Kategoria: Aktualności

  • „Byłby jeden ranny i jeden zabity”. Rozmowa z Jackiem Orylem, dyrektorem Międzynarodowych Targów Książki w Warszawie

    Rozkładamy branżę targową na czynniki pierwsze. Od czego zależy frekwencja i dlaczego imprez targowych będzie ubywać? Czy wprowadzenie biletów na zeszłoroczne Targi Książki w Katowicach było błędem? Skąd pomysł na nową imprezę w lutym w Gdyni? No i dlaczego w maju zobaczymy się na PGE Narodowym, a nie przed Pałacem Kultury i Nauki? O tym wszystkim rozmawiam z Jackiem Orylem, dyrektorem wielu targów książkowych.

    Adam Szaja: Powiedz proszę, jaka była twoja pierwsza myśl, kiedy dowiedziałeś się, że targi Vivelo na Stadionie Narodowym się nie odbędą?

    Jacek Oryl: Poczułem dużą ulgę. Dowiedziałem się o tym podczas Targów Książki Historycznej w Arkadach Kubickiego. Stałem pośrodku tłumu i zobaczyłem, Teresę Wieczorek przeciskającą się między ludźmi, a potem rzucającą mi na szyję z radości. Omal mnie nie przewróciła, dopadając tak z zaskoczenia. Nie wiedziałem, o co chodzi. Ale jak się już dowiedziałem to tak – poczułem ulgę. Organizacja takiego wydarzenia przy niepewności, na kogo postawią wydawcy, nasi partnerzy merytoryczni, patroni, było przez te dwa lata ogromnie stresujące. Zmiana sympatii kilku z nich w każdej chwili mogłaby doprowadzić naszą organizację do upadku. To było poważne ryzyko finansowe – z dużym wyprzedzeniem wynajem obiektów, logistyka. Wszystkie zobowiązania podpisywane z góry. Jeśli funkcjonuje się we własnym centrum wystawienniczym, takie ryzyko nie istnieje, ale przy wynajmowaniu obcych obiektów trzeba się z nim liczyć. A konkurencja była poważna i zamożna. Vivelo działało w ramach grupy kapitałowej Zjednoczonych Przedsiębiorstw Rozrywkowych – firmy, która chwali się rocznymi obrotami blisko 4,5 miliarda złotych, w skład której wchodzi nie tylko grupa spółek medialnych z Time S.A. na czele ale, przede wszystkim, największa w Polsce sieć kasyn. Mieliśmy przewagę doświadczenia, sprawności organizacyjnej i oczywiście olbrzymią determinację, ale przy takiej dysproporcji kapitału szanse na wygraną w takim pojedynku nie były duże.

    Gdyby jednak te targi w 2025 roku się odbyły – i na PGE Narodowym, i przed Pałacem – to byłoby dwóch rannych czy dwóch zabitych?

    W pewnym momencie zdecydowałem się na manewr „wymijający” i przeniesienie terminu o tydzień wcześniej, przed naszą konkurencję. To było dla nas kłopotliwe i bolesne finansowe, bo straciliśmy m.in dużą delegację wydawców włoskich, którzy szykowali się do udziału w Targach. Niestety wypadł im wtedy termin Targów Książki w Turynie. Musieliśmy uzgodnić tę zmianę z naszymi najważniejszymi partnerami w tym z Gościem Honorowym i uzyskać ich aprobatę do tego pomysłu.

    Vivelo jednak poddało się m.in. dzięki temu manewrowi. Bo jeśli mniejsza impreza jest przed większą to ma szansę na jakąś publiczność ale jeśli odwrotnie to szanse na to drastyczne maleją. O tym dobrze wiedzą wystawcy targów więc ci, którzy wybierali dotąd targi na stadionie zaczęli rezygnować. A że i tak nie było ich zbyt dużo to pytanie było tylko jedno – czy ambicje właściciela są na tyle duże, by zaakceptować jeszcze większe straty. Jak widać – nie. Więc gdyby targi na PGE Narodowym również się odbyły – odpowiadając na Twoje pytanie w nomenklaturze militarnej – byłby jeden ranny i jeden zabity.

    Organizacja targów wymaga dużego doświadczenia. Wiele osób myśli, że to proste – jak zrobienie koncertu: zamawiasz zespół, sprzedajesz bilety, wynajmujesz obiekt. Ale diabeł tkwi w szczegółach i kontroli budżetu. Nie sztuka tylko w tym, by impreza się odbyła i się podobała, ale równiez aby pokryła koszty i przyniosła jakiś zysk. Od blisko 30 lat organizuję różne eventy i widziałem wiele sytuacji: świetna impreza, mnóstwo pracy i kreatywności, wszyscy zachwyceni – a budżet na minusie. Dlatego mam obsesję na punkcie kosztów: wszystko planuję i rozpisuję szczegółowo. To wymaga dyscypliny – jak w bliskiej mi z tytułu mojego wykształcenia architekturze, gdzie każdy projekt musi być przemyślany i dopracowany od fundamentów. Ludzie z Vivelo mieli zapał i byli entuzjastycznie nastawieni do tego projektu, ale na dłuższą metę nie mieli szans na jego kontynuację, jeśli organizacja imprezy kosztowała ponad miarę.

    Stadion Narodowy, fot: Flying Andy

    Gdy ogłaszałeś, że Targi Książki od przyszłego roku przenoszą się na Stadion Narodowy napisałem, że „wracają do domu”. Jak to wygląda biznesowo – czy stadion będzie droższy w utrzymaniu?

    Oczywiście będzie nieco droższy. Jednak paradoksalnie tegoroczne targi majowe były najdroższe w historii i wyjątkowo kłopotliwe organizacyjnie – co ułatwiło mi podjęcie decyzji o przenosinach. Zmieniano nam trzykrotnie lokalizację ustawienia pawilonów namiotowych, do tego pojawiły sie dodatkowe koszty, bo np. wymurowano jakieś krawężniki i przeniesiono nas na wielki, nieuzbrojony parking – bez zasileń prądowych itd.. Na każdym kroku pojawiały się nowe niespodzianki: od chwilowej odmowy Muzeum Sztuki Nowoczesnej na wykorzystanie przestrzeni do spotkań (dzięki pomocy ze strony władz miasta ostatecznie decyzję zmieniono), odmów na wykorzystanie sal na spotkania przez innych operatorów obiektów, z których dotąd korzystaliśmy, aż po liczne dodatkowe opłaty, o których informowano nas w ostatniej chwili. Tak wielka impreza nie może zależeć od kaprysów partnerów i mieć tak trudne do przewidzenia koszty. To ryzykowne dla nas i rozczarowujące dla wydawców czy gości. Ta stała niepewność i ciągłe zmiany były na tyle demotywujące że uznałem że warto zapłacić więcej by mieć większą stabilizację. Dodatkowo wprowadzimy bilety wstępu. Nie będą drogie, ale mam nadzieję, że pozwolą pokryć różnicę w kosztach.

    Na stadionie z kolei pracują ludzie pamiętający nasze wcześniejsze targi i współpracę jeszcze sprzed pandemii. Dzięki nim zarząd PGE Narodowego zgodził się na nasz powrót. Bo na ten, jedyny, wolny termin czekały już imprezy sportowe rangi mistrzostw Europy a nawet świata i kolejne koncerty. Nie była to więc kwestia wyłącznie pieniędzy, ale również doświadczenia i renomy organizatora. Przedstawiono nas jako dawnych partnerów pokazujac nawet członkom zarządu wiszące na ścianach zdjęcia z dawnych, organizowanych przez nasz zespół imprez na stadionie.. To były miłe referencje i potwierdziły, że nadal mamy tam dobrą opinię.

    Czy ważni goście zagraniczni nie mówili nigdy: „Jacek, wszystko fajnie, ale tu jest błoto, namioty, deszcz – to nie wygląda jak największa impreza książkowa w Polsce”?

    Nikt mi tego wprost nie powiedział, ale przy tej ostatniej przed Pałacem Kultury i Nauki edycji było mi za to wstyd. Bo nie tak to miało wyglądać i niewiele brakowało, by było tak pięknie, jak nam to wcześniej obiecywano – z Placem Centralnym dostępnym, gotowym i zielonym. Trzy tygodnie po zakończeniu targów Plac centralny był już bez płotów, nowiutki i gotowy. Chociaż potem się okazało, że na Jesienne Targi Książki na początku września jeszcze gotowy nadal w pełni nie był. Faktycznie otoczenie targów było fatalne, jednak to wszystko ratowała zawsze znakonita frekwencja publiczności będąca efektem niezwykle bogatego programu i najbardziej centralnej z możliwych lokalizacji.

