Tag: Dom Wydawniczy Rebis

  • „Ziemia, po której chodzimy, nie należy do nas”.

    Jeśli spodziewacie się wywiadu, w którym autora pyta się o to, dlaczego zabił ten, a nie inny, to spokojnie możecie zamknąć stronę. Marta Guzowska rozmawia z Monsem Kallentoftem o uchodźcach, o Szwecji, ale też o najnowszej książce, czyli „Łowcach ognia”. Zapnijcie pasy, przygotujcie dobrą kawę i dajcie się porwać.

    Jest Pan za przyjęciem uchodźców z Bliskiego Wschodu, czy jest Pan temu przeciwny?

    Jestem jak najbardziej za. Chodzi przecież o zwykłe ludzkie współczucie. A także o przekonanie, że ten świat należy do nas wszystkich, nie tylko do garstki wybrańców jakimi, powiedzmy to otwarcie, są Europejczycy. Fakt, że urodziłem się w Szwecji, nie znaczy, że ten kraj do mnie należy. Ludzie mają prawo uciekać przed wojną i terrorem, mają też prawo gonić swoje marzenia. Migracja i imigracja to bardzo pozytywne zjawiska. Patrząc na kraje Europy widzę, że te najbardziej antyimigranckie to jednocześnie te najsłabiej rozwinięte. Nacjonalizm to straszna rzecz, to zawsze kostium, w który przebiera się niepewność i dochodząca do władzy dyktatura. Te tendencje w wielu europejskich krajach są zatrważające. Ludzie muszą się im przeciwstawić! Szczególną rolę do odegrania mają tu media, które nowi despoci próbują kontrolować.

    Czemu więc ludzie tak boją się uchodźców?

    Wielu ludzi obawia się, że uchodźcy zagrażają ich stylowi życia. Ale to bzdura. Przede wszystkim, nie ma czegoś takiego, jak niezmienny styl życia, ciągle musimy adaptować się do zmian. Społeczeństwo ulega ciągłym przemianom, od zawsze, nie dopiero od niedawna. Niektóry ludzie lubią zmiany, inni wolą, żeby ich życie było od początku do końca takie samo. Ale zawsze przykro mi się robi, kiedy patrzę na ludzi, którzy nie nadążają za swoimi czasami i którzy oskarżają uchodźców o całe zło tego świata.

    W Pana najnowszej powieści przetłumaczonej na język polski „Łowcy ognia”, jednym z głównych tematów jest współczesne niewolnictwo, ludzie z Azji pracujący w Europie (i nie tylko na tym kontynencie), za minimalną płacę lub w ogóle za darmo, czasem narażając swoje życie. Czy współczesne niewolnictwo jest obecnie wielkim problemem w Szwecji?

    Jak dotychczas nie, to są marginalne przypadki i mam nadzieję, że nie będzie ich więcej. Ale ten problem narasta w wielu krajach. Pisząc „Łowców ognia” starałem się sobie wyobrazić co byłoby (lub – patrząc na sprawy pesymistycznie – co będzie), jeśli ten problem dotarłby do Szwecji.

     

    W Pana książkach imigranci ani niewolnicy nie są potrzebni, i bez nich szwedzkie społeczeństwo ma mnóstwo problemów. Choroby, rozwody, alkohol, zaniedbywanie dzieci… Czy Szwedzi to w większości optymiści, czy pesymiści?

    Ja bym powiedział raczej, że optymiści. Owszem lubimy kryminały, w których są problemy i zbrodnie, ale to tylko książki. A w Europie są o wiele bardziej przerażające kraje niż Szwecja. Kraje, w których pączkuje dyktatura, prasa jest cenzurowana, na dziennikarzy wywierane są naciski, zakazuje się aborcji, a nacjonalizm kwitnie. To naprawdę większe problemy niż to, co mamy w Szwecji.

    Więc może jednak Szwedzi trochę z tymi swoimi problemami przesadzają… Dla wielu ludzi na całym świecie wasz kraj jest czymś bardzo bliskim raju. A jednak to Szwedzi zostali słynnymi na cały świat specjalistami od wyciągania na wierzch swoich problemów. Ale dlaczego to robicie? Dlaczego nie zamiatacie swoich grzechów pod dywan?

    Nie zgadzam się z tym punktem widzenia, to spore uproszczenie. Przede wszystkim wierzę w wolność i w dyskusję. W innych krajach często zaniedbuje się dyskusję, ukrywa się problemy w kącie, przykrywa dywanem nacjonalizmu i udaje się, ze wszystko jest dobrze. Wolę już wywlekać trudne sprawy na światło dzienne i otwarcie o nich mówić.

