Tag: Wydawnictwo Albatros

  • Gen. Roman Polko po zamachu na Donalda Trumpa: „teorie spiskowe trzeba wyrzucić do kosza”

    Punktem wyjścia był zamach na Donalda Trumpa, ale gen. Roman Polko na tyle ciekawie opowiada, a także ma tak nieprawdopodobną wiedzę, że porozmawialiśmy o wielu innych rzeczach, także o literaturze. Posłuchacie więc o teoriach spiskowych, które zawsze pojawiają się przy zamachach, więc do tablicy wywołałem książkę „Uwierz w Plan” wydaną przez Wydawnictwo Czarne – świetny reportaż, bardzo polecam, chociaż niektóre teorie tam zawarte ocierają się o fantastykę. Rozmawiamy także o Ukrainie, Rosji, Korei Północnej, a także o tym, czy III Wojna Światowa rozpocznie się na Tajwanie, tutaj z kolei pojawi się „Nigdy” Kena Folletta od Wydawnictwa Albatros.

    Polecam naszą rozmowę, bo dowiecie się, mam nadzieję, wielu ciekawych rzeczy, bo podkreślę to jeszcze raz, wiedza generała jest niesamowita. Smacznego!

  • Niepoważna opowieść o poważnych sprawach – Tuomainen o „Paradoksie łosia”

    Było jakieś minus dwadzieścia stopni, więc nagranie w plenerze odpadało. Antti Tuomainen wybrał kawiarnię w centrum Helsinek, w której porozmawialiśmy o wielu sprawach. Oczywiście o „Paradoksie łosia”, który właśnie ukazuje się nakładem Wydawnictwa Albatros w tłumaczeniu Bożeny Kojro. Doszliśmy do wniosku, że Antii napisał nie do końca poważną opowieść o bardzo poważnych sprawach, poruszyliśmy temat fińskiego poczucia humoru, a także zagrożenia kopiowaniem samego siebie w kolejnych powieściach. Za moment pojawi się „Teoria bobra”, co zamknie „zwierzęcą” trylogię Tuomainena. Początek materiału nagrywany jest na promie, bo płynąłem do Anttiego ze Sztokholmu – za co dziękuję Szymonowi Wołkowiczowi z Holiday Tour. Materiał powstał przy współpracy płatnej z Wydawnictwem Albatros. 

     

     

     

  • Jak pachnie dzieciństwo? Rozmowa z Valérie Perrin

    Spotkaliśmy się na placu zabaw, bo gdzie najlepiej rozmawiać o dzieciństwie? Było ich troje, poznali się jako dziesięciolatkowie, spędzali ze sobą praktycznie cały czas. Czy ich przyjaźń przetrwała próbę i trzydzieści lat później nadal są nierozłączni? „Cudowne lata” to historia o poszukiwaniu tożsamości, wielkich i małych miłościach, rodzicach, ale także o ich braku. To także opowieść o chwastach, które zarastają relacje międzyludzkie i trzeba naprawdę wiele wysiłku żeby je wyplewić. Znajdziecie tu także wątek kryminalny, a także nadzieję, która jest, na szczęście, zawsze.

    Zobaczcie rozmowę z Valérie Perrin, przenieście się w czasie i odpowiedzcie sobie na pytanie, jak pachniało Wasze dzieciństwo?

    Materiał powstał przy współpracy płatnej z Wydawnictwem Albatros

     

  • „Później”, czyli z perspektywy śmierci. Tekst Krzysztofa Zajasa o najnowszej książce Stephena Kinga

    Mój intymny związek z twórczością Stephena Kinga obchodzi piętnastolecie. W 2006 roku przeczytałem Bastion oraz To i moje literackie hierarchie się wykopyrtnęły. W niskim dostrzegłem wysokie. W głupim i pogardzanym – mądre i godne podziwu. Opowieści o duchach okazały się opowieściami o ludziach. O mnie. Niby proste, ale kiedy do takich wniosków dochodzi profesor od poezji i teorii literatury, to jednak coś się wywraca do góry nogami. Akademicki rozum postraszyło Niesamowite. Postraszyło na tyle skutecznie, że rozkochało w sobie.

