Pamiętam dokładnie tamten dzień. Byłem w ostatniej klasie liceum i profesor od polskiego posłał mnie do kiosku po prenumerowane czasopisma. Takie niby wyróżnienie za literackie zamiłowania, chacha. Wracając wertowałem ciekawie grubaśne zeszyty i w jednym z nich znalazłem parę wierszy polskiego poety emigracyjnego, który właśnie w Sztokholmie odebrał literacką nagrodę Nobla. Nic wtedy o Czesławie Miłoszu nie wiedziałem, moje literackie zamiłowania nigdy na niego nie natrafiły, później dowiedziałem się dlaczego. Nie tylko jego twórczość, ale nawet nazwisko peerelowska cenzura usunęła w niebyt. Nie miałem szans go poznać. I oto nagle w połowie drogi z kiosku do gimpla (tak nazywaliśmy nasze liceum) staję w pół kroku, bo mnie zatkało. Otwarłem na chybił trafił i słowa dosłownie przykuły mnie do chodnika:
Porwał mnie w otchłań ze sobą
Biały wieloryb świata.
I teraz nie wiem
Co było prawdziwe.
Wiersz nazywał się Tak mało i musiał trafić w coś we mnie tamtym, młodym i głodnym świata, a niewiedzącym jeszcze nic o niespełnieniu. Zanim doszedłem z powrotem do klasy, nauczyłem się wiersza na pamięć i powtarzałem później przez wiele lat w chwilach, kiedy czułem się zmęczony „zachwytem, rozpaczą, gorliwością, nadzieją”. W tamtym wierszu było wszystko, co najważniejsze: przeżywanie świata i nazywanie. Rzecz i słowo. Młody i kompletnie zielony już wiedziałem, że to będzie mój ciężar życia. Jako się rzekło, relacje z poezją mogą być albo intymne, albo żadne.
Inne wiersze Miłosza były za trudne, wymagające intelektualnie, długo i żmudnie dochodziłem do nich z mojej wiejskiej prowincji. Ale ten jeden o białym wielorybie świata, na opowieść o którym nigdy nie starczy czasu i słów, zakarbowałem sobie w pamięci. Był początkiem jedwabnej nici, którą Miłosz omotywał mnie niepostrzeżenie, ale konsekwentnie, by nareszcie owładnąć mną bez reszty tak, że czytałem właściwie tylko jego.

Nazwał wszystko, to najtrudniejsze i to najprostsze. Najzwyklejszym czynnościom życiowym potrafił nadać głęboki sens, najtrudniejsze metafizyczne zawiłości przedstawiał tak, że z abstrakcyjnych stawały się twoimi osobistymi. Cokolwiek mnie w życiu spotkało ciekawego, strasznego, nieoczekiwanego, zdumiewającego – natychmiast z pamięci wyłaniał się pasujący do tego wiersz Miłosza. Mówiliśmy nim w domu przy każdej okazji, mówimy do dzisiaj. Siedzę dajmy na to przed pustym ekranem, ślęczę nad układaniem słów wściekły na próżność tego zajęcia , i zaraz z mroku twórczych mąk wyłania się fraza: „Co nie wymówione, zmierza do nieistnienia”. Chłoniemy zachwycający soplicowski krajobraz, polskie pagórki i dolinki z rzadko siedzącymi na miedzy gruszami, a w tyle głowy tętni: „pochyłe pola i trąbka”. Kiedy obrażony na głupią, beznadziejną i odrażającą rzeczywistość mam ochotę leżeć i nic nie robić, aniołowie z jego wiersza szepczą mi do ucha:
zaraz dzień
jeszcze jeden
zrób co możesz.
Nie, nie będę cytował, bo musiałbym przytoczyć pięć tomów jego Dzieł zebranych, które czasem na głos poczytujemy w domu przed zaśnięciem. Gdyby ktoś powątpiewał, czy poezja może wpływać na życie ludzkie, niech się zgłosi do mnie i zarezerwuje sobie co najmniej trzy dni na słuchanie. Mam co opowiadać. Był dla mnie wzorem niezależności, wolności myślenia i przekonania. Od niego uczyłem się nieufności do wszelkich ideologii, z prawa i z lewa, niechęci do pewnych siebie inżynierów od kierowania ludzkimi losami, odrazy do krzykaczy wycierających sobie gęby wielkimi słowami. Słowo wypowiedziane ma swój ciężar i skutek, dlatego należy z nim ostrożnie. Należał do tej garstki samotników w naszej literaturze, którzy z uporem powtarzali mądre słowa z tragiczną świadomością, że nikt ich nie wysłucha, że będą zakrzyczani przez głupstwo. Przez wiele lat wygnania pisał dla nikogo „w jednym z mniej znanych afrykańskich narzeczy”. Ile trzeba mieć w sobie siły, by mimo to pisać!
