Tag: Krzysztof Zajas

  • „Onodrimy”, czyli Krzysztof Zajas na tropie Władcy Pierścieni

    Znowu dokądś pojechałem i znowu winien Wam jestem opowieść. Zaproszony przez gromadkę czytelników Zajasa (bardzo dziękuję!) miesiąc temu znalazłem się w Newport, średniej wielkości mieście na pograniczu Anglii i Południowej Walii, nadrabiając tym samym skandaliczną lukę w podróżach, ponieważ nigdy wcześniej nie byłem w Wielkiej Brytanii. Terytoria pograniczne należą do moich ulubionych i mało co sprawia mi taką radość, jak spotkanie różnych kultur w jednym miejscu. W dodatku akademickie badanie pograniczy, czym się od lat zajmuję, pozwala omijać męczące aglomeracje miejskie i od razu uciekać w krajobraz. Co uwielbiam.

    Zaraz po pobieżnym przedeptaniu centrum Newport podjąłem więc wyprawę na klifowe brzegi Atlantyku, wybierając z mapy Nash Point, dokąd jedzie się najpierw pociągiem, potem autobusem (które w GB bardzo mi przypadły do gustu). W przedziale zwykła zachodnia codzienność: stary białas czyta gazetę, młody białas dotyka komórki, Chińczyk za pomocą pięciu angielskich słów usiłuje wytłumaczyć konduktorowi, dokąd jedzie i dlaczego ma taki bilet, w końcu pomaga mu czarnoskóra licealistka, poczuwająca się do kolorowej solidarności. Niby też pogranicze i wielokulturowość, ale jakieś takie już sformatowane, kompaktowe, gotowe do użycia i opatrzone odpowiednią wymową ideową. Chciałoby się powiedzieć: resztki unijnej nudy. Odwracam się do okna i patrzę na drzewa.

    Droga do latarni w Nash Point, fot: Krzysztof Zajas

    Pociąg relacji Newport – Bridgend po minięciu Cardiff jedzie wśród malowniczych pól, przecinanych strumieniami tworzącymi tu i ówdzie rozlewiska i mokradła, bo teren niski, nadmorski, pofalowany. Z bagiennych uroczysk wyrastały drzewa rozmaitych gatunków, znanych mi i nieznanych, połączonych jednakże wspólną cechą, której początkowo nie umiałem nazwać. Były jakoś inne. Niby ta sama strefa klimatyczna, niby też Europa, a drzewa te same i zarazem inne. Jakieś nowe pogranicze. Dopiero po pewnym czasie oświeciła mnie myśl, że one są jak drzewce z Tolkiena. Niemal wszystkie pokrywał mech, bluszcz i tym podobne zielone wszędobylskie zielsko, zamieniając je w sugestywne ilustracje do drugiego tomu Władcy pierścieni. Pamiętacie te zdania?

    Poprowadził przyjaciela pod grube konary drzew. Zdawały się stare jak świat. Gęste, splątane brody mchów i porostów zwisały z nich, kołysane podmuchem wiatru.

    Dokładnie coś takiego migało mi za oknem pędzącego (no, bez przesady) pociągu. Widok omszałych pni i dziwacznie pokręconych konarów był na tyle sugestywny, że poczułem się nagle, jakbym wjeżdżał walijską Great Western Railway prosto do Fangornu. Nie mogłem oderwać oczu. Enty. Wolałem nazwę onodrimy. Ludzko-drzewne olbrzymy zwane również pasterzami drzew. Sądziłem, że w powieści są imaginacyjną kompilacją wiedzy obrazkowej i mitologicznej, ale teraz zobaczyłem je naprawdę, w naturze. Pochylały się i wyginały w zastygłych pozach, zupełnie jak uczestnicy tamtej słynnej narady przed wyruszeniem na Isengard.

    Wrażenie kolejowej podróży do wnętrza Władcy pierścieni wzmogło się na dworcu w Bridgend. Komunikat dla pasażerów popłynął z głośnika najpierw w języku walijskim, a dopiero potem angielskim. Słuchajcie, to zupełnie jak język elfów! Wiem, wiem, Tolkien głównie korzystał z fińskiego, ale walijski również miał swój udział w tworzeniu sztucznych języków przez pisarza. To na nim głównie opierał się sindarin, pierwotny język elfów Śródziemia. Nieważne. Ważne, że właśnie go słyszałem z głośnika na dworcu! Tablice informacyjne, nazwy ulic, napisy w windzie i w sklepie – wszystko w elfickim języku. Czekałem, kiedy jakiś Elrond z pejsami do piersi wychynie zza rogu, przebrany, dajmy na to, za bagażowego.

    Nie dawało mi to spokoju, gdy już dotarłem na miejsce. Niby wieś, pola okolone staroangielskimi murkami z kamieni, owce i urwisty brzeg Atlantyku – a ja ciągle wśród tamtych brodatych drzew, z uszami pełnymi komunikatu w elfickim języku. Myślałem o pejzażu dzieciństwa, który odciska piętno na wyobraźni pisarza. Że kiedy próbuje on wymyślić nawet najbardziej fantastyczne krainy i dziwaczne słowa, jego wyobraźnia ląduje w krainie dzieciństwa i za materiał wyjściowy obiera sobie to, co ją uruchomiło kiedyś tam, na początku. Okej, banalne, ale co z tego, skoro miałem go przed oczyma.

    I rozumiałem aż nadto dobrze, bo sam tak robię całe życie. Akcja czytanych z empatią książek prawie bez wyjątku rozgrywa się u mnie w takich właśnie pejzażach dzieciństwa, i nic na to nie poradzę. Chyba już nawet nie chcę. Rzecz w tym, że kiedy banał zamienia się w silne i całkiem realne doświadczenie krajobrazu, traci błahość i zyskuje ciężar autentyczności. Tak więc szedłem wzdłuż walijskiego klifu, słuchałem szumu fal i nieodłącznego mi krzyku jastrzębia (tym razem w postaci krakania kruka), a po głowie krążyły mi co fajniejsze kawałki z przemowy drzewca.

    Wzgórze? Niech będzie wzgórze. Ale to o wiele za krótka nazwa na coś, co tu stoi odkąd ukształtowała się ta część świata.

    Otóż to, długość słowa powinna odpowiadać powadze desygnatu, co w języku walijskim bywa praktykowane i doprowadziło na przykład do ułożenia takiej oto nazwy miasta:

    Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch

    W tłumaczeniu: Kościół Świętej Marii nad stawem wśród białych leszczyn niedaleko wodnego wiru pod Czerwoną pieczarą przy kościele św. Tysilia. Dla starego onodrima oczywista była wiedza dostępna wśród ludzi tylko niektórym poetom: w słowie zawiera się rzecz.

    Po czyjej stronie stoję? Nic mi o żadnych stronach nie wiadomo. Idę swoją własną drogą, możliwe jednak, że wasza droga będzie przez jakiś czas równoległa do mojej.

    Do tych słów urwisty brzeg Walii nad Atlantykiem pasował mi jak noga w strzemię. Tam wojny ludzi między sobą, wojny ze światem, z naturą, nieustanne podziały na nas i ich, przyjaciół i wrogów, na moje i jego, które też powinno być moje. Cały ten jazgot naszego ludzkiego wrzasku, który nazywamy historią, cywilizacją, kulturą i czym tam jeszcze. A tu nic, żadnej dialektyki, tylko szum wiatru, huk fal o skały i błysk słońca na ołowianej misie oceanu. Niedaleko klifu, na skraju ogrodu, jedna rosochata śliwa, poskręcana od zachodnich wiatrów, z koroną gałęzi jak rozwianym włosem. Zimna, wymagająca wolność. I pomyślałem, jak dobrze zapomnieć o człowieku i pobyć na chwilę drzewem.

    Ent w ogrodzie, fot: Krzysztof Zajas

    „Niestety, człowieczeństwo rychło wróciło, jak czkawka po bezskutecznym wstrzymaniu oddechu. Przypomniał mi się ent o imieniu Żwawiec, który podczas ataku na Isengard wykrzykiwał pod adresem Sarumana: „Morderca drzew! Morderca drzew!”. I zaraz potem Puszcza Białowieska, i kolumny ciężarówek z wyciętym drzewem, prowadzonych przez orków w przepoconych podkoszulkach, i niebagatelne uzębienie ministra Szyszki, obnażone w złowieszczym uśmiechu. Następnie wyobraziłem sobie, jak doprowadzeni do furii pasterze polskich lasów ruszają na Ministerstwo Rolnictwa, za pomocą naprędce zorganizowanej powodzi zalewają budynek na Wspólnej, połyskująca kolumnada wali się malowniczo pod uderzeniem spienionych fal, ostatni uruk-hai umykają po dachach samochodów…

    Takie to myśli miałem nad walijskim urwiskiem. Szyszko jako Saruman to trochę bieda, wiem, ale co innego mnie zajęło w następstwie wspaniałej wizji. Zacząłem szukać słowiańskich odpowiedników. Dąb Bartek? Mickiewiczowski Baublis? Orle gniazdo w gnieźnieńskim lesie? Czarnoleska lipa? W Dwóch wieżach Drzewiec narzeka na wymieranie starożytnej rasy, ponieważ żeńskie enty odeszły i nie ma się jak rozmnażać. Elf Legolas uzupełnia, że chodzi w ogóle o koniec świata natury, nie tylko o literacką aluzję do wycinki lasów na okręty, które posłużyły do budowy brytyjskiego imperium kolonialnego. Nasze modrzewie ponoć też świetnie szły, były z nich najlepsze maszty. Kto miałby dzisiaj walczyć w obronie tamtego świata zaginionych drzew?

    Czekając w Marcross na powrotny autobus przyglądałem się chłopskiej zagrodzie za przystankiem. Wśród różnych owocowych drzewek rosło tam również jedno takie dziwactwo – brzuchaty, pokręcony, stary ent, nie wiedzieć jakiego gatunku, rozparty pod płotem w popołudniowej drzemce. Zastanawiałem się, czy młody Tolkien też takiego miał w ogrodzie w Sarehole. I czy z nim rozmawiał. I czy już wtedy literatura przeplatała mu się z rzeczywistością, jak to bywa u prawdziwych pisarzy.

    A kiedy wróciłem do moich podkrakowskich Grobian, w pierwszej wyprawie z Lalą na łąki poszukałem mojego domowego, słowiańskiego enta. Znalazłem. Stał nad małym strumieniem i przyglądał mi się ironicznie, ponieważ przechodziłem obok niego dziesiątki razy i nigdy go nie rozpoznałem. „Widzisz, człowieczku, uznajmy, że nasze drogi na chwilę biegną równolegle”. Pilnował moich łąk. Kto wie, może nie wszystko stracone…

    Mój grobiański onodrim, fot: Krzysztof Zajas

    Puenta? Znajomi Polacy z Newport posłali swoje dzieci do szkoły z językiem walijskim jako głównym i angielskim jako pierwszym obcym. Uczą się też polskiego. To właśnie te małe polsko-walijskie hobbity mi powiedziały, że symbolami Walii są por i żonkil. „A jak to jest po walijsku?” Cenyni cenyn pedr. Blisko. Jak z Polski do Walii.

