Tag: katarzyna puzyńska

  • Tajemnicza biblioteka, wąchanie książek i azyl polityczny. Rozmowa z Katarzyną Puzyńską

    O „Ulicach ciem” opowiadałem Państwu z Seulu, a o „Dzielnicy cieni” rozmawiamy z Katarzyną Puzyńską w Warszawie przy ulicy Herbsta. Dlaczego postanowiła napisać kolejną czarodziejską historię o magii książek? Czy wącha książki? I co wspólnego z tym wszystkim ma Warszawa z 1968 roku? W książce występuje też autorka, której radość pisania przywracają wizyty w pewnej tajemniczej bibliotece, a co stymuluje pisanie Katarzyny Puzyńskiej? Przeczytajcie „Dzielnicę cieni”, ale obejrzyjcie też naszą rozmowę!

    Współpraca płatna z Wydawnictwem Prószyński Media.

  • „Śreżoga”, siekiery, nauka śląskiego, wołanie Klementyny. Wizyta w Lipowie u Katarzyny Puzyńskiej

    432 kilometry w jedną stronę. To dystans, który dzieli mnie od Lipowa, którego przecież na mapie nie ma, ale jednak udało się tam dotrzeć ;). Z okazji premiery „Śreżogi” Katarzyna Puzyńska pokazała miejsca związane z serią o Lipowie, porozmawialiśmy oczywiście o najnowszej książce, ale też próbowaliśmy się wprosić na kawę do Klementyny, nauczyłem Kasię kilku słów po śląsku, a wspólnie zastanowiliśmy się nad tym, ile części będzie jeszcze miała lipowska saga. Przypominam, że „Śreżoga” jest dwunastym odcinkiem cyklu. Zapraszam Was na wycieczkę, zapnijcie pasy i jedziemy! Jeśli nie możecie obejrzeć, to możecie naszej rozmowy posłuchać jadąc samochodem, robiąc śniadanie, pranie, itd. Wystarczy, że klikniecie tutaj

  • Czekacie na nową książkę Katarzyny Puzyńskiej? Przeczytajcie fragment „Śreżogi”!

    2020 Działka Trawińskiego w Kuligach.

    Niedziela, 23 lutego 2020. Godzina 20.00.

    Sierżant sztabowy Radosław Trawiński Sierżant sztabowy Radosław Trawiński nacisnął guzik pilota. Brama nie zaskoczyła od razu. Otworzyła się dopiero po kolejnej próbie. Zaklął cicho pod nosem. Będzie trzeba coś z tym zrobić. Tym bardziej że wyglądało na to, że trochę posiedzi na działce. Kłótnia z żoną przeciągała się. Maja nie rozumiała, że on miał dość. Nie jej oczywiście. Tylko tego, co robił. Ale ona chciała więcej i więcej. Była nienasycona. Nie pytała, skąd Trawiński bierze pieniądze. A przecież musiała wiedzieć, że nie z pensji policjanta. Musiała. Nie wierzył, że nie.

    W końcu porozmawiał z nią wprost. Myślał, że znajdzie w niej sprzymierzeńca. Przecież oboje obiecywali sobie, że będą zawsze stali ramię w ramię. Nieważne, jakie przeciwności przyniesie życie. Bez względu na wszystko. Tymczasem Maja wybuchnęła. Krzyczała, że nie będzie żyła w biedzie. Potem nakręcała się coraz bardziej. Mówiła, że zawsze jest wyjście. Tylko wyjście proponowane przez nią wcale mu nie odpowiadało. W końcu Trawiński nie wytrzymał i wyszedł z mieszkania. Czuł, że jeżeli tego nie zrobi, to wybuchnie. A nie chciał, żeby dzieci na to patrzyły. Nie były niczemu winne.

    Całe szczęście kupili jakiś czas temu tę działkę. Tu miał być ich wymarzony dom. Po remoncie oczywiście. Na razie to była tylko ruina. Ruina obok ruiny. Działka mieściła się w Kuligach. Tuż obok opuszczonego starego dworu, który teraz majaczył mu w ciemności we wstecznym lusterku. Obok był jeszcze zniszczony pegeer. Powybijane szyby i dziurawe dachy straszyły w ciągu dnia. Teraz ukryła je czerń nocy.

    Kurwa – mruknął Trawiński i jeszcze raz nacisnął guzik pilota.