    W szwedzkich kryminałach, a Pana nie są wyjątkiem, jest dużo policyjnej pracy zespołowej. Nie ma w nich miejsca dla samotnych wilków?

    Ależ moja bohaterka, Malin Fors, jest trochę takim samotnym wilkiem. Musi sama mierzyć się ze swoimi sprawami: alkoholizmem, lękiem o córkę, trudną relacją z mężczyznami… Natomiast jeśli idzie o pracę, starałem się pokazać w miarę realistycznie działania policjantów. A to zawsze jest praca zespołowa.

    Szwedzi pracują w grupie, prywatne problemy rozwiązują sami. Co jeszcze jest dla nich typowe? Dla reszty Europejczyków stereotypowy Szwed za dużo pije, kocha piękne wnętrza…

    To wszystko prawda. Oprócz tego mamy też bardzo silną etykę pracy. Bywa również, że mamy o sobie bardzo dobre zdanie, generalnie uważamy, że jesteśmy lepsi od innych, mamy wyższe standardy moralne. To oczywiście bzdura!

    A Pan jest optymistą, czy pesymistą? Pytam o to, ponieważ w Pana książkach wiele jest okrucieństwa, życiowego okrucieństwa. Zawsze jest na coś za późno, nie da się wynagrodzić straty, zła… Czy to są Pana poglądy?

    W literaturze najbardziej lubię gatunek noir. A noir zawsze oznacza pesymizm. Ale lubię to tylko w sztuce. Moja filozofia życiowa to miłość, zrozumienie i przede wszystkim osobista wolność. Nienawidzę wszelkich form dogmatyzmu i nacjonalizmu.

    Pana książkowy pesymizm pasuje do ogólnego pesymizmu w ostatnich czasach. Czy myśli pan, że świat się kończy?

    Nie. Żyjemy w okresie zmian, ale raczej nie uda nam się spowodować końca świata. Chociaż on się na pewno zmieni. Przypuszczam jednak, że jego siłą napędową nadal będzie żądza władzy, chciwość i pragnienie miłości.

    Jak Pan uważa, co pomoże ocalić świat?

    Mniej nacjonalizmu, więcej empatii i głębokie zrozumienie, że miejsce, w którym żyjemy, woda, którą pijemy i ziemia, po której chodzimy nie są naszą własnością. Dorzuciłbym jeszcze: nie słuchać demagogów, oni chcą naszego życia i naszych dusz.

    Prowadzi nas to do naszego tradycyjnego ostatniego pytania: jaką książkę ocaliłby Pan przed końcem świata.

    Wystarczyłaby mi tylko jedna: „Krwawy południk” Cormaca McCarthy’ego.

    Dziękuję za rozmowę.

  • Bigos, latająca prezerwatywa i książki Kinga.

    Najpierw chciałem Wam zaserwować 15-minutowy wywiad z Grahamem Mastertonem. Nikt by tego pewnie nie obejrzał, bo kwadrans to jednak kawał czasu. Szczególnie w sieci. Podzieliłem więc rozmowę na kilka osobnych plików. Każdy więc kliknie sobie w to, co go interesuje. Ja Was nie wkurzam, Wy oglądacie co chcecie. Rozmawialiśmy o Stephenie Kingu, prezentach od fanów, polskim jedzeniu i książkach o seksie. Smacznego. 

    O bigosie i innych smacznych potrawach:

     

    Wiecie o tym, że Masterton i King nigdy się nie poznali? Co więcej, Masterton…albo nie, zobaczcie sami 😉 

     

    Jak pewnie wiecie, Masterton napisał blisko 30 książek o seksie. Będą kolejne? 

     

    I na koniec prawdziwa torpeda. Jak się domyślacie, Graham dostaje sporo prezentów od fanów. Jaki był najdziwniejszy? 

  • „Nie wszyscy muszą czytać Tołstoja. Romans też jest potrzebny”

    Czy Tołstoj jest lepszy od romansu? Ile przemyciła swoich uczuć, przeżyć w swojej głównej bohaterce? Jakie naprawdę są kobiety i dlaczego warto się zakochać, i czy teściowie to samo zło? O tym wszystkim rozmawiam z Niną Majewską-Brown, autorką książki „Jak się nie zakochać”.

    Chciałbym żebyśmy porozmawiali o literaturze kobiecej z perspektywy faceta, który Pani książki przeczytał.

    Dał Pan radę?

    Skoro tu siedzę, to dałem radę. Żyjemy w takim świecie, że większość osób chce się zakochać. A jak tego uniknąć?

