Tag: Dom Wydawniczy Rebis

  • „Każdy policjant może się bać, gdy rzucają w niego koktajlem Mołotowa”. Rozmowa z Monsem Kallentoftem

    Mons Kallentoft i Markus Lutteman stworzyli dzielnicę, która tak naprawdę nie istnieje. Przyznam się, że szukałem jej na mapie Sztokholmu, a okazało się, że jest mieszaniną kilku innych, istniejących. Lepiej się tam nie zapuszczać, chyba, że jesteście Zackiem Herrym, wtedy wszystkie chwyty dozwolone. Rozmawiamy o „Heroinie”, najnowszej książce wspomnianego już duetu, kryzysie w szwedzkiej policji, a także o Malin Fors – jej tematu nie mogło zabraknąć. No i uczymy się dodawać osiem do czterech 😉 Umówiliśmy się w miejscu, które miało imitować Stallhagen, wymyśloną dzielnicę Sztokholmu zamieszkaną przez imigrantów. Smacznego!

  • „Tego morderstwa nie da się już wyjaśnić”

    Od morderstwa Tadeusza Stecia, przewodnika sudeckiego, minęło już 25 lat. Do dziś nie udało się wskazać winnego, są tylko poszlaki, tropy, część mylnych, część prawdopodobnych. Można znaleźć taką tezę, że główny bohater książki Przemysława Semczuka był przyjacielem premiera Piotra Jaroszewicza, który został zamordowany kilka miesięcy przed Steciem. Czy te dwie sprawy coś łączy? Jeśli tak, to co? Czy skłonności homoseksualne odegrały tu jakąkolwiek rolę, a może w ogóle nie można brać ich pod uwagę? W końcu, czy Tadeusz Steć wiedział coś o tajnych archiwach i złocie, które Niemcy mieli wywieźć z Wrocławia w ostatnich dniach wojny? Sprawę dogłębnie zbadał Przemysła Semczuk, który zabiera nas w mroczną podróż w czasie. Miejsce akcji: Sudety.

  • Dave Hutchinson: „patrzę na sytuację w Europie przez lupę”

    Wyobraźcie sobie, że obecne w Europie szaleje wirus grypy, który zabił kilkadziesiąt milionów osób. Co więcej, strefa Schengen chwieje się w posadach, a żeby tego było mało, kraje dzielą się na coraz mniejsze terytoria, które stają się albo autonomiczne, albo niepodległe. Czy to tylko opowieść science fiction? Czy może realna diagnoza współczesnego świata? Rozmawiamy o pomalowaniu Pałacu Kultury i Nauki na różowo, niepodległości Katalonii, autonomii Górnego Śląska, a także obecnej sytuacji w Europie. Przed Państwem Dave Hutchinson i jego książka „Europa jesienią”.

  • „Jarosław Sokołowski uznał, że ma prawo obrażać, wyzywać, kreować oceny”.

    Jedni go uwielbiają, inni nienawidzą, ale Jarosław Sokołowski ps. „Masa” zawsze wzbudza emocje. Nad najsłynniejszym polskim świadkiem koronnym pochylili się Sylwester Latkowski i Piotr Pytlakowski, a efektem jest książka „Koronny nr 1. Pseudonim Masa”. Umówmy się, że nie jest to laurka, a raczej analiza tego, co były przestępca mówił na sali sądowej oraz w licznych książkach. Czy wszystko jest spójne? Czy może jednak „Masa” mija się z prawdą? Czy może imponować młodym ludziom? O tym wszystkim rozmawiam z autorami z autorami. 

     

  • Autor „Szatańskich wersetów” w Polsce

    Salman Rushdie, którego najnowsza książka „Złoty dom Goldenów” ukaże się na polskim rynku już za pięć dni, wkrótce odwiedzi Polskę i spotka się ze swoimi czytelnikami. Ręce mogą zacierać fani z Warszawy, bo to właśnie w stolicy będzie można polować na autograf pisarza z Indii. 

    Konkrety? Proszę bardzo. 27 listopada godzina 19:00, Teatr Powszechny w Warszawie. Wstęp jest wolny, więc nie musicie się martwić o bilety. Rushdie przyjeżdża do Polski przy okazji premiery swojej najnowszej książki, której fabuła rozpoczyna się w dniu inauguracji prezydentury przez Baracka Obamę. W tym samym czasie w Nowym Jorku osiedla się tajemniczy miliarder. Więcej o książce przeczytacie klikając w okładkę. Jestem w trakcie czytania, zachęcam Was do pochylenia się nad tematem, bo warto.

    Pisarza z Bombaju możecie kojarzyć z kilku rzeczy. Na przykład z tego, że za książkę „Dzieci północy” otrzymał Nagrodę Bookera. Tak, tak, wiem. Po napisaniu „Szatańskich wersetów” został obłożony wyklęty przez wyznawców islamu, a płonące książki Rushdiego można było spotkać nie w księgarniach, a płonące na stosach od Pakistanu po Wenezuelę. Został nawet obłożony fatwą, a to już nie przelewki, bo nakazywała ona każdemu wiernemu muzułmaninowi zabicie pisarza, więc Rushdie był skazany na policyjną ochronę.

    fot: Agencja BE&W
  • „Czytanie książek w języku Braille’a jest bardzo czasochłonne”

    Ile thrillerów przeczytaliście w życiu? Pewnie dziesiątki, jeśli nie setki. Ile razy zaniedbaliście jakieś zadanie, bo powiedzieliście: „nie da się, za trudne”, albo: „nie ma mowy, nie dam rady tego zrobić”? Pewnie dziesiątki, jeśli nie setki. Jakiś czas temu wydawnictwo przysłało mi książkę „Czas na miłość, czas na śmierć”. Ponad trzysta stron, no ale wiecie, książka jak książka, na pierwszy rzut oka nic szczególnego.

    Nie będę Wam teraz pisał, że zakochałem się w fabule od pierwszej strony. Nie napiszę też, że niczego lepszego już w tym roku nie przeczytacie. Sięgnięcie pewnie po lepsze, ale też gorsze rzeczy. Żeby była jasność – czyta się bardzo dobrze, jest kilka momentów, w których pomyślicie: „o! Tego jeszcze nie czytałem”. Objąłem książkę patronatem, więc logiczne, że ją polecam. Jeśli chcecie przeczytać więcej o fabule, to odsyłam Was tutaj.

