Tag: Aorta

  • „Moje serce”, Bartosz Szczygielski o swojej najnowszej powieści

    Kiedy po raz pierwszy powiedziałem mojemu redaktorowi, jak chce zatytułować kolejną książkę, nie był specjalnie zachwycony. Kryminały to specyficzny gatunek, a to, co zakomunikowałem, nie wpisywało się w ogólnie przyjęte normy. Brzmiało raczej jak tytuł powieści z gatunku, w którym skrzywdzone przez facetów kobiety kupują dom w górach i zakochują się potem w góralu.

    Planując swoją trylogię, od początku wiedziałem, jak to wszystko się skończy. Wiedziałem, gdzie znajdą się moi bohaterowie i co ich czeka, a tytuły powieści miały oddawać to, co się z nimi będzie działo. „Aorta” to nazwa nadana przez Arystotelesa, twierdzącego, że ten pień tętniczy utrzymuje serce we właściwym miejscu. Bez niego serce nie mogłoby pracować.

    Bartosz Szczygielski, fot: Maksymilian Rigamonti/ Wydawnictwo WAB

    Czytelnicy sami mogli ocenić, kto w pierwszej części czuł się taką „aortą”, bez której cały organizm nie działałby poprawnie. Ja mam swoją wersję, ale wiem, że nie zawsze zgadzała się ona z tym, co czuli czytający mój debiut. Bardzo mi się to podobało, bo chciałem zachować taką niejednoznaczność i dać możliwość czytelnikom interpretacji zachować Gabriela oraz Kaśki.

    Krew” odnosiła się już do więzów krwi i rodziny, a większy nacisk położony był na kobiecą bohaterkę opowieści. Sama krew odnosiła się także do religii, która w drugiej książce miała duże znaczenie. Nie wyobrażałem więc sobie tego, że finałowa część cyklu będzie nazywała się inaczej niż „Serce”. To mało kryminalny tytuł, ale idealnie oddający sens całej historii.

    Okładka „Serca”, fot: Bartosz Szczygielski

    Na początku opowieści moi bohaterowie wiedzą kim są i jakie mają cele. Potem okazuje się, że ich świat nie jest taki, jak z początku zakładali. „Serce” będzie opowieścią o tym, kim są naprawdę. O tym, że od swojej natury nie sposób uciec i ta zawsze nas dopadnie. Niezależnie od tego, co próbujemy zrobić. Zamykająca cykl książka i jej tytuł oddaje dokładnie to, co chciałem i do czego dążyłem od samego początku. Oddaję czytelnikom coś więcej, niż kryminał z nietypowymi bohaterami i intrygą.

    Oddaję im swoje serce. Premiera w styczniu/lutym 2019. 

  • „Pisarski blues”, listopadowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Stało się. Nie jestem w stanie zrobić nic więcej i nie mam już wpływu na to, co będzie działo się z moim dzieckiem. Jest dorosłe i wyruszyło w świat. Moja druga powieść wylądowała w księgarniach 8 listopada, a w Internecie, to już w ogóle da się ją kupić wszędzie. Stało się. I jest mi z tym… dziwnie.

    Nie wiem ilu z was, którzy to czytają, miało przyjemność napisać powieść, ale zapewne wszyscy z was kiedyś doświadczyli poczucia straty. I zapewne wiecie, że to paskudne uczucie, niezależnie od tego, jak niewielka byłaby to strata. Nawet taka najmniejsza, potrafi zaboleć jak cholera. Tylko czy pisarz ma prawo opisywać w ten sposób swoje odczucia, gdy mówi o książce? Czymś co dalej jest jego, a przynajmniej w teorii.

    Dwa lata temu nie sądziłem jeszcze, że będę mógł napisać takie słowa, jak te powyżej. Owszem, myślałem o wydaniu książki, ale zawsze było to „kiedyś”, „w przyszłości” i tym podobne. Znacie to pewnie tak samo dobrze, jak ja. Plany i marzenia, które chcielibyśmy żeby się spełniły, tylko nie wiemy kiedy to może nastąpić. Słyszałem opinię o tym, że nie warto mieć marzeń, bo te z założenia nigdy się nie spełniają. Należy mieć cele. Brzmi to jak porada z taniego podręcznika coachingu, którą napisał facet jeżdżący ferrari i wmawiający nam, że też tak możemy o ile mu zapłacimy. Najgorsze jest jednak to, że jest w tym trochę racji.

    Bartosz Szczygielski z Nagrodą Specjalną im. Janiny Paradowskiej, MFK 2016.