    Brama zaczęła się zamykać, zamiast otwierać. Powinien był zamówić elektryka, żeby to zamontował. Ale nie, uparł się, że zrobi to sam. A praktycznie w ogóle nie znał się na elektryczności. No i proszę. Teraz są efekty.

    W końcu brama się otworzyła i policjant wjechał na teren działki. Zakupy rzucone niedbale na tylne siedzenie pobrzękiwały. Niedługo spodziewał się gościa. Nie oczekiwał niczego dobrego po tym spotkaniu. Niestety nie umiał odmówić. Za długo się na wszystko zgadzał, żeby teraz to zrobić.

    (…)Policjant nacisnął znów guzik pilota. Światło czujnika zamigało w ciemności, ale brama się nie zamknęła. Uparcie trwała otwarta. Trawiński spojrzał w lusterko. Na tle majaczącego w ciemności opuszczonego dworu zobaczył jakiś ruch. Na pewno nie był to lis. To musiał być człowiek. I to wysoki. Trawiński wysiadł z samochodu i odwrócił się powoli.

    Daniel? – zapytał zaskoczony. Ostrze siekiery połyskiwało w świetle księżyca.

  • Wraca saga o Lipowie, przeczytajcie fragment „Pokrzyku”!

    Jeśli czekacie na najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej, to mam coś dla Was do porannej kawy. Całkiem spory fragment „Pokrzyku”, który w księgarniach pojawi się już we wtorek. Jeśli jesteście ze Śląska oraz okolic, to dziewiątego listopada poprowadzę z autorką spotkanie w Katowicach. O szczegółach będę jeszcze informował, a teraz zostawiam Was z „Pokrzykiem”.

    Za oknem domu rodziny Orłowskich błysnął flesz. I kolejny. I jeszcze jeden. Mariusz Nowakowski poczuł znajome bicie serca. Nie dało się go powstrzymać. To był odruch bezwarunkowy, wyrobiony przez lata służby w policji.

    Obecność dziennikarzy oznaczała zazwyczaj jedno: zdarzenie, do którego jechał, to nie było jakieś tam pitu-pitu. Czekało go coś mocniejszego. Najczęściej morderstwo. Prasa nie interesowała się sprawami, które uważała za błahe. Zlatywali się jak sępy do ofiary, kiedy czuli, że temat dobrze im się sprzeda. A nic nie sprzedaje się lepiej niż krew na martwym ciele. Tego też Mariusz nauczył się przez lata. W tej robocie człowiek szybko tracił niewinność i złudzenia.

    Bywało, że dziennikarze zjawiali się na miejscu zdarzenia, jeszcze zanim przyjechała grupa dochodzeniowo–śledcza. Zapewne dlatego, że ci bardziej doświadczeni przedstawiciele mediów mieli nasłuchy na policyjne częstotliwości. Nic zaskakującego. Tak się działo na całym świecie. A przynajmniej w c y w i l i z o w a n y c h miejscach, pomyślał Mariusz, uśmiechając się ironicznie. Na przykład w Warszawie, gdzie przesłużył dwadzieścia lat.

    Lipowo i okolice to było co innego. Przypominały Nowakowskiemu raczej d z i c z. Może nieco okiełznaną, ale jednak. Wszędzie lasy, łąki, lasy, pola, lasy. Lasy. Lasy. L a s y. Szczerze mówiąc, rzygał już wszechobecnym drewnem. Drzew było tu tyle, ile zapewne w całym życiu nie widział. I wcale by tego nie żałował.

    Nie ciągnęło go do natury ani trochę. Jego domeną było miasto. Wśród betonu Warszawy czuł się najlepiej. W zaułkach starej Pragi, w przejściach podziemnych Śródmieścia, wśród blokowisk na południu miasta. A tu? Tu teren był obcy i nieznany.

    Nie chcę, kurwa, żeby mnie kręcili – warknął Rafał Domański wściekle. – Nie możesz czegoś z tym zrobić? Skoro zostałeś wynajęty?

    Mariusz Nowakowski spojrzał w jego stronę. Domański był wysokim mężczyzną o aparycji członka gangu motocyklowego z amerykańskiego filmu. Tatuaże, wąsy i broda, długie włosy, nabijana ćwiekami skórzana kamizelka i kowbojki. Brakowało tylko ciemnych okularów. Domański nie założył ich chyba tylko dlatego, że zimowy dzień był mglisty i ciemny, a dom Orłowskich należał do słabo doświetlonych.