    Krzysztof A. Zajas

  • „Excedrynowy ból głowy”, podróż śladami Stephena Kinga

    Zanim oddam głos profesorowi Krzysztofowi Zajasowi, to krótkie wprowadzenie. Siedzieliśmy przy kawce w Gliwicach, aż tu nagle wyżej wymieniony mówi: „wiesz, byłem tam i tam, mam też fajne zdjęcia”. Stwierdziłem, że to kapitalny temat dla fanów Kinga, że musi na ten temat powstać tekst. Obiecał, że napisze w wolnej chwili, napisał, czego efekty poniżej.

    Jako zdeklarowany wielbiciel Stephena Kinga jestem Wam winien pewną opowieść. We wrześniu ubiegłego roku, podczas kolejnej wyprawy do USA, miałem robić badania terenowe na Środkowym Zachodzie, między innymi w Kolorado. Stwierdziwszy, że będę niedaleko Estes Park, postanowiłem wracając nadłożyć nieco drogi i obejrzeć słynny Stanley Hotel, który zainspirował naszego Mistrza do napisania „Lśnienia”. Właśnie mija sto lat od otwarcia tej architektonicznej perełki, więc i okazja jakaś jest.

    Estes Park leży w środku Gór Skalistych i z którejkolwiek strony chcesz tam dojechać, musisz mozolnie piąć się krętymi drogami i przekraczać wysokie przełęcze, z których widok zapiera dech w piersiach. Ja wjeżdżałem od południa drogą 72 (wracałem z Leadville, najwyżej położonego miasteczka Stanów, ponad 3000 metrów n.p.m.) i po drodze mijałem między innymi mieścinę Ward, kolonię hippisów jeszcze z lat 60. Sądząc z wyglądu i wieku mieszkańców, mieszkają tam ciągle ci sami hippisi. Muszę powiedzieć, że sam przejazd przez Góry Skaliste był niezapomnianym przeżyciem. Jasne, wiedziałem, że są wspaniałe, setki książek i filmów mi o tym od dzieciństwa donosiły, a jednak. Widziałem już trochę różnych gór, ale te były najpiękniejsze. Pamiętacie, jak Wendy w drodze do hotelu Panorama podziwia z okna garbusa tamten krajobraz? „Były to góry piękne, ale i surowe. Sądziła, że takie góry wybaczają niewiele pomyłek”. Coś takiego jest w tych ciemnych, szarych skałach, które zwałami wznoszą się po obu stronach wąskiej szosy. Oglądałem je w południowym słońcu, a mimo to działały jakoś ponuro i depresyjnie. I miałem wrażenie, że mówią do mnie indiańskimi głosami.

    Droga do Stanley Hotel, fot: Krzysztof Zajas

    Sam hotel z zewnątrz robi nadal duże wrażenie. Wzniesiony w tak zwanym stylu neokolonialnym na początku XX wieku i otwarty w 1909 r., był wówczas jedynym w pełni zelektryfikowanym hotelem na wschód od Missisipi. Zbudował go Freelan Oscar Stanley, właściciel fabryki samochodów Stanley Motor Carriage Company, który w Estes Park leczył gruźlicę i z wdzięczności za wyzdrowienie postanowił utworzyć tu kurort leczniczy, którego centrum miało się znajdować właśnie w supernowocześnie wyposażonym hotelu. W celu zapewnienia elektryfikacji specjalnie zbudował na pobliskim wodospadzie elektrownię wodną. Hotel posiadał również osobną salę koncertową z oryginalnym fortepianem Steinwaya, kręgielnię, pralnię parową itp., obok postawiono także jego pomniejszoną kopię, tzw. The Lodge, z całorocznym ogrzewaniem. Krótko mówiąc, była to jedna z najambitniejszych i najryzykowniejszych inwestycji hotelowych w historii Stanów Zjednoczonych. I typowo amerykańska.

    Wszyscy pewnie znacie historię o tym, jak Stephen King z żoną Tabithą zatrzymali się w Stanley Hotel wieczorem 30 października 1974 roku, tuż przed jego zamknięciem na sezon zimowy, i podczas kolacji zorientowali się, że są jedynymi gośćmi, ponieważ krzesła przy pozostałych stolikach były położone na blatach nogami do góry. Nikt inny oprócz nich tu nie nocował. I jak Kingowi przyśniło się, że jego trzyletniego synka gonią upiory po pustym korytarzu hotelowym. Pisarz wspomina, że obudził się zlany potem, wyjął papierosa i spojrzał przez okno na Góry Skaliste, a kiedy go dopalał, miał w głowie gotową powieść. Jestem w stanie mu wierzyć, ponieważ sam nieraz wstaję w nocy, by zanotować sen. Nawet nie tyle samą treść, co jego aurę, niesamowitość, to kłębowisko niejasnych i silnych emocji. Uchwycenie ich jest bardzo trudne, zwykle rano te zapiski są beznadziejnie nieadekwatne, ale nastrój pozostaje. I kiełkuje. Jadąc krętą, wysokogórską drogą wśród tych szarych i ponurych skał z lekkim dreszczykiem w krzyżu wyobrażałem sobie, jak King jedzie tędy 44 lata wcześniej i dorabia fabułę do nocnego koszmaru ze Stanley Hotel.

    Stanley Hotel, fot: Krzysztof Zajas
    Stanley Hotel, fot: Krzysztof Zajas
    Stanley Hotel, fot: Krzysztof Zajas

    Przy wjeździe na parking zapłaciłem 10 dolców i dostałem złotą monetę z napisem STANLEY HOTEL oraz podobizną fundatora. Wysiadając na placu pod głównym wejściem miałem za plecami kapitalny widok na otoczone górami miasteczko, a przed sobą imponującą bryłę budynku. Biel ścian ostro odcinała się na tle nieba i trawnika. Oczywiście, przyjrzałem się oknu na drugim piętrze po lewej, gdzie w południowo-zachodnim narożniku znajdował się pokój 217. Stamtąd King patrzył bezsenną nocą na Góry Skaliste i palił papierosa. Jak doskonale wiecie, w filmie Kubricka za bryłę Panoramy posłużył inny hotel, Timberline Lodge u podnóża Mt. Hood w Oregonie, więc byłem raczej w świecie powieści niż ekranizacji. Na tarasie kilkoro gości piło kawę, dwie Japonki spacerowały po labiryncie z żywopłotu, który tu dorobiono jakiś czas temu, paradoksalnie – na cześć filmu. W ogóle hotel próbował się promować na legendzie „Lśnienia”, organizowano tu nawet festiwal horrorów Stanley Film Festival, przewodnicy oferowali Ghost Tours po budynku i okolicy itp. Od dwóch lat zarząd odchodzi od tego tematu i wraca do pierwotnej idei wysokogórskiego kurortu, gdzie można leczyć cywilizacyjne choroby nabyte w wielkomiejskim życiu.

    Wszedłem. Parę osób w holu wyłożonym czerwonym dywanem z mocnym wzorem faktycznie wyglądało jak duchy. W każdym razie nieco nierealnie i paranormalnie, co, mam nadzieję, widać na jednym ze zdjęć. Po prawej stoi słynny Stanley Steamer, samochód parowy firmy należącej do właściciela hotelu. W 1912 r. fabryka wypuściła specjalną flotyllę parowych aut o nazwie Mountain Wagon, by dowozić gości do hotelu z najbliższej stacji kolejowej, która znajdowała się w odległym o 20 mil Lyons. Za panią w czarnym ubraniu widnieje wejście do sklepu z pamiątkami, gdzie zakupiłem obowiązkowy kubek z napisem REDRUM. Wiem, straszny kicz, ale nie mogłem się powstrzymać. Liczyłem, że miejsce naładuje przedmiot właściwym sensem.

    Stanley Hotel, fot: Krzysztof Zajas

    Pokręciłem się trochę po tym niby ważnym, ale jakoś i nieważnym holu, zaczepiłem obsługę (młodzi ludzie, którzy z miłym politowaniem przyjęli moje wyznanie, że przyjechałem tutaj do nich aż z Europy Środkowej), wszedłem na schody, obejrzałem korytarz zapełniony gdaczącymi emerytami, po czym zszedłem – i tyle tego sensu. Chciałem jeszcze coś wycisnąć z owianego legendą miejsca, jakoś je przeżyć, uwewnętrznić i odcisnąć jego stempel na duszy, ale satysfakcja nie przychodziła. Tylko ci gdaczący Amerykanie dokoła. Może zadziałało zmęczenie długą jazdą (byłem za kierownicą od kilku dni), może nadmiar oczekiwań, a może po prostu początek migreny. Wyprawa nieuchronnie dryfowała w kierunku: to już nie to.

    Usiadłem na ławce pod ścianą i z przymkniętymi oczyma usiłowałem sobie wyobrazić tamtą noc. Jest mroźna, jak to w wysokich górach, ale niebo ostre, gwiaździste. Następny wieczór to Halloween. On w oknie, z widokiem na wschodzącego właśnie Oriona, bo noc już głęboka, pas z trzech skośnych gwiazd wisi tuż nad szczytami. I może rozdygotanemu erudycie przychodzi do głowy fragment z wiersza Robinsona Jeffersa: „and Orion in December/ Evenings was strung in the throat of the valley like/ a lamp-lighted bridge” [i Orion w grudniu/ Zawieszony był w gardle doliny jak rzęsiście oświetlony most – tłum C. Miłosz]. Trochę nim telepie, bo są w podróży i nie pije. Ten nocny pot i nagłe przebudzenie to nie tylko strach. Pierwsze symptomy odstawienia. Myśli o demonach w sobie, o tym, że kiedy zaciąga się papierosem, jego rozjarzona twarz w ciemnym oknie musi z zewnątrz wyglądać jak jedna z halloweenowych masek. Spogląda w bok i widzi śpiącą żonę, zupełnie bezbronną i z mglistym tylko wyobrażeniem o mocach nim miotających. A gdyby wylazły na wierzch? Może już zaczęły wyłazić i stąd ten sen? Bo to on był potworem ścigającym synka po pustych korytarzach tego cholernego górskiego hotelu, z którego oprócz nich dwojga wszyscy już uciekli. A noc jak nóż. Wystarczy zacisnąć dłoń na rękojeści…

    Wendyyy, I’m comiiing…

    No, dobra. Lepsze to niż nic. Podniosłem się, rzuciłem okiem na narożne okno i wróciłem do samochodu. By jakoś zaklajstrować niepewne i niepełne doznania, postanowiłem porządnie napchać się amerykańskim fastfoodem, więc skręciłem do najbliższego sklepu, tuż pod hotelem. W supermarkecie wielkości dużej Biedry do części barowej szło się jakoś tak przez dział z kosmetykami i lekarstwami. Może i był w tym jakiś głębszy trawienny sens. W każdym razie przed półką z proszkami przeciwbólowymi stanąłem nagle jak wryty. Na poczesnym miejscu stała, a jakże, EXCEDRYNA! Tabletki, których nazwę znałem z chyba połowy powieści Kinga. Sam Jack Torrance uważał excedrynę za absolutnie jedyny dobry lek na kaca. „Przywykł nazywać dolegliwości nazajutrz po przepiciu excedrynowym bólem głowy…”

    Natychmiast zakupiłem słoiczek (patrz zdjęcie) i jeszcze na parkingu przed sklepem walnąłem jedną tabletkę w całości, a drugą włożyłem pod język i ssałem, jak to robił Jack. Migrena natychmiast zarządziła odwrót, wrześniowe słońce lśniło już trochę mniej dokuczliwe. Wciąż jednak było to lśnienie. W porządku, Stevie, niech będzie, że to magiczne miejsce. Po powrocie domu przy pisaniu sprawdzę, czy kubek na kawę naładował się odpowiednią energią.

    fot: Krzysztof Zajas

    Ściskając plastikową buteleczkę jak amulet wrzuciłem D i zadowolony ruszyłem w dalszą drogę, do rezerwatu Lakotów w Pine Ridge. Ale o tym już może kiedy indziej.