Był zawsze ponad doraźną polityką, chociaż polityka nieustannie wciągała go w swoje wiry. Twórcy naprawdę niezależni są największymi wrogami polityków, cała historia literatury jest właściwie o tym. Kiedy z nienawiści do przedwojennego faszyzmu polskiego zaangażował się w idee socjalistyczne, zrobiono z młodego Miłosza komucha i wrzucono do jednego worka ze stalinowcami. Kiedy z nienawiści do reżimu komunistycznego uciekł na Zachód, wymazano jego nazwisko z polskiej kultury. W kraju nazwano go zdrajcą, na emigracji bolszewickim agentem. Co ciekawe, to miano przylgnęło do niego na stałe i dzisiaj również prawica lubi go nazywać zdrajcą. Duch prawdziwie wolny drażni duchowych niewolników. Jak on to powiedział? „Jest ONR-u spadkobiercą partia”. A także odwrotnie.
Śmiech mnie pusty zbiera (tak, to ostatnio u mnie częsty stan), kiedy na forum polskiego parlamentu jakaś posłanka z Bożej łaski debatuje publicznie nad tym, czy Czesław Miłosz był polskim pisarzem i czy jego utwory mogą być lekturami w szkole. Nic nie przeczytała, tym bardziej nic nie zrozumiała, ale wyrokuje. Gdyby kształt i sens naszego życia zależał tylko od polityków, żylibyśmy w piekle. Które zresztą Miłosz dość dokładnie opisał.
To dzięki niemu zacząłem jeździć w kraje bałtyckie, uczył mnie bogactwa kulturowego tamtych ziem, z ich skomplikowaną historią, wielonarodowymi i wielowyznaniowymi regionami. Z jego wnikliwych litewskich analiz brała się moja pasja do Inflant Polskich, a nie dlatego, że marzy mi się jakieś posttraumatyczne odzyskiwanie polskich kresów.

Po latach miłości bezgranicznej i pozbawionej nadziei na jakiekolwiek spełnienie miałem cudowną okazję poznać go osobiście. Przyszedł na obronę mojego doktoratu, który był o nim. Usiadł w kącie sali i wodził wzrokiem po szacownym gronie profesorskim, które w jego obecności jeszcze stężało w swojej szacowności. Umierałem ze strachu i przejęcia, zupełnie nie pamiętam co mówiłem, ale ostatecznie wyszło na moje, ponieważ w obliczu żywego i słuchającego przedmiotu badań żaden z naukowców nie odważył się postawić trudnego pytania. Obroniłem się. „Wczytał się pan w te moje wiersze, wczytał…” – te jego słowa nosiłem później jak talizman.
Przyszedł na promocję mojej książki „Miłosz i filozofia”. Coś tam pogadaliśmy próżno o egzystencji i literaturze, aż w końcu Mistrz wyciągnął z kieszeni swój ostatni zbiorek wierszy i zaczął czytać do mikrofonu. To był najlepszy moment promocji Zajasa. Mam w domu pióro, którym podpisywał mi książkę. Leży sobie spokojnie jak ten grzebień weneckiej kurtyzany, który „w próchnie, pod płytą, sam, czeka na światło”.
Jeden z najbardziej religijnych polskich pisarzy. Najgłębiej, może oprócz Mickiewicza, sięgnął w metafizyczne otchłanie, by wydobyć stamtąd sens ludzkiego działania w kosmosie, wspartego na boskich prawach. Gdyby polscy katolicy mieli w sobie choć odrobinę prawdziwej wiary i nie ograniczali spraw religijnych do polityki i finansów, uczyniliby z niego swojego patrona i skarbnicę cytatów dla własnych rozmów z Bogiem, tak jak chociażby robił to Jan Paweł II. Ale gdzie tam! Komuch i zdrajca! Śmiech pusty i gorzki zbiera…
Jeden z najbardziej uniwersalnych polskich pisarzy. W najdalszych zakątkach świata można znaleźć humanistów, którzy znają to nazwisko i potrafią zacytować choć jeden jego wers, a których próżno pytać o Mickiewicza czy Sienkiewicza. Tłumaczony, czytany, podziwiany nie tylko jako poeta, ale i wielki myśliciel, jeden z największych w XX wieku. Gdyby nasi ideolodzy narodowi naprawdę chcieli rozsławiania kultury polskiej w świecie, powinni Miłosza i jego dzieło na rękach nosić, do poduszki czytać, na wyrywki znać i deklamować gdzie popadnie, przy każdej międzynarodowej okazji. Ale gdzie tam! Śmiech gorzki zbiera…


