Tag: Wydawnictwo W.A.B.
-
Michel Houellebecq „Unicestwianie” – przeczytaj przedpremierowy fragment
Niebo jest szare, ciężkie, z niskim pułapem chmur. Światło, które zdaje się nie dochodzić z góry, tylko z okrywy śnieżnej leżącej na ziemi, nieubłaganie słabnie; bez wątpienia zapada zmierzch. Wszędzie krystalizują się płaty szronu, gałęzie drzew trzeszczą. Płatki śniegu wirują wśród ludzi, którzy się mijają, nie zwracając na siebie uwagi; mają twarze twarde i pomarszczone, w ich oczach tańczą przebłyski światła. Niektórzy wracają do domu, ale zanim tam dotrą, zdadzą sobie sprawę, że ich bliscy wkrótce umrą, może nawet już są martwi. Paul uświadamia sobie, że planeta umiera z zimna; początkowo jest to jedynie hipoteza, która stopniowo zamienia się w pewność. Rząd już nie istnieje, uciekł lub się rozpłynął, trudno powiedzieć. Paul siedzi w pociągu, którym postanowił przejechać przez Polskę, ale w przedziałach rozgościła się śmierć, chociaż ich ściany są pokryte grubym futrem. W tym momencie Paul rozumie, że nikt nie kieruje pociągiem, który z dużą prędkością przemierza opustoszałą równinę. Temperatura wciąż spada: -40⁰, -50⁰, -60⁰…
Dopiero zimno wyrwało Paula ze snu; była godzina zero dwadzieścia siedem. W biurach ministerstwa ogrzewanie wyłączano o dwudziestej pierwszej, czyli stosunkowo późno, w większości urzędów ludzie wychodzili z pracy znacznie wcześniej. Musiał się zdrzemnąć na kanapie wkrótce po wyjściu faceta z DGSI. Facet wyglądał na zaniepokojonego, osobiście zaniepokojonego własnym losem – jakby Paul miał się poskarżyć jego przełożonym, zażądać, by mu odebrano sprawę czy coś w tym rodzaju, choć on oczywiście nie miał takiego zamiaru. Tak czy owak, od trzeciego wideo temat zyskał zasięg światowy. Tym razem celem ataku był bezpośrednio Google, największe przedsiębiorstwo na planecie, które ręka w rękę pracowało z NSA. Niewykluczone, że DGSI będzie informowana o pierwszych wynikach – z uprzejmości lub dlatego, że z niewytłumaczalnych przyczyn afera na początku dotyczyła jednego z francuskich ministrów – tyle że Amerykanie dysponują środkami dochodzeniowymi niewspółmiernie większymi niż ich francuscy koledzy, tak więc bardzo szybko przejmą całkowitą kontrolę nad sprawą. Ukaranie tego faceta z DGSI byłoby nie tylko niesprawiedliwe, ale i głupie: nie były to już czasy jego ojca, kiedy zagrożenia pozostawały na szczeblu lokalnym; teraz nabierały wymiaru światowego.
Na razie Paul był głodny. Pomyślał, że jedyne, co może zrobić, to wrócić do domu, ale uprzytomnił sobie, że w domu nie ma nic do jedzenia, jego półka w lodówce jest rozpaczliwie pusta, a samo sformułowanie „w domu” świadczy o bezrozumnym optymizmie.
Podział lodówki najlepiej symbolizował rozkład jego małżeństwa. Kiedy Paul, jako młody urzędnik w Dyrekcji do spraw Budżetu, poznał Prudence, równie młodą urzędniczkę w Dyrekcji do spraw Skarbu, bez wątpienia od pierwszych minut między nimi zaiskrzyło; może nie od pierwszych sekund, a zwrot miłość od pierwszego wejrzenia byłby przesadny, ale zajęło to nie więcej niż parę minut, na pewno poniżej pięciu, mniej więcej tyle, ile trwa piosenka. W młodości ojciec Prudence był fanem Johna Lennona, stąd właśnie wzięło się jej imię, jak miała mu wyznać kilka tygodni później. Piosenka Dear Prudence na pewno nie była najlepszą w repertuarze Beatlesów, Paul nie uważał zresztą Białego albumu za szczytowy w ich karierze; nigdy nie zdołał nazywać Prudence po imieniu, w najczulszych chwilach mówił do niej „najdroższa” lub czasami „kochana”.