    Tylko, że nikt nie udziela porad, co zrobić jak już dotrzemy do brzegu, a nasze marzenie w końcu się spełni. Szukałem informacji o tym, co inni  pisarze robili, gdy już skończyli książkę. Wujek Google okazał się równie pomocny, co hydraulik przy złamaniu otwartym, czyli wypluł z siebie szereg podpowiedzi, ale żadna z nich nie była trafna. Dowiedziałem się za to, że wszyscy chcą wiedzieć, ile zarabiają pisarze, a przynajmniej tego dotyczyła większość artykułów, która wyskoczyła na moje zapytanie „co robią pisarze po napisaniu książki”. Nie musicie dalej szukać, odpowiem wam – jak nie sprzedają dużo książek, to nie zarabiają dużo. To żadna tajemnica, tak jest ze wszystkim. Odpowiedzi na swoje pytanie jednak nie znalazłem. Nie wiem, co zrobił Palahniuk po skończeniu „Udław się”, ani Capote po postawieniu ostatniej kropki w „Z zimną krwią”. Podejrzewam, że czuli się podobnie, jak ja. A przynajmniej taką mam nadzieję, bo inaczej wyjdę na dziwaka.

    Wydawać by się mogło, że po napisaniu książki, sfinalizowaniu umowy z wydawcą i zobaczeniu na księgarskiej półce swojej pozycji, będę spełniony. Częściowo tak jest. To duży sukces z którego jestem dumny, ale niestety cierpię też na taką cholerną przypadłość, że lubię niektóre rzeczy poprawiać w nieskończoność. Potrafię spędzić przy półce z książkami kilka minuty równając grzbiety tak, by wszystkie stały w idealnym rzędzie. Nie jestem z tego przesadnie dumny, ale robię tak średnio co kilka dni. Możecie więc sobie wyobrazić, co czuję, gdy nie jest w stanie zmienić już ani jednej litery w książce. Cierpiałem przy „Aorcie” i cierpię teraz przy „Krwi”. Ta ostatnia dopiero się rozgrzewa i czekam z niecierpliwością, jak odbiorą ją czytelnicy, ale w obu dalej bym dłubał. Nie dlatego, że tego wymagają, ale dlatego, że bym mógł. Gdyby nie to, że obie z książek, nie należą już do mnie.

    www.unsplash.com/ Camille Kimberly

    Druk skutecznie uniemożliwił mi dalsze poprawki i odciął absolutnie od powieści. Oddając ostatnią wersję tekstu, zdawałem sobie z tego sprawę i zamiast ulgi, która powinna być uczuciem naturalnym po dobrze wykonanej robocie, poczułem smutek. Przez długie miesiące spędzone nad klawiaturą, znowu przyzwyczaiłem się do swoich bohaterów. Możecie pomyśleć, że nic nie stoi na przeszkodzie, bym zacząć pisać kolejną i choć macie rację, to ja dalej jestem związany z „Krwią” mocniej, niż mogłem kiedykolwiek przypuszczać. To w końcu moje dziecko i jako rodzic najchętniej nie wypuszczałbym „Krwi” z rąk.

    Wiem, że remedium będzie dla mnie praca nad kolejną książką, ale na samą myśl o tym, że znowu będę czuł się podobnie, jak teraz, trudno mi się za nią zabrać. Teraz mogę tylko patrzeć na to, co się z nią dzieje. No i nucić pod nosem bluesowe ballady.

    Tak, pisarze są dziwni.

  • „Debiutancie, ściśnij poślady”, felieton Bartosza Szczygielskiego.

    Zapewne czytaliście kiedyś, jak wyglądały początki sławnych teraz pisarzy. Ja nie jestem ani sławny, ani nie ośmielam się jeszcze nazywać pisarzem, za to jestem na początku drogi. Drogi, która wcale nie wygląda tak, jakby ktoś mógł czekać na jej końcu.

    Wstęp brzmi tak, jakbym miał wam do przekazania najsmutniejszą informację na świecie czyli, że nie opłaca się debiutować na rynku książki. Nie chodzi mi o to, by kogokolwiek zniechęcać do pisania, ani tym bardziej do tego, by nie wysyłać swojej powieść do wydawców. Premiera pierwszej książki dla każdego, kto uparcie wystukuje kolejne wyrazy w edytorze tekstu, to najcudowniejsze uczucie na świecie. Moment, gdy nasza praca zostaje doceniona i w końcu możemy odetchnąć. Tak, udało się. Tylko co dalej?

