Tag: blogerzy książkowi

  • „Trzeba coś przeczytać, żeby coś napisać”. Tekst Kariny Bonowicz

    Opowiem wam bajkę. Bajkę o recenzentach. Kilka lat temu wydałam książkę, która wskutek niedopatrzenia redaktora, korektora, ale i mojej skromnej autorskiej osoby miała na czwartej okładce dość znaczący błąd. Mianowicie zmieniono imię jednego z głównych bohaterów. Powieść poszła do druku z fatalną pomyłką. A później przyszedł czas na recenzje. Jedne opisywały bohatera o imieniu ze środka książki, inne – o imieniu z okładki. Tylko jeden z blogerów zapytał: Czy aby na pewno na okładce nie ma byka? W ten oto sposób bardzo szybko zorientowałam się, kto powieść przeczytał przed jej zrecenzowaniem, a kto nie. Koniec bajki.

    Nie będę zmyślać. Do tej refleksji przymusiła mnie niejako historia pewnej książki, o której było (jest?) bardzo głośno, i to nie dlatego, że jest wybitna, ale dlatego, że budzi kontrowersje. To jeszcze nie zbrodnia, że powieść prowokuje. Problem polega na tym, że prowokacja ta jest tania, a sama książka warsztatowo słaba. Tak, przeczytałam. Tak, tylko dlatego, że stało się o niej głośno. Ale przeczytałam, bo mam w sobie na tyle przyzwoitości, żeby nie rozmawiać o czymś, czego nie widziałam na oczy. Czego, niestety, nie mogę powiedzieć o wielu recenzentach.

    Sama jestem recenzentem, żeby było jasne. I pisarzem też. I dobrze pamiętam, co powtarzano mi na studiach polonistycznych: trzeba coś przeczytać, żeby coś napisać. Chodziło oczywiście o to, że oczytanie poprawia warsztat i językowy, i pisarski. Nie myślałam, że doczekam czasów, kiedy trzeba będzie pojmować to powiedzenie aż tak dosłownie. Spójrzmy prawdzie w oczy: bardzo duża grupa recenzentów nie czyta książek, o których pisze albo opowiada. I to już nawet nie chodzi o to, że znam blogerki (nie oszukujmy się, tutaj parytetów nie ma, większość blogujących to panie), które publikują 365 recenzji rocznie. Jedna recenzja dziennie. To by oznaczało, że i jedna książka dziennie jest czytana. Albo 365 zostało przeczytanych w roku ubiegłym i recenzowane są każdego dnia roku kolejnego. Naprawdę chcemy w to wierzyć?

    Nie jestem w stanie czytać recenzji pisanych na podstawie opisu z okładki. Pisanych na kolanie. Z bublami merytorycznymi. Ewidentnie stronniczymi. Recenzji, gdzie nie ma miejsca na żadną dyskusję, a recenzent kończy jakąkolwiek jej próbę słowami: to jest moje zdanie i kropka. Nie podoba się? Won z mojego profilu! To, że blogerka ma milion osiemset fallowersów albo 23456789 lajków pod postem z recenzją, a do tego jest miła dla oka, nie oznacza wcale, że przeczytała książkę i wie, o czym mówi. Pytanie, czy ten, co daje jej lajka, przeczytał i książkę, i recenzję? Oto jest pytanie.

    Powiem szczerze, ostatni raz ekscytowałam się recenzjami, kiedy debiutowałam a było to osiem lat temu. Przy każdej następnej ekscytacja była coraz mniejsza. Dzisiaj nie ma już żadnej. Nie dziękuję też osobiście recenzentom. Musiałabym podziękować za coś, czego nie czytałam. A trzeba coś przeczytać, żeby coś napisać.

    Karina Bonowicz

  • „Jak obrazić blogera – poradnik praktyczny”. Felieton Bartosza Szczygielskiego

    Dziś będzie nietypowo, bo kto się nie rozwija, ten stoi w miejscu, czy jakoś tak. Jeżeli spodziewacie się przykładów z życia wziętych, to będziecie zawiedzeni. Nie wywlekam brudów na światło dzienne w felietonach, a robię to jak każdy dorosły człowiek, czyli na stories na Instagramie. Jeżeli jeszcze nie wiecie, to Instagram jest najlepszym miejscem do tego, by poznać człowieka, a blogera tym bardziej. I to z najgorszej możliwej strony.