Nigdy, w żadnym momencie ich wspólnego życia nie gotowała, nie uważała tego za czynność godną jej statusu. Podobnie jak Paul ukończyła ENA i podobnie jak on pracowała na stanowisku inspektora finansów; inspektorka finansów stojąca przy garach faktycznie wyglądałaby odrobinę niestosownie. Od początku w pełni się zgadzali w kwestii opodatkowania zysków kapitałowych, żadne z nich nie umiało ujmująco się uśmiechać ani swobodnie rozmawiać na lekkie tematy, jednym słowem, uwodzić, i to prawdopodobnie ta zgodność charakterów pozwoliła skonkretyzować się ich idylli podczas niekończących się nocnych zebrań organizowanych przez Dyrekcję do spraw Ustawodawstwa Podatkowego, najczęściej w sali B87. Ich porozumienie w dziedzinie seksu było początkowo niezłe, choć dalekie od ekstazy, lecz większość par aż tyle nie żąda; utrzymanie jakiejkolwiek aktywności seksualnej w stałym związku to już prawdziwy sukces i stanowi raczej wyjątek niż regułę; większość ludzi dobrze poinformowanych (dziennikarze z najważniejszych pism kobiecych, autorzy realistycznych powieści) może to potwierdzić, przy czym nie dotyczy to jedynie osób starszych, jak Paul i Prudence, którzy powolutku zbliżali się do pięćdziesiątki; w oczach najmłodszych ze współczesnych sama myśl o choćby kilkuminutowej relacji seksualnej między dwiema autonomicznymi osobami zdawała się staromodną, pożałowania godną iluzją.
Brak zgody w kwestii kulinarnej między Prudence a Paulem ujawnił się dość szybko. W pierwszych latach Prudence, powodowana miłością lub zbliżonym uczuciem, zapewniała swojemu konkubentowi posiłki odpowiadające jego gustom, choć w jej oczach były one irytująco konserwatywne. Nie gotowała, ale robiła zakupy, odczuwając szczególną dumę, jeśli udało się jej wypatrzeć dla Paula najlepsze steki, sery czy wędliny. Te produkty odzwierzęce mieszały się w miłosnym nieładzie z owocami, płatkami zbożowymi i roślinami strączkowymi eko, które stanowiły jej zwykłą dietę, leżąc obok siebie na półkach wspólnej lodówki.

Michel Houellebecq, fot: materiały Wydawnictwa W.A.B. Przejście na weganizm, które u Prudence nastąpiło w dwa tysiące piętnastym roku, kiedy słowo to pojawiło się w słowniku Petit Robert, wywołało totalną wojnę kulinarną; ran w niej zadanych nie zdołali zaleczyć przez jedenaście lat, a teraz ich związek miał małe szanse, by wyjść z niej cało.
Pierwszy atak Prudence był brutalny, absolutny i ostateczny. Wróciwszy z Marrakeszu, gdzie wraz z ówczesnym ministrem wziął udział w kongresie Unii Afrykańskiej, Paul ze zdumieniem odkrył, że lodówka poza owocami i warzywami, do których przywykł, jest zawalona dziwnymi produktami w rodzaju alg, kiełków soi i dań gotowych marki Bizone składających się z tofu, kaszy bulgur, komosy ryżowej, pszenicy orkiszowej i japońskiego makaronu. Nic z tego w najmniejszym stopniu nie wydawało mu się jadalne, o czym nie omieszkał zgryźliwie wspomnieć („nic do jedzenia poza jakimiś gównami” – tak dokładnie brzmiały jego słowa). Nastąpiły krótkie, acz burzliwe negocjacje, w wyniku których Paul dostał własną półkę w lodówce, gdzie mógł trzymać swoje „wieśniackie żarcie”, jak to nazwała Prudence – żarcie, które teraz musiał sobie kupować sam za własne pieniądze (zachowali odrębne konta bankowe, co nie jest bez znaczenia).
W pierwszych tygodniach Paul pozwolił sobie na kilka utarczek, na które Prudence zareagowała nadzwyczaj energicznie. Każdy plasterek sera saint-nectaire lub pasztetu, który lądował między tofu a komosą ryżową Prudence, był w ciągu paru godzin przekładany na jego półkę, o ile nie lądował w śmieciach.
Dziesięć lat później wszystko się pozornie uspokoiło. Jeśli chodzi o jedzenie, Paul zadowalał się swoją półką, którą szybko zapełniał, stopniowo zrezygnowawszy z zakupów w sklepach z tradycyjną żywnością, by się zadowolić formułą syntetyczną z odżywczego punktu widzenia, a zarazem łatwo dostępną w sklepach, czyli daniami gotowymi do odgrzania w kuchence mikrofalowej. „Coś trzeba jeść”, powtarzał jakże rozumnie, siedząc przed tapinem drobiowym Monoprix Gourmet, a tym samym dołączając do swego rodzaju posępnego epikureizmu. Drób pochodził z „krajów Unii Europejskiej”; jego zdaniem mogłoby być gorzej, na przykład kurczaki brazylijskie, co to, to nie. Nocą coraz częściej przed jego oczami pojawiały się jakieś malutkie istoty, które poruszały się z dużą szybkością, ciemnoskóre, wyposażone w liczne ramionka.