    Nie jestem twoim ochroniarzem – odparł spokojnie Mariusz. Nie tacy jak Domański próbowali go wyprowadzić z równowagi. – Nie taka jest moja rola w tym wszystkim.

    No właśnie – rzucił wyzywająco Domański. – Zastanawiam się, jaka jest w tym wszystkim twoja rola. Bo nie rozumiem.

    Mariusz wzruszył ramionami. Emerytowani policjanci najczęściej zostawali albo ochroniarzami, albo detektywami. Nowakowski obiecał sobie, że jak zdejmie mundur, nie powieli tego stereotypu. Wytrzymał miesiąc, no może półtora. Potem samo jakoś tak się potoczyło, że obecnie był prywatnym detektywem.

    Przestań narzekać, kochanie – upomniała swojego partnera Iga Orłowska.

    Była średnią z trzech sióstr. Przypominała latynoską piękność. Ciemne włosy i oprawa oczu, do tego krągłości dokładnie tam, gdzie trzeba. Iga podkreślała swoje atrybuty obcisłymi sportowymi strojami. Sądząc po sylwetce, nikt by nie odgadł, że przekroczyła już pięćdziesiątkę. Nowakowski dałby jej najwyżej czterdzieści. Może nawet mniej.

    Iga podeszła do okna w korytarzu i przysiadła na parapecie. W zalotny sposób, ale nienachalnie. Wyraźnie miała w tym doświadczenie. Trwała tak przez chwilę w bezruchu. Najwyraźniej czekała, aż flesze znów błysną i dziennikarze uwiecznią jej nienaganną sylwetkę w swoich materiałach z miejsca zbrodni.

    Opanuj się – warknęła Elżbieta Orłowska.

    Mimo całego uroku i seksapilu Igi najstarsza z sióstr Orłowskich bardziej się Mariuszowi podobała. Było w niej coś przyciągającego, mimo że z reguły Nowakowski nie spojrzałby nawet na kogoś w jej wieku.

    Elżbieta miała klasę. Być może o to chodziło. Była rudowłosą posągową kobietą o alabastrowej cerze i nienagannej elegancji. Granatowy żakiet, który dziś włożyła, musiał pochodzić z atelier jakiegoś projektanta. Do tego cieniusieńki łańcuszek z najnowszej kolekcji popularnej firmy biżuteryjnej. Ledwo widoczny, a jednak dopełniający całości. Nowakowski doceniał takie szczegóły. I dobre, markowe rzeczy. Sam ubierał się tylko u najlepszych. Nawet jak musiał tarzać się w rynsztokach Wołomina i Pruszkowa. Pensja gliniarza nie starczyłaby na taką rozrzutność, ale miał to niewiarygodne szczęście, że pochodził z bardzo majętnej rodziny. Mógł służyć i chronić w spokoju ducha, wspierany pieniędzmi rodziców. Nigdy się tego nie wstydził ani przed nikim tego nie ukrywał. Mimo że wielu uważało to za doskonały powód do obrzucania go mniej lub bardziej idiotycznymi docinkami.

    Szybko przekonywali się, że nie powinni. Mariusz doskonale bowiem wiedział, że na ulicy, czy to wśród i n t e r e s a n t ó w, czy kolegów w mundurach, pieniądze nic nie znaczą, jeśli nie wyrobisz sobie respektu. To z kolei wymagało hartu ducha, brawury i czasem o d r o b i n y siły. Dokładnie w tej kolejności.

    Nawet teraz kręcisz tyłkiem na użytek dziennikarzy? – ciągnęła Elżbieta. Szeptała półgębkiem, ale w jakiś sposób nadal zachowywała klasę. – Teraz? Kiedy mama została zamordowana? Miej litość, Iga. Robisz z siebie pośmiewisko. I z nas wszystkich. Opanuj się.

    Iga rzuciła krótki uśmiech w stronę siostry. Pilnowała jednak, żeby kąciki ust nie powędrowały zbyt wysoko. Najwyraźniej zdawała sobie sprawę, że na zdjęciach nie będzie wyglądało dobrze, gdyby uśmiechała się zbyt szeroko. W łazience leżał przecież trup jej matki.

    Czy to długo potrwa? – zapytał Michał Chojnacki.