    Kawa spoko.

    Krzysztof A. Zajas

  • „Wiatraki”: fragment najnowszej książki Krzysztofa Zajasa

    Wysiadła. Odurzył ją mdlący zapach gryki wypełniający czerwcową noc. Jej olbrzymie połacie jaśniały w mroku po obu stronach drogi, dobrze widoczne w bladym świetle przysłoniętego chmurami księżyca. W dzień gryka ma lekko różowy odcień, ale nocą robi się biała. Było cicho. Wiatr trącał drobne listki, ale pączki kwiatków tkwiły nieruchomo na polu jak ustawiona do boju armia w białych hełmach. Ciągnęły się po horyzont. Jakieś dwieście metrów od niej leniwie kręcił się najbliższy wiatrak, dalej dwa następne. Widocznie górą wiało mocniej. Weszła w szparę między pędami gryki, rozpięła spodnie i już miała przykucnąć, gdy nagle się poderwała. Nie, dwa dalsze się nie kręciły, tylko ten najbliższy. Dziwne. Punktowy wiatr, który kręci tylko jednym wiatrakiem. Przyjrzała mu się uważniej. Skrzydła bezgłośnie przesuwały się na tle czarnego nieba, łyskając na czerwono w miejscach, gdzie przecinały się ze smugą bijącą od migającej lampy. Szły powoli, leniwie, ale jednak szły, w przeciwieństwie do pozostałych. Oni je czasem wyłączają, jak dobiją do tygodniowych limitów, pomyślała i trochę się uspokoiła. Kucnęła i błogo oddała się fizjologicznej uldze. Nagle coś zachrzęściło za jej plecami. Poderwała się i jednym szybkim ruchem podciągnęła majtki razem ze spodniami. Dźwięk się nie powtórzył. Wsłuchana w ciszę nieruchomego pola gryki starała się bezgłośnie zapiąć guzik dżinsów, darując sobie zamek błyskawiczny. To było jak nieostrożny krok w wysokiej trawie. Ktoś przechodził w pobliżu. Ktoś albo coś. Tu w okolicy kręci się pełno dzikiej zwierzyny: dziki, sarny, jelenie. Mógł być też pies, lis. Co jeszcze? Słyszała, że krążą tu jenoty, a nawet kiedyś przechodziły szakale, jak jej opowiadał pewien leśniczy. Ostrożnie wypuściła powietrze. Zwierzęca wyliczanka nieco ją uspokoiła. Ale tylko nieco i wiedziała dlaczego. Dźwięk przypominał szurnięcie materiału o liście. To oczywiście nic nie znaczyło, mogło jej się po prostu wydawać, ale swojemu panicznemu strachowi nie zdołała tego wyjaśnić. Podchodził do gardła, jakby niedawne podniecenie u pana Palanta wracało na swoje miejsce. Co robić?

    fot: smakksiazki.pl

    Uświadomiła sobie, że nie jest całkiem ciemno i jej twarz widać w księżycowej poświacie, więc znów przykucnęła, tym razem powoli. Od zwilżonej ziemi doszedł ją zapach własnego moczu. Jakimś zupełnie niepojętym sposobem podziałał na nią uspokajająco. Skuliła się i rozłożyła ciężar ciała na całe stopy, żeby dłużej wytrzymać w tej pozycji. Zaczęła nerwowo rozmyślać nad tym, czy jej granatowego golfa widać przy tym świetle z odległości, dajmy na to, dziesięciu metrów. Doszła do wniosku, że nie, i znowu zrobiło jej się odrobinę lepiej. Żałowała, że zostawiła na siedzeniu komórkę.

    Ukrycie ma swoje zalety, ale i wady. Mniej widzisz i mniej słyszysz. Nagle wyobraziła sobie, że ten ktoś stoi tuż za jej plecami, szykując się do ataku, i wstrząsnęła nią nowa fala strachu. Obejrzała się tak gwałtownie, że omal nie pacnęła tyłkiem we własne siki, ale nikogo nie było. Oczywiście, przecież tu nikogo nie ma. Uroiła sobie. Wszystko przez te cholerne wiatraki i ich migające lampy! Plus podniecenie, które nie chciało jej opuścić. Co za popieprzona noc!

    Kiedy się podnosiła, rozległ się głośny trzask. Drgnęła, a potem zaklęła cicho. Tym razem chrupnęło jej własne kolano. Roztarła je dłonią i wyprostowała plecy, rozglądając się i nasłuchując. Cisza. Uznała, że dosyć tych bzdur, i energicznym krokiem wróciła na polną drogę. Samochód stał na swoim miejscu, w kabinie paliło się światło. Wysiadając, nie domknęła drzwi. Całe jej harcerskie ukrywanie się w gryce ze spodniami w garści warte było funta kłaków, skoro intruz mógł zobaczyć samochód z kilometra. Bez sensu. Wskoczyła za kierownicę, grzmotnęła drzwiami z całej siły, aż golf się zakołysał, i wcisnęła kołek blokady. Urojenia urojeniami, ale zawsze lepiej się zabezpieczyć. Pomacała siedzenie pasażera i znalazła swoją komórkę. Pomyślała, że da się jej użyć w charakterze latarki, a potem przypomniała sobie o dużej latarce w bagażniku i po chwili wahania wysiadła. „Po co wysiadasz, głupia?!”, wrzasnęła w niej ta druga Magda, więc udzieliła jej rozsądnej odpowiedzi. Po pierwsze, nie jest wcale strachliwą kurą, uciekającą przed byle szelestem. Po drugie, należy sprawdzać swoje podejrzenia, choćby kosztem komfortu i nawet wtedy, gdy na cyferblacie jest akurat północ. A po trzecie, najważniejsze: nie wysikała się do końca.

    Wyjęła z bagażnika wielką wodoszczelną latarkę na akumulator, która mogła również służyć za broń, i wróciła na wydeptany placyk w łanie gryki. Poświeciła wkoło, ale oprócz odcisków swoich butów oraz mokrej plamy na ziemi niczego nie znalazła. Postanowiła najpierw dokończyć zaczęte, więc odpięła guzik, zsunęła spodnie i przykucnęła. Kucała już do tego cholernego sikania czwarty raz i uśmiechnęła się do siebie, wyobrażając sobie minę Zbysia, kiedy o tym słucha. Ulga wyparła z duszy resztki strachu. Nabrawszy pewności siebie, poświeciła wkoło, a potem – żeby pokazać sobie i całemu światu, jaka z niej dzielna dziewczynka – zrobiła kilka kroków w głąb pola. To gdzieś stąd doszedł ją ten cholerny szelest. Faktycznie, parę metrów dalej pośrodku pola gryki była kępa krzaków. Chyba głóg. Wyrósł na pryzmie kamieni zebranych pewnie ze sto lat temu przez niemieckich robotników rolnych. Tak się dawniej oczyszczało grunty pod uprawę, zresztą i dzisiaj chłopi znosili kamienie na małe sterty na krańcach pól. Ta zarosła gęsto i na tle białej gryki stanowiła ciemną wyspę. Doskonała kryjówka dla zwierząt. I ludzi. Zacisnęła mocniej dłoń na latarce i snopem światła omiotła wysepkę. Zrobiła dwa kroki do przodu i znieruchomiała. W gryce przed nią był wyraźny ślad. Ktoś tędy przechodził. Poświeciła niżej – w czarnej ziemi widniał odcisk wielkiego buta.

    fot: smakksiazki.pl

    Przestała na chwilę oddychać. Usiłując nad sobą zapanować, zrobiła trzy kroki w tył, powoli, jakby stąpała po polu minowym. Spojrzała za siebie. Droga do samochodu była wolna. Ostrożnie, krok po kroku ruszyła do auta. Kiedy już otworzyła drzwi golfa, obejrzała się.

    Stał piętnaście metrów od niej. W szerokiej żółtej kurtce, takiej, jaką noszą rybacy podczas sztormu, obcisłych legginsach i dziwnym kapeluszu na głowie, którego rondo zasłaniało twarz. Patrzył na nią. Kojarzył jej się z niezgrabnym strachem na wróble, dla kawału ubranym przez kogoś w sztormiak. „Kim jesteś?”, chciała krzyknąć, ale wyszedł jej tylko bezdźwięczny świst, jakby sama była wiatrakiem.

    Poruszył się. Podniósł głowę i zanim zdołała przyjrzeć się jego twarzy, odwrócił się i odszedł. Zrobił kilka kroków środkiem drogi, a potem skręcił i zniknął, jakby zapadł się pod ziemię. Jednym skokiem znalazła się na siedzeniu i z hukiem zatrzasnęła drzwi. Niezawodny golf odpalił natychmiast. Nie zamierzała wracać na wstecznym do głównej szosy, ponieważ musiałaby przejechać obok miejsca, gdzie tamten właśnie zniknął. Wiedziała, że farmy wiatrowe mają wewnętrzne ścieżki i między wiatrakami musi być połączenie dla obsługi technicznej. Powinien też być inny wyjazd. Ruszyła w tamtą stronę. Intensywnie czerwone światło pozycyjne jedynego kręcącego się wiatraka pulsowało nieregularnie, gasnąc i rozbłyskując według sobie tylko znanego wzoru.

    Mijając go, zerknęła w górę. Po dziesięciu metrach nacisnęła hamulec. Nie, to niemożliwe. Za dużo jak na jeden wieczór.

