Tag: Sylwia Chutnik

  • „Z pamiętnika młodej księgarki”. Sierpniowy felieton Sylwii Chutnik.

    Powiedzmy na początku jasno: w Ameryce czytają książki. Znacie to uczucie, kiedy u nas raz w roku Biblioteka Narodowa zwołuje konferencje, na której oznajmia rytualnie, że jesteśmy idiotami, bo tylko 37% mieszkańców sięgnęła po jedną książkę w przeciągu roku? Jest to uczucie szoku, niedowierzania, ale i głębokiego facepalmu, że się ludzie w ogóle przyznają do takich rzeczy. Bo musi to oznaczać, że kompletnie nie czują żenady. Że ich czytanie obchodzi tyle, co przyznanie się, że się nie zjadło ostatnio – bo ja wiem – łososia. I co z tego, wszyscy umrzemy, nie ma sensu latać wzrokiem od lewa do prawa. Książka, srążka, nie ma co drążyć tematu.

    A właśnie w Stanach Zjednoczonych myślą inaczej. Tam czyta 72% procent mieszkańców. I jeszcze precyzują, że ci więcej papierowych wydań, a znowu tamci więcej e booków. Dobrze, że u nas nie precyzują zbyt wiele, bo by się okazało, że ta jedna wymęczona książka na rok to w ogóle była gazetka z Lidla.

    Za wielką wodą nie jest jednak idealnie, jeśli chodzi o księgarnie. Zdecydowanym liderem jest Barnes & Nobles, założony jeszcze pod koniec XIX wieku w Illinois. Znajdziecie go w większość miast, bo w całych Stanach istnieje ponad 600 księgarni tej sieci. Co w nich jest? Właściwie wszystkie kategorie literackie plus pisma, gadżety do czytania (zakładki, lampki, torby), sporo wyboru papierniczych skarbów i tak zwanych przedmiotów na prezenty (mydło, świeczka). Wewnątrz są też kawiarnie dla strudzonych myszkowaniem między regałami. To taki duży Empik. Firma produkuje również swój czytnik Nook, kiedyś w kooperacji z Samsungiem, teraz z udogodnieniami (wodoodporny, z możliwością przeglądania książek oferowanych przez księgarnię). Można powiedzieć jedno: to giganci, co na wolnym rynku oznacza tyle, że dominują spychając małe księgarnie, które ledwo nadążają z czynszem.

    Nowy Jork, www.unsplash.com/Brandon Jacoby

    Kiedy pracowałam w New Jersey, to załapałam się na jeszcze jedną sieć amerykańskich księgarni – Borders , która upadła w 2010 roku (trochę przez długi, a trochę nie wytrzymując konkurencji Barnes & Nobles). Księgarnia mieściła się w centrum handlowym i ładnie pachniała, bo obok był sklep z kosmetykami. Papier i perfumy – chyba rozumiecie, jak wspaniałe jest to połączenie?

    Najbardziej zapamiętałam z mojej pracy dwie sprawy. Przede wszystkim dział historyczny. Dwa wielkie regały z napisem „American history” i cztery półeczki z tabliczką „other countries”. Nie, nie było na niej niczego o Polsce. Druga sprawa to wyrzucanie starych czasopism i „przeterminowanych” pocketbooków. Po dostawie, czyli właściwie codziennie, moim zadaniem było odrywanie okładek z kodem kreskowym, wprowadzanie ich do protokołu zniszczeń oraz wyrzucanie do zsypu pozostałej części książki lub pisma. Jako amatorka robienia collages płakałam za każdym razem, kiedy w metalowej otchłani lądowały prawdziwe skarby. Ile ja bym z nich miała obrazków i pocztówek! Dziadowałam i błagałam, żeby wziąć chociaż kilka stron co lepszych kąsków, ale kierownik zmiany był nieubłagany. Przepisy kazały niszczyć wszystko, aby nic nie trafiało na przecenę. Przepisy pisane były przez psa ogrodnika.