    Jaka byłaby Wasza reakcja, gdybyście się dowiedzieli, że autorka jest osobą niewidomą? Mało? No to powiem, że nie jest to ani pierwsza, ani druga książka Agnieszki Pietrzyk. Pisarka nie widzi od dwunastego roku życia, wszystko z powodu postępującej jaskry. Zostawiam Was więc z Panią Agnieszką, niech sama opowie jak pracuje, jak czyta, jak przeprowadza research.

    Muzyka wykorzystana w wideo: www.bensound.com

  • „90% facetów wie, jakie osiągi ma Porsche. Kobiety uciekają w literaturę”.

    Czy łatwo jest z powieści dla kobiet przejść do pisania kryminałów? Co ma wspólnego z Camilla Laeckberg? Czy to już koniec przygód Niny? Łapcie rozmowę z Niną Majewską-Brown, autorką „Grzechu”.

    Powiedz mi, kiedy w ogóle wpadłaś pomysł, żeby odejść od literatury kobiecej i wejść w kryminał?

    Wiesz co, w trzeciej książce, czyli w „Jak się nie zakochać”, pojawiły się pierwsze wątki kryminalne. Może nie kryminału stricte, ale pewnej zagadki. Strasznie bawił mnie fakt, żeby opisać to wiarygodnie i żeby wymyślić taką historię, która byłaby w jakiś sposób rzeczywista. Gdy już zaczęłam pisać „Grzech”, to okazało się, że o wiele łatwiej jest wciągnąć czytelnika w rozwiązywanie zagadki, niż podawanie mu wszystkiego na tacy. Pamiętaj jednak, że ja się od literatury kobiecej nie odwracam. Śmieszy mnie, gdy ktoś mówi, że to jest literatura gorszego sortu, miałka, z niższej półki. Odpowiadam wtedy, że 90% facetów wie, jakie osiągi ma Porsche, co ma pod maską, bo oni o tym marzą. Kobiety marzą o tym, żeby być akceptowanymi, otoczonymi miłością, opieką. Faceci czytają więc gazety motoryzacyjne, a kobiety sięgają po literaturę dla nich.

    Wracając do „Grzechu”, dlaczego wybrałaś wieś jako miejsce akcji?

    Dlatego, że wieś daje ogromne spectrum możliwości opisania różnych charakterów i środowisk. Moja wieś jest wsią zapyziałą, stereotypową. Spędziłam tam sporo czasu, moja rodzina tam żyje. Jeździłam tam jako dziecko, jako nastolatka, i w końcu, jako osoba dorosła. Cały czas obserwuję tych ludzi. Poza tym, mała miejscowość odziera nas z intymności, myślimy: co ludzie powiedzą? Co pomyślą?

    No i wszyscy wszystko o sobie wiedzą.

    Właśnie. Nic się nie ukryje. Zresztą mam wrażenie, że znacznie trudniej jest zmienić życie właśnie na wsi niż w mieście, gdzie jesteś jednym z wielu, praktycznie anonimowy.

    Miałaś jakiś problem z kreowaniem „wiejskich” postaci?

    Nie, to była najprzyjemniejsza rzecz w pracy nad książką. Uwielbiam też tworzyć język moich bohaterów, bo każdy mówi jednak trochę inaczej i to dodaje kolorytu książce. Wielu recenzentów właśnie za to mnie chwali, to jest bardzo miłe.

    Nina Majewska-Brown

    Gdybyś miała się utożsamić, z którymś z bohaterów, to na kogo by padło?

    Trudne pytanie, ale myślę, że na nikogo. Nie jestem żadną z tych postaci. Dużo łatwiej było się wcielić w rolę bohaterki poprzednich książek. Myślę jednak, że bez problemu odnalazłabym się w wiejskiej sielankowości, bo bardzo ją lubię. Jestem kobietą udomowioną, czyli piorę, prasuję, gotuję, grzebię w ogrodzie, to jestem właśnie ja.

    Po przeczytaniu „Grzechu” powiedziałem Twojemu wydawcy, że jesteś polską Camillą Laeckberg. Finalnie to zdanie znalazło się na okładce. Nie masz mi za złe?

    Coś Ty, to jest strasznie miłe, ale nie wiem, czy to komplement nie na wyrost. Chociaż z drugiej strony, myślę, że coś nas łączy, bo „Grzech” jest oparty w dużej mierze na psychologii. Obie grzebiemy w ludzkich umysłach.

    Aż się boję z Tobą rozmawiać, skro tak grzebiesz w ludziom w głowach.

    Nie bój się. Ludzie przecież uciekają w różne klimaty. W alkohol, w czytanie. Ja uciekam w pisanie, w tworzenie postaci. I tak jak Ci już  powiedziałam, bardzo lubię obserwować ludzi, co nie znaczy, że ich podglądam. Nie masz takiego wrażenia, że masę ludzi analizuje to jak są odbierani?

    Pewnie tak, ale ja już doszedłem do takiego momentu, że kompletnie mnie nie interesuje, co ludzie o mnie myślą. Idę własną drogą.

    Ja też. Wiesz, kiedy tylko nie mam dystansu? Jeśli sprawa dotyczy moich dzieci, albo lustra. Poza tym myślę, że nadal mamy problem z mówieniem tego, co myślimy. Zresztą, znaczna część ludzi wartościuje innych już na starcie, nie analizuje, tylko wartościuje. To jest chyba nasza narodowa przywara. W latach dwudziestych ubiegłego wieku byliśmy najbardziej tolerancyjnym krajem w Europie, a teraz jesteśmy gdzieś pod koniec tego rankingu. Nie walczymy o to, żeby nam było lepiej, tylko o to, żeby sąsiadowi było gorzej. Wszystko i wszystkich dzielimy, musi być czarne albo białe, nie ma nic pośrodku.

    Co będzie po „Grzechu”?