    Wiatrak kręcił się trochę nierówno, w rytmie dwutaktu, przyspieszał i zwalniał, wpadając w irytujący rytm. Magda zadławiła się z wrażenia i musiała odkaszlnąć. W rozbłysku czerwonego światła zobaczyła, jak obroty wirnika zwalniają i od dołu podjeżdża kolejna łopata, wolno, z trudem wspinając się pod górę. Gdy dotarła do punktu szczytowego, niemal znieruchomiała w pozycji pionowej i wtedy Magda je zobaczyła. Było obwiązane sznurem jak baleron, z głową opadniętą na ramię i rękami rozłożonymi w proszalnym geście. Tkwiło w bezruchu przez ułamek sekundy, prezentując się w rubinowej poświacie, a potem nagle lampa zgasła i śmigło, przyśpieszając, ruszyło w dół. Ciało znikło, przesłonięte czarnym skrzydłem nocy, a potem wyłoniło się jeszcze raz. Musiała krzyknąć, żeby się nie udusić. Jej charkotliwy wrzask podziałał na nią jak środek pobudzający. Wrzuciła bieg i ze skręconą kierownicą ruszyła na pełnym gazie.

  • „Bez głowy”, rocznica śmierci Janusza Głowackiego

    Kolejna kartka z mojego cmentarnego kalendarza. Dzisiaj mija rok od śmierci Janusza Głowackiego. Był jednym z pierwszych pisarzy wyróżnionych przez nas w oświęcimskiej Alei Pisarzy, płytę odsłaniał osobiście 27 września 2013 roku, a cytat na niej wyryty dobrał jak zwykle przekornie: Nic mi tak dobrze nie robi na pisanie, jak upokorzenia.O tych niby upokorzeniach, które powiodły go do amerykańskiego sukcesu, opowiadał później na spotkaniu z czytelnikami. Prowadziliśmy je we dwóch z Markiem Bieńczykiem, a Głowacki rozkręcał się wspominając, jak bez końca literował swoje nazwisko do słuchawki, a później siedział nad nią w napięciu całe dnie i bał się wyjść do toalety czy do sklepu, by nie przegapić telefonu od producenta. I o tym, że Wajda zmienił mu prawie cały scenariusz „Wałęsy”, bo nie miało być ironicznie, tylko patetycznie. I że marzenia się spełniają, trzeba tylko umieć to zauważyć. I wiele innych kapitalnych rzeczy.

    Mówił tak jak pisał – błyskotliwie, dowcipnie i piekielnie inteligentnie. Jako pisarz przyszedł do mnie dosyć późno, paręnaście lat temu, i właśnie ta jego inteligencja mnie uwiodła. Należał do mistrzów słowa, którzy najbłahsze rzeczy potrafią opisywać jako kluczowe doświadczenie życiowe i czytając myślisz sobie: ale facet miał fajne życie! Jakie upokorzenia? To oczywiście nieprawda, ale urzeka sam język opowieści, który brzydotę pospolitości zamienia w złoto celnej frazy. On miał taki język. Z najbanalniejszej historii tworzył perełkę, jak choćby ta o żółwiu Guru w książce Z głowy, gdzie znajdziecie i dramat cywilów w powstaniu warszawskim, i dramat rodzinny Głowackich z naiwnym, nierozumiejącym spojrzeniem dziecięcego narratora, i zabawny wątek z żółwikiem, który kończy się smutno. A wszystko zanurzone w uroczej grotesce, która nawet śmierć odmalowuje lekko, z humorem, dokładnie tak, jak dzieci zwykły się bronić przed grozą.

    Sypał anegdotami jak z rękawa. Wszystkich znał. Nie tylko w Polsce, również za oceanem. Dość powiedzieć, że wśród znajomych Głowy przewijają się Arthur Miller i Christopher Walken. Jak rasowy gawędziarz i indywidualista wielkiego formatu, niby mówił o całym świecie, ale właściwie tylko o sobie. Uwielbiam jego portrety w białym garniturze. Dandyzm posunięty do granic autoironii, krok dalej i byłby śmieszny, on jednak umiał tej granicy nie przekraczać. Na zewnątrz przystojniak i kobieciarz, a w środku ciągle, od dzieciństwa nieśmiały i zawstydzony swoją przenikliwością.

    prof. Krzysztof Zajas i Janusz Głowacki

    Uwielbiam jego giętkie, zdania, precyzyjne i zarazem swobodne, jakby po prostu mówił do siebie. Długi i pełny emigracyjnych rozterek monolog wewnętrzny w samolocie do USA zakończył:

    Janek, co się przejmujesz. Jedziesz do dzikiego kraju, w którym nikt nawet nie wie, kto to jest Himilsbach; i poczułem się lepiej.

    A oto scena pożegnania z filmu Casablanca w wersji Janusza Głowackiego. Jego ukochana jest modelką i odlatuje do Mediolanu:

    Ty, Anno Mario, już do mnie nie wrócisz – mówiłem przez łzy. – Wyjdziesz tam za mąż.

    A ona pocieszała mnie:

    Nie martw się, ukochany. Kto by tam chciał się ze mną żenić. Wszyscy mnie przelecą i wrócę do ciebie.

    Puenta scenki brzmi: Nie wróciła. Takich scenek, będących w istocie mikro-melodramatami, jest u niego mnóstwo. Miał tak ceniony przeze mnie talent do skrótu, cięcia, bezlitosnego usuwania niepotrzebnych słów i szlifowania tych, które się ostały. Jego obraz Moskwy z 1989 roku, tuż przed upadkiem ZSRR:

    Był straszny mróz, okna w hotelu Ukraina się nie domykały. Nie było mydła. Etażna zapytała, ile będę dni. Powiedziałem, że cztery. Odmierzyła cztery porcje papieru toaletowego.

    Im większa kondensacja sensu, tym lepiej. A przy tym ważne, by tekst nie tylko znaczył, ale i brzmiał. Od Głowackiego wziąłem lekcję, by napisane przez siebie teksty czytać na głos i jak coś brzmi nie tak, źle się mówi, brzęczą dysonanse – poprawiać do skutku lub wyrzucić. Jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, by mój tekst stracił cokolwiek na znaczeniu po usunięciu niedobrze brzmiących zdań. Polecam wszystkim początkującym autorom.

    Janusz Głowacki, fot: smakksiazki.pl

    To on wymyślił genialne określenie ministra Macierewicza: człowiek o spojrzeniu Bin Ladena.W ogóle z politykami, z prawa i z lewa, miał zawsze na pieńku, jak to inteligentny pisarz w Polsce. Zresztą nie tylko z politykami. Znamienna jest pod tym względem jego uwaga przy okazji premiery jednego z jego znakomitych dramatów:

    Czwartą siostrę przyjęto w Polsce jak najgorzej, więc już wiedziałem, że na świecie będzie sukces, bo to się zrobiła reguła.

    U mnie też zaczyna się robić reguła, że jak już szczególnie polubię jakiegoś polskiego pisarza, to zwykle jest to taki, który ma poważne kłopoty z polskością. I coraz bardziej myślę, że problem nie w pisarzu, tylko w polskości.

    Wszystkie cytaty i anegdoty zaczerpnąłem z jego autobiograficznego zbioru esejów pt. Z głowy. Jeśli nie chce wam się czytać wszystkiego, a macie ochotę docenić pióro Janusza Głowackiego, sięgnijcie po tę książkę. Majstersztyk krótkiej formy. A na okładce, jakżeby inaczej, sam autor w białym garniturze.

    Jego ojciec był autorem kryminałów, o czym nie pamiętałem wtedy, 27 września 2013 roku, siedząc obok Głowackiego na uroczystej kolacji po odsłonięciu płyty w Alei Pisarzy. Miałem już wtedy napisanych Ludzi w nienawiści, ale nie odważyłem się przyznać, że piszę, i pozostałem w jego oczach profesorem od polonistyki. Taką mi zresztą wtedy wpisał dedykację: Krzysztofowi, też poloniście, trochę tego śmiesznego Koszmaru. Tym śmiesznym koszmarem było jego własne życie, naszkicowane w niby zabawnej, a naprawdę przejmująco wnikliwej książeczce. Błyszczący sztylet ironii śmiało wbijał również we własną pierś.

    Janusz Głowacki, fot: smakksiazki.pl

    A jednak poniekąd to jemu właśnie zawdzięczam zostanie pisarzem kryminalnym. Tamtego wieczoru dzięki Głowackiemu poznałem mojego pierwszego wydawcę i Ludzie w nienawiści ukazali się drukiem niespełna rok później. Gdy go o tym poinformowałem telefonicznie, kategorycznie zażądał egzemplarza, który natychmiast wysłałem drżąc z podniecenia i przerażenia. Później wysyłałem wszystkie kolejne. Tej następnej, która ukaże się za miesiąc, już nie wyślę. Nie wiem, może się z nią przejdę na Powązki.

    Ta jego nagła śmierć w Egipcie, w środku lata, jakaś bezsensowna. Pusta. Bez wymiaru. Chyba że to jeszcze jedna jego ironia, zbyt subtelna, bym ją wychwycił.

    Mój ojciec, zanim z powodów osobistych wziął się za kryminały, pisał bajki– wspominał w Historii żółwia Guru. Kryminały. Wrzucam do allegro i wychodzi kilka powieści kryminalnych Jerzego Głowackiego z czasów głębokiego peerelu. Sprawdzam i oczom nie wierzę: wśród nich jest Testament królowej Nefertite z 1971 roku, jeden z pierwszych kryminałów, jakie w życiu czytałem! Okładka ze złotą głową egipskiej królowej, wyryta w dziecięcej pamięci otwarła cały strumień wspomnień. Aż się zdumiałem, że mogłem spędzić tyle czasu bez tej złotej głowy z ironicznie przymrużonym jednym okiem. Natychmiast zamówiłem, z dostawą priorytetową.

    Krzysztof Zajas

  • „Biały wieloryb świata”, wspomnienie o Czesławie Miłoszu

    Pamiętam dokładnie tamten dzień. Byłem w ostatniej klasie liceum i profesor od polskiego posłał mnie do kiosku po prenumerowane czasopisma. Takie niby wyróżnienie za literackie zamiłowania, chacha. Wracając wertowałem ciekawie grubaśne zeszyty i w jednym z nich znalazłem parę wierszy polskiego poety emigracyjnego, który właśnie w Sztokholmie odebrał literacką nagrodę Nobla. Nic wtedy o Czesławie Miłoszu nie wiedziałem, moje literackie zamiłowania nigdy na niego nie natrafiły, później dowiedziałem się dlaczego. Nie tylko jego twórczość, ale nawet nazwisko peerelowska cenzura usunęła w niebyt. Nie miałem szans go poznać. I oto nagle w połowie drogi z kiosku do gimpla (tak nazywaliśmy nasze liceum) staję w pół kroku, bo mnie zatkało. Otwarłem na chybił trafił i słowa dosłownie przykuły mnie do chodnika:

    Porwał mnie w otchłań ze sobą

    Biały wieloryb świata.

    I teraz nie wiem

    Co było prawdziwe.

