Tag: Wydawnictwo Albatros

  • „Na co komu Reacher?” Kwietniowy felieton Jakuba Ćwieka

    Dawno temu, na długo nim popularny zrobił się u nas Bear Grylls, kupiłem sobie podręcznik survivalu. Był świetny! Uwielbiałem przeglądać kolejne strony, i na podstawie opisanych tam instrukcji, a to skraplać wodę w kubeczku na dnie dziury, a to we właściwy sposób budować szałas. Chodziłem z tą książką wszędzie. Oczywiście szczelnie zapakowałem ją w folię, na wypadek, gdyby… spadł deszcz, zaczęła się powódź albo porwali mnie czescy partyzanci mieszkam przy granicy – i wywieźli nad morawskie jeziora. Miałem swój osobisty zestaw ze skalpelem, krzesiwem, igłą i nitką i ogólnie czułem się super. A gdy jeszcze jeden z moich kolegów, ten, który do tej pory skrupulatnie spisywał w notesie patenty z serialowego MacGyvera, poprosił, bym dał mu tę książkę skserować, wręcz kipiałem z dumy. I oczywiście nie dałem, bo dlaczego miałem się tą wyjątkowością dzielić?

    Dziś nie mam już ani tej książki, ani swojego osobistego zestawu. Do niedawna miałem w plecaku scyzoryk, ale go zgubiłem, i latarkę, w której wyczerpały się baterie. Jedyne, co regularnie kupuję z rzeczy przydatnych preppersowi, to srebrna taśma. Nie, nie pytajcie.

    Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo ostatnio zastanawiałem się dlaczego właściwie czytam książki Lee Childa o Jacku Reacherze.

    Dla tych, którzy nie wiedzą. Jack Reacher to blisko dwumetrowy, barczysty, amerykański włóczęga, niegdyś znakomity żandarm wojskowy, choć często dyscyplinowany za dochodzenie do sprawiedliwości drogami na skróty. Po zakończeniu służby Reacher pozbył się wszystkiego prócz składanej szczoteczki do zębów i skłonności do ładowania się w wyjątkowo niebezpieczne kłopoty i ruszył w niekończącą się podróż przez kolejne stany Ojczyzny, której oddał większość życia.

    Każda książka o jego przygodach jest w zasadzie podobna. Komuś gdzieś dzieje się krzywda, a Reacher znajdujący się w danym miejscu z mniej lub bardziej przypadkowego powodu, decyduje się pomóc, bo co ma w zasadzie do roboty? Do roboty nikt go nie gonił, bić się potrafił jak mało kto, a i z wiedzy nabytej tu i tam wypadałoby czasem skorzystać, by nie zardzewiała. Trochę, wiecie, jak w tym dowcipie o Czerwonym Kapturku, co to nie miał się czego bać, bo pieniędzy nie miał, las znał, a seks lubił.

    No właśnie, wiedza. Jednym z powodów dla których Jack Reacher jest w stanie tak dobrze odnaleźć się w każdej sytuacji, jest jego ogromna wiedza na właściwie każdy temat i niezwykła umiejętność zastosowania tej wiedzy – czasem bardzo nietypowo – w praktyce. W ubiegłym roku zresztą pojawiła się obok corocznej publikacji okołoreacherowej dodatkowa książeczka zawierająca tak zwane zasady Reachera. I tam, oprócz wyrwanych z kontekstu cytatów, dorzucono, w ramach ciekawostek, wiele zagrywek i trików, którymi niegdysiejszy żandarm popisuje się w kolejnych tomach. Na przykład, jak się skutecznie uzbroić się w przypadkowej łazience.

    Przeczytałem tę książeczkę i, tak jak czytając tom po tomie przygody Reachera, próbowałem zapamiętać jego patenty na to czy na tamto. Robiłem tak zresztą odkąd pamiętam, czerpiąc zachowania nie tylko z powieści Childa. Wchodząc do nowego lokalu odruchowo zastanawiałem się nad liczbą wyjść, zbliżającą się grupkę rosłych drabów oceniałem pod kątem tego, który w razie czego jest najsłabszy, który najsilniejszy i jak by to wykorzystać. Ale dopiero lektura Zasad Reachera skłoniła mnie do zadania sobie pytania: czy ja faktycznie się uczę jak zostać zabójczym włóczęgą? I jeśli tak, czy robi tak ktoś jeszcze?

    Wtedy przypomniało mi się jak w „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” King zwracał uwagę na to, jak wielu czytelników literatury popularnej usprawiedliwia czytanie bestsellerów możliwością pozyskania nowej wiedzy. Czytają Grishama, bo jest tam wiele ciekawostek prawnych, Cooka, bo medycyna, Childa, bo ten mało i wielkomiejski survival. Tak tłumaczą się przed znajomymi, tak być może wmawiają samym sobie.

    Zaciekawiony porozmawiałem ze swoimi znajomymi, miłośnikami między innymi Childa właśnie. I wiecie co? W nich też tkwi to przekonanie, że, czytając Reachera, nie tylko dobrze się bawią, ale i zdobywają przydatną wiedzę, którą będą mogli realnie wykorzystać.

    A tymczasem umówmy się – prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek w naszym życiu zdarzy się sytuacja, gdy będziemy musieli wygrzebać fugę, wyrwać łazienkowego kafla i naostrzyć go jako broń jest bardzo małe. Jeszcze mniejsze, że w tak dramatycznej sytuacji przypomni nam się motyw z dawno czytanej książki. Wmawiamy to sobie po prostu, jak ja, gdy jako dzieciak upierałem się, że gdybym teraz wylądował sam w dżungli, to wydostałbym się stamtąd, nie cierpiąc od głodu, odwodnienia, chorób czy udaru ani jednego dnia. Może i są takie jednostki, ale na pewno się do nich nie zaliczam ani ja, ani większość spośród tych, którzy wyzerowali ten czy tamten nakład powieści Childa.

    Skoro więc to nie gromadzenie praktycznej wiedzy ulicznej jest prawdziwym powodem, wróćmy do pytania, dlaczego czytam powieści o Jacku Reacherze. Czyżby z powodu mamoniowej zasady o tym, że najbardziej wchodzą rzeczy już znane? To pewnie też. Nie bez znaczenia jest również fakt, że każda z tych książek jest napisana sprawnym, wykalkulowanym pod zajętych ludzi stylem (krótkie rozdziały, rzetelne wyjaśnienia zawiłości, szczegółowe i proste przedstawianie zastosowanych rozwiązań fabularnych).

    Przede wszystkim jednak postać Reachera napawa mnie otuchą. Fajnie jest wiedzieć, że oto gdzieś tam krąży wielki facet z doskonałym przeszkoleniem, który interesuje się życiem zwykłych ludzi i jest wrażliwy na niesprawiedliwość. Zwykle nie trzeba go nawet prosić o pomoc, bo bywa i tak, że – nauczony doświadczeniem – potencjalne kłopoty dostrzega szybciej niż osoba, która będzie na nie narażona. A gdy już dostrzeże, z miejsca bierze się do pracy.

    I tak, ja wiem, że to stary, zgrany motyw bezimiennego rewolwerowca, który finalnie odjeżdża samotnie ku zachodzącemu słońcu. Wiem, że postaci takich jak Reacher było wiele i jeszcze wiele będzie. Że ten konkretny bohater to taki trochę John Rambo, a trochę agent NCIS, skonstruowany tak, by grać na emocjach Amerykanów, mających taki a nie inny stosunek do armii, weteranów i patriotyzmu. Naprawdę, wiem to wszystko.

    Ale też wiem, że gdy czytam o śledztwie, które – jak w najnowszej książce Childa „Nocna runda” – zaczyna się od znalezionego w lombardzie sygnetu, myślę: chciałbym być czasem jak Reacher. Po prostu w odpowiednim momencie okazać zainteresowanie komuś, kto tego potrzebuje i użyć wszelkiej dostępnej mi wiedzy, by udzielić mu wsparcia. Obym tylko nie musiał używać do tego noża z kafelka.

  • Premierowy fragment „Monachium” Roberta Harrisa

    Legatowie mieszkali w małym wynajętym szeregowcu przy North Street w Westminsterze. Znalazł go dla nich były zwierzchnik Legata w departamencie głównym Foreign Office, Ralph Wigram, który mieszkał z żoną i synem przy tej samej ulicy. Zaletą tego miejsca była niewielka odległość do biura; Wigram oczekiwał od podwładnych ciężkiej pracy i Legat mógł się zameldować w jego gabinecie dziesięć minut po wyjściu z domu. Wady domu były zbyt liczne, by je wymieniać, i wynikały głównie z faktu, że miał ponad dwieście lat. Oprócz zainstalowania elektryczności niewiele w nim przez te wszystkie lata zrobiono. Zaledwie sto metrów dalej płynęła Tamiza, więc poziom wód gruntowych był tu wysoki. Wilgoć idąca z ziemi łączyła się ze spływającym z dachu deszczem. Zmyślnie ustawione meble maskowały plamy czarno-zielonego grzyba. Kuchnia była przedwojenna, ale Pamela ją uwielbiała. Przy tej samej ulicy mieszkała lady Colefax, urządzająca latem na chodniku kolacje przy świecach, na które często zapraszała Legatów. To był absurd: Hugh zarabiał niecałe trzysta funtów rocznie. Żeby stać ich było na czynsz, musieli podnajmować suterenę, ale za to mogli po chyboczących się niebezpiecznie schodkach zejść z salonu do małego ogródka; Hugh skonstruował z liny i kosza na bieliznę prowizoryczną windę, którą spuszczał na dół dzieci, by się tam bawiły.

    Właśnie do tego niegdyś romantycznego, lecz w zasadzie niepraktycznego domostwa – symbolizującego, jak zaczynał myśleć, ogólny stan jego małżeństwa – Legat zmierzał niecałą godzinę po zakończeniu radiowego przemówienia premiera, żeby spakować się na noc.

    Po drodze minął jak zwykle dom Wigramów. Większość okolicznych pociemniałych od sadzy fasad ożywiały stojące w oknach skrzynki z geranium, lecz dom pod numerem czwartym wydawał się pusty i zaniedbany. Okiennice za małymi georgiańskimi szybkami były od wielu miesięcy zabite na głucho. Legat poczuł nagle żal – uczucie to było niemal fizyczne – że Wigrama nie ma tam w środku. Bo to Wigram, bardziej niż ktokolwiek inny, przewidział ten kryzys; prawdę mówiąc, spodziewał się go obsesyjnie, tak że nawet Legat, który go uwielbiał, uznał, że szef sfiksował na punkcie Hitlera. W ciągu sekundy Legat potrafił odtworzyć w pamięci jego twarz – przenikliwe błękitne oczy, jasne wąsy, wąskie zaciśnięte usta. Ale przede wszystkim go słyszał: jak kuśtykając korytarzem, zbliża się do pokoju trzecich sekretarzy: pojedyncze ciężkie tupnięcie, odgłos wleczonej z tyłu lewej nogi i ostrzegawcze stuknięcie laski – i zawsze ten jeden temat, który był dla niego ważny: Hitler, Hitler, Hitler. Kiedy Niemcy w 1936 roku dokonały remilitaryzacji Nadrenii, Wigram poprosił o spotkanie z premierem Stanleyem Baldwinem i ostrzegł go, że to, jego zdaniem, ostatnia szansa, by alianci powstrzymali nazistów. Premier odparł, że jeśli istnieje choćby najmniejsze ryzyko, że ultimatum doprowadzi do wojny, nie podejmie go; kraj nie zniósłby konfliktu, który wybuchłby tak szybko po poprzednim. Wigram wrócił zdruzgotany na North Street i powiedział żonie: „Czekaj, aż bomby spadną na nasz mały domek”. Dziewięć miesięcy później w wieku czterdziestu sześciu lat znaleziono go martwego w łazience – nikt nie wiedział, czy sam zadał sobie śmierć, czy zmarł wskutek powikłań polio, na które cierpiał od dziesięciu lat.