    Dlatego do każdej nowej książki Kinga podchodzę jak do kolejnej miłosnej próby. Czy nasz związek trwa? Czy magia znowu zadziała? Uda się jeszcze raz przeżyć czytelniczą rozkosz, poczuć motylki w brzuchu? Dotychczas się udawało, ale żyję wystarczająco długo by wiedzieć, że czas jest nieubłagany, również dla miłości. Na Wielkanoc zaszyłem się na skraju Biłgoraja, z dala od ludzi, i z niepokojem zanurzyłem się w Później. King pochłania, poszło w niecałe dwa dni. Skończyłem, wsiadłem na rower i pojechałem w Lasy Janowskie. Pedałuję, pedałuję, wiatr chłodzi twarz, i myślę: o czym to było?

    W fabule chodzi o chłopca, który widzi zmarłych po ich śmierci. Nie trwa to długo, parę godzin, góra dwie doby. Zanim znikną, mogą się nie tylko pojawić, ale i coś powiedzieć. I na tym zasadza się główna oś fabularna: żywi natychmiast wpadają na pomysł, by wykorzystać zdolności chłopca do swoich interesów. Zwykle brudnych, nawet jeśli chodzi o policję. Bo policja również jest upaplana brudem, czego nam dzisiaj w Polsce nie trzeba specjalnie tłumaczyć. Dla kryminalnej historii gratka nie lada – można ofiarę po śmierci spytać, kto ją zabił. I otrzymać wiarygodną odpowiedź, ponieważ zmarłym nie wolno kłamać, muszą powiedzieć prawdę.

    Stephen King, fot: Shane Leonard

    Wiecie, rozum akademicki postraszyło Niesamowite, ale całkiem nie przestał działać. Parę rzeczy w tej powieści mi nie grało. Po co wątek zidiociałego od Alzheimera wujka Harry’ego, który na końcu wywija woltę jak deus ex machina? Dlaczego zmarli się rozpływają po paru godzinach, a jeden z nich prześladuje chłopca tygodniami? Dla rozwiązania tego wątku King sparafrazował użyty przez siebie w To rytuał Chüd, co mogło zadziałać jak ceniona przeze mnie autoaluzja i Kingowski intertekst – ale jakoś nie zadziałało. Słabe. W ogóle fakt widzenia zmarłych jakby nie został wyzyskany, całe rzesze gadających hologramów powinny wirować wokół bohatera i jazgotać pośmiertnym wielosłowiem – a tu nic. Jakby pisarskiej wyobraźni nie chciało się wnikać w tak bogaty, nośny pomysł. Gorzej – jakby tej wyobraźni brakło.

    To nie koniec moich miłosnych rozterek. Pedałuję, pedałuję i myślę dalej. Co się stało z językiem Kinga? Gdzie te jego błyskotliwe frazy, dowcipne dialogi i powalające porównania, od których pieszczot drżałem jak panienka? Uwodził opowieścią jak prawdziwy mag słowa, ideał, do którego zawsze dążyłem wiedząc, że nie sięgnę. A tu? Krótkie zdania, proste konstrukcje, równoważniki, informacyjne pyk-pyk… zero artyzmu. Owszem, jest parę fajnych powiedzonek („Nie mam ochoty cię straszyć, tylko że czasami strach to jedyna skuteczna nauka”, mówi mama do sześciolatka), niektóre wymiany zdań cieszą i czyta się, powtarzam, szybciutko i z przyjemnością. Cóż, skoro wszystko razem wygląda jak jakaś podróba Kinga, wypłowiała koszulka z mocno spranym nadrukiem. To nie jego pismo…

