Tag: policja
-
„Folwark komendanta”, czyli patologie w polskiej policji
Możecie uznać, że autor przesadza, koloryzuje, bo przecież jak to? W policji takie rzeczy? Ci, którzy na co dzień strzegą naszego bezpieczeństwa mają odstawiać takie cyrki? Może jeszcze piją i psychicznie wykańczają podwładnych, co? Że samobójstwa stróżów prawa? A są na to jakieś statystyki, badał to kto? Powiedzieć, to sobie każdy może.
Norbert Kościesza przyznaje, że 90% policjantów jest tymi dobrymi. Problemem jest pozostałe 10%. W „Folwarku komendanta” przeczytacie o kulisach szkolenia przyszłych mundurowych w Szczytnie. Dowiecie się też, czy „plecaki”, czyli ludzie, którzy dostali się do szkoły tylko dlatego, że mają wysoko postawionych rodziców, wujków, znajomych, mają łatwe życie. Zagłębicie się w tragiczne historie ludzi, którzy munduru nie udźwignęli psychicznie. Przeczytacie o wszystkim tym, czego nie ma w gazetach, telewizjach, stacjach radiowych. Kim jest dwukropek? Kim szaszłyk? O tym opowie Wam były pies. Już bez kagańca i smyczy.
Zanim kupicie książkę, zapraszam Was na przejażdżkę bo Białymstoku. Mieście, w którym służbę zakończył Norbert Kościesza.
-
Krótka historia spotkania, do którego nie doszło
Na wstępie dziękuję, że smakksiazki wyraził zgodę na publikację tego tekstu na swoich łamach.
Teoretycznie na stronie z oświadczeniem znajduje się propozycja umieszczenia tam polemiki, ale myślę sobie, że kwestia może zainteresować szersze grono czytelników, stąd uznałem, że wskazane jest wyjście poza stronę Stowarzyszenia.
Zanim przeczytacie Państwo tekst w załączniku, kilka słów wprowadzenia. Gdy okazało się, że wydana zostanie książka „Bezpański”, Stowarzyszenie Komendantów Policji Polskiej wyraziło chęć zorganizowania spotkania autorskiego z Adamem Bigajem i ze mną w miejscu spotkań Stowarzyszenia. Termin wyznaczono na 21 albo 22 listopada (nie pamiętam teraz dokładnie) i odwołano na blisko tydzień przed planowaną datą, bez podania przyczyn. Oficjalne wyjaśnienie pojawiło się na stronie Stowarzyszenia cztery dni po zaplanowanej dacie spotkania i około dziesięciu dni po odwołaniu wydarzenia. My, to znaczy Adam i ja, dowiedzieliśmy się o nim przedwczoraj. Tyle kontekstu.
Teraz przejdźmy do samego oświadczenia. Szczerze zachęcam, by uprzednio zapoznać się z nim, by jasne było, do czego się odnoszę (klik, klik).
A zatem:
Szanowny Zarządzie Stowarzyszenia Komendantów Policji Polskiej!
Zacznę od tego, że dziękuję za oświadczenie. Do milczenia trudno się odnosić, teraz przynajmniej poznałem Państwa motywacje. A co wydaje mi się najważniejsze, do oświadczenia można się odnieść. Zacznę zatem od pytania.
Piszą Państwo: „Zarząd Stowarzyszenia Komendantów Policji Polskiej zapoznał się: […]
– z opiniami swoich członków, a w tym uczestników wydarzeń opisywanych w powyższej publikacji oraz uczestników tych wydarzeń spoza kręgu Stowarzyszenia;”
I szczerze mówiąc nie wiem, co to właściwie znaczy i jaką ma wagę. Przez strony „Bezpańskiego” przewija się bardzo dużo osób – z iloma z nich Zarząd rozmawiał?
Dlaczego zamiast konfrontacji umożliwiającej zweryfikowanie wydarzeń, niemal bez słowa wycofano się ze spotkania? Czy mamy do czynienia z cenzurą w ramach ZSKPP?

Adam Bigaj i Jakub Ćwiek, fot: smakksiazki.pl Przejdźmy dalej:
„w świetle jednoznacznie negatywnego odbioru pokazywania w książce osób i wydarzeń oraz wygłaszanych w niej opinii, oświadcza, że nie widzi żadnej możliwości odbycia pod patronatem Stowarzyszenia spotkania autorskiego i zorganizowania promocji publikacji.”