    Jak przystało na każdą dobrą opowieść, zacznę od żartu. Wielokrotnie spotykałem się ze stwierdzeniem, że bloger to zawód, a już największy dla jego rodziców (badum tsss, śmiech z taśmy). I choć może wam się wydawać, że zaserwowany przeze mnie suchar z odmętów Internetu jest wielce nieprawdziwy, to niestety, ale im dłużej obserwuję społeczność Instagrama, tym mocniej przekonuję się o tym, że jest w nim sporo prawdy.

    Jeżeli dotrwaliście do tego momentu w tekście, a nie tylko przeczytaliście tytuł i dowcip, to zaznaczam, że uwielbiam niektórych blogerów i szanuję to, co robią. Dlaczego napisałem powyższe zdanie? Bo wiem, że nadinterpretacja to cudowna broń, a ja nie chceę się później w komentarzach powtarzać, żeby przeczytać tekst „ze zrozumieniem”. Dobra, to mamy już za sobą, więc przechodzimy do konkretów, czyli jak obrazić blogera. Dla ułatwienia, będę zajmował się blogerami książkowymi, bo wiadomo.

    Najprostszym i najskuteczniejszym sposobem, jest nie robienie niczego. Najlepiej, jakby twój wydawca też nic nie robił. Zero serduszek pod zdjęciami z twoją książką, zero udostępnień na swoim profilu. Nic. Null. Nada. Zero głaskania po główce oznacza, że bloger robi coś źle. Skoro nie został pochwalony, a on książkę pochwalił, to kolejnej już brać nie będzie albo weźmie i po złości nic z nią nie zrobi. Egzemplarz będzie walał się gdzieś po domu, by później wylądować na Skup Szopie, Allegro czy w składzie makulatury. To nieważne, ważne jest to, że bloger pokazał wydawcy, że z nim zadzierać nie wolno.

    www.unsplash.com/Dan Counsell

    Skoro jesteśmy już przy chłodnym traktowaniu wydawcy, najlepiej tak samo potraktować autora. Skoro ten wymienia z nami wiadomości, komentarze i w ogóle zdaje się nas lubić, spróbujmy wywrzeć na nim presję. „Hej, czemu nie mam patronatu nad twoją nową powieścią?” Wiesz, wydawca ma swoje plany i staram się w nie nie ingerować. „Jasne, rozumiem.” Mijają trzy minuty i już autor nie jest obserwowany na Instagramie, a jego kolejna powieść nigdy nie zostanie przeczytana, choć wcześniejsze były wyczekiwane (to akurat autentyk).

    Nic jednak nie działa na blogera książkowego tak mocno, jak książka z… pieczątką. Wiecie, finalny egzemplarz wyczekiwanej powieści i JEB, pieczątka z informacją, że nie powinno się go odsprzedawać. Takiej obrazy majestatu nie da się wybaczyć. Książka ląduje w koszu (bo nie ma jak jej sprzedać), recenzji i zdjęcia nie będzie, ale za to pojawią się stories, gdzie trochę się ponarzeka, jakie to życie jest niesprawiedliwe i nikt cię nie szanuje.

    Nie szkodzi, że na książkę czekałeś tygodniami. Taka z pieczątką się nie liczy – no chyba że dostaniesz jeszcze jeden egzemplarz, ale już bez niej. To wtedy może, ale tylko może, rozważysz czy zająć się jej przeczytaniem. Jest tyle innych, mądrzejszych wydawców, którzy traktują blogerów lepiej, że nie musisz się tym przejmować. A autor? Niech się wali, nie dał mi ostatnio serduszka. Zresztą kto ma czas na czytanie, kiedy w tygodniu odbiera się osiemnaście przesyłek z książkami. Całe szczęście są stories. BUM okładeczka. BUM tyłóweczka. BUM następna.

    Jasne, zdaję sobie sprawę z tego, że przesadzam i generalizuję. Doskonale wiem, ile pracy kosztuje prowadzenie sensownego i rzetelnego konta na Instagramie, a do tego bloga. Znam takie osoby i są cudowne. Tak, uważam, że blogowanie to praca i powinno się za nią dostawać pieniądze. O ile traktuje się strony współpracujące z szacunkiem, a nie z poziomu „wszystko mi wolno, moje stories widziało tysiąc osób” (z czego 4/5 przed upływem sekundy kliknęło „dalej”, a reszta zdążyła zapomnieć, co właśnie widziała). Chcesz zarabiać na Instagramie? Rób to, ale zachowuj się profesjonalnie. Tak, barter to też współpraca i tak, powinna być na niego zawarta umowa.