    A czy jako dyrektor Międzynarodowych Targów Książki w Warszawie tęskniłeś za Narodowym?

    Nieszczególnie. Plac Defilad miał swoje wady, ale dawał też festiwalowy klimat: otwarta przestrzeń, centrum miasta, wolny wstęp, bez ogrodzeń. To doceniali również goście zagraniczni – dziwili się, że można zostawić książki na noc bez płotów, ogrodzeń w centrum miasta i nic nie ginie. W każdym razie ta otwartość i dostępność dawała tę niesamowitą atmosferę.

    Ale jednocześnie dla imprezy profesjonalnej, branżowej, międzynarodowej – stadion jest nieporównywalnie lepszy. Oferuje centrum konferencyjne z dziesięcioma świetnie przygotowanymi salami i udogodnienia dla osób z niepełnosprawnościami. No i szerokie przejścia – siedem metrów wokół promenady. Choć przy tłumach jakie przyciagają targi i tak bywa za ciasno, zwłaszcza przy kolejkach do popularnych autorek i autorów.

    Choć ma też wady: miejscami gardła komunikacyjne, ludzie gubiący się na podziemnych parkingach, autorzy spóźniający się na spotkania. To obiekt masowy, przygotowany pod koncerty i mecze, a nie na targi. Z naszych wcześniejszych doświadczeń płyta stadionu nie nadaje się, do zlokalizowania tam stoisk wystawawienniczych a strome zejścia między trybunami nie są najszczęśliwszą drogą do wprowadzenia ludzi na płytę boiska. Brakuje szerokich, reprezentacyjnych wejść na nią tak, by można było nimi prowadzać dużą liczbę osób. Za to przestrzeń zewnętrzna wokół stadionu daje możliwości, których wcześniej nie wykorzystywaliśmy w takiej skali. Teraz mam plany, żeby ją lepiej zaaranżować – zwłaszcza że wejście od strony Ronda Waszyngtona jest bardzo atrakcyjne promocyjnie, bo to ruchliwy węzeł komunikacyjny i główny kierunek wejścia na targi. Z pewnością, w porównaniu z targami książki, których byłem dyrektorem przed pandemią, wprowadzimy sporo zmian, wynikających z doświadczeń, które zdobyliśmy w ostatnich latach.

    Mam do Ciebie pytanie jako do człowieka od Excela i liczb – czyli umysłu ścisłego. Czy frekwencję na targach da się w ogóle przewidzieć? Przyznam, że gdy w maju przyjechałem na deszczowe targi do Warszawy, pomyślałem: „Nie ma szans, przyjdzie pięć osób na spotkanie”. A potem wszyscy byliśmy w szoku, bo mimo pogody były tłumy. To chyba zupełnie niemierzalne. Czy jesteś w stanie przewidzieć liczbę odwiedzających? Ile zmiennych wchodzi w grę?

    Katowice, fot: smakksiazki.pl

    Precyzyjnie oczywiście nie, ale ja mam swoje wskaźniki. Przed targami obserwuję zainteresowanie mediów wiedząc jak dużo sami inwestujemy w promocję. Przy majowych targach mamy zawsze bardzo duży budżet promocyjny. Jednak równie ważnym wskaźnikiem jest to, jak mocno włączą się w informowanie o wydarzeniach targowych media – branżowe i szerokiego zasięgu w ramach współpracy redakcyjnej. Jeśli to zainteresowanie jest samoistnie duże, wiem, że impreza będzie sukcesem. A jeżeli chodzi o inne prognozy – mam na myśli prognozy pogodowe – mam obsesję na ich punkcie. W tym roku prawie żadna się nie sprawdziła. Jeszcze dziesięć dni przed imprezą wszystkie prognozy przewidywały, że będzie piękne słońce i 22 stopnie – idealną pogodę dla wystawców i zwiedzających targi. A potem dzień po dniu prognozy się psuły i finalnie było 13 stopni i lało. Mimo to frekwencja dopisała – także dzięki intensywnej promocji. Od dwóch lat współpracujemy ze wszystkimi kanałami TVP, Polskim Radiem, Polsatem, trochę z TVN-em, Onetem, Gazetą.pl. To w sumie daje to ogromny zasięg. Do tego media regionalne i branżowe, outdoor, mailingi i reklamy targetowane do wybranych grup odbiorców. Monitorujemy wszystko, mamy raporty i wiemy, jak wrzucać informacje, żeby się właściwie rozprzestrzeniały.

    Wiele organizatorów myśli, że „targi książki i fajni autorzy” wystarczą same z siebie do przyciągnięcia publiczności. Zdecydowanie nie – promocja jest kluczowa, choć kosztowna. Nie można tego lekceważyć i trzeba mieć doświadczenie jak ją stosować. Trzeba też podkreślić, że od czasu pandemii frekwencje na wydarzeniach literackich i tak wyraźnie wzrosły. Pomaga też fenomen literatury Young Adult – jeśli główni wydawcy tego gatunku się wystawiają, tłumy młodzieży są w zasadzie pewne. To jednak, co widowiskowo wygląda – długie kolejki nastolatek do swoich ulubionych autorek – jest uciążliwe dla innych wydawców i całkowicie nie przekłada się na sprzedaż innych książek na targach. Ta, dodatkowa publiczność z reguły nie bierze też udziału w żadnych innych wydarzeniach programowych targów, funkcjonuje w zasadzie obok nich.

    Podsumowując – przyznaję że tym roku pozytywnie zaskoczyła mnie frekwencja przy tej koszmarnie złej pogodzie. Mimo stosowanych przeze mnie wskaźników to była miła, duża niespodzianka. A dodatkowo Korea jako gość honorowy ze swoimi autorami przyciągnęła ogromną uwagę. Natomiast tego, że frekwencja przekroczy 130.000 osób, nikt się nie spodziewał.

    Gdzie są jeszcze targowe „białe plamy” do zagospodarowania? Wiemy już, że w lutym 2026 odbędą się targi w Gdyni. Są jakieś inne plany ekspansji terytorialnej?

    Białych plam jest już niewiele. Lublin zasługuje na imprezę targową z prawdziwego zdarzenia – Vivelo próbowało, ale bez doświadczenia to się nie udało. Tam jest oczywiście jakiś potencjał i trochę już zanęcono, więc apetyt na taką stałą imprezę się pojawił. Właścicielem obiektu są Międzynarodowe Targi Poznańskie, więc to naturalne, że oni chcą skorzystać z tej okazji, ale termin, który wybrali – listopad – to fatalna decyzja. Listopad jest przeładowany: Kraków pod koniec października, potem Katowice, Łódź, Wrocław. Już te imprezy będa się kanibalizować. Wpychanie kolejnej imprezy w Lublinie, i to w najmniejszym mieście z tej listy, nie ma sensu. To powinna być impreza organizowana w innym okresie roku. Trzeba pamiętać, że wydawcy i autorzy mają swoje ograniczenia – kondycyjnie nie da się co tydzień jeździć na kolejne targi. Zauważam, że już przez natłok imprez różnego typu dedykowanym literaturze – targów, festiwali, plenerów, spotkań – zaczyna się nimi przesyt i przewiduję że w najbliższym czasie liczba ich uczestników zacznie spadać. Dodatkowo już obserwujemy w tym roku oznaki spadku zainteresowania literaturą Young Adlut co dodatkowo uszczupli frekwencję. Więc najpierw część imprez będzie się kurczyć, a potem będą znikać z rynku.

    Czyli największą „białą plamą” jest jeszcze styczeń, jednak czy to ma sens biznesowy?

    Raczej nie. Styczeń to martwy okres, a ferie w różnych województwach dodatkowo komplikują sprawę. Dlatego my postawiliśmy w Gdyni na koniec lutego – to dobre miejsce w kalendarzu, niedługo potem ruszają też targi książki Poznaniu. Wrzesień też jest dobrym terminem na nowe imprezy. Ale absolutnie nie może być tak, że co tydzień odbywa się kolejna. To męczy wydawców, pracowników i autorów. Od pewnego czasu o autorów konkurują z nami – organizatorami targów i festiwali również biblioteki. Mają znaczące budżety na program i promocję, więc są aktywne na tym polu.

    Skąd pomysł na tę Gdynię w lutym?

