Tag: literacki nobel

  • Rozebrać Nobla – felieton Katarzyny Tubylewicz

    Nobla Miłoszowi załatwiła Zośka. Pracowała w Bibliotece Noblowskiej i załatwiła mu przez swoje kontakty. Temu szepnęła, tamtemu podsunęła wiersze, bez Zośki tego Nobla by nie było” – wyjawił mi polonijny bywalec sztokholmskich salonów, który uważał się za szarą eminencję szwedzkiego świata kultury. Wiedział w swoim mniemaniu wszystko, mógł tylko odrobinę mniej. Uznałam, że ma mnie za idiotkę, która uwierzy, że coś tak prestiżowego, międzynarodowego i niezależnego od koterii jak literacki Nobel można komuś załatwić. „Człowieku, puknij się, kto słucha twojej Zośki na Parnasie?” – pomyślałam i czmychnęłam pogadać z kimś innym.

    Czesław Miłosz, fot: Maciej Billewicz, Klimczyce, czerwiec 1981

    Kto miał rację, ja czy polonus?

    Można na to spojrzeć z różnych perspektyw.

    W kwestii boskości to jeden z czołowych członków Akademii Szwedzkiej, jej wieloletni sekretarz generalny, Horace Engdahl niedawno bronił do upadłego oskarżonego i skazanego za molestowanie seksualne oraz gwałty francuskiego męża byłej już członkini Akademii, Katariny Frostenson. Było to żenujące. Ponadto w jego książce z aforyzmami o wdzięcznym tytule „Ostatnia świnia” pojawia się taka oto mądrość:

    Dopełniona penetracja seksualna to odwieczna przegrana dla kobiety i odwieczne zwycięstwo mężczyzny”. Tak, słowa te pochodzą prosto z głowy szwedzkiego intelektualisty, który ogłaszając Nobla dla Elfride Jelinek tak pięknie i feministycznie mówił, że jej powieści obnażają stereotypy. No cóż, ludzie są ludźmi, boskości w nich za grosz, a nagroda jest nagrodą.

    Nobel to szczyt literackich marzeń, dowód najwyższego uznania, widoczny i słyszalny w każdym zakątku świata, a do tego gigantyczny zastrzyk finansowy. W ogóle marka nagrody jest czymś unikalnym. Została przyznana nie tylko licznym wybitnym pisarzom, ale także równie wybitnym naukowcom, politykom i aktywistom (w sumie ponad 900 osobom), wśród których były takie postaci jak Maria Curie-Skłodowska , Albert Einstein i Nelson Mandela.

    Dziś każdy wie, czym jest Nobel. Ale jak do tego doszło?

    Czytelnicy mojego poprzedniego felietonu wiedzą już, że Szwedzi są mistrzami eksportu. Cechują ich iście wirtuozerskie zdolności sprzedawania szwedzkiej literatury, udało im się też wypromować mnóstwo marek od IKEI przez Volvo na Ericssonie skończywszy, a także nieco wyidealizowany obraz własnego kraju. Pomimo to nadal zastanawia fakt, dlaczego cały międzynarodowy świat kultury zamiera akurat wtedy, gdy 18 członków jakiejś tam Akademii w małym, prowincjonalnym kraju, na północy Europy wybiera swojego laureata nagrody literackiej? Żeby było to chociaż międzynarodowe grono, ale przecież nie jest! Wśród członków Akademii Szwedzkiej jest w dodatku sporo osób, które nawet w Szwecji nie są szczególnie znane: Jesper Svenbro – poeta i znawca antyku, Tomas Riad – lingwista. Przyznaję się bez bicia, że gdybym nie znalazła ich na liście członków Akademii, nie wiedziałabym o ich istnieniu. Dlaczego akurat ich gust literacki jest tak istotny, że wszyscy liczący się pisarze chcą dostać Nobla. W czym rzecz? Nie chodzi chyba tylko o wielkie pieniądze? Albo o uścisk dłoni szwedzkiego króla?

    Copyright © Nobel Media AB 2017. Photo: Alexander Mahmoud.

    Temat ten badało przez cztery lata dwóch profesorów ekonomii Stephen Greyser z Harvard Business School i Mats Urde ze szwedzkiego Uniwersytetu w Lund. Według nich prestiż nagrody wziął się bezpośrednio z głównego przesłania testamentu jej twórcy, Alfreda Nobla. Życzył sobie, by jego fortunę przeznaczono na nagrody w kilku różnych dziedzinach, ale zaznaczył, że mają one być dawane wybitnym osobom, które „przysłużyły się dla dobra ludzkości”. Nobel przyznawany jest od 1901 roku, a był to historycznie czas, w którym międzynarodowość tej nagrody i jej idealistyczne założenia stanowiły coś absolutnie wyjątkowego w pochłoniętej nacjonalizmami Europie. W pewnym sensie można powiedzieć, że kiedy świat szykował się już do dwóch straszliwych wojen (po których trochę trudno nadal wierzyć w ludzkość), wynalazca dynamitu stworzył nagrodę za DOBRO i dla DOBRA innych. Za działania naukowe lub literackie na rzecz drugiego człowieka. Bez względu na jego narodowość, czy rasę. Szok.

