–Skąd pani wie o audiobooku?
Inspektor Madej zawiesił głos. Miał ochotę uzupełnić pytanie o jeszcze jedno słowo, powszechnie znany nic nieznaczący przerywnik na „k”.
– Ja wiem wszystko, panie inspektorze – odparła zimno Marta Massalska zwana Massą. Siedziała z założonymi nogami w tym samym ciasnym gabinecie, w którym wczoraj odsłuchiwali z profesorem Cegielnię, i bębniła palcami po blacie biurka. – A czego nie wiem, zaraz mi doniosą. Moja praca, jakby pan zapomniał. Proszę darować sobie głupie pytania i powiedzieć mi, kto to napisał.
–Nie wiem.
–Czyli anonim. A kto wydał? I nagrał?
–Nie wiem. I nie wiem.
–Bez jaj, inspektorze. Płyta jest na rynku, można kupić i przeczytać na okładce.
– To proszę kupić i przeczytać. Z jajami albo bez.
Pomilczała chwilę. Młode dziennikarki w starciu ze starszymi facetami na urzędach mają swój zestaw narzędzi pozasłownej perswazji: seksowne ubranie, ostry makijaż, nieruchomy i przenikliwy wzrok plus przytykanie języka do górnej wargi. Massa zastosowała je wszystkie naraz w sposób daleki od powściągliwości. Zadziałało i inspektor Florian Madej się skulił.
–Już to zrobiłam. Nic się nie wydarzyło. Leciało jakieś stare romansidło, marna kopia Jane Austin. W księgarni również niczego mi nie umieli powiedzieć. A teraz się jeszcze w dodatku sfajczyła. Dlatego przyszłam do pana. Prowadzicie śledztwo?
Analityczna myśl inspektora opukiwała każde słowo dziennikarki. Romansidło? Kopia Jane Austin? Ciekawe. Takiego wariantu fabuły Cegielni jeszcze nie napotkał. Potwierdzało to jego wcześniejsze przypuszczenie, że każdy słyszy z audiobooka nieco inny tekst, jak gdyby Cegielnia dobierała fabułę do słuchacza. Absurdalność tego przypuszczenia była wprawdzie obezwładniająca, ale całą tę historię przenikał absurd.
Jeśli spyta Massę o fabułę, zdradzi jej trop. Zdradzi w ogóle fakt, że prowadzą jakieś dochodzenie w sprawie Cegielni, co nie do końca było prawdą. On prowadził. Bez wiedzy komendanta i kolegów, którym nie miał nawet jak o tym opowiedzieć. Nie było języka. Jeśli jej nie spyta – będzie uboższy o informację. Na tyle ważną, że zdołała przyciągnąć do jego biura słynną Massalską.
–Jakie romansidło? – spytał pozornie obojętnym tonem. Nie dała się nabrać.
–Ha! A jednak! Chce pan wiedzieć, co usłyszałam! Cegielnia ma jednak swoje tajemnice! Doskonale. Chcę wiedzieć wszystko o tym pieprzonym audiobooku, albo zrobię taki rozpiździel, że się tu nie pozbieracie! Jazda, inspektorze, wszystko! Od początku! Kto był pierwszą ofiarą?
Niepotrzebnie się odezwał. Ci dziennikarze potrafią wyciągać informacje nawet z tego, czego w ogóle nie powiedziałeś. Zwłaszcza z tego. A potem się jeszcze okazuje, że te informacje jakimś cudem są prawdziwe.
–Pierwsza ofiara? O czym pani w ogóle mówi? To jakaś totalna bzdura! Pytałem o audiobook, ponieważ właśnie taki znaleźliśmy przy ofierze pożaru w księgarni. Stopione pudełko i niedopalone resztki obwoluty…
– On tego słuchał?!
– …stąd znamy tytuł – ciągnął inspektor nie dając się zbić z tropu. – Jeśli pani wie więcej na ten temat, proszę mi powiedzieć. Dla dobra śledztwa.