    Bo Gdynia ma już wyrobioną publiczność dzięki letnim, uznanym wydarzeniom – Plenerowi Literackiemu w Gdyni i Festiwalowi Miasto Słowa. Rok przerwy w organizacji Pleneru wywołał protest mieszkańców – kilka tysięcy osób domagało się powrotu tej letniej imprezy do programu wydarzeń wspieranych i współorganizowanych przez miasto. To pokazuje, jak ważne są tu wydarzenia kulturalne. Gdynianie nie jeżdżą na imprezy do Gdańska – oni wolą swoje. Gdynia ma silną pozycję kulturalną w całej trójmiejskiej aglomeracji: Teatr Muzyczny, Festiwal Filmowy, Open’er, Ladies Jazz Festival i wiele innych. Uważam, że to jest fantastyczne miejsce. Dlatego wolę organizować w Gdyni niż szukać na siłę kolejnego miasta średniej wielkości, by organizować w nim kolejną imprezę. A generalnie uważam, że imprez jest już za dużo i powoli zacznie ich ubywać. Po pandemii był boom, teraz to sfera raczej będzie się kurczyć. Zostaną imprezy największe, z najbardziej ugruntowaną pozycją. Nasza Gdynia zastąpi nasz Yana Festival w Katowicach, który organizowaliśmy w podobnym czasie na Górnym Śląsku. Uznaliśmy jednak, że wobec spadającej popularności literatury young adult nie ma dla niej dalszej przyszłości. Nie dokładamy wiec kolejnej imprezy tylko wymieniamy jedną, na południu Polski na drugą – na północy, tam gdzie nie ma jeszcze ich nadmiaru.

    Przenieśmy się jednak z powrotem na południe – do Katowic. W zeszłym roku dyskutowano, czy targi w Międzynarodowym Centrum Kongresowym powinny być płatne. Jak będzie w tym roku?

    Być może nie powinny, ale aby się nadal odbywały w Międzynrodowym Centrum Kongresowym muszą być płatne. Jednak bilety będą tańsze. W zeszłym roku wprowadziliśmy bilety wstępu po 20 zł, bo takie ceny funkcjonowały na wiosennym festiwalu Young Adult i wtedy nie powodowało to kontrowersji – młodzież je kupowała, a frekwencja była bardzo wysoka. W przypadku listopadowych targów krytyka była jednak spora – podgrzewana dodatkowo ze strony innych organizatorów targów, co mi się osobiście nie podobało. Teraz planujemy obniżkę ceny biletów do 15 zł i wprowadzenie dodatkowych opcji – biletów trzydniowych i rodzinnych. Rozważamy nawet zmianę operatora sprzedaży, by ułatwić zakup i wejście na targi. Uważam jednak, że mimo cen frekwencja w listopadzie była świetna, a opłaty pomogły pokryć wyższe koszty obiektu. To drogie centrum, a obligatoryjne usługi dodatkowe, takie jak ochrona, sprzątanie, dyżury pracowników ochrony, p.poż. oraz innych służb świadczone przez operatora rosną każdego roku proporcjonalnie m.in do wzrostu płacy. Staramy się nie podnosić cen dla wystawców, więc musimy bilansować budżet sprzedażą biletów. Ponosimy m.in wyjątkowo wysokie koszty zapewnienia bezpieczeństwa – tłumy nastolatków wymagają większej kontroli. System kontroli wejść wprowadzony przy okazji sprzedaży biletów w tym pomaga. Więc bilety to także kwestia organizacyjna, a nie wyłącznie finansowa.

    Moim zdaniem Katowice, obok Poznania, mają najlepszą lokalizację i są najlepiej skomunikowane.

    Zgadzam się – Międzynarodowe Centrum Kongresowe to najbardziej komfortowy obiekt wystawienniczy, położony w sercu miasta, a więc bardzo dostępny dla wszystkich jego wystawców. Niestety, również jeden z najdroższych. Ale to luksus, na który warto sobie pozwolić, bo daje świetne warunki. Targi książki nie są najbardziej dochodowymi imprezami – budżety są mniejsze niż np. kongresów medycznych czy gospodarczych – dlatego wynajmowanie takiego obiektu jest trochę “ponad stan”, ale to miejsce dające komfort uczestnikom targów oraz nam – ich organizatorowi.

    Na koniec – jest coś, co chciałbyś powiedzieć, a co jeszcze nie padło?

    Chciałbym zdradzić, kto będzie gościem honorowym ale ogłosimy to niestety później, po Targach Książki w Katowicach, w listopadzie tego roku. Nasz Gość Honorowy wstrzymał nam publikację tej wiadomosci do czasu uroczystego podpisania umowy a to nastąpi dopiero w listopadzie, w kraju Gościa Honorowego.

    Na majowe targi?

    Tak, na majowe.

    Zatem czekamy. Dziękuję za rozmowę.

  • Sukces rozgrzesza nawet największe zbrodnie? Rozmowa z Michałem Ritterem

    Michał Ritter – zapamiętajcie to nazwisko, a właściwie pseudonim. Pisarz chce pozostać na razie anonimowy. Spotkaliśmy się w jednej z warszawskich kawiarni żeby porozmawiać o „Czterech porach zbrodni. Wiośnie” i nieoczywistych bohaterach tej książki. Na pierwszy plan wysuwają się bezdomni, których przecież widujemy, ale nie widzimy. Mamy także byłego oficera GROM-u, znikające bez śladu młode dziewczęta, a także bardzo sprawnie napisaną fabułę. Rozmawiamy także o Chinach, Tajwanie i Dalekim Wschodzie, bo autor jest znawcą tej tematyki.

    Adam Szaja: Który to już pana pseudonim? I po co one?

    Michał Ritter: Drugi. Pierwszy, o którym tylko napomknę, był związany z moją debiutancką książką. Takie były wymogi wydawcy, a pseudonim sam wymyśliłem. Była to, jak sądzę, całkiem zgrabna stylizacja mojego prawdziwego nazwiska, wzbogacona o kilka dodatkowych elementów, które miały je skuteczniej zamaskować. Obecny pseudonim był dla mnie punktem wyjścia – miał pomóc w pisaniu. Zamysł był prosty: powieść może się rozrosnąć do większej całości, stąd podział na pory roku. Byłem wtedy świeżo po ukończeniu książki, nad którą pracowałem blisko trzy lata. To była praca żmudna, momentami wręcz traumatyczna, bo dotykała bolesnego okresu polskiej historii. Potrzebowałem oddechu. Chciałem odejść od tej tematyki. Zależało mi, by zacząć jako zupełnie „nowy” pisarz. Zamierzałem stworzyć coś zupełnie innego, dlatego podjąłem próbę zbudowania nowej tożsamości, która pozwoliłaby mi wypłynąć na inne wody.

    Czy całkowite ujawnienie się przez pana jest bliskie czy dalekie? Zaraz przyjdą spotkania autorskie, zacznie się drążenie, kim pan jest.

    Na razie czuję się jak filmowy Zorro – ukryty za maską. I, prawdę mówiąc, dobrze mi z tym. Uważam, że pisarz nie musi być postacią na tyle medialnie interesującą, by się w pełni odsłaniać. Ważniejsze jest to, co pisze – i jak pisze. Mówię to całkiem szczerze, mając na myśli także tych, o wiele bardziej znanych autorów, którzy rzadko stawali w świetle reflektorów. Wybierali raczej zacienione miejsce: własne biurko – i skupiali się na tym, co mają do przekazania.

    Tłumaczył pan w swojej karierze wielkie nazwiska – specjalnie ich tu nie podaję, żeby nie podsuwać tropów. Miał pan również bardzo ciekawą pracę międzynarodową, zna się na Dalekim Wschodzie. Skąd zatem chęć pisania kryminałów?

    Kryminał – a w tym przypadku raczej mieszanka kryminału, thrillera i, jak sądzę, w pewnym stopniu także powieści szpiegowskiej (co zapewne wyraźniej ujawni się w drugiej części, zatytułowanej Lato) – daje bardzo szerokie pole do popisu. Pozwala rozwinąć skrzydła i podążyć za wyobraźnią – którą, rzecz jasna, od czasu do czasu trzeba nieco przystopować.

    Praca – choćby nie wiem jak ciekawa – pozostaje pracą, którą trzeba oddzielić od życia prywatnego. A jego istotną częścią jest dla mnie życie emocjonalne związane z pisaniem. Korzystając z wiedzy zdobytej na gruncie zawodowym i czerpiąc z szerokiego kręgu zainteresowań, które towarzyszą mi od młodości, chciałem tworzyć fabuły i światy wykraczające poza rutynowy rytm codziennych obowiązków.