    Chcesz pieniędzy za wpis, przygotuj umowę i mów o tym otwarcie. Mów o tym na swoim koncie, a nie piszesz o wszystkich przeczytanych książkach tak, jakby to była najlepsza rzecz, jaką trzymałeś w swoich rękach. Chcesz się z tego utrzymywać drogi blogerze? Przestań więc kłamać, że robisz to wszystko z pasji i liczy się tylko i wyłącznie czytanie.

    Odnoszę wrażenie, że świat bookstagrama, który tak zawzięcie broni książek przed tym, że robi się z nich produkt, jak każdy inny, sam przyczynia się do powolnego upadku czytelnictwa. A przynajmniej czytelnictwa świadomego, bo wybiera to, co najłatwiejsze.

    Szybkie współprace, jeszcze szybsze relacje.

    Zero wiarygodności.

    Bartosz Szczygielski

  • „Pisarz nie dostaje gratisów”, czerwcowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    W momencie, kiedy Szczepan Twardoch ogłosił, że będzie poruszał się Mercedesem, wiele ludzi oszalało. Oczywiście mam na myśli ten specyficzny rodzaj ludzi, którzy komentują pod artykułami na Onecie, a nie przychodzą na spotkania autorskie. Może i sprawa jest już wiekowa, to zacząłem się ostatnio zastanawiać, dlaczego pisarz nie dostaje gratisów. Czy jesteśmy gorsi od blogerów?

    Pisarz, czy w ogóle jakikolwiek twórca, najlepiej jakby był biedny. Nic tak nie pobudza kreatywności, jak pusta lodówka i widmo komornika. Przecież to logiczne, że im mniej się ma, tym chętniej się pracuje, by w efekcie można mieć trochę więcej, niż dotychczas. Chodzi mi o taki skok jakościowy, że zamiast chleba smarowanego nożem, człowiek zajada się makaronem z truskawkami. O ile ich cena spadnie poniżej 10 złotych za kilogram.

    Czemu o tym piszę? Nie dlatego, że spojrzałem na stan swojego konta, który dość jasno daje mi do zrozumienia, że starczy mi pieniędzy do końca życia, jeżeli umrę w przyszły czwartek, ale przez… Instagram. Wiecie, dziś jeżeli chcemy, by usłyszało o twórcy więcej osób, niż jego rodzina i te pięć osób, które przez przypadek kupi książkę, bo była promocja, należy się odrobinę postarać. To nie tylko rola marketingu, za który odpowiada wydawnictwo, ale także samego twórcy. A to oznacza, że pisanie schodzi czasami na dalszy plan, choć nie powinno.

    www.unsplash.com/Rami Al-zayat

    Uwielbiam kontakt z czytelnikami. To najlepsza część pisarskiej roboty zaraz po tym, kiedy dociera do mnie, że stworzyłem interesującą historię i ta pojawi się na księgarskich półkach. I jako, że z platform komunikacyjnych do wyboru mam Facebooka i Instagram, to staram się z nich dość często korzystać. Nie wiem, czy wiecie jak działają algorytmy odpowiedzialne za filtrowanie treści, które wam się wyświetlają, ale ja wiem. Przynajmniej na tyle, na ile developerzy zechcieli podzielić się tą wiedzą z innymi. Teraz najważniejsze będą zainteresowania użytkowników, czyli treści z którymi weszli oni w interakcję. Zmieni się chronologia wyświetlania, a pod uwagę będzie brany także czas, który spędzamy w aplikacji. Ma też być większa różnorodność proponowanych nam postów.

    Obecnie mój Instagram wyświetla mniej więcej cztery rodzaje zdjęć – książki (bo wiadomo), świnki morskie (zastanawiam się, jak zmonetyzować prosiaczka, który właśnie podgląda jak powstaje ten felieton), streetphoto (dziewczyna robi świetne zdjęcia) oraz Tom Hardy na przemian z Bradem Pittem (nie pytajcie). I widząc pierwszy z rodzajów fotografii, dość często dostrzegam, ile blogerzy dostają rzeczy od wydawnictw, które nie są książkami. I to nie tylko od wydawnictw. Wiecie, rzeczy takie jak wino, notesy, magnesy czy torby. Rzeczy, których głównym zadaniem, jest znalezienie się właśnie na Instagramie i sprawienie, że tytuł wokół nich się sprzeda. Przecież to prosta psychologia, bo im więcej dostaniemy za darmo, tym większą presję czujemy, by się zrewanżować. Zdjęcie na Instagramie często jest takim właśnie rewanżem (przemilczmy pozytywną recenzję). Czy to przekłada się na kupowanie książek? Trudno ocenić, ale nie widziałem jeszcze nigdzie zdjęcia, linkującego bezpośrednio do sklepu wydawnictwa.

