Tag: Mariusz Czubaj

  • „Półmistrz” Mariusza Czubaja już w styczniu. O czym będzie?

    Trochę Mariusz Czubaj kazał nam czekać na nową książkę, ale lepiej tak, niż za często. „Półmistrz” ukaże się już w styczniu, a o czym przeczytamy? No, drodzy Państwo, tam będzie wszystko! Gombrowicz, szachy, ocean, sztorm, powieść szpiegowska, biały wieloryb… Nie wiem jak Wy, ale ja już czekam, a o konkretach opowiada autor, któremu wystarczy zbytnio nie przeszkadzać 😉

  • Syndrom sztokholmski (odc. 2). 25 lat z Harrym Hole. Tekst Rafała Chojnackiego

    W 2022 roku mija dokładnie 25 lat odkąd norwescy czytelnicy mogli po raz pierwszy zapoznać się z bohaterem, który dziś należy do panteonu detektywistycznych sław skandynawskiego kryminału. Jesienią 1997 roku na księgarskie półki trafiła powieść Flaggermusmannen (Człowiek nietoperz), a na okładce widniało nazwisko Jo Nesbø. Dziś to wystarczy, żeby nieźle sprzedać książkę, jednak w momencie literackiego debiutu, autor powieści kojarzony był raczej jako lider muzycznej grupy Di Derre, która miała już wówczas na koncie trzy płyty.

    Kim jesteś, Jo Nesbø?

    W 1997 roku zespół pop rockowy zespół Di Derre był już dość znany, ponieważ w 1994 roku przebił się w Norwegii z albumem Jenter & Sånn. Pierwszy nakład tej płyty, drugiej w dyskografii tej formacji, wydany był pod tytułem Kvinner og Klær, ale kobiecy tygodnik o tej samej nazwie zagroził wydawcy procesem i album został wycofany ze sklepów, co sprawia, że jego pierwsza edycja to dziś biały kruk na rynku kolekcjonerskim.

    Zespół Di Derre powstał w 1992 roku, Nesbø założył go ze swoim młodszym o rok bratem, Knutem. Nieco ponad dekadę wcześniej bracia grali razem w piłkę nożną w młodzieżowej drużynie klubu Molde FK. Klub był wtedy u szczytu popularności, ponieważ świetnie radził sobie w lidze i grywał w europejskich pucharach. Niestety, zerwane wiązadła krzyżowe w obu kolanach oznaczały dla Jo koniec kariery futbolowej. Był rok 1978, a osiemnastoletni wówczas piłkarz musiał znaleźć dla siebie nowy cel w życiu. Tymczasem Knut kontynuował karierę, trafił do „dorosłego” składu Molde, później zmienił klub, zajmując się aktywnie futbolem do 1990 roku. W międzyczasie został też dziennikarzem sportowym, piszącym dla największego norweskiego dziennika „Aftenposten”.

    www.unsplash.com/Andrea Cipriani

    Czas po kontuzji był dla Jo dość trudny, ponieważ okazało się, że wybór kariery piłkarskiej sprawił, iż jego oceny w szkole nie należały do najlepszych, trzeba się więc było solidnie przyłożyć, żeby dostać się na ekonomię. W międzyczasie przypomniała sobie o nim armia. Wprawdzie kontuzja wykluczyła go z zawodowego sportu, ale nie sprawiła bynajmniej, by miała go z tego powodu ominąć obowiązkowa służba wojskowa.

    W lata dziewięćdziesiąte Nesbø wszedł jako makler, niedługo potem założył zespół, w którym ponownie współpracował z bratem, a jednocześnie studiował, by przebranżowić się na analityka rynków finansowych. Wspomniany powyżej sukces grupy Di Derre z 1994 roku, trafił w nienajlepszy czas dla braci, ponieważ w tym samym czasie zmarł ich ojciec, Per Ingvar Nesbø. Reakcją była wytężona praca, która zaowocowała wydaniem w 1996 roku jeszcze lepiej przyjętego albumu, zatytułowanego Gym, który został platynową płytą. Wszystko to doprowadziło jednak Jo do wypalenia zawodowego, związanego zarówno z pracą ekonomisty, jak i muzyka.