    Swoją rolę odegrała też, jak sądzę, chłopięca wyobraźnia. Odwołam się do lat dzieciństwa, kiedy trafiająca do mnie literatura była zbiorem zupełnie przypadkowych tytułów. Chwytałem te, które ktoś mi podsuwał, ale też takie, które sam wyszperałem na bibliotecznych półkach. Były to książki naprawdę różne. Niektóre szczególnie zapadły mi w pamięć – rozbudzały wyobraźnię, budziły bohaterskiego ducha. Kształtowały obraz człowieka, który nie waha się stanąć przed trudnymi zadaniami, a jednocześnie ma – mentalnie i fizycznie – siłę, by im sprostać. Wśród moich ówczesnych lektur dominowały książki pokroju Winnetou, Ivanhoe czy Robin Hood. Trylogię o szlachetnym wodzu Apaczów znałem niemal na pamięć – był taki okres, że czytałem ją na wyrywki, a całe partie potrafiłem recytować z pamięci.

    Myślę, że na niektóre pisarskie decyzje wpłynęła właśnie ta chłopięca ciekawość świata i wyobraźnia, która każe nam widzieć siebie jako mocarzy. Ziarno zasiane przed laty – w czasach lektur, marzeń i pierwszych prób – w sprzyjających okolicznościach wydało taki, a nie inny plon.

    www.unsplash.com/愚木混株 Yumu

    Angażuje pan w swojej powieści grupę społeczną, która zazwyczaj jest pomijana, czyli osoby bezdomne. Polski pisarz Jakub Ćwiek, gdy pisał swoją książkę „Ciemność płonie, dziejącą się na starym katowickim dworcu, w ramach researchu sporo czasu spędził z bezdomnymi. Nawet trochę z nimi pomieszkał, żeby poznać ich zwyczaje. Skąd u pana taka znajomość tej grupy i dlaczego to właśnie ona wysuwa się w książce na pierwszy plan?

    W moim przypadku ta znajomość nie jest aż tak głęboka. Spotykam tych ludzi niemal codziennie. Niektórych poznałem na tyle dobrze, że chętnie ze mną rozmawiają. Zdarzają się momenty, kiedy naprawdę chcą się otworzyć. Wiele z tych osób odbiega od stereotypowego wizerunku, jaki zwykle im przypisujemy. Mają bogate życie wewnętrzne, są elokwentni, choć niechętnie mówią o przeszłości. Żyją z dnia na dzień, rzadko myśląc o przyszłości. Gdy proponuję coś do jedzenia albo niewielki datek, zdarza się, że mówią wprost: ich jedynym marzeniem jest zdobyć tyle pieniędzy, by zaszyć się w ciemnym kącie z butelką alkoholu i tak zakończyć życie – zanim nadejdzie kolejna zima.

    To bolesna, traumatyczna konfrontacja z rzeczywistością. Wokół siebie widzę świat blichtru, ludzi szczęśliwych lub pozujących na szczęśliwych. A obok żyją ci, których jedynym pragnieniem jest zasnąć i więcej się nie obudzić.

    Zdarza się przecież, że ci ludzie, którzy dzisiaj kupują w luksusowych sklepach, jutro znajdują się na ulicy.

    Mam tego świadomość. Świat kredytów, luksusowych samochodów i wysoko oprocentowanych pożyczek może pewnego dnia sprowadzić takiego „szczęśliwca” na samo dno. Może właśnie to spotkało ludzi, z którymi rozmawiałem. Trafili na ulicę nie z własnego wyboru. Często był to efekt splotu okoliczności, niefortunnych zdarzeń, błędnych decyzji albo czyjejś złej woli. To nie była pogoń za przygodą ani świadoma izolacja w poszukiwaniu katharsis. Staram się widzieć w każdym przede wszystkim człowieka. Ludzie, którzy stracili wszystko, chcą przynajmniej zachować godność.

    Jest jakiś konkretny przykład, który najbardziej zapadł panu w pamięć? Ktoś, kto był kiedyś profesorem, dyrektorem banku?

    W powieści pozwoliłem sobie na odrobinę wyobraźni. Jeden z panów, których często spotykam – niski, drobnej postury – stał się fizycznym wzorcem postaci Gacka. Stracił mieszkanie, choć nie w takich okolicznościach, jak opisuję w książce. W pewnym sensie z własnej winy – przez zaniedbanie. Wybrał jednak swoistą wolność, jaką daje życie na ulicy, zamiast korzystać z przytułków, gdzie obowiązują reguły, które – jak uważał – ograniczały jego swobody.

    Bezdomni, których znam, chętnie korzystają z pomocy, jaką oferują na przykład działające na Powiślu siostry szarytki. Wytrwale czekają w kolejce po posiłek, ale to często jedyna forma zobowiązania wobec świata, jaką akceptują. Chcą być na swój sposób wolni.

    Mówię to wszystko nie z perspektywy osoby, która zrobiła wystarczająco dużo, żeby ich dogłębnie poznać. Ale mam nadzieję, że uda mi się przynajmniej zainteresować ich życiem innych. Nie mijajmy ich obojętnie na ulicy, jakby żyli w alternatywnym świecie.

    Jedną z postaci w pana książce jest Buba. Nie wiem dlaczego, ale sympatyzowałem z nim od samego początku. To człowiek, który również żyje na ulicy. Był franciszkaninem i – nie zdradzając za dużo z fabuły – staje się Aniołem Stróżem głównego bohatera. Czy pan spotkał na swojej drodze taką osobę, o której mógłby pan powiedzieć, że była pana Aniołem Stróżem? Ktoś, dzięki komu nie popełnił pan poważnego błędu?

    Buba to postać fikcyjna. Ale kiedy padło to pytanie, zacząłem krążyć myślami wokół różnych wydarzeń i ludzi. Choć nie potrafię wskazać konkretnej osoby, która w pełni odpowiadałaby definicji anioła stróża, mam przeświadczenie, że takie sytuacje się zdarzały. Ktoś – albo coś – powstrzymywał mnie w ostatniej chwili przed zrobieniem czegoś, co mogło obrócić się przeciwko mnie.

    Stwarzając postać Buby, myślałem o niedawno zmarłym franciszkaninie – przyjacielu naszej rodziny. Jak to w życiu zakonnym, był przenoszony z miejsca na miejsce, więc z czasem nasze relacje uległy rozluźnieniu. Poważnie zachorował, a jego posługa duszpasterska stała się znacznie utrudniona, co bardzo przeżywał. Sądzę, że brakowało mu wsparcia – zarówno duchowego, jak i fizycznego – które często zapewnia rodzina. Kiedy myślę o tworzywie, z którego ulepiłem Bubę, to być może właśnie mój przyjaciel w habicie był jego najważniejszym składnikiem. Wspominam go bardzo ciepło i wierzę, że jego ziemska posługa została sowicie wynagrodzona w niebie.

    Powiedział pan przed chwilą, że po moim pytaniu zaczął się pan zastanawiać nad takimi osobami i sytuacjami. Proszę podać jakiś przykład.

    To chyba nie będzie najbardziej błyskotliwy wywód. Dotyczy wyborów z lat młodzieńczych. Byłem wtedy chorowitym chłopakiem, próbującym odnaleźć swoje miejsce w świecie rówieśników. Zainteresowałem się sportem. W pobliżu znajdował się ośrodek oferujący treningi kulturystyczne. Chciałem wyrwać się z zaklętego kręgu bycia tym, na kogo patrzy się z góry. Zacząłem tam regularnie uczęszczać i byłem pilnym uczniem. Z miejscem tym związany był swojego rodzaju mentor – wówczas głośne nazwisko, kilkakrotny mistrz Polski w kulturystyce. Ponieważ mieszkaliśmy na tym samym osiedlu, po treningu często wracaliśmy razem.

    Podczas jednego z takich powrotów zapytał: „Wiesz, czego właściwie chcesz?”. „Oczywiście” – odpowiedziałem. „Bo widzisz – powiedział – gdybym dziś miał decydować, nie wybrałbym tej dyscypliny”. Słuchałem go w osłupieniu. „Kiedy idę na plażę – ciągnął – czuję na sobie spojrzenia wszystkich. I nie każdy patrzy z sympatią. Nie chciałbym tak wyglądać”.

    To, co wtedy powiedział, dało mi do myślenia. Zrozumiałem, że sport to nie tylko epatowanie sylwetką. Wywołany przez pana do odpowiedzi, przytaczam ten przykład zewnętrznej ingerencji, która – w moim przypadku – okazała się skuteczna. Po tamtej rozmowie zdecydowałem się poszerzyć krąg sportowych zainteresowań. I chyba wyszło mi to na dobre.

    W pana książce jest takie zdanie, które według mnie mogłoby być jej motywem przewodnim: „Sukces rozgrzesza nawet największe zbrodnie”. Czy zgadza się pan z tym stwierdzeniem?