    Zacząłem się zastanawiać, czemu ja nie dostaję gratisów? Wprawdzie liczba moich followersów (piękne słowo), jest mniejsza, niż oszałamiająca, ale widziałem blogerów z gorszymi zasięgami, ale za to z gratisami. Może istnieje przeświadczenie, że pisarze są od pisania, a nie polecania książek czy kremów do twarzy, ale to tak samo, jakby założyć, że piłkarze są od biegania, a nie od reklamowania parówek czy nowych telewizorów. Ja też mam telewizor, a nawet konsolę, a jakoś nikt nie wali do mnie drzwiami i oknami.

    Piosenkarze czy aktorzy mają łatwiej, bo mają „ryje”. Coś, co producent szamponu może sprzedać, bo ludzie wiedzą, jak dana osoba się prezentuje. Nie są tylko nazwiskiem na okładce. Marzy mi się to, żeby zapraszali pisarzy do telewizji śniadaniowych, by mówili nie tylko o nowej powieści, ale o tym, jak się ubierają, jakiego proszku używają i ile czasu spędzają w kuchni. By stali się kimś więcej i wyszli do świata, a czytelnicy mogli się z nimi identyfikować. Na targi książki przychodzą tłumy, ale to nie wystarcza. Owszem, nie każdy z pisarzy ma taką potrzebę, by pokazywać się światu i woli tylko pisać. To najważniejszy element naszej pracy, nie da się temu zaprzeczyć, ale świetnie byłoby mieć możliwość zaistnienia na innym polu. Nie twierdzę, że chce zostać blogerem książkowym, bo nie chce. Do reklamowania parówek też specjalnie mi nieśpieszno, ale tytuł na PlayStation 4 od Sony mógłbym ograć, bo jest to spójne z tym, czym się interesuję. To oczywiście mrzonka, bo za rzadko publikuję nowe posty i za mało osób je lubi, by doszło to do skutku. Nie wiem nawet czy bym to zrobił, bo zdecydowanie o wiele bardziej od robienia zdjęć, wolę pisanie książek. Na tym się znam i tego zamierzam się trzymać.

    www.unsplash.com/Sabri Tuzcu

    Jednak marzy mi się sytuacja, gdzie to pisarze będą wyznaczać trendy, a nie musieć za nimi gonić, by dalej pozostawać w kręgu zainteresować swoich czytelników. Skąd mam do cholery wiedzieć, który # nie da mi teraz shadowbana. Nie mam czasu na szukanie tej informacji. Kolejne strony się same nie napiszą. Kiedy zmienią się algorytmy dobierające wyświetlane treści, twórcy przepadną w newsfeedzie, bo nie wpiszą się w nowe wytyczne. Zwyczajnie nie będą mieli czasu na to, by za nimi gonić.

    Pisarz ma dostarczyć produkt i powinien się cieszyć, jeżeli nie utonie on pod zalewem gratisów na opublikowanym zdjęciu.

  • „Pisarze albo rzecz o smutnych dziwkach”. Felieton Jakuba Ćwieka.

    Nawiązując do felietonu, który zaraz przeczytacie, pamiętam dokładnie dwie sytuacje. Pierwsza, gdy jechałem na pierwszy wywiad z Eduardo Mendozą, jednym z moich ulubionych, no dobra, ulubionym zagranicznym pisarzem. Zastanawiałem się, czy będzie fajny, czy będzie bucem, czy może trochę taki, a trochę taki. Okazało się, że jest super człowiekiem. Druga sytuacja, o większym kalibrze emocjonalnym, to pierwsze spotkanie z Kazikiem Staszewskim. Pierwsze i jak do tej pory jedyne, nie licząc koncertów, gdzie jestem jednak cząstką anonimowej masy. Wychowałem się na jego muzyce, przyjmuję ją bezkrytycznie. Pytanie było proste: czy jeśli Kazik na żywo okaże się bucem i gburem, to wyrzucę wszystkie jego płyty i przestanę go słuchać? Podobnie jak Mendoza, okazał się kapitalnym facetem i po trzech minutach byliśmy już po imieniu, więc nie musiałem na to pytanie odpowiadać. To tyle ode mnie, jeśli chodzi o delikatne wprowadzenie w temat. Teraz czas na danie główne, czyli felieton Jakuba Ćwieka.

