Tag: Tomasz Kowalski

  • Meble z IKEI pełne tajemnic. Felieton Tomka Kowalskiego.

    Lubię chodzić po sklepach firmy IKEA. Krążyć pomiędzy stolikami, lampami, kolorowymi ręcznikami i kartonowymi reniferkami, zgodnie z kierunkiem wyznaczonym nam przez strzałki naziemne, niczym w harcerskich podchodach. Kupować te wszystkie maleńkie, nic nie kosztujące drobnostki, jak siteczko do herbaty, obieraczka do warzyw, haczyk na zużyte waciki, czy świeczka pachnąca kamykiem. Wszystko po 3 zł – magicznie i ku naszemu zaskoczeniu – przy kasie przyjmujące całkowitą wartość 385 zł.

    Najbardziej jednak urzekają mnie nazwy produktów, oferowanych nam przez szwedzkich projektantów, tworzących dla sieci sklepów IKEA. Postanowiłem wiec pochylić się nad znaczeniem niektórych z nich, zaczynając od takiego FJELLSE.

    Samo znaczenie słowa FJELLSE, nie jest do końca jasne. Jedni twierdzą, że znaczy ono tyle co niełaska, niechęć, brak przychylności, znikomą życzliwość, krzywe spojrzenie, aberrację kory z brzozy etc. Jest jednak spora grupa zwolenników teorii, szczególnie profesorów Cyrylo-Metodiańskiego Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Palackiego w Ołomuńcu, iż słowo LEIRVIK oznacza deszcz typu kapuśniaczek. Ja jednak skłaniam się w kierunku przyjęcia pierwszej teorii, z uwagi na to, iż kapuśniak nie był znany we wczesno średniowiecznej Skandynawii. Dlaczego o tym mówię? Sama etymologia słowa FÖRVARA, też nie jest jednoznaczna. Wszystko wskazuje na to, iż swoją genezę OLOFSTORP bierze wprost z mitologii skandynawskiej.

    www.unsplash.com/Breather

    Otóż STENSTORP, którego można również czytać jako LUDDE, (to w zależności od regionu Szwecji, w którym czyta się lub też nie czyta się – nieme „M”, oznaczane w niektórych plemionach symbolem ↈ), był pasierbem po kądzieli prastryja świekry samego Odyna. Ten pół bóg, pół nie bóg, był – zgodnie z podaniami – istotą niezwykle krnąbrną, zdeprawowaną i obleśną, obdarzoną mocą wywoływania łupieżu znacznych rozmiarów u mężczyzn i łysienia plackowatego wśród kobiet i piżmowych wołów, a poza tym uwielbiał nosić owerole z wysokim kołnierzem, czym złościł niezmiernie Odyna. Odyn, jak głosi legenda, wprost nienawidził oweroli z wysokim kołnierzem, które gryzły go w szyję, powodując podrażnienia i zaczerwienienia (Odyn ponoć kochał pulowery). A musicie wiedzieć, że czerwona szyja w dawnej Szwecji, była określana słowem JANSJÖ, co w wolnym tłumaczeniu oznaczało tego, który ma problemy z erekcją we wczesnych godzinach popołudniowych. Jako ciekawostkę przytoczę jeszcze taki oto fakt, wskazujący na bliskie kontakty wikingów duńskich z odłamem wikingów śląskich. Otóż określenie „szraubencyjer (często używane podczas najazdów śląskich wikingów, szczególnie u wybrzeży stawu Borki w Szopienicach (stąd nazwa cieśniny Bornholm), zwanych ongiś MONGSTAD) oznaczające gołoledź, zapożyczone było wprost z norweskiego święta HÖNEFOST, podczas którego, w pierwszych w roku, promieniach wschodzącego słońca, najmłodszy chłopak, koniecznie o imieniu Szrauben i najstarszy mężczyzna w wiosce o imieniu Cyjer, biegali bez gaci po tundrze, trzymając cię za ręce. 

    Teraz robiąc zakupy w IKEI wiecie już, ile cudownych znaczeń mają te wszystkie słowne wygibasy, ułatwiające nam odnalezienie np. stoliczka nocnego.