    Przestałem pedałować. Przystanąłem na ścieżce, ponieważ poraził mnie grom z jasnego nieba: ON TEGO NIE NAPISAŁ! To jacyś ghost writerzy! On im poddał parę pomysłów, podrzucił notatki, oni uklecili z tego powieść, a King na końcu tylko trochę popoprawiał i klepnął do druku. To była myśl podła. Bolesna. Myśl jak trucizna podchodząca jadem pod zakochane serce. On już nie pisze, tylko rzuca pomysły i koryguje. Bawi się pozycją króla horroru. W Później jak refren powtarza się: „uprzedzałem was, że ta powieść to horror”, co brzmi sarkastycznie wobec jego najlepszych horrorów, gdzie takich zapewnień powtarzać nie musiał. Kpi z nas. Podaje ogólnodreszczykową sałatkę, oszczędnie przyprawioną Kingiem, i z satysfakcją obserwuje, jak się nią zajadamy. Cokolwiek bym wam nie przyrządził, i tak wszamiecie. Byle było słowo „horror”.

    Wyjaśnienie takie na chwilę mnie uspokoiło, więc ruszyłem dalej. Po przepedałowaniu paruset metrów znowu przystanąłem. Nie, to niemożliwe, pomyślałem. On taki nie jest. Tyle razy podziwiałem jego piekielną inteligencję i zręczność, nazywałem zwierzęciem narracyjnym, wielbiłem umiejętność zrobienia ze wszystkiego ciekawej historii. Coś w tym musi tkwić, tylko jeszcze na to nie wpadłem. Skup się, Zajas. Poszukaj wielkiej metafory.

    Krzysztof Zajas

    Ilekroć mówię o Kingu, zwracam uwagę na to, co Olga Tokarczuk nazywała Wielką Metaforą. Dobrą literaturę poznaje się po tym drugim, ukrytym poziomie kodowania, gdzie opowieść przestaje dotyczyć zmyślonych losów fikcyjnych postaci, a zaczyna dotyczyć ciebie. To punkt, w którym fikcja staje się innym, wyższym rodzajem prawdy. To również moment absolutnej intymności autora. Chce wypowiedzieć siebie, swój mrok, niepokój, czasem cierpienie.

    Rzuciłem rower w trawę, usiadłem na skraju leśnej ścieżki i zacząłem myśleć. Stary pisarz, mistrz, który doświadczył już wszystkiego, osiągnął co chciał, i który rozwijał swoje opowieści z wszystkich możliwych perspektyw. Oprócz jednej: perspektywy śmierci. Kiedy odejdzie, zostanie po nim mnóstwo notatek, niezrealizowanych pomysłów, szkiców, a pogrążeni w żalu wydawcy i redaktorzy zaczną wtedy układać powieści i podpisywać jego nazwiskiem. Umarły, który mówi zza grobu, przez chwilę, nim jego głos nie osłabnie i nie rozwieje się w nic. I wtedy mnie olśniło. No jasne! W powieści Później metafora Kingowska kryje się nie w Jamiem Conklinie, chłopcu, który widzi zmarłych, tylko wśród samych zmarłych. Dopóki żyjemy – kłamiemy, zwodzimy, załatwiamy brudne interesy i udajemy, że wszystko jest w porządku. A po śmierci wszystko się odwraca i trzeba mówić prawdę. To jest dopiero prawdziwy horror! Nie to, że zmarły przychodzi i coś tam mamrocze pod nosem, ale że to jego mamrotanie jest prawdą. Taką prawdą, której on już nie napisze. Jednak napisze ją ten drugi, który zobaczy i usłyszy ducha.