–Jakiego śledztwa?
–Śledztwa w sprawie pożaru. Przy ofiarach śmiertelnych zawsze jest obecna policja kryminalna.
–Ten chłopak słuchał Cegielni? Jak on się nazywał?
–Hmm…
– No już, panie inspektorze. I tak się dowiem.
Wykrzywiła usta w instagramowym uśmiechu i dotknęła językiem kącika warg.
–Eliasz Baumgarten.
–Serio? To też jakaś postać z audiobooka?
–Nie, z rzeczywistości. To znaczy teraz już nie…
–Dobrze, dobrze. Czyli on zginął przy słuchaniu Cegielni, tak samo jak moja córka. Kto jeszcze? Ile macie tych ofiar? No już, inspektorze, oszczędźmy sobie zachodu i porozmawiajmy szczerze. – Wychyliła się nad biurko, by pan policjant miał głęboki wgląd w jej dekolt. – W przeciwnym razie dowiem się sama, a pan ze swoją nieżyczliwością dla prawdy znajdzie się po drugiej, ciemnej stronie. Chyba pan nie chce, prawda?

Uśmiechnął się pod nosem. Nie miała pojęcia, jak bardzo chciałby się znaleźć po drugiej, ciemniejszej stronie tej historii. Znacznie bardziej niż po drugiej stronie biurka, falującej mu teraz przyjemnie przed oczyma. Powstrzymywał go brak sposobu na przedostanie się TAM. Nie do dekoltu Massy, tylko do cegielni. Trochę rozpaczliwie liczył na pomoc tego profesorka o twarzy myśliwskiego ogara, który stracił trop i rozgląda się po lesie z głupią miną nie wiedząc, co począć. Zawiódł się i zaczynał żałować, że mu tak wiele zdradził ze swoich pomysłów. Ale o tym wszystkim nie mógł Massie powiedzieć.
Zastanawiał się, czy w ogóle powinien jej cokolwiek mówić. Jeśli to zrobi, uruchomi machinę podejrzeń, insynuacji i zwykłych plotek, nad którą trudno będzie zapanować, a konsekwencje mogą być nieprzewidywalne. Jeśli tego nie zrobi, ona pozbiera strzępy danych i wysmaży jakąś bzdurę o równie nieprzewidywalnej szkodliwości. Tak źle i tak niedobrze. Najchętniej by ją utopił w kubku kawy i zamknął jej niewyparzoną jadaczkę na zawsze, ale takie marzenia się nie spełniają. Pozostaje żmudne rzeźbienie scyzorykiem w kamieniu. Wziął głęboki oddech.
–Mogę to zrobić pod jednym warunkiem: że pani nikomu nie powie. Wiem, jak pozbawione szans powodzenia jest takie żądanie wobec profesjonalnej dziennikarki, ale apeluję do pani sumienia. Nie ma żadnego śledztwa, nie korzystam z pomocy zespołu techników i prokuratorów, jestem sam. Gdybym tylko spróbował uruchomić procedury, mój przełożony uruchomi natychmiast procedurę przeniesienia mnie na emeryturę, z sugestią diagnozy psychiatrycznej. A ja chcę jeszcze trochę popracować. Powiem pani jako pogrążonej w żałobie matce, która ma prawo wiedzieć. Chociaż trudno stwierdzić, co dokładnie. Gotowa?
–Oczywiście, po to tu jestem.
–Takich przypadków, jak pani córka, naliczyłem w tym roku co najmniej siedem.
–Kurwa mać… – wyrwało się Massalskiej. Przygryzła wargę tak mocno, że Madej z napięciem czekał na wytryśnięcie strumienia krwi.
–Mówię „co najmniej”, ponieważ niektóre są na tyle niejasne, że zakładamy pomiędzy zgonem ofiary a audiobookiem związek możliwy, ale o nieznanym stopniu prawdopodobieństwa.