    Inna rzecz, że idealizmu Alfreda Nobla wcale nie podzielali wszyscy zaangażowani w tworzenie nagrody Szwedzi. Na przykład wspomniana już Akademia Szwedzka, która istnieje od roku 1786 i została powołana w celu stania na straży czystości języka szwedzkiego, z początku patrzyła na dodatkowe obowiązki bardzo krzywo. Jej członkowie mieli dosyć innej roboty, siedzieli nieustannie z nosami w słownikach. Dominowali wśród nich zresztą nudni urzędnicy i kulturowo nacjonalistyczni filolodzy, niespecjalnie ich interesował świat wielkiej literatury.

    Akurat to zmieniło się jednak bardzo szybko.

    Czy Literacka Nagroda Nobla jest zatem najbardziej obiektywną i prestiżową formą uznania dla osiągnięć w dziedzinie literatury? Otóż: i tak, i nie. Przesłanie Nobla zawarte w jego testamencie powoduje poszukiwanie nazwisk autorek i autorów nie tylko wybitnych, ale także takich, których twórczość ma w sobie elementy idealistyczne lub ważne dla ludzkości. Ewidentne jest też, że sama nagroda ma jakoś służyć nie tylko ludzkości ale i słusznej stronie historii. Nobel dla Miłosza był uznaniem jego dzieła, ale także (a może przede wszystkim?) symbolicznym wsparciem dla poety uchodźcy z dręczonej przez komunizm Europy Wschodniej. Nobel dla Abdulrazaka Gurnaha to próba zwrócenia uwagi międzynarodowej społeczności na literaturę postkolonialną i na temat uchodźców. Nobel dla Olgi Tokarczuk to uznanie jej książek, ale także wsparcie dla feministycznych i ekologicznych poglądów autorki oraz dla jej otwartego przeciwstawiania się niedemokratycznym tendencjom z wiadomej strony.

    Akademia Szwedzka żywi też historyczną awersję do nagradzania nazwisk zbyt oczywistych i znanych. Z tego powodu Nobla nie dostał Lew Tołstoj ani Philip Roth i z pewnością nigdy nie otrzyma go ani Margaret Atwood , ani Haruki Murakami. I oczywiście, że jest tak, iż na decyzję 18 członków Akademii usiłują wpływać różne koterie, grupy lobbingowe i znawcy literatury, a czasem ich własne rodziny. Na ile są to skuteczne próby, to z pewnością kwestia indywidualna, ale jest tajemnicą poliszynela, że Nobla dla Jelinek nie byłoby, gdyby nie była już żona Horaca Engdahla , feministyczna literaturoznawczyni Ebba Witt- Brattström.

    Margaret Atwood, fot: smakksiazki.pl

    Nie wiem, czy Miłoszowi pomogła Zośka, ale ktoś tam pomógł na pewno. Gombrowicz dobrze rozumiał, że bez koneksji nic się nie da zrobić i sam mocno lobbował na rzecz swojej kandydatury. Prawie mu się udało, bo naprawdę miał na Nobla duże szanse. Podobnie jak Kapuściński, o którego latami walczyło kilku wpływowych ludzi szwedzkiego świata kultury. Kto wie, co by się stało, gdyby dłużej żył?

    Z całą pewnością jest więc tak, że aby dostać literackiego Nobla, trzeba nie tylko dobrze pisać, ale mieć także wsparcie wpływowych ludzi oraz tak zwanego wiatru historii. Należy też rozumieć (choćby podświadomie) literaturę jako coś więcej niż tylko piękne władanie językiem. Mówiąc wprost: w przesłanie Nagrody Nobla wpisane jest przekonanie, że w literaturze ważny jest element utylitarny wzniesiony na poziom ambitnego idealizmu lub walki o słuszna sprawę. Domyślacie się kto dostanie w tym roku Nobla? Będę zdziwiona, jeśli nie będzie to pisarz ukraiński, a jeszcze lepiej ukraińska pisarka. Choć jednocześnie wcale się też nie zdziwię, jeśli tak się nie stanie, bo Akademii Szwedzkiej zdarzały się też historyczne tchórzostwa i próby zachowania neutralności. Na przykład wtedy, gdy nie zabrała oficjalnie głosu po stronie Salmana Rushdiego, kiedy została nań rzucona fatwa…

    Salman Rushdie, fot: smakksiazki.pl

    Na czym więc polega zawarta w tytule tego felietonu chęć ściągnięcia z Nobla pięknych szat? Na uświadomieniu, że nie ma czegoś takiego jak nagroda przyznawana za najwybitniejsze osiągnięcia literackie. Nobel literacki jest zawsze nagrodą z dodatkowym przesłaniem, trochę polityczną, trochę pozytywistyczną, trochę wyznaczającą nowe trendy. A jednocześnie: nieustannie najbardziej prestiżową i ważną. Jak już wspomniałam: Szwedzi są mistrzami promocji.