    Pewnego razu na blogu pisarza Neila Gaimana pojawiło się pytanie od fana. Nic dziwnego, autor sam do tego zachęcał wielokrotnie, a ponadto ośmielał pytających, odpowiadając konkretnie i rzeczowo na większość pytań, nie tylko tych dotyczących jego własnych książek czy planów. I to konkretne pytanie było właśnie z tych „innych”. Chodziło o to, jak zmusić G.R.R. Martina by przestał się obijać, jeździć na spotkania czy taplać w pieniądzach po sukcesie serialu i wziął się wreszcie do roboty, bo fani czekają.

    Gaiman odpowiedział wtedy zdaniem, które zabrzmiało wyjątkowo ostro: Zapamiętaj sobie, kolego, George Martin nie jest Twoją dziwką.

    Te słowa odbiły się bardzo szerokim echem. Część ludzi przyznała Gaimanowi rację, część oburzyła się na jego wypowiedź. Wielu też było takich, którzy, zgadzając się z sednem, wytknęli autorowi “Amerykańskich Bogów” paskudne potraktowanie fana, pouczali go odnośnie formy i wskazywali, jak powinien to ująć, by anonimowy fan i jego roszczeniowa postawa nie poczuli się urażeni.

    Inna sytuacja. Andrzej Sapkowski, rok może 2004, w każdym razie na długo nim padła jego sławetna wypowiedź o grach. Trwa spotkanie w Chorzowskim Parku Rozrywki w ramach akcji urządzonej przez Śląski Klub Fantastyki. Do Sapkowskiego podchodzi człowiek i pyta o to, kiedy będzie następna książka i co on sobie myśli, by kazać tyle czytelnikom czekać.

    Widzę twarz Andrzeja, to, jak uważnie – jak nie on zupełnie – przebiera w słowach i przełyka przekleństwa.

    Książka to nie worek kartofli do obrania, proszę pana – odpowiada w końcu, biorąc książkę do podpisu. – Więc będzie pół roku po tym, jak skończę i oddam wydawcy.

    www.unsplash.com/Camille Kimberly

    Dwie godziny później jestem świadkiem rozmowy tego właśnie jegomościa o tym, jaki to z Sapkowskiego cham i prostak. Jak nie umie ze zwykłym fanem rozmawiać i się zachować.

    Wrócimy do tego jeszcze, a póki co, szybki szkic tła dla dziś. Żyjemy w czasach Internetu 2.0, to znaczy takiego, w którym każdy, przynajmniej w teorii ma prawo nie tylko odebrać komunikat, ale i go nadać. Facebook czy inne media społecznościowe służą nam do kontaktu z markami, a czasem, jak pokazują rozchodzące się viralowo akcje, z idolami. Sam współorganizowałem akcję, w której chcieliśmy się skontaktować przez Twittera z kanadyjskim aktorem, Nathanem Fillionem. I udało się.

    Żyjemy też w czasach, w których każdy mający coś do powiedzenia może to zrobić na forum i ma z tym szansę wypłynąć. Blogi czy vlogi przestały pełnić funkcję li tylko publicznego pamiętnika – ich twórcy zyskali możliwości, wpływy, stałych odbiorców. Część z nich stała się “influencerami” czyli ludźmi mającymi wpływ na innych, kształtującymi wzorce zachowań.

    To dobrze, można by pomyśleć. To krok w stronę pełnej wolności słowa. I trudno mi się z tym nie zgodzić, gdy chodzi o założenie. W praktyce jednak… Cóż, kolejnych kilka przykładów.

