem przeciętne, byle się kupy trzymało. Postanowił nie schodzić na dół na herbatę, by nie prowokować następnej wielce niewygodnej dyskusji o zawartości ścieżki dźwiękowej audiobooka. Widział już ten uśmiech żony i słyszał pełne troski i życzliwości pytania. Czysty sadyzm. Wolał już tutaj, w półmroku i w cieplutkim kokonie kocyka, sam na sam z… no właśnie – z czym?

    Nie powinniście aby, profesorze, iść na jakiś dłuższy urlop i gruntownie wypocząć? – mruknął do własnego umysłu zajętego badaniem sufitu.

    Zwracam uwagę – odparł niedbale umysł – że właśnie wróciłeś z urlopu. Wróciliśmy… – poprawił się.

    To prawda – westchnął profesor. Kiedy twój własny umysł coś ci uświadamia, nie wypada się nie zgodzić. – Mógłbyś jednak się postarać i dokonać również głębszych odkryć. Znalazłeś coś na suficie?

    Z wyczekiwania na odpowiedź wytrąciło go pukanie do drzwi. Nagłym szarpnięciem zerwał z siebie koc i stanął na równe nogi.

    Kochanie, mówisz do siebie?

    Nie, nie – zaprzeczał pośpiesznie (zbyt pośpiesznie!) obciągając bluzę. Żona już była w pokoju. Miała zwyczaj wchodzić natychmiast po pukaniu. A on o tym wiedział. – Powtarzałem sobie na głos taki jeden wiersz Świetlickiego.

    Jaki wiersz?

    – „Nie się”.

    Świetlicki niesie?

    Nie. Świetlicki to nazwisko, „Nie się” to tytuł.

    Aha. Chcesz herbaty?

    Palnął głupstwo z tym tytułem i rozmowa zaczynała niebezpiecznie przypominać poprzednią. Należało coś przedsięwziąć.

    www.unsplash.com/Drew Taylor

    Tak, chodźmy na herbatę – zarządził i wyminąwszy ją w drzwiach ruszył schodami w dół, do jadalni. Po drodze poczochrał sukę po kudłatym łbie, głośno zakaszlał, a następnie puścił z kranu mocny strumień wody czajnika i lał do pełna, by przy gotowaniu szumiało jak najdłużej. Wszystko po to, by nie dać żonie akustycznej swobody do drążenia tematu wiersza Świetlickiego. Ani żadnego innego tematu. Jak przeczuwał, jego zabiegi nie przyniosły spodziewanych rezultatów i walec analizy mężowskiej osobowości parł bezlitośnie z kierunku północ-północny zachód. Magda usiadła w jadalni i przez chwilę obserwowała go w milczeniu.

    Olku, nie chcę być natarczywa – zaczęła nieco natarczywie – ale powinniśmy porozmawiać o tym audiobooku. Właściwie zastanawiam się, czy to jest kwestia audiobooka, czy raczej, jakby to powiedzieć… twojej, no nie wiem… świadomości? Dobre słowo? Świadomości? Czy może raczej… umysłu? Lepiej? Niech będzie. Tak, wiem, jesteś uznanym profesorem jeszcze bardziej uznanego uniwersytetu i kudy mnie tam do wystawiania tobie świadectwa normalności. Jednak jako twoja żona nie mogę przejść do porządku dziennego nad objawami tak niepokojącymi…

    Obrać ci pomarańczę? – spytał zalewając saszetki z Liptonem.

    Wiesz, że nie jem pomarańczy! Kupiłam je wyłącznie dla ciebie. Bo chciałeś. Czy może tego też już nie pamiętasz? A poza tym nie zmieniaj tema…

    Co znaczy „też”? O czym jeszcze nie pamiętam? Czy to już? Zaczynamy diagnozowanie sklerozy? Masz już gotowe pisemko do ośrodka? „Kochanie, wystarczy jeden twój podpis i wszystko będzie w porządku”. O to chodzi?

    Przestań! Nie, nie o to chodzi.

    Cofnęła się taktycznie, ale tylko po to, aby nabrać nowego impetu.

    Po prostu chciałabym, żebyś przestał się wściekać i pozwolił sobie spokojnie powiedzieć pewne rzeczy. Terapia działa rozdrażniająco, wiem, sama miałam podobnie. Siadając na fotelu naprzeciwko psychoterapeuty odruchowo stawiasz się w pozycji świra, który musi udowadniać swoją normalność i panowanie nad sytuacją. Potrzeba czasu zanim zrozumiesz, że w tym siedzeniu na fotelu i gadaniu o własnych problemach chodzi tak naprawdę o coś innego. Domyślam się, że dzisiaj otwarły się w tobie nowe rejony emocjonalne, w swojej duszy zajrzałeś do pomieszczeń, o których w ogóle nie wiedziałeś, że istnieją, nie mówiąc o rozeznaniu w ich zawartości. Byłeś trochę, no… zdezorientowany, kiedy wsiadałeś do samochodu, dlatego twoje luźne i na poły tylko świadome skojarzenia nałożyły ci się na słuchaną powieść i doszło do tego, no, jak to się mówi… ko… ko…

    Koincydencji.

    Magda pracowała w domu kultury jako animatorka dziecięca i miała pewne doświadczenie w wygłaszaniu okrągłych zdań o nieodpartej sile przekonywania. Mówiła, jakby wiedziała. Zresztą, może i wiedziała, kto ją tam wie.

    Tak. Koincydencji. Albo konwergencji, czy jakoś tam jeszcze inaczej. Wiesz, co mam na myśli.

    Skinął głową. Pozwalał jej gadać, ponieważ wtedy sam nie musiał. Wyjął torebki, dopełnił kubki przegotowaną wodą i jeden z nich postawił przed Magdą. Drugi ujął w obie dłonie i usiadł, wpatrując się w blat stołu. To miało oznaczać skupione słuchanie, ale w zasadzie słyszał niewiele. Trochę. Słuchał i nie słuchał. Analityczna część jego profesorskiego umysłu skłonna była nawet przyznać jej rację (częściowo, częściowo!) i z fragmentów, jakie dolatywały do jego uszu, układał sobie całkiem podobne wyjaśnienie. Niewątpliwie był pod wrażeniem seansu terapeutycznego, na którym zapoznał się z rewelacją na temat tego, że oprócz czytania powieści można również słuchać, ale padła tam i inna ważna kwestia: „Jeśli nie może pan czytać, niech pan pisze”. Tak, to zdanie było ważne, najważniejsze ze wszystkich. Dlaczego do niego dopiero teraz dotarło? Tak, przecież całą drogę od gabinetu do parkingu przebył zatopiony w myślach o swoim pisaniu. O niedokończonej powieści, która jak porzucone dziecko spoczywała gdzieś w zakamarkach pamięci komputera, kwiląc i pojękując w nieutulonym żalu do swego koślawego twórcy. Nawet jeśli sobie tego wtedy tak wyraźnie nie uświadamiał, teraz miał jasność. Chodziło o pisanie, prawda?

    Jego umysł, równie jak on skrępowany wywodem żony, przytaknął obojętnie.

    … i gdybym miała ci coś radzić, zapomnij o całej tej sprawie i zajmij się poprawianiem prac doktorskich. Zdaje się, że masz dwie na pulpicie. A ta powieść, ta Cegielnia – najlepiej daj mi ją.

    Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, żona odstawiła kubek z herbatą, wstała z krzesła i energicznym krokiem ruszyła w kierunku schodów. Rzucił się za nią. Herbata z pchniętego kubka chlapnęła na obrus.

    Czekaj! Dam ci ją, jak dosłucham do końca.

    Ich wejście na schody mniej miało wspólnego z małżeńską kurtuazją, a więcej z wyścigiem po oferty o poranku Czarnego Piątku. Wpadli na nie oboje równocześnie, ona złapała poręcz i podciągnęła się za jednym zamachem o trzy stopnie, ale on był sprytniejszy. Ruszył wzdłuż ściany i kilkoma skokami pokonał całe schody ze sprawnością godną zapisania w kronice sportowej jego Almae Matris. Wpadł do gabinetu, dobył płytkę ze stacji dysków i wepchnął do kieszeni bluzy, a następnie zamknął drzwi tuż przed nosem żony.

    Przepraszam, muszę popracować – powiedział, przekręcił klucz i dla pewności oparł się plecami o drzwi. Ona perswadowała chwilę, lecz wobec braku jakiejkolwiek reakcji odpuściła i poszła do siebie. Musiała być wściekła. Dla żony brak reakcji to najgorsza z reakcji.

    Uff.

    Dyszał ciężko i malowniczo jak bohater kreskówki, ale szczęśliwy. Obronił się, choć gdyby w tej chwili ktoś rozsądny (na przykład jego własny umysł) zapytał go, przed czym mianowicie się obronił, nie potrafiłby odpowiedzieć. I nie to było najważniejsze. Pomacał się po kieszeni i uspokojony płaskim, okrągłym kształtem usiadł do poprawiania pracy doktorskiej wychodząc z założenia, że to zajęcie nie wymaga specjalnego natężenia intelektu.

    Płytka z audiobookiem nie dawała mu jednak spokoju. Czuł jej delikatny ucisk w kieszeni i niemal słyszał zapisane na niej dźwięki. Odtwarzał je w pamięci, jakby sam był czytnikiem, a nie czytelnikiem. Owszem, tłumaczenie żony przyjął do wiadomości i w jakimś rozsądnym zakresie się z nim zgadzał, stanowiło ono jednak, by tak rzec, tylko jedną ścieżkę nagraniową utworu. Na drugiej wciąż rozbrzmiewał akapit jego własnych notatek: „coś mogę powiedzieć tylko dlatego, że minął jakiś czas, odtamtąd dotąd”, płynących z głośników poczciwej astry tuż przed jej nieszczęsnym okaleczeniem. Słyszał je.

    O wpół do dziesiątej wieczorem nie wytrzymał, zamknął dokument z pracą doktorską, podłączył słuchawki do laptopa i włożył płytę do stacji CD. Żonę w krótkim i suchym komunikacie poinformował przez zamknięte drzwi, że nie je kolacji i musi się położyć, ponieważ jest zmęczony. Chciał dodać, że ma migrenę, ale ugryzł się w język – to mogłoby uruchomić niebezpieczne dla niego odruchy opiekuńcze Magdy. Zgasił światło, rozparł się wygodnie w fotelu, założył na uszy słuchawki i włączył pierwszy rozdział. Słowa Cegielni popłynęły do jego mózgu wprost, bez pośrednictwa drgających fal akustycznych oraz obecności innych słuchaczy. Na przykład tych z uchem przystawionym do dziurki od klucza.

    Słońcu nie daję wiary, dopóki nie zajdzie. Dopiero gdy zniknie za horyzontem i stanie się echem odeszłego na zawsze dnia, zaczynam mu ufać. Jego bolesna czerwień o ileż jest uczciwsza od łatwej feerii łąkowych barw i banalnego błękitu nieba! Gdy leje się krew zachodu i rzeczy znikają w mroku, wtedy zaczynam żyć. Piękniejsze jest to, czego nie widać…

    Magia słów początkowych stronic powieści (dlaczego ich nie zapamiętał z poprzednich odsłuchań!?) uwiodła go na tyle, że omal nie przegapił swoich zapisków. Były. Usłyszał je natychmiast i jedno zerknięcie na licznik odtwarzacza wystarczyło, by się przekonać, że znajdują się dokładnie w tym samym miejscu, tuż po rozpoczęciu jedenastej minuty. Oczywiście, że były. Fakt, że je z Magdą przegapili podczas wspólnego słuchania, w jakiś arcyciekawy logicznie sposób utwierdził go tylko w tej pewności. Były tu zawsze, tylko ona nie miała do nich ucha. Otóż to! Jego żona NIE MIAŁA UCHA do wychwycenia jego własnych słów. Przecież wyrażała się o nich zawsze z przekąsem, drwiła z nich, a to znaczyło prawie to samo, jakby w ogóle nie istniały! Tak, to musiało tak być. Nie mogła ich usłyszeć, bo w nie nigdy nie wierzyła. A on uległ jej agresywnej sugestii. Wszystko jasne.