    Katarzyna Tubylewicz

  • „Jak zarobimy na Noblu”, listopadowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Tokarczuk to, Tokarczuk tamto, Tokarczuk dostała tyle i tyle, będzie tu i tam. Nie sądziłem, że kiedykolwiek doświadczę tak ogromnego zainteresowania polskiej opinii publicznej osobą, która zajmuje się literaturą. Ani że od tego będzie zależeć część mojego zawodowego życia.

    W tej całej noblowskiej zawierusze najbardziej urzekła mnie publikacja tygodnika „Wprost”. Olga Tokarczuk uplasowała się na drugim miejscu listy najbardziej wpływowych Polaków. Znalazła się przed Mateuszem Morawieckim, Donaldem Tuskiem i Andrzejem Dudą. Przed Dawidem Podsiadłą czy Robertem Lewandowskim. Przed Tadeuszem Rydzykiem, Dodą oraz Patrykiem Vegą. Przegrała jedynie – jakżeby inaczej – z Jarosławem Kaczyńskim.

    Mam wrażenie, że wprostowa kapituła parokrotnie pomieszała listę najbardziej wpływowych Polaków z zestawieniem ludzi, o których z różnych powodów w ostatnim czasie dużo się mówi (tak tłumaczę chociażby czternaste miejsce Mariana Banasia). Ale nawet jeśli autorzy rankingu przyznali pisarce bonusowe punkty za świeżość jej wyczynu, drugie miejsce Tokarczuk jest kolejnym świadectwem niebywałej skali noblowskiego sukcesu. Ten w wymiarze osobistym jest oczywisty: 3,5 mln złotych nagrody (zwolnionej z niemal milionowych obciążeń podatkowych), rewelacyjna sprzedaż książek (w dwa tygodnie utwory noblistki sprzedały się w ponad 45 tys. egzemplarzy – i to w samym Empiku), dożywotnie miejsce w literackim panteonie i pewnie dożywotnia utrata świętego spokoju. Ale jak ten sukces wygląda w wymiarze społecznym? Narodowym? Kulturowym? Wydawniczym?

    Kiedy w ostatni weekend października tłumy fanów czyhały na autograf noblistki przed siedzibą Wydawnictwa Literackiego, kilka kilometrów dalej odbywały się Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie. Również tłumnie oblegane – organizatorzy doliczyli się 68 tys. uczestników. To jedna z imprez, na których zapomina się o kryzysie czytelnictwa, ponieważ przestronne progi hali Expo ledwo mieszczą literackiego fioła Polaków. I pewnie nie jest zaskoczeniem, że w tym roku – przynajmniej w wymiarze kuluarowym – targi stały pod znakiem Tokarczuk.

    W ciągu paru godzin odbyłem kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt rozmów z autorami, wydawcami, dziennikarzami i czytelnikami na temat noblistki. Kontekst był oczywiście makiaweliczny, ponieważ wszystkich interesował wpływ jej sukcesu na branżę literacką. Efekt Nobla. Profity, jakie na fali tego wyczynu może zgarnąć cały rynek książki. I choć jesteśmy narodem malkontentów, przeważały optymistyczne prognozy.

    Poniżej znajdziecie kilka okołobiznesowych predykcji, które usłyszałem albo pomogłem ukuć. Niektóre brzmią jak fantastyka, halucynacje albo żart, ale inne wydają się całkiem zdroworozsądkowe.

    1. Pojawią się nowi czytelnicy
    Po nie najprostszą twórczość Tokarczuk będą sięgać głównie wprawieni fani literatury, którzy do tej pory nie mieli styczności z jej prozą. Ale oprócz nich rozrywką, jaką jest czytanie, zainteresują się ci, u których do tej pory książki przegrywały z kabaretem, talent show czy Netflixem. I nawet jeśli zatrzymają się na utworach pokroju „Pięćdziesięciu twarzy Greya” czy autobiografiach celebrytów, będzie to oczywisty zysk dla złaknionego dobrych wieści rynku, który wzbogaci się o nowych odbiorców.

    2. Każdy zacznie pisać
    Nobel to literackie mistrzostwo świata. A kiedy w sporcie zawodowym pojawia się mistrz, masa amatorów próbuje go naśladować. Dlatego za kilka miesięcy wydawnictwa odczują napór na skrzynki e-mailowe. Potem poczują go autorzy, którym przybędzie konkurentów. Po drodze powstanie mnóstwo literackich potworków, bo przecież pisać każdy może. Zwłaszcza gdy na horyzoncie majaczy trzy i pół bańki za Nobla.