Od początku kryzysu spali w oddzielnych pokojach. Samotne spanie może być trudne, kiedy się od tego odwykło, człowiekowi jest zimno i budzi się w nim strach; od dawna jednak wyszli poza to uciążliwe stadium i osiągnęli stan najzwyklejszej rozpaczy.
Upadek ich małżeństwa zaczął się wkrótce po tym, jak na spółkę kupili mieszkanie przy rue Lheureux, na obrzeżu parku Bercy, na które oboje musieli się zadłużyć na dwadzieścia lat – cudowne dwupoziomowe mieszkanie z dwiema sypialniami i rewelacyjnym livingiem, z wielkimi, wychodzącymi na park oknami. Zbieg okoliczności nie był przypadkowy: poprawa warunków życia często odbywa się kosztem sensu życia, szczególnie życia razem. Dzielnica była „absolutnie genialna”, jak uznała Indy, jego durna bratowa podczas wizyty, którą im złożyła wiosną dwa tysiące siedemnastego roku w towarzystwie jego nieszczęsnego brata. Szczęśliwie taka wizyta już się nie powtórzyła, pokusa uduszenia Indy była zbyt silna i Paul nie miał pewności, czy po raz drugi zdołałby się jej oprzeć.
Dzielnica zaiste była genialna, nie da się ukryć. Okna ich sypialni, w czasach gdy jeszcze spali razem, wychodziły na Muzeum Sztuki Jarmarcznej na avenue des Terroirs de France. Pięćdziesiąt metrów dalej, nad rue de la Cour Saint-Émilion, która przecinała czworobok zabudowy miejskiej znany pod nazwą Bercy Village, zimą i latem wisiała chmura kolorowych balonów, podczas gdy na dole ciągnęły się regionalne restauracje i kafejki dla klienteli alternatywnej. Duch dzieciństwa mógł się tutaj nieustannie odnawiać. Sam park świadczył o tej samej woli budowy ludycznego nieporządku: oddano tu mnóstwo miejsca pod uprawę warzyw, a pawilon zarządzany przez władze Paryża proponował mieszkańcom dzielnicy warsztaty uprawy ogródków (zgodnie ze sloganem umieszczonym na jego fasadzie, „Uprawa ogródków w Paryżu jest dozwolona!”).
Mieszkanie znajdowało się – co było konkretnym argumentem nie do odparcia – zaledwie kwadrans drogi piechotą od ministerstwa. Była godzina zero czterdzieści dwa: nad całokształtem swojego dorosłego życia rozmyślał zaledwie kwadrans. Jeśli teraz wyjdzie, o pierwszej może być u siebie. A przynajmniej w swoim mieszkaniu.
-
Marcin Pietraszewski: „Marek G. wpadł przez kopertę, którą sam wysłał”
Anna Garska miała wyjść z domu późnym wieczorem 7 lipca 2012 roku. Od tego czasu trwały szeroko zakrojone poszukiwania, kobieta nie odbierała telefonu, nikt już później jej nie widział. Okazało się, że Garska opuściła mieszkanie, ale w walizce i bagażniku samochodu, a mordercą okazał się ten, który powinien ją chronić – Marek G. Mąż Anny Garskiej. Mężczyzna został skazany najpierw na 15, a później na 25 lat pozbawienia wolności. Sprawa wstrząsnęła nie tylko Zagłębiem i Śląskiem, ale też całą Polską. Powodem morderstwa miała być miłość. Miłość do innej kobiety. Właśnie ukazała się książka „Mocna więź” Magdaleny Majcher, która opisuje życie Anny Garskiej. Sprawą morderstwa od początku zajmował się Marcin Pietraszewski, dziennikarz śledczy „Gazety Wyborczej”, którego wypowiedź znajdziecie poniżej.
-
Fragment „Bez reszty”, najnowszej książki Wojtka Miłoszewskiego
Wojtka Miłoszewskiego poznaliśmy dzięki, jak sam mówi, „trylogii o szczelaniu”. Już dawno ma sobą czas, kiedy był dla czytelników młodszym bratem Zygmunta, bo dorobił się swojego grona fanów i fanek. 30 września w księgarniach pojawi się „Bez reszty”, czyli kryminał z Kastorem Grudzińskim w roli głównej. Czy kupić? Kupić. Czy przeczytać? Przeczytać. Na zachętę zapoznajcie się z prologiem. Wkrótce pojawi się na stronie rozmowa z autorem, a także będą książki do zgarnięcia, bo smakksiazki.pl jest jednym z partnerów medialnych „Bez reszty”. No to w imieniu Wojtka Miłoszewskiego zapraszam Państwa do mroźnego Krakowa lat dziewięćdziesiątych. Aha, jeśli macie ochotę przeczytać więcej o fabule książki oraz ją zamówić, to kliknijcie w okładkę.