    Mam już pięćdziesiąt stron zupełnie innej opowieści. Bohaterką będzie oczywiście kobieta, ale tym razem poszukująca akceptacji w Internecie, z czego wynikają różne dziwne historie. To jest moja poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, dlaczego kobiety poszukują, zdradzają, pragną anonimowej miłości? Dlaczego spotykają się z facetem tylko na jedną noc?

    To będzie kryminał?

    Powieść obyczajowa z mocnym wątkiem kryminalnym. Na pewno nie będzie policjanta, który będzie prowadził śledztwo, ale zapewniam, że będzie ostro.

    A z działki, nazwijmy to, kobiecej?

    Skończyłam pisać kolejną część z Niną w roli głównej. Oddałam maszynopis, premiera będzie pod koniec czerwca. Mogę zdradzić, że to jest już definitywnie ostania część jej przygód. No, ale przecież zarzekałam się, że poprzednia będzie już tą ostatnią.

    Żeby być pewną, musiałabyś ją zabić.

    Nie, ona przeżyje, ale śmierć w książce też będzie.

    Skoro nie będzie już Niny, to może w końcu stworzysz głównego bohatera płci męskiej?

    Przymierzałam się już do tego, bo chciałam opowiedzieć historię Niny oczami jej męża, który ginie w tragicznych okolicznościach. Nie wiem, czy coś z tego wyjdzie, bo gdy piszę, to chcę być wiarygodna, a nie jestem w stanie wejść w psychikę faceta. Mój mąż jest introwertykiem, więc na jego pomoc nie mogę liczyć. Napisałam piętnaście stron, dałam mu do przeczytania, a on mówi: „przecież mężczyzna tak nie myśli”. Dałam komuś innemu, i ten z kolei mówi: „tak, właśnie tak jest”. Nie wiem więc, gdzie jest prawda, pewnie pośrodku. Staram się jednak oddawać głoś facetom, czego przykładem jest postać Potockiego w „Grzechu”.

  • „Do Polski przyjadę zawsze. Wiele Wam zawdzięczam, i jest jeszcze ten żurek…”

    Przygotujcie sobie duży kubek herbaty, kawy, soku, czy czego tam chcecie. Marta Guzowska spotkała się w Wiedniu z Jonathanem Carrollem, efekt? Rozmowa o Stanisławie Lemie, ograniczonej znajomości języka niemieckiego, polskim żurku, a także, a może przede wszystkim o książkach pisarza, który już w maju przyjedzie do Polski.

    Lubi Pan żurek?

    O, żurek! Uwielbiam!

    Pytam, bo Pana najnowsza powieść, „Kolacji dla wrony”, która ukaże się za dwa tygodnie, zadedykowana jest państwu Szponderom, właścicielom wydawnictwa Rebis, właśnie w podziękowaniu za żurek…

    Szponderowie poczęstowali mnie nim, kiedy pierwszy raz gościłem w Polsce i teraz to moja najukochańsza zupa, ze wszystkich na świecie. Domagam się jej za każdym razem, kiedy przyjeżdżam.

    Kiedy będzie Pan ją jadł znowu?

    Mam nadzieję, że najpóźniej 17 maja, kiedy będę w Warszawie na festiwalu Apostrof.

    To nie będzie Pana pierwszy pobyt w Polsce, prawda? Właściwie wiele łączy Pana z naszym krajem i to już od dawna. W latach 80-tych uczył Pan angielskiego syna Stanisława Lema, Tomasza…

    Tak, ale to było w Wiedniu, kiedy Lem tu mieszkał, na początku lat 80-tych. Tomasz Lem chodził do amerykańskiej szkoły, w której uczyłem. Był świetnym uczniem, ale bardzo nieśmiałym nastolatkiem i dlatego bardzo mnie zdziwiło, kiedy podszedł do mnie któregoś dnia i powiedział: słyszałem, że jest pan pisarzem, czy mógłbym pożyczyć jakąś pana książkę? Dałem mu Krainę Chichów, która mu się bardzo spodobała i spytał, czy może ją pożyczyć ojcu.

    Zaprzyjaźniliśmy się potem bardzo ze Stanisławem Lemem, który co prawda mówił kiepsko po angielsku, ale zadziwiająco dobrze pisał w tym języku. I Lem mówi do mnie kiedyś w tym swoim – jak to sam nazywał – Gorilla English: przeczytałem twoją książkę, bardzo mi się spodobała, wiesz, mamy w Polsce taki miesięcznik Fantastyka, myślisz, że oni mogliby to wydrukować w odcinkach? I tak Kraina Chichów wyszła w czterech częściach we wkładce do Fantastyki, a potem ukazała się w biblioteczce Fantastyki

    To jest właśnie wydanie, które leży przed nami na kawiarnianym stoliku. Ale podobno większość zachodnich pisarzy nie zobaczyła za publikację w Fantastyce ani grosza…

    Ja też nic nie dostałem. Ale za to – jak dowiedziałem się później od Lema – powieść opublikowana w miesięczniku miała ponad 100 tys. czytelników. Bo musi Pani wiedzieć, że Kraina Chichów nie odniosła sukcesu w Ameryce, to była porażka.

    Trudno mi w to uwierzyć.

    A jednak. Polska była pierwszym krajem, gdzie książka chwyciła, głównie właśnie z powodu Fantastyki. Dlatego mam do Was ogromny sentyment. Zazwyczaj nie uczestniczę w promowaniu książek za granicą. Jedna z moich powieści niedawno ukazała się po włosku, poproszono mnie, żebym przyjechał na promocję, ale odmówiłem. Dokładnie tego samego dnia dostałem zaproszenie na promocję z Polski i oczywiście obiecałem, że przyjadę. Pamiętam, jak wiele Wam zawdzięczam. No i oczywiście jest żurek…

    Pierwszy polski przekład Krainy Chichów, dokonany przez Jolantę Kozak, jest znakomity.

    To ma wielkie znaczenie. Podobno moje rosyjskie przekłady są straszne. Ludzie mnie czasem pytają: naprawdę napisałeś coś tak i tak, a ja odpowiadam, o Boże, nie! Ciężko to stwierdzić, jak się nie zna języka. Kiedy na przykład słyszę, jak świetne jest koreańskie tłumaczenie, mogę się tylko uśmiechnąć

    Co Pan będzie robił w Polsce podczas tego majowego pobytu?