    Wszyscy spojrzeli w jego stronę. Chojnacki był mężem Elżbiety, choć najstarsza z sióstr nie przyjęła jego nazwiska. Być może chciała podkreślić swoją odrębność, a może miała jakieś inne powody.

    Chojnacki był lekarzem i właścicielem centrum medycznego. Ubierał się równie elegancko jak żona. Pasowali do siebie. Sweter w serek i dżinsy lekarza musiały kosztować majątek. Nowakowski był tego pewien. Miał w szafie podobne.

    No i proszę, cóż za ton? – zadrwiła Iga i zeszła z parapetu. Stawiała nogi z wdziękiem. Jak zawodowa baletnica. Musiała kiedyś trenować taniec. – Mężulka temperować nie będziesz, Elżbieta? Mówi, jakby śmierć naszej matki była dla niego zwykłą niedogodnością. Coś jak korek na obwodnicy, kiedy spieszysz się na samolot.

    Iga, przestań wkładać w moje usta to, czego nie powiedziałem – żachnął się Michał Chojnacki. – Od dziecka to robiłaś. Tylko teraz nie masz już kilkunastu lat, więc chyba nie wypada zachowywać się w ten sposób. Mogłabyś wreszcie troszeczkę zmądrzeć. Chcę się tylko dowiedzieć, ile takie oględziny zwykle trwają. Ja i Rafał jesteśmy umówieni na tenisa.

    Rafał Domański niespokojnie przejechał ręką po długiej brodzie. Wyglądał, jakby chciał się odciąć od słów Chojnackiego. Miał rację. Jeżeli bowiem lekarz usiłował zatrzeć złe wrażenie, to jego ostatnie słowa tylko jeszcze je pogłębiły.

    No proszę. Czyli jesteście we dwóch umówieni na tenisa? – zadrwiła Iga. W jej głosie wyraźnie słychać było szyderczą nutę. – A tu mama zabita. Co za szkoda. Rezerwacja hali przepadnie? Biedactwa!

    Przestań – syknęła Elżbieta.

    Wasza mama nie żyje, więc nic już jej nie pomoże. Czy będziemy sterczeć w korytarzu, jak banda idiotów, czy nie. Leokadia nie wstanie nagle i nie zacznie tu radośnie pląsać – ironizował Michał Chojnacki. Przejechał ręką po włosach, poprawiając doskonale przyciętą grzywkę. Fryzjer też musiał kosztować go majątek. – A ja zwyczajnie pytam, ile to wszystko zajmie. Nic więcej!

    Lekarz odwrócił się do Nowakowskiego.

    Ile to zazwyczaj trwa? – zapytał jeszcze raz.

    Nie ma reguły – odparł Mariusz. Wszystko przecież zależało od tego, czy trup był łatwy do obrobienia, czy skomplikowany. Co technicy zastali w pomieszczeniu i tak dalej.

    Wciąż nie mogę uwierzyć, że mama nie żyje – odezwała się płaczliwie Adriana Orłowska.

    Detektyw nie musiał nawet odwracać się w stronę najmłodszej z sióstr, żeby wiedzieć, że na jej pulchnej twarzy wykwitł purpurowy rumieniec. Tak się działo za każdym razem, kiedy się denerwowała. Szarpała też wtedy strąki przetłuszczonych blond włosów. Były na tyle cienkie, że można było przypuszczać, że Adriana przy okazji je sobie wyrywała. Celowo bądź nie.

    Mariusz wiedział już, że trzy siostry zostały adoptowane. O ile jednak można było pomyśleć, że Igę i Elżbietę łączą jakieś więzy pokrewieństwa, mimo fizycznych różnic, o tyle najmłodsza z kobiet zupełnie do nich nie pasowała.

    Katarzyna Puzyńska, fot: Agata Adamczyk

    Adriana przypominała Nowakowskiemu rozhisteryzowane dewotki z mokotowskiego kościoła, do którego czasem z przyzwyczajenia wpadał. Siedziały w ciasnej grupie w pierwszych rzędach i rzucały księdzu dobrodziejowi tęskne spojrzenia. Adriana pasowałaby tam idealnie. I nie chodziło wcale o religijność. Raczej o umiejętność toczenia gierek, którą te panie miały w małym palcu. Mariusz nie ufał Adrianie. Histeria i zbytnia emocjonalność mogły być jedynie zasłoną dymną. Pułapką dla tych, którzy chcą otoczyć ją opieką.