    – Ale przecież ty też ich nie słyszałeś – spokojnie zaoponował umysł. – Skoro to twoje słowa…

    – Byłem pod presją! – zakrzyknął. – To nie takie proste, jak ci się wydaje – dodał dźgnięty nagłą wątpliwością, czy umysłowi w ogóle może się coś wydawać. – Człowiek widzi i słyszy różne rzeczy, nigdy nie masz pewności, co miało miejsce naprawdę, a co było tylko iluzją. Rozumiesz, narracyjna koncepcja prawdy – podsumował licząc na to, że umysł łyknie ten merytoryczny przypis. Umysł nie odpowiedział.

    Dosłuchał pierwszy rozdział do końca, następnie drugi, a w trzecim znalazł inny fragment swoich zapisków, równie filozoficzny jak poprzedni:

    Oni nie istnieją naprawdę, to rozgrywa się w mojej głowie. Znalazło się tam jednak nie wyłącznie dzięki mnie, ale również dzięki nim. Jestem autorem tego konkretnego doświadczenia i zarazem jego obiektem, bohaterem, tematem. Oni są we mnie, gdyby jednak nie istnieli kiedyś naprawdę, teraz też by ich nie było. To nie zmarły przyjaciel ze mną rozmawia, tylko ja sam ze sobą tamtym, który miał przyjaciela, rozmawiał z nim i dopisał do zapamiętanej chwili narrację upartej pamięci. A zatem – jeśli siedzę i myślę, jak to było i jak to zapisać, w głąb czego ja właściwie wchodzę? Samego siebie? Czy tamtej rzeczywistości, której już nie ma, bo rzeczywistość może być tylko aktualna? Nad czym ja myślę: nad prawdą przeszłości, czy nad zwykłym kłamstwem?

    Cofnął nagranie, otwarł dokument z notatkami i porównał. Tak jak poprzednio, zgadzały się słowo w słowo. Zsunął słuchawki na szyję i ciężko opadł na oparcie fotela.

    Miałem rację – westchnął z egzystencjalną głębią.

    Ale nie dodawaj „jak zwykle” – poprosił umysł.

    Nie miał zamiaru. Były mocniejsze i bardziej satysfakcjonujące sposoby. Przedstawi jej dowód namacalny i niepodważalny, i wtedy zobaczymy, jaki obrót przybierze dyskusja wokół równowagi psychicznej. Przekonajmy się wreszcie, kto tu jest normalny.

    Z ręką na klamce zatrzymał się w pół kroku. Nie, to nie był najlepszy pomysł. Mógłby być najlepszy w sytuacji optymalnej, to znaczy kiedy płytka odtworzy nagranie trzeciego rozdziału dokładnie tak samo, jak to zrobiła przed chwilą. A co, jeśli nie? Na kogo wyjdzie, kiedy znowu z głośników popłynie co innego? Co będzie z jego normalnością?

    prof. Krzysztof Zajas

    Doszedłszy do przekonania, że domowy prokurator następnym razem nie będzie już tak wyrozumiały i potraktuje jego recydywę z należytą surowości (czytaj: wyśle go na badania psychiatryczne), usiadł z powrotem przed komputerem i odsłuchał po raz trzeci. I znowu wszystko się zgadzało. Słowo w słowo. Wrócił do rozdziału pierwszego – pierwszy cytat również tam był, jak gdyby nigdy nic. Najwyraźniej jego zapiski pojawiały się tylko wtedy, kiedy słuchał sam. Ale pojawiały się NAPRAWDĘ! Co robić?

    Wtedy jego wzrok padł na telefon komórkowy i profesor Zawijas doznał olśnienia. Zadzwoni do żony i puści nagranie przez telefon! Już wybierał numer, gdy jego uwaga zatrzymała się na ikonce dyktafonu. Ten pomysł wydał mu się jeszcze lepszy, ponieważ eliminował podejrzenie oszustwa (dawał możliwość wielokrotnego powtórzenia dowodu) i zostawiał trwały ślad. Myśląc z wdzięcznością o córce, która wyciągnęła ikonkę z folderu aplikacji na ekran i namawiała go do używania dyktafonu na wykładach (wiesz, papciu, dla lepszej pamięci), włączył oba urządzenia i zapadł się w fotelu, zasłuchany we własne filozoficzne dywagacje. Wydawały mu się coraz ciekawsze.

    Po zakończonej pełnym sukcesem sesji nagraniowej udał się do sypialni małżonki i puścił plik wprost z komórki.

    Co to jest? – spytała spod kołdry, wyłączając palcem swój odtwarzacz kompaktowy. Słuchała Idioty Dostojewskiego.

    Pokręcił głową na znak, żeby nic nie mówiła i pogłośnił smartfona. Przybrał minę zasłuchanego melomana, który kocha nie tyle płynącą z głośnika muzykę, ile swoje dla niej uwielbienie, co go wywyższa i czyni z niego istotę na co dzień obcującą z czystą prawdą sztuki…

    Nikt również nie przewidział, że sir Peter North Sundick pozostanie na swoim kapitańskim mostku do końca, do ostatniej chwili, kiedy już cały dziób znajdzie się pod wodą i nad powierzchnię rozszalałego żywiołu wznosić się będzie jedynie opasły zad parowca, bezwstydnie wypięty w zagniewane niebo jak zadek gigantycznej i niewątpliwie tonącej krowy…

    Rzeczywistość w sypialni zamarła. Mordercza cisza wchłaniała wszystko z siłą kosmicznej próżni. Ktoś obserwujący teraz przemiany twarzy Aleksandra Zawijasa potrzebowałby sporo dobrej woli, by uwierzyć w jego profesorskie kompetencje. Była kompletnie zbaraniała.

    Pierwsza sylaba z ust żony wytrąciła go z odrętwienia.

    Dlacz…

    Wcisnął smartfona do kieszeni bluzy i wybiegł z sypialni. Zderzył się z drzwiami gabinetu, ledwie je widząc w zamroczeniu. Był nie tylko osłupiały, ale i wściekły. Po jakiego diabła bawił się w to idiotyczne nagrywanie? Po co w ogóle chciał cokolwiek udowadniać?

    Niewiele myśląc grzmotnął telefonem o podłogę (który odbił się od dywanu i bez szkody wylądował, ponieważ był w oprawce), po czym sięgnął do odtwarzacza po płytkę. Przez chwilę miał ochotę połamać ją i wyrzucić do śmieci (spalić w kominku!) i później wiele razy żałował, że tego nie zrobił. Zamiast tego usiadł na łóżku i wziął trzy głębokie oddechy. Przyjrzał się jej.

    O co tu chodzi, laluniu?

    Płytka milczała. Udawała zwykły giętki krążek z tworzywa sztucznego z napisem CEGIELNIA, wydrukowanym bez większej staranności, jakby całość była dziełem producenta-amatora. Wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę, jakby chciał ją przyłapać na jakimś kolejnym oszustwie, ukrytym geście, sprytnym ruchu za jego plecami, którym wykazałaby dobitnie, że jednak zwariował. Milczała. I nie poruszyła się. Oczywiście, że nie, przecież nie mogła. Była martwa.

    A ty jesteś normalny”, powiedział do siebie profesor Zawijas i nieco się uspokoił. Kiedy wyrównał oddech, podkusiło go, by spróbować jeszcze raz. To jedna z cech intelektualistów – dłużej niż inni upierają się przy swoim. Profesor należał jednak nie tylko do intelektualnej elity narodu, ale również do niezliczonej rzeszy tchórzy, więc po wahaniach postanowił odłożyć kolejny test do jutra. Jeśli mu znowu nie wyjdzie, nikogo już nie zdoła przekonać o swojej normalności. Nawet samego siebie. Rzucił płytkę na blat biurka, jakby była chusteczką, w którą właśnie wydmuchał nos, po czym powoli i starannie przebrał się w piżamę z jakiegoś powodu bojąc się, że może stracić równowagę i upaść.

    Już straciłeś równowagę – powiedział na głos jego umysł. – I bynajmniej nie jestem jedynym w tym domu, który tak uważa.

    Zamknij się!

    Umysł posłusznie zamilkł.

    Kołdra była w środku zimna, a poduszka niewygodna. Nie mógł ogrzać stóp, choć był dopiero koniec września (września? dlaczego Jacek przez telefon powiedział „sierpień”?), a sztuczne wypełnienie poduszki obfitowało w zgrubienia i węzły. Wiercił się pół nocy, drugie pół przeleżał z otwartymi oczami i brzęczącymi w uszach słowami powieści, którą obolały mózg w kółko odtwarzał. Rano czuł się jak na gigantycznym kacu i kiedy spojrzał w lustro, zobaczył opuchniętego demona z tego kręgu piekła, w którym alkoholików smaży się na teflonowych patelniach bez tłuszczu. Jego Madejowe łoże przypominało miejsce egzorcyzmów.

    Gdy pozbierał z podłogi ubranie i wychodził pod prysznic, zadzwoniła cudem ocalała komórka.

    Dzień dobry, z tej strony inspektor Madej. Czy mam przyjemność z profesorem Aleksandrem Zawijasem?

    Przepraszam, jak nazwisko? – wykrztusił gapiąc się na skopaną pościel.

    Florian Madej – powtórzył cierpliwie głos w słuchawce. – Jestem inspektorem w Wydziale Kryminalnym małopolskiej policji.

    Słucham, o co chodzi?

    Wcale nie miał zamiaru słuchać, po prostu wypowiedział odruchowo to, co się zwykle mówi w podobnych okolicznościach. Jego zmęczenie odzywało się bólem w każdym mięśniu ciała, miał wrażenie, że jeszcze trochę postoi z telefonem przy uchu i runie na podłogę jak długi. Będzie dobrze, jeśli w szpitalu zdołają mu przywrócić przytomność. O ile Magda na czas wezwie karetkę, ponieważ od wieczora więcej do niego nie zajrzała. Zaczął już nawet kombinować, jak by tu upaść z najmniejszą szkodą dla kości i doszedł do wniosku, że najlepiej byłoby ugiąć kolana i w miarę możliwości płynnie usiąść na tyłku. Musi to kiedyś poćwiczyć. I zadzwonić do Jacka.

    Zanim wyjaśnię, chciałbym najpierw o coś spytać. Pan jest polonistą, specjalistą od literatury współczesnej, prawda? Dobrze mówię?

    Tak. Proszę w końcu powiedzieć, w czym rzecz.

    Miał wrażenie, że po tamtej stronie słyszy głośniejszy oddech, który wypełnił dwie sekundy ciszy, nim padło pytanie:

    Czy zna pan powieść pod tytułem Cegielnia?

    Zamroczyło go. Docisnął czoło do ściany i przytknął kciuk do skroni. Pulsowała jak jaszczurka.

    Halo? Jest pan tam?

    Przepraszam… Tak, jestem. Niech mi pan powie… jest koniec miesiąca, ale którego?

    Hmm, jakby to powiedzieć: tego, co jest zawsze na końcu września.

    Profesor Zawijas już nie słuchał. Ugiął kolana i płynnie usiadł na tyłku.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #4

    4.

    Z konsekwencjami stłuczki uporali się dosyć sprawnie. Kobieta z białego bmw grzecznie podpisała papiery i jeszcze ze trzy razy przeprosiła za kłopot, więc profesorowi Zawijasowi nie pozostawało nic innego, jak wielkodusznie jej wybaczyć, zwłaszcza że gwałtownym hamowaniem przyczynił się do wypadku. O czwartej popołudniu był już w domu, akurat na obiad. Astrę odholowała firma ubezpieczeniowa, przy czym pewien kłopot sprawił brak dowodu rejestracyjnego. Od paru miesięcy nie trzeba go było mieć przy sobie i profesor z ulgą usunął go z portfela. Tymczasem system komputerowy nie działał jak należy i sprawdzanie tożsamości oraz aktualnej polisy trochę zajęło. Kiedy wciągali astrę na lawetę, nie omieszkał zabrać z odtwarzacza płyty z audiobookiem. Wsuwał ją do kieszeni ostrożnie, trzymając w dwóch palcach, jakby się bał, że go ugryzie. Zajście drogowe bynajmniej nie osłabiło ekscytacji dziwną treścią powieści, zawierającej jego własne notatki sprzed lat. Siedział nad zupą w jadalni i gapił się w błyszczącą płytkę, a wielki znak zapytania rozświetlał jego profesorski umysł.