    To co zawsze: jeździł z miasta do miasta i spotykał się z czytelnikami. Warszawa, Wrocław, Poznań, Szczecin….

    Szczecin? To bardzo daleko…

    Nie uwierzy Pani, jak wiele moich książek sprzedaje się w Szczecinie. Ja też tego nie wiedziałem, dopóki wydawca mi nie powiedział. Bardzo bym chciał zobaczyć miasto, ale obawiam się, że mi się to nie uda, bo jadę głównie na spotkanie z czytelnikami.

    Niestety w ten sposób zwiedziłem już większość miast Polski, niewiele z nich widząc. Na przykład do Wrocławia udało mi się pojechać tylko raz prywatnie, za to cztery razy w związku z promocją książki. Jedzenie, spanie, podróż, spotkanie, i tak w kółko, więc nie mam czasu zwiedzać, czego bardzo żałuję. Ale muszę szybko wrócić i wziąć się do pisania. Jestem mniej więcej w jednej trzeciej nowej książki i nie chcę jej zostawiać zbyt długo samej. To jak zostawić za drzwiami psa, który szczeka i chce, żeby go wypuścić!

    Jonathan Carroll, fot: Dom Wydawniczy Rebis

    No właśnie, jak wygląda Pana dzień, z taką szczekającą za drzwiami, rozpoczętą książką?

    Zaczynam od Facebooka…

    Zaczyna pan dzień od Facebooka? Nie rozprasza to pana?

    Facebook to dla mnie po prostu narzędzie, które bardzo mi pomaga w pracy. Mam ponad 100 tys. fanów, a ludzie lubią być z pisarzem w kontakcie. Wpisuję więc codziennie coś nowego, każdego dnia zamieszczam trzy zdjęcia i trzy cytaty z rzeczy, które akurat czytam. Zajmuje mi to góra pół godziny.

    Ale naprawdę potrafi się Pan powstrzymać od przeglądania postów?

    Z łatwością, bo mam tam góra 20 znajomych. Miejsce na moje przyjaźnie jest w prawdziwym świecie, a Facebook jest po prostu narzędziem do pracy, do promocji książek. Amerykańska pisarka Jane Bowles, prywatnie żona Paula Bowlesa, napisała kiedyś zdanie, która mi się bardzo spodobało: „nie lubię ludzi, ale lubię być wśród ludzi”. Ja się czuję podobnie na Facebooku. Nie uczestniczę aktywnie w żadnych dyskusjach, nie oglądam zdjęć niemowląt, ani fotek z wakacji. Wstaje rano, wychodzę z psem, zjadam śniadanie, siadam na pół godziny do Facebooka i to wszystko.

    Ale w Kolacji dla wrony napisał Pan coś bardzo poruszającego: że zamieszczanie postów na Facebooku to jak pisanie listów do wymyślonego przyjaciela z dzieciństwa, tylko w wieku dorosłym.

    Tak naprawdę Facebook jest dla mnie trochę smutnym miejscem. Ludzie udają tam kogoś, kim nie są. Są piękni, spędzają cudowne wakacje, jedzą niesamowite kolacje, udają, że mają mnóstwo przyjaciół… Przecież nie tak wygląda życie, jest o wiele bardziej przyziemne… Zwyczajne, nudne. Zasmuca mnie, kiedy ludzie tak strasznie się starają zrobić na kimś wrażenie. I to na ludziach, których nawet nie znają. Poza tym ta nieustanna pogoń za lajkami może być prawdziwym polem minowym dla ego.

    Wracając do Pana dnia pracy…

    Po sesji na Facebooku odpowiadam na maile. Ponieważ zazwyczaj jest ich dużo, dzielę je na trzy raty: rano odpowiadam na listy służbowe, po południu na pocztę fanów, a wieczorem piszę do przyjaciół. A potem czasem nie mam w ogóle ochoty pisać i idę na spacer z psem! Ale przecież pisanie, to niekoniecznie stukanie w klawiaturę (ja zresztą piszę wszystko ręcznie, bo to spowalnia proces myślowy i pozwala mi lepiej docyzelować zdania). Jeden z moich przyjaciół opowiadał mi, jak kiedyś w swoim gabinecie leżał na sofie i gapił się w sufit. Wchodzi żona i pyta: co robisz? A on na to: piszę. Proces pisarski dzieje w głównie w głowie.

    Moja żona zawsze się śmieje, że koło trzeciej po południu wychodzę na kawę, nie mogę bez tego żyć. Ale spacer do kawiarni i z powrotem to także część pisania, przetrawianie w mózgu, co chcę dopisać, zmienić… Kiedy wracam, siadam i wprowadzam zmiany. Albo opisuję jakąś scenkę, którą właśnie zaobserwowałem. Tak powstała Kolacja dla wrony.

    To książka prawie autobiograficzna. I napisał Pan w niej, że wszystkie książki są do jakiegoś stopnia autobiograficzne…

    Kiedy jakiś pisarz Pani powie: „w moich książkach nie ma nic ze mnie”, proszę mu nie wierzyć, to bzdura! Mogę pisać o jaskiniowcach i jeden z jaskiniowców będzie miał mój charakter. Albo charakter mojej żony albo teściowej. To chyba John Irving się zarzekał, że jego książki nie są autobiograficzne. Chwileczkę, jak to? Irving mieszkał w Wiedniu, pracował z niedźwiedziami, brał udział w zapasach… W jego książkach te elementy ciągle się przecież powtarzają.

    U mnie ta autobiograficzna część powieści to raczej sposób postrzegania świata niż fakty. Sposób, w jaki widzę rzeczy. Na przykład jakiś czas temu spacerowałem po ulicy z moim synem i zobaczyłem parę, oboje bardzo niskiego wzrostu i oboje ubrani w dokładnie takie same płaszcze. Pomyślałem sobie: wyglądają jak solniczka i pieprzniczka. Właśnie takie rzeczy trafiają potem do moich książek. I to jest w każdej książce. Proszę bardzo: Scott Fitzgerald – jego książki są przefiltrowane przez sposób myślenia alkoholika. Hemingway z kolei pisał jak maczo, nawet jeśli to nie było zamierzone.