O czyim jednoznacznie negatywnym odbiorze mówimy? Nie chcę tu odpowiadać w imieniu Adama Bigaja, ale osobiście przyszło mi spotkać przynajmniej kilkunastu bohaterów książki, – są do znalezienia na zdjęciach chociażby ze spotkania autorskiego we wrocławskim Empiku – ich opinia o książce jest bardzo pozytywna.
Skąd więc ta drastyczna rozbieżność? Czyżby tak starannie dobrano grupę focusową, by odpowiedź pasowała pod tezę? Bo jeżeli tak, jesteśmy już w tym miejscu dość blisko próby manipulowania narzędziami statystycznymi, co jak Państwu wiadomo, – zapoznaliście się wszak z treścią „Bezpańskiego” – jest jednym z głównych zarzutów wobec formacji, jakie padają w książce. Przy okazji pozwolę sobie nadmienić, że nikt o Państwa patronat specjalnie nie zabiegał, inicjatywa spotkania wynikła z luźnej rozmowy Adama Bigaja z przedstawicielami Stowarzyszenia na temat książki i miało być tym właśnie – spotkaniem z policjantami z Wrocławia. Spotkanie promujące książkę odbyło się dnia 15.11.2018 w Empiku Renoma.
Odwołane spotkanie byłoby wręcz doskonałą okazją do konfrontacji, porozmawiania z autorami, zgłoszenia ewentualnych przekłamań. Bierzemy odpowiedzialność za to, co napisaliśmy i chcemy o tym rozmawiać.
Przejdźmy dalej do kolejnego cytatu:
„Zarząd Stowarzyszenia zauważa, że pod pozorami szczerych wypowiedzi i głoszenia prawdy o służbie na straży porządku i bezpieczeństwa publicznego, realizowane są w książce także osobiste porachunki z racji rzeczywistych bądź urojonych krzywd oraz opinie o charakterze paszkwilanckim.”

fot: smakksiazki.pl A tu najwyraźniej wkradła się Państwu literówka, którą spieszę skorygować. Zarząd nie tyle „zauważa”, co „uważa”, bo tego, co rzekomo zauważono w tekście zwyczajnie nie ma. Tym bardziej nic nie jest ukrywane pod jakimikolwiek pozorami.
Forma książki określona jest jasno. Nie powinien dziwić charakter osobisty wypowiedzi w niej zawarty. To wspomnienia konkretnej osoby, odnoszące się do pracy, jaką rzeczona osoba wykonywała przez przeszło trzy dekady. Publikacja zawiera tak myśli, jak i opinie wyciągnięte na podstawie doświadczeń oraz wspomnień z tych doświadczeń Adama Bigaja, przetworzone przeze mnie na język literacki.
Uważam, że właśnie spotkanie byłoby najlepszą okazją do skonfrontowania tej opinii.
Idźmy dalej.
” Zarząd Stowarzyszenia solidaryzuje się z osobami lub ich bliskimi dotkniętymi zafałszowanym obrazem rzeczywistości.”
Czyli jest coś, co nas łączy. To ważne, by solidaryzować się z ofiarami przekłamań. Jak się to jednak ma do naszej książki? Bo nie widzę związku.
” Wyraża także dezaprobatę dla uprawiania w prezentowanej formule „literatury faktu” oraz dla tego typu manipulacji, które są z łatwością możliwe do dokonywania, jako trudne do weryfikacji właśnie faktów, ze względu głównie na znaczny upływ czasu.”
Właśnie dlatego, szanowni Państwo, podtytuł książki brzmi „Ballada o…”, a publikacja w żadnych materiałach prasowych nie jest określana mianem reportażu.
Nie wiem, w jaki sposób ostatnia część oświadczenia dotycząca swobody wypowiedzi ma się odnosić do nas i naszej publikacji napisanej uczciwie i w dobrej intencji, ale na wszelki wypadek napiszę też coś mądrego, co dla odmiany będzie pasowało do tematu. Słowa te w formacji od niedawna starannie zdeubekizowanej powinny być doskonale znane, czuję się więc zwolniony z obowiązku przytaczania tytułu dzieła:
„Jeśli źle powiedziałem, daj świadectwo o złu, a jeśli dobrze, dlaczego mnie bijesz?”