    Jedz – ponagliła żona. – Czemu nie jesz? Nie smakuje ci?

    Smakuje. Zamyśliłem się.

    Energicznie nabrał łyżką pomidorowej na znak, że smakuje.

    Nie przejmuj się tym wypadkiem – pocieszała żona. – Przecież masz auto casco. Oni płacą, nie ty.

    Zmilczał uwagę, nie dotykała jego myśli. Wypadek oddalił się i zniknął w zakamarkach podręcznej pamięci, gdzie rzeczy błyszczą na chwilę i zaraz się rozmywają. Nie mogąc się doczekać reakcji, żona wzruszyła ramionami i również zamilkła. Nie na długo.

    Byłeś na terapii?

    Uhm.

    I co ci powiedzieli?

    Że jestem stuknięty.

    A coś, czego nie wiem?

    Że książek można też słuchać, nie tylko czytać.

    Dlatego kupiłeś tę płytę z audiobookiem?

    Uhm.

    I jak?

    Co jak?

    No, jak słuchanie literatury?

    Miałem wypadek.

    Myślisz, że to dlatego?

    Zaskoczyła go. Tak jeszcze o tym nie pomyślał. Czy faktycznie się zagapił, zasłuchany we własne słowa sczytywane przez lektora z obcej, anonimowej powieści? Nie mógł zaprzeczyć, że tył autobusu nagle wyrósł przed nim nieco jakby z powodu audiobooka; zamiast patrzeć na drogę, wytrzeszczał oczy na wyświetlacz w samochodzie. Zarazem trudno było twierdzić, że MIAŁ WYPADEK, BO SŁUCHAŁ. Z jeszcze innej strony, miał wypadek nie dlatego, że w ogóle słuchał, tylko dlatego, że usłyszał własne słowa wmontowane w cudzą powieść. Czy to coś zmieniało? I tak, i nie. Miał wypadek, bo słuchał.

    Zasnąłeś? – spytała żona z obojętną miną, jakby chodziło o więcej maggi do zupy.

    Nie, oczy mam otwarte. Zamyśliłem się.

    Gdybyś miał zamknięte, tobym nie pytała. Coś długie dzisiaj to twoje zamyślenie.

    Żona nie odpuszczała łatwo i jak już weszła na jakiś temat, drążyła bezlitośnie. Było w tym coś z wgryzania się w cudze wnętrzności. „Wiercić dziurę w brzuchu” to całkiem niezła fraza.

    Bo i dzień długi. Słuchaj, Magda, pamiętasz te moje notatki do powieści? Pokazywałem ci kiedyś tam, no… jakiś czas temu. To się miało nazywać Stary młyn. Kojarzysz, o co mi chodzi?

    www.unsplash.com/Dan Dimmock

    Tak – cięła krótko. – Miało się nazywać, ale się nie nazywa. Nie skończyłeś. Czyli nie ma. Zresztą, może to i lepiej.

    Nie pytam cię teraz o…

    Uniosła obie dłonie do góry.

    Okej, cofam ostatnie zdanie. Co z tymi notatkami?

    Chciałem się upewnić… spytać, czy do nich zaglądałaś może ostatnio. Otwierałaś, albo wysyłałaś komuś mejlem…

    A po co miałabym to robić?

    Nie wiem, tak pytam, żeby się upewnić. Nie zaglądałaś, co?

    Pani profesorowa, która była w połowie mielonego, zwanego u nich ze śląska sznyclem, odłożyła widelec. Nie musiała tego robić, jej wzrok wystarczył w zupełności. Och, nie było w tym złości, tylko coś znacznie gorszego: rozbawienie.

    Nie jestem pewna, czy cię dobrze zrozumiałam, kochanie. Chodzi ci o to, czy pod twoją nieobecność skrycie podczytuję notatki do genialnej powieści A. K. Zawijasa pod jakże ekscytującym tytułem Stary młyn? O to pytasz?

    Odstawił talerz z zupą (jadał wolniej niż żona) w obawie, że łyżka wyśliźnie mu się ze spoconej dłoni i zadzwoni o tanią porcelanę.

    Niezupełnie – podjął trudne wyjaśnienia. – Ale może zacznę od początku. Kupiłem dzisiaj ten audiobook – pokazał palcem Cegielnię – i w drodze powrotnej na próbę włączyłem. Wyobraź sobie, że w pewnym momencie… nie wiem, jak to powiedzieć…

    Najlepiej wprost – podsunęła żona.

    To znaczy, w pewnym momencie usłyszałem swoje notatki. Dokładnie tak. Lektor czytał zwyczajną, trochę nudną powieść i nagle zaczął mówić zdania, które brzmiały znajomo. Najpierw sądziłem, że mi się zdaje, wiesz, zmęczenie i nerwy w korku. Cofnąłem dwa razy i było dokładnie to samo – moje zdania z notatek.

    Słowo w słowo?

    Tak, słowo w słowo.

    Pani Magdalena Zawijas, która nie lubiła swojego przybranego nazwiska i do dziś żałowała, że nie została przy eleganckim panieńskim Janowska, podsunęła mężowi talerz z drugim daniem (zamiast sznycla jajko sadzone, ponieważ profesor od niedawna przeszedł na wegetarianizm) i usiadła z błyskiem nowego zainteresowania w oczach.

    Poważnie? Sprawdziłeś?

    Skinął głową. Nie musiał sprawdzać, od ciągłego przeglądania znał swoje notatki na pamięć, do czego bał się przyznać. To byłoby jak sypanie prochu w lufę armaty skierowanej prosto w twarz.

    Tak, sprawdziłem, teraz przed obiadem. Wszystko się zgadza co do joty. Dziwne…

    Wolał, żeby przypuszczenie o kradzieży wyszło od niej, w przeciwnym razie ilość prochu w wycelowanej w jego twarz armacie mogła jeszcze wzrosnąć. Potrzebna była sugestia. I przyniosła efekty.

    Mogli ukraść przez internet – powiedziała wolno profesorowa. – Jacuś mówił, że teraz to powszechne. Dużo skopiowali?

    Słyszałem jeden akapit, ale to dopiero pierwszy rozdział.

    A o czym jest ten akapit?

    Chrząknął i włożył do ust sporego ziemniaka, żeby go pożuć chwilę i mieć czas na przemyślenie odpowiedzi.

    O czasie, upływie czasu, o wieczności i Bogu. Takie tam…

    Okropnie się wstydził. W streszczeniu jego błyskotliwe spostrzeżenia brzmiały beznadziejnie. Proza pryszczatego licealisty.

    A co o Bogu? – dopytywała żona.

    W jej umyśle najwidoczniej zarysowywała się jakaś interpretacja, bo sama sobie odpowiedziała:

    A wiem już, pewnie o tym, że nie płynie w czasie i dlatego nie istnieje. Niebezpieczne. Był taki już wcześniej, Nietzsche. Też zwariował.

    Co znaczy też?!”, chciał krzyknąć. Ugryzł się w język. Żona piła do jego własnego żartu sprzed paru minut. Zamiast tego podjął się, zupełnie niepotrzebnie, sprostowania.

    Nietzsche nie mówił, że Bóg nie istnieje, tylko że umarł. To coś innego. A właściwie dokładnie przeciwnego do tego, co miałem na myśli…

    Dobrze, dobrze – przerwała mu. – Puść mi ten fragment.

    I zanim zdołał zaprotestować (w głębi duszy czuł, że nie powinien żonie puszczać TERAZ tego audiobooka), poderwała się z krzesła i ująwszy płytę w dwa palce ruszyła do odtwarzacza w salonie.

    Poczekaj! Posłuchamy u mnie w gabinecie. Porównamy od razu z notatkami. Wiesz, żeby mieć pewność.

    Po chwili wahania przyznała mu rację (rzadka sprawa) i grzecznie czekała (jeszcze rzadsza sprawa) w jadalni, aż skończy obiad. Potem zrobili sobie ziółka na trawienie i z kubkami w ręku, jak uczestnicy tajnego obrzędu, w aromacie parzonego kopru włoskiego i dziurawca ruszyli schodami na piętro. Profesor przepuścił małżonkę przodem i ze wzrokiem wbitym w jej całkiem jeszcze jędrne pośladki rozważał, czy dobrze robi wtajemniczając ją w tę sprawę. Coś mu podszeptywało, że nie. Powinien ją zmilczeć i najpierw zbadać w samotności, na odwrót było już jednak za późno. Żona, majestatycznie jak kapłanka, kroczyła po schodach z magicznymi ziołami w jednej ręce i z przedmiotem ofiarnym w postaci płyty CD w drugiej. Niosła ją na płask, ostrożnie, jak dar dla mrocznego bóstwa. Nie znał nikogo, kto mógłby jej teraz przeszkodzić w przeprowadzeniu zaplanowanej operacji. Musiał też przyznać, że wyglądała imponująco. Nawet podniecająco. Ten wirujący tyłek…

    www.unsplash.com/Phil Hearing

    Z pewnym ociąganiem włączył komputer i po zalogowaniu otwarł folder o nazwie STARY MŁYN.

    Jakie masz hasło? – spytała żona.

    Słońce, hasła są po to, by inni ich nie znali.

    Nie w tym rzecz, Księżycu. Skoro się włamali, to nie było specjalnie trudne. Mam nadzieję, że trudniejsze niż twoja data urodzenia. Włamywacz musiał je – jak mówi nasza córka – rozkminić. Skoro masz wszystko zabezpieczone hasłem…

    Tylko ona potrafiła wypowiedzieć słowo „wszystko” w taki sposób. Od razu czułeś się jak krętacz, chytrze skrywający swoje brudne tajemnice pod hasłem, którego nie chce jej podać. Jej rozumienie wzajemnego zaufania sprowadzało się do tego, że ty jej mówisz wszystko, a ona tobie tyle, ile zechce. Przepis na małżeństwo doskonałe.

    Na skali trudności świeciło się na pomarańczowo. Czyli dość trudne.

    To znaczy, że złodziej, który tak wysoko ocenił twoje notatki, musiał być niezłym hakerem – podsumowała. W domyśle: na literaturze gość nie znał się w ogóle.

    Zbył jej uszczypliwości i w milczeniu przeglądał zapiski w poszukiwaniu tamtego akapitu. Rozpoczynał się dokładnie tak, jak w Cegielni: „Gdyby nie było czasu, nie wiedziałbym, że te drzewa tak stoją i stoją, chmury po niebie płyną i płyną…” – słowo w słowo. Czyli to nie było złudzenie. Słyszał je naprawdę.

    Magda przysiadła na taborecie i również wczytywała się w notatki. Łatwa, kuchenna złośliwość ustąpiła miejsca autentycznemu zainteresowaniu. Udało mu się ją zaintrygować. Nieco podniesiony tym faktem na duchu, włożył płytę do stacji CD i oboje w napięciu wsłuchiwali się w szum uruchamianego czytnika. Brzmiał jak zakłócenia w starym kineskopowym telewizorze, albo jak szum rakiety startującej z przylądka Canaveral w relacji NASA sprzed czterdziestu lat.

    Szum to chaos, kosmiczna pustka. Z niej może się wyłonić wszystko: najlepsze i najgorsze. Żachnął się. Myśl głupia i jakby obca. Nie wiedział, dlaczego mu się pomyślała.

    Zwykle audiobooki mają na wstępie krótki rozdzialik z podstawowymi informacjami: tytuł, autor, wydawnictwo, nazwisko lektora i tak dalej. Tu nie było czegoś takiego, tekst od razu rozpoczynał się od opisu leśnej drogi, którą utrudzony wędrowiec zmierzał do samotnego domostwa na skraju lasu. Czekali tam na niego życzliwi i dobrzy ludzie, o czym stanowiły następne minuty. Oboje z żoną słuchali w milczącym napięciu, Magda co jakiś czas przygryzała naskórek przy paznokciach.