    Nesbø? To ktoś znany?

    Często powtarzaną legendą, dotyczącą literackiego debiutu Jo Nesbø, jest bezpośrednie skojarzenie śmierci ojca i podróży, jaką przyszły pisarz odbył do Australii w 1996 roku. Być może on sam tak to zapamiętał, ponieważ czas pomiędzy pogrzebem a wyjazdem mógł mu się wydawać jednym pasmem ciężkich przeżyć, których nie złagodził nawet komercyjny sukces wydanego w międzyczasie albumu. Nie zmienia to jednak faktu, że między oboma wydarzeniami upłynęły prawie dwa lata.

    Faktem natomiast jest, że zarys akcji debiutanckiej powieści powstał w trakcie lotu międzykontynentalnego. Jeżeli jednak przyjrzeć się pokrótce fabule, o której napiszę nieco więcej poniżej, sam pobyt w Australii mógł być dla Jo równie wyczerpujący, jak dla stworzonego przez niego bohatera. Niepokojąca jest jego znajomość różnego rodzaju barów i spelunek, a także alkoholowych wizji, które spowijają umysł norweskiego detektywa. Oczywiście nie musi się to w żaden sposób przekładać na doświadczenia samego pisarza, jednak realizm, z jakim pisze o tej tematyce, w zestawieniu z nienajlepszą kondycją psychiczną, z jaką wyjechał z Norwegii, daje nieco do myślenia.

    Powieść musiała powstać dość szybko, nie jest z resztą przesadnie długa. Kryminalny śwatek Skandynawii nie znał jeszcze wówczas Stiega Larssona i jego opasłych tomów Millennium. Kryminały były  nieco bardziej zwięzłe. Manuskrypt Nesbø trafił na biurko jednego z redaktorów w wydawnictwie Aschehoug. Tyle tylko, że podpisany był pseudonimem Kim Erik Locker, a jego tytuł brzmiał Terra Nullis, czyli Ziemia niczyja.

    Jak się później okazało, Nesbø nie chciał, żeby jego muzyczna sława wpłynęła na decyzję o wydaniu lub odrzuceniu manuskryptu. Kiedy jednak otrzymał potwierdzenie chęci wydania książki i w siedzibie wydawcy powiedział jak się naprawdę nazywa, zapanowała konsternacja. Nikt nie miał pojęcia kim jest Jo Nesbø. Nazwa zespołu również niewiele pomogła, choć jeden z pracowników był nawet w stanie zanucić któryś z przebojów grupy. Choć dla ego muzyka był to zimny prysznic, to jednak dzięki temu zdecydował się  na wydanie książki pod własnym nazwiskiem. Wydawca zaproponował również zmianę tytułu.

    To ma być skandynawski kryminał?

    Gdy powieść się rozpoczyna, jest styczeń. W Norwegii to miesiąc kojarzący się głównie ze śniegiem i z ciemnością. Idealny dla kryminalnej scenerii. Jednak od pierwszych wersów Człowieka nietoperza czytelnik może mieć lekki dysonans poznawczy. Coś się tu nie zgadza. Bohater ląduje w Sydney? I właśnie tam przez całą powieść prowadzi śledztwo? To ma być skandynawski kryminał?

    Tymczasem dla czytelników i krytyków z krajów nordyckich powieść ta okazała się odświeżającą nowością. Jeszcze w tym samym roku otrzymała ona Nagrodę Rivertona (Rivertonpriset), najbardziej prestiżowe wyróżnienie, przyznawane powieściom kryminalnym w Norwegii. Stein Riverton, to pseudonim klasyka skandynawskiego kryminału, piszącego w pierwszej połowie XX wieku. W Polsce jego książki wydawane są pod prawdziwym nazwiskiem: Sven Elvestad. Mimo wielu kontrowersji, związanych z tą postacią, nagroda jego imienia to gwarancja wysokiej klasy kryminału. Na dziś Nesbø ma już w kolekcji trzy takie nagrody, z czego jedną przyznano mu jako honorową, za całokształt twórczości (w 2016 roku). Tymczasem jego debiut spotkał się dzięki Nagrodzie Rivertona z dobrym przyjęciem właściwie na całym świecie.