    Och, Ralphie, pomyślał Legat, biedny, kochany, pokręcony Ralphie, ty wszystko to przewidziałeś.

    Po wejściu do domu i zapaleniu światła z przyzwyczajenia głośno się przywitał i czekał na odpowiedź. Już po chwili jednak zorientował się, że wszyscy wyjechali, z tego, co widział, w pośpiechu. Jedwabny żakiet, który Pamela miała na sobie podczas lunchu, wisiał na słupku balustrady. Trójkołowy rowerek Johna leżał na boku, tarasując przejście. Legat go postawił. Kiedy wchodził po schodach, głośno zatrzeszczały. Drewno było przegniłe. Sąsiedzi skarżyli się na wilgoć sączącą się przez wspólną ścianę. Mimo to Pamela zdołała jakoś uatrakcyjnić wnętrza, ozdabiając je perskimi dywanikami, szkarłatnymi adamaszkowymi zasłonami, strusimi i pawimi piórami, koralikami i starymi koronkami. Miała gust, to nie ulegało kwestii; stwierdziła tak osobiście lady Colefax. Któregoś wieczoru zapaliła w całym domu pachnące świece, zmieniając go w miejsce z bajki. Jednak nazajutrz rano zapach stęchlizny powrócił.

    Legat wszedł do sypialni. Żarówka była tu przepalona, ale wystarczało mu padające z przedpokoju światło. Na łóżku i podłodze leżały porozrzucane ubrania żony. Żeby wejść do łazienki, musiał dać długi krok przez jej bieliznę. Włożył do kosmetyczki brzytwę, pędzel do golenia i proszek do mycia zębów i wrócił do sypialni, by poszukać koszuli. North Street jechało powoli jakieś auto, sądząc po brzmieniu silnika, na niskim biegu. Przednie reflektory oświetliły sufit, rzucając na ścianę cień ramy okiennej; czarne linie przesuwały się niczym wskazówki zegara słonecznego. Trzymając w ręce koszulę, zastygł w bezruchu i nasłuchiwał. Samochód zatrzymał się na zewnątrz z pracującym silnikiem. Legat podszedł do okna.

    Auto było małe, z dwojgiem drzwi; te od strony kierowcy były otwarte. Usłyszał jakiś szelest na dole. Chwilę później ktoś w kapeluszu i ciemnym płaszczu wrócił szybko spod domu, wsiadł z powrotem do samochodu i zatrzasnął drzwi.

    Legat w dwóch susach wyskoczył z sypialni. Zbiegając po cztery schodki naraz, wpadł na rowerek Johna i o mało nie wywrócił się jak długi. Kiedy otworzył frontowe drzwi, samochód skręcał właśnie w Great Peter Street. Przez chwilę wpatrywał się w ślad za nim, łapiąc kurczowo oddech, a potem podniósł kopertę z wycieraczki. Była gruba i sprawiała oficjalne wrażenie; może to było pismo z kancelarii prawnej? Jego nazwisko napisano nieprawidłowo: Leggatt. Wrócił do salonu, usiadł na kanapie, wsunął palec pod skrzydełko koperty i ostrożnie ją rozerwał. Nie wyciągnął od razu dokumentu. Najpierw rozchylił kopertę dwoma palcami i zajrzał do środka. W ten sposób szykował sięna złe na ogół finansowe wiadomości. Dostrzegł tylko napisany na maszynie nagłówek:

    Berlin, 30 Mai,1938

    OKW No. 42/38. G. Kdos. Chefsache (streng geheim, Militär) L I

    Dziesięć minut później zmierzał z powrotem do biura. Wszędzie, gdzie spojrzał, dostrzegał oznaki niepokoju – rubinowy naszyjnik tylnych świateł samochodowych ciągnący się aż do Marsham Street, gdzie tankowano na stacji benzynę; hymn śpiewany w intencji pokoju na brukowanym dziedzińcu Opactwa Westminsterskiego; skąpane w srebrzystym blasku jupiterów poczerniałe ściany Downing Street, na których tle rysowały się sylwetki zbitego milczącego tłumu.

    Był spóźniony. Żeby dostać się do siedziby premiera, musiał przeciskać się między ludźmi, trzymając wysoko nad głową neseser.

    Przepraszam… przepraszam…

    Po wejściu do środka przekonał się jednak, że niepotrzebnie się trudził. Parter był pusty. Ministrowie udali się na zaplanowane na wpół do dziesiątej posiedzenie gabinetu.

    Cleverly’ego nie było w jego gabinecie. Legat stał przez chwilę na korytarzu, zastanawiając się, co robić. Syers siedział u siebie, paląc papierosa i gapiąc się przez okno.

    Cześć, Hugh – powiedział, widząc jego odbicie w szybie.

    Gdzie jest Cleverly?

    W sali posiedzeń gabinetu, na wypadek gdyby postanowili wysłać Czechom depeszę Horace’a.

    Jest z nimi Cadogan?

    Nie widziałem go. – Syers się odwrócił. – Jesteś jakiś podenerwowany. Wszystko w porządku?

    Jak najbardziej. – Legat uniósł neseser. – Wymknąłem się tylko na chwilę do domu, żeby zabrać rzeczy.

    Wyszedł, zanim Syers zdążył zapytać o coś więcej. W swoim biurze otworzył neseser i wyjął z niego kopertę. Samo przyniesienie jej tutaj wydawało się aktem zdrady; lepiej, żeby nikt go z nią nie złapał. Powinien przekazać ją komuś zajmującemu wyższe stanowisko, jak najszybciej się jej pozbyć.

    Robert Harris, fot: Jon Enoch/Wydawnictwo Albatros

    Za kwadrans dziesiąta ponownie przecinał Downing Street, przeciskając się tym razem bardziej zdecydowanie przez tłum gapiów. Przeszedł przez wielką żelazną bramę po drugiej stronie ulicy i znalazł się na rozległym czworokątnym dziedzińcu otoczonym budynkami ministerstw. Wszędzie paliły się światła: w Ministerstwie Kolonii i Ministerstwie Spraw Wewnętrznych po lewej oraz w Ministerstwie do spraw Indii i Foreign Office po prawej. Do tego ostatniego, znajdującego się najbliżej, prowadziły szerokie stopnie. Nocny portier skinął mu głową.

    Przestronny i okazały korytarz w wiktoriańskim imperialnym stylu miał wprawić w podziw tych, którzy nie mieli szczęścia urodzić się Brytyjczykami. Gabinet stałego podsekretarza stanu mieścił się w rogu parteru, z widokiem na Downing Street z jednej i na Horse Guard Road z drugiej strony. (Jeśli bliskość do centrum uznać za oznakę władzy, Foreign Office szczyciło się tym, że ich stały podsekretarz może zameldować się u premiera dziewięćdziesiąt sekund po tym, jak został wezwany).

    W sekretariacie była tylko pełniąca dyżur starsza sekretarka, panna Marchant; normalnie pracowała na górze, u krótkowzrocznego zastępcy Cadogana, Orme’a Sargenta, znanego powszechnie jako Moley.

    Legat był lekko zdyszany.

    Muszę się widzieć z sir Alexandrem – oświadczył. – To bardzo pilne.

    Obawiam się, że jest zbyt zajęty, by kogokolwiek przyjąć.

    Proszę mu powiedzieć, że to sprawa najwyższej wagi – odparł Legat. To wyświechtane określenie, podobnie jak zegarek na łańcuszku i staroświecki garnitur, pasowało do niego. Stanął na szeroko rozstawionych nogach. Widać było, że choć zdyszany i piastujący niskie stanowisko, nie da się tak łatwo spławić. Panna Marchant zamrugała zaskoczona, przez chwilę się wahała, a potem wstała, zapukała cicho do drzwi stałego podsekretarza i zajrzała do środka. Legat słyszał tylko ją.

    Pan Legat chciałby się z panem widzieć. – Pauza. – Twierdzi, że to bardzo ważne. – Kolejna pauza. – Tak, moim zdaniem powinien pan. – Z wnętrza gabinetu dobiegł wyraźny pomruk.

    Sekretarka odsunęła się, by go wpuścić. Wchodząc do środka, spojrzał na nią z taką wdzięcznością, że aż się zaczerwieniła.

    Rozmiary gabinetu – sufit znajdował się na wysokości co najmniej sześciu metrów – podkreślały mikrą posturę Cadogana. Nie siedział przy swoim biurku, ale przy stole konferencyjnym, którego blat prawie całkowicie pokrywały papiery w różnych kolorach: w białym – protokoły i depesze; w jasnoniebieskim – brudnopisy; w fioletoworóżowym – raporty; w niebieskawozielonym – dokumenty rządowe. Między nimi tu i tam leżały obwiązane różowymi wstążkami brązowe akta. Stały podsekretarz stanu miał na nosie okrągłe okulary w szylkretowych oprawkach i zerkał znad nich na Legata z wyrazem irytacji na twarzy.

    Tak?

    Przepraszam, że przeszkadzam, sir Alexandrze, ale wydaje mi się, że powinien to pan natychmiast zobaczyć.

    O Boże, co znowu?

    Cadogan wyciągnął rękę, wziął od niego pięć kartek maszynopisu, zerknął na pierwszą linijkę

    Auf Anordnung des Obersten Befehlshabers der Wehrmacht

    zmarszczył czoło, zajrzał na ostatnią stronę –

    gez. ADOLF HITLER

    Für die Richtigkeit der Abschrift:

    ZEITZLER, Oberstleutnant des Generalstabs

    i Legat z satysfakcją ujrzał, jak Cadogan prostuje się na krześle.

    Dokument był dyrektywą od Hitlera: Wojna na dwóch frontach ze skupieniem wysiłku wojennego na południowym wschodzie, Koncentracja Strategiczna „Zielona”.

    Skąd to, do diabła, masz?

    Mniej więcej trzydzieści minut temu wsunięto to przez otwór na listy w moim domu.

    Kto to zrobił?

    Nie widziałem ich. Mężczyzna w samochodzie. A właściwie dwóch mężczyzn.

    Nie dołączono do tego żadnej wiadomości?

    Żadnej.

    Cadogan uprzątnął ze stołu część papierów, rozłożył dokument przed sobą i pochylił nad nim swoją nieproporcjonalnie wielką głowę. Czytał w absolutnym skupieniu, przyciskając pięści do skroni. Znał dobrze niemiecki: kierował ambasadą w Wiedniu latem 1914 roku, kiedy zamordowano arcyksięcia Franciszka Ferdynanda.