    Ale jednak jakieś autobiograficzne fakty zawiera Pan w powieściach. Bohater Śpiąc w płomieniu Walker Easterling mieszkał w Wiedniu, podobnie jak Pan. Ale Walker przeprowadził się do tego miasta po rozwodzie. Pan też?

    O nie. Ja jestem żonaty przez znaczną większość mojego życia, już przez 46 lat. Ze mną to było tak: kiedy byłem na studiach, moja przyszła wtedy jeszcze żona, która jest artystką, spędziła rok w Rzymie. Kiedy się pobraliśmy, poprosiła, żebyśmy zamieszkali przynajmniej na rok w Europie, bo bardzo jej się tam podobało. Zgodziłem się, było mi wszystko jedno. Uczyłem wtedy na uniwersytecie w Ameryce, więc kiedy zaoferowano mi prace w Wiedniu, w International School of Vienna, powiedziałem „dobrze”.

    To jest powód Pana przyjazdu. Ale dlaczego Pan tu pozostał na…

    Na 43 lata! Życie tutaj okazało się wprost nieprzyzwoicie wygodne. Jest spokojnie i nie tak wiele rzeczy odwraca moją uwagę. W Ameryce rozumiem, co ludzie mówią. Tutaj mój niemiecki wystarcza akurat, żeby zrobić zakupy, albo zamówić kawę, ale celowo nigdy się go nie nauczyłem porządnie i nie potrafię podsłuchać rozmów w autobusie. Mogę się wyciszyć w każdym momencie. W Ameryce ciągle słucham rozmów ludzi, oglądam telewizję, słucham radia, nie potrafię się powstrzymać, bo bardzo to lubię. Okropnie mnie to rozprasza. Po jakimś czasie nic innego nie robię. Bardzo trudno mi się tam skoncentrować.

    Wróciłem do Stanów tylko na dwa lata, bo chciałem spróbować jeszcze jednej rzeczy: pisania scenariuszy, ponieważ tym zajmował się mój ojciec. Dostałem zaproszenie do jednego projektu i nagle okazało się, że nie mogę się opędzić od propozycji: napisz to, adaptuj tamto, i tak dalej. Ale to okazało się coraz trudniejsze. Jeden z moich przyjaciół mówi, że problem z pisarzem, który zaczyna pisać filmy jest taki: najpierw to jest pisarz, który pisze scenariusze, potem staje się scenarzystą, który czasem napisze książkę, a jeszcze później – scenarzystą, który nigdy nie pisze książek. To bardzo niebezpieczne, bo praca jest ciekawa i dobrze płacą. Kiedy zrozumiałem, że to pułapka, pożegnałem się i wróciłem do Wiednia.

    Jonathan Carroll, fot: Dom Wydawniczy Rebis

    A sny w Pana książkach? Odgrywają wielką rolę w akcji, niektóre powieści, Kości księżyca albo Kąpiąc lwa są wręcz zbudowane na snach. Czy to też element autobiograficzny?

    Ludzie zawsze mi mówią: musisz mieć zwariowane sny. A ja im zawsze odpowiadam: mam najnudniejsze sny pod słońcem. Śni mi się na przykład, jak idę do kuchni i robię sobie kanapkę z mortadelą, zjadam ją i wracam do łóżka. Ale to tak jak z tym cytatem z Flauberta: „prowadź życie spokojne i uporządkowane, żebyś mógł być gwałtownym i oryginalnym w pracy”. Moje życie takie jest i obawiam się, że moje sny też.

    Obdarzam moich bohaterów niezwykłymi snami, bo w nich wszystko jest możliwe. Chcę zostawić czytelnikom możliwość zdecydowania, w jaką część snów mają uwierzyć, a w jaką nie, jaka jest tylko fantastyczną imaginacją. Mam nadzieję, że na tym polega, przynajmniej częściowo, przyjemność czytania moich książek. Czytelnik podróżuje razem ze mną przez historie i cały czas pyta siebie (i mnie): czy mogę zaufać temu, czy mogę zaufać tamtemu? Przecież czytelnik nie zawsze kupuje to, co chce mu sprzedać autor. Na przykład Tołstoj najwyraźniej bardzo lubił Wrońskiego i Annę Kareninę, ale ja, choć doceniam tę powieść, nie znoszę ich.

    Czy swoich bohaterów Pan lubi?

    Czasami.

    A Tomasza Abbeya, bohatera Pana najsłynniejszej powieści Kraina Chichów?

    Abbey to dupek.

    No wie Pan?! Ja go uwielbiam!

    Tak, słyszałem to od wielu osób (śmiech). Wszyscy lubią Tomasza Abbeya, ale to tchórz. Nie potrafi stawić czoła sytuacji. Zdradził swoją dziewczynę, ciągle ucieka, żyje w cieniu ojca i ma bardzo symboliczną obsesję na temat masek… A jak się bierze do pisania książki, to nie potrafi stworzyć nic oryginalnego, tylko pisze biografię. I kiedy przychodzi wielki moment, kiedy powinien się sprawdzić i zawalczyć o dziewczynę, nie robi tego.

    To jakiego bohatera literackiego Pan lubi?

    Jaya Gatsby’ego.

    Jaya Gatsby’ego?! Ale to totalny fantasta. Nie rozpoznałby rzeczywistości, nawet gdyby się o nią potknął…

    To właśnie w nim lubię, tę jego dziecięcą naiwność, niewinność. Jego jedynym celem jest zdobycie kobiety i wznosi się dla niej na wyżyny, nie dostrzegając, że Daisy to osoba nic nie warta, wydmuszka. Ale Gatsby tego nie widzi, idealizuje ją jak rycerz na dworze króla Artura. I do ostatniego oddechu nie rozumie, że ona nie jest tego warta. Kocham go za to. Bardzo też lubię główną bohaterkę z Opowieści podręcznej Margaret Atwood. Jest silna, ale jest też zabawna, ma poczucie autoironii, stąpa mocno na ziemi.

    Kraina Chichów zmieniła moje życie. Słyszy Pan to często?