    Znowu Andrzej Sapkowski, bo to przykład nośny, a postać budzi (słusznie) skrajne emocje. Znowu Katowice, tym razem spotkanie w Empiku Silesia, które miałem przyjemność prowadzić. W panelu trzech autorów: Andrzej Sapkowski, Maciej Żerdziński i Witold Jabłoński. Wydarzenie miłe, zajmujące, po nim, co oczywiste, kolejka do autografów. Jest też telewizja, która pyta mnie, czy Sapkowski (bez pan) udzieli im wywiadu. Pytam Andrzeja, a on mówi, że oczywiście, ale gdy podpisze książki, bo jest tu przede wszystkim dla swoich pracodawców, którymi są czytelnicy. Telewizja może poczekać. Więc czeka. Andrzej kończy, mówi kilka słów i idziemy wspólnie na obiad do pobliskiej restauracji. Tam, gdy siedzimy i raczymy się piwem, zjawia się spóźniony fan z plecakiem książek.
    „Cieszę się, że zdążyłem” mówi, wywalając te książki na zastawiony stół, przy którym jemy. ” Dla Grzegorza. I jakby mógł pan…”

    „Właściwie to się pan spóźnił… ” odpowiada Sapkowski. „A ja jestem już po pracy i teraz mam swój wolny czas z przyjaciółmi.”

    „To znaczy nie podpisze pan?”

    „Nie, przykro mi.”

    Jakiś czas później wróciła do mnie ta historia przedstawiona skrajnie inaczej, rozpisana szeroko na internetowym forum. Sapkowski był w niej bucem lekceważącym fana. Bo podpisanie książki zawsze i wszędzie jest jego zakichanym obowiązkiem.

    Pamiętam, pomyślałem wtedy, że największym problemem jest tutaj brak porozumienia z czytelnikami. Andrzej nie udzielał się w sieci, więc nie miał jak zareagować. Wystarczy, że czasem coś naprostuje.

    www.unsplash.com/Jason Yu

    Zdanie zmieniłem dwa lata później, gdy zdarzyło mi się skomentować recenzję własnej książki. Nieco wcześniej doświadczyłem czegoś paskudnego – mój literacki debiut, choć w księgarniach znikał z półek w zaskakującym tempie, nie spodobał się części internautów związanych z dwoma dość dużymi forami fantastycznymi. Zwłaszcza na jednym z nich rozpoczęła się nagonka trwająca dni i strony, pozbawiona choćby cienia merytoryki, za to mocno uderzająca personalnie. Chciałem zareagować, ale starsi sieciowi koledzy odradzili: zobacz, jak są nakręceni. Nic im nie powiesz. Dlatego przeczekałem, potem napisałem, że ok, nie zgadzam się z opiniami, ale to cenne doświadczenie. Ci, którzy mnie opluwali, teraz pochwalili za postawę.

    I wtedy właśnie ten komentarz. Rzecz dotyczyła mojej powieści „Liżąc ostrze”, książki z, wciąż tak uważam, fajnym pomysłem, choć pełnej wad typowych dla początkującego pisarza. Tyle, że recenzja zawierała błędy merytoryczne i właściwie dopisywała do fabuły wydarzenia, których nie było albo interpretowała sceny wbrew ich konkretnie i łopatologicznie wyjaśnionej treści. W zasadzie wyłącznie do tego się odniosłem w komentarzu, ale to i tak było za dużo. Wtedy się dowiedziałem, że autor nie ma prawa komentowania recenzji, bo to czyjaś opinia, a taki komentarz to brak dopuszczania do wolności wypowiedzi. Wtedy też po raz pierwszy usłyszałem, że używam swojego wpływu na czytelników, by zastraszyć recenzentów. A że brzmiało to przekonująco, a ja bardzo chciałem pozostać pisarzem-fanem, postanowiłem – ok, żadnych więcej komentarzy odnośnie do recenzji własnych książek. Trzymajmy się tych zasad.

    Tyle, że te nie są jasno określone. Stephen King został gburem, gdy powiedział czytelnikowi, że nie podpisze mu trzydziestu książek, bo ma ograniczony czas, a ludzie czekają w kolejce i zresztą było mówione, że książka na osobę. Chuck Palahniuk, który od lat pomaga młodym pisarzom na całym świecie (kiedyś nawet z nim korespondowałem jako zwykły fan z połamanym angielskim) pisał kiedyś o tym jak to został oskarżony o blokowanie rynku, bo nie zobowiązał się do promowania wojowniczej powieści pewnej czytelniczki. Generalnie plagą pisarzy są ludzie, którzy wysławszy własne teksty do zaopiniowania lub wypromowania, nie przyjmują do zrozumienia grzecznej odpowiedzi, że autor nie może, bo ma inne zobowiązania. Pisarz nieudzielający pomocy przyszłym kolegom po fachu to buc tłamszący rynek. Kiedyś, podczas rozmowy z Gaimanem zapytałem go o to, a on odpowiedział: wcześniej pomagałem każdemu, pisałem długie listy z uwagami. Ale z czasem, gdy stawałem się popularniejszy, tych listów było coraz więcej, podobnie jak moich obowiązków i zobowiązań. Więc przestałem. I wiele osób miało mi to za złe, bo nagle przestałem być kumplem, a stałem się wielkim autorem.