    Kluczowe jest stworzenie w ciągu pierwszych dwóch lub trzech dni sytuacji, która ukaże pragnącym interweniować wrogim państwom beznadziejność militarnego położenia Czechów… Formacje wojskowe zdolne do szybkiego ataku muszą zdecydowanie i błyskawicznie przełamać umocnienia graniczne i wedrzeć się śmiało na terytorium Czechosłowacji, mając pewność, że główne siły mobilnej armii możliwie jak najprędzej do nich doszlusują…

    W trakcie ataku na Czechosłowację główne siły Luftwaffe mają działać z zaskoczenia. Siły powietrzne powinny przekroczyć granicę w tym samym momencie, gdy będą ją przekraczać pierwsze jednostki wojsk lądowych…

    Kończąc czytać każdą stronę, Cadogan odwracał ją i kładł skrupulatnie po prawej. Po przeczytaniu całości wyrównał kartki.

    Nadzwyczajne – mruknął. – Przypuszczam, że w pierwszej kolejności musimy sobie zadać pytanie, czy dokument jest autentyczny.

    Mnie z całą pewnością wydaje się autentyczny.

    Zgadzam się. – Stały podsekretarz stanu ponownie zerknął na pierwszą stronę. – Dokument został sporządzony trzydziestego maja. Jest moją nieodwołalną decyzją, by w najbliższej przyszłości zmiażdżyć w działaniach wojskowych Czechosłowację – zaczął tłumaczyć, wodząc palcem po niemieckim oryginale. – To z pewnością brzmi w stylu Hitlera. W gruncie rzeczy to prawie słowo w słowo to samo, co dziś rano powiedział Horace’owi Wilsonowi. – Cadogan odchylił się na krześle. – A zatem, jeśli założymy, że dokument jest autentyczny, co, moim zdaniem, możemy zrobić, kolejne pytania, jakie się wyłaniają, są następujące: kto nam to przekazał, dlaczego nam to przekazał, a przede wszystkim, dlaczego przekazał to właśnie tobie?

    Legat ponownie doświadczył owego specyficznego poczucia winy: jakby sam fakt, że wszedł w posiadanie tego dokumentu, podważał w jakiś sposób jego lojalność. Wolał nie myśleć, skąd się wzięło.

    Obawiam się, że nie potrafię odpowiedzieć na żadne z nich – powiedział.

    Co do pytania, kto mógł nam to przekazać, wiemy, że istnieje jakiś rodzaj opozycji wobec Hitlera. Kilku przeciwników reżimu kontaktowało się z nami latem tego roku, utrzymując, że chętnie obalą nazistów, pod warunkiem że zajmiemy zdecydowane stanowisko w kwestii Czechosłowacji. Nie mogę powiedzieć, że to jakaś zwarta grupa: jest tam kilku zawiedzionych dyplomatów, a także arystokraci pragnący przywrócenia monarchii. To pierwszy przypadek, że dostaliśmy od nich coś konkretnego… choć nie dowiedzieliśmy się z tego dokumentu niczego, o czym wcześniej byśmy nie wiedzieli. Hitler chce zniszczyć Czechosłowację i chce to zrobić szybko… to w końcu nic nowego. – Cadogan zdjął z nosa okulary i przygryzł zausznik. – Kiedy byłeś ostatnio w Niemczech? – zapytał, mierząc Legata chłodnym wzrokiem.

    Przed sześciu laty.

    Kontaktowałeś się z kimś stamtąd?

    Nie. – Przynajmniej to było zgodne z prawdą.

    Jeśli dobrze pamiętam, po przydzieleniu cię do departamentu głównego byłeś na placówce w Wiedniu. Zgadza się?

    Tak, od trzydziestego piątego do trzydziestego siódmego.

    Zaprzyjaźniłeś się tam z kimś?

    Niespecjalnie. Mieliśmy małe dziecko, a żona była w ciąży z drugim. Nie prowadziliśmy bogatego życia towarzyskiego.

    A ambasada niemiecka w Londynie… znasz kogoś z ich personelu?

    Nie, raczej nie.

    W takim razie nie bardzo rozumiem. Skąd Niemcy w ogóle wiedzą, że pracujesz na Downing Street?

    Legat wzruszył ramionami.

    Może ma to związek z moją żoną? Co jakiś czas piszą o niej w kolumnach plotkarskich. Czasami pojawia się i moje nazwisko.

    Zaledwie tydzień temu w „Daily Express” – na myśl o tym czerwienił się ze wstydu – napisano o jednym z urządzanych przez lady Colefax przyjęć, na których się pojawił, i dodano, że jest jedną z najjaśniejszych młodych gwiazd na firmamencie Foreign Office, obecnie w bezpośrednim otoczeniu premiera.

    – „W kolumnach plotkarskich”? – Stały podsekretarz stanu powtórzył to określenie z niesmakiem, jakby było to coś, co można wziąć do ręki wyłącznie za pomocą pęsety. – Cóż to, u licha, takiego? – Legat nie potrafił zgadnąć, czy Cadogan żartuje, czy mówi serio. Zanim zdążył odpowiedzieć, rozległo się pukanie do drzwi. – Wejść!

    Panna Marchant trzymała w ręku kartonową teczkę.

    Właśnie dostaliśmy depeszę z Berlina.

    Nareszcie! – Cadogan praktycznie wyrwał ją z jej ręki. – Czekałem na to przez cały wieczór. – Rozłożył telegram na stole i ponownie pochylił nad nim swoją wielką głowę, czytając z takim skupieniem, że dotykał niemal czołem kartki. – Niech to szlag… niech to szlag… niech to szlag! – mruczał pod nosem. Od wybuchu kryzysu ani razu nie wyszedł z biura przed północą. Legat zastanawiał się, jak znosi to napięcie. Cadogan podniósł po chwili wzrok. – To najnowsza wiadomość od Hitlera. Premier musi się z nią natychmiast zapoznać. Wracasz pod numer dziesiąty?

    Tak jest.

    Cadogan włożył depeszę z powrotem do teczki i podał mu.

    A co do tej drugiej sprawy, puszczę ten dokument w obieg, zobaczę, co sądzą o nim nasi ludzie. Na pewno będą chcieli z tobą jutro porozmawiać. Rusz głową. Spróbuj zgadnąć, kto się za tym kryje.

    Tak jest, panie sekretarzu.

    Stały podsekretarz sięgnął po kolejne akta.

    *

    Z protokołu obrad gabinetu wynika, że telegram 545 z Berlina (List od Kanclerza Rzeszy do Premiera) doręczono Chamberlainowi krótko po godzinie dziesiątej wieczorem. Sala była pełna: w posiedzeniu brało udział dwudziestu ministrów, nie licząc Horace’a Wilsona, który uczestniczył w nim jako specjalny doradca, by zrelacjonować swoje spotkanie z Hitlerem, oraz sekretarza gabinetu Edwarda Bridgesa, profesorskiego typa w okularach, syna poety-laureata. Większość obecnych paliła. Żeby rozwiać nieco dym z cygar, fajek i papierosów, otwarto jedno z wychodzących na ogród wysokich opuszczanych okien. Leżące na stole i dywanie papiery unosiły się co chwila w podmuchach ciepłej wieczornej bryzy.

    Wchodząc do sali, Legat usłyszał przemawiającego lorda Halifaxa. Podszedł dyskretnie do premiera i położył przed nim depeszę. Chamberlain, który słuchał ministra spraw zagranicznych, zerknął na nią, skinął głową i lekko podnosząc podbródek, wskazał Legatowi, by siadł na jednym z krzeseł w końcu sali, razem z innymi urzędnikami. Dwa były zajęte przez protokolantów z Urzędu Rady Ministrów, którzy robili notatki, trzecie przez Cleverly’ego. Ten ostatni siedział z opuszczoną głową, rękami skrzyżowanymi na piersi, nogą założoną na nogę i lekko podrygującą lewą stopą. Kiedy Legat siadł obok niego, Cleverly rozejrzał się ponuro i nachylił w jego stronę.

    Co to było? – zapytał szeptem.

    Odpowiedź od Hitlera.

    Co zawierała?

    Niestety, nie spojrzałem.

    To z twojej strony zaniedbanie. Miejmy nadzieję, że to dobra wiadomość. Biedny premier ma raczej ciężki orzech do zgryzienia.

    Chamberlain założył okulary i czytał list od Hitlera. Legat dostrzegał wyraźnie jego profil. Nie widział ministra spraw zagranicznych, siedzącego naprzeciwko premiera, ale słyszał doskonale jego głos, w którym słychać było wibrujące „r” oraz ton niezachwianej moralnej wyższości, jakby przemawiał z niewidzialnej ambony.

    – …i właśnie dlatego z wielkim żalem nie mogę, niestety, z ręką na sercu poprzeć pana premiera w tej konkretnej kwestii. Byłoby mi bardzo trudno wysłać depeszę w kształcie, który nadał jej sir Horace. Sugerowanie Czechom, żeby pod groźbą użycia siły przekazali natychmiast swoje terytorium, równałoby się, moim zdaniem, całkowitej kapitulacji.

    Halifax przerwał, żeby napić się wody. Atmosfera przy stole wyraźnie zgęstniała. Święty Lis przestał się maskować! Kilku ministrów pochyliło się nad stołem, jakby nie byli pewni, czy się nie przesłyszeli.

    Rozumiem w pełni – podjął Halifax – że jeśli nie wyślemy proponowanej przez sir Horace’a depeszy, miliony ludzi, w tym również nasi obywatele, poniosą poważne konsekwencje. Wojna stanie się wówczas pewna. Ale po prostu nie możemy nakłaniać Czechów do czegoś, co uważamy za niewłaściwe. Nie sądzę też, by zaakceptowała to Izba Gmin. Na koniec… i to wydaje mi się sednem sprawy… nie możemy dać Czechom żadnej gwarancji, że niemiecka armia zatrzyma się na granicy Kraju Sudeckiego i nie zajmie całej Czechosłowacji.

    Oczy wszystkich zwróciły się na Chamberlaina. Widziane z profilu krzaczaste brwi i wąsy premiera jakby się zjeżyły; jastrzębi nos uniósł się wyzywająco. Premier nie lubił, gdy mu się sprzeciwiano. Legat zastanawiał się, czy nie straci nad sobą panowania. Nigdy nie był tego świadkiem. Wybuchy Chamberlaina, choć rzadkie, były ponoć spektakularne.

    Minister spraw zagranicznych przedstawił mocne i być może nawet przekonujące argumenty przeciwko mojej propozycji, mimo że wydaje mi się ona jedyną realną szansą, jaką mamy – oświadczył chłodno premier i potoczył wzrokiem po twarzach swoich ministrów. – Jeśli taki jest jednak pogląd większości kolegów… – W tym momencie zawiesił głos niczym licytator czekający na ostatnią ofertę. Nikt się nie odezwał. – Jeśli taki jest pogląd większości – powtórzył i teraz w jego głosie zabrzmiała nuta porażki – jestem skłonny się do niego przychylić. Depesza nie zostanie wysłana. – Spojrzał na Horace’a Wilsona.

    Słychać było, jak ministrowie wiercą się na krzesłach i szeleszczą papierami – w ten sposób pokojowo nastawieni ludzie przyswajali sobie niechętnie fakt, że czeka ich wojna. Chamberlain jeszcze jednak nie skończył. Jego głos przebił się przez hałas.

    Zanim przejdziemy do kolejnej sprawy, chciałbym poinformować gabinet, że otrzymałem właśnie odpowiedź od Herr Hitlera. Być może powinienem ją panom teraz przeczytać.

    Kilku co bardziej czołobitnych ministrów – lord kanclerz Maugham i minister rolnictwa „Shake” Morrison – zaczęło wołać „Tak!” i „Oczywiście!”.

    Premier wziął do ręki depeszę.