    Wśród wyrzucanych tytułów były również przeznaczone dla pisarzy, w tym nobliwe Writers’s Digest (ukazujące się od ponad dziewięćdziesięciu lat) czy Creative Nonfiction (które, oprócz magazynu, organizuje też warsztaty czy konferencje). Wtedy nieśmiało bazgroliłam w pamiętniczku jakieś wprawki i pisałam teksty do piosenek taty. Czytanie więc porad w stylu „jak wybrać najlepszego agenta literackiego” było dla mnie tym samym, co przeglądanie katalogu jachtów. Jednak świadomość, że literaci to nie tylko romantycy na chmurce metafory, ale ogarnięci ludzie szkolący swój warsztat była dla mnie ważna.

    www.unsplash.com/James Sutton

    W księgarni trochę też kradłam, ale subtelnie. Czasami wyniosłam jakiś ołówek z brokatem, pognieciony zeszyt czy kuriozalne piłki do żonglowania. Wiedziałam, że wszystkie te skarby zaraz wylądują w śmietniku, a dla mnie będą potrzebnymi przedmiotami. Wyrzucanie rzeczy w Stanach jest wprost proporcjonalne do gromadzenia rzeczy w Polsce. Tam przesyt, u nas wieczny kryzys i zapasy na pawlaczu.

    Moja praca polegała na zgadywaniu, co mówią do mnie ludzie, kiedy pytają o „taką niebieską okładkę i wesołą treść”. Pracowałam wcześniej w polskich księgarniach i wiedziałam, że to najczęstsze marzenia: wytropienie przez pracownika tytułu, którego należy się domyśleć. Czasami ludzie obrażali się, że jakiś książek nie mamy. Cieszyło mnie to, bo świadczyło o tym, że literatura wywołuje uczucia. Pożądamy jej, chcemy mieć tutaj-teraz.

    Po pracy jechałam odprężyć się do Nowego Jorku i powłóczyć po – wiadomo – księgarniach. Od razu trafiłam do Strand. Legenda tego miejsca jest w pełni zasłużona, bo to jeden z największych na świecie budynków przeznaczonych na sprzedaż książek. Oferuje na równych zasadach książki używane, dziwne, białe kruki i nowości z list bestsellerów. Swoim asortymentem pokazuje to, co w czytaniu lubię najbardziej: że nie ma tu zasad. Dziś możesz kochać kryminał, aby jutro chlipać nad obyczajową sagą. Sięgasz po komiks, bo zauroczyła cię goła baba na okładce, ale wieczorem doceniasz strofy XVIII wiecznego poety. Strand ma też najlepsze na świecie gadżety – skarpetki, świeczki, koszulki i znaczki z pisarzami i pisarkami oraz hasłami typu „A well-read woman is a dangerous creature” (to akurat cytat z Lisy Kleypas). Kiedy pierwszy raz weszłam do tej świątyni czytania, to padłam na kolana w pokorze. Serio, myślałam, że dostanę zawału z emocji. Mój tata od razu zwinął się do pobliskiego baru, bo wiedział, że spędzę w księgarni sporo czasu. Nie dziwne: jak głosi slogan reklamowy jest tam 18 mil książek. Nie liczyłam, ale na tyle właśnie wygląda.

    www.usnplash.com/Jessica Ruscello

    W księgarni odbywa się sporo spotkań z twórcami i twórczyniami. Rok temu udało nam się nakręcić tam również odcinek Barłogu Literackiego.

    Żeby pracować w Strand, należy zdać test z wiedzy o literaturze. Jako absolwentka Liceum Księgarskiego szanuję takie podejście. Nas zawsze uczyli, że księgarnia to nie sklep, książka nie towar, a księgarz to nie zwykły sprzedawca. Jest przecież różnica między sprzedawaniem koperku a dziełami Munro czy Vonneguta. Jesteście ciekawi, jakiego rodzaju pytania pojawiają się na rozmowie wstępnej? Proszę uprzejmie, powodzenia: kilk.