    3. Wzrośnie zainteresowanie polską kulturą
    Skoro nasza literatka zgarnia Bookera oraz Nobla, skoro nasz fantasta daje podkład pod potencjalny hit serialowy Netflixa (Andrzej Sapkowski i jego „Wiedźmin”), skoro filmowcy dostają Oscary (Paweł Pawlikowski) czy inne Srebrne Niedźwiedzie (Małgorzata Szumowska), to najwyższa pora, aby do głównego nurtu przebiła się świadomość, że z naszą kulturą nie jest najgorzej. I że warto z niej czerpać garściami.

    4. Polskim autorom będzie łatwiej (to chyba najbardziej odjechana prognoza)
    Łatwiej debiutować, negocjować z wydawcami, rywalizować na rodzimym rynku z zagranicznymi twórcami. A co lepsi zaczną robić spektakularne międzynarodowe kariery.

    Olga Tokarczuk, fot: Łukasz Giza/Wydawnictwo Literackie

    5. Kryminał zyska poważanie
    Autorzy kryminałów nie mogą narzekać na wąskie audytorium. W dodatku za sprawą niektórych twórców (szczególnie skandynawskich), zgrabnie wplatających w utwory wątki społeczne, polityczne czy ekonomiczne, są traktowani śmiertelnie poważnie. Z reguły. Gdzieniegdzie nadal ciągnie się za kryminałami odium literatury niskich lotów. Ale może przestanie, skoro nawet noblistka sięgnęła po ten gatunek (choć pisząc „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, potraktowała go instrumentalnie – jako przystępną powłokę dla moralitetu o szacunku dla naszych braci mniejszych).

    6. Literatura zbliży się do internetowego mainstreamu
    Marzenie ściętej głowy, prawda? A jednak Tokarczuk od kilku tygodni nie schodzi z czołówek serwisów informacyjnych. O niej, o Noblu i o książkach bajają w mediach spece od kultury, politycy i celebryci. Wirtualna Polska zainicjowała nawet kampanię #GdybyNieKsiążka, w ramach której aktorzy (m.in. Andrzej Seweryn) czy ludzie sportu (Adam Małysz) dzielą się refleksjami na temat literatury. Do mainstreamu jeszcze daleka droga, ale to całkiem wyraźny krok w stronę przestrzeni, którą w sieci okupują wiadomości polityczne, doniesienia sportowe czy plotki z życia gwiazd.

    Żeby była jasność: to nie był zalew jednoznacznie pozytywnych proroctw, powodowany targową duchotą czy chwilowym hurraoptymizmem. Wiele osób z branży uważa, że sukces Tokarczuk to tylko krótkotrwały zryw. Jednorazowy strzał. Bardzo kolorowy i efektowny fajerwerk, który zapada w pamięć, ale jest tylko… kolorowym fajerwerkiem. Błyskotką.

    A to z kolei prowadzi do bardzo ponurej konkluzji. Bo jeśli Nobel dla Polki nie wywrze pozytywnego wpływu na rynek literacki, trudno wskazać coś, co mogłoby to zrobić.

    PS. Nie jestem pewien, czym „Wprost” bardziej mnie zaskoczył: drugim miejscem Olgi Tokarczuk czy czterdziestą trzecią pozycją Wiesława Myśliwskiego, który wyprzedził m.in. Zygmunta Solorza, Roberta Biedronia i Agnieszkę Holland. Prędzej spodziewałbym się ujrzeć w takim zestawieniu Remigiusza Mroza, którego proza może nie promieniuje na całą polską kulturę (tak autorzy rankingu uzasadnili pozycję Myśliwskiego), ale niewątpliwie dociera do mas. A to nie lada sztuka.

    PPS. Nie widziałem w zestawieniu ministra kultury Piotra Glińskiego. Ale może nie doczytałem do końca.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Mam dla Olgi jedną radę: niech czasem wyłącza telefon”

    Powoli wszystko wraca do normy, już jutro na pierwszych stronach gazet będzie polityka, więc co teraz? Co powinna zrobić Olga Tokarczuk w pierwszych dniach „po Noblu”? Radzi nie byle kto, bo Michał Rusinek, który był przecież sekretarzem Wisławy Szymborskiej.