    Zakochanie jest najfajniejszą rzeczą, która może nam się przydarzyć. I te motyle w brzuchu i nadzieja, że się nie będzie samemu, to jest chyba najlepsza rzecz jaka istnieje. Ale książka traktuje tak naprawdę o tym, jak wpuścić nową osobę do swojego życia, a to dotyczy przecież i faceta i kobiety. Teraz zaproszenie nowej osoby do naszego domu, pełnego dzieciaków, pełnego życia rodzinnego, to jest potężna odpowiedzialność. Ta odpowiedzialność jest więc jakby podwójna – za siebie i swój układ, ale też za układ z dziećmi.

    Literatura, którą Pani pisze jest przede wszystkim przeznaczona dla kobiet, ale dlaczego powinni ja przeczytać mężczyźni? Bo ja mam wrażenie, że to jest swego rodzaju wskazówką dla facetów, jak kobiety reagują na pewne sytuacje.

    No taki był zamysł. Piszę o tym co czuję najlepiej. Podobno tak jest zawsze z pierwszą książką. Moja traktuje o kobiecie dojrzalej wiekowo, co nie znaczy, że ona jest emocjonalnie dojrzała. Cały czas te sytuacje, które jej się przytrafiają, zmuszają ją do odbudowania swojej dojrzałości na nowo i odnajdywania nowych ścieżek w swoim życiu. Natomiast ta książka ma, mam nadzieję, że tak jest, mnożyć pewne mechanizmy myślenia. Nie wiem czy jest instruktażowa, ale my kobiety takie jesteśmy w dużym stopniu, więc panowie mogą się o nas sporo dowiedzieć.

    Mogą się dowiedzieć jakie są kobiety naprawdę.

    Przynajmniej niektóre.

    Przynajmniej niektóre…

    To jest książka o naszych pragnieniach, brakach, obawach o tym całym lęku, który niesie życie. To brzmi strasznie banalnie w oderwaniu od tego, co się tam dzieje w książce, bo główna bohaterka przezywa absolutne katharsis. Tak potężna strata, która jest nie do wyobrażenia i wyjście z tego wymaga dużej odpowiedzialności. Właściwie gdyby nie to drugie dziecko, które się pojawia, druga młodsza córka, to podejrzewam, że ona mogłaby to wszystko sobie odpuścić. Ale dla tego dziecka musi budować świat na nowo. Świat ekonomicznie inny, emocjonalnie inny, poczucie bezpieczeństwa zupełnie inne. Wszystko inne. I to jest ten trud i wysiłek, to jest też takie pokazanie kobietom, że się da, że można. Nie jest łatwo, ale można. Więc to nie jest smutna historia.

    Główna bohaterka Pani książek, Nina, to mieszanka Pani uczuć, pragnień, lęków?

    Na pewno w dużym stopniu tak. Ale Nina nie jest mną, tak? Nina jest posklejana… Ninę tworzą opowieści różnych osób. Podejrzane, podpowiedziane. To są też emocje oczywiście moje. Ta książka powstała z mojego największego strachu. W momencie kiedy powstał pomysł na napisanie książki, zaczęłam się zastanawiać, co w książce by mnie najbardziej poruszyło i doszłam do wniosku, ze w moim życiu osobiście najbardziej poruszyłaby mnie strata. To nie musi być od razu śmierć, wystarczy ciężka choroba, utrata pracy… jakiś element mojego poskładanego życia przełożony gdzieś obok spowoduje, że zachwieje się cała struktura. I sobie pomyślałam, że jednak strata i śmierć byłaby taką rzeczą, przez którą chyba nie byłabym w stanie przebrnąć. W tej książce zmierzyłam się z moimi uczuciami, z moimi emocjami. No więc tak, książka jest bardzo moja.

    Pisanie oczyszcza?

    Pisanie jest swoistą psychoterapią, w trakcie której człowiek musi udzielić sobie obiektywnych, subiektywnych odpowiedzi na obiektywne pytania. Pisanie bardzo mnie zmieniło.

    Doświadczenie w pracy w wydawnictwach coś daje przy pisaniu książek, czy jest zupełnie bez znaczenia?