Mróz pokrył świat skrzącym się szronem. Dachy stoisk i pawilonów nowohuckiego Tomexu mieniły się delikat- nie w świetle latarni. Z powodu przedświątecznej pory w ciągu dnia na bazarze kwitł wzmożony handel. Teraz dochodziła północ, ale ekipy sprzątające skończyły pracę ledwie dwie godziny wcześniej. Dwa samochody zaparkowane pod jednym z dachów nie wzbudzały podejrzeń, bo na terenie kompleksu stało jeszcze kilka pojazdów, a mrok skrywał sylwetki ludzi w środku. Za kierownicą dużego fiata kombi siedział komisarz Kastor Grudziński. Miał na sobie grube sztruksowe spodnie oraz zimowe buty na twardej podeszwie. Cholernie niewygodne i piekielnie ciepłe. Pod spodniami kalesony, a pod kurtką dwa swetry i trzy podkoszulki. Zerknął w lusterko, na swoją przeraźliwie bladą twarz z drobnym nosem. Skóra wyglądała tak samo jak dachy bazaru. Spod grubej wełnianej czapki wystawały długie do ramion blond włosy. Czoło znaczyła blada po- szarpana blizna.
– Chryste, popatrz na moją twarz – mruknął. – Czy to już hipotermia?
– Weź mi nic nie mów. Od kwadransa się nie poruszyłem. Mam wrażenie, że z każdym ruchem tracę połowę ciepła.
Kastor spojrzał na siedzącego obok nadkomisarza Krzysztofa Tyszowieckiego. Naczelnik wydziału kryminalnego nosił okulary w drucianej oprawce, które w połączeniu z bujną brodą nadawały mu wygląd dobrodusznego profesora. Tyle że teraz Tyszol, jak nazywano go na komendzie, wyglądał na zmarzniętego profesora, który wylazł spod mostu, żeby wyżebrać od przechodniów kilka drobniaków.
– Wyglądamy jak bezdomni – powiedział komisarz.
– Ale zmotoryzowani. – Tyszowiecki skrzywił twarz w uśmiechu i nacisnął uszankę mocniej na głowę.
– Mam wrażenie, że w tym zasranym fiacie jest zimniej niż na zewnątrz.
– Zabawa się zacznie, jak nie przyjadą za dwie albo trzy godziny. Wtedy szyby pokryje szron. Wiesz, co to znaczy? Choć chwilę wcześniej wydawało mu się to nieprawdopodobne, Kastor zesztywniał jeszcze bardziej. Nie mogli zeskrobać szronu, by samochód się nie wyróżniał. Musieliby wyjść i prowadzić dalej obserwację z zewnątrz, stercząc na dziesięciostopniowym mrozie.
– Cofam to, co powiedziałem. Tu jest cieplej niż na zewnątrz. Znów zerknął we wsteczne lusterko. Kilka metrów za nimi stał polonez. Wydział przestępstw gospodarczych reaktywowano po krótkiej przerwie; w samochodzie siedziało więc dwóch, jak ich potocznie nazywano, pegowców. Władek i Mirek, jeden głupszy od drugiego. Byli kompletnymi fajtłapami, ale kryminalni zabierali ich na akcje, bo dzięki temu mieli o wiele mniej papierkowej roboty.
Kastor przeniósł wzrok na budkę przy szlabanie zagradzającym wjazd na teren Tomexu. W oknach paliło się światło. Siedzący tam cieć wiedział, że przyszykowali tej nocy zasadzkę. Nie mogli mieć pewności, czy nie współpracował ze złodziejami, więc na wszelki wypadek odcięli mu telefon i zabronili wychodzić. Komisarz pomyślał z tęsknotą o małej farelce, która w ciasnym wnętrzu stróżówki dbała o odpowiednią temperaturę. Dałby się teraz pokroić za taki luksus.
Kilka dni wcześniej dostali cynk od jednego z ucholi, że na bazar trafi transport kradzionych płyt kompaktowych. Kastor słyszał już o tym technologicznym cudeńku. Muzykę zapisywano na nośniku w sposób cyfrowy. Nieważne, ile razy przesłuchało się taką płytę, jakość dźwięku pozostawała bez zarzutu. Niedawno się zastanawiał, czy nie kupić sobie takiego odtwarzacza, ale okazało się to marzeniem ściętej głowy. Ceny były astronomiczne. Z drugiej strony nie narzekał, bo bogatsi pozbywali się płyt gramofonowych. Dwa tygodnie wcześniej wszedł w posiadanie pokaźnej kolekcji, którą ktoś po prostu zostawił na śmietniku pod jego domem.