    Gdzie to jest? – spytała spluwając dyskretnie kawałkiem skóry na podłogę.

    Zaraz będzie – uspokoił ją. – Jeszcze troszkę.

    Z jego wyliczeń wynikało, że to powinna być dziesiąta, jedenasta minuta nagrania. Tyle czasu zajmowało przejechanie samochodem z ulicy Grodzkiej na ulicę Konopnickiej, z uwzględnieniem tradycyjnego korka na moście Grunwaldzkim. Zresztą, w jego pamięci wyraźnie zapisał się licznik z dziesiątką i przeskakującymi kolejnymi sekundami, tuż przed całym zamieszaniem ze stłuczką. Dlatego z rosnącym niepokojem przyglądał się maleńkim cyferkom na pasku odtwarzania, gdzie minęła już nie tylko minuta dziesiąta, ale i jedenasta, dwunasta, trzynasta… Po osiemnastu minutach skończył się rozdział pierwszy i rozpoczął następny. Licznik ruszył od zera.

    Czy nie mówiłeś, że to było zaraz w pierwszym roz…

    Tak, mówiłem! Musi tu być!

    Prawie krzyczał. Chciała coś powiedzieć, ale powstrzymał ją ruchem dłoni i puścił jeszcze raz od początku. Słuchali w jeszcze większym skupieniu, Magda już nie gryzła naskórka. Dojechali do końca i nic. Opowieść całkiem spójnie oddawała przyjazd samotnego wędrowca do domu życzliwych ludzi, pozbawiona nie tylko filozoficznych dywagacji o czasie, wieczności i nieistnieniu Boga, ale w ogóle wszelkich dygresji. Zwykła opowiastka. Profesor wgapiał się w panel winampa z narastającym zdumieniem.

    Olek… – zaczęła nieśmiało żona. – Nie ma tego…

    Słyszę – burknął. – To znaczy, nie słyszę. Nie wiem, co się stało.

    Tekst powieści był spójny i obcy. Nie wybrzmiał ani tamten akapit, ani choćby jedna krótka fraza z zapisków profesora. Przez chwilę milczeli oboje, ale ich uwaga nie była już skupiona na sączącej się nadal z głośników opowieści. Każde z nich na swój sposób i wedle najdogodniejszej dla siebie logiki próbowało wyjaśnić przyczyny narosłej konfuzji. On doszedł do wniosku, że pod wpływem zamyślenia wspomnienie własnych słów nałożyło mu się na słuchany tekst i później nie potrafił się już pozbyć autosugestii. Ona z kolei doszła do wniosku, że mąż głęboko przeżył psychoterapię, uwolnił w sobie mnóstwo nowej energii i w samochodzie przeżywał coś w rodzaju duchowego resetu. Dlatego częściowo stracił kontrolę nad samochodem. Echem tego wstrząsu był lichy dowcip: „Jestem stuknięty”.

    Olek, szczerze mówiąc… nie wiem, co powiedzieć…

    To nie mów – odparł. – Ja też nie będę. Muszę się położyć.

    Ale powiedz mi, jak to miało być, że wsiadłeś do samochodu i co…

    Nie – uciął. – Nie teraz. Jestem zmęczony.

    Ostentacyjnym gestem wyłączył komputer i niemal wypchnął ją z gabinetu. Gdy tylko zamknął za nią drzwi, opadł na łóżko i wlepił oczy w sufit. O spaniu oczywiście nie było mowy. Musiał to jeszcze raz gruntownie przemyśleć.

    Co tu się właściwie stało?

  • Co nowego w instytucie grozy

    Przedwczoraj wieczorem, w dniu siedemdziesiątych drugich urodzin Stephena Kinga, skończyłem czytać jego najnowszą powieść Instytut. Nie żebym rytuał odprawiał, tak się złożyło. Skończyłem, zamknąłem i zapadłem w podszyte niepewnością zamyślenie. O czym to było? To znaczy, wiem, o czym było. Stosunkowo łatwo streścić historię o dzieciach porywanych dla ich parapsychicznych zdolności i wykorzystywanych do brudnych, politycznych celów. Ale co właściwie Mistrz Grozy chciał nam tą kompletnie niewiarygodną historyjką opowiedzieć? Bo on tak pisze: niby duchy, zjawy, złe moce i zombie, ale w gruncie rzeczy są to opowieści o złu w człowieku, jak najbardziej realnym i dobrze nam znanym. O czym więc tak naprawdę jest Instytut?

    Żeby było jasne – powieść jest jak najbardziej do czytania. Kto zna Zajasa, wie, że pod jego piórem to niebagatelny komplement. Większość tego typu literatury nie przechodzi u niego próby dwudziestu stron, nieliczne przechodzą pięćdziesiątkę, do stu dochodzą wyjątki. Tu King – szaman wciągającej narracji – podtrzymuje swoją sławę i zasysa czytelnika od początku jak odkurzacz. Wystarczy przeczytać pierwsze trzy strony, by się o tym przekonać. Niby zwykła scenka w samolocie, taka serialowa obyczajówka z agentami w tle i głównym bohaterem – a jakże – działającym inaczej niż reszta, a już jesteś uwiedziony. Już chcesz czytać dalej i dalej, i tak aż do końca. Świetne charaktery, odpowiednio dozowane napięcie, narastająca dziwność i groza, a w finale ogromne bum, godne najlepszych scen katastroficznych. I oczywiście sentymentalny epilog, czyli moja ulubiona wisienka na torcie.

    Kto się oczytał w Kingu – a jest nas legion – ten ma w pamięci zestaw jego podstawowych konceptów fabularnych. Wiele z nich znajdziemy również w Instytucie. A zatem: dzieci o specjalnych zdolnościach (Carrie, PodpalaczkaLśnienie, itd.), parapsychologia (Strefa mrokuPrzebudzenie, Doktor Sen, itd.), podejrzane eksperymenty na ludzkich mózgach (znowu Podpalaczka, Łowca snów), samotny bohater, który wbrew okolicznościom i całemu otoczeniu ratuje z opresji dzieciaków, bo tak trzeba (Mroczna wieża), ale i wspólnotowa solidarność ofiar, która daje im siłę (Bastion, To). Innymi słowy, płyniemy swobodnie przez dobrze znane Kingowskie uniwersum, rozkoszując się powrotami do ulubionych konceptów i utwierdzając w przekonaniu, że on wciąż pisze specjalnie dla nas, a my nadal go kochamy.

    Nieodmiennie fascynuje mnie jego narracyjny geniusz. Jak on to robi? Przecież te pomysły są już do cna zgrane! Wszystko już było opowiedziane tysiąc razy – upiory wyskakiwały z ciemności, a przedmioty spadały ze stołów na tyle różnych sposobów, że powinny nas nudzić i śmieszyć na przemian. A jednak. Siedzimy i czytamy nawet wtedy, gdy już wszystkie zagadki rozwiązaliśmy i wiemy, do czego to wszystko zmierza. Cholibka, dlaczego?

    Gdzieś ponad tym snuje się sama opowieść. Swobodna, luźna opowieść o Ameryce, niby fikcyjnej (jak w wielu poprzednich książkach, miasta trochę się zgadzają, a trochę nie), ale jednak prawdziwej do najdrobniejszych szczegółów. Mały uciekinier, schowany w towarowym wagonie, jedzie pociągiem przez wschodnie wybrzeże spod kanadyjskiej granicy aż do Południowej Karoliny i przez szparę w drzwiach ogląda sobie widoki. Niby nic, ale jest to napisane tak, jakbyśmy razem z nim tam siedzieli i patrzyli jego oczami na mijane w jednostajnym stukocie wioski, pola kukurydzy, opustoszałe stacje kolejowe z zardzewiałymi bocznicami. Jak powiedzieć, że chłopiec jest głodny? Patrzy na robotników jedzących pączki i mimo przerażenia niemal chce, żeby go znaleźli wśród pudeł w kącie, co jest dla niego śmiertelnie groźne. Ale może mu dadzą jeść i pić. Przerażenie i zwierzęce pożądanie w jednym. A co najlepsze, to wściekle sprzeczne pożądanie zostaje zaspokojone – w końcu odkryli go i dali jeść.

    Chcę powiedzieć, że jest mistrzem szczegółu. Takich scen, kapitalnie prawdopodobnych psychologicznie, jest u niego bez liku i one same wystarczyłyby na całkiem porywającą powieść. Ale jest też mnóstwo scen zupełnie nieprawdopodobnych psychologicznie, czasem wręcz absurdalnych i zatrącających o jarmarczny spirytyzm. I wiecie co – działa! Kupujemy je, ponieważ King był tyle razy wiarygodny i realistyczny, że w apogeum narracyjnego napięcia może sobie pozwolić na każdą bzdurę. Tak jakby jednym kupował sobie prawo do drugiego. Nietzsche mawiał, że prawda obiektywna nie istnieje, ale w kwestii prawd szczegółowych powinniśmy być absolutnie precyzyjni. Coś w tym jest.

    King nie byłby Kingiem, gdyby się swoim pisaniem horroru nie bawił. Jako urodzone zwierzę pisarskie nie może sobie odmówić żonglowania aluzjami literackimi i rozmaitego rodzaju intertekstualnymi zaczepkami, także do własnych książek. I tak mamy mojego ulubionego Dostojewskiego (s. 75), mamy siostry bliźniaczki z Lśnienia i Ręki mistrza (s. 120 i 206), spóźnionego na ważne spotkanie królika z Alicji w Krainie Czarów (s. 225), cytaty z wierszy Johna Keatsa (s. 227) i Samuela T. Coleridge’a (s. 414), a także bajkę o Jasiu i ziarnku fasoli oraz orków z Tolkiena. Tyle wynotowałem, uważni czytelnicy na pewno znajdą więcej.

    Pojawiają się też, jakżeby inaczej, „weseli klauni z balonami” z To (s. 140). Nawiasem mówiąc, widzieliście już drugi rozdziałTo w kinach? Opinie są bardzo różne, zwykle niedobre, mnie się średnio podobało i wolałem rozdział pierwszy (zakochałem się w Bev!). Ale jakbyście nie mieli innej motywacji, idźcie dla samego Stephena Kinga, który w jednej scenie osobiście gra starego antykwariusza ze Sklepiku z marzeniami. Wyborny epizodzik!

    Znaczy się, jest wszystko, co powinno być. Dlaczego więc po zakończeniu upojnej lektury drżę i trwam w miłosnym niezdecydowaniu? Co mnie – dogłębnie wessanego odbiorczo w fikcyjny świat powieści – powstrzymuje przed euforycznym wyciem?

    Po pierwsze, miałem wrażenie, że ostatnie dwadzieścia stron jest niepotrzebne. W ciągu całej opowieści wielekroć pojawiały się napomknienia o globalnym systemie wykorzystywania dzieci, o nieludzkim programie rządowym i jego fałszywych, niby-moralnych uzasadnieniach, zatem łopatologiczne ich wykładanie na końcu, kiedy opadł kurz wielkiego bum, niczego nowego nie wnosi. Mógł sobie darować. Wiem, poprawianie Mistrza to bluźnierstwo i będziesz, Zajas, boleśnie pokarany nieudolnością własną, ale trudno. Niepotrzebne i już. King sam się nabijał z Billa Denbrough w To, że nie umie pisać dobrych zakończeń, czyli dobrze wie, o co w tej zabawie chodzi. Najlepiej z nas wszystkich. Jedyne, co go usprawiedliwia, to pozycja hegemona, który może napisać cokolwiek.