    Bez znaczenia. Natomiast praca w wydawnictwach daje niesamowitą świadomość tego, z jakimi niesamowitymi górami człowiek się mierzy i uczy naprawdę dużej pokory. Przynajmniej w moim przypadku. Świadomość tego, ile maszynopisów spływa do wydawnictw codziennie, ile osób pisze i próbuje. To jest jak los na loterii – żeby być wylosowanym z tej całej ogromnej liczby kartek. Żeby ktoś po to sięgnął, przeczytał i żeby się spodobało. Dobrych piór na rynku jest cała masa, nie tylko polskich, ale i zagranicznych. Ja też skończyłam dziennikarstwo i bardzo świadomie wymyśliłam postać i język, którym piszę. Przeanalizowałam dokładnie literaturę kobiecą, zwłaszcza język, którym posługują się autorki i mam nadzieję, że udało mi się stworzyć coś, co nie jest w Polsce tak popularne. Trochę inaczej piszę, to znaczy piszę bardziej otwarcie, nie pudruję rzeczywistości. Jak mi coś upada to mówię „kurwa”. a nie „o jejku”, no bo tak mówimy, tak? Tacy jesteśmy. Dlatego też wielka wdzięczność i ukłon w stronę redaktorek, które na początku bardzo poprawiały dialogi, w takie ładne poprawne, na przykład poprawiały: „Klara chodź!” na „Klaro chodź”. I to taka nasza wspólna praca, że udało nam się zostawić tę niepoprawność dialogową, która jest jednak życiową niepoprawnością. No bo w życiu codziennym, na ulicy mówimy inaczej.

    W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że sukces zależy od dobrego maszynopisu i szczęścia.

    No bo tak jest.

    Pani miła jedno i drugie.

    No trafiło mi się, tak. Ale głęboko wierzyłam w to, że się uda. W tej książce dałam całą siebie i miałam takie poczucie, że to jest fajna, dobra rzecz. To brzmi absolutnie nieskromnie, ale to jest chyba tak, że taką energię jaką wnosimy w coś co robimy, niekoniecznie pisanie, to może być zupełnie inna bajka, inna dziedzina, ale ta dobra energia powoduje, że też jest nam łatwiej się przebić. Więc ja absolutnie oddałam kupę dobrej energii tej książce.

    Nawiązując jeszcze do książki – teściowie to samo zło?

    Nie, teściowie to może być bardzo fajna instytucja. To mogą być bardzo fajni ludzie, tylko problem polega na tym, że obie strony muszą chcieć. I w momencie, jeżeli pokolenie naszych rodziców wymaga od nas tylko i wyłącznie szacunku i na tym się opiera no to jest to zdecydowanie za mało. Ale myślę, że ta historia, to nie jest historia moich teściów. To jest historia podejrzana, przeczytana w różnych reportażach, w różnych opracowaniach i też trochę w takich psychologicznych badaniach, że to pokolenie naszych rodziców zostało wychowane w zupełnie innych okolicznościach, innych warunkach, innym zestawie reguł, zasad i oczekiwań. I w momencie kiedy my, czterdziestolatkowie próbujemy żyć na własną rękę i trochę się oderwać, to rodzi to konflikty. Wystarczy rozejrzeć się dookoła. Rzadko kto z tych starszych osób ma ten luz żeby pozwolić synowej czy zięciowi mówić sobie po imieniu.

    Jaki jest odbiór czytelniczek? Piszą maile, listy?

    Zaskakująco dobry. Największym sukcesem jest to, że one się utożsamiają z Niną. „Napisała pani o mnie, przecież ja tak czuję”. „To jest moja historia”. I to jest chyba najbardziej pozytywne. A druga rzecz, to chyba największy komplement, gdy panie mówią: „oj, jak się śmiałam, jak się śmiałam. Potem jak płakałam, jak płakałam”. I chyba poruszenie takich delikatnych nutek i strun to chyba największy sukces pisarza.

    Powiedziała Pani, że to są historie przeżyte, zasłyszane, podpowiedziane.

    Ale fabuła jest bardzo wymyślona.

    Fabuła jest wymyślona, ale czy zdarzyło się tak, że ktoś ze znajomych się identyfikował z tymi przeżyciami?

    Oczywiście.

    I powiedział: „o, tu opisałaś mnie”?

    Może niekoniecznie mnie, ale moją koleżankę, znajomą. Sporo osób się może odnaleźć. I bliskich i nie bliskich. Bo to są historie, które się przydarzyły. Rozstania, śmierci. Próba przezywania tego w taki, a nie inny sposób. To są sytuacje, które się przydarzają wielu osobom, więc nie ma problemu żeby się w tym odnaleźć. Natomiast, ja w którymś momencie doszłam do wniosku, że nie mogę brać odpowiedzialności za to, co kto wyczytuje w książce, bo każdy wyczyta to, co chce. Zaskakują mnie niektórzy znajomi czy rodzina, odczytując treści, których ja tam nie zawarłam i odnosi to do konkretnych osób i sytuacji, gdzie w ogóle nie miałam takiego zamiaru. Jest to dla mnie zaskakujące. Ale to jest trochę tak: uderz w stół, a nożyce się odezwą. Taka wisienką na torcie był „Notes kuchenny”, który się ukazał niedawno, czyli zbiór odręcznie pisanych przepisów z autorskimi rysunkami. I wydawało mi się, że to już jest tak cukierkowo różowe, notabene w połowie puste, więc tam już absolutnie nie ma się kto o co obrazić – a też można.