    Cały czas.

    A czy jest jakaś książka, która zmieniła Pana życie?

    Nie.

    Podobno nie czytał Pan absolutnie nic do 15 roku życia. Więc co, jeśli nie książki zmieniło Pana w czytelnika i pisarza?

    Nie była to książka, którą przeczytałem, tylko coś, co napisałem. A muszę w tym momencie powiedzieć, że mój ojciec by słynnym scenarzystą. Nie lubiłem go, nie miałem z nim dobrego kontaktu, więc pisanie w ogóle wydawało mi się kiepskim pomysłem na życie.

    W dzieciństwie i jeszcze jako nastolatek byłem kompletnym nieudacznikiem, nie radziłem sobie z nauką ani w ogóle z niczym. Moi rodzice posłali mnie do szkoły z internatem, gdzie było jeszcze gorzej. Tam któregoś dnia odważyłem się napisać opowiadanie i dałem je nauczycielowi z angielskiego, a ten się nim zachwycił. To była pierwsza rzecz w życiu, która mi się udała. I coś, co całkowicie zmieniło moje życie.

    Czy to znaczy, że jest Pan optymistą?

    Jestem czarnym optymistą.

    Czyli…

    Nie spodziewam się dobrych rzeczy, ale gdzieś w głębi mam nadzieję, że się wydarzą. Kiedy słyszę, że ktoś z moich znajomych ma raka, nie jestem zdziwiony, wzruszam ramionami, i mówię „takie jest życie”. Ale mam silną nadzieję, że mu się polepszy. Zawsze mam nadzieję na dobre zakończenie.

    Kiedy czytam Pana książki, odnoszę wrażenie, że jest Pan kimś więcej, niż czarnym optymistą, że jest Pan niepoprawnym optymistą. Że dostrzega Pan tylko piękne rzeczy w życiu.

    Często zdumiewa mnie, jak wiele ludzie przegapiają. Mówię na przykład: spójrz na tę dziwną kombinację kolorów w ubraniu tego faceta, spójrz na chód tej kobiety… Odpowiadają: o, nie zauważyłem tego. To nie znaczy, że mam jakieś nadnaturalne umiejętności, tylko nauczyłem się dostrzegać więcej, niż inni ludzie. Na przykład wchodzę kiedyś do kawiarni i widzę staruszka, któremu okropnie trzęsą się ręce. Staruszek siedzi przy stoliku a przed nim stoi kubek kawy. A ja się zastanawiam, jak on zamierza wypić tę kawę. Chce zanurzyć w niej głowę? I kiedy go tak obserwuję, staruszek wyjmuje z kieszeni słomkę i wrzuca ją do filiżanki. I pociąga kawę przez słomkę. A ja potem opisuję to w książce. Większość znanych mi ludzi zobaczyłaby trzęsącego się staruszka i zażenowani odwróciliby wzrok. Ale ja staram się nie oceniać, przyglądam się wszystkiemu i czasem dostrzegam cudowne rzeczy. Nie jestem podglądaczem, po prostu czasem nie mogę się oprzeć ciekawości.

    Ale pisząc, wydobywa Pan piękno z tej sytuacji. Pisze pan o miłości tego człowieka do kawy, miłości tak silnej, że musiał wymyślić sposób, żeby ją pić w kawiarni, pomimo Parkinsona.

    Ktoś napisał do mnie kilka dni temu na Fscebooku: przeczytałem Krainę Chichów i ta powieść nauczyła mnie kochać psy. Odpowiedziałem: przeczytaj Kolację dla wrony, pokochasz wszystko. Tak, w moich powieściach, zwłaszcza tej ostatniej, jest wiele listów miłosnych do życia.

    Ale w tej samej Kolacji dla wrony napisał Pan, że życie większości ludzi, to nie – jak sobie mylnie wyobrażają – wielotomowe epickie dzieło, tylko najwyżej cienka powieść na 243 strony. To niezbyt optymistyczne…

    Ale to prawda. Nie sądzę, żeby na temat mojego życia dało się napisać więcej. Ktoś kiedyś powiedział, że pisarze nie powinni pisać autobiografii, bo ich życie jest przeraźliwie nudne: siedzą w samotności i piszą. Bardzo niewielu jest Hemingwayów, albo pilotów myśliwców, którzy zostali pisarzami, większość z nas prowadzi okropnie nudne życie przy biurku. Czy to jest wielkie życie? Raczej nie. Może być bardzo szczęśliwe, ale na pewno nie da się o nim napisać nawet 300 stron. Co innego, jeśli ktoś objechał świat dookoła, albo jest przedsiębiorcą i prowadzi na raz 12 różnych biznesów. Ale takich ludzi jest niewielu, a życie większości można by opisać w jeszcze cieńszych książkach. Właściwie byłem optymistą, kiedy w Kolacji dla wrony napisałem o 243 stronach. To raczej 112 stron. Dużym drukiem.

    Dziękuję za rozmowę.

  • „Jeśli macie w Polsce jakieś fajne mity, to może wykorzystam je w swoich książkach”. Rozmowa z Siri Pettersen.

    Jeśli kiedyś przyjdzie Wam do głowy pomysł, żeby gdzieś polecieć, ale zaraz po nim przyjdzie wymówka, że nie macie czasu, to macie rację. Jest to tylko wymówka. Wybiegnijcie trochę w przód, zaplanujcie loty i już. W przypadku Siri Pettersen było tak: wylot o 6 rano z Krakowa, wywiad o 12 w centrum Oslo, o 20:30 samolot do Krakowa. Wyszło nam super spotkanie, a Siri jest fantastyczną dziewczyną. Cieszę się, że za chwilę przyjedzie na Pyrkon.

    Niektórzy mówią, że jesteś Stiegiem Larssonem skandynawskiej fantastyki.

    Kiedy mówisz „Niektórzy” masz na myśli siebie?

    Nie. Czytelników i recenzentów.

    No to jest imponujące. Dziękuję. Cieszę się, bo to znaczy, że im się podoba. To pewnie przez moją drugą książkę, bo została nazwana Fantastyka Noir. Ma taki kryminalny klimat, ponieważ jest osadzona w dzisiejszym świecie, a nie w fikcyjnej rzeczywistości. Więc to fajnie. Druga książka jest moją ulubioną, ale nie mów nikomu.

