Tag: Przemysław Semczuk felieton

  • „Szukając zebry” – w roli łowcy Przemysław Semczuk

    Pierwszego House’a zobaczyłem gdzieś w połowie trzeciego sezonu. Bezczelny typ urzekł mnie od pierwszego wejrzenia. Ja to gdzieś już czytałem – ta myśl przyszła mi zaraz do głowy. Ale przecież nie ma książki o Housie. Znaczy teraz już jest, wtedy nie było. Chwilę myślałem skąd znam tę postać. Zagadka nie była trudna. Kojarzycie? Przecież to Sherlock Holmes. Holmes, House. No i jest doktor Watson, w roli doktora Wilsona.

    Wszystko się zgadza, ale czy ja nie naciągam faktów? Okazuje się, że nie. Wystarczyło poszperać w sieci, by znaleźć wywiad z Davidem Shorem, producentem i pomysłodawcą serialu. Tu jednak zaczyna się nieprawdopodobna historia.

    M.D. House, pierwotnie miał być serialem dokumentalnym. Czymś w rodzaju medycznego CSI. Shore napisał treatment i poszedł z nim do telewizji FOX. Pomysł, nad którym pracował z Paulem Attanasio i Katie Jacobs, oparł o serię artykułów publikowanych w New York Timesie przez lekarkę Lisę Sanders z Yale – New – Haven – Hospital (w serialu udaje szpital Princeton Plainsboro Teaching Hospital). Sanders pisała o zagadkowych przypadkach medycznych, w slangu lekarzy nazywanych „poszukiwaniem zebry” (Chasing Zebras). O co chodzi z zebrą? O błąd atrybucji. Jeśli usłyszymy za oknem dorożkę, to pomyślimy, że ciągnie ją koń. Ale równie dobrze, zamiast konia w zaprzęgu może iść zebra. Analogicznie jeśli do lekarza przychodzi pacjent z kaszlem, to pierwszym skojarzeniem jest przeziębienie. W ośmiu przypadkach na dziesięć, właśnie tak jest. Ale dwóm pacjentom dolega coś poważniejszego. Jeden ma zapalenie płuc, a drugi raka. I tą zasadą kierują się lekarze (z pewnością nie w Polsce), najpierw szukają u pacjentów zebry. Jeśli jej nie znajdą, są pewni, że to jednak koń. Dlatego serial nosił roboczy tytuł „Chasing Zebras”.

    Tak bardzo mi się to spodobało, że umieściłem historyjkę z zebrą w mojej powieści „Tak będzie prościej”. Przynajmniej tak ocaliłem zwierze, którą w serialu zastąpił M.D.House. Producenci poczuli, że pomysł ma potencjał na coś więcej niż kolejny dokument. Zmienili tytuł, obsadzając w nim ekscentrycznego lekarza i napisali scenariusz kilku pierwszych odcinków. A potem sami zaczęli szukać zebry, znaczy aktora, tego jednego z dziesięciu.

    www.unsplash.com/Piron Guillaume

    O rolę ubiegało się wielu znanych aktorów. Casting i zdjęcia próbne zorganizowano w Stanach Zjednoczonych. Hugh Laurie był wtedy na planie „Lotu Feniksa”, który kręcono w Namibii. Agent przesłał mu faksem kilka stron scenariusza. Poprosił by zagrał scenę i wysłał film przez internet. Laurie był pewny, że to drugoplanowa rola. Bo kto mógł zrobić z takiego wariata głównego bohatera? Postać jednak mu się spodobała i postanowił nagrać filmik. Kłopot w tym, że nie miał gdzie i kiedy.

    Po całym dniu zdjęciowym poprosił operatora by małą kamerką nagrał krótką scenkę. Poszli do łazienki, bo tylko tam było spokojnie. Laurie usiadł na klozecie i przeczytał kilka razy swoją kwestię. Dobre światło było tylko przy lustrze (teraz już wiemy skąd w serialu sceny w łazience). Stanął i zagrał najlepiej jak potrafił, mówiąc z akcentem z New Jersey. Choć tym chciał nadrobić to, że był brudny, zakurzony i nieogolony. Po prostu przyszedł tak jak stał, w charakteryzacji z „Lotu Feniksa”. Miał na sobie jeansy i starą zniszczoną kurtkę.