Z wyrazami szacunku
Jakub Ćwiek
Współautor książki „Bezpański. Ballada o byłym gliniarzu”
-
„Z tą książka jest jak u Chandlera. W jej powstanie zamieszane są piękne kobiety”
Wczoraj wrzucałem okładkę, a dziś kilka słów od autora, a właściwie, współautora książki „Bezpański. Ballada o byłym gliniarzu”. Jak doszło do współpracy z byłym policjantem z Wrocławia, czego Ćwiek nie może wybaczyć Szczepanowi Twardochowi oraz jakie opowieści kryją się w książce? Przeczytajcie.
Jak splotły się losy Jakuba Ćwieka i „Księciunia”, czyli Adama Bigaja, współautora i jednocześnie głównego bohatera książki „Bezpański. Ballada o byłym gliniarzu”?
Historia dowodzi, że zawsze najlepiej działa, gdy takie sprawy zostawia się w lekkim niedomówieniu, tworząc działającą na wyobraźnię aurę tajemniczości. Powiem więc tylko, że trochę jak u Chandlera, którego uwielbiam, zamieszane w sprawę były piękne kobiety, ważną rolę odegrało miasto i szereg rozmów odbytych w półmroku.
Dlaczego „Księciunio” zdecydował się w ogóle opowiedzieć swoją historię i co Cię w niej nakręciło?
Pierwsza część pytania raczej nie do mnie, ale z własnego doświadczenia wiem, że historie, zwłaszcza te wzbudzające w nas prawdziwe emocje, trudno zachować wyłącznie dla siebie. One wręcz w nas kipią. Jeszcze trudniej być całe życie w środku czegoś, widzieć jakie to jest naprawdę i jednocześnie słuchać farmazonów ludzi, którzy podejmują temat, nie mając o tym pojęcia. To frustruje i czasem ta frustracja, jeśli ją dobrze ukierunkować, może być paliwem pod świetną książkę.
Co do mnie, najpierw długo słyszałem pojedyncze anegdoty pana Adama i przyjmowałem je tak, jak zostały podane – jako opowiastki ze służby. Z czasem jednak, gdy tych historii było więcej, pewne wydarzenia w nich zaczynały się łączyć, poszedłem, jak zwykle przy powieściach, za chronologią wydarzeń i ścieżką rozwoju bohatera. Chciałem zobaczyć jak pan Adam zmieniał się na przestrzeni lat. Jak zmienia się jego podejście do obowiązków, służby. No i nie ukrywam, zależało mi na tym, by te wszystkie anegdoty, czasem zabawne, czasem mrożące krew w życiach jakoś opakować i dać światu. Są zbyt dobre, by ich żywot skończył się na alkoholowych pogaduchach byłych policjantów gdzieś w puszczy.Czego czytelnicy mogą się spodziewać po Waszej książce? Przyznasz, że wchodzisz w takie rejony, z których Twoi fani Cię nie znają.
Czego mogą się spodziewać czytelnicy? Uczciwie napisanej książki policyjnej. Rzeczywiście nie pisałem wcześniej niczego takiego, nigdy też nie miałem tak uporządkowanego i konkretnego materiału źródłowego, ale metodę pracy przyjąłem taką samą jak przy innych publikacjach: cokolwiek piszesz, filtruj przez siebie. Dlatego ta książka nie przyjmuje formy wywiadu rzeki – uważam, że to nie jest forma właściwa dla pisarza. Dziennikarz? Rozumiem, ale nie pisarz. Uważam, że pisarskim zadaniem jest wniknąć w głowę rozmówcy, poczuć się jak w grze komputerowej z perspektywą pierwszej osoby. Przejść ją etap po etapie i opisać wrażenia jak swoje, w narracji pierwszoosobowej. Pamiętam, że miałem wielki żal do Szczepana Twardocha, że będąc pisarzem tej klasy, człowiekiem z tak niebywałym talentem, kogoś takiego jak Mamed Khalidow „zbył” wywiadem rzeką. Cóż to mogła być za książka!
Czy możesz zdradzić jedną historię, która znajdzie się w książce?