  • „Boję się czekania latami na wielkie wyróżnienie”. Olga Tokarczuk z literackim Noblem

    Wszyscy się tego spodziewali, ale mam wrażenie, że dzisiejsza decyzja Akademii Szwedzkiej jednak wszystkich zaskoczyła. Po dwudziestu trzech latach literacki Nobel znów wraca nad Wisłę, a w uzasadnieniu czytamy, że Olga Tokarczuk otrzymała tę nagrodę za wyobraźnie narracyjną, która z encyklopedyczną pasją prezentuje przekraczanie granic jako formę życia”. Co teraz? Autografy, zdjęcia, wizyty w zakładach pracy, no i pewnie kolejna książka. Olga Tokarczuk jest już w takiej sytuacji, że niczego nie musi, a wiele, a może nawet wszystko, może. Gdy rozmawiałem z nią kilka miesięcy temu mówiła, że boi się klątwy czekania na dużą nagrodę. No to ma. Zasłużenie. O skali sukcesu niech świadczy fakt, że w księgarniach zaczyna brakować jej książek. Coś wspaniałego. 

    Zobaczcie materiał.

     

     

     

  • Czy jutro zapamiętamy na zawsze?

    To będzie wyjątkowy dzień. Jutro o 13:00 zostaną przyznane literackie Noble. Boże, jak to brzmi – Noble. Dwa razy więcej emocji, dwa razy więcej dyskusji, dwa razy więcej radości. Kto w tym roku będzie na ustach całego literackiego świata? Dwie kobiety? Kobieta i mężczyzna? Dwóch pisarzy? Czy w Polsce wystrzelą szampany?

    Kilka miesięcy temu spotkałem się z Anne Swärd, która została wybrana do Akademii Szwedzkiej (oficjalnie wstąpi w jej szeregi 20 grudnia) – instytucji decydującej o przyznawaniu literackiego Nobla. Co sądzi o książkach Olgi? Czy Polka jest brana pod uwagę w tegorocznym rozdaniu?

  • „Mogę zostać sekretarzem Olgi Tokarczuk”

    Czy straci literacki Nobel na prestiżu, a może wręcz przeciwnie, rok przerwy w przyznawaniu głównej nagrody dobrze zrobi całemu środowisku? Czy tegoroczny laureat mógłby w ramach protestu nie przyjąć pieniędzy i zaszczytów? Czy fakt, że w przyszłym roku zostaną przyznane dwa literackie Noble, to dobrze, a może jednak nie jest to najlepszy pomysł? No i w końcu, czy Olga Tokarczuk jest blisko najbardziej prestiżowej nagrody literackiej na świecie? Pytań jest sporo, a odpowiada na nie Michał Rusinek, który temat zna od podszewki.

  • „Nowy kanon lektur? Wychowałam się na podobnym w PRL-U”.

    Co sądzi o nowym kanonie lektur, za co lubi książki Marty Guzowskiej, dlaczego Polacy czytają sporadycznie, a także o tym, czy książki są za drogie i czy można zrobić jeszcze biznes w świecie książek. O tym wszystkim rozmawiam z prof. Małgorzatą Omilanowską, byłą minster kultury i dziedzictwa narodowego. 

    Sławomir Cenckiewicz, Cezary Gmyz, Piotr Semka, ale też Marek Bieńczyk, czy Eustachy Rylski. To tylko niektóre nazwiska z listy Ministerstwa Spraw Zagranicznych, które powinny być zapraszane do Instytutów Polskich za granicą. Dla Pani profesor to zestawienie jest śmieszne, żenujące, a może wszystko z nim w porządku?

    Wydaje mi się, że najlepiej byłoby, gdyby dyrektorzy instytutów sami decydowali kogo chcą zaprosić. Nie wiem kogo teraz wysyła się na te placówki, ale dyrektorzy wybierani w konkursach w poprzednich latach z reguły byli niezłymi fachowcami od tego właśnie kraju, do którego jechali. Wiedzieli kto może porwać publiczność, czyje książki ostatnio przetłumaczono na dany język, czyje filmy są akurat wyświetlane w kinach itp. Publicystów i historyków – Cenckiewica, Gmyza czy Semkę – wymienionych przez Pana można pewnie zaprosić na spotkanie z Polonią, tyle że promowanie przez Instytuty Polskie Polski Poloniom to jednak lekkie pomylenie pojęć. To tak jakby Instytut Goethego prowadził działalność kulturalną wśród mniejszości niemieckiej na opolszczyźnie. Natomiast promowanie twórczości Bieńczyka czy Rylskiego wymagałoby przetłumaczenia większej liczby ich tytułów i sporej akcji promocyjnej.

    Skoro już jesteśmy przy tematach z zabarwieniem politycznym. Jak Pani ocenia nowy kanon lektur szkolnych?

    No cóż, niewiele się różni od tego, na którym sama się wychowałam, za RPL. Czytelnictwo nam od tego nie wzrośnie, obawiam się, że raczej uda zrazić się do książek kolejne pokolenia Polaków, myślących też nie wychowamy, ale rozumiem, że cel tej akcji jest inny. Chodzi chyba o kształtowanie postaw i wspólnoty. Nie uda się to raczej, ale na pewno uda się oszczędzić sporo środków na zakup nowości do bibliotek szkolnych, bo akurat ten kanon to jest w każdej.