    Smutna refleksja, której prawdziwości przyszło mi później doświadczyć na własnej skórze. Przyznam, że to był czas, gdy szukałem jeszcze złotego środka, gdy myślałem jak to wszystko pogodzić. Ale to, cóż… nierealne.

    Bo jaki powinien być idealny pisarz popularny? Nade wszystko milczący, chyba, że zapytany. Wtedy, niezależnie od formy, od własnego nastroju i od intencji pytającego, powinien odpowiedzieć konkretnie, wyczerpująco i możliwie zajmująco. Powinien być skromny, bo przecież wiadomo, że książka broni się sama, promocja to komercja, a człowiek piszący dla mas to człowiek bez ambicji. Czyli nie pisarz przez duże P. Dalej, pisarz powinien być uczynny. Przyjmować do zaopiniowania, recenzji a nawet redakcji każdy tekst, w każdym z nich znaleźć zachęcający pozytyw i jak dobre, chwalić publicznie, jak złe, cichutko i delikatnie wskazać rzeczy do poprawy. Powinien zawsze i wszędzie być gotowy na spotkanie z potencjalnym fanem. Prezentować odpowiedni nastrój, wygląd, wyrażać gotowość. Dobrze jest jeśli raz spotkane osoby pamiętał z imienia. Przy spotkanych więcej niż trzy razy to już obligatoryjne. Wreszcie, w nawiązaniu do początku, pisarz, który jest w trakcie trwającego procesu twórczego powinien na ten czas zawiesić wszystkie inne czynności, w tym życie towarzyskie i rodzinne. Bo do tego i tylko tego się sprowadza – do funkcji. Przesadzam?

    www.unsplash.com/Jason Yu

    W ciągu ostatniego pół roku spod blisko pięćdziesięciu zdjęć z wakacji jakie zamieściłem na Instagramie kasowałem dziesiątki komentarzy z pytaniami, czemu się bawię jak nienapisane jest to, to czy tamto. Część, wydawałoby się, żartobliwa, część zupełnie poważna.

    To, czego pisarz nie powinien żadną miarą, to się odnosić do opinii na swój temat. Bo wiadomo, że gdy zbierze grupę odbiorców, to ma większą siłę przebicia i jest w stanie zmieść inne niż swoje stanowisko samą kategorią wagową. To ten sam rodzaj kagańca, który sprawia, że każda osoba ćwicząca sztuki walki boi się bronić w ulicznej bójce, bo granice dozwolonej obrony są równie płynne.

    Zreszta ograniczeń jest dużo więcej, wszystkie wynikające z rzekomej siły i przewagi. Ponieważ autor dociera do większej grupy odbiorców niż przeciętny Kowalski, to nagle rzeczony Kowalski może mu jasno określić ograniczenia. Na przykład: nie powinieneś się wypowiadać na tematy polityczne, nie wypada ci. Nie powinieneś jasno się określać w trudnej światopoglądowo sprawie. Masz czytelników, nie wypada, byś przeklinał. Często dodatkowo pada: lepiej byś się zajął pisaniem książek. Te słowa wyjątkowo często pojawiały się pod każdym światopoglądowym wpisem Kinga o Trumpie czy J.K.Rowling, gdy mówiła o rasizmie czy tolerancji dla odmienności seksualnej. Czy tylko ja widzę tu podobieństwo do: „hej, powinnaś siedzieć w kuchni, a nie wypowiadać się, gdy rozmawiają mądrzejsi”?