    Kolejną moją ulubioną księgarnią w Nowym Jorku jest Bluestocking Bookstore, która od kilku lat stała się zarazem centrum aktywistek wolnościowych. Pod koniec lat dziewięćdziesiąt to właśnie tam zaopatrywałam się w ziny feministyczne, komiksy o Hothead Paison czy poważne eseju o tym, jak zachęcić swoje dziecko, aby chodziło z nami na demonstracje. Obecnie nadal znajdziemy tam mnóstwo bibuły, ale napijemy się też fair trade kawy i przy odrobinie szczęścia natrafimy na spotkanie autorskie lub dyskusję.

    Nie wiem, czemu w Ameryce czytają więcej, niż u nas? Może to kwestia mieszania się kultur, a tym samym różnego podejścia do form spędzania czasu? A może tam już wiedzą, że jeśli się nie czyta, to się umiera: z nudów, z braku wyobraźni i otwarcia na inne światy.

    Wybierasz się do Stanów? Koniecznie odwiedź którąś z tych niezależnych i lokalnych księgarni, klik

  • „Letnia chamska promocja czytelnictwa”. Felieton Sylwii Chutnik.

    Każdy pretekst jest dobry, aby sięgnąć po książkę. Tak jest i w wakacje. Nie ma, że zmęczenie i urlop. Wokół nas pełno wydarzeń kulturalnych i festiwali. Na jednym z nich będzie szczególnie ciekawie.

    Dwunasta edycja OFF Festivalu, oprócz muzyki granej na czterech scenach po raz kolejny zaprasza do Kawiarni Literackiej. To oddzielna przestrzeń do spotkań z pisarzami i pisarkami i dyskusji na tematy książkowe i nie tylko. Literatura od początku była ważnym elementem tego wydarzenia ze względu na powiązania twórców z różnymi dziedzinami sztuki. Poprzedni kuratorzy Kawiarni: Wojciech Kuczok i Krzysztof Varga co roku zapraszali na festiwal ważnych i cieszących się popularnością pisarzy, którzy traktowani byli zawsze niczym rockowe gwiazdy. I dobrze, bo pisanie to introwertyczna czynność, warto więc czasem wyjść do ludzi i rozprostować kości.

    W tym roku kuratorką została niżej podpisana, a oficjalnym partnerem nie jest już Instytut Książki lecz sieć księgarni. Dobra zmiana została zastąpiona komercyjnym przedsięwzięciem. Takie czasy.

    Dokładny plan lekcji znaleźć można na stronie OFF-u, chciałabym więc skupić się na tym, co jest często dyskutowane w środowisku osób aktywnie korzystających z kultury lub bezpośrednio związanych z rynkiem wydawniczym. Coroczne lamenty przy okazji ogłoszenia wyników badania czytelnictwa sprawiają, że zastanawiamy się, w jaki sposób zająć się promowaniem czytelnictwa i czy w ogóle to określenie nie jest przypadkiem wydmuszką i nowomową bez treści.

    Festiwaloza, czyli skupianie się na jednorazowych wydarzeniach, jest często krytykowana za to, że nie stanowi długoplanowego działania na rzecz czytelnictwa. Jest błyskiem, literacką chwilówka obliczoną na kilkunastominutowy aplauz. Do tego: skierowaną do i tak przekonanych osób, które wiedzą, gdzie jest najbliższa im księgarnia. Czyli mówiąc wprost: czytają książki. Po co więc dodatkowe koszty na to, aby brandzlować się we własnym gronie?

    Otóż sprawa nie jest taka oczywista. Po pierwsze: nie ma nic złego w tym, że ludzie lubiący książki spotykają się i o książkach rozmawiają. Nerdom też się należy coś od życia. Po drugie: nie jestem pewna, czy rzeczywiście wszyscy pilnie sięgają po lekturę. Czasami deklaratywność nie pokrywa się z realiami i ci, którzy chcieliby być postrzegani jako mole książkowe wolą siedzieć na Netflixie niż ślinić palce przy kolejnym tomie uczonych tyrad czy choćby kryminalnym hicie. Po trzecie: nachalnej promocji czytelnictwa nigdy dość. To nie jest tak, że skoro przeprowadzimy kampanię społeczną za pieniądze podatników/unio europejsko/crowfunding czy spadek po bogatym wujku to rewolucja dokona się raz na zawsze. Trzeba, jak mówił klasyk, siać i siać aż do znudzenia i samym sobie przypominać, że bieganie wzrokiem z lewa na prawo jest czynnością umilającą życie, rozwijającą wyobraźnię a nade wszystko uspokajającą skołatane nerwy.