    Po drugie, te teorie o ogólnoświatowym spisku przeciwko uzdolnionym dzieciom niebezpiecznie balansują na granicy paranoi. King ma zawór bezpieczeństwa w postaci zwariowanej Annie, która te spiskowe teorie głosi, ale coś tu zgrzyta. Gdyby sobie odpuścił łopatologiczne wyjaśnienia i zostawił te mroczne siły w sferze niedopowiedzeń, wyszłoby to powieści na dobre. Takie mam wrażenie. Owszem, nasza epoka pełna jest zwariowanych teorii, także fake teorii, ale może właśnie dlatego mistrzowie powinni się ich wystrzegać. Haracz spłacany wymogom kompozycji, trzeba domknąć i powyjaśniać, wiem, niemniej jednak… Jak powiada King: „Niemądra koncepcja, ale w dobry sposób” (s. 434).

    A zatem – O czym jest Instytut? Dla obrony tej szalonej parapsychicznej wizji (żeby się Zajas nie smażył w piekle za czepialstwo), szukam tak zwanej wielkiej metafory. Świat jest w łapach globalnych sił, które nas bezlitośnie drenują z tego, co najlepsze, odbierają przyszłość naszym dzieciom, a je same zamieniają w bezwolne manekiny, tłumacząc to wszystko tanim kitem o ratowaniu ludzkości. Możemy się obronić jedynie solidarnym działaniem wspólnoty dobrych ludzi, którzy chcą naprawdę uratować świat – przed tamtymi fałszywymi zbawicielami. System kontra człowiek. Fałsz i zbrodnia naprzeciw szczerości i dobra. Poświęcenie jednostki dla grupy, dla przyjaciół, dla przyszłości. W jedności siła. Potężna. Mogąca przenosić góry – dosłownie.

    Wiem, brzmi jak agitka przedwyborcza, ale nie poradzę. Taką wielką metaforę wyczytałem z najnowszej powieści Stephena Kinga, więc ją przedkładam i jako ostrzeżenie, i jako zachętę. Co odpowiada niesamowitemu klimatowi powieści, który jest i budujący, i dołujący zarazem. Trochę tak, jakby zmieszać Juliusza Verne’a z Drogą McCarthy’ego i Władcą much Goldinga. Eksplozja gwarantowana.

    I jeszcze trochę mojej prywatnej parapsychologii. W Wiatrakach jest taka scena, kiedy Krzycki zdejmuje bandaż z głowy Dudasa i zakłada na własną, żeby zmylić zasadzających się na niego gangsterów. Bardzo podobny chwyt jest w Instytucie: bohater zamienia się czapeczką ze złą wiedźmą, która musi zginąć. Uuch! Siostry bliźniaczki King nazwał imionami Gerda i Greta. Ja w Wiatrakach kombinowałem, czy najstarsza z sióstr Liebner (klucz do całej trylogii) ma być Gerda, czy Greta. Padło na Gerdę, ale i tak przy pisaniu ciągle się myliłem na rzecz Grety. Uuuch! A kiedy w Instytucie doszedłem do zdania o Oświęcimiu: „Ale ludzie w okolicach obozów wiedzieli, co się dzieje” (s. 456), to normalnie zbladłem. Co on, kurde, Oszpicyn czytał? Uuuch! Uaaach! Albo on nadaje na tych samych falach, co ja, albo ja na tych samych, co on. Z dziesięć minut mi zajął powrót do siebie z tej grobli twórczych paraleli.

    Tak to Zajasowi odwala w dekiel, kiedy czyta Kinga. Czego i wam życzę.

    Krzysztof A. Zajas

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #3

    AUDIOBOOK

    3.

    Książki dzielą się na mądre, piękne oraz do czytania. Ta stara jak samo czytelnictwo zasada dotyczy wszystkich, nawet osobników tak niezależnych duchowo, jak profesorowie od literatury. Ci muszą jednak szczególnie uważać z jej praktykowaniem, by nie ulec podejrzeniom, że stosują podwójne miary. To byłby brak profesjonalizmu. Książka gruba i mądra, zadana studentom do domu na ferie, powinna być również czytelniczą rozkoszą. Powinna być do czytania. Cóż, kiedy zwykle nie jest. Jedna na dziesięć, jeśli wykładowca jest w miarę rozgarnięty i zorientowany w oczekiwaniach wychowanków. No, ale to mniejszy problem. Zasada ta boleśnie dotyka bowiem i samych profesorów, którzy przecież zostali profesorami właśnie dlatego, że książki mądre uznali za piękne i warte czytania. Czytali je więc z determinacją, a potem pisali o nich inne, równie mądre książki. Dzięki temu sami czuli się mądrzy i piękni. I ważni. Niepokoje i półświadome podejrzenia, że mogłoby być inaczej, skutecznie neutralizował mechanizm uniwersyteckiego awansu, utwierdzający adeptów nauki, że spełnili wymagania i mądrości, i piękna i poczytności.

    Profesor Aleksander Zawijas radził sobie z tym dylematem następująco: książki mądre i ważne obowiązują każdego dnia do godziny dwudziestej, a później już każdy czyta co chce. On sam preferował mroczną sensację i horrory. Po skromnej kolacji (odchudzał się) zaczynał takiego na przykład Outsidera Stephena Kinga i później z najwyższą niecierpliwością czekał, kiedy następny dzień dobiegnie ósmej wieczorem, by mógł zdjąć z siebie profesorski półpancerzyk praktyczny i podjąć przerwaną poprzedniej nocy lekturę. Powieści Kinga lubił szczególnie. Demony bezkarnie działające w rejonach parapsychologii sąsiadowały tu z cytatami z Dostojewskiego, Szekspira i Eliota. Takie pomieszanie wysokiego z niskim przynosiło ulgę umęczonemu polonistycznemu sumieniu. Niby głupoty i kicz dla nastolatków, ale jednak Dostojewski i Szekspir. W dodatku, co tu dużo mówić, nieźle napisane.

    E tam, nieźle – genialnie! Wciągało jak wir i nie puszczało do późnej nocy. Przezornie profesor Zawijas w drugą stronę nie wyznaczał sobie limitu i niekiedy czytał do czwartej nad ranem. A potem z zaczerwienionymi oczyma biegł na zajęcia, z trudem przypominając sobie po drodze, o którym to z mądrych i pięknych tekstów ma mówić.

    Niestety, Kinga dawno już całego przeczytał, a poszukiwania nowych fascynacji nie szły najlepiej, więc profesor popadł w coś w rodzaju frustracji, z braku powodów do nieczystego sumienia. Chciał nocami grzeszyć, a nie miał czym. Ta skomplikowana figura czytelniczej perwersji spowodowała, że na pewien czas odłożył książki i przerzucił się na gry komputerowe. Satysfakcja z dynamicznej narracji rozbłysła na nowo. Odkrył kilka nowych, wspaniałych światów, cyfrowo powrócił do krainy dzieciństwa, zabił wiele potworów i parę razy został superbohaterem, zbawcą ludzkości oraz królem, a raz nawet arcykapłanem. Ale i to go znudziło. Wrócił do książek, pełen wewnętrznych rozterek i rozdarć. Równowaga jego podwójnej osobowości czytelniczej uległa zachwianiu. W ciągu dnia uniwersytecki dr Jekyll miał się świetnie, zgłębiał teksty naukowe, sporządzał notatki i pisał artykuły do wysoko punktowanych czasopism, ale wieczorami horrorowy Mr. Hyde popadał w rozdrażnienie. Nie było czego czytać. Siadał na taborecie przed regałem z tak zwaną literaturą popularną i wertował kolejne pozycje, jednak bez rezultatu. Wszystko albo już znał, albo było tak słabe, że nie przechodziło testu pięćdziesięciu stron i nie kwalifikowało się do czytania nawet po północy, gdy rozum śpi.

    Przyszła depresja notorycznego głodu. Całodzienny czas wyrzeczeń nie znajdował ukojenia w wieczornej lekturze. Sytuacja nabrzmiała dramatycznie do tego stopnia, że małżonka profesora stanowczo wysyłała go do psychologa, czemu w końcu uległ, bardziej dla świętego spokoju niż wiary w jakąś bibliopsychoterapię.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Nie mam co czytać – mówił do szczupłej psychoterapeutki w dużych okularach, upodabniających ją do kobry. Słuchała, potakiwała, notowała coś na kartce papieru i nic nie mówiła. Lakanistka, pomyślał profesor Zawijas. Daje mi się wygadać, żebym sam doszedł sedna moich problemów, nazwał je i tym samym zneutralizował. A ona posiedzi, pomilczy i poobserwuje mnie przez te żmijaste okulary, po czym zgarnie kasę jak ja za tydzień wykładów. O nie, tak łatwo nie pójdzie.

    Z pełną ubolewania miną zaczął narzekać, że literatura się skończyła, ludzkość przesiadła się na obrazki, a wyobraźnia z tekstualnej zmieniła się w ikoniczną, w związku z czym jego praca oraz życie nie mają już sensu. Nie ma co czytać.

    Mówię pani, nie ma co czytać – powtarzał swoją myśl monotonnie, z obojętną intonacją, co miało wytwarzać wrażenie zawodowego wypalenia.

    To niech pan słucha – odpaliła kiedyś kobra lakanistka. – W końcu czytanie nie jest przymusowe.

    Dla mnie tak. Jestem polonistą.

    Książek też można słuchać.

    Nie, droga pani. Prawdziwe książki są do czytania. DO-CZY-TA-NIA!

    Słyszał pan o audiobookach?

    A pani słyszała o grafomanach? – odpalił pytaniem, choć nie bardzo widział związek.

    Wzruszyła ramionami i zarządziła koniec sesji. Z satysfakcją skonstatował, że udało mu się wyprowadzić ją z równowagi i jego humor nieco się poprawił. Małe zwycięstwo, zwycięstewko, a jednak cieszy. Pożegnał się, zapłacił sto pięćdziesiąt złotych (zdzierstwo!) i wyszedł.

    W drodze powrotnej z upodobaniem przypominał sobie co trafniejsze kwestie, czym mile łechtał swe profesorskie ego. Wytrącić lakanistkę z równowagi to nie byle co. To jak zmusić żółwia do galopu. Nauczyć krowę samby. Zamówić wykład u ryby i przymusić małpy do słuchania.

    Podbudowany swymi ciętymi ripostami zadzwonił do Jacka. Komuś trzeba było dać odczuć tę siłę.

    Co robisz, synku? Zaliczyłeś już całą sesję?

    Tato, jest sierpień.

    I co z tego? Zaraz się skończy i staniesz twarzą w twarz z zagadnieniem przyszłości.

    Została mi grafika. To się zdaje bez uczenia.

    To czemu nie zdałeś?

    Nie miałem czasu.

    Na co nie miałeś czasu? Żeby podejść? Przecież to się zdaje bez uczenia, synuś.

    Zapadła cisza i ojciec Aleksander Zawijas mógł posycić się chwilą.

    Przyjedziesz na obiad? – spytał.

    Dzisiaj nie – bąknął syn. – Mam coś zaplanowane.

    Szkoda. Pokazałbym ci, jak się przechodzi dwunastego kolosa. Słyszysz? Dwunastego!

    Mówił o grze komputerowej, jedynej, w której, jak mu się wydawało, był lepszy od swojego syna. Nie usłyszał jednak żadnej reakcji, więc się pożegnał i skręcił z nawyku do Taniej Książki.

    Mieściła się tuż obok uniwersyteckiego parkingu i nosiła ksywę Tania Jatka. Kupował tu sporadycznie, ale samo przekładanie w rękach tomów, znanych i nieznanych, sprawiało mu niemal fizyczną przyjemność. Są jeszcze na tym świecie takie zboki. Przeszkadzała mu jedynie ciasnota. Trzeba było się wąskim przejściem przepychać wśród innych podobnych jemu książkowych fetyszystów, którzy w nabożnym skupieniu grzebali, wertowali, macali, odkładali i sięgali po następne. Panował tu klimat powszechnej bibliofilskiej manii. Lubił go. No, może jeszcze gdyby powietrze było trochę czystsze. Z reguły pokonywał całą trasę w głąb księgarni, aż do ostatniego regału z nikomu niepotrzebnymi przewodnikami turystycznymi sprzed piętnastu lat, przy każdym dziale zatrzymując się na nie więcej niż pół minuty, po czym wracał, niespiesznie gładząc dłonią grzbiety nieskończonego szeregu ludzkich opowieści.