Opowiadanie tych historyjek na wyrywki to przywilej pana Adama, moim zadaniem było je właśnie połączyć, stąd serwowanie wyimków to jakby wyrywanie się przed szereg. Powiem jednak, że zwłaszcza w dzisiejszych czasach, w dobie poważnych zarzutów, teczek, powszechnej dezubekizacji każdego w mundurze etc. dość ciekawie czyta się o tym jakie faktycznie były relacje między SB, milicją a kościołem. Opracowując te kawałki czułem się czasami jakbym redagował książkę o proboszczu Don Camillo. Czy też, by być bliżej dzisiejszego odbiorcy, jakbym tworzył spin off serialu „Ranczo”. No bo trudno się nie roześmiać, gdy czyta się o tym, jak to księża wiedząc kto na mszy jest podstawiony, specjalnie nasączali na funkcjonariuszy kropidła, by przemoczyć ich do suchej nitki, a zawodzący któregoś razu głos potępionej duszy w środku kościoła okazał się niczym innym jak zwarciem potraktowanego święconą wodą ukrytego magnetofonu.

Wrocław, fot: www.unsplash.com/ Mateusz Gzik Rzecz ukaże się w Wydawnictwie Marginesy, czy to znak, że opuszczasz SQN, a może jest to chwilowy romans?
Nieodmiennie bawi mnie stosowanie względem współpracy z wydawcami nomenklatury właściwej dla związków, relacji o charakterze romantycznym. Jest w tym jakieś takie tabloidowe szukanie skandaliku, które na tym poziomie mam za uroczo-zabawne. Odpowiadając jednak na pytanie – moja współpraca z wydawnictwem SQN układa się bardzo dobrze. Wydani niedawno „Stróże” radzą sobie świetnie, na jesień szykujemy wspólnie nowe, poprawione wydanie Kłamcy, kolejne publikacje w planach. Tak jednak jak uważam, że należy tworzyć opowieść w pasującym do niej medium, tak jestem za tym, by, gdy już gotowy produkt powstanie, słać go tam, gdzie poczują go najlepiej. „Bezpański” – jako historia gliniarza, pasował mi szczególnie do Marginesów. To w końcu tam Wojtek Chmielarz publikuje opowieści o Mortce – uczciwie napisane powieści policyjne.
-
Proces (prze/od) twórczy, lipcowy felieton Jakuba Ćwieka
Tym razem, inaczej niż zwykle, Adam wskazał mi temat, sugerując, bym zostawił szersze konteksty i napisał o nowej książce, nad którą pracowałem i która niebawem ukaże się nakładem wydawnictwa Marginesy. Przyznaję, że podszedłem do zadania dość nieufnie, bo nie widziałem w tym, co akurat robię, materiału na felieton. Nie zrozumcie mnie źle, uważam, że książka będzie ciekawa, ale treści szykowanej publikacji zdradzać specjalnie nie będę, a skoro nie, to opowiadać w felietonie o klepaniu w klawisze? No, niepoważne. W którymś momencie doszedłem jednak do wniosku, że chyba jest coś, o czym chciałbym napisać. Mogę się mianowicie podzielić pewną dziwną impresją, wrażeniem, które towarzyszyło mi przy pisaniu.
Zwykle w ciągu dnia mam poważniej do czynienia z trzema książkami: jedną czytam, gdy mam chwilę wytchnienia, drugiej słucham gdy prowadzę lub ćwiczę, trzecią piszę. Podczas pisania najnowszej książki, tak się złożyło, książką którą czytałem był Outsider Kinga, opowiadający – tu proszę mi wybaczyć spoiler – o istocie nadprzyrodzonej przyjmującej cudzy wygląd niczym baśniowy doppelganger. Książką słuchaną było Strange weather (wkrótce po polsku jako Dziwna pogoda) syna Kinga czyli Joe Hilla. Pierwsza z czterech nowel opowiada o dziwnym człowieku, który kradnie ludziom wspomnienia i pakuje je w zdjęciowe albumy. Obie te książki znamionuje charakterystyczny styl budowania nastrojowej niezwykłości mocno osadzonej w zwyczajnej, szarej amerykańskiej codzienności. To taka fantastyka, która stawia czytelnika na zwykłej uliczce zwykłego osiedla. A gdy będąc na niej, odetchniesz z ulgą, że przecież znasz takie miejsca i wiesz, jak tu jest, wtedy pojawia się, zwykle przerażająca, magia.
Dlaczego napisałem, że czytanie i słuchanie akurat tych książek to znamienne okoliczności? Już, choć może na okrętkę, tłumaczę.