    Potarłem czoło, kopnąłem butem kamyk. Lęk przed śmiercią jest elementarny, trzeba go pokonać rytuałem Chüd. Albo jakimkolwiek innym prywatnym obrządkiem, byle się pozbyć strachu. Nieuchronnie odejdziesz i twoje marzenia umrą razem z tobą. Rzecz w tym, by nie stracić tej ostatniej nadziei, że choć jeden człowiek usłyszy po śmierci twój głos. Ten prawdziwy głos. Jeden człowiek, dziecko, które zostanie na tym padole zakłamania i obłudy z przekazem od ciebie w kwestii tego, jak wygląda prawda. Aha, no, to by mogło być. W ten sposób wyjaśniła mi się też funkcja wątku z wujkiem Harrym.

    Później to powieść snuta zza grobu. Przekonuje mnie o tym jedno z pierwszych jej zdań: „Zawsze jest jakieś później, teraz to wiem. Przynajmniej do śmierci. Bo wtedy wszystko inne jest już wcześniej”. Jamie Conklin rozumie coraz więcej, ale później, ponieważ prawda nieubłaganie wiąże się z przesunięciem czasowym. Rzeczy układają się w porządek, odkrywają, ujawniają swoje znaczenie – ale później. Po ostatnim później, w chwili śmierci, odkryje się wszystko.

    Wstałem, otrzepałem spodnie, siadłem na rower i pojechałem dalej. Ulżyło mi. Znalazłem Wielką Metaforę. King w tej powieści jest duchem i sprawdza, jak się mówi zza grobu. Dlatego powtarza, że to jest horror. A jak żywi sobie tę historię opowiedzą, jakich kłamstw, przemilczeń i wykrętów użyją, jakie swoje brudne interesy na niej będą załatwiać, to już ich sprawa. On mówi, jak jest. Mówi prawdę horroru, mówi horror prawdy.

    Dalej już jechało mi się lekko i przyjemnie, śpiewały ptaki, słońce wyszło zza chmury. Miłość ocalona. Magia jeszcze raz zadziałała – tylko później.

    Krzysztof Zajas

  • „Upadek gigantów” Kena Folletta – fragment kapitalnego audioserialu

    Upadek gigantów – epicka, ponad tysiącstronicowa powieść Kena Folletta, której akcja rozgrywa się na pasjonującym tle historycznym pierwszego dwudziestolecia ubiegłego wieku – będzie dostępny w postaci serialu audio w aplikacji Audioteka.

    Opublikowana przez Wydawnictwo Albatros książka „Upadek gigantów” to opowieść o zwykłych ludziach uwikłanych w wielką historię – w I wojnę światową i wydarzenia burzliwych czasów, które po niej nadeszły. W książce przedstawione są losy pięciu rodzin – angielskiej, niemieckiej, rosyjskiej, walijskiej i amerykańskiej. Każda z nich w różny sposób doświadczyła wojny, rewolucji czy przyłożyła się do powstania ruchu sufrażystek. „Upadek gigantów” otwiera epicką trylogię Stulecie, która sprzedała się w Polsce w liczbie 150 000 egzemplarzy.

    „Upadek gigantów” to także historia o miłości, nienawiści, poczuciu obowiązku i zdradzie. Trzymająca w napięciu i pełna zwrotów akcja przenosi się z Waszyngtonu do Petersburga, z korytarzy najważniejszych światowych instytucji do zacienionych buduarów, gdzie możni tego świata knują kolejne intrygi. Napisana po przeprowadzeniu przez autora rzetelnych badań historycznych, pełna zapadających w pamięć bohaterów powieść Folletta to nie tylko znakomita książka obyczajowo-przygodowa, ale również swoisty przewodnik po historii początku XX wieku.

    Dziesiątki aktorów w dźwiękowym widowisku

    W superprodukcji audiobooka „Upadek gigantów{ usłyszymy najlepszych polskich aktorów. W postaci występujące w powieści oraz w narratora wcielili się znani polscy aktorzy, m.in.Krzysztof Gosztyła, Łukasz Simlat, Eliza Rycembel, Antoni Pawlicki, Agnieszka Więdłocha, Robert Więckiewicz czy Maria Seweryn. Superprodukcję wyreżyserował Waldemar Raźniak.