    Wiersz nazywał się Tak mało i musiał trafić w coś we mnie tamtym, młodym i głodnym świata, a niewiedzącym jeszcze nic o niespełnieniu. Zanim doszedłem z powrotem do klasy, nauczyłem się wiersza na pamięć i powtarzałem później przez wiele lat w chwilach, kiedy czułem się zmęczony „zachwytem, rozpaczą, gorliwością, nadzieją”. W tamtym wierszu było wszystko, co najważniejsze: przeżywanie świata i nazywanie. Rzecz i słowo. Młody i kompletnie zielony już wiedziałem, że to będzie mój ciężar życia. Jako się rzekło, relacje z poezją mogą być albo intymne, albo żadne.

    Inne wiersze Miłosza były za trudne, wymagające intelektualnie, długo i żmudnie dochodziłem do nich z mojej wiejskiej prowincji. Ale ten jeden o białym wielorybie świata, na opowieść o którym nigdy nie starczy czasu i słów, zakarbowałem sobie w pamięci. Był początkiem jedwabnej nici, którą Miłosz omotywał mnie niepostrzeżenie, ale konsekwentnie, by nareszcie owładnąć mną bez reszty tak, że czytałem właściwie tylko jego.

    Czesław Miłosz, fot: Maciej Billewicz, Klimczyce, czerwiec 1981

    Nazwał wszystko, to najtrudniejsze i to najprostsze. Najzwyklejszym czynnościom życiowym potrafił nadać głęboki sens, najtrudniejsze metafizyczne zawiłości przedstawiał tak, że z abstrakcyjnych stawały się twoimi osobistymi. Cokolwiek mnie w życiu spotkało ciekawego, strasznego, nieoczekiwanego, zdumiewającego – natychmiast z pamięci wyłaniał się pasujący do tego wiersz Miłosza. Mówiliśmy nim w domu przy każdej okazji, mówimy do dzisiaj. Siedzę dajmy na to przed pustym ekranem, ślęczę nad układaniem słów wściekły na próżność tego zajęcia , i zaraz z mroku twórczych mąk wyłania się fraza: „Co nie wymówione, zmierza do nieistnienia”. Chłoniemy zachwycający soplicowski krajobraz, polskie pagórki i dolinki z rzadko siedzącymi na miedzy gruszami, a w tyle głowy tętni: „pochyłe pola i trąbka”. Kiedy obrażony na głupią, beznadziejną i odrażającą rzeczywistość mam ochotę leżeć i nic nie robić, aniołowie z jego wiersza szepczą mi do ucha:

    zaraz dzień

    jeszcze jeden

    zrób co możesz.

    Nie, nie będę cytował, bo musiałbym przytoczyć pięć tomów jego Dzieł zebranych, które czasem na głos poczytujemy w domu przed zaśnięciem. Gdyby ktoś powątpiewał, czy poezja może wpływać na życie ludzkie, niech się zgłosi do mnie i zarezerwuje sobie co najmniej trzy dni na słuchanie. Mam co opowiadać. Był dla mnie wzorem niezależności, wolności myślenia i przekonania. Od niego uczyłem się nieufności do wszelkich ideologii, z prawa i z lewa, niechęci do pewnych siebie inżynierów od kierowania ludzkimi losami, odrazy do krzykaczy wycierających sobie gęby wielkimi słowami. Słowo wypowiedziane ma swój ciężar i skutek, dlatego należy z nim ostrożnie. Należał do tej garstki samotników w naszej literaturze, którzy z uporem powtarzali mądre słowa z tragiczną świadomością, że nikt ich nie wysłucha, że będą zakrzyczani przez głupstwo. Przez wiele lat wygnania pisał dla nikogo „w jednym z mniej znanych afrykańskich narzeczy”. Ile trzeba mieć w sobie siły, by mimo to pisać!

    Był zawsze ponad doraźną polityką, chociaż polityka nieustannie wciągała go w swoje wiry. Twórcy naprawdę niezależni są największymi wrogami polityków, cała historia literatury jest właściwie o tym. Kiedy z nienawiści do przedwojennego faszyzmu polskiego zaangażował się w idee socjalistyczne, zrobiono z młodego Miłosza komucha i wrzucono do jednego worka ze stalinowcami. Kiedy z nienawiści do reżimu komunistycznego uciekł na Zachód, wymazano jego nazwisko z polskiej kultury. W kraju nazwano go zdrajcą, na emigracji bolszewickim agentem. Co ciekawe, to miano przylgnęło do niego na stałe i dzisiaj również prawica lubi go nazywać zdrajcą. Duch prawdziwie wolny drażni duchowych niewolników. Jak on to powiedział? „Jest ONR-u spadkobiercą partia”. A także odwrotnie.

    Śmiech mnie pusty zbiera (tak, to ostatnio u mnie częsty stan), kiedy na forum polskiego parlamentu jakaś posłanka z Bożej łaski debatuje publicznie nad tym, czy Czesław Miłosz był polskim pisarzem i czy jego utwory mogą być lekturami w szkole. Nic nie przeczytała, tym bardziej nic nie zrozumiała, ale wyrokuje. Gdyby kształt i sens naszego życia zależał tylko od polityków, żylibyśmy w piekle. Które zresztą Miłosz dość dokładnie opisał.

    To dzięki niemu zacząłem jeździć w kraje bałtyckie, uczył mnie bogactwa kulturowego tamtych ziem, z ich skomplikowaną historią, wielonarodowymi i wielowyznaniowymi regionami. Z jego wnikliwych litewskich analiz brała się moja pasja do Inflant Polskich, a nie dlatego, że marzy mi się jakieś posttraumatyczne odzyskiwanie polskich kresów.

    Czesław Miłosz, fot: Maciej Billewicz, okolice Klimczyc, czerwiec 1981

    Po latach miłości bezgranicznej i pozbawionej nadziei na jakiekolwiek spełnienie miałem cudowną okazję poznać go osobiście. Przyszedł na obronę mojego doktoratu, który był o nim. Usiadł w kącie sali i wodził wzrokiem po szacownym gronie profesorskim, które w jego obecności jeszcze stężało w swojej szacowności. Umierałem ze strachu i przejęcia, zupełnie nie pamiętam co mówiłem, ale ostatecznie wyszło na moje, ponieważ w obliczu żywego i słuchającego przedmiotu badań żaden z naukowców nie odważył się postawić trudnego pytania. Obroniłem się. „Wczytał się pan w te moje wiersze, wczytał…” – te jego słowa nosiłem później jak talizman.

    Przyszedł na promocję mojej książki „Miłosz i filozofia”. Coś tam pogadaliśmy próżno o egzystencji i literaturze, aż w końcu Mistrz wyciągnął z kieszeni swój ostatni zbiorek wierszy i zaczął czytać do mikrofonu. To był najlepszy moment promocji Zajasa. Mam w domu pióro, którym podpisywał mi książkę. Leży sobie spokojnie jak ten grzebień weneckiej kurtyzany, który „w próchnie, pod płytą, sam, czeka na światło”.

    Jeden z najbardziej religijnych polskich pisarzy. Najgłębiej, może oprócz Mickiewicza, sięgnął w metafizyczne otchłanie, by wydobyć stamtąd sens ludzkiego działania w kosmosie, wspartego na boskich prawach. Gdyby polscy katolicy mieli w sobie choć odrobinę prawdziwej wiary i nie ograniczali spraw religijnych do polityki i finansów, uczyniliby z niego swojego patrona i skarbnicę cytatów dla własnych rozmów z Bogiem, tak jak chociażby robił to Jan Paweł II. Ale gdzie tam! Komuch i zdrajca! Śmiech pusty i gorzki zbiera…

    Jeden z najbardziej uniwersalnych polskich pisarzy. W najdalszych zakątkach świata można znaleźć humanistów, którzy znają to nazwisko i potrafią zacytować choć jeden jego wers, a których próżno pytać o Mickiewicza czy Sienkiewicza. Tłumaczony, czytany, podziwiany nie tylko jako poeta, ale i wielki myśliciel, jeden z największych w XX wieku. Gdyby nasi ideolodzy narodowi naprawdę chcieli rozsławiania kultury polskiej w świecie, powinni Miłosza i jego dzieło na rękach nosić, do poduszki czytać, na wyrywki znać i deklamować gdzie popadnie, przy każdej międzynarodowej okazji. Ale gdzie tam! Śmiech gorzki zbiera…

    prof. Krzysztof Zajas

    Kiedy umierał 14 sierpnia 2004 roku, byłem w końcowej fazie ostatniego w życiu ciągu alkoholowego. Półprzytomny i skupiony na głaskaniu wódczanego demona, niewiele skojarzyłem z przekazywanych mi informacji. Właściwie tylko tyle, że to dobry powód, by znowu się napić. Dopiero wieczorem przyszło jakieś otrzeźwienie. Umarł. Nie ma go. Zostały tylko wiersze. Zaraz dzień, jeszcze jeden, zrób co możesz. Odstawiłem niedopity mazut (wódka z colą), oddałem rodzinie portfel i kluczyki od samochodu, po czym zległem na trzy dni by wytrzeźwieć. Oprócz Miłosza czuwała nade mną również Najświętsza Panienka, bo przecież jutro Matki Boskiej Zielnej. Obolały i pusty jak flaszka w koszu na śmieci, snułem się po słonecznych sierpniowych łąkach i usiłowałem myśleć, nie o nim, o sobie. Pozbierać wszystko do kupy. A wkoło biały wieloryb świata.

    Gdy już wróciłem z alkoholowego matrixa do rzeczywistości i zabukowałem termin rozpoczęcia terapii, przyszedł czas pogrzebu Miłosza i cała ta żałosna narodowa jatka, czy nasz noblista zasługuje na kryptę na Skałce. Ile wtedy jadu i bredni wylano, nie czas tu i miejsce wyliczać, dość powiedzieć, że jeszcze raz potwierdziły się gorzkie wersy o samotności poety w tym niby tak poetyckim kraju. W moim przekonaniu Miłosz zasługuje nie tylko na Skałkę, ale na Wawel, i to znacznie bardziej niż ofiary różnych nieszczęśliwych wypadków. Mam nadzieję, że kiedyś przeniosą tam jego szczątki z należnymi im honorami.

    Jeśli za żadne skarby nie wchodzi w was poezja, czytajcie jego eseje. Uczą rzadkiej umiejętności nieulegania cudzym sądom i myślenia własną głową. A także skłaniają do nieustannego podczytywania rzeczy nieznanych, pogłębiania wiedzy i czynienia z niej należytego użytku, czyli adaptacji jej do własnego życia. Wiem, niełatwe, ale łatwizna jest dla głupców, a tych wkoło legion. Nie ma innego wyjścia. Jeśli chcesz być sobą, musisz umieć myśleć niezależnie. W czasach wszechobecnej bredni to jedyny ratunek. Oczywiście, jeśli ktoś chce się ratować.