Książka, nad którą do zeszłego tygodnia pracowałem, to opowieść prawdziwa czy też raczej zbiór prawdziwych opowieści i wspomnień jednego człowieka, które ułożone w mozaikę dają obraz nie tylko jego samego, ale i instytucji, w której pracował przeszło trzy dekady, oraz miasta, w którym się urodził i spędził zasadniczo całe życie. Na moją sugestię, ów człowiek, pan Adam, spisał wszystko, co pamięta, a potem przekazał mnie, bym napisał to na nowo.

Wrocław, fot:www.unsplash.com/Zuza Gałczyńska Trudno mi określić charakter mojej pracy, bo jeśli to praca reporterska, powinienem może opatrzyć to własnym komentarzem, szczegółowo weryfikować opowieść, a bardzo tego nie chciałem. Jeśli redakcja, to za bardzo posunięta, bo nie ingerowałem w fakty, ale dostałem wolną rękę w budowaniu tempa narracji, języka tej opowieści, sposobu przedstawiania jej prawdziwych bohaterów. Wreszcie – ghostwriter? Temu byłoby chyba najbliżej, ale póki co – jeszcze przez chwilę – to ja piszę te słowa, a bohater opowieści, człowiek, który przeżył to, co jest przedmiotem książki, pozostaje Czytelnikowi znany tylko z imienia. Więc jaki ghost?
Zastanawiałem się nad tym któregoś dnia, skończywszy pracę, pakując torbę i jadąc na siłownię. I wtedy właśnie bohater noweli Hilla zorientował się, że oto jest w jego do tej pory dość racjonalnym świecie ktoś, kto zbiera wspomnienia i umieszcza je w albumach. Może, zacząłem myśleć, jestem teraz kimś właśnie takim? I od tego momentu ta myśl pojawiała się mimowolnie, gdy kończyłem rozdział i porządkowałem historie do kolejnego. Wspomnienia, zdjęcia, album…
A potem zdałem sobie sprawę z czegoś innego. Ponieważ książka, nad którą pracuję, ma formę wspomnień, oddanie należycie wszystkiego, co zawarte jest w materiale źródłowym wymaga ode mnie utrzymania narracji pierwszoosobowej. Tak się składa, że znam swojego bohatera i zarazem współautora opowieści w świecie rzeczywistym. Nieraz z nim rozmawiałem, widziałem, jak się porusza, słyszałem, jak mówi. Na potrzeby książki musiałem go niejako zbudować na nowo, naszkicować sobie w tym świecie i takim przedstawić go czytelnikowi. A potem wpisałem w to niejako siebie, bo miałem przejąć to już zajęte, cudze JA i nim być w każdym kolejnym zdaniu. Robiłem to nieraz, ale przecież na fikcyjnych postaciach. A teraz po prostu, na potrzeby tej książki, każdego dnia stawałem się kopią prawdziwego człowieka, myślałem – po swojemu, bo pisałem każde zdanie tak, jak chciałem – ale przecież jego, nie swoimi myślami. Widziałem jego oczami rzeczy i zwracałem uwagę na szczegóły, na które sam bym przecież uwagi nie zwrócił. Stawałem się kimś na kształt Outsidera z powieści Kinga. No, szczęśliwie nie mając równie obrzydliwych co on potrzeb i charakteru.

Wrocław, fot: www.unsplash.com/ Mateusz Gzik Dwie powieści fantastyczne w tle pisania jak najbardziej realnej historii o wrocławskiej policji. Dwóch nierealnych przestępców z tych opowieści jako metafora tego, jaką rolę przyszło mi pełnić w spisywaniu losów służby doświadczonego oficera wydziału kryminalnego. Gdy to, co pisałem siłą rzeczy nie mogło uciec w niezwykłość, ta przelała się, jak w systemie naczyń połączonych, w sam proces twórczy! Czy coś z tego wróciło finalnie do książki z powrotem? Czy pisałem to potem inaczej?
Z tego wszystkiego zrodziło się jeszcze jedno pytanie: czy to już samo w sobie nie brzmi wystarczająco interesująco, by stać się zalążkiem choćby opowiadania?
Pytacie czasem, skąd się biorą pomysły: cóż, niektóre chyba ze zderzenia starych nawyków z nowymi wyzwaniami. Ale wciąż wszystkie nieodmiennie z głowy.