–Czyli w sumie ile? – spytała zduszonym szeptem.
–Powiedzmy… piętnaście?
– Ja pierdolę… – ciągnęła w swoim stylu. – Audiobook seryjny morderca. W dupę jeża, to przecież niemożliwe! Jak on to robi? Co tam jest? Dlaczego słuchałam i nic mi się nie stało? A pan? – spytała nagle pokazując go palcem. – Pan też słuchał i nic? Super! Kurwa jego mać, ale kosmos!
–Spokojnie, to żaden kosmos. Nie możemy wykluczyć zwykłego zbiegu okoliczności. Tania płyta w taniej księgarni, intrygująca okładka i pełen zachęt opis na pudełku… po prostu rozeszło się wśród ludzi i dlatego znajdujemy je na miejscu kilku zgonów…
–Kilkunastu.
–Dyskusyjne. Nie w tym jednak rzecz. Chodzi o techniczną definicję narzędzia zbrodni. Nie tylko „kto zabija”, ale i „czym”. Powiedzieć, że audiobook zabija fabułą to mniej więcej tyle, co uznać za mordercę zmiany atmosferyczne. Na przykład halny w Tatrach, który morduje za pomocą gwałtownych skoków ciśnienia. Że się wytwarza jakaś aura, klimat do zbrodni, krwiożerczy albo samobójczy nastrój – trudne.
–Nie moglibyście po prostu zakazać rozpowszechniania tej Cegielni? – odezwała się Massalska. – Wystarczy byle powód w rodzaju społecznej szkodliwości czy niedopełnienia formalności prawnych. Przecież macie takie narzędzia.
–Mamy i nie mamy. To musi iść przez sądy, a te żądają dowodów. Co mam im dać – zdjęcie ofiary ze słuchawkami na uszach? Nadtopione w pożarze pudełko? Zrobię z siebie idiotę.
–Tego to bym się akurat nie obawiała – wtrąciła enigmatycznie dziennikarka. – W każdym razie powinniście jeszcze przed ustaleniem czegokolwiek zakazać słuchania tego audiobooka. Na wszelki wypadek i dla dobra ludzi.
Przez krótką chwilę patrzyli na siebie i każde z nich usiłowało potraktować tę wymianę spojrzeń jak próbę sił przed walką. Szachiści przed zajęciem miejsc przy stoliku. Rywale w pojedynku na miny.
–Niczego nie wiemy na pewno. Nie ma nawet jako tako prawdopodobnych przypuszczeń.
Mam inny pomysł, panie inspektorze. Posłuchajmy razem i zobaczymy, co się stanie. Mam płytkę ze sobą…
Zaczęła grzebać w przepastnej torbie na ramieniu, gdzie grzechotały przedmioty reprezentujące bliżej mu nieznane królestwo, mamrocząc pod nosem dalsze ciągi przygody z ciałem jeża.
–Niech pani da spokój – powstrzymał ją ręką. – Nie będziemy niczego słuchać. To bezcelowe.
–Dlaczego? – zdziwiła się. – Już próbowaliście? Oczywiście, przecież użył pan liczby mnogiej: „zakładamy możliwy związek”. Z kim pan zakłada?
–Cholera – zaklął cicho żałując, że w ogóle zaczął tę rozmowę. Wyciągnie z niego wszystko.
–Pani Marto, niech mi już pani da spokój. Wystarczy na dzisiaj. Jestem wykończony, a mam jeszcze całą kupę papierów do przerobienia. Porozmawiamy później, jak będę miał coś więcej. To sprawa nie tylko dziwna, ale i niezwykle delikatna. Proszę sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby taka informacja przedostała się do opinii publicznej. Zatem koniec, niczego więcej nie powiem.
– To nieuczciwe – oświadczyła ostro. – Obiecał mi pan powiedzieć wszystko, a teraz nagle milknie.
–Nie wszystko, tylko tyle, ile mogę – bronił się. – Koniec, do widzenia.