    Nie. I chciałbym to rozwinąć. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak tani dydaktyzm, ale wciąż pokutuje błędne przekonanie, że ludziom sukcesu – tym wielkim, zasłużonym – wolno więcej. Że nie obowiązują ich żadne granice. Że mogą przekraczać to, co dla innych jest nieprzekraczalne. Taka postać pojawia się w mojej powieści jako swego rodzaju zbiorowy portret, na który składa się szereg znanych osobistości. Nie będę wymieniał nazwisk, ale uważny czytelnik, śledzący życie publiczne ostatnich lat, z pewnością sam je sobie przypomni. Mam na myśli ludzi, których niektórzy politycy i przedstawiciele świata kultury rozgrzeszali, mówiąc: „Ktoś, kto ma na koncie takie dokonania, nie może być traktowany jak zwykły śmiertelnik. Musimy spojrzeć na niego łagodniejszym wzrokiem”.

    Porozmawiajmy chwilę o Hubercie Rajcherze, który jest głównym bohaterem książki. To człowiek, który – znów żeby nie zdradzać za dużo – przeżywa swój życiowy dramat każdego dnia. Wylądował na ulicy z własnej woli i jest człowiekiem do zadań specjalnych policji, ma pomóc w rozwiązaniu sprawy pod kryptonimem „Wiosna”. Czy według pana, cała ta sytuacja, czyli zniknięcia dziewcząt (tym razem nie zdradzamy za dużo, bo to jest napisane na okładce) i ten projekt o nazwie „Siedem cudów życia”, mogłaby wydarzyć się naprawdę?

    Nie chcę wskazywać konkretnych przypadków, ale życie bywa znacznie brutalniejszym twórcą – „pisarzem” obdarzonym wyobraźnią większą, niż nam się wydaje. Jeśli autor stworzy jakąś fikcję, istnieje duże prawdopodobieństwo, że gdzieś już się wydarzyła. To trochę jak ze szpiegowskimi gadżetami. Jeśli wymyślimy coś, co mogłoby być kluczowym elementem akcji, ale wydaje się tak nierealne, że trudno uwierzyć, by w najbliższych latach ujrzało światło dzienne – to istnieje spora szansa, że taki gadżet już został skonstruowany. A może nawet użyty.

    Na przykład wybuchający batonik?

    W Syrii dzieci ginęły, biorąc do rąk pluszowe misie. Nie sądzę, by Amerykanie byli aż tak „twórczy” w swoich metodach walki z terroryzmem, jak sugeruje to powieściowy „wybuchający batonik”. Istnieją mechanizmy kontroli – komisje kongresowe, dziennikarze stojący na straży praw człowieka. Ale są kraje, które nie podlegają takim regulacjom i nie muszą obawiać się wnikliwego spojrzenia mediów. Pewnego rodzaju niehumanitarne gadżety – „zabawki”, „batoniki” – mogliby tworzyć, i być może tworzą, Rosjanie czy Koreańczycy z Północy. W świecie Rajchera, którego niewiele potrafi zaskoczyć, obowiązują jednak pewne reguły. On, podobnie jak amerykańscy dziennikarze czy kongresmeni stojący na straży praw człowieka, również zawahałby się przed niektórymi wyborami.

    Czy Rajcher jest postacią pozytywną?

    Rajcher to postać ukryta w cieniu, która od czasu do czasu wychodzi na światło dzienne. Mroczny wilk, który w nim tkwi, nie żywi się przemocą – ale gdy trzeba, potrafi pokazać kły.

    Rodzina jest, albo powinna być, zawsze ważniejsza od pracy?

    To złożone pytanie. Mogę panu na poczekaniu podać jedną odpowiedź – moją, Michała Rittera: tak, rodzina jest ważniejsza.

    Ale istnieje też druga odpowiedź, nad którą zawahałby się choćby operator jednostki GROM. Wśród pytań, które podobno zadaje się im na testach, pojawia się i takie: „Czy poświęciłbyś swoją rodzinę, gdyby od tego zależało bezpieczeństwo kraju?”.

    Ciekawostka polega na tym, że sami nie zdradzają, jak odpowiedzieli. Być może w oczach psychologów odpowiedź „nie” byłaby trafniejsza niż „tak”.

    To są bardzo indywidualne wybory – mówię o ludziach poddawanych takim testom. Łatwo powiedzieć „tak” albo „nie”, co właśnie zrobiłem, ale wypowiadając się wyłącznie we własnym imieniu. I to, w przypadku tak trudnego pytania, chyba jedyna sensowna forma odpowiedzi.

    Spytałem o to, bo jedna z policjantek w książce ma z tym problem – ma córkę, która, delikatnie mówiąc, jest przez nią zaniedbywana.

    To problem dotyczący wielu rodzin, zwłaszcza że w tym przypadku mamy do czynienia z rodziną niepełną. Ale w tej konkretnej sytuacji z całą pewnością odpowiedziałbym jednoznacznie: rodzina jest ważniejsza.

    Mamy takie wyobrażenie, że ludzie w mundurach to zbiorczy bohater pozytywny. W pana książce okazuje się, że niekoniecznie.

    Czarne owce są wszędzie. Nie oznacza to jednak, że powinny zaciemniać statystycznie pozytywny obraz danej grupy zawodowej. Nie jest właściwe ani demonizowanie, ani bezkrytyczne idealizowanie.

    Policja bywa narażona na różnego rodzaju pokusy. Niektórzy bohaterowie mojej powieści takim pokusom ulegają — ale to przypadki jednostkowe.

    Podobnie jak jednostkowym przykładem jest Rajcher, który w swoim poczuciu sprawiedliwości kieruje się własnym kodeksem, własnym dekalogiem. Nie do końca zgodnym z chrześcijańskim – choćby w kwestii nadstawiania drugiego policzka. Ale nie posunąłby się do czynów haniebnych, których później musiałby żałować. Zwłaszcza że jeden bardzo nierozsądny krok ma już za sobą. I zapłacił za niego srogo.

    Czytelniczki i czytelnicy są w stanie w kryminale czy thrillerze wybaczyć absolutnie wszystko – odcięte ręce, nogi, różnego rodzaju zbrodnie itd. Jednak gdy dochodzi do krzywdzenia zwierząt podnosi się zbiorowy raban: „Jak można to było zrobić psu czy kotu?”. Rozumiem, że jest pan gotowy na to, że takie głosy mogą się podnieść.

    Do czego pan nawiązuje?

    Chodzi mi o zastrzyki robione psom.

    To właśnie ta „mroczna strona mocy”, którą książkowe czarne charaktery wykorzystują do maksimum. Ukazanie przemocy wobec zwierząt – zwłaszcza gdy sprawcą jest czarny charakter – wyraźnie sygnalizuje negatywny stosunek pisarza do takich postaw.

    Myślę, że człowiek świadomy swojej pozycji w świecie natury – górujący w większości przypadków nad przedstawicielami świata zwierzęcego – musi również zdawać sobie sprawę, że skoro wolno mu więcej, skoro stoi wyżej w hierarchii, to powinien wykazywać się większą empatią wobec tych „niższych” od siebie.

    Zdarzyło się panu kiedyś znaleźć coś ciekawego w śmietniku?

    Nigdy nie grzebałem w śmietnikach…

    Jako licealista, dysponujący skromnymi środkami finansowymi, często odwiedzałem antykwariaty. To były dla mnie swoiste łowy – czułem się jak konkwistador, który odkrywa nowy ląd i dostrzega coś, czego inni nie zauważają.

    Oczywiście, najczęściej były to zwykłe pomyłki. Ale przez jedną krótką chwilę miałem przekonanie, że trzymam w ręku bezcenną zdobycz. Pamiętam na przykład podręcznik dla gimnazjalistów z datą wydania 1509. Ostatecznie okazało się, że to chochlik drukarski i chodziło o rok 1905 — ale sama data działała na wyobraźnię i podnosiła wartość znaleziska.

    Zdarzało mi się też buszować po strychach – zawsze za zgodą gospodarzy – i tam także trafiałem na „skarby”, które działały na młodzieńczą wyobraźnię.

    Czytelnicy zrozumieją powyższe pytanie po lekturze książki. Porozmawiajmy więc chwilę o przyszłości – co wydarzy się latem?

    W Lecie – mam na myśli drugą część tetralogii – w Warszawie dojdzie do serii brutalnych zabójstw. Ofiarami będą celebryci, mężczyźni niepowiązani ze sobą. Komisarz Zaspa i pułkownik Rajcher wspólnie spróbują wytropić seryjnego mordercę.