    – Cieszymy się, że możemy jako pierwsi w Polsce przedstawić słuchaczom wersję audio, i to w jakości superprodukcji, tego dzieła Kena Folletta. Pisarz, zasłużenie, ma w Polsce grono fanów, których nasza realizacja przeniesie do świata sprzed stu lat na ponad 40 godzin. Cały zespół realizujący nagranie dał z siebie wszystko, by świat przedstawiony był realistyczny, przekonujący i wciągający – mówi Marcin Beme z Audioteka.pl

    Waldemar Raźniak, reżyser audiobooka, podkreśla pełne pasji i wiedzy podejście autora do faktów historycznych oraz misterne połączenie ich z narracją i dodaje, że studium epoki ukazanej na kartach książki ma wielką wartość historyczną: – Perspektywa Folleta jest bardzo sprawiedliwa, bardzo bogata. Wiemy o tym, że zatrudnił sztab historyków do tego, żeby analizował on karty tej powieści pod kątem faktów historycznych. Niezwykle cenne jest także to, że Follet włączał do powieści autentyczne wypowiedzi polityków z tamtych czasów w związku z tym wielcy bohaterowie historii łączą się tam z postaciami fikcyjnymi – mówi. Muzykę do tej niezwykłej audiopowieści napisał Wojciech Błażejczyk, który wcześniej stworzył oprawę muzyczną m.in. do „Filarów Ziemi” – najsłynniejszej książki Kena Folletta, która została wydana w 2019 r. w formie słuchowiska, również dzięki współpracy Audioteki i Wydawnictwa Albatros. Inspiracją kompozytora przy pracy nad Upadkiem gigantów była przede wszystkim muzyka folkowa i dawna. Słuchaczom audiobooka będą towarzyszyć m.in. dźwięki średniowiecznej walijskiej liry crtwh, wykonaną specjalnie na zamówienie kompozytora.

    Prac nie przerwała pandemia

    Prace nad superprodukcją trwały 7 miesięcy i nie przeszkodziła im nawet pandemia. Począwszy od ostatnich poprawek nanoszonych na tekst w redakcji Wydawnictwa Albatros, aż po studia Audioteki , na nowo rodził się świat z powieści Kena Folletta. Dzięki pracy aktorów, reżysera i zespołu realizatorów świetna literatura zyskała zupełnie nowy, niepowtarzalny wymiar. Tak wspominają pracę na planie odtwórcy jednych z głównych ról, Agnieszka Więdłocha i Antoni Pawlicki: – Jest fantastycznie i to jest niezwykle miła przygoda! Dzięki pracy z takimi fantastycznymi ludźmi człowiek się otwiera i ma ochotę na więcej, więc to jest taka idealna współpraca twórcza– mówi Agnieszka Więdłocha, czyli serialowa lady Maud. – Tak się zdarza, że rzeczywiście bardzo lubimy to, co robimy, a jeszcze tutaj, w tak fajnych warunkach, z tak fajnymi realizatorami, tak doświadczonymi, też jest to duża przyjemność. Więc tak: nasza praca naszą pasją!– dodaje Antoni Pawlicki, czyli Walter von Ulrich.

    „Upadku gigantów” można posłuchać w nowej aplikacji Audioteki dostępnej na Androida i iOS. Pierwszy, ponad trzygodzinny, odcinek z 16 jest dostępny za darmo, kolejnych będzie można wysłuchać w ramach Audioteka Klub. Korzystanie z usługi subskrypcyjnej Audioteka Klub przez pierwsze dwa tygodnie jest bezpłatne. Wydawnictwa planują wydanie powieści także w formie tradycyjnego audiobooka.