    Nie powiem, ale Ty mi powiedz dlaczego w ogóle zdecydowałaś się zostać pisarką?

    To jest bardzo trudne pytanie. Myślę, że nigdy świadomie nie zdecydowałam, że nią zostanę, ale zawsze wiedziałam, że będę pisać. To była tylko kwestia tego, kiedy książka będzie gotowa. Po prostu wiesz, że prędzej czy później będzie książka. Byłam po prostu bardzo zajęta designem, ilustracjami, pracą! W którymś momencie zdecydowałam, że jeżeli to ma stać się rzeczywistością muszę wziąć urlop w pracy, żeby pisać. I tak zrobiłam. Dopiero kiedy naprawdę się w to wciągnęłam zrozumiałam, że to się naprawdę wydarzy. Ale nigdy nie zdecydowałam, to po prostu zawsze było gdzieś we mnie.

    Trudno jest stworzyć taki świat, jaki kreujesz w swoich książkach?

    Nie. Wielu ludzi jest pod wrażeniem budowania świata, ale mnie się wydaje, że tworzenie świata przedstawionego jest najłatwiejszym elementem pisania. Tworzenie światów, stworzeń, języków i miejsc jest bardzo łatwe, łatwo jest mieć pomysły. Trudno jest zdecydować czego nie użyć, żeby wszystko się łączyło i żeby to wszystko stanowiło pełną i prawdziwą całość. Ale budowanie tego? Nie, nie. To po prostu dobra zabawa. Trudnym zadaniem jest zdecydowanie czego nie użyć, to wymaga czasu.

    Stworzyłaś postacie z ogonami. Dość ciekawe i innowacyjne podejście.

    Może to jest nowe w pozostałej części Europy, ale Norwegii i Skandynawii mamy taki mit o huldrach, leśnych nimfach, które uwodzą mężczyzn i uprowadzają ich do lasu. Stworzenia z ogonami to część norweskiego folkloru. Oczywiście takie stwory występują na całym świecie, np.: demony mają ogony. To zwierzęcy element, który oddziela od bycia człowiekiem. Ale nie chciałam z tego robić wielkiej rzeczy, chciałam, żeby to było normalne. Każdy ma ogon, oprócz głównego bohatera i to jest okropne. Chciałam napisać coś tak innego, żeby wydawało się normalne. Najdziwniejsze było nie mieć ogona. Jeśli urodziłeś się bez ogona byłeś dziwadłem. No i lubię ogony. Są w jakiś sposób podniecające.

    Czy uważasz, że reszta świata interesuje się Skandynawią z powodu np. szwedzkich kryminałów, serialu Wikingowie? Myślisz, że to jest dobry czas dla skandynawskich autorów?

    Myślę, że teraz jest bardzo dobry czas dla skandynawskich autorów, ponieważ wszystko z kraju nordyckiego wydaje się interesujące. Może dlatego, że to jest nowe. Wcześniej tak naprawdę się nami nie interesowano. Ale pisarze są zainteresowani mitologią skandynawską od wielu, wielu lat. Może w końcu nadszedł czas, że sami weźmiemy sprawy w swoje ręce. Zwykle tak jest, że ludzie nie interesują się swoja własną mitologią tak bardzo jak każdą inną. I może to jest powód, dla którego dopiero odkrywamy jak pisać o swojej własnej mitologii w wielkim komercyjnym kontekście. Bardzo się cieszę, że Wikingowie zdobyli taka popularność, bo to bardzo dobry serial. Wydaje mi się, że jesteśmy trochę tajemniczy dla reszty świata, bo jesteśmy tak daleko na północy. I jest tutaj tak zimo, że nic nie powinno przetrwać, sam widzisz, że jest zimno okropnie i dziwnie. Ale to w pewnym sensie czyni nas bliższymi natury. I to widać w naszych książkach. To mi się podoba. Ja chciałam napisać coś, co wyda się znajome, co da takie poczucie domu, ale oczywiście kiedy to robisz, kiedy pracujesz z mitami, kulturą, folklorem, to zdajesz sobie sprawę, że nie ma czegoś takiego jak moja kultura, twoja kultura, bo kradniemy od siebie nawzajem, od samego początku. Można znaleźć te same mity wszędzie, tyle, że w różnych formach.

    Co możesz mi powiedzieć o swojej następnej książce, bo chyba nad czymś pracujesz po skończeniu „Kruczych pierścieni”?

    Tak, pracuję. Prawie skończyłam książkę fantasy dla dzieci, która mam nadzieję ukaże się jesienią. Ale pracuję także nad nową serią fantasy. Wiele osób pyta mnie czy będzie więcej części Kruczych pierścieni, odpowiadam – nie, nie będzie. Ale będzie całkiem nowa seria umiejscowiona w tym samym świecie, ale będzie niezależna. Jeśli przeczytaliście Krucze pierścienie, to będziecie wiedzieć, gdzie jest związek. Ale nie trzeba czytać Kruczych pierścieni, żeby zacząć nową sagę. Myślę, że będzie bardzo ekscytująca.

    W jednym ze swoich wywiadów powiedziałaś, że żeby pisać książki fantasy powinno się być trochę romantykiem. Mimo, że znamy się jakieś dwie godziny, to romantyzm jest jedną z ostatnich rzeczy, o które bym Cię podejrzewał.

    Naprawdę tak powiedziałam? Ktoś cię chyba okłamał, nie mogłam tak powiedzieć! (śmiech). Romantyczny? Może chociaż dramatyczny? Myślę, że fantastyka jest często krytykowana za to, że jest wielka, epicka, ale to jak krytykować Himalaje za to, że są strome. To jest najlepsza cecha fantastyki. Nie jest rzeczywista i można robić wszystko, co się zechce. I tak, trochę pomaga, jeśli jest się romantycznym, nostalgicznym, jeśli ma się przed oczami cały obraz. Ale myślę również, że fantastyka jest świetnym sposobem powiedzenia czegoś o prawdziwym świecie, bo możesz to przedstawić tak, jak ci się podoba i masz wymówkę, żeby robić to co chcesz. Możesz pisać o konfliktach, rasizmie, strachu przed śmiercią. Możesz pisać o wszystkich tematach, które dotyczą ludzi bez używania rzeczy, do których są uprzedzeni. Bardzo lubię tą część pisania.