    Jednocześnie Rajcher zmierzy się z własną przeszłością. Powróci Duchamp – człowiek, który przed laty razem z Rajcherem brał udział w selekcji do GROM-u. Odpadł, w dużej mierze za sprawą Rajchera, a później – jak czytelnicy Wiosny wiedzą – został przez niego skazany na pewnego rodzaju niebyt.

    W drugiej części dojdzie do konfrontacji między nimi. Szczegółów wolałbym jednak na razie nie zdradzać. Wkracza jak zły duch w życie Rajchera i Zaspy – właśnie wtedy, gdy ich relacja zaczyna nabierać bardziej osobistego charakteru. To zapowiedź tego, co ma nadejść.

    Życie bywa sielanką, która potrafi nagle zamienić się w tragedię – i właśnie tego doświadcza Rajcher na ostatnich kartach Wiosny. Związek Zaspy i Rajchera nie jest łatwy. Nie ma w nim miejsca na romantyczne uniesienia rodem z filmów. To więź, do której oboje muszą dojrzewać. Jako autor chciałbym podarować im szansę. I mam nadzieję, że z niej skorzystają.

    Czyli w drugim tomie będą nie tylko partnerami w pracy?

    Tak, choć ten wątek będzie się rozwijał powoli, w sferze emocjonalno-intymnej.

    Tajpej, fot: www.unsplash.com/Thomas Tucker

    Rozmawiając ciągle o przyszłości – jak pan widzi przyszłość Dalekiego Wschodu?

    Od dawna fascynowały mnie Chiny – i ta fascynacja nie przeminęła, choć z czasem zmieniła charakter. Kiedyś patrzyłem na ten kraj przez pryzmat sztuk walki i kultury, zakorzenionej w niezwykle bogatej historii i tradycji. Dziś bardziej interesuje mnie perspektywa polityczna i geopolityczna.

    Kluczowe pytanie nie brzmi, czy Xi Jinping sięgnie po Tajwan, ale raczej kiedy to zrobi. Taki scenariusz miałby ogromne konsekwencje także dla Polski. Jeśli Ameryka zdecyduje się bronić Tajwanu, siłą rzeczy ograniczy swoje zaangażowanie w Europie. A to oznacza, że nasz kontynent zostałby zdany na własny potencjał militarny – więcej niż skromny. Mówiąc o zdolności Europy do obrony, mamy na myśli NATO. A mówiąc NATO – tak naprawdę mówimy o Stanach Zjednoczonych.

    Tymczasem Ameryka ma coraz mniejszą ochotę, by pełnić rolę światowego policjanta, którego wzywa się w każdej sytuacji kryzysowej. I trudno się dziwić – bo gdy ostatecznie problem rozwiąże, zostaje okrzyknięta „tym złym”, siłą, która ingeruje za bardzo. To paradoks, z którym Zachód musi się nieustannie mierzyć.

    Ćwiczenia chińskiej floty, które symulują odcięcie Tajwanu od świata, pokazują, że taki scenariusz może być szybki i brutalny.

    Wciąż tak naprawdę nie znamy pełnego potencjału militarnego Chin. Myślę, że w niektórych obszarach Państwo Środka wyprzedziło już Amerykę – również pod względem wojskowym. Rzecz w tym, że nie mieliśmy dotąd okazji zweryfikować, jak sprawne są chińskie siły zbrojne w warunkach rzeczywistego konfliktu i na ile potrafią wykorzystać swój potencjał.

    Gdyby miał pan obstawiać – kiedy Pekin zdecyduje się na aneksję Tajwanu? Mówi się o roku 2027.

    Rok 2027 jest symboliczny dla Chin, ale także niepokojący dla nas. Wielu polskich ekspertów wojskowych twierdzi, że właśnie wtedy Rosja może być gotowa do zaatakowania znaczącego kraju NATO. To oznaczałoby, że oba kryzysy – azjatycki i europejski – mogłyby się na siebie nałożyć. Jeśli Ameryka zaangażuje się w obronę Tajwanu, siłą rzeczy ograniczy swoją obecność w Europie. A to stworzy przestrzeń dla agresywnych działań Rosji.

    Jak długo, pana zdaniem, Korea Północna pozostanie taką, jaką znamy dziś?

    Tego nikt nie wie. Zastanawiam się raczej, jak możliwe było utrzymanie przez tyle lat systemu, który w gruncie rzeczy przewyższa fikcję stworzoną przez Orwella. Jak ogromnej odporności – psychicznej i fizycznej – potrzeba, by społeczeństwo funkcjonowało w tak totalnym zniewoleniu? Choć nie jestem pewien, czy słowo „odporność” rzeczywiście oddaje istotę tego stanu.

    Jako pisarz niechętnie sięgam po temat Korei Północnej, bo tu moja wyobraźnia kapituluje wobec rzeczywistości. Relacje, które do nas docierają, są fragmentaryczne, a sam obraz życia codziennego – wstrząsający.

    Nie zazdroszczę mieszkańcom Korei Południowej. Żyją w cieniu realnego zagrożenia ze strony sąsiada, który jest zarazem ich bratem – dosłownie, bo wielu z nich wciąż łączą więzy rodzinne z mieszkańcami Północy. Co więcej, Korea Północna w pewnym sensie nadal dyktuje warunki światu – także Ameryce. Wystarczy przypomnieć, że prezydent Trump w czasie pierwszej kadencji stosował wobec Pjongjangu retorykę jednocześnie konfrontacyjną i dialogową. Z jednej strony groził rozwiązaniami militarnymi, z drugiej – wysyłał sygnały otwartości na rozmowy. To może oznaczać tylko jedno: lepiej nie drażnić śpiącego licha, które jest nieprzewidywalne i co jakiś czas samo przypomina światu o swoim istnieniu.

    Kiedyś napis „Made in China” uchodził za powód do wstydu. Dziś – patrząc choćby na samochody – może być raczej powodem do dumy.

    Zdecydowanie tak. Chiny przeprowadziły eksperyment, który odbił się echem w świecie mody. Korzystając z tych samych maszyn i materiałów, co zachodni producenci, zaczęły produkować torebki niemal identyczne jak te oferowane pod szyldem Prady – tyle że w cenie dziesięciokrotnie niższej. Efekt? Czytelny komunikat: potrafimy to zrobić, możemy to zrobić, i nie potrzebujemy do tego zachodniego logo. W ten sposób Pekin nie tylko udowodnił technologiczną sprawność, ale też wystawił na próbę mit luksusu, który od lat napędza zachodnie koncerny. Bo jeśli produkt różni się tylko metką, to za co tak naprawdę płacimy?

    Pamiętam moje pierwsze wizyty w USA, na początku XXI wieku. Wchodząc do sklepów sportowych zauważyłem, że większość obuwia pochodzi z Chin. Już wtedy uchodziło za solidne. Dziś ta materialna solidność przeobraziła się w potencjał intelektualny. Mam wrażenie, że niekiedy przewyższa on to, co przeciętny obserwator Zachodu jest w stanie zaakceptować. Patrząc na obrazy chińskich metropolii, gdzie pociągi suną po wirtualnych torach, zastanawiam się, jak to możliwe, że Ameryka została tak bardzo w tyle. A jednocześnie mam przed oczami obrazy amerykańskich miast, takich jak Detroit – są tam miejsca, gdzie nie odważyłbym się zapuścić nawet w biały dzień.

    Bardzo dziękuję za rozmowę.

  • Dwanaście książek, na które czekam w październiku

    Tradycyjny przegląd nowości, tym razem październik. Oto książki, na które czekam, ale to trochę kłamstwo, bo na niektóre już nie czekam, bo je już przeczytałem, więc wkrótce będę o nich pisał/mówił. Po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się na stronę wydawnictwa/księgarni, gdzie przeczytacie więcej o interesującym Was tytule.

  • Dan Brown: „Polska ma wszystko, co Robert Langdon kocha”

    To nie wszystko. Materiały o „Tajemnicy Tajemnic” będą się jeszcze pojawiały. Zarówno fragmenty konferencji prasowej, jak i komentarze, a także zagości tu redaktor książek Dana Browna. Dziś wyprawa do Pragi, w której wszystko się dzieje. Na koniec wisienka na torcie, czyli autor trochę gdyba, a może podsuwa trop? Jeśli jesteście w trakcie lektury książki, to pokażę Wam miejsca dla niej istotne, a jeśli już po – no to sobie je zobaczycie i porównacie ze swoją wyobraźnią. To był intensywny czas w stolicy Czech, ale warto wstawać w nocy, żeby mieć Most Karola tylko dla siebie!

    Materiał powstał przy płatnej współpracy z Wydawnictwem Sonia Draga.

