Najczęstsze pytanie, które zadają mi różni ludzie wiedząc, że spotykałyśmy się w ostatnich latach? Jaka była Wanda Chotomska? A ja próbuję na nie odpowiedzieć i ciągle nie znajduję dobrych słów. Bo Wanda Chotomska była kolorowa, nietuzinkowa, wyjątkowa, niejednoznaczna, skomplikowana i porywająca.
Znam na przykład bibliotekarki, które się jej bały. Była stanowcza, nieprzejednana, ostra – ale w kontaktach z dorosłymi. Nie lubiła sztampy, sztuczności, akademii i spotkań ku czci. Wolała zatańczyć, zaśpiewać, zarapować i wprowadzić w nastrój zabawy dziecięcą publiczność. Bo dzieci traktowała bardzo serio, co zresztą jest cechą wszystkich największych twórców literatury dla najmłodszych. „Czy trzeba lubić dzieci, żeby dla nich tworzyć?” – zadałam jej najprostsze pytanie. „Właściwie trzeba postawić znak równości między dziećmi a ludźmi.” – odparła bez zastanowienia. „Czy ja wszystkich ludzi lubię? No nie. Natomiast jeśli chodzi o dzieci, to na pewno jest więcej tych, które lubię, niż tych, których nie lubię. A z ludźmi to nie wiem, jak by było”.

My, autorzy tworzący dla dzieci, pamiętamy ją przede wszystkim ze wspólnych wypraw do czytelników, festiwali, kiermaszy, konkursów. Opowiadamy anegdoty ze wspólnych podróży, wiele z nich przeszło do historii, jak choćby te o pasji słynnej poetki do szmateksów i gotowości bibliotekarek do towarzyszenia jej w zakupach. Nazwisko Chotomska ułatwiało nam zresztą życie w różnych sytuacjach, obojętne, czy to był mandat, miejsce w zatłoczonym pociągu, czy ciemny chleb podobno nie do zdobycia w małym miasteczku. Mylona z Konopnicką czy Kownacką zawsze zamieniała to w teatralną scenkę. Była naszą mistrzynią, podpatrywaliśmy jak prowadzi spotkania autorskie, jak radzi sobie z setką niespokojnych łobuziaków, jak poskramia urzędników i decydentów. Kiedy przychodził czas autografów i dedykacji spokojnie w kącie popijaliśmy kawę obserwując długie kolejki ustawiające się do Wandy Chotomskiej. Postawiła nam wszystkim poprzeczkę bardzo wysoko, trudno będzie teraz podtrzymać ten poziom.
Na moją propozycję napisania wywiadu rzeki i wydania go w formie książkowej zareagowała najpierw nieufnie. Nie bardzo wierzyła chyba we mnie, w to że będę pokonywać trasę Kraków – Warszawa kilka razy w miesiącu, żeby na godzinę, dwie usiąść w jej salonie i powspominać, porozmawiać, podrążyć tematy, które mnie interesowały. Godzinę, dwie, bo na dłużej nie miała siły. Nie dawała tego po sobie poznać, trzymała fason, była zawsze perfekcyjnie przygotowana, ale organizm sam dawał znać, że już dość. Zaczynały się mylić daty, nazwiska, trudno było o szczegóły. W to, że nam się uda, uwierzyła po dobrych kilku miesiącach i wtedy wstąpiła w nią nowa energia. Zaczęło się przeszukiwanie półek, szuflad, komody i pawlacza. Odnajdywałyśmy bezcenne skarby, dokumenty, fotografie, listy, rękopisy, szkolne zeszyty, to wszystko, o czym sama zapomniała. Mała zapisana kartka nagle otwierała klapkę pamięci, stary pożółkły artykuł w gazecie uruchamiał wspomnienia. To były nasze najpiękniejsze wspólne chwile.