  • „Czerpię garściami z Hrabala i Zembatego”.

    Tę książkę wydał najpierw za swoje pieniądze za zasadach self publishingu. Później napisał „Mędrca kaźni” i wydawnictwo postanowiło opublikować „Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć”. Co ciekawe, książka ukazała się już w Niemczech. Z Tomaszem Kowalskim rozmawiam o Hrabalu, kontestacji otaczającego nas świata, a także temperaturze panującej w mogile. Smakksiazki.pl jako pierwszy publikuje nową okładkę książki.

    Już za kilka tygodni na rynku księgarskim ukaże się drugie wydanie twojej książki pod tytułem „Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć”. Czy to nie za wcześnie na drugie wydanie tego samego tytułu?

    Pierwsze wydanie „Grabarzy”, tak jak moja poprzednia powieść, wydane zostało w procesie tzw. self publishing’u. Formuła ta, przynajmniej w moim przypadku, zupełnie się nie sprawdziła. Wydawanie książek we własnym zakresie, niesie ze sobą niebezpieczeństwo, że nasza twórczość dotrze do bardzo ograniczonego kręgu odbiorców. I tak też się stało. Dopiero podjęcie współpracy z profesjonalnym wydawnictwem, w moim przypadku, jest to Wydawnictwo MG z Warszawy, daje szansę na to, by książka, która kosztowała autora tyle pracy, dotarła do czytelnika. Ewentualny sukces tytułu, to już zupełnie inna sprawa. Tak naprawdę teraz mogę powiedzieć, że wydałem dwie książki.

    Na czym polega różnica?

    Przede wszystkim, teraz moje książki są do kupienia w księgarniach. Czytelnik może je zdjąć z półki, dotknąć, przewertować, kupić. Poza tym kwestia marketingu. Wydawnictwo organizuje za ciebie spotkania z czytelnikami, rozmowy z mediami, udział w targach książki etc. Samemu nie jest łatwo. Ważne jest również to, że mail od zawodowego wydawcy, w którym możesz przeczytać, że ktoś zainteresowany jest podjęciem ryzyka i wydaniem twojej książki, stanowi dowód na to, że twoja twórczość jest, z punktu widzenia literackiego, coś warta, a nie jest tylko subiektywnym odczuciem, skażonym miłością twórcy do swojego dziecka.

    OK. To twoja druga książka po „Mędrcu kaźni” wydana nakładem Wydawnictwa MG. „Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć” o czym, tak w skrócie opowiada twoja powieść?

    Książka „Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć’’ opowiada historię z życia trzech grabarzy, a właściwie parotygodniowy wycinek z ich życia, pewnej ciepłej jesieni, gdzieś w południowej Polsce. Grabarze zatrudnieni są na cmentarzu w miejscowości o nazwie Ponura. Tomasz, Rysiek i Młody, główni bohaterowie powieści, to mężczyźni w różnym wieku. Tomasz, najstarszy z nich, to rodzaj życiowego mądrali, abnegata, a zarazem mentora i nauczyciela – głównie dla Młodego. Rysiek natomiast, reprezentuje najbardziej chyba pragmatyczną stronę życia dojrzałego faceta. Pracując na cmentarzu, prowadzą rozmowy o świecie i życiu – również tym poza grobowym – w oparach wódki i dymu papierosowego. Komentują rzeczywistość, głównie ją kontestując.

    Nie są sami

    Tak. Odwiedzają ich goście i stali bywalcy cmentarza, dając powody do kolejnych dyskusji. Specjalnie zresztą użyłem formy stali bywalcy, bo jak się przekonasz, w książce jest wiele wątków nadprzyrodzonych, fantastycznych.

    Nie jest to jednak książka z gatunku fantasy.