    A o co się przy tym ludzie obrażali?

    Ze niedostatecznie podziękowałam, że niedostatecznie uhonorowałam. Więc to co siedzi w ludziach i w głowach ludzi, jakie mają problemy osobiste, które przekładają potem na zewnętrzny świat, to jest po prostu nieprawdopodobne. Można zwariować po prostu.

    Odchodzi teraz Pani trochę od literatury kobiecej. Wchodzi Pani w kryminał. To będzie chwilowy oddech i potem powrót?

    Na pewno wrócę do historii Niny. I mimo tego, że ostatnia historia ukazała się parę miesięcy temu, czyli „Jak się nie zakochać”, to panie pytają, proszą i nawet miałam taki pomysł, żeby próbować pisać to w internecie, ale brakuje mi trochę czasu na robienie dziesięciu rzeczy naraz. Podobno kryminał jest taką wisienką na torcie literackiego dzieła. Chcę się zmierzyć z zagadką, to jest takie wyzwanie, które sobie postawiłam. Każdy lubi rozwiązywać zagadki i każdy będzie próbował ja odgadnąć. Jest łatwiej utrzymać czytelnika do ostatniej strony – kto zabił, gdzie. W powieści obyczajowej trzeba mieć naprawdę fajny pomysł, żeby ten czytelnik chciał z nami zostać do końca.

    Odczuwa Pani, że ludzie w pewien sposób drwią z literatury kobiecej, że traktują ją jako literaturę gorszego sortu?

    Tak jest niestety. Dlatego ja teraz się odcinam kryminałem. Nie dlatego, żeby komuś coś tam udowodnić, ale dlatego, że mam taką potrzebę duchową. To dopiero uświadamia mi reakcja znajomych, że „o Jezu, kryminał!”. Dla mnie to jest chore, bo przecież nie ma nic złego w dobrym romansie. To, że kobiety to czytają to jest jakieś pokłosie Harlequinów, które kiedyś się pojawiły i takich banalnych historii o miłości. Ale kobiety tego potrzebują. To jest chyba takie świadectwo tęsknot kobiety za miłością, za akceptacją, za byciem tą księżniczką. To jest chyba ta tęsknota za miłością i akceptacją. I nie ma nic złego w tym, że o tym czytamy. Nie każdy musi czytać Tołstoja. Ważne, że czyta. Ale rzeczywiście tak jest, że ta literatura kobieca jest postrzegana inaczej.

    Bo?

    Bo się wydaje, że jest nudna, banalna, o miłości. Co można napisać o miłości.

    A jak się okazuje, można dużo.

    Można dużo. I ta miłość może być pretekstem do całej historii. Miłość nie jest niczym złym.

    Wręcz przeciwnie.

  • „Gdyby Hitlera złapała Armia Czerwona, długo by nie pożył”

    Ma na swoim koncie książkę, w której Adolf Hitler ginie na początku lat 30. Pisze o Holokauście, wojnie, nazistowskich zbrodniarzach. Sam jest Szkotem, ale jego rodzice pochodzą z Polski. Z Andrew Nagorskim rozmawiam o Hitlerze, Eichmannie, a także o tym, dlaczego już zapewne nikogo ze zbrodniarzy wojennych nie uda się złapać. Zachęcam do przeczytania najnowszej książki Nagórskiego: „Łowcy nazistów”.

    Chciałbym zacząć od cytatu z Pana książki. Mianowicie od Rudolfa Hessa, który powiedział: „w momencie kiedy Hitler poinformował mnie, że nakazał wcielić w życie ostateczne rozwiązanie, nie miałem nic do gadania, ja mogłem tylko powiedzieć: jawohl!” To jest tak, że ci najwięksi zbrodniarze byli tylko pionkami na szachownicy?