    Z tą rzekomą siłą i strzałami z armat do muchy wiąże się zresztą całkiem świeża anegdota. Otóż w sieci pojawiła się recenzja mojej książki. Napisana na blogu, przez osiemnastolatkę, wyróżniała się na tle wielu pozostałych tekstów kilkoma cechami: po pierwsze autorka recenzując kryminał noir nawet nie zgooglała tego pojęcia, otwarcie się przyznając, że konwencji nie zna i to może w oczach niektórych czynić ją ignorantką. Po drugie, zdając sobie sprawę, że recenzuje drugi tom cyklu, podstawą zarzutów uczyniła postaci, których zachowania i intencje są niejasne. Wreszcie w dziale polecenia poleciła książkę ludziom, o których, jak sama wcześniej napisała, niespecjalnie ma pojęcie, nie wie co lubią i co warto im polecać.
    Tym, co trafiło mnie najmocniej była oczywiście notka na końcu, że autorka recenzji dostała książkę od mojego wydawcy. A że nie tak dawno pisałem o tym felieton, opublikowałem tę w gruncie rzeczy przychylną dla mnie opinię jako przykład wspierania ignorancji. I wtedy okazało się, że samym faktem komentowania z konkretnym wskazaniem przekraczam zasady obrony koniecznej. Więcej, pouczyła mnie w tym względzie blogerka, której wpływ na social mediową społeczność może znacząco przekraczać mój. Podstawą pouczenia było to, że linczuję dziewczynę, która uprawia tylko swoje hobby, że jestem silniejszy i że to krzywda, w dodatku niewspółmierna do maleńkiej przecież winy. Argumentami kluczowymi był mój profesjonalizm względem jej (recenzentki) amatorstwa i zasięgu. Nie meritum sprawy, nie zgoda na bylejakość, ale to, co wolno profesjonaliście, a co amatorowi w social mediowej rozmowie. Niedługo potem pada argument, że gdybym nie odniósł się do jednej recenzji, a kilku, gdybym poszukał, pouczył, napisał prywatny komentarz. Słowem, gdybym załatwił sprawę po cichu, byłoby super. A tak to stracę czytelników czyli pieniądze.

    Bo kluczowe są pieniądze. Jeśli ktoś bierze za pracę pieniądze, to powinien siedzieć cicho. Tego oczekuje klient. Tego i profesjonalizmu. Staranności w zakresie powierzonego zadania. Przykładania się do pracy. Amator jest z tego wszystkiego zwolniony. Przeciwnie, to on jest tym oczekującym.

    www.unsplash.com/Florian Klauer

    Żeby nie było, że tylko jojczę jako autor, przykład kiedy to ja zawaliłem jako fan. Domknie się klamrą, bo będzie o Gaimanie. Podczas swojej pierwszej wizyty był dla mnie super miły i zrobił coś, czego nie musiał, a co było bardzo ładnym gestem – w uznaniu, że jeździłem za nim po całej Polsce zaprosił mnie na spacer, byśmy mogli zrealizować wywiad, na który nie znalazł się czas w grafiku.

    Przy drugiej wizycie, kilka lat później, mieliśmy akurat z grupą teatralną „Słudzy Metatrona” na tapecie „Kaliope” na bazie nowelki z jego Sandmana (na który to spektakl Gaiman wyraził zgodę) i chcieliśmy go mu zaprezentować. Udało się zorganizować do tego celu scenę piwnicy pod baranami, dograć terminy, przystosować przedstawienie do mniejszej sceny. Godzinę przed spektaklem przekazano nam, że Gaiman się nie zjawi. Ot tak. Nawet nie zrobił tego sam. Ktoś przekazał.

    Poczułem żal i gniew. Bo ej, jak to tak? To my się tu staramy, my wszystko układamy, umawiamy się i tu nagle coś takiego? Powiedziałem mnóstwo paskudnych rzeczy i w geście głupiego protestu rozdałem ludziom książki gościa, który był spoko, ale sława mu odbiła i stał się zwyczajnym bucem mającym fanów w dupie.

    Pół roku później udało mi się poznać prawdę o tym jak wydawca przeładował autorowi grafik, jak rzeczy ad hoc sprawiły, że karnie prawie nie spał i jadł w biegu przez dwa dni (i to po przelocie ze Stanów) by dopełnić zobowiązań. Więcej, że mimo tego, że ledwo się trzymał, podpisywał książki do ostatniego fana, a tych miał zatrzęsienie. Jedyne co odpuścił wtedy, wcześniej nieomal zasypiając na autorskim, to nasz spektakl, o którym zwyczajnie zapomniał. Pewnie gdyby mu przypomniano, przyszedłby i tak, by spać w pierwszym rzędzie.

    Myślę o tym wszystkim dzisiaj, gdy słyszę o tym jak on czy inny autor odjechał, gdy stał się Jaśnie Panem Pisarzem.

    Myślę o Gaimanie, którego pewnego letniego wieczora miałem w swym mniemaniu za swoją dziwkę.

    Jakub Ćwiek