    Dowodem tej popularności może być druga nagroda, przyznana Człowiekowi nietoperzowi. Mowa tu mianowicie o Szklanym Kluczu (Glassnøkkelen), wyróżnieniu nawiązującym nazwą do klasycznej powieści Dashiella Hammetta. Nagrodę tę przyznaje Skandynawskie Towarzystwo Kryminalne(Skandinaviska Kriminalsällskapet), mające swoją siedzibę w Danii. Otrzymuje ją najlepsza w danym roku powieść, wydana w krajach nordyckich. Warto zauważyć, że z książką Nesbø konkurowały m.in. Nie oglądaj się Karin Fossum, Fałszywy trop Henninga Mankella i Komisarz i cisza Håkana Nessera. Niewątpliwie było więc spośród czego wybierać.

    Jo Nesbo, fot: Trond H. Trosdahl

    Mimo zmienionej scenografii, skandynawscy czytelnicy rozpoznali swojaka. Literacki debiut Nesbø ma bowiem w sobie wszystkie cechy, które sprawiają, że skandynawski kryminał jest traktowany przez wielu niemal jak osobny podgatunek tego rodzaju literatury. Mamy tu do czynienia z doskonale skonstruowanym bohaterem, który ma swoje jasne i ciemne strony, a na dodatek w krytyczny sposób spogląda na problemy społeczne, które stawia przed nim rzeczywistość. W przypadku Człowieka nietoperza takich tematów jest kilka – od kwestii etnicznych, związanych z dyskryminacją rdzennych ludów Australii, poprzez tematy związane z orientacją seksualną, po antropologiczne ujęcie tematu starcia zupełnie innych wartości i sposobów myślenia. Ta ostania kwestia wydaje się najważniejsza, jeżeli chcemy rzeczywiście wydobyć z tej powieści to, co w niej najlepsze.

    Jak czytamy Nietoperza w Polsce?

    Człowiek nietoperz to powieść, która jest w Polsce bardzo niedoceniona. Spora w tym zasługa pecha, jakiego książka ta miała na naszym rynku, właściwie od samego początku. Pierwsze wydanie, które mało kto już pamięta, ukazało się nakładem wydawnictwa Pol-Nordica, w styczniu 2005 roku. Był to czas, kiedy nikt jeszcze u nas nie słyszał o Stiegu Larssonie, a powieści Henninga Mankella specjaliści od „prawdziwej luteratury” pożyczali sobie obłożone w gazetę. Chodziło o to, żeby by było widać autora i tytułu, bo przecież nie wypada czytać kryminału, a jednak przecież ten Szwed po prostu świetnie pisze…

    Mniej więcej w tym samym czasie na hasło „skandynawski kryminał” reagowano w Polsce z pobłażliwym uśmiechem. Niekiedy pytano o to, czy to coś takiego, jak „spaghetti western”, innym zaś razem można było usłyszeć o tym, że przecież skandynawskie raje (to nie literówka!), to miejsca, gdzie policja zajmuje się głownie ściąganiem kotów z drzewa.

    Powieści Nesbø wróciły do polskich czytelników już na fali skandynawskiego boomu, zapoczątkowanego na świecie przez Millennium. Norweg zajął wówczas miejsce na półkach m.in. obok docenionych wreszcie przez masowych odbiorców powieści Henninga Mankella i Lizy Marklund, których początki w Polsce były podobnie trudne. Jednak Wydawnictwo Dolnośląskie zaczęło wówczas wydawanie książek o Harrym Hole od Czerwonego gardła (Rødstrupe), trzeciego tomu serii, będącej jednocześnie początkiem tzw. Trylogii z Oslo, wewnętrznej mini-serii w cyklu o Harrym. Człowiek nietoperz pojawił się ponownie dopiero w 2012 roku, kiedy to powieści z serii Nesbø były już w Polsce dobrze kojarzone. Dla stałych czytelników skandynawskich kryminałów umieszczenie akcji w Australii mogło być poczytane niemal za zdradę… Dodatkowo wydawca umieścił na okładce kuriozalne nieco hasło, zaczerpnięte z amerykańskiego „The Independent”: Następca Stiega Larssona. Komu to było potrzebne? Nie wiadomo.