    Dlatego też jestem entuzjastką działania z zaskoczenia, sprytnie i podprogowo. Człowiek jedzie wystylizowany na muzyczne pląsy a tu – bach – trafia na spotkanie autorskie. Idzie sobie po piwo do baru, a na nim leżą książki do sprzedania. Próbuje rozejrzeć się w celach matrymonialnych a tam regały z książkami. Nie ma wyjścia, zwykle oczy same wędrują za literami składając je w poszczególne słowa. I bardzo dobrze – to znaczy, że haczyk zadziałał. Podstępne przemycanie literatury w muzycznych kręgach może przynieść kolejne ofiary czytelnictwa charakteryzujące się przekrwionymi oczami i debetem na karcie po wizycie w księgarni.

    www.unsplash.com/Yvette de Wit

    Ta ostatnia kojarzy się zwykle albo z zakurzoną ladą z przeterminowanymi podręcznikami szkolnymi bądź upstrzonym gadżetami sklepikiem. Tymczasem – a mówi Wam to dyplomowana technik księgarz – jest to miejsce kultury, gdzie nie znajdziecie towaru a lektury. Gdzie wcale nie musicie poczuć się niczym w muzeum starego rzemiosła. Książki są jak najbardziej na czasie.

    Jeszcze słówko o dobrej nowinie i ciągłym gadaniu o potrzebie czytania. Na potwierdzenie swoich racji skuteczna jest zwykle anegdota. Oto i ona. Niedawno taksówkarz, zanim jeszcze zapytał o adres, spojrzał na mnie w tylnym lusterku i oznajmił: „Pani to jest znana pisarka”. Człowieka zawsze cieszy, kiedy inni myślą o nim w kategoriach splendoru, więc nie zaprzeczyłam. Taksówkarz kontynuował, że muszę być naprawdę znana, skoro nawet on mnie rozpoznał, bo przecież „książek nie czyta w ogóle”. Nie mogłam uwierzyć w jego buńczuczną deklarację, zaczęłam więc dopytywać. A może jednak jakaś lekka sensacja na plażowym kocu? Broszura o chorobach wenerycznych? Ulotka z pizzerii? „Nic”, oświadczył dumnie taksówkarz i zaczął mi wyjaśniać swój światopogląd. Otóż czytanie to przeżytek, nuda, wiocha i czas przeszły dokonany. A całe to gadanie i zachęcanie do czytania jest tylko po to, abyśmy my, pisarze – tu spojrzał wymownie – nachapali się piniendzy. „Proszę paniom, trzeba się pogodzić z tym, że kiedyś nie było nic do roboty, to człowiek z nudów i po książkę sięgnął. A teraz? Telewizor, komputer, wszystko!” Kiedy próbowałam argumentować, że przecież literatura, że słowo pisane, że tradycja ofuknął mnie zniecierpliwiony – kiedyś były konne dorożki. I czy ja bym chciała teraz dorożką jechać zamiast jego Volvo? Zasępiłam się.

    Czyli znowu: książka kojarzona jest z ciuchcią, bednarzem i tarą na pranie? Cóż, tym bardziej należy pokazywać, że nie jest przeżytkiem. Że każdy może znaleźć coś dla siebie między okładkami. Że czytanie to jest zapełniacz wolnego czasu, ale wartościowy sposób na poszerzanie horyzontów. Niezależnie od tego, czy korzystamy z papierowego wydania czy e-booków.