    A wiecie, jak się skończyło z tym wielorybem? Obraz nie dawał mi spokoju, coś z tą wielką białą bestią było na rzeczy i po powrocie ze szkoły do domu, powtarzając w pamięci wiersz Tak mało, zacząłem kombinować. Wtedy wpadła mi w oko reprodukcja jakiegoś religijnego obrazu przedstawiającego zdjęcie z krzyża. Chrystus był na nim oplątany linami, zupełnie jak… kapitan Ahab z Moby Dicka! Metafora przeszyła mnie jasnym gromem i zrozumiałem całą uniwersalną wielkość opowieści Hermana Melville’a. Jak na wiejskiego osiemnastolatka całkiem nieźle. Lata później w esejach Miłosza znalazłem rozwinięcie tej metafory, z silnym wątkiem autobiograficznym i autotematycznym. Więź została zadzierzgnięta. I została do dzisiaj, Mistrzu mojej młodości.

    Krzysztof Zajas

  • Poniedziałek: Gombrowicz, wtorek: Gombrowicz…

    Środek wakacji, a ja myślę o zmarłych. Konkretnie o zmarłych pisarzach, którzy jakoś dziwnie czas letniej kanikuły sobie wybrali, by nas osierocić. Dzisiaj rocznica śmierci Witolda Gombrowicza, za trzy dni Zbigniewa Herberta, w sierpniu odeszli i znowu odejdą Czesław Miłosz, Sławomir Mrożek, Janusz Głowacki… Sami bliscy, z niektórymi z nich miałem szczęście i zaszczyt rozmawiać. W czasach szkolnej młodości czytani zachłannie, łapczywie, z tym neofickim głodem małolata, żeby jak najwięcej przeżyć, zrozumieć, dowiedzieć się, jak to jest naprawdę z tym życiem. Odkładani na półkę, bo chciało się jeszcze dalej i jeszcze więcej. Ale to „dalej” wcale nie było lepsze, więc wracali na nocny stolik, podłogę przy łóżku, do plecaka, żeby być pod ręką. Żeby wspierać. Może celebrowanie tych rocznic trąci banałem, ale dla mnie to dobry moment, by jeszcze raz o nich pomyśleć, pożegnać dłonią z uniesionym kciukiem, wymamrotać pod nosem zapamiętany cytat. No i wrócić do książek.

    Gombrowicz. Drażnił nas, irytował, zgrywał się, prowokował do niemożliwości. Tak w pierwszym, powierzchownym odbiorze wypadało to jego megalomańskie: ja, ja, ja. Słynny początek Dziennika: „Poniedziałek: ja. Wtorek: ja. Środa: ja. Czwartek: ja”. Dopiero w następnych czytaniach ten najgenialniejszy dziennik literatury polskiej odsłaniał swoje prawdziwe mądrości, które już nie dotyczyły osobistego „ja” autora, tylko naszego polskiego „my”. Jego piekielnie wyostrzony hrabiowski floret intelektu kłuł celnie i boleśnie. Jasne, krytykowanie polskości jako wielkiego projektu narodowego nie należy do sztuk szczególnie trudnych i dzisiaj każdy felietonista to potrafi, ale w jego przypadku walka o nas miała charakter fundamentalny. Bardzo mi bliski. Kiedy zmęczony polityką, rujnowaniem naszych europejskich aspiracji i bezsilnością wobec kataklizmu prostactwa, sięgnąłem po latach do Dziennika Gombra, zakręciło mi się w głowie. Boże, jaki oddech! Jaka ulga, że był wśród nas ktoś, kto myślał! Nie tylko ogarniał cały ten cud badziewny, jak mówi Stasiuk, ale i szukał odtrutki. Na polskość. Na nas. Sami zobaczcie.

    Sto lat temu litewski poeta wykuł kształt polskiego ducha, dziś ja, jak Mojżesz, wyprowadzam Polaków z niewoli tego kształtu. Polaka z niego samego wyprowadzam…”

    To o jego poszukiwaniu nowej formy dla Polaka. Niemal wszystko, co pisał, było walką o nas, o wywleczenie nas z tego sarmacko-katolickiego grajdoła, w którym wczepiamy się w siebie ze strachu przed własną niemocą i nie wiemy co zrobić, żeby być sobą. A jak już wydaje nam się, że wiemy, to zaczynamy być sobą i jest jeszcze gorzej…

    Gombrowicz miał świadomość, że jego głos – choć idący ze środka, z samych trzewi polskiej ziemiańskiej mentalności – nie będzie wysłuchany, bo na słuchanie też jesteśmy osobliwie odporni:

    Śpij, trąbo moja, porzucona na śmietniku nie wyzyskanych polskich możliwości. Śmietnik. W tym sęk, że ja wywodzę się z waszego śmietnika. We mnie odzywa się to, co wy w ciągu wieków wyrzucaliście jako odpadki”.

    Otóż to. W naszym narodowym projekcie wydaje nam się, że jak coś przemilczymy, ukryjemy przed wzrokiem własnym i innych, zamieciemy pod dywan, to to zniknie. Jak będziemy powtarzać, że sarmacka Rzeczpospolita była tolerancyjna i w ogóle wspaniała, a pańszczyzna to najlepsze, co mogło się przydarzyć polskiemu chłopu – to cały świat to kupi i będzie nas podziwiał. Jak będziemy na kolanach przysięgać, że jesteśmy najgorliwszymi katolikami na świecie – to sam Bóg nas przytuli i wyniesie ponad innych. A przecież dawno już mądrzy ludzie powiedzieli, że prawda tkwi nie w tym, co deklarujesz, a w tym, co ukrywasz. Twój fałsz jest warunkiem twojej prawdy. A Gombrowicz przystawia nam tę myśl jak lusterko do naszych rozkosznych polskich pysków i pyta: co tam widzicie?

    Żeby nie było wątpliwości, problem ojczyzny dotyczy nie tylko obywatela, ale i pisarza. Przede wszystkim pisarza, bo to on, „syn wierny swego Narodu”, musi z tym narodem coś zrobić. A nadmiar myślenia intymnym relacjom z ojczyzną nie służy:

    Ojczyzna? Przecież każdy z wybitnych, wskutek po prostu wybitności swojej, był cudzoziemcem nawet u siebie w domu… ponieważ wszelka w ogóle sztuka pozostaje w najściślejszym związku z rozkładem, rodzi się z dekadencji, jest przetworzeniem choroby na zdrowie”.

    prof. Krzysztof Zajas

    Znowu chce się krzyknąć: otóż to! Bierzemy naszych wybitnych (którzy wybitność musieli zdobyć za granicą, bo u nas zjadała ich krytyka), przycinamy ich dzieła do naszych topornych obrazków samouwielbiającej się wspólnoty, po czym sycimy się ich głębią, jakbyśmy sami byli autorami. I tak to szło, że każdy z tych wybitnych musiał na swój sposób uporać się z kamieniem ojczyzny u szyi, śmietnikiem gnijącym pod dywanem, z tym chomątem dziedzictwa narodowego, które nie pozwalało mu być sobą: Herbert, Miłosz, Mrożek, Głowacki…

    To chomąto też wziąłem z Dziennika, włożył je Gombro na kark Miłosza:

    Lecz ja tutaj nie polemizuję z Miłoszem, który jest rasowym koniem – polemizuję tylko z jego chomątem, z tym wozem wypełnionym skrupułami, które mu przeszłość jego doczepiła”.

    Lubię to zdanie, bo świetnie chwyta, o co chodzi z ciężarem mojego dziedzictwa, mojej Ojczyzny na karku.

    Przez łamy literackich portali co jakiś czas przetacza się dyskusja o polskiej literaturze popularnej, wartości czy braku wartości polskich kryminałów itd. Zwolennicy i przeciwnicy twórczości Bondy, Mroza, Puzyńskiej okładają się argumentami, jakby o samą niepodległość chodziło. Gombrowicz, niezwykle wyczulony na wszelkie fałsze i kryjące się za nimi prawdziwe treści, podsuwa i w tej materii jadowitą myśl:

    Historia grafomanii polskiej więcej może powiedziałaby nam o nas niż historia Mickiewiczów i Prusów”.

    Chodzi nie tylko o tak zwany poziom artystyczny, bo jego kryteria są równie płynne jak style epoki, która go definiuje. Chodzi o rodzaj rozkoszy, jakiej zaspokojenia szukamy w tekście. Więcej o tobie mówi przyjemność czerpana z uprawiania i konsumowania literatury, niż twoje światopoglądowe deklaracje. Tu Mickiewicz i Jan Paweł II, a tam pornografia i mord. Perwersyjne, bo zbudowane na nienasyconym pragnieniu:

    I jeśli literatura w ogóle ośmiela się mówić, to wcale nie dlatego że jest pewna swojej prawdy a tylko dlatego, że jest pewna swojej rozkoszy”.

    I tak dalej, o wszystkim. Chcecie o Żydach? Proszę bardzo:

    Niestety! Ci, którym dano prawo do wyższości, nie mają prawa do równości”.

    W jednym zdaniu cały złożony kontredans stosunków polsko-żydowskich, w których Żydzi nigdy nie będą do końca Polakami, a Polacy nigdy nie dorównają Żydom. Gordyjski węzeł wyższości-niższości, który niejeden już Aleksander próbował rozwiązać za pomocą miecza.

    Sądy, opinie, uwagi, bon moty. A każde piekielnie inteligentne, bezkompromisowe, żadnych tam „nie wypada”, „za ostro”, „jeszcze się ktoś obrazi”. Zakutym w bezmyślności łbem trzeba wstrząsnąć, żeby zaczął myśleć, więc Gombrowicz wstrząsa. I taki jest moim zdaniem wyższy cel Gombrowiczowskiej prowokacji. Nie dla samego prowokowania, ale by zmusić do myślenia, „zniewalać do działania duchy opieszałe”.

    O lekturach szkolnych? O romantycznej miłości i jej uwikłaniu w patriotyzm? Proszę bardzo, Żeromski:

    Pomieszanie płci z Ojczyzną… dlaczego nie dało rezultatu? Liryzm miłosny tylko z pozoru jest indywidualny, ten stan ducha powstaje z poddania się gatunkowi: na zakochanym gatunek dopuszcza się gwałtu i nie ma większej różnicy pomiędzy żołnierzem, umierającym za ojczyznę, a kochankiem, który ryzykuje życie, aby posiąść ukochaną. Obaj wypełniają nakaz ważniejszy od wszystkiego, co osobiste – i ten, który broni gromady, i ten, który przedłuży jej istnienie w dzieciach, zrodzonych z kobiety, do której skłonił go instynkt”.

    Ale to już trochę zbyt brutalne dla wrażliwych nastolatków. Docenia się tę myśl później, znacznie później…

    Jak mówiłem, lektura Dziennika w z górą sześćdziesiąt lat od jego powstania i niemal pół wieku od śmierci autora bywa i ożywcza, i porażająca. Dobrze jest poczuć autentyczną siłę ducha prawdziwie niepokornego, zrodzonego w łonie naszego większościowo pokornego Narodu. Co poraża? Że te sprawy już kiedyś były tak ostro widoczne, że ktoś je nazwał po imieniu i nic się od tego czasu nie zmieniło. Uśpione demony znowu się zbudziły i toczą po nas mętnym, nienawistnym wzrokiem.