    Szlachetnym wyjątkiem w polskiej recepcji Człowieka nietoperza jest ujęcie, jakie prezentuje w swojej książce Mariusz Czubaj. Popularny polski autor kryminałów, oprócz tego że jest literatem, zajmuje się również naukowo antropologią kultury. Jego książka Etnolog w Mieście Grzechu, zawiera sporo pochwał pod adresem Nesbø, a w szczególności jego literackiego debiutu. Dla tytułowego Etnologa, badającego powieści kryminalne jako antropologiczne case studies, opowieść o starciu kultur to okaz niezwykły, trudny do przecenienia.

    To właśnie Czubaj zwraca uwagę na to, że Harry przybywa do Australii obciążony typowymi dla Europejczyka stereotypami, konkretnym sposobem myślenia i horyzontem oczekiwań, w którym pobrzmiewają echa kolonialnej przeszłości. Aby rozwiązać kryminalną zagadkę, norweski policjant (a wraz z nim podążający jego tropem czytelnik) musi przestawić swój sposób myślenia na inne tory. To proces, który wiedzie bohatera do dramatycznego finału powieści. Dla czytelnika jest to wprawdzie mniej traumatyczne przeżycie, ale i tak można z tej powieści wyciągnąć sporo mocnych wrażeń. Wystarczy tylko przygotować się na coś trochę innego, niż zwykły skandynawski kryminał. To raczej coś więcej.

    Kolejny odcinek Syndromu sztokholmskiego pojawi się na początku września i będzie rezultatem poszukiwań nowości po księgarniach w Stolicy Skandynawii.

    Rafał Chojnacki, deckare.pl 

  • „Związek z Rudolfem Heinzem uważam za udany”

    Nic nie trwa wiecznie, wszystko się kiedyś kończy, każda seria ma swój kres, itd. Te zwroty słyszeliście pewnie w swoim życiu wiele razy, ale jednak łezka się w oku kręci, gdy uświadomimy sobie, że naprawdę pewna era dobiega końca. Mariusz Czubaj postanowił zakończyć cykl z Rudolfem Heinzem w roli głównej. Czy będziemy tęsknić? Oczywista oczywistość. Czy „Cios kończący” naprawdę wszystko kończy? Co robi profiler w ostatniej części swoich przygód i jak ona się w ogóle kończy? O tym wszystkim rozmawiam z Mariuszem Czubajem w pięknych okolicznościach przyrody, czyli między świętochłowickimi familokami, bo tam również Heinz się zapuszcza.

  • Dzień dobry, przepraszam, czy mogę Panią zabić? Felieton Wojciecha Chmielarza

    Co się takiego stało z polskim kryminałem, że z gatunku, który mocował się z polską historią i teraźniejszością, zmienił się w twór, który tonie w krwi, flakach i spermie?

    No to czytam sobie „Osiedle RZNiW” Remigiusza Mroza. Raz, że hit lata i jako autor muszę wiedzieć, co ludzie czytają, dwa, że co jakiś czas jednak daję temu autorowi szansę. Sama książka mnie zawiodła, ale nie zamierzam się nad nią znęcać. W swoim czasie zrecenzowali ją znakomicie Jakub Ćwiek i Wojciech Mucha. Nie ma sensu, żebym powtarzał ich argumenty. Poruszyło mnie w tej powieści jednak coś innego. W pewnym momencie, ni z tego i owego, dostajemy w ryj sceną jak z najgorszego przemocowego porno. Jest gwałt, jest dwóch sprawców, jest kazirodztwo, jest sala tortur, jest całe anatomiczne słownictwo. Ruszyło mnie to. Ruszyło mnie to przede wszystkim dlatego, że to kolejny dowód na to, że polski kryminał staje się z roku na rok coraz bardziej brutalny. I to brutalny w ten najgłupszy i najbardziej obrzydliwy z możliwych sposobów.