    Oczywiście, oni byli tylko pionkami. Nawet Adolf Eichmann, który był jeszcze wyższy, twierdził: „miałem rozkaz żeby logistyczny problem transportu rozwiązać, rozwiązałem. A co już stało się z tymi ludźmi, to ja ich nie zabijałem”. Wszyscy dowódcy, którzy byli sądzeni w Norymberdze mówili, że mieli rozkazy, nie mieli wyboru. Dlaczego te procesy są tak ważne od początku do końca? Bo pokazują, że to nie było takie do końca automatyczne, każdy miał takie momenty, że mógł się zastanowić. Oczywiście, ludzie na takim poziomie nie byli przymuszeni. Sami wdrapywali się na stanowiska i brali w tym udział z przekonania, z ambicji. Stąd właśnie cała ta dyskusja o banalności zła. Czy jest to tylko mały biurokrata, czy robi to z przekonania. Z tego powodu w wielu wojskach na świecie, np. Amerykanie uczą żołnierzy, że jak ktoś ci da rozkaz, który jest wyraźnie nielegalny, niemoralny, to ty masz obowiązek nie słuchać tego rozkazu. Oczywiście, w niemieckim wojsku tak nie uczyli. Ale każdy miał jakieś wybory w życiu i wiedział instynktownie, że to nie może być usprawiedliwione.

    A gdyby Hess powiedział Hitlerowi: „Nie, nie zrobię tego.”?

    Ja bym dał inny przykład: Einsatzgruppe. To są wojska, które rozstrzeliwały ludzi na wschodzie, jeszcze zanim były komory gazowe. Świetny amerykański historyk Christopher Browning badał dokładnie, co się wtedy działo i były przypadki, że żołnierze mówili: „ja już nie mogę chodzić od wioski do miasteczka i tylko raz po raz zabijać ludzi.” Tam były kobiety, dzieci. W takich wypadkach jak ktoś wypadł, to nie było żadnych konsekwencji. Nie szedł do więzienia, nie był rozstrzelany. Po prostu dostał inną pracę. Tak samo ci strażnicy z Oświęcimia, których ostatnio sądzili w Niemczech. Oni podpisali kontrakt, bo gdyby tego nie zrobili, to byliby na froncie. Ale to był ich wybór. To jest prawdą co powiedział Hess, że ci ludzie nie myśleli w kategoriach, że oni mają jakiś wybór, że mogą cokolwiek zakwestionować, ale to ich przecież nie usprawiedliwia.

    Ile według Pana przypadku było w tym, że udało się schwytać i nie chcę powiedzieć przemycić, ale przetransportować do Izraela Eichmanna. W książce podaje Pan takie przykłady, że znaleźli jego dom, ale on już tam nie mieszkał. Później przypadek z autobusem, który się spóźniał i nie przyjechał o 19.40, tylko o 20.00, itd. Przypadek odgrywał tutaj dużą rolę? Bo wiadomo, że cała akcja była planowana miesiącami.

    Mosad był bardzo sceptycznie nastawiony do informacji o pobycie Eichmanna. W ogóle Mosad nie szukał aż tak bardzo tych nazistów, a na pewno nie tak jak wskazują niektóre publikacje. Patrzymy wstecz na historię i wydaje się, że to musiało się tak stać. Łowcom nazistów wydawało się, że każdy były wysoki urzędnik Hitlera to ma mnóstwo pieniędzy i złota, więc musi żyć bardzo luksusowo. Eichmann też był przecież znany z tego, że był kobieciarzem. Więc gdy zobaczyli taki skromny dom w jednej z dzielnic Buenos Aires i wychodzi taka europejsko wyglądająca kobieta, ale taka bardzo zwyczajna, nieatrakcyjna, to pomyśleli – pomyłka, to nie może być tu.

    Po przeczytaniu dokumentów, książek, zeznań, sądzi Pan, że oni myśleli, że sprawiedliwość już ich nigdy nie dosięgnie i będą mogli żyć sobie na innym kontynencie do końca swoich dni?

    Myślę, że tak. Eichmann jest najlepszym przykładem. Była przecież fala procesów od razu po wojnie, w Norymberdze, w Dachau, w Polsce. Potem zaczęła się Zimna Wojna, już pod koniec lat 40-tych. Jaki był podstawowy błąd Eichmanna? On zmienił swoje nazwisko, ale synowie nie. I według całej historii, którą opowiadam w książce, jeden syn zaczyna mieć randki z dziewczyną. Znasz tą historię?

    Tak. Dom Eichmanna w dokumentach zarejestrowany jest na panieńskie nazwisko żony…

    Tak, tak, tak. Więc było tyle rzeczy, na które nie zwrócili uwagi. Oni mieli takie poczucie, że już nic się nie stanie, niektórzy nawet nie zmielili nazwiska, a jeszcze inni wrócili po wojnie do normalnego życia, do normalnych posad.

    W przypadku Eichmanna jest też bardzo ciekawa informacja, której nie znałem wcześniej. Kiedy on już był w Tel Awiwie i wydzielono mu celę w więzieniu, to nie dość, że wszystkie sąsiadujące były puste, to jeszcze nikt z rodzin strażników nie mógł być ofiarą Holokaustu.