–Właśnie o to mi chodzi, panie inspektorze – odparła tajemniczo i podniosła się z krzesła. – Niech pan do mnie zadzwoni, kiedy dowiecie się czegoś nowego. Jako matka powinnam wiedzieć. I złapcie go, bo to bardzo niebezpieczny przestępca – zakończyła unosząc palec w górę jak biblijna prawodawczyni.
–Nikomu ani słowa – przypomniał również unosząc palec.
Pożegnali się i Massalska wyszła, a on usiadł za biurkiem i chwilę oddychał ciężko. Był na siebie zły. Każda rozmowa z tą kutą na cztery nogi babą kończyła się poczuciem totalnej klęski. Miał nic nie powiedzieć, a powiedział wszystko, w zamian otrzymując jakieś zdawkowe zapewnienia i sarkastyczne komentarze. Powinien ją od razu przegnać, ale nie miał sumienia. Załatwiła go tą nieżyjącą córką. Każdego ojca można załatwić nieżyjącą córką. To jeden z najpotężniejszych związków pomiędzy ludźmi.

Myśl o córce Massalskiej skwapliwie podjęła wątek i powędrowała do Justyny. Nie widział jej od ponad roku. Parę razy pisał do niej mejla i pytał ogólnie, co słychać, bo na więcej nie było go stać. W jednym zapytał, czy nie będzie kiedyś przejazdem w Krakowie, bo on teraz jest mniej zajęty i mogliby zamienić parę słów przy kawie, i w ogóle… Na żaden z listów nie odpowiedziała. Bolało. Gdyby potrafił być trochę mniej okrutny wobec siebie, z łatwością poszukałby usprawiedliwień za tamte przegapione lata, kiedy pracował jak szalony, a dziecko czekało na niego w domu bez końca dopytując matki, czy tatuś dzisiaj wróci. Ale nie – wolał okrucieństwo. To wszystko jego wina.
Jakie to cholernie niesprawiedliwe, że dostajesz jedno krótkie życie, bez przygotowania, bez prób, nawet bez korektora, którym można by to i owo wymazać i zapisać czymś innym. Nie. Raz, bez poprawek, a rachunek w całości do zapłacenia na miejscu. Odroczenia jeszcze pogarszają sprawę. Gdyby mógł teraz chociaż na chwilę wrócić tam, do tamtej ciasnej kuchni w ich małym mieszkaniu na nowohuckim osiedlu, usiąść przy stole i powiedzieć: „Wybaczcie, już więcej nie będę. Dosyć. Zostaję w domu. Jesteście dla mnie najważniejsze”. Takie fajne, proste słowa, które później powtarzał dziesiątki razy do brudnego lustra w łazience jego jeszcze ciaśniejszej, porozwodowej kawalerki. Później. Kiedy już było za późno.
Dopił łyk kawy, tej samej, w której przed chwilą chciał utopić natrętną dziennikarkę. Dał się ponieść emocjom. Jej matczyny ból po stracie córki miał swoje prawa i on chciał je zwyczajnie uhonorować. Co w tym akurat przypadku nie miało większego znaczenia, ponieważ Massalska potrafiła się dowiedzieć wszystkiego, za wszelką cenę i bez względu na wszystko. Jak nie od niego, to od kogoś innego…
Cholera.
Podniósł słuchawkę i wybrał wewnętrzny do budki wartowniczej na dole.
–Dobry wieczór pani Violu, czy ta dziennikarka już wyszła?
–Massalska? Tak, już pojechała.
–Rozmawiała z panią?
–Właściwie nie… tylko, no wie pan inspektor, „do widzenia”, te sprawy.
Usłyszał ten ton, którego się właśnie obawiał.
–Miła była?
–Tak, bardzo! Dała mi nawet parę próbek lakierów do paznokci. Takich drogich, co bym sama sobie nigdy nie kupiła.