    Hugh Laurie, oficjalny profil FB

    Gdy producenci zobaczyli tę scenę, powiedzieli – Wow! Właśnie takiego amerykańskiego aktora nam trzeba! – Hugh Laurie jest Brytyjczykiem, ale to nic. Tak to się zaczęło. Zapytacie pewnie, co z tym Holmesem? Otóż, producent David Shore jest wielkim fanem londyńskiego detektywa. Oficjalnie przyznał, że tworząc głównych bohaterów wzorował się na powieści Arthura Conana Doyle’a. Ale to nie jedyna inspiracja. Holmes grał na skrzypcach. House na fortepianie i gitarze. Holmes palił opium. House nadużywał Vicodinu. Holmes mieszkał w Londynie przy Baker Street 221B. A House przy tej samej ulicy, pod tym samym numerem tyle, że w Jersey. W pierwszym pilotażowym odcinku pacjentka Housea nazywa się Rebecca Adler. Pamiętacie Irene Adler, bohaterkę „Skandalu w Bohemii”, pierwszego opowiadania o Holmesie? W finale drugiego sezony, House zostaje postrzelony przez szaleńca. W filmie nie pada jego nazwisko, ale na tyłówce, przy nazwisku aktora pojawił się zagrany przez niego bohater – Moriarty. Wróg Serlocka Holmesa. W kilku docinkach widzimy też książki Doyle’a. House podnosi klucze i Vicodin, leżące na wydaniu przygód Holmesa. Innym razem otrzymuje książkę w prezencie na Boże Narodzenie.

    Jak widać scenarzyści świetnie się bawili, pozostawiając nam okruszki historii Sherlocka Holmesa. Tak na marginesie dodam, że to nie jedyne inspiracje do innych, tym razem prawdziwych historii i postaci. Ale o tym przy innej okazji.

    Przemysław Semczuk

     

  • „I wszystko jasne”, nieregularnik seryjnego reportażysty

    Nie będzie o książkach. No może trochę. Do kin trafił niedawno film „Ach śpij kochanie”. To już trzecia z kolei historia polskiego mordercy. I trzecia porażka naszej kinematografii.

    Pierwszy był „Czerwony pająk”, adaptacja historii Karola Kota, mordercy z Krakowa. Na film Koszałki czekaliśmy długo, bo niemal dwa lata. Tyle czasu upłynęło od rozpoczęcia zdjęć do premiery kinowej. Na projekcję poszedłem pierwszego dnia. I oniemiałem. Pod względem artystycznym to była uczta. Doskonałe zdjęcia, świetna scenografia, kostiumy, dźwięk. Naprawdę doborowa obsada i dobra gra aktorów. Wszystko było doskonałe. Za wyjątkiem jednego drobnego szczegółu. Makabrycznego scenariusza. To co Koszałka zrobił z historią Kota zasługiwało na wieczne potępienie. W „Czerwonym pająku” pojawia się postać weterynarza wzorowana na Lucjanie Staniaku, rzekomym seryjnym mordercy. Rzekomym, bo poza wikipedią i jedną publikacją anglojęzyczną nigdzie niczego się o nim nie dowiemy. Adam Węgłowski z miesięcznika Focus Historia przeprowadził swego czasu śledztwo w tej sprawie. I ujawnił, że… Staniak nigdy nie istniał. Był wytworem bujnej wyobraźni dziennikarza, który w czasach PRLu uciekł na Zachód. Zmuszony okolicznościami musiał o czymś pisać, a że nie było o czym, to wymyślił mordercę i ofiary, podając nawet dokładne daty ataków. Nikt nie mógł tego sprawdzić, bo nie było internetu, a za Żelazną Kurtynę nie dało się zadzwonić i zapytać. W filmie Koszałki pojawia się też scena gdy Karol Kot podpisuje zdjęcia. Kłopot w tym, że zdjęcia podpisywał Marchwicki. Podobnych zaczerpnięć jest więcej, co czyni patchwork z filmu opartego o prawdziwą historię.

    Przemysław Semczuk, fot: empik

    Przed rokiem na ekrany kinowe wszedł film „Jestem mordercą” Macieja Pieprzycy. Opowiadał historię Zdzisława Marchwickiego. Przez cały okres produkcji scenarzysta i reżyser w jednej osobie, komunikował, że to nie jest dokument, a film fabularny zaledwie inspirowany prawdziwą historią. Ale na tydzień przed premierą producent zaczął publikować na Facebooku posty, które niosły prosty komunikat. To jest historia Marchwickiego. A pierwowzorem milicjanta prowadzącego śledztwo jest Jerzy Gruba, szef grupy operacyjnej Anna. Ten który schwytał zagłębiowskiego Wampira. I znowu otrzymaliśmy film doskonały, zrealizowany z porażającą dbałością o szczegóły. Scenografia, rekwizyty, kostiumy itd. I widzowie wychodzący z premiery, którzy mówili – Wow to tak było. O zgrozo! Tak nie było! Gruba nie miał kochanki, nie rozwiódł się i nie dołączył do śledztwa po zabójstwie Gierkówny. I nie był to przełom w śledztwie. A co najważniejsze Gruba nigdy się nie załamał i nie zwątpił w winę Marchwickiego. Ale mniejsza o to.