    Po odejściu z ministerstwa ma Pani więcej czasu na czytanie? Rozumiem, że z książkami Marty Guzowskiej jest Pani na bieżąco.

    Zawsze czytałam dużo, a teraz wcale mi nie łatwiej niż w ministerstwie. Proszę pamiętać, że jako historyk sztuki muszę bardzo dużo czytać pozycji zawodowych. Na moje ulubione kryminały zostaje niewiele czasu, ale na szczęście jeżdżę dużo pociągami i tam nadrabiam zaległości. Powieści Guzowskiej bardzo lubię, bo oprócz akcji kryminalnej jest dużo klimatu pracy archeologa, co umie opisać znakomicie bo się na tym zna. Duża przyjemność.

    Gdy spotkaliśmy się dwa lata temu w Ministerstwie Kultury, poleciła mi Pani książkę „Szwecja czyta. Polska czyta”. Można w niej przeczytać, że statystycznie, każdy Szwed czyta dziennie około 20 minut. Czyta nie tylko dłużej, ale też znacznie więcej niż statystyczny Polak. Dlaczego jest tak źle, skoro mogłoby być tak dobrze?

    Na Polskę nieczytającą składa się wiele. Proszę pamiętać, że czytanie się dziedziczy, przede wszystkim „po kądzieli”. Czytają dzieci czytających matek. A my jesteśmy narodem, w którym ciągłość tradycji czytania została przerwana wojną i wielkimi stratami księgozbiorów, przede wszystkim prywatnych, które spłonęły, bądź nie zmieściły się w bagażach przesiedleńczych kresowiaków. Płacimy też cenę za brak konsekwentnej i nowoczesnej polityki edukacyjnej. Wydajemy miliony na akcje zachęcające do czytania, prowadzone przez instytucje kultury, ale w szkołach nikt nie wprowadził do programu zajęć uczących przyjemności z czytania. Nowy-stary kanon lektur na pewno tej passy nie przełamie.

    A co by Pani powiedziała tym blisko 5 milionom Polaków, którzy nie czytają absolutnie niczego, nie licząc wpisów znajomych na Facebooku?

    Że dużo tracą. Ale żeby tę stratę poczuć trzeba choć raz w życiu zanurzyć się w przyjemność lektury, a to wielu nie było dane nigdy w życiu i szansa na odrobienie tej zaległości w dorosłym życiu jest niestety mała.

    A może książki są w Polsce za drogie?

    Są drogie, ale to nie bariera finansowa decyduje o poziomie czytelnictwa. Ludzie pożyczają książki zarówno w bibliotekach jak i od znajomych czy rodziny. Nawet nie kupując żadnej książki można sporo przeczytać.

    Jest jeszcze miejsce na rynku na nowe wydawnictwa?

    Wydawnictw w Polsce jest bardzo dużo. To nie kwestia ich liczby, tylko struktury i aktywności. Wiele z zarejestrowanych wydawnictw wydaje prawie nic. Na pewno można jeszcze spróbować zrobić interes na książkach w Polsce.

    A na księgarniach? Znane są Pani problemy jednej z dużych sieci, ale z drugiej strony korzystają na tym małe, często niezależne księgarnie.

    W takich miastach jak Berlin księgarnie się odradzają. Może i w Polsce wróci moda na kupowanie książek w księgarni, ale przy niskim poziomie czytelnictwa i popularności sprzedaży internetowej obawiam się, że w małych miastach księgarnie się nie odrodzą. Utrata obrotów z podręczników dla klas początkowych zadała śmiertelny cios wielu z nich. Może wprowadzenie stałej ceny książki mogłoby pomóc, ale nie wydaje się, żeby obecny rząd był taką regulacją zainteresowany.

    Przejdźmy do spraw przyjemniejszych. Jesteśmy świeżo po przyznaniu Paszportów Polityki, zaskoczenie?

    Chyba nie. Właściwie wszystkie nominacje były trafione więc niezależnie od ostatecznego werdyktu wiadomo było, że paszporty trafią w dobre ręce. I tego warte.

    Skoro o nagrodach mowa, po przyznaniu literackiego Nobla Bobowi Dylanowi, powiedziała mi Pani, że to „odważna, ale dobra decyzja”. Może zbyt odważna?

    Nie ma zbyt odważnych decyzji w takich sprawach. Dylan to wybitny poeta, a to, że śpiewający i popularny to nie powód żeby go omijać w nagrodach. Nobel to prestiż, ale i wskazanie. Tym razem wskazanie, że literatura dobra nie musi być hermetyczna.

    Co było dla Pani największym wydarzeniem w literaturze w 2016 roku? Zarówno w Polsce, jak i na świecie.