  • Wydawca musi mieć naturę hazardzisty. Rozmowa z Michałem Nalewskim, wiceprezesem wydawnictwa Prószyński Media

    „Harry Potter” leżał w wydawnictwie na parapecie, co się z nim stało? Których wydanych książek żałuje, a z których jest dumny? Jakie losy spotkały książkę napisaną przez sztuczną inteligencję, a nie przez autorkę? Rozmawiamy także o wydawaniu komiksów, klasyki i lekach na bolączki rynku literackiego. Przed Państwem Michał Nalewski, wiceprezes i redaktor naczelny wydawnictwa Prószyński Media.

    Michale, bardzo dziękuję, że znalazłeś dla mnie chwilę. Dłuższą – mam nadzieję. Jedna porażka zawodowa albo jedna decyzja, której żałujesz najbardziej?

    Kalendarz Dawida Kwiatkowskiego, czyli publikacja dla grupy czytelników, której jako redaktor prowadzący nie czułem. To był pomysł, z którym to my zwróciliśmy się do Dawida Kwiatkowskiego, czyli kalendarz dla jego fanów z różnymi tekstami i pomysłami autorstwa piosenkarza. Była to dla mnie gorzka lekcja. Mogę pracować nad projektem książkowym, którego na początku nie czuję, ale po drodze muszę w temacie i odbiorcach – jak ja to często mówię – zakochać i ich zrozumieć. Wydawało mi się, że podejdę do tego biznesowo. Ale to była kolosalna porażka..

    I druga nauczka, do której oficjalnie się przyznaję: pod koniec swojej kariery pisarskiej Maria Nurowska była moją autorką. Była bardzo wymagająca wobec osób, które pracowały nad jej książkami. Myślę, że zaskarbiłem sobie wówczas jej przyjaźń i zbudowałem na zaufaniu relację redaktor-autorka. Ale kiedy Maria wpadała na jakiś, często szalenie odważny, na pierwszy rzut oka nierealny, pomysł dotyczący swojej książki to były walki i dyskusje do upadłego. W trakcie jednej z batalii, jako nieopierzony redaktor, doszedłem do wniosku, że zamiast z autorką dyskutować i przekonywać to posunę się do kłamstwa. Powiedziałem: Mario, nie da się. Oczywiście ona nie odpuściła i sprawdziła. Dzień później moje, jak mi się zdawało, niewinne oszustwo, się wydało. Zadzwoniła zerwać ze mną kontakt i współpracę, zmieniła redaktora. I to była dla mnie ważna lekcja, za którą jestem bardzo wdzięczny: że autorów się nie oszukuje. Lepiej jest powiedzieć najgorszą prawdę niż posunąć się do kłamstwa. Cieszę się, że pod koniec życia wybaczyła mi.

    Skoro jesteśmy przy tematach, których nie powinno się robić, gdy się ich nie czuje – czy to właśnie dlatego nie do końca wypalił wam projekty literatury Young Adult?

    Rozpoczęliśmy wielkim sukcesem, książką Dustina Thao, i wtedy wydawało się to proste. Ale zdarza się wsiadać do – jak mówimy w wydawniczym slangu – pociągu, który już odjechał. Staramy się teraz odrabiać lekcję z literatury YA, że czasami nie tylko pociąg odjechał, ale i peron. Myślę, że tu zdecydowaliśmy się na wydawanie zdecydowanie za późno. Dopiero uczyliśmy się tych czytelników, a nie wiedzieliśmy, czego czytelnicy potrzebują. Natomiast mieliśmy kilka hitów, które swoją sprzedażą pokryły straty poniesione na innych tytułach. Bardzo ciekawa lekcja, ale chciałbym jej od strony finansowej więcej nie powtarzać.

    Kontynuujmy więc rozmowę o rzeczach, które były, ale ich nie ma, to dlaczego wyczerpaliście formułę komiksów?

    Komiks jest bardzo trudną półką. Trzeba mieć nosa do tytułów i wiedzieć, jak to wydać od strony edytorskiej. Ale mamy Gildię, czyli czołową księgarnię komiksową, więc gdybym dzisiaj miał redaktora, który by mnie przekonał, że potrafi wybierać tytuły i ma nos do rynku, to pewnie byśmy wrócili.

    Nie jesteście jedynym wydawnictwem, które chciało poflirtować z komiksami, a jednak nie wyszło – tak było chociażby z Marginesami.

    Trzy lata temu pracowaliśmy nad wejściem z ofertą powieści graficznych, ale moment tąpnięcia cen papieru spowodował, że próg ryzyka był wysoki. Odpuściliśmy.

    Masz wrażenie, że coraz więcej osób chce pisać, i przesyła Wam propozycje wydawnicze, które nigdy nie powinny zostać wysłane?

    Czytam propozycje wydawnicze od czternastu lat. Uważam, że to jedna z najciekawszych aktywności redaktorskich. W propozycjach wydawniczych najszybciej przegląda się rynek wydawniczy i widać, na jakim poziomie jesteśmy. Widzimy trendy i myślenie autorów, które dopiero za kilka miesięcy pojawi się w księgarniach. Uważam, że stała się też rzecz bardzo dramatyczna. Jeszcze pięć lat temu przychodziły głównie książki skończone. Autor sobie zadawał trud, a ja, czytając, miałem szacunek do kogoś, kto poświęcił czas na pisanie. Dzisiaj rynek wydawniczy przyspieszył nie tylko od strony nadprodukcji książek i szaleństwa promocyjnego, ale także po stronie autorów, których nikt nigdy nie wyda. Dzisiaj dostajemy trzy rozdziały albo streszczenie i mamy podjąć decyzję. Straszne jest to, że czasem my nie zdążymy odpisać, że jesteśmy zainteresowani propozycją i chcemy ją przeczytać, albo coś omówić, a ci autorzy już mają umowy od innego wydawcy. Autorzy już nawet nie zadają sobie trudu skończenia książki, bo wiedzą, że przy tym, jak wygląda dzisiaj rynek, bez problemu znajdą wydawcę. A jeśli nie, to zawsze mogą pójść w self-publishing.

    Ile szacunkowo miesięcznie przychodzi na skrzynkę propozycji?

    Między dwanaście, a dwadzieścia dziennie. Staramy się, ale nie jesteśmy w stanie odpowiadać na wszystkie.

    Na stronie macie nawet informację, że nie do wszystkich się ustosunkujecie.

    Zdarza mi się, po tym, jak któryś autor nagle wybucha, sprawdzać, czy mieliśmy go w propozycjach wydawniczych. Większość propozycji odpada jednak po pierwszym przeglądzie, nie spełnia podstawowych kryteriów, albo są z gatunków nie wydawanych przez nas, albo brakuje im podstawowych informacji. Często autorzy wysyłają swą twórczość wszędzie, nie zwracając uwagi na profil wydawnictwa lub wymogi podane na stronie. Ale prawdą jest, że przebić się w tej masie nadsyłanych tekstów jest trudno.

    Powiedziałeś: między dwanaście a dwadzieścia dziennie, czyli możemy spokojnie powiedzieć, że to jest kilkaset propozycji miesięcznie. Ile z tych kilkuset nadaje się na księgarską półkę?

    Książki, które nadają się według nas do wydania, trafiają się dwie do czterech w roku. Natomiast książek, które rokują w dalszej pracy z redaktorem prowadzącym jest pięć – osiem w roku. Zawsze jednak zastrzegam, że inny wydawca może się kierować innymi kryteriami i to co u nas „niewydawalne”, dla innych może być poszukiwane.

    www.unsplash.com/Brett Jordan

    Natomiast to, co zawsze powtarzam wszystkim redaktorom: nasza bestsellerowa autorka Katarzyna Puzyńska była wyłuskana z propozycji wydawniczych. Mieliśmy też stamtąd wielu autorów, którzy przez lata święcili triumfy na półce obyczajowej. Propozycje wydawnicze traktujemy również jako podstawę do rozmów z autorami. Jednak nie o tych tekstach, które przesyłają – oceniamy warsztat i możliwości długofalowej współpracy.

    Wszystko co przychodzi na skrzynkę czytasz sam, czy jest osobny dział w wydawnictwie, który się tym zajmuje?

    Każdy redaktor jest podłączony do maila z propozycjami wydawniczymi. Jesteśmy jako podzieleni na konkretne półki gatunkowe, natomiast wchodzimy sobie w paradę dlatego, że czasami ktoś, kto stoi z boku, widzi najwięcej. Na stałe jest jedna osoba, która zarządza propozycjami wydawniczymi, gdyby okazało się, że nasze sito redaktorskie nie jest takie, jak być powinno. Czyli jest jedna osoba, która codziennie odczytuje wszystkie wiadomości, i nawet jeżeli nie jesteśmy w stanie wszystkich przeczytać, to ona dokonuje wstępnej selekcji, rozdziela między konkretnych redaktorów, żebyśmy mieli poczucie, że nad tym panujemy.