    Drogi panie Chamberlain, w trakcie rozmów po raz kolejny poinformowałem sir Horace’a Wilsona, który przekazał mi Pański list z dwudziestego szóstego września, o moim ostatecznym stanowisku…

    Wysłuchiwanie żądań Hitlera z ust Chamberlaina miało w sobie coś niestosownego. Fakt, że wypowiadał je brytyjski premier, sprawiał, że wydawały się całkiem rozsądne. W końcu, dlaczego czeski rząd sprzeciwiał się natychmiastowej okupacji terytorium, które w zasadzie zgodził się już przekazać Niemcom?

    Stanowi to wyłącznie środek gwarantujący szybkie i gładkie zrealizowanie ostatecznego porozumienia.

    Kiedy Czesi skarżyli się, że utracą swoje fortyfikacje graniczne, świat z pewnością widział, że w ten sposób grają tylko na czas.

    www.unsplash.com/Camilla Bundgaard

    Jeśli mielibyśmy czekać z wejściem w życie ostatecznego porozumienia do czasu, gdy Czechosłowacja wzniesie nowe umocnienia na terytorium, które przy niej zostało, trwałoby to bez wątpienia długie miesiące i lata.

    I tak dalej, i tak dalej. Można było niemal odnieść wrażenie, że w trakcie posiedzenia udzielono głosu Hitlerowi, by przedstawił swoje racje. Premier zdjął okulary.

    Cóż, z pewnością jest to bardzo starannie wyłożone i będzie wymagało od nas dalszej analizy, ale nie odbiera mi to do końca nadziei – podsumował.

    Wprost przeciwnie, panie premierze – odezwał się natychmiast Pierwszy Lord Admiralicji, Duff Cooper. – On nie ustąpił nawet na jeden cal! – Cooper był pyskatym mężczyzną, od którego zawsze, nawet rano, dobiegał zapach wczorajszej whisky, cygar oraz perfum cudzych żon. Miał zarumienioną twarz. Legat nie potrafił powiedzieć, czy poczerwieniał z gniewu, czy dlatego, że już sobie golnął.

    Być może to prawda – przyznał Halifax. – Ale trzeba odnotować, że nie zatrzasnął również całkowicie drzwi. Konkludując, prosi premiera, by nie ustawał w wysiłkach na rzecz pokoju.

    Owszem, ale bardzo zdawkowo. Pozostawiam Pańskiemu osądowi, czy powinien Pan kontynuować. Najwyraźniej ani przez chwilę sam w to nie wierzy. Próbuje tylko zwalić na Czechów winę za swoją agresję.

    Cóż, już samo to nie jest bez znaczenia – zauważył minister spraw zagranicznych. – Oznacza, że nawet Hitler zdaje sobie sprawę, że nie może kompletnie ignorować opinii świata. To może dać panu pewne pole manewru, panie premierze.

    Święty Lis w typowy dla siebie sposób kluczy, pomyślał Legat. Raz opowiada się za wojną, raz za pokojem…

    Dziękuję, panie ministrze – powiedział lodowatym tonem Chamberlain. Najwyraźniej jeszcze mu nie wybaczył. – Wszyscy znacie moje przekonania. Mam zamiar aż do ostatniej chwili pracować na rzecz pokoju. Czas ucieka – dodał, zerkając przez ramię na zegar. – Muszę przygotować moje jutrzejsze wystąpienie na forum parlamentu. Będę musiał oczywiście pójść w nim dalej niż w wystąpieniu radiowym. Trzeba poinformować Izbę Gmin o ostrzeżeniu, jakie dziś rano wystosowaliśmy do Hitlera. Proponuję, żebyśmy wspólnie uzgodnili, jakich powinienem użyć słów. – Poszukał wzrokiem Legata i dał mu znak, by do niego podszedł. – Mógłby pan być tak dobry i poszukać mi tekstu wczorajszego przemówienia Hitlera? Proszę mi go przynieść po posiedzeniu gabinetu.

    *

    Jedyną wersją przemówienia Hitlera, do której miał dostęp Legat, była ta opublikowana w porannym „Timesie”. Usiadł przy biurku z własnym egzemplarzem gazety i wygładził go dłońmi. Miał wrażenie, że minęły wieki od chwili, gdy czytał ją w Ritzu, czekając na żonę. Przypomniał sobie nagle, że obiecał zadzwonić do niej na wieś. Spojrzał na telefon. Było już chyba za późno. Dzieci leżały pewnie w łóżkach, a Pamela wypiła o jeden koktajl za dużo i pokłóciła się z rodzicami. Uderzyło go, jaki to był okropny dzień: przerwany lunch, robotnicy pracujący przy okopach w Green Parku, unoszące się nad Tamizą balony zaporowe, maski przeciwgazowe dla dzieci, samochód oddalający się od domu na North Street… A jutro będzie jeszcze gorzej. Jutro Niemcy ogłoszą mobilizację, a jego przesłuchają agenci Secret Intelligence Service. Nie wyłga się przed nimi tak łatwo, jak udało mu się z Cadoganem. Mieli jego akta.

    Usłyszał czyjeś głosy. Wyglądało na to, że posiedzenie gabinetu dobiegło końca. Wstał i podszedł do drzwi. Ministrowie wychodzili na korytarz. Normalnie po posiedzeniu słychać było śmiechy, poklepywano się po plecach, czasami prowadzono spory. Tego wieczoru było inaczej. Tylko kilka osób zatrzymało się, by wymienić półgłosem uwagi. Większość polityków opuszczała Downing Street ze zwieszonymi głowami. Legat patrzył, jak wysoki, osamotniony Halifax wkłada melonik i bierze parasol ze stojaka. Przez otwarte drzwi wpadło znajome już białe światło fleszy i wykrzykiwane pytania.

    Zaczekał do chwili, gdy wydawało mu się, że premier został sam, i wszedł do sali posiedzeń. Była pusta. Porozrzucane śmieci i wszechobecny smród tytoniu przywodziły na myśl dworcową poczekalnię. Drzwi do pokoju Cleverly’ego po prawej były uchylone. Słyszał konferujących ze sobą sekretarza gabinetu i pierwszego prywatnego sekretarza premiera. Pokój Horace’a Wilsona po lewej był zamknięty. Legat zapukał i Wilson zaprosił go do środka.

    Stał przy bocznym stoliku, dolewając wody sodowej z syfonu do dwóch pękatych szklanek, w których była chyba brandy. Premier półsiedział, półleżał w fotelu, z wyciągniętymi nogami i rękami zwisającymi po bokach. Miał przymknięte oczy. Słysząc zbliżającego się Legata, otworzył je.

    Niestety, panie premierze, udało mi się znaleźć przemówienie wyłącznie w „Timesie”.

    Nie szkodzi. Przeczytałem je właśnie w „Timesie”. O Boże…

    Premier wynurzył się z jękiem wyczerpania z przepastnego fotela. Zesztywniały mu nogi. Wziął do ręki gazetę, rozłożył ją na biurku Wilsona na przemówieniu, wyjął okulary z kieszeni na piersi i zaczął wodzić wzrokiem po tekście. Opadła mu lekko dolna warga. Wilson podszedł do nich i pokazał dyskretnie Legatowi szklankę. Ten pokręcił głową.

    Nie, dziękuję, sir Horace.

    Wilson postawił kieliszek przed premierem, spojrzał na Legata i uniósł lekko brwi. Było w tym coś niemal szokującego – sugestia, że muszą obaj spełniać kaprysy starszego pana.

    Chodzi o ten fragment – powiedział premier. – Nie znalazłem ani jednego wielkiego mocarstwa w Europie, którego przywódca miałby tyle zrozumienia dla cierpień naszego narodu, ile ma go mój wielki przyjaciel Benito Mussolini. Nigdy nie zapomnimy, co uczynił w tym czasie i jaka była postawa włoskiego narodu. Jeśli podobna niedola spotka kiedykolwiek Włochy, zwrócę się do niemieckiego narodu i poproszę, by zrobił dla Włochów to samo, co Włosi zrobili dla nas.

    Chamberlain przesunął gazetę w stronę Wilsona, wziął do ręki szklankę i upił łyk.

    Rozumiesz, co mam na myśli?

    Owszem.

    Hitler najwyraźniej nie ma zamiaru mnie słuchać, ale może wysłuchać Mussa. – Premier usiadł za biurkiem, wziął arkusz papieru z nagłówkiem Downing Street 10, umoczył pióro w kałamarzu, upił kolejny łyk brandy, przez chwilę patrzył prosto przed siebie, zbierając myśli, po czym zaczął pisać.

    Chcę, żebyś zabrał to zaraz do pokoju szyfrów w Foreign Office – zwrócił się po chwili, nie podnosząc wzroku, do Legata – i kazał im to natychmiast przetelegrafować do lorda Pertha w naszej ambasadzie w Rzymie.

    Tak jest, panie premierze.

    Skoro pisze pan do ambasadora – wtrącił Wilson – nie sądzi pan, że powinniśmy powiadomić Foreign Office?

    Do diabła z Foreign Office! – Premier wysuszył atrament na kartce i uśmiechnął się do Legata. – Proszę zapomnieć o tej ostatniej uwadze. – Podał mu list. – A kiedy już pan to przekaże, popracujemy nad moją mową do parlamentu.

    Minutę później Legat przecinał Downing Street, zmierzając do Foreign Office. Ulica była pusta. Tłumy zniknęły. Wiszące nad Londynem chmury zasłoniły księżyc i gwiazdy. Do północy została godzina.

  • „Zmęczony detektyw”, rozmowa z Peterem Jamesem

    Bierze udział w oględzinach miejsc zbrodni, a także w sekcjach zwłok. Wydaje się, że zbrodnia nie ma przed nim tajemnic, co doskonale widać w jego książkach. Marta Guzowska rozmawia z Peterem Jamesem o małych miasteczkach, wrażliwości detektywa, a także o pierwszoligowych przestępcach. To jednak nie wszystkie tematy, łapcie wywiad z autorem książki „W godzinie śmierci”, która jesienią ukazała się w Polsce.

    Dlaczego właśnie Brighton, a nie jakieś większe miasto? Zaryzykuję stwierdzenie, że Brighton nie wydaje się na pierwszy rzut oka zagłębiem zbrodni…

    Nie miałem najmniejszych wątpliwości co do tego, gdzie umieścić akcję kryminałów z Royem Grace’em – od razu zdecydowałem się na moje rodzinne miasto, Brighton. Dla przybysza z zewnątrz Brighton to modny i bardzo piękny nadmorski kurort, który jednak ma długą i mroczną historię – sięgającą korzeniami wioski przemytników! W czasach regencji miasto zyskało opinię modnego kąpieliska, ale w 1841 roku, kiedy pomiędzy Londynem a Brighton uruchomiono linię kolejową, ze stolicy zaczęli napływać kryminaliści w poszukiwaniu bogatszych łupów i zdrowszego środowiska. W nadmorskim Brighton zaroiło się od łobuzów, prostytutek, kieszonkowców, rabusiów, szmuglerów i gangów. Ponieważ kolej zapewniała szybki dojazd z Londynu, wielu zamożnych londyńczyków przywoziło do Brighton swoje kochanki. Miejscowość zyskała sławę jako miejsce weekendowych schadzek.