    A to mnie Pan wpędził w kłopot. Wydarzeniem na świecie chyba Nobel dla Dylana. Oceniać premiery książkowe nie sposób, bo te wydane na świecie 2016 jeszcze nie doczekały się tłumaczeń na polski, a w oryginale czytać mi się nie chce. I tak muszę czytać w obcych językach literaturę zawodową, bo nikt jej nie tłumaczy. Natomiast w Polsce ucieszyło mnie wiele wydanych książek. Chyba żadna nie będzie „książką mojego życia”, ale miałam ogromną przyjemność z czytania zarówno listów Szymborskiej i Filpowicza, „Króla” Twardocha, jak i „Syna” Meyera. Mam też sentyment do „Białej Riki” Magdaleny Parys i „Krivoklata” Dehnela.

    A w tym, co Pani przeczyta? Kontynuację „Millennium” Larssona, pardon, Lagercrantza, a może nowego Dana Browna, Krajewskiego?

    W najbliższych miesiącach przeczytam wydane w zeszłym roku polskie kryminały. A potem zobaczymy. Czeka mnie sporo lektur historyczno-artystycznych i wielka przeprowadzka biblioteki, co może zaowocować niespodziewanymi odkryciami nieprzeczytanych książek.

    I to wszystko będzie przeczytane w papierze czy raczej na czytniku?

    Od pięciu lat czytam przede wszystkim w wersji elektronicznej, wszystko co się da, ale niestety nie wszystko się da. Kocham zapach książek, ale nie mam na nie miejsca. I nie mam siły ich targać w podróżach.

  • Bob Dylan z literackim Noblem. Co na to ludzie ze świata książek?

    Jakub Ćwiek, pisarz:

    Jestem zachwycony tym, że komisja noblowska doceniła Dylana, który jak dla mnie jest wcieleniem idei Rock&Read – niech słowa i opowieści niosą się głośno i zostają całymi frazami w sercu. Cieszy mnie, że tym wyborem powiedziano: nie medium jest kluczowe, a opowieść, a ważny, odautorski komentarz wobec rzeczywistości wyrażony umiejętnie dobranym językiem. Także Dylan cieszy. A ja czekam na Nobla dla komiksu.

    Marta Guzowska, pisarka:

    W zeszłym roku reportaż, w tym poezja. Czy Anno 2016 ogłaszamy, że powieść umarła?

    Piotr Bratkowski, szef działu kultury w „Newsweeku”:

    Nikt rozsądny nie może mieć wątpliwości, że Noblem uhonorowano nie tylko jednego z największych artystów XX wieku, ale i – jednego z najważniejszych artystów naszych czasów. Różniącego się od poetów usankcjonowanych akademicko tylko tym, że swoje wiersze śpiewa. Przed laty zaśpiewał niby oczywistą frazę o tym, że „czas wszystko zmienia”. W Akademii Noblowskiej też przecież następuje powolna wymiana generacyjna; dla pokolenia, które obecnie decyduje o nagrodach, jest – przypuszczam – oczywiste, że najważniejszy pieśniarz XX wieku jest artystą co najmniej tej samej rangi,co poeta zaczerniający kartki papieru. I nie widzę w tej nagrodzie cienia populizmu.

    Małgorzata Omilanowska, była minister kultury:

    Doceniono wielki talent poetycki. Odważna, ale dobra decyzja. Cieszy mnie też radość polskich miłośników Dylana, a zwłaszcza niestrudzonego Filipa Łobodzińskiego.

    Anna Dziewit – Meller, pisarka:

    Chyba komitet noblowski odczuwa jakiś kryzys ostatnimi laty, skoro tak a nie inaczej nagradza, ale ja jako osoba z gruntu pełna miłości do muzyki cieszę się, bo to fajnie, że można posłuchać noblisty jak śpiewa.

    Łukasz Orbitowski, pisarz:

    Bob nie ma czterech oktaw, ale znakomite pióro. Nobel przyjmuje jako w pełni zasłużony lecz i jako dobrą wróżbę dla Marcina Świetlickiego. Dopowiem jeszcze ze nie ma co się podniecać bo po Dario Fo i Doris Lessing Nobla może dostać każdy. 

    Sylwia Chutnik, pisarka:

    Huraaaa!!!!

    Dla mnie muzyka i literatura SĄ równie ważne, dlatego z entuzjazmem przyjęłam informacje o Noblu dla Dylana. Rock ma wielka siłę oddziaływania zbiorowego, a literatura jest bardziej intymną, indywidualna przygodą. Dylan potrafi pisać teksty w ten sposób, ze śpiewając je przed tysięczną publicznością masz poczucie, że śpiewa dla Ciebie. Że opowiada coś ważnego.