Super, pomyślał z rozżaleniem. Tkwię tu od kilku godzin, mrożąc dupsko, żeby złapać złodziei. Ale na nic mnie nie stać i grzebię po śmietnikach.
– Coś tak ucichł? – spytał Tyszol.
– Nic. Myślałem o muzyce rozrywkowej dla bezdomnych buszujących po kontenerach ze śmieciami.
– Czyli użalałeś się nad sobą? – Skąd wiesz? – Parę dni temu wygrzebałem u siebie pod blokiem kilka albumów Zauchy. Okładki musiałem wywalić, bo waliły starym jajem, ale płyty chodzą jak złoto. – Nadkomisarz zarechotał, a Kastor szybko do niego dołączył. – Pamiętaj, że użalanie się nad sobą jest niemęskie.
– Wiem. Ale nic nie poradzę, że jednocześnie jest trochę przyjemne.
– Kawy może łykniemy? Komisarz chciał odmówić, bo miał wrażenie, że choć napój cudownie rozgrzewał, to potem robiło się jeszcze zimniej, ale podniósł tylko rękę w geście nakazującym ciszę, bo szlaban na wjeździe bazaru powędrował w górę. Ciężarowa scania wtoczyła się na plac, a zaraz za nią ciemne bmw serii 7. Warte tyle, co kilka mieszkań w centrum Krakowa. Policjanci opuścili dużego fiata i ruszyli pewnym krokiem w kierunku dwóch mężczyzn, którzy właśnie wysiedli z bmw. Komisarz widział tylko jeden problem. Żeby się wylegitymować, musiał rozpiąć kurtkę, wpuszczając pod spód lodowate powietrze. Zatrzymywanie złodziei zwykle przebiegało bezproblemowo. Wiedzieli, że wpadli i poddawali się bez problemów, by jak najszybciej usłyszeć wyrok, odsiedzieć swoje i wracać do pracy. Czyli do kradzieży. Co innego rozbojarze. Z tymi zawsze były problemy. Ale złodzieje unikali przemocy.
– Policja! – ryknął i jak najszybciej wyciągnął legitymację.
Tyszol zrobił to samo. Przyspieszyli kroku, na wypadek gdyby tamci spróbowali ucieczki. To akurat mogło się zdarzyć. Jeden z mężczyzn otworzył jednak niespodziewanie tylne drzwi bmw, sięgnął do środka i zaraz rozpętało się piekło. Grad pocisków zagrzechotał na skutej mrozem zie- mi. Spanikowani policjanci rzucili się do tyłu, za dużego fiata.
Po krótkiej chwili nocną ciszę przerwała kolejna kano- nada. Rozległ się łoskot kul przebijających karoserie fiata, brzęk tłuczonych szyb. Kastor, kuląc się, na migi ponaglał pegowców, by wysiedli i też zaczęli strzelać. Polonez błysnął światłami, a z rury wydechowej buchnął siwy dym. Komisarz przeraził się, że tamtych dwóch debili postanowiło staranować przestępców. To byłaby pewna śmierć!
Obawa ustąpiła jednak wściekłości, gdy tylko zobaczył, że polonez ruszył ostro na wstecznym, by wykręcić pod płotem w kierunku drugiej bramy.
– Te chuje z PG uciekają!
– Będą przeładowywać! – Tyszol przekrzykiwał terkot pistoletów maszynowych.
– Biegnij pod ścianę za filar, osłonię cię!
Kastor kiwnął głową i wyszarpnął spod kurtki czaka. Kanonada ucichła, a nadkomisarz Tyszowiecki wychylił się zza kufra fiata i odpowiedział ogniem. W tym samym momencie Kastor rzucił się do pobliskiej ściany. Przywarł do betonowego słupa i wymierzył dokładnie. Trafił jednego z tamtych w ramię. Drugi z miejsca skierował broń na pozycję komisarza i kule gruchnęły w beton filaru, wzbijając chmarę odłamków.
Gdy Kastor się wychylił po kilku sekundach, zachęcony ciszą, zobaczył, że kierowca scanii przesiadł się do bmw i wszyscy trzej wyjeżdżają pełnym gazem w Bieńczycką. Wybiegł za nimi na ulicę i złożył się do strzału, ale luksusowe auto szybko nabrało prędkości. Byli poza zasięgiem. Do fiata wracał z wyrazem kompletnego szoku na twarzy. Policję się obrażało. Policję się opluwało. Poniewierało się. Policji ostatecznie można było dać w łeb. Ale ostrzeliwać w taki sposób? Z pistoletu maszynowego? To przypominało jakąś cholerną bitwę! Gdy tylko dostrzegł Tyszola, pobiegł. Klęknął przy nim i zobaczył, że z ust tamtego wypływa krew.