    Dlatego też wszystkich festiwalowych zapaleńców zapraszamy do namiotu Kawiarni Literackiej na dysputy, słuchowiska i wystawę okładek książek. Będzie można słuchać, czytać i gadać. Bo książka jest ważna. Sprawdzone info.

    Tegoroczna Kawiarnia Literacka będzie nawiązywała do atmosfery czytania w domu. Gdzieś na łóżku lub w wygodnym fotelu. Spokojnie, wbrew natłokowi pracy i codziennej szamotaninie. Motywem przewodnim naszych literackich rozmów jest wspólnota. Na chwilę zawiesimy spory i podziały zastanawiając się, czy jest coś, co nas łączy i sprawia, że możemy powiedzieć: „wszyscy”?

    Zapraszamy na debaty i słuchowiska, czyli czytanie książek przez ich autorów i autorki wraz z akompaniamentem muzyków. W trakcie festiwalu zobaczyć będzie można wystawę okładek książek zaproszonych gości w ramach akcji „Oceń książkę po okładce”. W namiocie Kawiarni znajdować się będzie również księgarnia, gdzie będzie można oddać się najważniejszej czynności na świecie: kompulsywnym zakupom książek.

    Wśród gości między innymi: Michał Witkowski, Natalia Fiedorczuk-Cieślak, Szczepan Twardoch, Grażyna Plebanek, Ziemowit Szczerek, Małgorzata Halber i inni.

    Sylwia Chutnik

  • „Życie jest czasem jak dansing. Bawimy się, bawimy, a tu nagle zawał serca”. Sylwia Chutnik opowiada o swojej najnowszej książce.

    Laureatka Paszportów Polityki, nominowana trzykrotnie do NIKE, autorka „Cwaniary”, „Jolanty”, a teraz „Smutku cinkciarza”. Sylwia Chutnik powraca z wesołą książką o zbrodni. Jaka jest fabuła? Zobaczcie sami:

    Opowieść zainspirowana jest śmiercią cinkciarza, którego zabił w windzie jego syn. Sprawa została umorzona we wrześniu 2015 roku. Nie udowodniono nikomu winy, ale wszelkie poszlaki na to wskazują, że była to sprawa rodzinna. Autorka przeniosła akcję z Trójmiasta do Warszawy i tradycyjnie dla serii, przedstawiła swoją wizję wydarzeń.

    Sylwia Chutnik podkreśla, że w książce zawarła liczne elementy autobiograficzne. Posłuchajcie zresztą sami.

    „Smutek cinkciarza” ukaże się na rynku już 26 października. Okładka prezentuje się tak:

    smutek_cinkciarza_front1

    Zdjęcie główne oraz zdjęcie okładki: Wydawnictwo Od Deski Do Deski

    Wideo: smakksiazki.pl

  • „Haruki Murakami, Bob Woodward? Marzę, żeby napisali coś dla nas”. Tomasz Sekielski w rozmowie ze smakksiazki.pl

    Z właścicielem wydawnictwa Od Deski do Deski, rozmawiam o spóźnionej książce Wojciecha Kuczoka, planach wydawniczych na nowy rok, a także o pieniądzach. Nie, o pieniądzach jednak nie rozmawiamy.

     

    Tomku, zacznę z grubej rury. Czy Wojciech Kuczok napisał już książkę, od której Twoje wydawnictwo miało rozpocząć serię na F/aktach?

    Plany – planami, a życie – życiem. Mam nadzieję, że w przyszłym roku książka będzie miała swoją premierę. Czytelnicy niecierpliwie czekają… ja też. Wierzę, że długość powstawania dzieła przełoży się na jego jakość.

    Czy z perspektywy wydawcy Sekielskiego inaczej patrzysz na polski rynek książki niż autor Sekielski?

    To jasne, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Nie jest jednak tak, że gdy zostałem wydawcą to coś mnie nagle zaskoczyło. Jako autor miałem świadomość problemów z jakimi boryka się rynek wydawniczy. Prowadzenie własnego wydanictwa, to nie jest łatwy biznes. Szczególnie w Polsce. Wiele osób wciąż mnie pyta: po co się w to wpakowałeś? Czasami nawet sam siebie o to pytam:) Jednak mimo przejściowych problemów i przeszkód „Od deski do deski” rozwija się. To głównie zasługa pani prezes, a prywatnie mojej żony Anny Sekielskiej, która wzięła na siebie codzienne zarządzanie firmą. Bez niej ten projekt nie miałaby szans.