     

  • „To moja kolejna zwariowana książka”. Antti Tuomainen o „Najgorętszej plaży w Finlandii”

    Tego spotkania miało w ogóle nie być, bo szczerze mówiąc, nie widziałem Anttiego w targowej rozpisce frankfurckiej imprezy. To był chyba piątek. Szedłem między stoiskami, a tu nagle on. To nie może być przecież on, bo go nie ma w rozkładzie jazdy, więc po co miałby tu być. Jednak jakiś podobny, więc podejdę, zapytam, najwyżej się skompromituję, ale mogę zyskać fajne nagranie. Okazało się, że facet podobny do Anttiego Tuomainena, to Annti Tuomainen, który opowiada Wam o „Najgorętszej plaży w Finlandii”, której premiera już jutro!

  • Smakksiazki.pl znów nadaje, czyli #podcast. Co warto kupić jesienią?

    Koniec urlopów, wrzesień za rogiem, zaczną się spotkania autorskie, targi, czyli intensywny czas w branży, więc intensywny również dla czytelników. Co wybrać z nawału jesiennych nowości? Na co zwrócić uwagę? Na które pozycje wydać pieniądze?

    Do drugiego odcinka podcastu zaprosiłem Sonię Dragę z, nie uwierzycie, Wydawnictwa Sonia Draga, Agatę Wiśniewską z Wydawnictw Albatros, a także Marcina Baniaka z Wydawnictwa Literackiego.

    Żeby nie było, że mówimy tylko o nowościach tych wydawnictw, to przedstawiam Wam też listę książek, na które czekam. Pojawiły się też wątki inne – którzy autorzy przyjadą wkrótce do Polski, co nas czeka w 2020 roku, kto może dostać literackiego Nobla – to także tematy, które w tym odcinku się pojawiają. Pytam też gości, czy Polacy wolą audio, czy ebooki. Zapraszam do słuchania!

    https://soundcloud.com/smakksiazki/podcast2-draga-wisniewska-baniak

  • „Czasem dostaję skany z odręcznymi dopiskami Stephena Kinga”

    Dlaczego tłumaczy Stephena Kinga nie zamyka się w piwnicach? Z jakiego powodu nie dostają książki do tłumaczenia w formie elektronicznej? Jak bardzo skrupulatny w doborze słów jest autor? To tylko część tematów, które porusza Rafał Lisowski, tłumacz „Instytutu”, który ukaże się w Polsce już jesienią. Łapcie!

  • „Czas przeszły”, fragment najnowszej powieści Lee Childa

    Hoł, hoł, hoł! Jesli jeszcze nie zostaliście pokonanie przez pierniki, sałatki oraz serniki, to przeczytajcie fragment „Czasu przeszłego”, najnowszej książki Lee Childa. Premiera już 16 stycznia. Smacznego!

    W małym miasteczku na wybrzeżu Maine Jack Reacher schwytał ostatnie promienie letniego słońca, a potem, tak jak ptaki na niebie, rozpoczął długą wędrówkę na południe. Ale nie, nie brzegiem morza. Nie jak kacyki, trznadle, tyranki, lasówki czy kolibry o rubinowych gardziołkach. W przeciwieństwie do nich postanowił wziąć kurs na skos, na południowy zachód, z prawego górnego rogu kraju do lewego dolnego, może przez Syracuse, Cincinnati, Saint Louis, Oklahoma City i Albuquerque, a stamtąd jeszcze dalej, aż do San Diego. Gdzie, jak dla byłego wojskowego, takiego jak on, kręciło się trochę za dużo marynarzy, ale można było przyjemnie rozpocząć zimę.

    Miała to być prawdziwie epicka podróż, wyprawa, jakiej nie podejmował od lat.

    Nie mógł się już doczekać. Nie zawędrował daleko.