    Dobra. Wiem, że narzekania na to, że kryminały są „zbyt brutalne” w ustach (pod klawiaturą?) autora kryminałów, co więcej, autora, który w zeszłym roku wydał „Ranę”, brzmią dziwacznie, ale dajcie mi szansę się wytłumaczyć.

    www.unsplash.com/Alison Courtney

    Zacznijmy od tezy, że kryminały opowiadają o zbrodnie i złu, a więc muszą być brutalne. Trochę tak, trochę nie. Jestem świeżo po lekturze „Punktów zbieżnych” Micheala Connelly’ego. To kolejna część przygód detektywa Harry’ego Boscha. Tym razem Bosch musi odnaleźć sprawcę niewiarygodnie okrutnego zabójstwa. Ktoś w środku nocy włamał się do domu, zgwałcił przebywającą tam kobietę, a potem ją zamordował. Ale dowiadujemy się o tym wszystkim z rozmów bohaterów. Co więcej, ta informacja zostaje nam podana bardzo suchym, policyjnym językiem. Mniej więcej w takim sposób, w jaki ja to Państwu opisałem. Dlaczego w ten sposób? Dlaczego Connelly nie zafundował nam, na samym początku książki, szczegółowego opisu tego zdarzenia tak, jakby zrobiło to co najmniej kilku polskich autorów? No cóż… Moja robocza hipoteza jest taka, że wiedział, że nie musi. Zdawał sobie sprawę, że siła jego powieści tkwi w ciekawie skonstruowanej zagadce, interesującym bohaterze i dobrze poprowadzonej fabule. Potrzebował pokazać nam, że zabójca jest groźny i bezwzględny. Osiągnął swój cel. Bardziej szczegółowy opis byłby tylko próbą szokowania czytelnika tylko po to, żeby go zszokować.

    Bo nie chodzi mi o to, żeby nagle kryminały robiły się grzeczne i milutkie, a mordercy zwracali się do ofiar „dzień dobry, przepraszam, czy mogę panią zabić?”. Jednak należy pamiętać, że brutalność w kryminałach powinna do czegoś służyć. Weźmy chociaż za przykład „Gniew” Zygmunta Miłoszewskiego. Powieść, która skupia się na problemie przemocy domowej. I w której znajduje się sporo mocnych scen. Ale one są tej powieści bezwzględnie konieczne, bo pokazują to codzienne, ukryte, rodzinne okrucieństwo. Bez nich ta książka byłaby niekompletna. (to samo próbowałem nota bene osiągnąć w „Ranie”. Być może mi się nie udało, jeśli tak, to przepraszam. Ale nigdy moim celem nie było szokowanie, dla szokowania). I tutaj jest mój kolejny zarzut do „Osiedla RZNiW”. Wątek, o którym wspominałem na początku, jest po prostu niepotrzebny. Książka doskonale poradziłaby sobie bez niego. Co najśmieszniejsze, zupełnie nie pasuje on do reszty fabuły. A przy tym wszystkim, Miłoszewski jest dla swoich bohaterek, łagodniejszy niż Mróz. Ale pomimo tego, to jego sceny są bardziej poruszające.

    Bo ta brutalność, o której piszę, to szokowanie czytelników opisami kolejnych gwałtów i okrucieństw, po prostu nie działa. Pisałem, że scena gwałtu na „Osiedlu RZNiW” mną poruszyła. Ale poruszyła dlatego, że zobaczyłem, że najpopularniejszy pisarz w kraju postanowił dołączyć do tego idiotycznego festiwalu porno-przemocy. Czy zrobiło mi się niedobrze? Tak. Ale na takiej samej zasadzie, na jakiej robi się człowiekowi niedobrze, kiedy widzi rozmazaną kupę na chodniku. Obrzydliwe, ale co z tego? Chcecie Państwo poznać sceny, wątki, które naprawdę mną poruszyły? W „Gniewie” Miłoszewskiego jest rozdział, gdzie mamy opisany z perspektywy czteroletniego chłopca moment, kiedy odnajduje zabitą matkę. Niesamowity i bolesny obraz. Ale samo zabójstwo zostało popełnione wcześniej. Teraz czytamy tylko o leżącym bez ruchu ciele. Albo „Pan Mercedes” Stephena Kinga, gdzie przez pół książki drżałem z obaw o psa jednego z bohaterów, którego chciał zabić tytułowy zbrodniarz. Naprawdę wbiło mi się to do łba. A żeby było najśmieszniej – finalnie temu cholernemu psu nie spadł nawet jeden włos z ogona. Albo weźmy reportaże Przemysława Semczuka, który opisuje sprawy najgroźniejszych polskich seryjnych zabójców. Te książki są przerażające, chociaż o samych zbrodniach opowiada po prostu lakonicznie. Ale znowu, bardziej mnie one poruszają, niż te żałosne opisy seks lochów prosto z katalogu BDSM.