    Trzej kolejni szefowie policji Sussex powiedzieli mi, że Brighton jest ulubionym w Wielkiej Brytanii miejscem osiedlania się przestępców z pierwszej ligi. Powodów jest kilka. Po pierwsze wiele dróg ucieczki, rzecz kluczowa dla wszystkich złoczyńców: porty wzdłuż kanału La Manche, Eurotunel i lotnisko Gatwick w odległości 25 minut. Dojazd pociągiem do Londynu zajmuje zaledwie 50 minut. Duże porty morskie po obu stronach – Shoreham i Newhaven, są wprost idealne do importowania narkotyków i eksportowania skradzionych samochodów, antyków i gotówki. W Brighton znajduje się największa liczba sklepów z antykami w Wielkiej Brytanii, które idealnie nadają się do upłynniania skradzionych towarów i prania pieniędzy. Przez wiele lat miasto dzierżyło tytuł, o którym nie wspominały turystyczne przewodniki: „angielskiej stolicy narkotykowej śmierci w zastrzyku”! Jest tu sporo bogatej młodzieży i największa społeczność gejowska w Wielkiej Brytanii, co zapewnia rynek zbytu dla miękkich narkotyków. Dodatkowo dwa uniwersytety oznaczają dużą społeczność studencką. Do tego mamy ogromną liczbę nocnych klubów i napływowe fale turystów. Co bardzo ważne, żaden autor kryminałów nie umieścił jeszcze akcji swoich powieści w Sussex.

    W godzinie śmierci” nie jest klasycznym kryminałem. Mamy tam oczywiście zbrodnię, ale najważniejsza jest tajemnica z przeszłości. Dlaczego zdecydowałeś się zafundować czytelnikom dwie zagadki w jednej powieści?

    Zawsze fascynowało mnie, jak przeszłość i teraźniejszość splatają się ze sobą. Upływ czasu jest hipnotyzujący. Połączenie minionych wydarzeń ze współczesną zbrodnią – za pomocą zegarka na rękę, który urasta tu do rangi symbolu – wydało mi się doskonałym pomysłem.

    Detektyw Roy Grace także nie jest typowym dla tego typu literatury bohaterem – to świeżo upieczony ojciec, bardzo zaangażowany w życie rodzinne. Wydaje się, że to zupełnie nowy trend, który coraz częściej pojawia się w powieściach kryminalnych: kochający ojciec i dobry mąż zastępuje samotnego wilka. Czy możesz wyjaśnić, skąd to się bierze?

    Każdego roku spędzam wiele godzin z policjantami, towarzysząc im zarówno na miejscach zbrodni, jak i w czasie prowadzenia śledztwa – często dotyczącego bardzo poważnych zbrodni. Samotny wilk już nie istnieje. Wszystkie główne śledztwa kryminalne w Wielkiej Brytanii to praca zespołowa. Łatwo o tym zapomnieć, ale detektywi wiodą zwykłe życie rodzinne poza miejscem zbrodni i prowadzonym śledztwem, choć często to, co widzą i czego doświadczają w pracy, ma trwały wpływ na ich życie prywatne.

    Peter James, fot: www.peterjames.com

    Czy to, że zbrodnia jest tylko pretekstem do pokazania społeczeństwa, to wpływ skandynawskich kryminałów?

    Nie. Myślę, że zarówno powieści skandynawskie, jak i moje własne, wpisują się w długą tradycję studiów nad ludzkim życiem poprzez obserwowanie przestępczego półświatka. Tradycję tę rozpoczął Sofokles, kontynuowali ją: Szekspir (ponad połowa jego sztuk koncentrowała się na zbrodniczych czynach) oraz Charles Dickens. I tak to trwa aż do czasów współczesnych.

    Zarówno Grace, jak i jego współpracownicy są zmęczeni pracą, zmęczeni rodzinami, zawsze źle się czują zaniedbując dzieci lub pracę, zawsze spóźnieni… Czy to symbol naszych czasów?

    Tak obecnie wszyscy cierpimy na brak czasu – nie inaczej jest z policjantami.

    Grace doświadcza tego, czemu wielu młodych rodziców musi stawić czoła: przemoc jest dla niego straszniejsza, odkąd został ojcem. Czy podzielasz ten niepokój?

    Zauważyłem to, rozmawiając z wieloma policjantami. Jeden z moich dobrych znajomych na policji usiłował ostatnio reanimować dwoje dzieci w wieku 4 i 6 lat, które zostały uduszone przez własną matkę, niestety nie udało się już ocalić im życia. Potem musiał iść do domu i położyć własne dzieci do łóżka.

    Kolejna rzecz z życia Grace’a: w bardzo realistycznej scenie z „W godzinie śmierci” Grace wychodzi z domu i natychmiast rozgląda się wokół siebie, starannie, a wręcz obsesyjnie skanując otoczenie w poszukiwaniu niebezpieczeństwa. To doświadczenie czy licentia poetica?

    Doświadczenie – cała policja jest świetnie przeszkolona w zakresie orientacji sytuacyjnej, by mieć doskonałe rozeznanie zarówno w przestrzeni, jak i we własnej sytuacji, w związku z tym zawsze bacznie rozgląda się dookoła, gdziekolwiek się znajduje.

    W naturalny sposób narzuca się pytanie, jak wiele twoich cech ma w sobie Roy Grace?

    Całkiem sporo. Dzielimy wiele zachowań, mamy podobny gust i upodobania, to samo nas złości. Roy Grace wierzy głęboko, że wszyscy jesteśmy zobowiązani do tego, by odchodząc pozostawić świat nieco lepszym, niż był wtedy, kiedy się na nim pojawiliśmy. Podzielam ten pogląd i w pewnym sensie właśnie dlatego piszę – badam i próbuje lepiej zrozumieć świat, w którym żyjemy, ludzkie czyny i ich motywacje. Czuję, że Roy i ja jesteśmy bardzo bliskimi kumplami – tyle że on jest zdecydowanie odważniejszy!

    W twoich książkach widać kawał solidnej policyjnej roboty. Juże kilkakrotnie wspomniałeś, że współpracujesz z policją. Masz policyjnych przyjaciół czy informatorów, którzy mówią ci, jak naprawdę wygląda ich praca?

    Mam wielu znajomych wśród policjantów. Powieściowy Roy Grace jest luźno wzorowany na byłym nadinspektorze śledczym wydziału zabójstw w Sussex. Miałem szczęście poznać Davida dość dawno temu i być jego wiernym cieniem na przestrzeni kilku lat, podczas których awansował z inspektora na nadinspektora. Biuro Davida stało się pierwowzorem dla gabinetu Roya Grace’a, obaj panowie mają też wspólną specjalizację, czyli stare, dawno zamknięte sprawy kryminalne. Na tym jednak kończą się podobieństwa – David jest szczęśliwie żonaty i nie interesują go zjawiska nadprzyrodzone, choć ma bardzo otwarty umysł, a gdy w 2015 roku ponownie stanąłem na ślubnym kobiercu, został moim drużbą!

    Peter James, fot: Diana Frangi

    W powieści „W godzinie śmierci” widoczne są wyraźne odniesienia do innych utworów literackich. Czy pisarz musi być erudytą? A może powinien być nim sam detektyw?

    Myślę, że wszyscy dobrzy detektywi odznaczają się dociekliwym umysłem i łapczywie chłoną wiedzę z wielu dziedzin, a wielu z tych, których osobiście znam, sypie cytatami jak z rękawa i jest niezwykle elokwentnych. Jednak moim zdaniem najważniejszą cechą pracowników policji jest inteligencja emocjonalna.

    Cytując jednego z antykwariuszy, bohatera powieści „W godzinie śmierci”: „Dywany mają skazy, ponieważ tylko Bóg jest doskonały”. Czy pisząc swoje książki, dążysz do perfekcji? Dopracowujesz tekst w najdrobniejszych szczegółach czy pozwalasz sobie na małe błędy, skoro tylko Bóg jest doskonały…?

    Cóż, robię co w mojej mocy, by każda z moich powieści była jak najbliższa ideału! Ale moi czytelnicy zawsze lubią wyszukiwać w nich drobne niedociągnięcia. Ostatnio dostałem ośmiostronicowy list, tłumaczący, jaka jest różnica pomiędzy cementem a betonem. Podczas gdy inny czytelnik uprzejmie poinformował mnie, że mosiądz nie rdzewieje, tyko koroduje!

    E, no tak, to akurat prawda. Jestem archeologiem i coś o tym wiem 🙂 Bardzo dziękuję za wszystkie odpowiedzi!

    A ja dziękuję za świetne pytania! Oto linki do moich stron w internecie, mam nadzieję, że uda się podpiąć je pod wywiadem:

    Mój kanał YouTube channel: www.peterjames.com/YouTube

    Moja strona internetowa: www.peterjames.com

    Facebook: https://www.facebook.com/peterjames.roygrace

    Twitter: https://twitter.com/peterjamesuk

    Instagram: https://instagram.com/peterjamesuk

    Moje zwierzęta na Instagramie: https://instagram.com/peterjamesukpets

    Moja strona w serwisie Amazon: https://www.amazon.com/Peter-James/e/B000APS7L4/ref=sr_tc_2_0?qid=1469738214&sr=8-2-ent

  • „Zostawiliśmy za sobą niewolnictwo, ale nie rasizm”

    Ta książka po głowie chodziła mu przez 16 lat. Napisał ją dopiero wtedy, gdy został ojcem. Z Colsonem Whiteheadem rozmawiam o „Kolei podziemnej”, niewolnictwie, serialu na podstawie książki, a także o tym, czy prześladowania rasowe to już tylko złe wspomnienie. 

  • Colson Whitehead w Polsce. Szczegóły wizyty

    Colson Whitehead przyjedzie do Polski w momencie, kiedy najprawdopodobniej będziemy ubrani w czapki i szaliki, a może i rękawiczki. Największymi szczęściarzami są czytelnicy z Warszawy i Krakowa, bo właśnie tam będzie można spotkać się z autorem. To jednak nie wszystko, bo jeśli często podróżujecie pociągami na tej trasie, to możecie zgarnąć autograf Colsona właśnie tam; )

    Przechodząc do konkretów, to wiadomo na razie, że spotkanie w Krakowie odbędzie się 3 grudnia o godzinie 17:00. Gdzie? Tutaj jeszcze cisza w temacie, ale wszystko odbędzie się w ramach cyklu „Conrad po godzinach”. Prowadzącym będzie Grzegorz Jankowicz, dyrektor programowy Festiwalu Conrada. Prawdopodobnie dzień później Colson Whitehead spotka się z fanami w Warszawie, ale tutaj informacji jest jeszcze mniej. Na pewno stanie się to popołudniu. Trzymam rękę na pulsie, więc jeśli będą znane kolejne szczegóły, dam Wam znać. Swoją drogą, cieszy, że kolejny pisarz o zasięgu międzynarodowym odwiedza Polskę. Przypomnę tylko, że jeszcze w tym roku nasz kraj odwiedzi Dan Brown, Camilla Lackberg oraz Haruki Murakami. Sprawdzam Waszą czujność, bo kandydat do Nobla (póki co) do nas nie przyjedzie.