    I wreszcie najnowsza produkcja „Ach śpij kochanie”. I znowu mówiąc kolokwialnie, film rzuca na kolana. Zdjęciami, scenografią, dźwiękiem. Jest doskonały niemal we wszystkim. Poza scenariuszem. To miała być historia Pięknego Władka, czyli Władysława Mazurkiewicza. Miała być, ale nie jest. Bo to, co zrobiono z prawdziwej historii jest parodią. Każdy kto czytał książkę Cezarego Łazarewicza „Elegancki morderca”, zauważy że scenarzysta miał niebywale bujną fantazję. Na domiar złego bohater kilkakrotnie przekonuje swoich przełożonych, że ma do czynienia z seryjnym mordercą. Kłopot w tym, że akcja toczy się w latach 50., a pojęcie seryjnego mordercy pojawiło się w USA dopiero w latach 70. W PRL-u nikt nawet szeptem nie używał takiego pojęcia. Marchwickiego dziennikarze nazywali metaforycznie „Hurtownikiem zbrodni”. Poza tym Mazurkiewicz nie był seryjnym mordercą, a wielokrotnym zabójcą. Różnica polega na motywie działania. Dla sprawcy seryjnego, morderstwo jest celem samym w sobie. Zabija by zaspokoić popędy. Tymczasem Mazurkiewicz mordował w celach rabunkowych. A to znacząca różnica.

    www.unsplash.com/Jake Hills

    Wszystkie trzy filmy nie odniosły kasowego sukcesu. Widownia najnowszej produkcji nie wróżyła sukcesu. W pierwszym dniu wyświetlania byłem jednym z kilkunastu zebranych na sali widzów. Film „Jestem mordercą” otrzymał nagrodę na festiwalu w Gdyni. Niestety, nawet to nie przyciągnęło widowni do kin. W sumie sprzedano trochę ponad dwieście tysięcy biletów. Taki wynik to sukces, ale po pierwszym weekendzie. „Dziennik Bridges Jones” w trzy dni zobaczyło pół miliona widzów. Pół miliona w Polsce.

    Moim zdaniem wspólnym mianownikiem tych trzech filmów jest scenariusz. Za każdym razem mocno odbiegający od prawdziwej historii. Scenarzyści zamiast trzymać się faktów, to niepotrzebnie ubarwiali historię. Chcieli by było sensacyjnie i szokująco. I było. Ale widz tego nie kupił.

    Na koniec wisienka na torcie. Właśnie odwiedziłem Archiwum Narodowe w Krakowie. Podczas rozmowy z archiwistą usłyszałem, że zdjęcia do jednej ze scen „Ach śpij kochanie” kręcono właśnie u nich. Gdy pojawiła się ekipa, szefowa zapytała czy chcą w filmie wykorzystać akta sprawy Mazurkiewicza. – Jakie akta? To one tu są? – dopytywali z zaskoczeniem producenci. Okazało się, że przypadkowo wybrano na zdjęcia właśnie to archiwum, w którym przechowywane są oryginały akt sprawy, o której opowiada film. Dopiero po zdjęciach pojawiła się asystentka scenarzysty aby je przejrzeć. I wszystko jasne.

    Przemysław Semczuk

  • „Fiction or non”, felieton Przemysława Semczuka

     

    Kilka dni temu na poznańskiej Grandzie, narzekaliśmy z Wojtkiem Chmielarzem i Robertem Małeckim na media. Było o literaturze ogólnie. W odróżnieniu od moich kolegów ja zajmuję się literaturą faktu. A skoro tak,  to wypada uzupełnić w dwóch słowach co z non fiction.

    Za granicą non fiction święci obecnie tryumfy. Jest to gatunek tak popularny, że nawet w literaturze dla dzieci i młodzieży wydawcy szukają tematów i bohaterów z życia wziętych. Do nas ta moda jeszcze nie dotarła, choć od jakiegoś czasu słyszę, że to, czy inne wydawnictwo jest zainteresowane i chce „coś” wydać.

    Rozmowy z wydawcami wyglądają mniej więcej tak:

    – Co pan proponuje.

    – Mam kilka tematów (tu wymieniam).

    – To się nie sprzeda.

    – A zatem co się sprzeda?

    – Nie wiemy.

    I pewnie dlatego na półkach księgarń nie za wiele można znaleźć. W każdym razie nie tyle, ile by się chciało. Owszem, jest sporo biografii. Kłopot w tym, że niedługo zabraknie nam aktorów, piosenkarzy, pisarzy i kompozytorów (o seryjnych mordercach nie wspomnę). Niektórzy mają już po kilka biografii w tym przynajmniej jedną nieautoryzowaną. Na ile to prawda z tą autoryzacją? Nie wiem. Wiem za to, że to niezły chwyt, by przyciągnąć Czytelnika. Wystarczy jedno zdanie, że Wałęsa zarzuca Dance zaniedbanie powinności małżeńskich. I już wszyscy do księgarni biegną.