    www.unsplash.com/David von Diemar

    BO ZŁO TAK NIE WYGLĄDA!

    Ten zwrot ku brutalności martwi mnie także dlatego, że świadczy o pewnym braku empatii. Jakby autorzy naprawdę nie rozumieli, co właśnie opisali. Bohaterowie, bohaterki co prawda deklarują, że są wstrząśnięci, przerażeni, ale zachowują się tak, jakby zupełnie nic się nie stało. Ale co najgorsze, i tutaj dochodzimy do naprawdę przerażającej puenty – najwyraźniej to wszystko absolutnie nie przeszkadza czytelnikom.

    Jakiś czas temu przeczytałem powieść, której tytułu nie chcę podawać. Idiotyczna fabuła, idiotyczni bohaterowie, a do tego zawartość wypełniona morderstwami, gwałtami i przemocą. Ocena na lubimyczytac.pl? 8 na 10. Znakomita „Topiel” Jakuba Ćwieka? 7,1 na 10. Świetna „Wiara” Anny Kańtoch? 7,4 na 10. „Gniew” Miłoszewskiego? 7,7. „Około Północy” Mariusza Czubaja, jeden z najlepszych kryminałów zeszłego roku – marne 6,3.

    Mogę sobie narzekać na tę bezsensowną przemoc. Mogę kręcić głową. Mogę opowiadać, że te wszystkie sceny nie mają żadnego sensu i uzasadnienia fabularnego. „Osiedle RZNiW” było bestsellerem mijającego lata. Najbardziej obrzydliwa książka, jaką czytałem w swoim życiu, na lubimyczytac.pl ma wyższe oceny niż powieści Zygmunta Miłoszewskiego. Smutna rzeczywistość jest taka, że najwyraźniej czytelnicy chcą się taplać w krwi, flakach i spermie. I okej. Nie ma co się obrażać na rzeczywistość. Jest jak jest. Ale dobrych książek z tego nie będzie.

    Wojciech Chmielarz

  • Wybrałem Śląsk, bo Zygmunt Miłoszewski zajął mi Warszawę

    Jest tutaj pewien paradoks, bo rozmowa przeleżała na dysku jakieś trzy miesiące, ale mimo to, nie straciła nic na aktualności. Przy Centrum Olimpijskim w Warszawie spotkaliśmy się nie przez przypadek, bo przecież tam Rudolf Heinz rozpoczął swoje pierwsze śledztwo. Było to w 2008 roku. Dwanaście lat później Mariusz Czubaj opowiada o tym, czy stawiając ostatnią kropkę w „Ciosie kończącym” się wzruszył, czy zatęskni za swoim bohaterem, a wreszcie o tym, dlaczego stał się Gustawem Morcinkiem kryminału. Kto był pierwowzorem Rudolfa? W oczekiwaniu na ostatnią część jego przygód zobaczcie rozmowę twórcą jednej z najbarwniejszych postaci w polskim kryminale.

  • Czubaj i Ostaszewski mordują w Świętochłowicach!