  • „Żółć – to najbardziej polskie słowo”. Rozmowa z Wojciechem Dutką, autorem „Czarnej pszczoły”

    Teraźniejszość, przeszłość, a między nimi Max Kwietniewski, czarnoskóry detektyw. Francja 1940. W Biarritz, francuskim kurorcie nad brzegiem Atlantyku zostaje odkryte ciało polskiego malarza, Józefa Rajnfelda. Mężczyznę znaleziono z poderżniętym gardłem i brzytwą w dłoni. Wszyscy uznali to za samobójstwo. Jedyny świadek mogący rozwiązać tę zagadkę ma swoje powody, by milczeć. Warszawa 2015. Nad brzegiem Wisły zostają znalezione zwłoki siedemnastoletniego dobrze rokującego artysty. Ktoś poderżnął mu gardło i ułożył ciało w taki sam sposób jak ciało Józefa Rajnfelda blisko 75 lat wcześniej. Morderca ubrał go w podobne ubranie i włożył w ręce niemal identyczną brzytwę. Z Wojciechem Dutką, autorem „Czarnej pszczoły”, rozmawia Monika Nowak.

    Jedna z pierwszych rzeczy, które rzuciły mi się w oczy, to różnica w języku opisującym retrospekcje oraz tym, który opisuje wydarzenia rozgrywające się współcześnie. Która polszczyzna jest panu bliższa?

    Język jest narzędziem. Retrospekcje są pisane językiem zbliżonym do epoki, natomiast w dialogach współczesnych używam współczesnej składni. Pisanie tej powieści było dla mnie atrakcyjną przygodą i zabawą w tworzenie postaci. Dominik i Mrówka używają języka zbliżonego do tego, który słyszę w szkole. Kibole używają innego. Język współczesnych Polaków jest pełen wulgarności. Dotyczy to codziennych sytuacji. Swoją drogą brutalizacja życia społecznego w naszym kraju dotyka także języka. Czy to nie jest symptomatyczne?

    Zarówno Józef Rajnfeld jak i Jan Lechoń to postacie historyczne. Czy w anegdotach zawarte jest ziarno prawdy?

    Ziarno prawdy. Taki tytuł nosi druga powieść Miłoszewskiego z prokuratorem Szackim. Myślę, że Pani mnie podpuszcza i sprawdza, czy znam konwencję, w której się poruszam. Uważam, że nie oparłem mojej książki na anegdotach. Czy wie Pani, że Prokopiusz z Cezarei pisząc „Historię Sekretną” zawarł w niej najbardziej obrzydliwe fakty z życia cesarza Justyniana Wielkiego i jego żony Teodory? Grecki tytuł tego dziełka nosi tytuł „Ἀνέκδοτα” i sugeruje historię, która miała być ukryta. Idąc tym tropem możemy potraktować relację Józefa Rajnfelda oraz Jana Lechonia jako taką historię. Schowaną za oficjalną biografią i ukrytą. Mało kto o niej wie. Lechoń uchodził kiedyś za bardzo patriotycznego i prawicowego poetę, klasyka, dziś jego wiersze są omawiane jedynie na rozszerzeniu z języka polskiego w Liceum. Rajnfled miał mniej szczęścia. Był w polskim środowisku podwójnie obcy, podwójnie niebezpieczny i jest dziś podwójnie zapomniany. W roku 1940 po upadku Francji Lechoń mógł mu pomóc wydostać się z Francji, która za chwilę miała znaleźć się pod okupacją niemiecką. Ale nie zrobił tego. Rajnfeld został w ten sposób paskudnie potraktowany. Nie wiemy, jak zginął. Moja wersja jego śmierci to licentia poetica. Mam nadzieję, że moja powieść przyczyni się do zainteresowania twórczością poetycka, czy „Dziennikiem” Lechonia, bo w końcu to jest kawał porządnej polskiej literatury oraz zostaną pokazane prace malarskie Rajnfelda.

    www.unsplash.com/Jay Wennington

    Wątek współczesny dotyka bardzo ważnego problemu – hejtu w sieci. Czy naprawdę nienawiść w Internecie jest taka prosta?

    Tak, nienawiść jest prosta. Wymaga odczłowieczenia wyimaginowanego wroga, obojętnie kim on jest: uchodźcą, obcym, innowiercą, człowiekiem, który ma coś, czego ja nie mam. Ludzie nienawidzą się z błahych powodów. I potrafią ze sobą żyć przez lata nienawidząc się. To niewyobrażalne piekło. Proszę sobie spróbować to wyobrazić. Proszę dokonać analizy kilku portali, na których Polacy wylewają swoje żale. Jeśli masz inne poglądy polityczne, zostaniesz zgnojony, utytłany w błocie, krwi i żółci i gównie. Opluwają się nawzajem kibice i zwykli ludzie. Pamięta Pani awanturę na Krakowskim Przedmieściu z krzyżem? Byli ludzie, którzy wykorzystywali religię do celów politycznych i to jest przeciwne religii, ale byli też tacy, którzy oddawali mocz na modlących się. Politycy warczą na siebie i plują na siebie jadem. Dlatego nie czytam Internetu. Brzydzę się tym, tak jak polską polityką, która jest pełna afer, okradania własnego państwa i napychaniem sobie kasy. Czytała Pani „Ziarno prawdy” Miłoszewskiego? Jest tam świetna scena, w której pada najbardziej polskie słowo. To żółć. Po pierwsze jest zapisywane za pomocą tylko polskich znaków diakrytycznych, a po drugie oddaje przewrotny i symboliczny sens naszej wspólnoty narodowej. Wszystkie partie polityczne na siebie plują, dziennikarze podgrzewają ten tygiel, bo wszak dobry news, to zły news. Jak to kiedyś wszystko pęknie, obryzga nas wszystkich. Tego się naprawdę boję, by hejt i nienawiść wzajemna nie przeszła w Polsce z poziomu symbolicznego, w czyn realny, jak w Hiszpanii w 1936 roku, gdzie poza nienawiścią i wojną domową nie zostało już nic.

    To co mnie uderzyło, to łatwość z jaką przychodzi młodym ludziom zniszczenie życia innej osobie. Miał Pan do czynienia z taką sytuacją w swojej karierze jako nauczyciel?

    NIE, na szczęście nie miałem, ale przypadki hejtu i znęcania się rówieśników nad kolegami i koleżankami istnieją w Polsce. W 2015 roku został zaszczuty pewien chłopiec w Bieżuniu. Popełnił samobójstwo. Było o tym głośno. Proszę o tym poczytać. Niech Pani zgadnie, jakie imię nosił zaszczuty nastolatek? Czarna pszczoła” jest powieścią oddającą hołd takim ludziom, czarnym pszczołom, które umierają niepostrzeżenie i w ciszy. Czy w zalewie informacji: ile w Polsce wyprodukowano par butów, ile na Polaka przypada statystycznie iPadów, a ile pijemy średnio mleka na głowę, ile dzieci rocznie się rodzi, ile rząd wyda na 500 plus, czy zastanowiła się Pani, ilu ludzi rocznie w Polsce, kraju Jana Pawła II, popełnia samobójstwo z powodu zaszczucia, bo „ktoś jest Inny”? Za dużo. O wiele za dużo. Nie godzę się na to. Współczesna powieść sensacyjna musi dotykać takich zakłamanych obszarów, wsadzać kij w gniazdo os.

    Polacy jako naród nie wypadają najlepiej w Pana książce, wyglądamy kiepsko. Tak z nami źle?

    Myślę, że jako społeczeństwo jesteśmy dość przeciętni. Nie mamy mniejszości, ponieważ od 1945 roku Polska wbrew swej wielowiekowej tradycji jest państwem homogenicznym narodowościowo i kulturowo. Nie rozliczyliśmy się z totalitarnym państwem jakim był PRL. Dopiero teraz funkcjonariusze SB stracą swoje przywileje. Między innymi o tym traktowała powieść „Lunatyk”. „Czarna Pszczoła” jest poświęcona innej tematyce. Starałem się pokazać kryminał, który dotyka różnych, głębokich problemów społecznych, takich jak hejt, stosunek do mniejszości, czy afera reprywatyzacyjna w Warszawie, w której istniała przez lata zmowa milczenia, w której setki ludzi straciły dorobek życia, a niektórych, jak Jolę Brzeską, zamordowano. Do naszego społeczeństwa i narodu jak ulał pasują słowa Józefa Piłsudskiego, ze Polacy to naród wspaniały, tylko ludzie kurwy. Choć Piłsudski też jest winny zniszczenia młodego republikanizmu i zastąpienia go autorytarną sanacją.

    Wojciech Dutka

    Skąd pomysł na Maxa? Żeby jeszcze bardziej podrażnić Polaków, powinien być pochodzenia żydowskiego.

    Dlaczego? Czy uważa Pani, że wprowadzenie do polskiej powieści sensacyjnej pierwszego czarnoskórego bohatera ma jedynie drażnić? Ja sadzę, że za moją decyzją o stworzeniu takiego bohatera tkwi większy sens. Max jest w Polsce permanentnie obcy z powodu swojego koloru skóry, ale zna Polskę, wszak w połowie jest Polakiem. To jest manifest za Polską otwartą, która nie boi się różnorodności, mimo przywiązania do części swoich pięknych tradycji, republikanizmu, walko „za naszą i waszą wolność”, tolerancji z której słynęliśmy w Europie w wieku XVI. Ale jeśli Pyta Pani o wątki żydowskie – są one mi bliskie. Już opublikowałem powieść szpiegowską, w której bohaterem jest Żyd i zarazem Polak, Leopold Trepper. „Taniec Szarańczy” został wydany 10 lat temu przez wydawnictwo Albatros. Po drugie, chcąc zostać zauważanym jako autor powieści sensacyjnej, musiałem stworzyć bohatera Innego od wszystkich innych. Miłoszewski stworzył postać prokuratora Szackiego, Bonda ma swoją profilerkę policyjną, Krajewski stworzył Eberharda Mocka. I tak można mnożyć. Policjanci, sędziowie, prawnicy, kobiety i mężczyźni. Wszyscy mają jedną immanentną cechę – są to ludzie urodzeni w Europie i biali. Max jest inny i właśnie dlatego jest fascynującą postacią. Jest tożsamy Polsce i do niej niepodobny, ma złamane pokręcone życie, czasami w chwili słabości oddaje się wysokim procentom, potrafi pokochać i sprać jakiegoś drania na kwaśne jabłko, jest ludzki i nie godzi się na podłość.

    Czy według Pana Polacy rozliczą się kiedyś ze swoją historią?

    To zależy od tego w jakim kontekście Pani pyta. Wiek dwudziesty był dla Polski bardzo niedobry. Druga wojna światowa zniszczyła nam elity, czemu winni są Niemcy i Sowieci mordując je bezlitośnie, potem w czasach PRL schamieliśmy i rozpiliśmy się. Ja próbowałem się rozliczyć z moim widzeniem historii Polski ostatnich 28 lat w powieści „Lunatyk”. Myślę, że im dalej będziemy oddalać się od PRL, będziemy mogli oceniać tę epokę na spokojnie i z różnych perspektyw. W tym kontekście ważna jest postać Barbary, której historia zawiera w sobie mnóstwo wyborów i zahacza o przeróżne konteksty historyczne – II wojna światowa, aresztowanie po powrocie do kraju, zawłaszczenie mienia, śmierć ojca w Katyniu, praca prokuratora w PRL.

    Czy możemy oceniać wybory dokonywane w okolicznościach, które trudno sobie wyobrazić?