    Wyobraźnia podpowiada różne scenariusze. Zazwyczaj takie, których nie powstydziliby się scenarzyści amerykańskich komedii romantycznych, gdzie wyjście na kawę kończy się poznaniem milionera i wyhodowaniem kolejnej nerki, mogącej uratować życie naszemu bliźniakowi, który zaginął w szpitalnej sali. Przesadzam? Oczywiście, ale nie ma się co oszukiwać. Wydanie książki sprawia, że nasze myśli zaczynają zmierzać w niebezpieczne rejony. Lepiej tego unikać, bo zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne.

    Pamiętam, że informację o przyjęciu przez wydawcę książki, otrzymałem stojąc pośrodku na wpół pustego już magazynu z meblami. Było cholernie zimno i padało, a ja stałem w przedsionku dopalając papierosa i rozmawiając przez telefon. Wiedziałem, że po tym jak się rozłączę dalej będę przerzucał paczki z biurkami z jednego miejsca na drugie, ale coś się zmieniło. Poczułem energię, jakiej wcześniej nie doświadczyłem. Wróciłem później do domu i nieśpiesznie zająłem się świętowaniem na swój sposób. Bo choć był listopad, do czasu pojawiania się „Aorty” na rynku, miało upłynąć jeszcze dużo czasu. Znacznie więcej niż się spodziewałem.

    Weźcie pod uwagę to, że wysyłając maszynopis do wydawnictwa, będzie się nad nim znęcało mnóstwo osób. Począwszy od redaktora, a skończywszy na recenzentach wewnętrznych i korektorze. To najlepsze, co może przytrafić się waszemu tekstowi. Czasem zaboli, ale musi boleć, by na końcu czytelnik dostał to, za co zapłacił. Produkt z jak najmniejszą ilością wad. Warto wyzbyć się przeświadczenia, że książka stojąca na księgarskiej półce, jest czymś więcej niż właśnie produktem. Wyjątkowym to na pewno, ale dalej mającym przynieść jedno – zysk. A ty debiutancie, stoisz na przegranej pozycji.

    Bartosz Szczygielski z Nagrodą Specjalną im. Janiny Paradowskiej, Międzynarodowy Festiwal Kryminału.

    Podczas tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu dowiedziałem się, że w 2016 roku pojawiło się ponad 200 kryminałów i sensacji. A ty jesteś jednym z nich i twój sukces zależy od jednej rzeczy – marketingu. Im więcej osób o tobie usłyszy, tym większa szansa, że nie utoniesz. Samo pojawienie się debiutu nie oznacza nic, jeżeli nikt o nim nie będzie wiedział. Jak to wyglądało u mnie? Różnie. Bo choć „Aorta” pojawiła się w katalogu jednego z największych wydawców w kraju, dużo rzeczy promocyjnych zrobiłem sam. I bardzo z tego powodu się cieszę, bo poznałem multum ludzi, którym zwyczajnie zależy na literaturze. Bez nich książka zniknęłaby zupełnie. Warto uświadomić sobie to odpowiednio wcześniej i pogodzić się z faktem, że promocja to kolejny etap życia waszej książki. I z tym, że wielu autorów, którzy napisali gorsze niż wasza pozycje, będzie okupowało listy bestselerów, a nie wy. I to tylko dlatego, że sypnięto groszem na promocję.

    Ostatnio Wojciech Chmielarz napisał, że jeszcze wierzy w to, iż dobra literatura prędzej czy później sama się wybroni (tutaj). Cóż, mi w to trudno niestety uwierzyć. Chciałbym, żeby tak właśnie było, ale prawie rok po debiucie mam bardzo mieszane uczucia. Świat książek toczy się wolno. Redakcje, korekty, recenzje. Na wszystko autor czeka i czeka i czeka, a debiutant chyba ma w tej kwestii najgorzej. Na początku tekstu wspomniałem o drodze i tym, że na jej końcu możemy nikogo nie zastać. Odrobinę przesadziłem, bo na końcu czeka wszak czytelnik. Osoba najważniejsza w tym łańcuchu. Tylko, że zanim do niego dotrzemy, mija naprawdę dużo czasu. O ile będziemy mieli szczęście, a ów czytelnik zobaczy gdzieś okładkę waszego debiutu i staniecie się dla niego kimś więcej, niż tylko kolejnym nic nie mówiącym nikomu nazwiskiem. Bo przecież nie od dziś wiadomo, że lubimy tylko te rzeczy, które już dobrze znamy.

    A ciebie nie zna nikt, gdy stawiasz pierwszy krok.

    Bartosz Szczygielski