    Tak się bronię. Zdejmuję z półki starego, sprawdzonego przyjaciela, odwracam się tyłem do rzeczywistości i pogrążam się w literaturze. Co i wam polecam.

    Poniedziałek: Gombrowicz. Wtorek: Gombrowicz. Środa: Gombrowicz…

    Krzysztof Zajas

  • Stephen King i kryminały, czyli tekst ekspercki w dniu urodzin autora

    I. Mój Stephen King

    Każdy pewnie ceni go za co innego. Dla mnie Stephen King to przede wszystkim znakomity psychologizm postaci, wiarygodne charaktery, rysowane krótkimi, trafnymi pociągnięciami pióra. Nie bawi się w mozolne opisy, pełne nieudolnie doklejanych epitetów, zamiast tego szkicuje drobiazg, małą sytuacyjkę, w której postać coś robi lub myśli, a my już wiemy, z kim mamy do czynienia. Potrafi oddać meandry myślenia obłąkanych dewiantów, lubuje się w opisach ich zwariowanych pomysłów, niestandardowego kojarzenia i umiejętności przypisania innym własnych intencji. Psychotycy to jego ulubieni źli bohaterowie. Równie dobrze wychodzi mu chwytanie cech ich ofiar: maltretowanych żon i dzieci, przerażonych nastolatków, poczciwców łatwo wpadających dzięki swej poczciwości w pułapkę.

    Kocham Stephena Kinga za coś najbanalniejszego na świecie: rys obyczajowy. Jednym z jego najważniejszych i najbardziej udanych bohaterów jest amerykańska prowincja z jej nudną codziennością – to najlepszy grunt dla horroru. W atmosferze sennych, nijakich dni, w otoczeniu dobrotliwych sąsiadów, w najbardziej intymnych miejscach, jak dom, ogród, sklep, szkoła – tam rodzi się prawdziwie przerażające zło.

    Uwielbiam język Kinga, jego zakorzenienie w literaturze. Jest zwierzęciem literackim, u którego granica pomiędzy fikcją zaczerpniętą z literatury, a realnym doświadczeniem osobistym, jest zupełnie zatarta. Jak sam przyznaje, czyta bez przerwy i wszędzie, więc jego zanurzenie w materii literatury jest permanentne. Nie tylko popularnej, także tej tzw. wysokiej (Szekspir, Dostojewski, Elliot, Poe). Cytatami z niej żongluje równie swobodnie, jak tekstami piosenek. Nie boi się zaczerpnięć i parafraz, z nich na przykład utkana jest ośmiotomowa Mroczna wieża, której tytuł zresztą również zaczerpnięty został z klasyki: Robert Browning, Sir Roland pod Mroczną Wieżą stanął. Język literatury wysokiej dopiero wtedy w pełni zachwyca, gdy przepleciony zostaje z językiem potocznym, dopiero wtedy widać jego wirtuozerię, dialogiczność i wielorakość mowy ludzkiej. King potrafi uwodzić swobodą w posługiwaniu się nią.

    Mistrz grozy wciąga mnie w swoje lęki i koszmary, ponieważ lokuje je zwykle w dzieciństwie. Najlepsze książki Kinga przenoszą nas w szczenięce lata, tam, gdzie leży jądro naszego doświadczenia świata, czyli de facto – naszego strachu przed nim.

    I wreszcie, Stephen King pisze sobą. Jego powieści zawierają tak wiele wątków autobiograficznych i autotematycznych, że w jakimś sensie wszystkie one składają się na jedną wielką autobiografię. King nie szuka specjalnie daleko, sięga do własnych doświadczeń i z nich montuje charaktery głównych bohaterów. Dominują alkoholizm i kryzysy twórcze, ale również takie konkrety, jak przeprowadzka do nowego domu (Cmętarz zwieżąt), uporczywy ból wskutek wypadku, który prowadzi do szaleństwa, ale i daje natchnienie (Misery) itd.). Ciekawe są postacie kobiece (Gra Geralda, Rose Madder, Dolores Claiborne), w których do głosu dochodzi ta druga, kluczowa dla pisarza część, czyli anima.

    II. Mistrz horroru pisze kryminał

    Kiedy parę lat temu świat czytelniczy obiegła lotem błyskawicy informacja, że Stephen King pisze kryminał, wśród jego wielbicieli dominowały wątpliwości, czy mistrz da radę. Mnie zajmowało co innego. Nie wiedziałem, o co chodzi z tym kryminałem. Czy nie wystarczy mu być mistrzem grozy i pozazdrościł innym, bo kryminał jest wyższy, albo bardziej „rynkowy”? W podejrzeniu tym wspierały mnie takie drobiazgi jak to, że jedna z bohaterek Panu Mercedesie nazywa się Janey Patterson, czyli prawie jak James Patterson, jego największy rywal na liście najbogatszych pisarzy. W dodatku King uśmierca ją pod koniec powieści. Przypisywałem mu również kaprys sprawdzenia się w innej formie, co jest cechą prawdziwych mistrzów. Kiedy osiągniesz szczyt w pewnym gatunku czy stylu, porzucasz go i sięgasz po nowy. Nurtujące mnie przy tej okazji pytanie, czy można tak łatwo zmienić formę, zakładałem również u samego Kinga, i bardzo mnie ciekawiło, co z tego wyjdzie.

    III. Recenzje i omówienia:

    Popełniłem błąd, wynikający po części z naiwności, a po części z nawyku zawodowego, to znaczy zanim sformułowałem swoje sądy, sięgnąłem do recenzji. I tych drukowanych, i tych internetowych, hulających po portalach i blogach jak wiosenne wiatry. Tysiące wypowiedzi, setki opinii, dziesiątki długaśnych recenzji, które w ogólności sprowadzały się do mniej lub bardziej nieudolnych streszczeń oraz dwóch nawzajem się wykluczających konkluzji: Mistrz jak zwykle w świetnej formie! oraz King się skończył. Tak jakby chodziło o ogłoszenie werdyktu w jakiejś walce gladiatorów. Dać laur albo zabić. Nic pośredniego. No, ale tak zwykle wyglądają werdykty tłumu, pozbawione niuansów i rzetelnego rozważenia argumentów, na czym wielu się już przejechało, nie wyłączając Jezusa Chrystusa. Zniechęcony zamknąłem to niby-krytyczne targowisko próżności. Okazało się to, co zawsze – w ocenie byłem skazany wyłącznie na siebie. Wziąłem klocki, poszedłem do kącika, usiadłem na podłodze i zacząłem je układać po swojemu.

    IV. Trylogia kryminalna S. Kinga

    Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to zmiana tonu. King odszedł od swojego bogatego, brawurowego i wielowarstwowego języka na rzecz spokojnej, jednostajnej, by nie rzec – monotonnej narracji. Niewiele w Panu Mercedesie było z brawury Lśnienia czy Bastionu. Postacie jakby się uspokoiły, opanowały, okiełznały swoje charaktery i nawet psychol Brady Hartsfield mówi jakoś mniej porywczo i obłąkańczo niż, dajmy na to, Jack Torrance. Czytało się jednak nadal świetnie. Tylko nieco inaczej.

    Druga obserwacja dotyczyła autocytatów. King bawił się sam ze sobą (bosz, jak to brzmi), cytował własne utwory i postacie, a nawet pomysły. Okej, czynił to już dawniej, ale tutaj jakby chciał się tym popisać, świadomie sparafrazować siebie. A może z nostalgią przywołać tamtego, dawnego Kinga. I tak na przykład znajdziemy tu klauna Pennywise’a z To, albo samochód, który sam startuje i zabija ludzi (Christine).

    Stephen King, fot: Shane Leonard

    Trzecia obserwacja potwierdzała stały chwyt narracyjny króla grozy, czyli autobiografizm. Bill Hodges jest jak Stephen King – stary, schorowany i myślący o śmierci, ale już nie tej wyobrażonej, horrorowej, w tanich dekoracjach z tunelu grozy w wesołym miasteczku, tylko tej prawdziwej, realnej śmierci na raka albo zawał. Główny bohater jest też trochę staroświecki, nie zna się na nowinkach technologicznych i młodsi o jedną, dwie generacje pomocnicy muszą sporo detektywistycznej roboty wykonać za niego, ponieważ związana jest z komputerami, internetem i całym tym straszącym emerytów światem cyfrowym. To najnowszy lęk Kinga i jego protagonisty – rzeczywistość wirtualna. To, czym żyją nowe pokolenia, jest coraz dalsze i bardziej obce, i budzi pierwotny, dziecięcy lęk. Wszak na starość wracamy do dzieciństwa…

    Kolejne moje spostrzeżenie dotyczyło samej konstrukcji kryminału. Forma tak, jak powszechnie wiadomo, budowana jest zwykle na schemacie śledztwa i możliwości kombinatoryczne są tu dosyć ograniczone. Albo usiłujemy rozwiązać zagadkę, albo znamy rozwiązanie od początku, a śledzimy sposób dochodzenia do niego głównych bohaterów. U Kinga można tu dostrzec pewną innowację, wywiedzioną z jednej z jego mocnych stron, czyli psychologizmu. Otóż śledztwo na początku jest przede wszystkim myśleniem, kombinowaniem, szukaniem nici (wariant porucznika Columbo), natomiast w finale jest psychodramą. W tym sensie kryminał Kinga jest trochę nietypowy: rozstrzygające są charaktery i sposoby myślenia ściganego i ścigającego, natomiast sama gonitwa, wybuchy itd. są już dosyć stereotypowe.

    Szaleniec, odmieniec, potwór jako sprawca. W tym kierunku kryminał światowy zmierza już od jakiegoś czasu i King nie jest tu bardzo oryginalny. Konstruuje zresztą portret psychologiczny Brady’ego Hartsfielda na podobieństwo swoich dawnych bohaterów (na przykład Mroczna połowa, Bastion, Dallas’63). Najciekawsze są momenty, kiedy w jego usta wkłada poglądy całkiem przenikliwe i takie, pod którymi chętnie byśmy się sami podpisali. W Panu Mercedesie potwierdza, że nadal potrafi świetnie wchodzić w umysły szalonych sprawców:

    Wszystkie religie kłamią. Wszystkie zasady moralne są złudzeniem. Nawet gwiazdy to miraż. Prawdą jest ciemność i jedyne, co się liczy, to złożyć oświadczenie, zanim wejdziesz w tę ciemność. Naciąć skórę świata, żeby została blizna. Ostatecznie tym jest cała historia: tkanką bliznowatą.