–Aha, drogich. A za co?
Pięć sekund ciszy.
–No… za nic. Tak po prostu.
Wciągnął głęboko powietrze. Znał tę zasadę jak zły szeląg: jeśli coś może iść najgorzej, to pójdzie. Przekazał mu ją pewien stary inspektor, dawno temu, kiedy on był młodym ambitnym, śledczym i brał wszystkie roboty jak leci, żeby pokazać, jaki jest dobry. I kiedy zaniedbywał żonę i córkę, na tyle skutecznie, że go porzuciły. A stary inspektor (który wtedy był młodszy od niego dzisiaj) całkiem już stracił wiarę w dobry świat i robotę chętnie mu oddawał. Nie widział żadnego sensu w dalszym łapaniu przestępców, więc wrócił do odstawionego wcześniej picia i umarł na marskość wątroby. W policji to klasyka.
–Pani Violu, powiedziała jej pani, że wczoraj był u mnie profesor Zawijas?
–Noo, to znaczy… nie wiedziałam, że to takie ważne. Ona jest dziennikarką.
–Tak, do diabła! Właśnie o to chodzi, że jest dziennikarką! Coś jeszcze jej pani powiedziała? Adres? Telefon?
–No, komórkę. Ale panie inspektorze…
Rozłączył się. Przejechał dłonią po włosach. Westchnął ciężko jak hipopotam. Nie to szlag. Niech to jasna cholera!
Nie zdążył wybrać numeru do Zawijasa, kiedy odezwał się sygnał jego komórki. Dzwonił Macerak.
–Panie inspektorze, jeszcze jedna ciekawostka – mówił szybko i niewyraźnie, jak zawsze, kiedy był czymś poruszony. – Jestem tu u techników w laboratorium, badają smartfona tego truposza z księgarni…
–Jak ty mówisz.
–No, tej ofiary z pożaru. O dziwo, telefon jest w miarę cały i udało się ustalić, jaki plik facet miał włączony w chwili śmierci. To ta Cegielnia. Kurcze, panie Florianie, coś jest na rzeczy.
–Tak, wiem – mruknął inspektor. – Bartek, słuchaj, nie rozgaduj tam naszych podejrzeń co do tego popieprzonego audiobooka, dobrze? Możemy sobie więcej zaszkodzić niż pomóc.
–Ale…, bo ja im już trochę zleciłem zbadanie tego pliku.
–Trochę? To znaczy, co im powiedziałeś?
–Żeby szukali jakiegoś wirusa, albo dziwnej apki.
–Czego?
–Noo, aplikacji. To jest taki mały programik…
–Wiem, co to jest aplikacja – przerwał mu z irytacją Madej. – Nic im więcej nie mów. I wracaj tu do mnie, trzeba dzisiaj zrobić jeszcze jedną ważną rzecz.
–Jaką?
–Dowiesz się na miejscu.
Rozłączył się i schował telefon do kieszeni, po czym natychmiast wyjął go z powrotem. Na środku czarnego ekraniku pulsował czerwony punkt. Od pojedynczego piksela rósł do rozmiarów gałki ocznej, po czym malał z powrotem do ledwie widocznej kropki. Puls był powolny i jednostajny, jak otwierające się i zamykające czerwone oko. Istotnie, w swoim maksymalnym powiększeniu plama miała w środku czarną źrenicę. Wpatrywała się wprost w niego.
Ki diabeł?
Przytrzymał palcem przycisk wyłączania i komórka spytała, czy „turn off”. Potwierdził i posłusznie się wyłączyła. Odczekał zalecane dziesięć sekund i włączył ponownie. Najpierw zatańczył czerwono-niebieski napis SAMSUNG, potem zajaśniała tapeta z widoczkiem stawu i zachodzącego za groblą słońca. Jeszcze raz wcisnął guzik i ekranik zgasł, przechodząc w stan czuwania. Był kompletnie czarny. Oko znikło.