    Mam wrażenie, że Śląsk i okolice stają się coraz bardziej atrakcyjne dla piszących kryminały. Co ciekawe, większość twórców mieszka poza regionem, ale jednak ciągnie ich do stolicy Górnego Śląska, a także zapuszczają się do Zagłębia. Kolejnym miastem odkrytym przez pisarza z zewnątrz są Świętochłowice, które odegrają całkiem dużą rolę w „Ukochaj na śmierć” – kryminale Roberta Ostaszewskiego. Pojawią się garaże przy ulicy granitowej, stacja PKP, będą też rekonstrukcje historyczne…Premiera zaplanowana jest na czerwiec, a to jeszcze nie wszystko, bo Świętochłowice pojawią się w tym roku w jeszcze jednym kryminale – tym razem będą to Lipiny oraz pewne podwórko między familokami w centrum miasta. U kogo? U Mariusza Czubaja, który jako pierwszy odkrył kryminalny Śląsk dla reszty Polski. Tytuł ostatniej książki z Rudolfem Heinzem to „Cios kończący”. Jak tak dalej pójdzie, to Świętochłowice staną się światową stolicą kryminału 😉

  • Pierwsza jedenastka, czyli najlepsze książki 2019 roku

    Ktoś mądry powiedział kiedyś, że nie ma obiektywnego dziennikarstwa, bo każdy filtruje przez siebie to, w czym uczestniczy, co obserwuje, jaką lekturę czyta. A ten filtr to nasze doświadczenia, przeżycia, światopogląd. Podobnie jest z tym rankingiem – jest subiektywny, ale uczciwy. Przy jego tworzeniu nie brałem pod uwagę tego, jak mi się pije z kimś kawę, albo czy opowiada fajne dowcipy. W tym zestawieniu znalazło się jedenaście książek, który chodziły ze mną zarówno w trakcie czytania, jak i długo po jego zakończeniu. Książek, które prowokowały mnie do zadawania pytań, do myślenia, a także odłożyły się głowie na bardzo długo. Czas zweryfikuje, ile z nich zostanie tam na zawsze – mam wrażenie, że znakomita większość. Od razu odpowiem na pytanie, które pewnie pojawi się w komentarzach. Dlaczego w rankingu jest tylko jedna kobieta? Polecę klasykiem z polskiego filmu: „też chciałbym to wiedzieć, Stefan”. Gdy przejrzałem wszystkie książki, które przeczytałem w tym roku, to okazało się, że wydawcy w 90% współpracują ze mną przy tytułach napisanych przez facetów, co ma oczywiście odzwierciedlenie poniżej. Dobra, nie zanudzam, łapcie moje TOP11 kończącego się roku. Aha, jeszcze jedno – kolejność jest zupełnie przypadkowa, więc się nią nie sugerujcie, traktujcie ten ranking jako całość. I już zupełnie na koniec, jeśli klikniecie w okładkę, przeniesiecie się empik.com, gdzie będziecie mogli przeczytać więcej o książce, a także ją kupić. 

  • „To jest dobry moment żeby rozstać się z Rudolfem Heinzem”

    Jeśli jesteście fanami Rudolfa Heinza, to mam dla Was dwie wiadomości. Jak się domyślacie, jedna jest dobra, ale ta druga jest jednak bardzo zła. W kwestii tej pierwszej, to „Cios kończący” ukaże się wiosną. Akcja będzie toczyła się na przełomie 2015 i 2016 roku na terenie Śląska i Warszawy. Jeśli chodzi o drugą wiadomość, to ja tego nie napiszę, żeby się nie narażać, ale powie Wam to Mariusz Czubaj. Będzie też trochę o jeszcze następnej książce, która na razie jest tylko w głowie autora.

  • Smakksiazki.pl nadaje! #Podcast, a w nim: Puzyńska, Czubaj, Chmielarz

    Trzeci odcinek podcastu, a w nim prawdziwe cuda! Katarzyna Puzyńska opowiada, dlaczego stara się nie czytać internetowych komentarzy, Mariusz Czubaj mówi o ostatniej książce z Rudolfem Heinzem, a Wojciech Chmielarz cieszy się, że nastał lepszy czas dla polskiego kryminału.

    To oczywiście nie wszystko, bo porozmawialiśmy też o dwudziestu latach na polskiej scenie pisarskiej Marka Krajewskiego, z którym Mariusz Czubaj grywa(ł) w szachy, wagonie ciszy w pendolino, „Pokrzyku”, czyli najnowszej książce Katarzyny Puzyńskiej oraz ekranizacji „Żmijowiska”. Smacznego słuchania!