     Na tym polega literatura, aby spróbować sobie to wyobrazić. Rzeczywiście postać Barbary ogniskuje historię Polski. W jakiś sposób musiałem pisząc powieść tworzyć bohaterkę, która stanie się osią narracyjną książki. Życie Barbary jest pełne tajemnic. Ma swoje sekrety, skrywane głęboko w mroku. Chciałem aby postać Barbary była wielowymiarowa. Czytelnik musi sam sobie odpowiedzieć na pytanie, czy Barbara otrzyma rozgrzeszenie za swoją winę. Ja nie mogę tego za czytelnika zrobić. Jednak czy możemy oceniać wybory ludzi dokonane w czasach niewyobrażalnych? Lubię zakończenie „Innego Świata” Herlinga-Grudzińskiego. W ostatniej scenie powieści jeden ze współzesłańców opowiada historie, jak wydał w stalinowskim łagrze trzech Niemców na śmierć. Narrator powieści milczy. W obozie zrozumiałby, poza nim, zostaje tylko milczenie. Są winy, których wybaczenie ich przerasta. Musi być ktoś, kto udziela takiego wybaczenia. Pozostaje mi wiara, że istnieje Instancja, która kiedyś poza czasem i przestrzenią, wybaczy nam wszystkim.

  • „Podręcznikowym przykładem narcyzmu jest Donald Trump”. Wywiad z Alex Marwood.

    Jeśli nie mieliście okazji uczestniczyć w Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu, to możecie nadrobić chociaż część zaległości. Na smakksiazki.pl pojawiały się wywiady wideo z pisarzami, a teraz Marta Guzowska rozmawia z Alex Marwood o książkowych inspiracjach, Internecie, narcyzach, a także, a może przede wszystkim, o „Najmroczniejszym sekrecie”, najnowszej książce Alex Marwood. Poniżej znajdziecie efekt tej rozmowy.

    (Wywiad jest skróconym zapisem spotkania z Alex Marwood prowadzonego przez Martę Guzowską, które odbyło się w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu, 27 maja, 2017 r.)

    Czy to prawda, że wszystkie Twoje powieści zostały zainspirowane prawdziwymi wydarzeniami?

    Tak, każda z nich.

    Zacznijmy od początku. Jaka historia stoi za Twoim kryminalnym debiutem „Dziewczynami, które zabiły Chloe”?

    Zainspirowało mnie, jeśli w ogóle można tak powiedzieć, morderstwo Jamesa Bulgera, dwulatka, który został uprowadzony ze sklepu przez dwóch dziesięcioletnich chłopców i zamordowany. Ten przypadek bardzo trudno ocenić moralnie. Z jednej strony popełnione zostało morderstwo, bardzo brutalne, a jego ofiarą padło małe dziecko. Ale z drugiej strony ci dziesięcioletni chłopcy pochodzili z patologicznych rodzin i naprawdę nie potrafili odróżnić dobra od zła. Zawsze jakaś część natury człowieka chce wierzyć w czyste zło. Ale świat jest o wiele bardziej skomplikowany. Ci chłopcy byli w swoich rodzinach wykorzystywani, także seksualnie, nie potrafili zrozumieć konsekwencji swoich czynów. Bicie, atakowanie, fizyczne, psychiczne a nawet seksualne, było dla nich czymś zwyczajnym. Morderstwo, które popełnili to tylko krok dalej niż to, co znali z domów. Ci dwaj chłopcy pozostali już na zawsze metaforą zła. Ta historia wydarzyła się prawie 20 lat temu, chłopcy dostali się do dziecięcego więzienia, potem byli reedukowani, a po zwolnieniu zmieniono im nazwiska. Jeden z nich sobie poradził, założył rodzinę i funkcjonuje mniej więcej normalnie. Ale drugi jest poważnie zaburzony, już po zwolnieniu został kilka razy aresztowany. Ale nie dlatego, że zrobił coś złego, tylko dlatego, że policjanci bali się o jego życie: facet szedł do pubu, opowiadał całą historię od nowa po pijanemu i tłum chciał go zlinczować.

    Dziewczyny, które zabiły Chloe” to jedno wielkie oskarżenie. Czego? Systemu? Ludzi poszukujących sensacji za wszelką cenę?

    Przede wszystkim jest oskarżeniem naszego społeczeństwa, o gruboskórność. Jest to także wielkie oskarżenie moich byłych kolegów w mediach. To, co mnie naprawdę ucieszyło, to fakt, że wielu dziennikarzy skontaktowało się ze mną po ukazaniu się tej książki ze słowami: masz rację, w naszym zawodzie naprawdę tak jest.

    Twoja najnowsza książka „Najmroczniejszy sekret” bazuje luźno na historii Madeleine McCann. Przypomnijmy ją krótko: 10 lat temu mała dziewczynka zniknęła wieczorem z wakacyjnego domku w Portugalii, podczas gdy jej rodzice, Anglicy, jedli kolację w restauracji nieopodal. Do dziś nie wiadomo, co się stało.

    Tak, moja książka jest luźno inspirowana tamtą historią Ale tak naprawdę chciałam napisać powieść o narcyzmie i jego porażających konsekwencjach. Jest to bardzo częste zaburzenie, ostatnio nasze społeczeństwo przeżywa prawdziwy wysyp narcyzów, a klasycznym, podręcznikowym przykładem jest Donald Trump. Nie wiadomo, czy narcyzm karmi się internetem, czy po prostu internet wydobył narcyzów na światło dzienne. Chciałam napisać o zniszczeniach jakie narcyzm powoduje. Na przykład o tym, że jedną z rzeczy, jaką robią osoby narcystyczne jest ciągłe „przepisywanie” na nowo historii, która się wydarzyła, aż w końcu nie wiadomo, jaka wersja jest prawdziwa. A wszystko po to, żeby dobrze wypaść w oczach innych i swoich własnych.

    W „Najmroczniejszym sekrecie” każdy albo prawie każdy bohater jest narcyzem.

    Osoby narcystyczne mają tendencję do gromadzenia się w grupach. Niektórzy padają ofiarami innych narcyzów, jak choćby Claire, matka dziewczynek, w mojej książce jest jednocześnie ofiarą swojego męża Seana.

    W Twoich książkach ludzie sukcesu, ci, którzy pozornie stanowią podporę społeczeństwa, okazują się najmniej warci, najbardziej interesowni, najbardziej zepsuci… Lubisz tych, którzy wszystko stracili, którym już nic nie zostało, nieudaczników.

    Nie wszyscy nieudacznicy u mnie to postacie pozytywne, weźmy takiego Tomasa z „Zabójcy z sąsiedztwa”. Ale to prawda, tzw. niziny społeczne bardzo mnie interesują. Nie interesuje mnie życie, które toczy się gładko i bez problemów, a wszyscy są szczęśliwi. Interesują mnie losy zaburzone, zniszczone. To w jaki sposób jedna zła decyzja może wywołać efekt kuli śnieżnej i zaważyć na całej przyszłości. Czytałam kiedyś pamiętniki słynnego patologa, który pracował w Anglii od lat 1920 tych do lat 1950tych. Uderzyło mnie, kiedy napisał, że każdy, absolutnie każdy przypadek morderstwa przez uduszenie, to przypadek faceta, który chciał po prostu nastraszyć kobietę, „nauczyć ją czegoś”. A tymczasem na szyi jest nerw, którego uciśnięcie nawet przez kilka sekund powoduje śmierć. Większość ludzi o tym nie wie, więc mężczyzna, który chce „tylko” nastraszyć kobietę, w efekcie ją morduje. I sam jest zdziwiony, kiedy ona umiera. To właśnie tego rodzaju złe decyzje mnie interesują.

    Zabójca z sąsiedztwa” to moja ulubiona powieść. Opierasz się w niej na historii seryjnego mordercy Dennisa Nilsena z końca lat 70tych i początku 80tych, który w swoim londyńskim mieszkaniu zabił i poćwiartował kilkanaście osób.

    Dennis Nilsen mieszkał w domu bardzo podobnym do tego, który opisuję w „Zabójcy z sąsiedztwa”, miał kilku sąsiadów, a jednak udało mu się zamordować w tym domu co najmniej 14 osób i pozbyć się ich ciał. Zwłoki gotował w wielkim kotle i spuszczał w toalecie. Ostatecznie został złapany, bo rury się zablokowały ludzkim tłuszczem.

    Dokładnie jak w Twojej książce.

    Cały Londyn fascynowało, jakim cudem ci wszyscy ludzie, którzy mieszkali nad Nilsenem, pod nim i dzielili z nim łazienkę, zdołali tego nie zauważyć.

    Alex Marwood, fot: smakksiazki.pl 

    No właśnie, jakim cudem?

    To właśnie chciałam zrozumieć pisząc tę powieść. Prawda jest taka, że Londyn to bardzo zatłoczone miasto. Na przykład z moim mieszkaniem bezpośrednio graniczy, przez ściany podłogę lub sufit, dziewięć innych mieszkań. Jedynym sposobem przetrwania w takim zatłoczonym środowisku jest udawanie, że twoi sąsiedzi nie istnieją.

    Właściwie pomysł na „Zabójcę z sąsiedztwa” pojawił się, kiedy zatkały się rury sąsiadowi pode mną. Przyszedł do mnie i powiedział „wezwałem hydraulika, a on twierdzi, że to tłuszcz”, a ja omal nie zemdlałam, bo uzmysłowiłam sobie podobieństwo do historii Nilsena. Później prawie trzy lata zbierałam się, żeby dać temu sąsiadowi egzemplarz książki. On zresztą pochodzi z Ghany, jest bardzo przystojny i lubi chodzić tylko w ręczniku. Wracam kiedyś ze sklepu, a Cliff (tak ma na imię) ścina krzaki przed domem. Maczetą! Pytam go: „Cliff, na miłość boską, czy to naprawdę jest maczeta?” Na to Cliff: „no tak, przywiozłem ją z Ghany i wiedziałem, że na coś się przyda”. A potem popatrzył na mnie i powiedział: „trochę jak w twojej książce, nie?”

    Zabójca z sąsiedztwa” to moja ulubiona książka bo… Uważaj, zdziwisz się. Bo uważam ją za niezwykle optymistyczną. Dla mnie to pean na część więzi międzyludzkich. Opowieść o tym, jak z obcych ludzi może powstać prawdziwa rodzina.

    Dla mnie samej to było zakończenie, nie planowałam happy endu (śmiech).

    Czy to znaczy, że jesteś pesymistką? Mnie wyglądasz raczej na optymistkę?

    Zdecydowanie jestem optymistką! I, podobnie jak znaczna większość znanych mi pisarzy kryminałów, jestem naprawdę pogodną osobą. My, „opowiadacze” strasznych historii jesteśmy przyjacielscy, lubimy opowiadać dowcipy i bawić się we własnym towarzystwie. Przyjęcia pisarzy kryminałów zawsze są najlepsze!

    Dziękuję za rozmowę!

     

  • Czytał ją Barack Obama, czytała Oprah Winfrey, już wkrótce przeczytacie Wy.

     

    Facet ma niesamowitą passę. Właśnie jego książka zgarnęła Nagrodę Pulitzera, a wcześniej Goodread Choice Award i jakieś siedemset tysięcy innych wyróżnień. Colson Whitehead – zapamiętajcie to nazwisko, bo już w czerwcu będzie o nim głośno również nad Wisłą.

    Możecie się zastanawiać skąd wziął się ten szum wokół pisarza z Nowego Jorku. Już odpowiadam. „Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki” opowiada historię Cory, czarnoskórej niewolnicy w trzecim pokoleniu, która ucieka z plantacji bawełny w Georgii ̶ korzystając z pomocy przyjaciela i z… kolei podziemnej.

