Do ostatniej kropli krwi powinniśmy bronić księgarni przed ich masowym zamykaniem. To dobro narodowe, bez którego wszyscy pogrążymy się w odmętach zidiocenia. Przykujmy się więc do drzwi i własną piersią zastopujmy to całe szaleństwo. Tylko najpierw przejrzymy, co tam ciekawego w internetach.
Pod koniec września w sieci można było przeczytać, że jedna z największych sieci księgarń w Polsce jest już na wykończeniu. Nic jej nie uratuje i tylko kwestią czasu będzie jej całkowite zniknięcie z rynku. Zresztą to nie pierwszy raz, kiedy w mediach ukazały się informacje o problemach finansowych Matrasa, bo to przecież o nim mowa. Zapewne wszyscy o tym słyszeliśmy i być może nawet się tym przejęliśmy. Przez chwilę.
Przeczytałem niejeden artykuł o tym, że Matras ma kłopoty finansowe i mówiąc szczerze, nie specjalnie się tym przejąłem. Ani wtedy, gdy gruchnęła ta wiadomość, ani ostatnio. Nie dlatego, że nienawidzę księgarni i życzę im tego, czego życzy się osobie stojącej przed tobą w kolejce do Toi-Toi’a, gdy jesteś już po którymś tam piwie, a na scenę ma zaraz wyjść twoja ulubiona kapela. Nie. Uwielbiam księgarnie. Szczególnie takie, które wiedzą o tym, co trzymają na swoich półkach.

Niestety, ale coraz rzadziej zdarza się taka sytuacja, kiedy wchodzę do sieciowej księgarni i mogę mieć pewność, że sprzedawca będzie wiedział, co mi polecić. I nie chodzi nawet o to, że na pierwszy rzut oka będzie on w stanie poznać moje gusta. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to możliwe. Jestem realistą. Boli mnie co innego. Odnoszę wrażenie, że przychodząc do takiej księgarni znajduję się nie w sklepie, ale w dziwnej Instagramowej rzeczywistości. Miejscu, gdzie najważniejsze nie są książki, ale to, by jak najlepiej je wyeksponować. Brakuje tylko porozstawianych przy półkach zapachowych świeczek, drewienek, kawałków lasu i wszystkiego tego, co można umieścić w kadrze, by dostać kilka dodatkowych serduszek. Książki owszem są, ale dokładnie te same, które widzę na Instagramie.
Wielkie sieci, ale też i małe księgarnie, nastawione są na zysk. Biznes rządzi się swoimi prawami i ja to doskonale rozumiem, co nie oznacza, że mi się to podoba. Kupujemy oczami. Ja też kupuję oczami, ale chciałbym wchodząc do księgarni wiedzieć, że zostanie mi polecone coś… innego. Nie to, co aktualnie jest na topie i zostało odpowiednio wsparte przez prężne wydawnictwo, ale pozycję, którą sprzedawca poleci mi z czystym sumieniem. Oczywiście, niektóre z powieści na wystawkach są wartościowe, ale zmieniają się tak szybko, że czasem trudno nadążyć nad tym, co warto w ogóle wziąć do ręki. A co dzieje się z tymi pozycjami, które nie mają dużego wsparcia? No cóż, one nie istnieją.
I to właśnie najbardziej bolało mnie, gdy wchodziłem do Matrasa. Miałem wrażenie, że przeglądam broszurę reklamową. Ładnie opakowaną i skrojoną pod… każdego. By znaleźć coś, co mnie interesowało, musiałem sam dokopać się do tego na półce. O ile miałem szczęście i książka była w ogóle dostępna. Sądzicie pewnie, że marudzę, bo przecież żadna księgarnia nie ma wszystkiego. Są takie i to w miejscu, gdzie właśnie jesteśmy. W Internecie.