    Boże broń! Nic z tych rzeczy. Tak więc, mamy tytułową śmierć, zblazowaną i chyba trochę przemęczoną. Więcej w niej z robotnika, niż myśliciela. Jest również stara dewotka Walazkowa, która mimo dość tradycyjnych poglądów i kategorycznych sądów, daje się lubić. Handlarz i wytwórca zniczy Pan Ćwięczek, czyli taka małomiasteczkowa wersja klasy średniej. Człowiek prostolinijny ale ambitny. Kto jeszcze? Madame helikopter, stara, lokalna prostytutka i wiele, wiele innych, dziwnych postaci, które nadają tej powieści sporo kolorytu.

    Zapomniałeś jeszcze o Murnałowskim

    A no właśnie. Wampir alkoholik, symbol upadku środkowej Europy. Tak, to bardzo ważna postać – i zabawna i tragiczna zarazem.

    Skąd pomysł na umiejscowienie powieści właśnie na cmentarzu?

    Na pewno stoi za tym moje zamiłowanie do makabreski i turpizmu oraz czarnego humoru w stylu Macieja Zembatego. Ale głównie chodziło mi o to, że ten cmentarz to rodzaj symbolu. Metafory wewnętrznego świata ludzi, którzy mają problem z akceptacją rzeczywistości, która ich otacza. Ten cmentarz jest odpowiedzią na niezgodę wobec narastających zjawisk, takich jak wszechobecna pochwała prostactwa, tandety, demonstracja pospolitości determinująca nasze potrzeby i gusta, dewaluacji pojęć, takich jak sztuka, czy artysta. Tak naprawdę książka skierowana jest do ludzi, którzy nie potrafią uznać pewnych zasad, jakimi kieruje się współczesny świat, którzy nie żyją tylko po to by wybudować nowy dom, by być wysportowanym i z wieczne naklejonym uśmiechem na gębie podskakiwać na bieżni w markowym ubraniu. I w końcu do ludzi, dla których nie liczy się tylko to, co praktyczne i opłacalne. To właśnie ta grupa, która nie widząc możliwości wpływu na kierunek biegu współczesnego życia, przyjmując postawę wycofania, emigruje gdzieś w głąb samych siebie, otacza się wyselekcjonowaną grupą znajomych i w ostatecznym rozrachunku stawia sobie taki wewnętrzny, cmentarny mur, po to by funkcjonować trochę poza resztą.

    Mówisz, że główni bohaterowie książki to kontestatorzy rzeczywistości. W takim razie, czy przedstawiane przez nich poglądy nie będą ocierać się o coś, co dzisiaj nazywane jest dzisiaj hejterstwem?

    Poglądy, które prezentuje w powieści za pośrednictwem wykreowanych przeze mnie bohaterów w żaden sposób nie wpisują się w definicję tzw. „hejterstwa”. Chociaż, tak jak w przypadku mojej pierwszej książki „Mędrca kaźni” podejmującej trudny temat kary śmierci, mogę śmiało powiedzieć, że poziom i styl prowadzenia dialogu w Internecie był dla mnie bodźcem do wypowiedzenia się o ważnych sprawach w książce, niejako w kontrze do wszechobecnej demagogii. Moi bohaterowie starają się używać w dyskusji argumentów, wspartych przykładami z życia i własnymi przemyśleniami. Kpią również, zaznaczam w sposób sympatyczny, z postaw i prezentowania poglądów, opartych o zasadę „nie, bo nie”, „bo tak”. Poza tym, ja sam ma wielki dystans do samego siebie, swojej wiedzy i niezłomności poglądów, czego dałem wyraz w książce, poddając krytyce Tomasza.

    Powieść jest pełna anegdotek, przypowieści, przeróżnych historyjek, czarnego humoru. Skąd brałeś inspiracje?

    Na pewno literacką inspiracją była i jest dla mnie twórczość Bohumila Hrabala. To mistrz opowiadania o prostych historiach, które zdarzają się zwykłym ludziom, a które nie opowiedziane w odpowiedni sposób, po prostu poszłyby w niepamięć. Taka jest zresztą w moim odczuciu rola pisarza. Twórca, to człowiek obdarzony pewną dozą wrażliwości i spostrzegawczości. Jego zadaniem jest właśnie dostrzeżenie niuansów życia, takich drobnych smaczków i przekazania ich dalej. Chodzi o zwrócenie uwagi, a następnie wyciągniecie morału. A wracając do książki, to wiele z opowieści snutych przez moich bohaterów miało miejsce w rzeczywistości. Chociażby Walazkowa, to przerysowany obraz babci mojej żony, która raczyła nas historiami z życia, często nie z tej ziemi.