    Czy jest możliwe, że w przyszłości będziesz pracować z mitami innych krajów europejskich, np. Z Polski? Przyjeżdżasz przecież za chwilę na Pyrkon, może nasza historia Cię zainteresuje.

    Tak. To bardzo prawdopodobne. W pewnym sensie już to zrobiłam. Tak naprawdę nie ma czegoś takiego jak na sztywno zakotwiczone mity. One wszystkie skądś pochodzą. Część Kruczych pierścieni, w drugiej części, jest prawie mitem o wampirach, który wcale nie jest norweski. Niewidomi też nie są specyficznie przypisani do nordyckich mitów, to te postacie bez oczu. Czczenie kruka to prawie indiańskie. Uwielbiam unikalne i dziwne mity, więc nie wykluczam takiej możliwości, jeśli coś przyciągnie moje oko. Muszę głęboko pogrzebać i zobaczyć co tam macie. Może coś ukradnę i użyję w moich książkach.

    Kto jest najbardziej popularnym pisarzem norweskim, oczywiście oprócz Siri Pettersen?

    Żartujesz sobie ze mnie teraz! Myślę, że najbardziej znanym na świecie norweskim pisarzem w tej chwili jest Jo Nesbo, autor kryminałów. Jest dużą globalna marką. Prawda jest taka, tylko nie mów nikomu, że nigdy w życiu nie przeczytałam kryminału. To nie z wyboru, nie dlatego, że jestem jakoś przeciwna, ale jest tyle fantastyki do przeczytania, że jeszcze się za to nie zabrałam, a chyba powinnam. Obiecałam innemu norweskiemu pisarzowi, nazywa się Thomas Enger, że zacznę od niego. On też jest dość dobrze znany w Norwegii. W zasadzie to śmieszna historia. Jest taki pisarz norweski, Jorn Lier Horst i byłam z nim na tournée. Zdarzyło mu się zasnąć z otwartym laptopem i zapytałam na Twitterze: „Obok mnie śpi Jorn Lier Horst z otwartym laptopem. Co mam zrobić?” Miałam bardzo dużo interesujących podpowiedzi, ale nic w końcu nie zrobiłam!

    W Polsce trwa właśnie wielka debata nad jednolitą ceną książek. Jest pomysł, żeby te nowe miały stałą cenę przez rok. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

    Właśnie tak jest w Norwegii. To jest bardzo dobry pomysł. Myślę, że ze stałą ceną łatwiej jest nowym pisarzom się ustawić, łatwiej jest wydawcom zaryzykować wydanie bardziej niszowej książki. Myślę, że jest to rozwiązanie, które gwarantuje większe spektrum książek i pisarzy. Łatwiej jest wtedy wyżyć z pisania. Można je oczywiście sprzedać taniej, ale dopiero po roku. Jest to dobre dla pisarzy i dobre dla wydawców. Myślę, że wszystko się wtedy równomiernie rozkłada. Zwykle jest mniej tytułów i większe skupienie na bestsellerach, więc traci się trochę na różnorodności.

    Czy Twoi czytelnicy na całym świecie są tacy sami? Czy czytelnicy w Norwegii mogą być zupełnie inni niż w Polsce?

    Z Kruczymi pierścieniami jest tak, że mają szerokie spektrum czytelników, naprawdę szerokie. Mam połowę młodych osób, a połowę starszych. Taka sama sytuacja jest z płcią. Jeśli czytałeś Krucze pierścienie oznacza to, że kochasz fantastykę, ale mam wielu czytelników, którzy mówią mi, że to ich pierwsza książka fantasy, i to jest super. Albo: „zwykle nie czytam fantastyki”, tak jak ja powiedziałabym „zwykle nie czytam kryminałów”. Ale tak jak mówię, to szerokie spektrum ludzi. Szczególną rzeczą w fantastyce jest to, że publiczność, dla której się pisze jest bardzo wdzięczna, kiedy podoba im się to co napiszesz. Nie ma limitu dla ich uwielbienia i pomogą ci rozprzestrzenić książkę. Ja mam takich geek’owych szalonych fanów, którzy nie polecają moich książek, oni je ludziom wmuszają. To jest bardzo pomocne! Myślę, że w innych gatunkach nie ma tego rodzaju zaangażowania. Pamiętam, ten pisarz o którym ci wcześniej opowiadałam, ten który zasnął obok mnie w pociągu, powiedział mi kiedyś, że chciałby, żeby jego czytelnicy przebierali się za postacie z jego książek. Ja mu wtedy odpowiedziałam, że chyba zajmuje się nie tym gatunkiem literackim. Nie możesz pisać kryminałów i oczekiwać, że ktoś zabawi się na tej podstawie w cosplay. Musisz mieć coś ze smokami! To musi być fantastyka. Fani fantastyki są naprawdę szczególni, ponieważ są tak zaangażowani.

    Myślisz, że jest szansa aby zobaczyć Twoje książki na ekranie?

    Tak. Sprzedaliśmy prawa do sfilmowania książek norweskiej firmie. Teraz jest bardzo wczesna faza pisania scenariusza. Te rzeczy wymagają czasu. Jeśli do tego dojdzie, minie jeszcze co najmniej pięć lat. Ale to dobrze, bo stworzenie dobrego filmu wymaga czasu. Ale to także źle, bo dostaję tak strasznie dużo wiadomości i maili od ludzi, którzy chcieliby zagrać Hirkę i Rimiego. Ja im odpowiadam, że dziewczynka, która zagra Hirkę prawdopodobnie ma dzisiaj jedenaście lat! Jestem bardzo podekscytowana tym projektem.

    To będzie film czy serial?

    To będzie film na podstawie Dziecka Odyna. Chcieliby zrobić wszystkie trzy, ale weźmy je po kolei i zobaczymy jak będzie. To jest bardzo ekscytujące. Po równo ekscytujące i przerażające.