    O literaturze mówi się w mediach niewiele, o czym dyskutowaliśmy na Grandzie. A o literaturze faktu mówi się jeszcze mniej. Głównie przy okazjach skandali albo głośnych premier. Gdy Jacek Hugo Bader, nazywany od niedawna pieszczotliwie „Bajerem” coś podkoloryzuje, albo gdy napisze coś Szczygieł. I w tym tkwi cała tajemnica. Wydawcy po prostu nie mają pomysłu na non fik. Ani na temat, ani na promocję. Kupują nazwisko autora, które gwarantuje im sprzedaż na poziomie pokrycia kosztów. Jak wyjdą na plus, są zadowoleni. Autor niekoniecznie. A nawet jeśli ktoś zacznie protestować, że coś tam Bader nie tak napisał, to nawet lepiej. Nie ma znaczenia, że źle mówią, grunt by mówili.

    Nazwisko autora staje się samospełniającą przepowiednią. Gdyby „Kaprysik Damskie Historie”, zamiast Szczygła napisała Paulina Błaszkiewicz, dziennikarka z Torunia, to żaden z wydawców by tego nie wydał. Paulina napisała świetną książkę, a teraz walczy o stypendium, by zdobyć pieniądze na wydanie. Czy „1945 Wojna i Pokój” odniosłaby sukces gdyby autorem był ktoś nieznany. Nie, bo to książka przeciętna. A gdyby Grzebałkowska napisała „Sami swoi Za kulisami komedii wszech czasów”? Bestseler gwarantowany! Tymczasem książka Darka Koźlenki przeszła niezauważona, zamykając sprzedaż na 3 tys. egzemplarzy. Podobnie jak „Pałac Biografia intymna”, Beaty Chomątowskiej. Teraz los ten podzieli pewnie „Księżyc z Peweksu”, Aleksandry Boćkowskiej (dla mnie lektura obowiązkowa). Ukłon za odwagę dla Wydawnictwa Czarne, które specjalizuje się w literaturze faktu, i to z powodzeniem.

    www.usnplash.com/Jessica Ruscello

    Sporo jest ciekawych historii, które Czytelnik pewnie by z chęcią przeczytał, ale wydawcy nie dają mu szansy. Nie dają, bo to się po prostu nie opłaca. Prawa do wydania biografii Howarda Hughesa można kupić za grosze. Zagraniczni wydawcy już na niej zarobili, a polski rynek jest dla nich egzotycznym dodatkiem. Kupując tanio licencję, nie wydając nic na promocję, można sprzedać dwa lub trzy tysiące egzemplarzy. A za napisanie reportażu z naszego podwórka trzeba zapłacić kilka razy tyle. Bo nikt przy zdrowych zmysłach za pięć tysięcy zaliczki nie będzie pracował przez rok nad opracowaniem historii budowy polskiej bomby atomowej, czy gierkowskich ambicjach lotu w kosmos. Na marginesie dodam, że wysłano chomika. I żywy wrócił. Ale tego drodzy Czytelnicy się nie dowiecie. Za to możecie sobie poczytać o niemieckich okrętach podwodnych, albo o locie Amerykanów na księżyc.

    Polityka jest dobrym tematem dla non fiction. Ale tu znowu na przeszkodzie stają pieniądze. Jeden z kolegów dziennikarzy, który kilka razy w tygodniu komentuje bieżące wydarzenia w telewizorze, powiedział mi niedawno, że do niego co chwilę zgłaszają się wydawcy aby im COKOLWIEK! napisał. Wezmą wszystko. A on konsekwentnie odmawia, bo dwa razy napisał i więcej nie chce. W czasie, który musi poświęcić na napisanie książki, woli pisać w gazecie za dużo większe pieniądze.

    Na tym tle literatura fiction daje większe możliwości. Po pierwsze pisze się szybciej i taniej. Nie trzeba zatrudniać redaktora, który zweryfikuje fakty, recenzenta i płacić prawnikom za przeczytanie przed drukiem, bo w non fiction łatwo naruszyć czyjeś prawa. Powieść kryminalna nie niesie ryzyka procesu. A nawet jak się pisze głupoty o odciskach palców to mało kto zwróci uwagę. Albo o antybiotykach w roku 1939, bo niby kto ma pojęcie, że pierwsza fabryka powstała dopiero w 1947 roku?

    Wniosek jest prosty. Chyba jeszcze długo będziemy się cieszyć głównie literaturą fiction.