    Nie bądź śmieszna – zaśmiała się Iga. Jej piękne białe zęby musiały być dziełem doskonałego specjalisty od stomatologii estetycznej. Odrzuciła ciemne włosy na ramię. Gest zdawał się wystudiowany. Jakby średnia siostra nadal czekała na błyski fleszy. – Nienawidziłaś matki, Adriana. Jak my wszyscy.

    Proszę sobie nie pozwalać – wtrącił się Kornel Tomczyk.

    Był najmłodszym mieszkańcem tego domu. Mariusz nie uważał do tej pory za istotne ustalić, ile chłopak ma dokładnie lat, ale oceniał go na mniej więcej trzydzieści. Czyli dobre dwadzieścia mniej niż średnia wieku pozostałych osób. Tomczyk był rehabilitantem i zajmował się rodzicami Orłowskich. To znaczy póki starszy pan nie zmarł kilka dni temu, a jego żona nie została właśnie zamordowana, pomyślał Mariusz.

    Tomczyk stał dotychczas w głębi korytarza. Jakby dla podkreślenia, że nie należy do rodziny. Albo może chciał zachować się taktownie i pozwolić Orłowskim przeżywać żałobę w swoim gronie.

    Adriana zajmowała się rodzicami doskonale… – dodał jeszcze chłopak. – Była im bardzo oddana.

    Na te słowa najmłodsza z trzech sióstr znów spłonęła rumieńcem. Mariusz przyjrzał jej się uważnie. To właśnie Adriana skontaktowała się z agencją detektywistyczną, w której pracował. Oficjalnie to ona była więc jego klientką. Nowakowski ciągle jednak utwierdzał się w przekonaniu, że nie ufa jej ani trochę. Tak jak dewotkom z mokotowskiego kościoła, które ostatecznie okazały się pomagierkami grupy przestępczej.

    Podstawową zasadą mądrego policjanta jest nie ufać nikomu. To nie była tylko jego fanaberia. Tego Mariusz nauczył się już drugiego dnia służby. Jeszcze kiedy odrabiał wojsko w oddziałach prewencji. Kolega namotał wtedy tak, że o mało nie wylecieli. O ile nie gorzej.

    Mariusz musiał sporo się natrudzić, żeby to odkręcić. Uparł się, że go nie wyrzucą. Zrobił to też trochę na przekór bogatym rodzicom. Uważali, że syn powinien zająć się tym, co rówieśnicy z jego kręgów. Czyli n i c z y m. Powinien brylować na przyjęciach, a nie szarpać się z kibicami pod stadionem. Nowakowski natomiast uważał, że można jedno z drugim połączyć. I postawił na swoim.

    Potem wielokrotnie jeszcze przekonywał się, że nawet najbliższym kolegom należał się niewielki kredyt zaufania. Jak człowiek się tego trzymał, spotykał go mniejszy zawód, kiedy okazywało się, że ma rację. Jeśli zaś nie miał racji, to przecież tylko lepiej. Bezpieczniej jest pozytywnie się rozczarować, niż dostać kulkę w plecy, bo partner cię zostawił, kiedy powinien cię wspierać.

    Skończcie te dyskusje – syknęła Elżbieta. Na jej twarzy nie drgnął żaden mięsień. Nie pozwoliła sobie na żaden grymas. – Nie jesteśmy sami. Zapominacie chyba o tym.

    Skinęła głową w stronę końca korytarza. Dało się stamtąd słyszeć przytłumione głosy policjantów pracujących w łazience.

    Tak. I pamiętajcie, wszystko, co powiecie, może być wykorzystane przeciwko wam – dodał Mariusz. Nie mógł się powstrzymać. Wyraz niepokoju na ich twarzach szczerze go bawił. – Także…

    Zapadła cisza. Mariusz czuł, że jego obecność w tym domu nie została powitana z zachwytem, ale mimo to traktowali go z respektem. Był przecież emerytowanym gliną i znał się na tych sprawach lepiej niż oni.

    Straszna tragedia – podsumował Kornel Tomczyk. – Dobrze, że chociaż wiadomo, kto to zrobił.