    U Whiteheada zorganizowana siatka przerzutowa, pomagająca zbiegłym niewolnikom odnaleźć wolność na północy, zyskuje także dosłowny wymiar. Cora, niczym Odyseusz lub Guliwer, odwiedza w swojej podróży kolejne krainy, z których każda jest bardziej niesamowita od poprzedniej. Poszukuje bezpiecznej przyszłości, ale też rozprawia się z przeszłością i poznaje samą siebie, dowiadując się sporo o ludzkości jako takiej. 

  • „Kryminały pomagają skopać tyłek Diabłu”. Tony Parsons dla smakksiazki.pl

    Rozmawiają o Brexicie, o byciu mężem Japonki, o Kubie Rozpruwaczu, Londynie, kryminałach i końcu świata. Marta Guzowska przepytuje Tonego Parsonsa, którego najnowsza książka „Rzeźnik”, czyli druga część trylogii z detektywem Maxem Wolfe’em w roli głównej, właśnie ukazała się w Polsce. 

    Czy głosował Pan za Brexitem, czy przeciwko?

    Za.

    O! A dlaczego?

    Bo uważam, że Unia Europejska jest anty-demokratyczna, skorumpowana i niekompetentna. Waluta się nie sprawdza – euro to katastrofa dla milionów bezrobotnych młodych ludzi w całej Europie. Głosowałem za Brexitem ponieważ wierzę, że każdy kraj powinien kontrolować swoje prawa, swoją walutę, swoje granice i swój los. Nikt nie głosował na bogatych staruchów w Brukseli i nikt nie może ich wyrzucić z zajmowanych stanowisk. Szczerze mówiąc, czekam już na to, żeby zobaczyć upadek Unii, tak jak widziałem upadek komunizmu. Tożsamość narodowa jest warta ocalenia. UE to upadła idea rodem z XX wieku.

    Chyba jednak ma pan trochę wyrzuty sumienia z powodu takiego, a nie innego wyniku referendum, skoro tak gęsto się Pan tłumaczy 🙂 Ale w Pana powieściach kryminalnych, z których dwie: „Krwawa wyliczanka” i „Rzeźnik” ukazały się po polsku nakładem wydawnictwa Albatros, nie ma polityki. Można wręcz odnieść wrażenie, że Pana bohaterowie nie czytają gazet i nie oglądają telewizji, chyba, że wiadomości podają informacje na temat śledztwa. Myśli Pan, że polityka nie nadaje się do kryminałów?

    W moich książkach wszystko jest podporządkowane opowieści. I wszystkie wykorzystane elementy muszą sprawić, żeby opowieść przykuwała uwagę. Jeśli ktoś chce pisać o polityce, powinien prawdopodobnie przerzucić się na dziennikarstwo – tam polityka jest nieprzefiltrowana i nierozcieńczona wątkiem, bohaterami i akcją. Więc, szczerze mówiąc, polityka nie przychodzi mi do głowy, kiedy piszę kryminały. Ona gdzieś tam jest, w tle, ale najważniejsza jest historia, którą opowiadam.

    Pana kryminały z serii z Maksem Wolfem dzieją się w Londynie. Pan też tam mieszka. Jak wpływ ma na Pana to wielokulturowe miasto?

    Myślę, że większość ludzi mieszkających w Londynie czuje się obywatelami świata, ja też. Ale w moim przypadku, moja osobista sytuacja ma większe znaczenie niż miasto, w którym mieszkam. Od 24 lat jestem mężem Japonki – przy naszym stole mówi się w obu językach. Więc naprawdę, jak każdy londyńczyk, jestem obywatelem świata.

    Sądząc z Pana powieści, kocha Pan to miasto i jest Pan zafascynowany jego historią. Myślał Pan o umieszczeniu akcji którejś ze swoich powieści w Londynie przeszłości? Oczywiście natychmiast przychodzi na myśl przypadek Kuby Rozpruwacza…

    Nie, nigdy nie miałem ochoty umieszczać akcji powieści w przeszłości. Trudno to dobrze zrobić – odtworzyć te wszystkie drobiazgi, które tworzą atmosferę, a które ze swoich własnych czasów zna się niejako z automatu. Także kiedy po raz pierwszy zacząłem myśleć opowieściach z Maksem Wolfem, uzmysłowiłem sobie, że wszyscy wielcy autorzy kryminałów – od Arthura Conan Doyle’a po Raymonda Chandlera – pisali powieści osadzone w czasach sobie współczesnych. Pisanie o teraźniejszości jest dla mnie dostatecznie dużym wyzwaniem.

    fot: facebook.com/Tony Parsons

    Jednym z najbardziej fascynujących opisanych przez Pana miejsc dotyczących zbrodniczej przeszłości Londynu jest mieszczące się w Scotland Yardzie Czarne Muzeum (muzeum historii policji). Czy takie miejsce naprawdę istnieje?

    Tak, Czarne Muzeum jest prawdziwe, to pokój 101 w Nowym Scotland Yardzie i nosi oficjalną nazwę Muzeum Zbrodni Policji Metropolitalnej (Crime Museum of the Metropolitan Police). Wszystko tam jest prawie dokładnie takie, jak opisałem w powieściach. Jedyna większa różnica to fakt, że mój kurator jest sierżantem na służbie, podczas gdy prawdziwy kurator Czarnego Muzeum to emerytowany detektyw. Czarne Muzeum jest fascynujące ponieważ zawiera zapis londyńskich zbrodni wstecz aż do czasów Kuby Rozpruwacza. Jest to prawdopodobnie również pomieszczenie do którego najtrudniej się dostać w całym Londynie – wielu wysokich stopniem oficerów policji nigdy nie było w środku. Umieściłem je w powieściach z Maksem Wolfem, ponieważ chciałem stworzyć rodzaj wyroczni, do której Max może się zwrócić, coś takiego jak Yoda w Gwiezdnych wojnach! Człowieka i miejsce z ogromnym doświadczeniem i mądrością, do których można się udać po radę i wskazówki. Wykorzystałem więc prawdziwe Czarne Muzeum. Nie przestaje mnie zdumiewać, że nikt przede mną na to nie wpadł, Czarne Muzeum aż prosi się, żeby je umieścić na kartach powieści.

    Wspomina Pan klasyków, Christie i Chandlera. Pana powieści kryminalne także są w pewnym sensie klasyczne: głównym bohaterem jest policjant. Czy w ten sposób łatwiej jest konstruować historię (bo policjant w sposób naturalny ma do czynienia ze zbrodniami), czy trudniej (bo trzeba się troszczyć o wiarygodne przedstawienie wszystkich szczegółów pracy policyjnej)?

    Policjant jako główny bohater ma niejako wbudowany dramatyzm – zawsze jest nowa zbrodnia, nowy grzech, nowe zło, z którym trzeba walczyć. Dramat jest integralną częścią jego świata i właśnie dlatego pisarze tak często korzystają z takiego rozwiązania. Oczywiście to prawda, trzeba się zatroszczyć o detale, żeby czytelnik uwierzył w historię. Ale nie trzeba znać WSZYSTKICH szczegółów pracy policji, ani ich przedstawiać. John Le Carre powiedział kiedyś, że pisarz musi dążyć do „wiarygodności, nie autentyczności” – co znaczy, że musi skłonić czytelnika do wiary w całość historii i jest to ważniejsze niż sprawdzanie każdego najdrobniejszego detalu. Ja się staram sprawdzać moje detale, ale nie boję się też zmyślać rzeczy, jeśli tylko służy to historii. Wielu policjantów i policjantek, zarówno w czynnej służbie jak i emerytowanych, powiedziało mi, że uwielbiają powieści z Maksem Wolfem. Bardzo mnie cieszy, że te książki wydają się autentyczne ludziom, którzy spędzili cale życie w świecie policji.

    W takim razie jak pan sprawdza te wszystkie detale, żeby nadać historii pozory wiarygodności? Czy zwiedza Pan posterunki policji, czy tylko je Pan sobie wyobraża? Czy konsultuje Pan teksty z policjantami?

    Kurator Czarnego Muzeum, emerytowany detektyw Paul Bickley, pomógł mi zrozumieć pracę policji. Pokazał mi coś, co nigdy wcześniej do mnie nie docierało. Paul pomógł mi pojąć, że policjant nigdy nie wie, czy pod koniec dnia wróci do domu. Rozmowy z Paulem o jego czasach w mundurze, o tym jak służył podczas zamieszek, kiedy jeden z jego kolegów został zabity, pomogły mi zrozumieć jak to jest być gliną.

    Oczywiście oprócz tego robiłem badania źródłowe do każdej z opisywanych przeze mnie historii. Spędziłem trochę czasu w Old Bailey, naszym głównym sądzie kryminalnym, w Nowym Scotland Yardzie, głównej kwaterze policji w Londynie – po prostu przyglądając się, wchłaniając atmosferę i pijąc herbatę. Ale dalej używałem już wyobraźni – same zebrane informacje to jeszcze za mało. Staram się docierać do miejsc, których innych pisarze nie widzieli – na przykład do wspomnianego już Czarnego Muzeum. Moim zdaniem to daje mi przewagę nad innymi autorami. A to jest dobre dla książki, dobre dla opowieści.

    Pisze Pan kryminały, ale czy czyta je Pan również dla przyjemności? Czy to dla Pana zbyt wiele?

    Jak najbardziej czytam kryminały dla przyjemności! Ale czytam tez inne rzeczy W tej chwili Apple Tree Yard Louise Doughty, powieść o kobiecie po pięćdziesiątce, która nagle wdaje się w szalony, owładnięty seksualną obsesją romans. Czytam też autobiografię Wilko Johnsona, muzyka rockowego, który przetrwał raka. Kiedy skończę te książki, znowu poczytam trochę kryminałów, ale moje gusta literackie obejmują naprawdę wszystkie gatunki. Myślę, że to dobrze wpływa na moje pisanie. Chodzi przecież o to, żeby uchwycić życie, jakie się wokół nas toczy, a nie żeby napisać kolejną kryminalną zagadkę.

    Jak Pan myśli, dlaczego ludzie w ogóle czytają kryminały?

    Myślę, że kryminały mają tak wielki wpływ na naszą wyobraźnię, ponieważ w statecznym rozrachunku chodzi w nich o walkę dobra ze złem. Co prawda w moich książkach jest dużo moralnej dwuznaczności, ale mam wrażenie, że ostatecznie kryminały to prawie biblijne bitwy między silami światła i ciemności. Wiemy, że świat jest okrutny i złowrogi i chcemy ochronić tych, których kochamy przed jego ciemną stroną. Kryminały pomagają nam uwierzyć, że jesteśmy w stanie pokonać Diabła – albo przynajmniej solidnie skopać mu tyłek.

    Zabić Diabła, to byłby koniec świata. Proszę niech Pan więc wymieni jedną książkę, którą chciałby Pan ocalić, gdyby świat zmierzał ku końcowi.

    Książka, którą naprawdę kocham to Sekretna historia Donny Tartt. To opowieść o morderstwie, ale także o przyjaźni, dorastaniu i o tym, że życie przybiera kierunek, którego się nie spodziewamy. To wspaniała historia opowiedziana przez cudowną pisarkę.

    Też uwielbiam Donnę Tartt, ale Sekretna historia to gruba cegła, trudno by z nią pod pachą uciekać przed zagładą. Miejmy więc nadzieję, że końca świata nie będzie. Dziękuję za rozmowę.

    Ja również dziękuję.