Zerwał się na nogi i pognał do dyżurki. W pierwszej chwili uznał, że cieć uciekł. Dopiero po chwili zauważył gruby tyłek wystający spod biurka. Kastor sięgnął po słuchawkę, po czym z rozpaczą uświadomił sobie, że przecież sami odcięli telefon. Wrócił biegiem do fiata tylko po to, by się przekonać, że ich radiotelefon roztrzaskała kula.
Klęknął przy nadkomisarzu i zaczął reanimację. Nigdy go do tego nie szkolono, ale widywał nieraz zespoły pogotowia w akcji. Uciskał rytmicznie klatkę Tyszola, co jakiś czas wdmuchując mu powietrze do ust. Jęknął, gdy się zorientował, że przy każdym dmuchnięciu z dziury w piersi kolegi wypływa spieniona krew. Gdzieś w oddali zawyły syreny. Ktoś pewnie zadzwonił na policję, zaniepokojony kanonadą. Albo funkcjonariusze PG wspięli się na wyżyny bohaterstwa i powiadomili centralę. Wytrzeszczone oczy Tyszola patrzyły bez wyrazu, a spływająca krew parowała w kontakcie z lodowatą ziemią.
– Nie umieraj, słyszysz?! – Kastor ryknął, nie przerywając rozpaczliwej reanimacji. – Nawet mi się, kurwa, nie waż zdychać!
-
„Związek z Rudolfem Heinzem uważam za udany”
Nic nie trwa wiecznie, wszystko się kiedyś kończy, każda seria ma swój kres, itd. Te zwroty słyszeliście pewnie w swoim życiu wiele razy, ale jednak łezka się w oku kręci, gdy uświadomimy sobie, że naprawdę pewna era dobiega końca. Mariusz Czubaj postanowił zakończyć cykl z Rudolfem Heinzem w roli głównej. Czy będziemy tęsknić? Oczywista oczywistość. Czy „Cios kończący” naprawdę wszystko kończy? Co robi profiler w ostatniej części swoich przygód i jak ona się w ogóle kończy? O tym wszystkim rozmawiam z Mariuszem Czubajem w pięknych okolicznościach przyrody, czyli między świętochłowickimi familokami, bo tam również Heinz się zapuszcza.
-
„Nie czerpię przyjemności z pisania”. Zygmunt Miłoszewski w ogniu pytań!
W końcu nadszedł moment, który razem z Wojciechem Chmielarzem wyobrażaliśmy sobie od kilku miesięcy. Jeśli mam być szczery, to byłem przekonany, że twórca Jakuba Mortki odpowie w stylu: „okej, zadzwonimy do Pana”, ale miło mnie zaskoczył, bo już w trakcie pierwszej rozmowy powiedział „okej”. Bez ciągu dalszego. Wybór pierwszego gościa nie był oczywisty, bo chcieliśmy z rozmowami ruszyć jesienią, ale jeśli dostaje się pod nos premierę „Kwestii ceny” oraz Zygmunta Miłoszewskiego, który mówi, że chętnie przyjdzie, no to sami wiecie, że takich szans się po prostu nie marnuje. Jest to odcinek pierwszy, który może być zarówno ostatnim, bo wszystko zależy od Was – czy chcecie taki format oglądać oraz od wydawców, czy będą chcieli wysyłać nam swoje topowe autorki oraz autorów, a dodatkowo dorzucą kilka Biletów Narodowego Banku Polskiego.
Nie przedłużając – oddajemy w Wasze ręce rozmowę z Zygmuntem Miłoszewskim. Mamy wrażenie, że bardzo szczerą, bo jest o pieniądzach, lenistwie, relacjach z wydawcą, głupich pomysłach na książki, planach na najbliższą przyszłość, Szackim. Momentami jest szermierka słowna, czasem śmiech, chwilami przekleństwa. Dajcie znać po obejrzeniu co sądzicie, bo to dla nas bardzo ważne. Naszym miejscem rozmów będzie Antykwariat Kwadryga, któremu dziękujemy za świetną współpracę, a także sporo towaru dla literackich ćpunów.
-
Fragment najnowszej książki Wojtka Miłoszewskiego tylko na smakksiazki.pl
„Kastor”, czyli najnowsza książka Wojtka Miłoszewskiego trafi do księgarń 31 października, mam dla Was niespodziankę, bo tylko na smakksiazki.pl przeczytacie już jej fragment. Tym razem Wojtek zabierze nas do Krakowa lat dziewięćdziesiątych, w którym zło czai się na każdym kroku oraz za każdym rogiem. Dla fanów Miłoszewskiego mam dobrą wiadomość – to będzie kryminał. Poniżej fragment, smacznego.