    •••

    Kilometr, może półtora kilometra od wybrzeża natrafił na wiejską drogę, więc stanął na poboczu z uniesionym kciukiem. Wysoki – w butach miał prawie sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu – potężnie zbudowany, z samych mięśni i kości, niezbyt przystojny, nie za dobrze ubrany i nieco zaniedbany, nie należał do tych, których chętnie się zabiera. Jak zwykle większość kierowców zwalniała, przyglądała się, po czym jechała dalej. Pierwszy, który gotów był zaryzykować – szczupły mężczyzna w średnim wieku – nadjechał po czterdziestu minutach, rocznym kombi subaru. Był w chinosach i wyprasowanej koszuli w kolorze khaki; pewnie ubierała go żona, bo na palcu miał obrączkę. Ale pod gatunkowymi spodniami i koszulą kryło się ciało robotnika. Gruba szyja, duże, czerwone kłykcie – sprawiał wrażenie lekko zaskoczonego tym, że jest biznesmenem, i wcale nie zachwyconego. Jak ktoś, pomyślał Reacher, kto zaczyna od kopania dziur w ziemi i kończy jako szef firmy zajmującej się stawianiem płotów i ogrodzeń.

    www.unsplash.com/Christoph Krichenbaue

    Trafił w dziesiątkę. Już na początku rozmowy okazało się, że – nie licząc starego młotka stolarskiego ojca – facet zaczynał dosłownie z niczym, żeby po latach zostać właścicielem firmy budowlanej zatrudniającej czterdziestu pracowników i odpowiedzialnej za nadzieje i marzenia sporej grupy klientów. Zakończył swoją opowieść lekkim skrzywieniem twarzy, grymasem, z którego przebijały jankeska skromność i szczere zdumienie, miną z cyklu: Jakim cudem? Dbałość o szczegóły, pomyślał Reacher. Siedział obok niego ktoś, kto miał lekarstwo na wszystko, człowiek bardzo dobrze zorganizowany i sypiący starymi maksymami, ktoś o żelaznych poglądach, z których jeden mówił, że pod koniec lata lepiej się trzymać z dala zarówno od międzystanówki I­95, jak i od drogi numer jeden, co więcej, lepiej jest jak najszybciej dać nogę z Maine, czyli zboczyć z utartego szlaku na dwójkę, pojechać prosto do New Hampshire i zahaczyć o południowe przedmieścia Berlina, gdzie jest kilka bocznych dróg, którymi migiem dojadą do Bostonu. Bo tam właśnie jechał, na spotkanie w sprawie marmurowych blatów. Co Reacherowi w sumie odpowiadało. Równie dobrze mógł zacząć wędrówkę od Bostonu, nie widział w tym nic złego. Zupełnie nic. Mógł stamtąd pojechać prosto do Syracuse. A potem do Cincinnati przez Rochester, Buffalo i Cleveland. Może nawet przez Akron w Ohio. Bywał w gorszych miejscach. Głównie w wojsku, służbowo.

    Ale nie dojechali do Bostonu.

    Po pięćdziesięciu kilku minutach jazdy wyżej wspomnianymi bocznymi drogami New Hampshire mężczyzna odebrał telefon. Nawiasem mówiąc, nie przesadzał, bo drogi okazały się rzeczywiście dobre i jego plan miał ręce i nogi. Ruch? Żaden. Ani korków, ani objazdów. Cały czas pruli prawie setką, równo i bez wysiłku. Dopóki nie zadzwonił telefon. Był podłączony do radia i na ekranie nawigacji ukazało się czyjeś nazwisko z miniaturową fotografią w charakterze pomocy wizualnej, w tym przypadku zdjęciem rumianego mężczyzny w kasku budowlańca z podkładką do pisania w ręce. Pewnie brygadzisty. Kierowca dotknął przycisku i w samochodzie rozległ się głośny syk, ze wszystkich głośników naraz, jak w stereo do kwadratu.

    Oby to była dobra wiadomość – powiedział do lewego słupka.