    Przy starcie działalności wydawnictwa powiedziałeś, że nie zakładasz go po to, żeby zostać milionerem. Jeszcze musisz dokładać do interesu, czy wychodzisz już na zero? A może, czego życzę, jest górka?

    Podtrzymuję to co powiedziałem na początku. Wydawnictwo to inwestycja długoterminowa, a co do szczegółów – dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają.

    Jaki wpływ na działalność Od Deski Do Deski ma nominacja do Paszportu Polityki dla „Innej duszy” Łukasza Orbitowskiego? To znak, że obrałeś słuszną drogę?

    Nominacja dla Łukasza Orbitowskiego, to dla naszego wydawnictwa powód do dumy. Działamy na rynku bardzo krótko, a mimo to nasze książki zostały dostrzeżone oraz docenione zarówno przez krytyków jaki i czytelników. To chyba sygnał, że idziemy w dobrym kierunku. Nie zamierzamy schodzić z obranej drogi.

    Kolejną książkę w serii na F/Aktach napisze Sylwia Chutnik. Zdradź proszę, o czym będzie, no i kiedy będzie.

    Temat niech na razie pozostanie tajemnicą. Koncepcja tej książki zmieniała się kilkakrotnie. Premiera planowana jest na jesień 2016 roku.

    Trudno było namówić Janusza Leona Wiśniewskiego do napisania książki o zabójstwie Andrzeja Zauchy? Przyznasz, że autor nie kojarzy się z literaturą faktu. No, może trochę poza „Grandem”, ale tylko trochę.

    Janusz Leon Wiśniewski zgodził się właściwie od razu. Bardzo mu się spodobał pomysł napisania powieści w stylu „true crime”. Był nawet zaskoczony, że nikt przed nami nie wpadł wcześniej na wydawanie polskiej literatury tego typu. Wbrew pozorom książka „I odpuść nam nasze…” to historia jak najbardziej w stylu Wiśniewskiego. Jest tam wielka miłość, namiętność, zdrada i głośne zabójstwo.

    Co z Twoją książką o Grzegorzu Żemku i aferze FOZZ, wydasz ją w przyszłym roku?

    Książka jest już na etapie redakcji. Jestem bardzo zadowolony z tego co udało się stworzyć. To historia człowieka, który zna kulisy działania służb specjalnych i finansowych fortun jakie powstały w Polsce po 1989 roku. Rozmową z Grzegorzem Żemkiem – głównym oskarżonym w aferze FOZZ rozpoczynamy nową serię pt. NIE/ZWYKŁE ROZMOWY.

    Załóżmy, że masz nieograniczony budżet, którego autora ściągnąłbyś do swojego wydawnictwa? 

    To ciekawe pytanie, ale muszę być ostrożny. Konkurencja nie śpi. Jeśli powiem o swoich marzeniach, to przypadkowo mogę zdradzić z kim w Polsce prowadzimy rozmowy i jakie mamy pomysły. Co do autorów zagranicznych – to marzy mi się, aby Haruki Murakami napisał powieść specjalnie dla Od deski do deski. Inne nazwiska to: Roberto Saviano – autor „Gomorry” , Gianluigi Nuzzi – demaskator watykańskich tajemnic oraz Bob Woodward.

    Jakie plany wydawnicze na 2016 rok? Wyjdziesz poza serię na F/Aktach?

    Tak jak powiedziałem wcześniej – rozpoczynamy serię NIE/ZWYKŁE ROZMOWY. Kontynuujemy cykl NA/FAKTACH. Mamy też kolejne pomysły wydawnicze, o których jeszcze nie czas rozmawiać.

    Fot: Wydawnictwo Od Deski Do Deski