Sterany życiem tramwaj zaprotestował ze zgrzytem, skręcając z Basztowej w Długą. Kilka minut po piątej nad ranem wagon nie był zatłoczony, a nieliczni pasażerowie milczeli. Prawdopodobnie rozmyślali nad swoim losem, nakazującym im zebrać się do roboty o tak nieludzkiej porze. Stojący z tyłu mężczyzna ubrany był w sztruksowe spodnie, za dużą marynarkę w kratę i brązowe znoszone pantofle. Dobiegał czterdziestki, a jego bladą twarz z drobnym nosem okalały blond włosy, opadające w nieładzie do ramion. Balansował lekko na nogach, wciskając dłonie w kieszenie spodni. Nie trzymał się żadnego z uchwytów. Nie musiał, poruszał się krakowskimi tramwajami od trzydziestu lat i z perfekcyjną precyzją wiedział, w którym momencie obłe cielsko wykona kolejny zwrot lub bujnie się niebezpiecznie w bok.
Komisarz Kastor Grudziński wyskoczył zwinnie na Nowym Kleparzu, cofnął się trochę i po krótkiej chwili szedł wzdłuż muru okalającego Dom Pomocy Społecznej imienia Helclów. Dwie bardzo mocne kawy, które wypił przed wyjściem, niestety nie przyniosły pożądanego efektu. Dosłownie milisekundy przed zapadnięciem w sen zawsze uruchamiał stoper. Nawyk spowodowany bezsennością, dręczącą go od szóstego roku życia. W ten sposób wiedział, że tej nocy przespał całe siedemnaście minut. Bardzo dobry wynik jak na niego, ale teraz czuł potworne zmęczenie, jeden z silnych kryzysów dopadających go w ciągu dnia.

Kraków, fot: www.unsplash.com/Jacek Dylag Gdy dotarł do numeru siedemdziesiąt dziewięć i zauważył poloneza w biało-niebieskich barwach, od razu poczuł się lepiej. Wiedział, że jest tu po to, bo stało się coś złego, ktoś potrzebuje pomocy. On jest po tej dobrej stronie. Ta myśl zawsze dodawała mu sił w najtrudniejszych sytuacjach. W mieście ma być porządek.
Rozpoznał stojącego przy radiowozie policjanta, nie pamiętał jego nazwiska, ale wiedział, że jest sierżantem z podgórskiego komisariatu. Solidny i doświadczony glina. Dlatego zdziwił się wyrazem jego twarzy, bladej i lekko wystraszonej.
– Panie komisarzu, na dole – wychrypiał policjant.
Kastor skinął niedbale głową i ruszył do wejścia. Mijając radiowóz, zauważył na drzwiach samochodu niebieską farbę w innym odcieniu, ślad po niedawnym malowaniu, zmieniającym milicję w policję. Wielomiesięczne rozmowy, wielkie przygotowania związków zawodowych. Wszystko tylko po to, żeby w końcu rzucić hasło, że od dzisiaj Policja to nowoczesność. Czyli co, ten rozklekotany polonez? Przynajmniej mundurowi mają samochody, nie muszą dymać na robotę tramwajem tak jak ja, pomyślał ze złością Kastor.

fot: www.unsplash.com/Denny Müller Wszedł na klatkę chylącej się ku upadkowi rudery. Szybko spostrzegł, że w kamienicy dawno wyłączono prąd, i zszedł do piwnicy, świecąc sobie zapalniczką. Uderzenie smrodu było niczym cios brudną szmatą. Kombinacja potu, fekaliów i moczu w takim stężeniu, że szybko zgasił zapalniczkę, kierowany absurdalnym strachem, że ta mieszanina gazów po prostu wybuchnie. Stojący na dole policjant oświetlał promieniem latarki brudne twarze około dwudziestu dzieci. Miały od pięciu do dwunastu lat, uniesione w górze rączki i spojrzenia wypełnione bólem i strachem. Kastor nie znał tego funkcjonariusza, prześlizgnął się tylko wzrokiem po jego pagonach i rzucił cicho:
– Sierżancie… Każcie im opuścić te ręce.
Policjant skinął głową i przekazał prośbę na migi, a wszystkie dzieci jak na komendę opuściły posłusznie ramiona.
– Wykręciliście po kredens? – spytał Kastor. – Jasne. Jakby na potwierdzenie tych słów z zewnątrz dobiegł
charakterystyczny terkot. Policyjny star. Kastor wziął latarkę od sierżanta i po kolei zaczął świecić po twarzach dzieci mrużących oczy przed ostrym światłem. Wszystkie bez wyjątku miały ciemną karnację i komisarz wątpił, aby któreś pochodziło z Polski. Potrzebowali tłumacza, ale po pierwsze, wiedział, że to trochę zajmie, a po drugie, nie chciał na razie z nimi rozmawiać. Szukał jakiegoś znaku, elementu lub wskazówki, a ten mógł dostać tylko od któregoś ze starszych dzieci. W końcu znalazł to na twarzy na oko jedenastoletniej dziewczynki z burzą ciemnych włosów ogarniętych wszawicą. Oddał latarkę policjantowi i powiedział:
– Zabieramy je do pogotowia opiekuńczego. Skołujcie wodę, jedzenie, no i tłumacza.