    Tak. Oni się bali po prostu zemsty na nim, dlatego były aż takie środki ostrożności.

    Zastanawiające jest też to, jak oni wszyscy reagowali na śmierć, gdy już stali z pętlą na szyi. Jedni mówili: „niech żyją wolne Niemcy”, ktoś inny powiedział tylko: „Sieg heil”, a tylko nieliczni mówili – to mnie musiało spotkać, czuję się winny.

    To ostatnie prawie się nie zdarzało. Jak rozmawiałem z Benjaminem Ferenczem, który teraz ma 96 lat. Niebywały człowiek, który był najmłodszym prokuratorem w Norymberdze, który robił sprawę Einsatzgruppe. Mówił mi, że nikt nie przyznał się do winy, czy jakoś pokazał, że żałuje tego co zrobił. Wprost przeciwnie. Jeden ze zbrodniarzy powiedział, że Amerykanie i Żydzi zapłacą cenę za to co zrobili po wojnie. Więc to jest … tak, to jest niesamowite.

    Czy są jeszcze zbrodniarze wojenni, którzy powinni być ścigani? Czy po prostu następuje selekcja naturalna, czas płynie, oni umierają i już nie ma kogo ścigać?

    Jest już 71 lat po wojnie, więc nawet ci ostatni, jak ktoś miał dwadzieścia lat w 1945 roku, to teraz będzie miał 91. To już są ostatnie takie sprawy. Dlatego chciałem napisać tą książkę żeby pokazać tę całą procedurę od początku, od środka i prawie do końca. I ocenić co z tego wynikło. Nie wykluczam, że jeszcze będzie kilka spraw, ale praktycznie ten aktywny etap historii już się kończy.

    Na koniec chciałbym zapytać jeszcze o tych, którym udało się uciec. Ilu ich jest?

    Większość, zdecydowana większość, tu nie ma wątpliwości. Ferencz sam mówił, ze z kilku tysięcy morderców z Einsatzgruppe, mógł do sądu wziąć tylko 24, bo tylko tyle było miejsc na ławie oskarżonych w Norymberdze. To jeszcze nie wszystko, bo potem dwóch zmarło, więc zostało 22. Trzynastu skazano na śmierć, ale ze względu na amnestię tylko 4 naprawdę powieszono. Reszta od 1957 roku była wolna. Można więc powiedzieć, że to było symboliczne.

    Jeszcze jedno pytanie mi się nasunęło. Adolf Hitler uniknął machiny sprawiedliwości, wiemy dlaczego. Według Pana, gdyby przeżył byłby sądzony tak jak wszyscy, czy traktowanie byłoby zupełnie inne?

    To ciekawe pytanie. Gdyby złapali Hitlera, to nie wiem, czy by się dało go utrzymać , zważywszy na to, co się stało z Mussolinim, gdzie ludzie się rzucili na niego. Ale to Włochy, to w ogóle inna sytuacja niż Niemcy. Hitlera złapałaby najprawdopodobniej Armia Czerwona i wątpię, żeby specjalnie długo przeżył.

    Dziękuję Panu Bartoszowi Bartyzelowi z Muzeum Auschwitz-Birkenau za możliwość skorzystania ze zdjęć. 

  • Które książki zabrać na wakacje? Zobaczcie gorące nowości lipca.

    Sezon urlopowy właśnie wystartował. Pamiętajcie, żeby zabrać ze sobą na wakacje dobrą książkę. Którą? Przejrzałem dla Was lipcowe propozycje wydawców. Poniżej najciekawsze nowości.

    nadia-wiezien-putina-b-iext37642014

    2009

    nemezis-o-czlowieku-z-faweli-i-bitwie-o-rio-b-iext37170519

    stasi-i-dziecko-b-iext37640454d_3691rebissekretne-zycie-drzew-b-iext370313681967

    stalker-b-iext37026815ojciec-44-b-iext376120792033051708beduinki-na-instagramie-moje-zycie-w-emiratach-b-iext37636357miasto-swietych-b-iext36095405

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    zdjęcie główne: Freeimages.pl/Jim Watson

  • „Dzięki Stiegowi Larssonowi wydawcy zwrócili uwagę na szwedzkich pisarzy”.

    Przyjechał do Warszawy jako gość Międzynarodowego Festiwalu Literatury „Apostrof”. Rozmawialiśmy o szwedzkich kryminałach, alkoholizmie Malin Fors, a także o…Wisławie Szymborskiej. Przeczytajcie. 