    Tomasz Pietrzak, poeta:

    Chociaż nazwisko Dylana typowano od lat, to wybór zaskakuje. Akademia na ostatniej prostej zrobiła gwałtowny skręt i pojechała dziką drogą po literackich obrzeżach. Podobne zaskoczenie zafundowano w zeszłym roku, nagradzając doskonałą białoruską reporterkę. Mnie ten wybór cieszy i satysfakcjonuje, nie jest on ani nudny, ani banalny, aczkolwiek nie pozbawiony kontrowersji. Wielu postrzega bowiem Dylana wyłącznie poprzez jego muzykę, tymczasem jest to wybitny poeta, który od dekad ma ogromny wpływ na całe pokolenia literatów i muzyków na całym świecie.

    Justyna Czechowska, tłumaczka:

    Uważam, że to bardzo odświeżająca nagroda. Ludzie zamiast jęczeć, że trudna literatura, zaczną słychać dobrej muzyki. To dobre też dla wyborów w Ameryce. Wczoraj czytałam, że Amerykanie obrazili się na Akademię i maja ją w nosie. Ale skoro dostali, to może się ucieszą! Ta nagroda wspaniale świadczy o Akademii, że to nie żadna zastygła instytucja, ale idąca z duchem czasu grupa mądrych ludzi.

    Cezary Łazarewicz, dziennikarz, pisarz:

    Świetny, zaskakujący wybór. Gratuluję odwagi komitetowi noblowskiemu. A tych, którzy uważają, że Dylan nie ma nic wspólnego z literaturą, zachęcam by wysłuchali jego płyt. I niech traktują je jak audiobooki.

    Mariusz Sergiusz Przybyłek, pisarz:

    Cóż ja mogę powiedzieć. Jest mnóstwo doskonałych pisarzy i tylko jedna nagroda. Dlaczego w tym roku Bob Dylan a nie ktoś inny? Nie mam pojęcia. Może w komisji już nikomu nie chce się czytać i łatwiej posłuchać. Czy nie zasłużył? Zasłużył. Podobnie, z pewnością jak krocie innych, nienagrodzonych…

    Marcin Podlewski, pisarz:

    „There must be some way out of here” said the joker to the thief

    „There’s too much confusion”, I can’t get no relief

    Businessmen, they drink my wine, plowmen dig my earth

    None of them along the line know what any of it is worth.”

    Taki drobiazg. Kawałek „All Along the Watchtower” Dylana, rozreklamowany swojego czasu przez świetny serial „Battlestar Galactica”. Ale Bob to nie tylko błazen i złodziej, to nie tylko filozof uśmiechający się do nas zza ćmiącego peta, szepczący nam do ucha, że jest wielu spośród nas, którzy czują, że życie to tylko żart. Literacki Nobel dla Dylana jest uzasadniony choćby w tym względzie, że dowodzi, iż istnieją piosenki inteligentne – muzyczne poezje, literacki majstersztyk krótkiej formy. Na tle pompowanych, ogłupiających kawałków o miłości i wzięciu kogoś w aucie, za wąskim światkiem Agnieszek, co tu już nie mieszkają, bycia kobietą co nigdy, nigdy nie podda się i podskakujących Koreańczyków („umc, umc, gangnam style) jest bowiem świat światła, które nigdy nie odejdzie, dziewcząt, które są nieco większe od innych, świat Czarnej Gwiazdy i majorów Tomów, świat miłości, która znów nas rozdzieli, a nie połączy… i świat Dylana, który zasłużył na Nobla nie dlatego, że wypadało mu go dać. Zasłużył na niego, bo jest po prostu dobry.

    Tomasz Kowalski, pisarz:

    Mnie to cieszy. Doceniono twórcę, który utożsamiany jest (i słusznie) z muzyką, bluesową, rockową i jej wszystkimi odmianami . Oczywiście z jej najszlachetniejszym nurtem. Jego teksty i muzyka były inspiracją dla nieskończonej grupy muzyków rockowych, nie tylko w Stanach. Ta nagroda, to doskonały przyczynek do tego, by przyjrzeć się tekstom rockowym bardziej uważnie i nie oceniać piosenki jedynie przez pryzmat decybeli. Można przy tej okazji, na przykład zastanowić się, co się stało ze społeczeństwem, które nagle przestało szukać wartości w warstwie tekstowej utworu muzycznego, sprowadzając historię i morał piosenki do kilku jęknięć cycatej wokalistki. To tylko jeden element wart uwagi przy okazji tej nagrody. Inny to sam nagrodzony. Dylan to historia buntu młodych Amerykanów, przemian i konfliktów społecznych w XX wieku, a przede wszystkim bardzo nietuzinkowa postać w sztuce, mająca wpływ na popkulturę porównywalną z Andy Warhol’em. Warto przy tej okazji przypomnieć też film Todd’a Haynes’a „I’m not There” właśnie o Bobie Dylanie. Jak dla mnie, literacka nagroda Nobla dla Boba Dylana, jak najbardziej zasłużona i spokojnie potraktowałbym ją jako nagrodę za całokształt.

    fot: nobelprize.org