Stało się. Nie jestem w stanie zrobić nic więcej i nie mam już wpływu na to, co będzie działo się z moim dzieckiem. Jest dorosłe i wyruszyło w świat. Moja druga powieść wylądowała w księgarniach 8 listopada, a w Internecie, to już w ogóle da się ją kupić wszędzie. Stało się. I jest mi z tym… dziwnie.
Nie wiem ilu z was, którzy to czytają, miało przyjemność napisać powieść, ale zapewne wszyscy z was kiedyś doświadczyli poczucia straty. I zapewne wiecie, że to paskudne uczucie, niezależnie od tego, jak niewielka byłaby to strata. Nawet taka najmniejsza, potrafi zaboleć jak cholera. Tylko czy pisarz ma prawo opisywać w ten sposób swoje odczucia, gdy mówi o książce? Czymś co dalej jest jego, a przynajmniej w teorii.
Dwa lata temu nie sądziłem jeszcze, że będę mógł napisać takie słowa, jak te powyżej. Owszem, myślałem o wydaniu książki, ale zawsze było to „kiedyś”, „w przyszłości” i tym podobne. Znacie to pewnie tak samo dobrze, jak ja. Plany i marzenia, które chcielibyśmy żeby się spełniły, tylko nie wiemy kiedy to może nastąpić. Słyszałem opinię o tym, że nie warto mieć marzeń, bo te z założenia nigdy się nie spełniają. Należy mieć cele. Brzmi to jak porada z taniego podręcznika coachingu, którą napisał facet jeżdżący ferrari i wmawiający nam, że też tak możemy o ile mu zapłacimy. Najgorsze jest jednak to, że jest w tym trochę racji.

Tylko, że nikt nie udziela porad, co zrobić jak już dotrzemy do brzegu, a nasze marzenie w końcu się spełni. Szukałem informacji o tym, co inni pisarze robili, gdy już skończyli książkę. Wujek Google okazał się równie pomocny, co hydraulik przy złamaniu otwartym, czyli wypluł z siebie szereg podpowiedzi, ale żadna z nich nie była trafna. Dowiedziałem się za to, że wszyscy chcą wiedzieć, ile zarabiają pisarze, a przynajmniej tego dotyczyła większość artykułów, która wyskoczyła na moje zapytanie „co robią pisarze po napisaniu książki”. Nie musicie dalej szukać, odpowiem wam – jak nie sprzedają dużo książek, to nie zarabiają dużo. To żadna tajemnica, tak jest ze wszystkim. Odpowiedzi na swoje pytanie jednak nie znalazłem. Nie wiem, co zrobił Palahniuk po skończeniu „Udław się”, ani Capote po postawieniu ostatniej kropki w „Z zimną krwią”. Podejrzewam, że czuli się podobnie, jak ja. A przynajmniej taką mam nadzieję, bo inaczej wyjdę na dziwaka.
Wydawać by się mogło, że po napisaniu książki, sfinalizowaniu umowy z wydawcą i zobaczeniu na księgarskiej półce swojej pozycji, będę spełniony. Częściowo tak jest. To duży sukces z którego jestem dumny, ale niestety cierpię też na taką cholerną przypadłość, że lubię niektóre rzeczy poprawiać w nieskończoność. Potrafię spędzić przy półce z książkami kilka minuty równając grzbiety tak, by wszystkie stały w idealnym rzędzie. Nie jestem z tego przesadnie dumny, ale robię tak średnio co kilka dni. Możecie więc sobie wyobrazić, co czuję, gdy nie jest w stanie zmienić już ani jednej litery w książce. Cierpiałem przy „Aorcie” i cierpię teraz przy „Krwi”. Ta ostatnia dopiero się rozgrzewa i czekam z niecierpliwością, jak odbiorą ją czytelnicy, ale w obu dalej bym dłubał. Nie dlatego, że tego wymagają, ale dlatego, że bym mógł. Gdyby nie to, że obie z książek, nie należą już do mnie.