    Mons, urodziłeś się w okolicach Linköping. Sądzisz, że Twoje książki mogą być swego rodzaju przewodnikiem po tym mieście? Teraz modne są podróże śladami bohaterów książek.

    Być może to nie jest taki typowy przewodnik turystyczny, ale gdyby się ktoś chciał dowiedzieć jak wygląda życie w takim średniej wielkości szwedzkim mieście, to są to rzeczywiście odpowiednie książki żeby się tego dowiedzieć.

    Dla mnie Malin Fors to taki Kurt Wallander w spódnicy, ci bohaterowie mają dużo cech wspólnych. Możemy spodziewać się ekranizacji przygód Malin?

    Tak się składa, że właśnie sam pracuję nad ekranizacją, nad serialem. Specjalnie założyłem studio telewizyjne, ponieważ przez lata zarzekałem się, że nikomu nie sprzedam praw do sfilmowania moich książek. Po prostu bałem się, że ktoś zrobi coś strasznego, Stwierdziłem więc, że dość tego narzekania, więc muszę to zrobić samemu. No i teraz jeśli wyjdzie jakiś denny projekt, to wiadomo kogo będzie trzeba za to winić. Tylko mnie.

    Chciałbym wrócić jeszcze do Malin. Ona jest całkowicie fikcyjna, czy konstruując tę postać wzorowałeś się na kimś konkretnym?

    Jest całkowicie wymyślona. Oczywiście, po tylu książkach nabrała własnego życia, ale nie jest oparta na żadnej prawdziwej postaci. Może poza tym, że jest po prostu oparta na wszystkich ludziach.

    Planujesz wyswobodzić główna bohaterkę Twoich książek z alkoholizmu?

    Ludzie uzależnieni nigdy nie wychodzą ze swoich nałogów, mogą najwyżej nauczyć z nimi żyć. Tak samo jest z Malin, całe życie zmaga się z nim i tak będzie do końca jej dni.

    Zupełnie z innej beczki. Współpracujesz z Markusem Luttemanem, w Polsce ukazała się wasza wspólna książka, czyli „Na imię mi Zack”. Będziecie kontynuować tę historię?

    Tak, zdecydowanie. W Szwecji właśnie wyszła druga część, piszemy trzecią i planujemy dalszą współpracę. Staramy się, żeby wychodziła jedna rocznie, ale byłoby jeszcze lepiej gdyby wychodziły dwie, bo książka ma na tyle skomplikowaną fabułę, że byłoby łatwiej dla czytelników gdyby wychodziły częściej.

    Kolejne tytuły również będą ukazywały się w Polsce?

    Tak. Rebis, mój polski wydawca, ma prawa do kontynuacji i wiem, że kolejne części będą wydawane.

    Dużo mówi się o fenomenie szwedzkich kryminałów. Można to w jakiś sensowny sposób wytłumaczyć, że książki z tej części świata są tak chętnie czytane?

    Sukces rodzi sukces. Mieliśmy kilku wspaniałych pisarzy, na przykład Henninga Mankella, którzy przygotowali grunt pod Stiega Larssona, który po prostu wybuchł. Stieg sprawił, że wielkie wydawnictwa zainteresowały się szwedzkimi autorami. Gdyby nie on, to na pewno nie miałbym tak wielkich wydawców na całym świecie. To są bardzo duże wydawnictwa, więc kiedy Simon & Schuster robi ogólnokrajową akcję promocyjną, to jest to coś zupełnie innego niż gdyby małe wydawnictwo po cichu wydrukowało 200 egzemplarzy.

    Śledzisz nowości kryminalne ukazujące się w Szwecji? Mnie ostatnio zafascynował debiut Stefana Ahnhema.

    O tak, to bardzo dobra książka. Zresztą Stefan to mój przyjaciel.

    Będę się z nim widział w przyszłym tygodniu w Sztokholmie. Lecę do niego na wywiad.

    Naprawdę? To pozdrów go ode mnie i powiedz, że bardzo lubię go czytać.

    Na koniec chciałbym zapytać o Wisławę Szymborską, bo to ciekawe, że szwedzki pisarz kryminałów zaczytuje się w poezji polskiej noblistki. Co Cię w niej urzekło?

    Bardzo mi się podoba, że potrafi tak wiele treści zawrzeć w kilku słowach, jak wiele emocji oddaje w kilku prostych wyrażeniach, ta ekonomia stylu bardzo mi odpowiada. Poznałem jej dzieła poprzez szwedzkiego tłumacza Szymborskiej, który był przyjacielem pewnej szwedzkiej poetki, która już niestety nie żyje. Ona z kolei znała moją żonę i podarowała nam tomik poezji, który zrobił na mnie wielkie wrażenie.