    Zło musi być obrzydliwe, w jakimś sensie zboczone i instynktownie je odrzucamy. A zarazem fascynuje, przyciąga, kusi…

    www.unsplash.com/James Sutton

    W trylogii kryminalnej King używa również innego ze swych sprawdzonych narzędzi. Konstruuje żywe, przekonujące postacie, nawet kiedy nie jest to potrzebne. Zgromadzeni przed City Center ludzie, dziewczyna z dzieckiem, chłopak… – niepotrzebnie ich polubiliśmy, ponieważ zaraz zginą. Pojawia się coś w literaturze niesłychanie męczącego, uwierającego psychicznie, niewygodnego, a mianowicie zbędna empatia. Wczuwamy się w fikcyjne postaci po to, by zaraz je utracić i zostać z pustymi rękami.

    Doszedłem do wniosku, że Pan Mercedes, Znalezione nie kradzione i Koniec warty to właściwie nie są kryminały, a kolejne horrory opowiadające o tym, że trzeba zatrzymać patologiczne zło, którego jedynym celem jest niszczenie ludzi. Kryminał jest pretekstem, i tak od początku wiemy, kto zabił. Prawdziwe zło dopiero ma się wydarzyć. Ważniejsza od śledztwa jest rywalizacja pomiędzy gliniarzem a sprawcą. Tu nie ma kryminalnych zagadek w klasycznym sensie. Ważne jest, jak się na końcu złapie patologicznego zabójcę, uniemożliwiając mu dokonanie straszliwego zamachu. Ośrodkiem zainteresowania autora nie jest dochodzenie, lecz lęk przed niesamowitym, szalonym, przed tym, co leży gdzieś poza słowami, na samym dnie mrocznej ludzkiej duszy.

    O tym, że mamy do czynienia z horrorem, przekonuje nas sam Stephen King. W Dance macabre poucza nas o trzech poziomach strachu w horrorze:

    GROZA – najwyższy poziom, kiedy strach wywołuje to, co rodzi się w umyśle (opowieść o haku na klamce samochodu, pierścionek i ślad stopy w Grze Geralda). W trylogii kryminalnej Kinga czymś takim jest wnętrze umysłu Brady’ego Hartsfielda.

    STRACH – jako reakcja fizyczna, realna, ponieważ wywoływana przez coś, czego naprawdę się boimy (np. chodzący trup). W trylogii może być czymś takim przypadek z Końca warty, czyli człowiek z kimś obcym w mózgu.

    I wreszcie OBRZYDLIWOŚĆ – boimy się czegoś, co jest wstrętne, odpychające, a zarazem niezrozumiałe (potworek wyskakujący z piersi w Obcym, monstrualna menstruacja w Carrie). Tu może być czymś takim grube ciało matki Brady’ego, które potem gnije w domu, albo rozerwane ciało Janey, czy też śmierć Cory Bobineau. Przykładów jest więcej.

    Parę słów warto jeszcze poświęcić narratorowi. Kim on jest? Zna i detektywa Hodgesa, i Brady’ego Hartsfielda, siedzi w głowach obu antagonistów i prowadzi narrację bawiąc się nią. Nie tylko wie wszystko, ale ogrywa tę wiedzę (np. kulki w kamizelce Brady’ego są takie same, jak w Happy Slepperze Hodgesa). Potwierdza się to, co mówiłem wcześniej: Stephen King panuje nad narracją, język służy mu jak poddany królowi (w końcu king to król). W ciekawy sposób prowadzi on narrację o śmierci głównego bohatera na końcu. Jest ona i oczekiwana, i konwencjonalna. Miałem wrażenie, że sam King żegna się tu ze światem, pozostawiając swoich bohaterów jak sieroty, płaczące (również bardzo konwencjonalnie) na jego grobie. Jakby jeszcze jednym z tematów swojej trylogii chciał uczynić odejście w przeszłość nie tylko samego Kinga, ale całej jego epoki. Narracja w scenach z Billem Hodgesem prowadzona jest w czasie teraźniejszym, rzeczy dzieją się na naszych oczach, równolegle. Trochę jak scenariusz filmowy.

    Przyszło mi do głowy jeszcze coś. Stephen King chciał napisać kryminał, ponieważ pewien facet parę lat temu wyprzedził go w liczbie sprzedaży książek na świecie. Nazywa się James Patterson i pisze kryminały (wspominałem, że kobieta Billa nazywa się Janey Patterson i ginie na końcu). Patterson to proste historie, banalny, mało literacki język, krótkie rozdziały, żeby nie męczyć czytelnika. Czuć, jak King w swojej trylogii próbuje to naśladować: powstrzymuje się, żeby nie hulać psychologicznie i literacko, jak dawniej. W pierwszym tomie nie ma już odniesień do literatury, cytatów z poezji, aluzji do wielkich dzieł. Jest trochę muzyki i komputerów – próba sprostania nowym czasom. W drugim już jest tylko literatura. King nie wytrzymuje i staje się sobą.

    Jeszcze jeden cytat z Danse macabre:

    Owa kwestia definicji [science-fiction kontra fantasy – KZ] to pułapka i osobiście nie znam chyba nudniejszego tematu do dyskusji. Podobnie jak niekończące się dywagacje na temat stóp rytmicznych we współczesnej poezji czy też możliwej roli, jaką odgrywają znaki przestankowe w opowiadaniach, w istocie jest to spór o to, ile diabłów może zmieścić się na czubku szpilki. Taki temat nie może być interesujący, chyba że uczestnicy dyskusji są mocno pijani albo są nimi studenci wyższych lat, oba te stany bowiem charakteryzują się zbliżonym poziomem niekompetencji.

    Gdzieś chyba tu lokuje się sedno, do którego zmierzam. Kingowi nie jest potrzebne definiowanie różnicy pomiędzy kryminałem a horrorem, ponieważ znamy go również jako mistrza w mieszaniu gatunków i przełamywaniu konwencji, czym zresztą uwodzi nas nie gorzej, niż wymyślaniem kolejnych powodów do strachu. Wspomnę tylko jeden, ale może najbardziej jaskrawy przykład, czyli Colorado Kida. Jest to świetny antykryminał, coś jak Śledztwo Lema, gdzie zagadka nie tylko się nie rozwiązuje, ale brnie w absurd i zostawia nas w niezaspokojonym oczekiwaniu. To nie tylko prztyczek w nos, ale i sygnał, że konwencje są dla pisarza głównie po to, by je przełamywać. On jest twórcą, a nie czeladnikiem. O jego podszytej cynizmem dezynwolturze w tych kwestiach mogą świadczyć motta do Znalezione nie kradzione:

    Tylko schodząc w otchłań, możemy odnaleźć skarby życia – Joseph Campbell

    Wszystko gówno znaczy – Jimmy Gold

    Mówiłem o autotematyzmie, jako jednym z wiodących tematów? W Znalezione nie kradzione pisarz tak mówi o swojej śmierci:

    Koniec lekarstw. Koniec wypominania sobie przeszłości, pobojowiska zniszczonych związków, zostawionych po drodze jak rozbite samochody. I koniec z obsesyjnym pisaniem, koniec z gromadzeniem tych notesów jak kupek króliczego gówna rozsianych wzdłuż leśnej ścieżki.

    King skleja fabuły ze swoich dawnych pomysłów (autoplagiat? autocytat? autoparafraza? – wszystkiego po trochę) i sprawia wrażenie, jakby mu to wcale nie przeszkadzało. Odnoszę wrażenie, że podobnie do swoich niektórych bohaterów (złych bohaterów!) zatracił poczucie granicy pomiędzy przeżytym a wymyślonym. I tak:

    problem Morrisa Bellamy z Jimmym Goldem (bohaterem trylogii zamordowanego pisarza Rothsteina – amalgamat Updike’a, Ph. Rotha i J. Salingera) podobny jest do problemu bohaterki Misery Annie Wilkes: Pisarzu! Nie wolno ci zabijać głównego bohatera! Tu Jimmy Gold zmieszczaniał i zdaniem Morrisa się sprzedał, więc zasługuje na śmierć;

    Morris w więzieniu jest jak bohater Skazanych na Shawshank: pisze za innych więźniów i zyskuje przychylność oraz opiekę. Dzięki temu wcześniej wychodzi;

    wnikanie w umysły innych w Końcu warty to niemal cytaty z Mrocznej połowy oraz Strefy mroku. („Ktoś inny jest w twojej głowie”).

    www.unsplash.com/Eli Francis

    Złe charaktery w obu tych przypadkach to ludzie, którzy literaturę traktują jak rzeczywistość. Nie potrafią odróżnić fikcji od realności. Autotematyzm przeplata się z autobiografizmem w sposób niemożliwy do rozplątania i wydaje się, że tyleż Kinga, co jego bohaterów. W Znalezionym nie kradzionym mamy odniesienia do Wyspy skarbów R. L. Stevensona i Złotego żuka E. A. Poego – jak mówiłem, wyobraźnia Kinga zanurzona jest w cudzych tekstach. Nie może sobie odmówić przyjemności wstawiania intertekstualnych odniesień. Dla niego, jak dla wymienionych klasyków, prawdziwym skarbem, bezcennym znaleziskiem o wartości nieporównywanej z niczym, jest sama literatura.

    I jeszcze jedno, kluczowe. Największym i najstraszniejszym potworem w twórczości Stephena Kinga jest człowiek. To jego tak naprawdę się boimy, jego wyglądu, czynów, myśli, intencji. Największą potwornością jest porządek rzeczywistości zburzony przez wariata, szaleńca, kompletnego świra, który w umyśle nosi przedwieczny chaos. Rzecz jednak w tym, że chcemy tego naruszenia porządku, i po to wkracza fantastyka. Świat realny, z jego racjonalizmem i zdrowym rozsądkiem, potrzebnym na przykład do rozwiązania kryminalnej zagadki, już nam nie wystarcza. Skoro i tak wielu rzeczy nie rozumiemy, to powiedzmy sobie jasno: duchy istnieją, a my lubimy ścigać ich cienie, nawet jeśli przy tym umieramy ze strachu. Albo przynajmniej pożeramy nadmierne ilości popcornu.

    Stephen King właśnie skończył siedemdziesiąt lat i jego własne doniesienia o końcu epoki Kinga wydają się zdecydowanie przedwczesne. Ponieważ deklaruję się jako jego wielbiciel, pragnę oświadczyć, że cokolwiek by jeszcze nie napisał, i tak przeczytam z zapartym tchem. Od pewnego czasu przestałem zajmować się ocenami w rodzaju King się skończył, albo King wiecznie żywy. Kiedy pojawia się jego kolejna książka, po prostu kupuję od razu w dniu premiery i czytam, wszystko inne odkładając na bok. Czy może być większy komplement dla pisarza?

    Krzysztof A. Zajas jest literaturoznawcą, kulturoznawcą, profesorem polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Napisał kryminalną „trylogię grobiańską” oraz horror „Oszpicyn”. Prywatnie jest fanem Stephena Kinga.

  • „Oszpicyn”, czyli horror klasy światowej.

    Premiera doskonałego horroru Krzysztofa Zajasa już  za trzy dni. Zobaczcie naszą rozmowę, rozmawiamy o „Oszpicynie”, Stephenie Kingu, a także o duchach przeszłości, które cały czas nam towarzyszą.