    Ale wiadomość była zła. Chodziło o inspektora z miejskiego wydziału budownictwa i o metalową okładzinę przewodu kominowego w kominku w holu wejściowym, szybu doskonale izolowanego, w stu procentach zgodnie z przepisami, sęk w tym, że nie można było tego sprawdzić wizualnie bez zrywania kamieniarki, w tej chwili na dwa piętra wysokiej, prawie ukończonej – za tydzień wchodziła tam ekipa tynkarzy – albo bez zrywania robionej na zamówienie stolarki z orzecha w jadalni po drugiej stronie szybu, albo rozpruwania palisandrowej stolarki w garderobie na piętrze, nad kominkiem, co byłoby jeszcze bardziej skomplikowane. Inspektor, uparty palant, miał to gdzieś i chciał zobaczyć wszystko na własne oczy.

    Kierowca zerknął na Reachera i rzucił: – Który to? – Ten nowy – odparł budowlaniec w kasku. – Wie, że dostanie indyka na Święto Dziękczynienia? – Powiedziałem mu, że gramy w tej samej drużynie. Kierowca znów zerknął na Reachera, jakby prosił go o pozwolenie albo przepraszał, a może prosił i jednocześnie przepraszał.

    Zaproponowałeś mu kasę? – Pięć stów. Nie chciał wziąć. Wtedy stracili zasięg. Brygadzista zabulgotał jak wrzucony do wody robot, a potem umilkł. Na ekranie nawigacji ukazał się napis, że komórka szuka zasięgu.

    Jechali dalej.

    Po co komu kominek w holu wejściowym? – spytał Reacher.

    Robi ciepłą atmosferę.

    Kiedyś miał odstraszać, tak myślę. Jak ognisko u wejścia do jaskini. Żeby drapieżniki nie weszły.

    Muszę wracać – powiedział kierowca. – Bardzo mi przykro.

    Zwolnili, zjechali na żwirowe pobocze i przystanęli. Samotni jak dwa kołki w płocie na zupełnym odludziu. Na drodze nie było ani jednego samochodu. Komórka wciąż szukała sygnału.

    Tu pana wysadzę. Może być?

    Jasne – odrzekł Reacher. Kawałek mnie pan podwiózł. Bardzo dziękuję.

    Nie ma za co. – Czyja to garderoba? – Klienta. – Niech pan każe wyciąć tam dużą dziurę i pokaże ją inspektorowi. A potem niech pan przedstawi klientowi pięć rozsądnych powodów, dla których warto mieć w domu sejf. Bo taki typ na pewno chce mieć ścienny sejf. Może jeszcze o tym nie wie, ale ktoś, kto buduje kominek w holu wejściowym, prędzej czy później pomyśli o sejfie. W sypialni albo w garderobie. Na sto procent. Natura ludzka. Jeszcze pan na tym zarobi. Wybicie dziury trwa. Niech pan mu każe zapłacić za czas.

    Pan też w tym robi? – spytał kierowca. – Kiedyś byłem żandarmem wojskowym. – Hę? Nieźle. Reacher wysiadł, zamknął drzwi i odszedł na bok, żeby facet mógł zawrócić, od żwirowego pobocza do żwirowego pobocza, tam i z powrotem, na kilka razy. Co też zrobił, po czym odjechał, ze smutkiem machnąwszy ręką, pewnie życząc mu w ten sposób powodzenia. Kiedy samochód zmalał w oddali, Reacher ruszył na południe, tam, dokąd zmierzał. Lubił iść naprzód. Nie zawsze przed siebie, lecz zawsze naprzód. Na drodze, dobrze utrzymanej, dość szerokiej dwupasmówce, było trochę zakrętów i wzniesień. Co dla współczesnego samochodu nie stanowiło żadnego problemu. Subaru spokojnie wyciągało tu setkę. Mimo to droga świeciła pustkami. Dosłownie. Nic nią nie nadjeżdżało, ani z jednej, ani z drugiej strony. Panowała kompletna cisza. W drzewach wzdychał jedynie wiatr, a pod nogami cichutko szemrał rozgrzany asfalt.

    Reacher szedł przed siebie.