– A skąd ja wezmę tłumacza? – spytał szczerze zdziwiony sierżant.
– Wykręć Gienia Jankowskiego z Mogilskiej. Powiesz mu, że potrzebujesz gościa, co się nazywa Santino Mirga.
-
„Polski kryminał potrzebuje odświeżenia”, rozmowa z Marcinem Wrońskim
No i stało się, Zyga Maciejewski odchodzi na zasłużoną emeryturę. Po dziesięciu latach ciężkiej pracy. Marcin Wroński postanowił rozstać się ze swoim głównym bohaterem. Czy definitywnie? Sądzę, że nie. Pewnie Zyga jeszcze powróci, gdzieś wypłynie. Kiedyś. Teraz autor z Lublina skupia się na nowej książce, czyli współczesnej powieści satyrycznej, która powinna się ukazać w pierwszych miesiącach przyszłego roku. Natomiast w bliższej perspektywie, bo już jutro, będzie mogli kupić „Gliny z innej gliny”, czyli cykl opowiadań o Maciejewskim. Kto te opowiadania napisał? Czy można znudzić się bohaterem, którego się stworzyło? Obejrzyjcie naszą rozmowę. Jeszcze jedno: poniżej możecie przeczytać fragment jednego z opowiadań.
Był w Grecji jeden cwaniak. Jak mu stało w metryce, nie wasza trefna broszka, dość że dla swojej ferajny ten urka prawilny był Tantal, takie miał pseudo oryginalnościowe. Zblatował się na lewo i prawo, pił jak równy z ważniakami i najlepsze kurwy były jego, forsą szastał i trząsł nie tylko swoją dzielnicą, ale całą Grecją, pod hajrem. Miał raz kosę na jednego frajera, to go zrobił na mokro i byłoby jak zwykle git, tyle że Tantal fest
przecwaniaczył. Kazał gościa pokroić jak chabaninę i zrobić z niego zakąskę do gorzały, i podać jego koleżkom, którzy nie wiedzieli, co szamią. Jak się wydało, wiadomo, dintojra i nie było zmiłuj. Obuli Tantala w trepy z betonu i wsadzili do wody po szyję, i tak cwanie przywiązali do deski, że nie mógł się schylić i napić, chociaż go suszyło. Nad głową na sznurkach powiesili mu piwo i kiełbasę niziutko, że jakby stanął na palcach, toby sięgnął, tylko jak to zrobić w betonowych butach?Ten zgrywny bałach opowiedział pod celą jeden polityczny, którego zresztą zaraz przenieśli najpierw do drugiego skrzydła, potem chyba do Wronek, ale Staszek Sójka pseudo Chojrak zapamiętał każde słowo. Nic dziwnego, że w Grecji to mają dintojry, że strach; oni robili już niezłą grandę, kiedy czyło wyjrzeć bokiem między blindą a murem i już ponad dachami Podzamcza widziało się Bramę Grodzką, a przed nią róg knajpy Joszke Flaka, nawet kawałek szyldu, ten z wyrysowaną flszką. Gdyby Staszek jakimś cudem chociaż na godzinę wyrwał się z buchty, u Flaka w kwadrans dowiedziałby się, co na mieście, a co u Hanki, która od roku nie odezwała się słowem, przekazałby grypsy i proszę bardzo uprzejmie, dalej mógłby kiblować do krechy! Z lżejszym sercem. Tylko nie było jak; gady pilnowały bramy jak kundle furtki, a jeszcze jeden stał zawsze z karabinem na baszcie. Dwa strzały, pierwszy Sójce w plecy, drugi w powietrze, niby że ostrzegawczy. „Stój, bo strzelam”, wymamrocze pod nosem i koniec balu, panno Lalu!
Dlatego Staszek odsiedział swoje co do dnia. Zdał majdan, pokwitował depozyt, z władzą był rozliczony. Napadł go jeszcze, bo jakże inaczej, gość z Patronatu Opieki, ale koleżka nasz wyjaśnił mu grzecznie, że jak ma nagraną robotę, to owszem, lecz w kwestii pracy za dwa złote dniówki to nie do Staśka z taką mową. Gdzie poszedł, ledwo zaciągnął się wolnością, jasne jak żarówka, chyba że kto frajer!
Trupów hurtowo trzech