    Dzisiaj było wyjątkowo tłoczno. Całe watahy oglądaczy i macaczy pochylały się nad stołami z takim zawzięciem, jakby inni nie istnieli. Profesor Zawijas z mamrotliwym „przepraszam” zręcznie przeciskał się między nimi, ale w pewnym momencie zaczepił plecakiem o wąski stojak. Z trzaskiem godnym odpustowych fajerwerków na podłogę posypały się płyty CD. Uczony zaklął całkiem nieuczenie i ze dwie osoby obrzuciły go karcącymi spojrzeniami, więc szybko wrócił do swojego „przepraszam, przepraszam”.

    Ludzie, uważajcie trochę – burknął młody sprzedawca w okularach i z rudą, mało przyjazną brodą. Odepchnął profesora i zaczął zbierać z podłogi rozsypane płyty, by na powrót powkładać je do plastikowych pudełek. Dwa z nich uległy jednak nieodwracalnemu zniszczeniu i chłopak, obracając w dłoni osierocone krążki, mierzył go pełnym wyrzutu wzrokiem.

    Wezmę je – pośpiesznie zadeklarował profesor Zawijas, biorąc od rudzielca obie płyty.

    Niech pan poprosi przy kasie o nowe pudełka – powiedział sprzedawca takim tonem, jakby mówił: „niech pan sprzątnie to gówno”, po czym oddalił się w głąb sklepu. Winowajca chciał jeszcze raz przeprosić i podziękować, ale już nie było komu. Z niejasnym zawstydzeniem zbliżył się do kasy i położył płyty na ladzie, a gdy kasjer zaczął szukać zastępczych pudełek, nerwowo zaprotestował. Weźmie tak. Gdy tylko na wyświetlaczu kasy pojawiła się kwota 9,98, rzucił dziesięciozłotowy banknot na ladę, porwał płyty i niemal uciekł ze sklepu. Uff, ale fajans. Zakup roku, normalnie. No buchacha, profesorze.

    www.unsplash.com/Alex Bello

    Dopiero kiedy usiadł w samochodzie i odprężył się łykiem wystygłej kawy z termicznego kubka, obejrzał mimowolny nabytek. Na jednej płycie była składanka kolęd w wykonaniu zespołu „Leśne nutki” i tę od razu wyrzucił przez okno. Niech sobie znajdzie nocny stróż i posłucha w cichą, świętą noc. Na drugiej dużymi literami napisane było CEGIELNIA, pod spodem mniejszymi: czyta Jan Nowak. Audiobook. Bez nazwiska autora. Wyglądało na bezczelną podróbkę, taką, co to w fabryce w Bangladeszu tłuką po nocach wykorzystywane dzieci, gdy szefostwo idzie do domu. Nazwisko lektora powalało oryginalnością – równie dobrze mógł się nazywać XX lub AA. Kilka razy obrócił płytę w dłoni, a potem wcisnął do odtwarzacza. Zobaczymy, czy tam w ogóle jest jakaś powieść. „Cegielnia”? Tytuł nic mu nie mówił, choć jego polonistyczna pamięć do tytułów i autorów była akurat niezła. Uruchomił silnik i wyjechał z parkingu na ulicę Grodzką.

    Z samochodowego głośnika popłynęły pierwsze słowa. Jednak powieść. Słuchał jednym uchem, ale zanim dotarł do mostu Grunwaldzkiego, dał się pochłonąć i omal nie przegapił skrętu w lewo na rondzie. Brzmiała ciekawie. Lektor czytał całkiem dobrze, wręcz świetnie. Klimat i stylistyka dziewiętnastowiecznej powieści angielskiej, gdzieś między Jane Austin a Charlesem Dickensem. Przypomniał sobie słowa lakanistki o słuchaniu i w duchu zaczynał przyznawać jej rację. Oczywiście, tylko w tej jednej kwestii.

    Nagle drgnął. Czy na pewno słyszy to, co słyszy? Tekst już nie brzmiał staroświecko, tylko całkiem współcześnie. Więcej – brzmiał znajomo. Podkręcił głośność i chciwie łapał słowa. Nie przesłyszał się, padały jedne po drugich dokładnie w takiej samej kolejności. Kurczę, czyżbym był aż tak zmęczony? Przejechał dłonią po włosach i cofnął nagranie, żeby posłuchać jeszcze raz. Niemożliwe. Nie ma takich zbiegów okoliczności. Istnieje rachunek prawdopodobieństwa, który wyklucza powtórzenie tak długiej sekwencji wyrazów. Jeszcze pogłośnił, ale nie o głośność tu chodziło. Nie było żadnej wątpliwości. Może i profesor Zawijas miał zadatki na wariata (w chwilach duchowej słabości nawet pragnął mieć), jego świadomość mocno jednak trzymała się rzeczywistości.

    Słyszał dokładnie to, co słyszał: własne zapiski sprzed lat, szkice do nigdy nienapisanej powieści:

    Gdyby nie było czasu, nie wiedziałbym, że te drzewa tak stoją i stoją, chmury po niebie płyną i płyną. Upływ czasu pozwala nam widzieć życie – w ogóle. On umożliwia życie. Wieczność nie istnieje, ponieważ jest niczym, bezczasem, nic w niej nie może być. „Jest niczym” to oksymoron. Dlatego i Bóg nie istnieje – ponieważ jest poza czasem. A jeśli nawet istnieje, to nie żyje. Gdybym nie miał czasowego dystansu do wydarzeń i do siebie samego sprzed lat, nie miałbym życia. Jeszcze inaczej: coś mogę powiedzieć tylko dlatego, że minął jakiś czas, odtamtąd dotąd.

    Gdy fragment dobiegł końca, nadusił przycisk cofania, by po raz trzeci odsłuchać ułożone przez siebie słowa. Dokładnie te same!!! Ale jak to możliwe? Czyżby ktoś włamał się do komputera i je wykradł? Ale dlaczego? Przecież nie był żadnym pisarzem, nie był nawet wybitnym profesorem, w każdym razie nie na tyle, by mieli się nim interesować hakerzy od literatury. Jeśli tacy w ogóle istnieją…

    Wdepnął hamulec z całej siły. Zapiszczał tarty oponą asfalt, a on sam prawie wylądował nosem na kierownicy. Jego astra zatrzymała się nie więcej niż dziesięć centymetrów od tyłu autobusu, który nagle wyrósł przed nim jak góra lodowa przed Titanikiem. Cudem uniknął katastrofy. Jeszcze nie nabrał porządnie powietrza do nagle wstrzymanych płuc, gdy znowu rozległ się pisk i odczuł lekkie puknięcie. Jasna cholera! Autobus przed nim ruszył, a we wstecznym lusterku mignęła mu wystraszona twarz młodej kobiety za kierownicą białego bmw.

    Szok zręcznie ustąpił miejsca wściekłości. Profesor szarpnął klamkę i pchnął drzwi. Nie zdążył wysiąść, gdy klamka wyleciała mu z ręki i drzwi poszybowały nad ulicą Konopnickiej, niesione podmuchem ciężarówki, która je urwała. Serce stanęło mu gdzieś między gardłem a mózgiem i potrzebowało ładnych paru sekund, by wrócić na swoje miejsce. Gdy znowu zaczęło bić, wziął głęboki oddech, wrzucił jedynkę i z włączonymi światłami awaryjnymi zjechał na prawy pas. Kobieta za nim zrobiła to samo. Na szczęście, ponieważ już wyobrażał sobie, jak bmw rusza z kopyta i tyle je widzieli. Oddychał, by dojść do siebie. Z głośnika usłużnie padły słowa:

    …nie miałbym życia. Jeszcze inaczej: coś mogę powiedzieć, bo minął jakiś czas, odtamtąd dotąd. Wieczność jest niema.

    Aaaa! Co sieee dziejeeee! – krzyknął na całe gardło, jakby chciał się upewnić, że teraźniejszość nie jest niema.

    Dobrze się pan czuje? – usłyszał. Przez dziurę po drzwiach zaglądała do środka kobieta z bmw. Pokiwał głową.

    Nnic mmi nnie jjest. – Bardzo chciał to powiedzieć spokojnie, ale jego głos drżał jak pieśń Céline Dion nad idącym pod wodę żelaznym pudłem Titanika. – Ka-karetka ww każdym rrazie nniepotrzebna.

    Zaraz spiszemy notatkę o zdarzeniu. To moja wina. Bardzo pana przepraszam.

    Była elegancko ubrana i bezlitośnie blada, panowała nad sobą jednak znacznie lepiej od niego. Nawet delikatnie poklepała go po ramieniu. No, ale jej nie urwali drzwi. Cholera, cholera, cholera! Jak on teraz dojedzie do domu? Jak opisze całe to zdarzenie w zgłoszeniu? I jak w ogóle ma dalej żyć?

    Zdziwił się. To ostatnie pomyślało się samo.

    Krzysztof A. Zajas

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #2

    AUDIOBOOK cd.

    2.

    Na dźwięk słowa „penis” zatrzymała się w pół kroku. Kminiła co znaczy, jak chyba już wszystkie dziewczyny w klasie, kiedyś nawet zajrzała w empiku do książki „Sztuka obsługi penisa”. Wiedziała, ale zadziałało. Są takie słowa, na które bez pudła reagujesz z takim samym podjaraniem, i to do nich należało. Powieść była cieniasta, w zasadzie totalna bieda, i właśnie miała ją wyłączyć, żeby sobie zapodać Arianę Grande… ale nie. „Przysłonił lewą ręką penisa, a prawą zadał potężny cios”. Miał go na wierzchu? Powinno być: „przysłonił sobie krocze”, albo co tam jeszcze… pachwinę, o właśnie! Tak się dawniej pisało, a to przecież jakiś staroć, ze sto pięćdziesiąt lat ma albo więcej. „Wyprowadził sztych wzorem najzacniejszych bohaterów epoki płaszcza i szpady” – co za ramota! Nikt tak dzisiaj nie kombinuje w literaturze, na ile umiała ocenić. Mieli fajnego profesora od polaka, jedyny spoko w gromadzie pedagogicznych neptków, na których trafiła w rozpoczętym trzy tygodnie temu „renomowanym krakowskim liceum”. Taa. Co z tym penisem?

    …nasz Wędrowiec należał do tych dzielnych młodzieńców, co to byle czego się nie ulękną, swoje największe skarby chronią jednak z najlepiej pojętą troską. Opuściwszy lewą rękę na przyrodzenie, zacisnął palce wokół skórzanego mieszka wzmacniającego od przodu jego podróżne spodnie i od razu poczuł się bezpieczniej. Z tym większym impetem ruszył na potwora…

    Ona również ruszyła z impetem, ponieważ od dłuższej chwili stała pośrodku szerokiego holu Galerii Krakowskiej z – jak jej się wydawało – uniesioną w powietrzu stopą. Idiotyczne. Z tym audiobookiem też coś było nie tak. Nie wszędzie brzmiał jak powieść z dziewiętnastego wieku. Przemykały przez tekst zwroty, które mogłaby z powodzeniem usłyszeć choćby tutaj, od któregoś ze szwendających się dokoła galerników. Nie, to też nie to. Wyobraziła sobie bardzo dokładnie młodego człowieka ze sztyletem w jednej ręce i własnym fiutkiem w drugiej, z impetem ruszającego na jakiegoś tekturowego potwora, i parsknęła głośno. Scena była kompletnie absurdalna. Nikt normalny by tego tak nie napisał, ani sto pięćdziesiąt lat temu, ani teraz. Lektor też od czapy, seplenił jak wujaszek Wiem Wsysko na rodzinnym obiadku. Dosyć tego bredzenia…

    …wysunęła się nagle z ciemności i złapała go za gardło. Odruchowo poderwał w górę lewą rękę, a wtedy coś miękkiego i gorącego wpiło mu się w pachwinę…

    No proszę, mówisz – masz! Jednak jest pachwina! Ucieszyła się, jakby odgadła ukrytą w tekście łamigłówkę i wsunęła smartfon do kieszeni kurtki. Jeszcze da jej szansę. Niech sobie jeszcze poleci ta głupia opowieść o junackim wędrowcu, zajawionym na napierdalankę z potworem. Ale co to właściwie za potwór? Coś jej chyba umknęło. Nie, słuchała uważnie, nawet zaczęła sama myśleć staroświecko (junacki wędrowiec?). No i odkleiła się całkiem od rzeczywistości. Zdaje się, że schody ruchome w środku galerii obeszła trzy razy wkoło, zanim na nie trafiła. Czuła się nie do końca realnie, jak w jakimś 4D, oblepiona mrokiem powieściowej cegielni i oszołomiona dziwacznym językiem, w którym słowa pulsowały neonowym światłem. W jednej chwili zlało jej się wszystko razem w sugestywny mem: ciemna hala, mężczyzna z jedną ręką uzbrojoną w sztylet i drugą zaciśniętą na kroczu, a w głębi migocze na czerwono pięć liter: P-E-N-I-S. Jakby mu cegielnia podpowiadała, za co się złapał. Przejaja.