  • Smakksiazki.pl nadaje! #Podcast, a w nim: Puzyńska, Czubaj, Chmielarz

    Trzeci odcinek podcastu, a w nim prawdziwe cuda! Katarzyna Puzyńska opowiada, dlaczego stara się nie czytać internetowych komentarzy, Mariusz Czubaj mówi o ostatniej książce z Rudolfem Heinzem, a Wojciech Chmielarz cieszy się, że nastał lepszy czas dla polskiego kryminału.

    To oczywiście nie wszystko, bo porozmawialiśmy też o dwudziestu latach na polskiej scenie pisarskiej Marka Krajewskiego, z którym Mariusz Czubaj grywa(ł) w szachy, wagonie ciszy w pendolino, „Pokrzyku”, czyli najnowszej książce Katarzyny Puzyńskiej oraz ekranizacji „Żmijowiska”. Smacznego słuchania!

  • „Czekanie na Larssona”, czyli Wojciech Chmielarz o przyszłości polskiego kryminału. Felieton.

    Zastanawiam się, czy rok 2017 to nie będzie początek końca boomu na polski kryminał. Rynek zalewany dziesiątkami tytułów w końcu powie dość. Znacząca jest tutaj scena z ostatniego Poznańskiego Festiwalu Kryminałów Granda, gdzie organizatorki odmówiły zrobienia spotkań premierowych dla pojedynczych autorów – premier było po prostu zbyt wiele. Zamiast tego zrobiono jedno, zbiorcze. Siedliśmy na nim chyba w dziesięć osób i przez godzinę mieliśmy bodajże czas, żeby odpowiedzieć każdy na trzy pytania.

    Jak więc wygląda polska powieść kryminalna na początku 2017? Czołówka wydaje się być już znana i dość statyczna. Niewiele się tu zmieni. Dołączy do niej może jeden, dwóch debiutantów. Może przebije się ktoś z tego drugiego szeregu. W każdym razie, wśród nominowanych do Kryminalnej Piły i Nagrody Wielkiego Kalibru spodziewam się raczej zestawu w większości znanych nazwisk.

    Bonda pewnie będzie starać się z przytupem zakończyć swoją tetralogię. Istnieje szansa, że z nowym tytułem wyskoczy Miłoszewski (chociaż on zarzeka się, że z kryminału zrezygnował). Lawiną książek zaleje nas Mróz. Do tego może jedna lub dwie przyjemne niespodzianki. Słowem, będzie tak jak było. I teraz pojawia się to nerwowe pytanie, które sobie wszyscy, my pisarze, zadajemy – ile jeszcze ta moda na polski kryminał będzie trwać? Rok? Dwa? Boom się kiedyś skończy. I chyba jako autorzy powoli się na to szykujemy. Wspomniany Miłoszewski deklaruje ucieczkę z gatunku. Nie znam twórczych planów Kasi Bondy, ale mówi ona, że chce się rozwijać jako pisarka, co można w różny sposób interpretować. Mariusz Czubaj mruga okiem, opowiadając wszystkim, że jego „R.I.P” to żaden kryminał, tylko western. A ja? Póki co zostaję przy gatunku, ale z pewnym niepokojem patrzę na jego przyszłość.

    Wydaje mi się, że w Polsce kryminał osiągnął już wszystko, co w tych warunkach, osiągnąć mógł. Książki są i się sprzedają. Krytycy zauważają. Czytelnicy czytają. Wszyscy teraz chcielibyśmy jednego, żeby polska moda na kryminał, przemieniła się w modę na polski kryminał na świecie. Ale do tego potrzebna nam jest nasz rodzimy Larsson z trylogią „Millenium”, swojska „Dziewczyna z pociągu”, nasz własny Jo Nesbo i Harry Hole. Są na to szanse. Głośno o planach tłumaczeń Bondy. Pytanie, czy uda się ją równie mocno wypromować na bardzo wymagających rynkach. Sprzedanymi prawami chwali się Katarzyna Puzyńska. Wreszcie, największy sukces ostatnich lat, czyli przekłady Miłoszewskiego we Francji. Przekłady, którym sam zawdzięczam to, że w maju nad Sekwaną ukaże się „Podpalacz”, a po nim prawdopodobnie „Farma Lalek”. Ale tak naprawdę nie jest istotne, kto będzie autorem tego przełomu na rynkach zagranicznych. Ważne, że za nim pójdą kolejni. I polski kryminał nie będzie modny już tylko i wyłącznie w Polsce. Fajnie by było, gdyby właśnie to nam piszącym przyniósł rok 2017.

    Wojciech Chmielarz