    Jak ekshumacja świeżo pochowanego dziadka, który we śnie skarżył się na ziąb w mogile?

    Na przykład. Historia autentyczna.

    Bawisz się też konwencjami.

    To prawda. Lubię parodie, byle nie wulgarne. W mojej książce pojawia się na przykład rozdział pod tytułem Widzenie Ćwięczka, które nawiązuje do Dziadów Adama Mickiewicza i w ogóle do polskiego romantyzmu. Jest też opowiadanie o oblivokrach, które będzie się czytelnikom pewnie kojarzyć z postaciami trzech wiedźm z Makbeta. Jest jeszcze parę innych, podobnych zabiegów.

    To już zupełnie na koniec, dlaczego należy przeczytać tę książkę?

    Myślę, że dla wielu z czytelników książka ta będzie dowodem na to, że nie odnajdując przyjemności w oglądaniu kolejnego, wielce utalentowanego, jednodniowego celebryty znikąd, może i jesteśmy niedostosowanym, naburmuszonym dziwadłem, ale nie jedynym na tym świecie. Że są ludzie, którzy również jak ja i ty, nie toną w zachwytach nad zgrabnym brzuchem prezenterki prognozy pogody, mającej ambicję zagrania Lady Makbet i to zaraz po wydaniu swojej książki o diecie bezglutenowej i nie imponuje im tandetny blichtr prowincjonalnych polityków i biznesmenów w drogich garniturach ale brudnych butach.

  • Zrób to sam, czyli przypadki Tomasza Kowalskiego.

    Zamiast czekać w nieskończoność, wziął sprawy w swoje ręce. Napisał książkę i wydał ją za osiem tysięcy złotych. Swoje osiem tysięcy złotych. Sprzedało się nieco ponad sto sztuk, czyli delikatnie rzecz ujmując, szału nie ma i znak kilku autorów, którzy po czymś takim zawiesiliby pióra na kołku i wrócili do swojej normalnej pracy.  Wszystko miało miejsce raptem trzy lata temu. 

    Dziś Tomasz Kowalski jest już w zupełnie innym miejscu, przeszedł od self-publishingu do głównego nurtu wydawniczego.W wydawnictwie MG ukazał się „Mędrzec kaźni”, moim zdaniem jedną z najbardziej interesujących książek tego roku, dla której na pewno nie zabraknie miejsca w podsumowaniu ostatnich dwunastu miesięcy. Tak naprawdę największą ciekawostką jest fakt, że „Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć”, czyli książką, która sprzedała się w nieco ponad stu egzemplarzach, zainteresowało się wydawnictwo…z Niemiec.

    Książka ukaże się za zachodnią granicą już w grudniu, pod tytułem „Oni z cmentarza”. Za ciosem poszło też wydawnictwo MG, które w pierwszym kwartale przyszłego roku również wyda „Rozmowy…” Zobaczcie jak prezentuje się okładka książki wydanej jeszcze w self-publishingu, a jak ta, która będzie funkcjonowała w Niemczech.

    41equbcpdpl 978-83-7722-872-2

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    Efekt jest więc taki, że zanim książka ukaże się w Polsce nakładem profesjonalnego wydawnictwa, będzie już funkcjonowała w Niemczech. Ciekawy, ale jednocześnie pokazujący początkującym pisarzom fakt, że życie nie musi się kończyć na self-publishingu, a ta forma może być drogą do profesjonalnego pisania. Polskie wydanie uświetnią zdjęcia i ilustracje znanego na Śląsku, skąd pochodzi również autor, fotografika Arkadiusza Goli. Jak już wspominałem, Tomek wydał już swoją pierwszą książkę na „normalnych” zasadach. Oto ona:

    medrzec-kazni

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    zdj. główne: Unsplash.com/Todd Quackenbush