    Zacisnęła powieki, żeby pozbyć się kretyńskiego obrazka (hej, sama do niego dorobiłaś napisy), poprawiła słuchawki na uszach i skręciła do wyjścia na przystanek tramwajowy. Spojrzała na zegarek. Zanim coś przyjedzie i doturla się pod Bagatelę, to będzie akurat mniej więcej tak, jakby się właśnie lekcje skończyły. I można się katapultować do chaty!

    www.unsplash.com/Maria Teneva

    …ślizgał się po kałużach ciemnobrunatnej brei, która ciągle jeszcze wyciekała z rozprutego cielska i poszerzającym się rozlewiskiem zajmowała coraz to nowe połacie podłogi. Był zmęczony, ale szczęśliwy. Od towarzystwa uczynnych i zacnych ludzi wolał bliską i agresywną obecność wcielonego zła. Przynajmniej racje były jasno przyznane: ja dobry, ty zły. A wkoło jakże ożywczy mrok! Kopnął butem zwiotczałą mackę, której rozcapierzone końcówki przywodziły na myśl spazmatycznie rozwarte w agonii palce, po czym raźno ruszył w głąb ciemnej hali. Na jej przeciwległym końcu migotał ogień. Palenisko służące do wypalania cegieł buzowało w najlepsze. Pomacał skórzany mieszek między nogami, czy z penisem wszystko w porządku…

    Przegapiła koniec ruchomych schodów i omal nie wyciągnęła się jak długa przed wyjściem na ulicę Pawią. Ja nie mogę, co on z tym penisem? Wkurzało ją niejasne poczucie, że ktoś podsłuchuje jej myśli i od razu wrzuca je do audiobooka. Wiedziała, że to niemożliwe, ale wkurzało. Z drugiej strony, nie umiała zapanować nad dreszczami dziwnego podniecenia na dźwięk tego trochę technicznego, a trochę obscenicznego słowa. Jakby ze słuchawek, przez mózg, przenikało prosto do krwiobiegu. Co to ma być? Jakaś kryptopornografia dla nieletnich? Przekaz podprogowy?

    W ostatniej chwili złapała wahadłowe drzwi, które leciały jej prosto w twarz. Wychodząc pchnęła je mocno za siebie z nadzieją, że przefasują komuś nochal, najlepiej temu mieszczuchowi w szarym płaszczu. Palenisko w głębi. Więc jednak coś tam się świeciło na drugim końcu. Na czerwono, jak moment wcześniej litery w jej wyobraźni. Przewidziała czy usłyszała? Nie, niczego wcześniej o piecu nie było. Przecież słuchała uważnie! Może nawet trochę za bardzo, co nie? Przyznaj się, laluniu, czekałaś na to czerwone słówko. Dreszczyk w krzyżu. Gul w przełyku. Zaraz będziesz miała mokre majty…

    Uważaj, jak chodzisz! – krzyknął ktoś obok niej i podskoczyła tak gwałtownie, że słuchawki zsunęły jej się na czoło.

    Przepraszam – wymamrotała.

    Powinna skląć gościa, który bezceremonialnie szarpnął ją za ramię w tył, ściągając z torowiska. Sekundę później tuż przed jej nosem przetoczył się tramwaj. Stała wyprężona na baczność jak żołnierz kompanii honorowej, dopóki niebieski, zgrzytający potwór (potwór???) nie przegramolił się dalej, łyskając na odjezdne czerwonymi (czerwonymi???) lampami płaskiego tyłka. Spojrzała na faceta obok.

    Nie ma za co – powiedział z uśmiechem pan w szarym płaszczu.

    Speszona odwróciła się i szybko ruszyła przed siebie. Zdążyła zauważyć, że jego nos był w porządku, zdołał umknąć przed wahadłowymi drzwiami. Przynajmniej tyle dobrze, to jej bozia policzy na plus. Może. Nieważne. Nałożyła z powrotem słuchawki na uszy. Idzie. Środkiem hali. Nie powinien podchodzić…

    …kilka kroków do paleniska, gdy zwolnił kroku zaniepokojony mglistym przeczuciem nienaturalnego porządku rzeczy. Po chwili się zorientował. W miarę zbliżania się do pieca uwolnił swe szczęśliwie ocalone w walce przyrodzenie i lewą ręką owinął wokół siebie poły płaszcza osłaniając się przed żarem ognia. I choć był już nie dalej niż dwa metry od paleniska, nie czuł na twarzy żadnego ciepła, niczego, co by świadczyło o tym, że płomienie w piecu są prawdziwe. Na domiar złego, zimne płomienie w swoich tanecznych formach układały się uparcie w jedno doskonale mu znane słowo, złożone z pięciu liter i jak w zwierciadle odbijające jego prawdziwe imię…

    Parsknęła śmiechem i wypowiedziała na głos pięcioliterowe imię junackiego wędrowca, ułożone z czerwonych płomieni w środku cegielnianego paleniska. Było to ostatnie słowo, jakie wypowiedziała w tym życiu. Zdążyła jeszcze obrócić głowę w prawo i dostrzec baranią minę tramwajarza, który otwierał usta, żeby…

    Pogotowie przyjechało bardzo szybko, ze Szpitalnego Oddziału Ratunkowego na Lubiczu było bliziutko. Co w tym przypadku akurat nie miało żadnego znaczenia. Według policji i sądu żadnego znaczenia nie miał również fakt, że maszynista z baranią miną w chwili wypadku oglądał sobie ukradkiem pisemko pornograficzne, które przed chwilą otrzymał od swojego zmiennika jako prezent urodzinowy. To miał być taki żart. Tramwajarz nie był żadnym zbokiem, tylko zwykłym facetem, a między kolorowe okładki magazynu dla panów zajrzał z czystej ciekawości, by na chwilę zdumieć się rozmiarami przyrodzenia, jakimi bozia potrafi obdarzać swoich wybrańców. Do których on się bynajmniej nie zaliczał. To także nie miało żadnego znaczenia.

    www.unsplash.com/Marc Schaefer

    Ktoś wyjął spod tramwaju szkolny plecak, ktoś inny przyniósł przybrudzoną tenisówkę z rozwiązanymi sznurowadłami i wrzucił do karetki, w ślad za wsuwanymi tam przez dwóch ratowników noszami. Pan w szarym płaszczu podniósł z chodnika brązowe bezprzewodowe słuchawki i zdziwił się, że nadal dobywają się z nich dźwięki. Przystawił do ucha. Młody człowiek mówił miękkim, aksamitnym głosem, z nienaganną dykcją:

    …nikt nie przewidział, że sztorm nadejdzie tak szybko. Jedynie tkwiący niewzruszenie na mostku kapitańskim sir Peter North Sundick odczuwał pewien niepokój w związku z nadmierną ciszą, przenikającą wszystko wkoło jak nagły mróz o zmierzchu. W istocie, zrobiło się zimno. Nikt również nie przewidział nieprzyjemnych konsekwencji rubasznego żartu, na jaki pozwoliło sobie dwóch prostych majtków, wpisując pomiędzy inicjały ich dowódcy, wygrawerowane na drzwiach kapitańskiej kajuty, samogłoski: e oraz i. A już na pewno nie do przewidzenia było skojarzenie obu tych dziwnych zbiegów okoliczności z trzecim, o daleko bardziej nieprzyjemnych konsekwencjach…

    Głos nagle się urwał i pan w szarym płaszczu odprowadził wzrokiem znikającą za zakrętem karetkę pogotowia. Wraz z nią oddalił się telefon komórkowy, z którym słuchawki właśnie straciły połączenie. Tak, pomyślał filozoficznie, śmierć to przerwanie połączenia. Którego nikt nie przewidzi. Nagły mróz o zmierzchu. A zaraz potem pomyślał, że obywatelski obowiązek wykonał i już raz wyciągnął tę biedną dziewczynę spod tramwaju. No, ale ileż można?

    Schował słuchawki do kieszeni i nieco przygnębiony ruszył w swoją stronę.

    Cdn.

    Pns.  

    Jeśli chcecie przypomnieć sobie pierwszy odcinek powieści, kliknijcie tutaj.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #1

    Kiedyś to było! Podobno w gazetach drukowali powieści w odcinkach, a co więcej, ludzie to czytali. Szok i niedowierzanie. Historia zatoczyła koło, bo nie dość, że będziecie taką „pokrojoną” powieść czytać co środę, to jeszcze w moim medium. Mam nadzieję, że będziecie do książki Krzysztofa Zajasa wracać tutaj co tydzień. Nie dla mnie. Dla niego, bo po prostu warto.

    Adam Szaja, smakksiazki.pl

    Drodzy Czytelnicy! Premiera kolejnego tomu „Trylogii pomorskiej” została przesunięta na przyszły rok i nic na to nie poradzę. Wasz żal z tego powodu był tak autentyczny i głęboki, że postanowiłem umilić Wam czekanie powieścią w odcinkach. Inaczej mówiąc, wracam do rozpoczętego kiedyś na Facebooku projektu Audiobooka, którego porzucenie do dzisiaj mnie gryzie. Zacznę jeszcze raz i spróbuję dopowiedzieć historię do końca. A nuż zaskoczy.

    Zatem ruszajmy, Wędrowcze!

    Krzysztof A. Zajas

    AUDIOBOOK

    1.

    Coś z tą powieścią było nie tak. Niby normalny audiobook, z przyjemnym, miękkim głosem lektora i potoczystą narracją w tajemniczym, trochę staroświeckim klimacie – a jednak go irytowała. Najpierw to głupie „r”. Wiadomo, niektórzy mają z nim problem i ześlizgują się w „j” albo „l”, czasem nawet w „d”, zwłaszcza przy przeziębieniach. „Dodłodyło mie chodóbsko”, oświadczył wczoraj szef w pracy. I poszedł do domu. A on teraz za niego musiał pędzić samochodem przez pół Polski, w dodatku przez to drugie pół, na którym nie ma autostrad, i tylko po to, by zawieźć do pewnej wschodniej diecezji dokumenty supertajnego kontraktu. Tak jakby nie można było ich wysłać kurierem. „Nie mam zaufania do kudieda”, powiedział szef przed trzaśnięciem drzwiami, „mode być tdefny”. Zasdany kudied. Służbowe volvo kancelarii rozgarniało teraz mrok podlaskiej prowincji reflektorami, a on słuchał powieści, z którą coś było nie tak. Wschód. Ciemność i łuny. Katastrofizm endemiczny. Jak to seplenił hetman Czarniecki z dziurawym podniebieniem? „Huia wiaia na Tataia!”. Jasne, powodzenia.

    Głos lektora jakby przycichł, więc podkręcił głośność, ale niewiele pomogło. Nasiliły się szumy i brzęczenia, a tekst sączył się ledwo ledwo, jakby zza cienkiej ściany. Czytał profesjonalny aktor, który starannie pracował nad dykcją, ale to jego mamrotliwe dddd było wkurzające. Wcisnął potencjometr na kierownicy. Głośniki zaszumiały jak ocean, co jeszcze bardziej przytłumiło „pdofesjonalnego aktoda”. Nie, to chyba coś z korektorem dźwięku. Przejął kierownicę lewą ręką, a prawą włączył komputer. Ekranik wysunął się na środku kokpitu jak gadżet Jamesa Bonda i zaproponował ustawienie dźwięków i obrazków zgodnie z życzeniem szanownego służbowego użytkownika naszego superkomfortowego volvo. Pieddu, pieddu. Usiłował trafić w wyświetlacz. Najpierw przez pomyłkę wyłączył sobie nawigację i zaklął (kudwa matć), po czym schował panel i wysunął go ponownie licząc na łatwy reset pamięci. Nie do końca się udało, ale znalazł wreszcie opcje korektora: jazz, rock, classic, pop. Może jednak pop…

    www.unsplash.com/Per Lööv

    Podniósł wzrok. W światłach reflektorów zobaczył zakręt z gwałtownie zbliżającym się drzewem. Zdążył pomyśleć, że to dąb i mocno odbił w lewo. Zarzuciło tyłem, odbił w prawo, potem jeszcze raz w lewo i dodał gazu. Tak go uczył sąsiad, podwórkowy mistrz kierownicy. Superkomfortowe volvo zatańczyło na asfalcie boogie woogie, zakręciło biodrami, machnęło szpagat i… wróciło na pas. W ostatniej chwili, bo z naprzeciwka tuż obok niego przewaliła się olbrzymia ciężarówka. Niemal słyszał zgrzyt obcieranego lusterka. Gdy tylko ucichł jej ogłuszający łoskot (leciała dobrze ponad setkę), zdjął nogę z gazu i zaczął hamować, tym razem bardzo delikatnie, jakby na tylnym siedzeniu wiózł weselny tort, taki z kretyńską figurką młodej pary na szczycie. Kiedy wreszcie udało mu się zjechać na pobocze, wrzucił luz, spocone dłonie wytarł o spodnie i dopiero wtedy ryknął:

    Aaaaa! Coooo sieeee dziejeeee!

    Pomogło. Dyszał ciężko, trzymając kierownicę jak koło ratunkowe. Jezu, spokojnie. Nic się nie stało. Jesteś zmęczony i powinieneś odpocząć. Posiedź tak chwilę, a potem rusz powoli i dojedź do najbliższego motelu, gdzie zrobisz sobie przerwę. Może nawet się zdrzemniesz. Na tym zadupiu lepiej nie ryzykować.

    Zorientował się, że z głośnika cały czas płyną słowa powieści. W zamieszaniu zgubił wątek i teraz nie bardzo kojarzył, o czym jest mowa. Lektora jednak nic to nie obchodziło i gadał dalej tym swoim dddd. Wędrowiec właśnie pożegnał się z uczynnymi gospodarzami i wyruszył w dalszą drogę…

    …mocnym ściągnięciem cugli osadził konia w miejscu i spod szerokiego ronda podróżnego kapelusza zerknął w lewo. Od głównego gościńca odchodził wąski trakt, rzadko uczęszczany, skoro porastała go trawa ze słabo tylko zaznaczonymi liniami kolein. Słońce zaszło właśnie za drzewa i jasny dzień nagle zmienił się w szary zmierzch, co nie martwiło naszego wędrowca, a wręcz przeciwnie. Lubił nocne podróże. Boczny trakt stanowił teraz w zapadającym wieczorze dwie czarne ścieżki, wiodące wprost do majaczącego w oddali bladożółtego światełka. Okno. Na nim spoczęła uwaga naszego wędrowca, ponieważ było okrągłe i umieszczone znacznie powyżej poziomu parteru, na wysokości wierzchołków sosen otaczających tajemniczy budynek.

    Okrągłe okno wysoko w górze, a w nim światło świecy? To musi być wieża księżniczki, w najgorszym razie chatka czarownicy – pomyślał wesoło mężczyzna i skierował konia na ciemny trakt. Po to są nocne wędrówki: by wniknąć pod skorupę materii i zanurzyć się w magię…

    Nocne wenddufki pod skodupę magi”, wyseplenił ze złością w przednią szybę. Co za idiotyczny tekst. Wykrzywił się do lusterka wstecznego w grymasie zniesmaczenia, ale oczy miał pogodne. Rozpierała go wesołość, absurdalna wziąwszy pod uwagę fakt, że przed chwilą omal nie stracił życia. Nie, to miało swój oryginalny smak, jak piwo z niszowego browaru. Warknął, zamiauczał, zrobił dwie głupie miny do lusterka i stwierdził, że już wszystko z nim w porządku. Wrzucił bieg i wyjechał na szosę. Nagły skok adrenaliny skutecznie pozbawił go niedawnej senności i zmęczenia. Podekscytowany i pełen nowej werwy, z niejasnym poczuciem wdzięczności dla samego siebie za uratowanie życia, miał teraz ochotę na jakiś mocniejszy kawałek. Sięgnął do panelu sterowania, by poszukać w folderach pendrive’a najnowszej płyty Judas Priest Firepowergdy nagle powieść urwała się w pół słowa i zabrzęczał sygnał telefonu. Pacnął palcem w napis ODPOWIEDZ.

    Cześć, Misiaczku, jedziesz sobie?

    Magda.

    Tak, do stu tysięcy zjełczałych kaszalotów, jeszcze jadę! Jeszcze mnie wściekły tir nie przemielił”. Oczywiście, nie krzyknął tego. Zjełczałe kaszaloty? Co za fajans!

    Jadę sobie. Cholernie ciemno, chyba cała planeta zgasła.

    – Uważaj na siebie – zaszczebiotała żona i poczuł, że jednak przyjemnie byłoby teraz leżeć obok niej w ich sypialni. Wyciągnąłby rękę i pogładził sobie to i owo. Poczuł wzwód.

    Uważam, i to nawet nie wiesz jak.

    Chroń, co w tobie najcenniejsze – szepnęła zmysłowo.

    A co we mnie najcenniejsze?

    Zachichotała i się rozłączyła.

    …wznosił się za budynkiem wielki komin, co upodabniało go do małej fabryczki. Światełko w oknie zgasło, jakby chciało ukryć swoje istnienie przed nieoczekiwanym intruzem.

    Fabryczka w lesie? – zdziwił się nasz wędrowiec. – To wspaniale. Chodźmyż sprawdzić, jakie nowe przygody szykuje dla nas leśne odludzie.

    Dziarsko zeskoczył z wierzchowca i poprawiwszy kapelusz, skierował pewnie swe kroki do ciemnych, półrozwartych wrót. Szarość pogłębiała się z każdą minutą zapadającego wieczoru i rzeczy wkoło traciły barwy. Tym bardziej więc zdziwił się, gdy w okrągłym okienku, teraz już zaciemnionym, rozbłysła para jaskrawych, zielonych oczu.

    – No proszę, jednak jestem oczekiwany – stwierdził raźno wędrowiec i zmacał prawą dłonią rękojeść sztyletu ukrytego pod połami płaszcza. – Trzymaj się, księżniczko, zaraz tam będę!

    Zielone oczy nie były księżniczką, to jasne. Były śmiercią. Z czego on się tak cieszy? Ale może nie uprzedzajmy wypadków…

    www.unsplash.com/Sylas Boesten

    Co za popieprzona powieść!”, mruknął ściskający kierownicę Damian Lipczyk. Po co on tam lezie? I jeszcze tak na bezczela, od frontu! Zakradłby się, albo co…

    Przestał grzebać w panelu i podkręcił głośność. Czuł narastającą irytację z powodu tej powieści, rozdrażnienie puchło w nim (jak zjełczały kaszalot!), ale nie potrafił dojść źródła swojej irytacji. Po co ta Magda zadzwoniła? Żeby się spytać, czy jedzie? No jedzie, a co ma robić. Wprawdzie przed chwilą o mało nie przestał jechać, ale jedzie. A tamten idzie. Zielone oczy śmierci – co za banał!

    …schody musiały skrzypnąć, ponieważ były schodami starej fabryki cegieł w głębi lasu i tego od nich wymagała konwencja opowieści. Stąpając w górę w kompletnej ciemności nasz wędrowiec odczuwał dreszcz podniecenia, jaki mógł porównać jedynie z najsłodszymi figlami w ramionach pięknej kobiety. Zacisnął palce na rączce sztyletu. Oczywiście, tak, cudownie! O tę chwilę chodziło, na nią czekał cały dzień u nudnych gospodarzy na skraju wsi, dlatego z takim pośpiechem ich o zmierzchu pożegnał. Śpieszno mu było do celu, który wszak w życiu jest najważniejszy, nieprawdaż? Och, życie!

    Wyszarpnął sztylet zza pasa akurat w momencie, gdy rozcapierzone palce wypadły z mroku jak wściekłe węże, by zacisnąć się na jego szyi. Wziął potężny zamach…

    Tekst znowu się urwał. Tym razem brzęknął dzwonek esemesa i automatyczna paniusia firmy U-link zaczęła drewnianym głosem odczytywać dziwne słowa: Twoja wiadomość od siedem, dziewięć, ukośnik, do, w górę, hasztag, osiem, nieskończoność, minus dwa, równa się zero, ukośnik, plus, dwukropek, cztery, pięć, sześć, sześć, sześć, omega…Drżąc z przejęcia klepnął w panel na oślep, żeby rozłączyć ten pieprzony telefon i dowiedzieć się, do kogo należały palce w ciemności, ale znowu trafił w niewłaściwą kratkę i wyświetlacz w ogóle zgasł. MENU GŁÓWNE. Wcisnął BACK i wróciła wyliczanka: osiem, ukośnik, nieskończoność…

    Spierdalaj mi z tym! – krzyknął na całe gardło. Jego irytacja przeszła we wściekłość, autentyczną, prawniczo-kancelaryjną wściekłość. Telefon przestał dzwonić i tekst się nie włączył ponownie. Napis AUDIO pulsował jak szyderstwo. Wcisnął jeszcze raz wybór folderu, gdzie odnalazł tytuł powieści i spróbował uruchomić odtwarzanie. Udało się. Odsapnął z ulgą. Ja ci dam „osiem, ukośnik, nieskończoność”, głupia cioto.

    …nie widział w ciemności, krew zalewała mu oczy, z których jedno było już całkiem ślepe. Wyrwał je razem z długaśnym i skorupiastym palcem, który go sięgnął. Ale nie czuł bólu, jedynie rozkosz. Bo czymże jest życie, jeśli nie rozkoszą jego ubywa…

    Inżynier projektujący tunel pod nasypem kolejowym z pewnością był dobrym człowiekiem i nie miał zamiaru nikogo krzywdzić. Na wyobraźni mu jednak nie zbywało. Zupełnie nie przewidział tego, że kierowca zajęty szukaniem czegoś na panelu podczas prowadzenia pojazdu z nadmierną prędkością (brzmi jak fragment raportu, który za kilka godzin będzie mozolnie układał aspirant Firlej), może stracić panowanie nad kierownicą. Dlatego nie należy stawiać tunelu na końcu długiego łuku. A jeśli już, to nie należy ustawiać przed nim ukośnych barier ochronnych, które mogą zadziałać jak skocznia. Służbowe volvo Damiana Lipczyka wśliznęło się na aluminiową szynę, poszybowało w górę i błyskało przez sekundę w powietrzu jak pojazd kosmiczny, zanim z piekielnym zgrzytem roztrzaskało się o betonowe sklepienie. Deszcz plastikowych odłamków oprószył asfalt. Oko, które by to widziało, dostrzegłoby kłąb superkomfortowego złomu, w zwolnionym tempie opadającego w rozwarte ramiona wiaduktu. Ucho, które by to słyszało, zarejestrowałoby najpierw potężny huk gniecionej blachy, a następnie krzyk przepłoszonego leśnego ptactwa. I monotonny głos „pdofesjonalnego aktoda”, jaki ciągle jeszcze dobywał się z głębi dymiącego żelastwa.

    Cdn.