    Czy Katarzyna Puzyńska wysłała Wam propozycję wydawniczą mailem, czy jeszcze w kopercie?

    Kiedy czternaście lat temu przyszedłem do wydawnictwa był wtedy oddzielny pokój, który w całości zapełniony był maszynopisami. Byłem redaktorem, który ten pokój likwidował, czyli musiał ocenić wszystkie maszynopisy Po dziś dzień, ze względu na wydawanie przez nas przed laty serii o polskiej mafii, przychodzą do nas maszynopisy z więzień. A ponieważ ta półka jest mi bliska odsyłamy tym ludziom rękopisy. Wiem, ile kosztuje w więzieniu zdobycie papieru, więc odsyłamy, i staramy się też dzwonić do opiekuna, żeby ten rękopis trafił z powrotem do osoby, która go napisała. Zrezygnowaliśmy z maszynopisów, bo rynek wydawniczy przyspieszył, więc i mieliśmy problem z odsyłaniem – nie byliśmy w stanie nad tym zapanować. Teraz działamy już tylko elektronicznie. Choć do dziś zdarzają się przesyłane i przynoszone koperty, głównie przez starszych ludzi.

    Co to znaczy, że jest to temat Ci bliski?

    Jestem osobą, która wraz z Arturem Górskim wymyśliła serię książkową o polskiej mafii.

    Myślałem, że jest Ci bliski z tej drugiej strony.

    Stoję za książkami świadka koronnego jako redaktor prowadzący. To pod moim i wydawnictwa adresem padały krytyczne uwagi ze strony rynku wydawniczego, że była to rzecz niedopuszczalna, że nie powinno się wydawać świadka koronnego, bo dopatrywano się w tym gloryfikacji przemocy.

    I teraz, już po czasie, zgadzasz się z tymi zarzutami, czy według Ciebie i tak ktoś by to wydał?

    Przez całe okres wydawania tej serii dobrze wiedzieliśmy, jacy inni wydawcy próbowali przejąć tę serię i namówić świadka koronnego na zmianę barw klubowych. Uważam, że jest to ważna opowieść o latach dziewięćdziesiątych i ona zostanie. Czy bym ją dzisiaj wydał? Tak, ale zmieniły się trochę kanony mówienia o pewnych problemach, więc Artur Górski pewnie napisałby je dziś inaczej. Wiem też, ile prac magisterskich o latach dziewięćdziesiątych powstało w oparciu o te publikacje. Na początku pracy w wydawnictwie, kiedy naprawdę nie miałem pojęcia o rynku, wydałem pierwsze dwa tomy z tej serii, których sprzedaż wtedy przekroczyła pól miliona egzemplarzy. Nie ukrywam, że to była duża radość i złapanie bakcyla bycia wydawcą: ryzykowania i weryfikowania swojego nosa.

    Byłem jednym z pierwszych rzucających kamieniem w “Tatuażystę z Auschwitz”, ale ludzie z branży mówili: stary, gdyby nie wydały tego Marginesy, to wydałby to ktoś inny. To by się tak czy siak ukazało. Rzeczywiście ten rynek tak działa, że jeżeli ktoś widzi potencjał, ale ma jakieś opory moralne, a wie, że excel będzie się świecił na zielono, to taką książkę wyda?

    Tak, bo rynek książki to również biznes jak każdy inny. Z przerwami na misję czy honory domu. Powiem, że nie zgadzam się nigdy z takimi osądami, bo trzeba je robić po upływie kilku lat od wydania książki i wtedy dopiero oceniać jej rolę. Być może “Tatuażysta z Auschwitz” przysłużył się do szerokiej dyskusji o poziomie książek dotyczących tematyki obozowej, dyskusji której byśmy zapewne nigdy nie odbyli za sprawą innych książek.

    Znaczy bardzo niskiego poziomu.

    Mieliśmy dzięki temu polemikę, w którą włączone było Muzeum w Auschwitz – oni zajęli oficjalne stanowisko. Była rozmowa a propos książek Maxa Czornyj’a – i bardzo dobrze. Te dyskusje uśmierciły sprzedaż tak zwanego nurtu pop-holo. Bez tego być może dzisiaj nadal ta półka świeciłaby triumfy sprzedażowe. Między innymi dlatego nie wkraczaliśmy w ten nurt, a podejmujemy merytoryczną współpracę z Muzeum na Majdanku. Pewnie nigdy by do tego nie doszło, gdyby nie taka dyskusja.

    To jest właśnie wątek, do którego zmierzałem, ale jeszcze zostając przy tym “Tatuażyście”. Rozmawiałem z przewodnikami po Muzeum w Auschwitz – oni teraz większość czasu w trakcie oprowadzenia wycieczek spędzają na tym, żeby prostować pewne rzeczy.

    Ale to „Tatuażysta” spowodował, że zwiedzającymi są osoby, które prawdopodobnie nigdy by tam nie pojechały, więc bardzo dobrze. Mówię to jako osoba wydająca ludzi z Auschwitz, którzy ocaleli: oni powtarzali, i po dziś dzień powtarzają, że za mojego i twojego życia Auschwitz się powtórzy. Dlatego, że historia uczy, że niczego nie uczy. A w tym roku mieliśmy ostatnią okrągłą rocznicę, przy której byli prawdopodobnie jeszcze jacyś świadkowie tamtych wydarzeń. Za chwilę będziemy rozmawiali o Auschwitz bez żyjących świadków.

    No tak, zmarł też Marian Turski, jedna z tych osób, które opowiadały o tym, co zaszło. Wracając do waszej współpracy z Muzeum na Majdanku: to jest współpraca w jakikolwiek sposób przynosząca wydawnictwu dochód, czy to są raczej takie honory domu i krzewienie wiedzy?

    Z założenia miała być to współpraca dla honorów domu. Naszą dużą radością jest sprzedaż tych książek, ich dodruki, i że za „Dziennik Maryli. Życie i śmierć w getcie warszawskim”, prawdopodobnie jedyny dziennik pisany w bunkrze warszawskiego getta, zdobyliśmy wyróżnienie w kategorii edytorskiej w jubileuszowej XXX edycji Nagrody KLIO. Między innymi współpraca z Muzeum na Majdanku powoduje, że kiedy dziś wydajemy książkę z Auschwitz w tytule, to po korowodzie tych pop-holokaustowych książek czytelnicy piszą w komentarzach: “potraficie robić książki o drugiej wojnie światowej, tak trzymać!” Mam dużą przyjemność współpracy z ludźmi Muzeum przy tych książkach, którzy w całości opracowują taką publikację. To jest mistrzowski poziom edytorski i merytoryczny. Jesteśmy z tego bardzo dumni.

    Dla mnie w takich właśnie książkach logo Państwowego Muzeum na Majdanku czy Muzeum Auschwitz jest gwarancją, że to nie jest fiction, tylko rzecz jest przeczytanea przez naukowców, i na tym mogę budować swoją wiedzę.

    A ja się cieszę, że Muzeum nam zaufało, bo dzięki współpracy z nami te wartościowe publikacje mają bardzo szeroką dystrybucję. Coś, co byłoby dostępne tylko w kiosku muzealnym, ma szansę być w Empikach w całej Polsce.

    Jak to jest być jednym z dwóch polskich wydawców Stephena Kinga?

    Zażartuję: to duża frustracja, że nie jestem w stanie ściągnąć Stephena Kinga do Polski. A serio: oczywiście zawsze z dużymi emocjami czekamy na każdą jego nową książkę. Bardzo lubię wewnętrzne rozmowy w wydawnictwie, kto jest w której frakcji twórczości Stephena Kinga, czy bliżej mu do „Dallas” czy „Doktor Sen”. Stephen King to jedna z największych marek literackich i cieszymy się, że możemy ją budować.

    Jak to wygląda od kuchni, to znaczy jak duże to są obwarowania, gdy dostajecie jakąś książkę? Sonia Draga opowiadała, że gdy jedna z książek Dana Browna była tłumaczona, to tłumacze byli skoszarowani w jednym miejscu i pracowali na komputerach – oczywiście niepodpiętych do sieci internetowej. Jak to wygląda od strony organizacyjnej, żeby coś, co nie może wyciec, nie wyciekło?

    Kontrakt na wydawanie Stephena Kinga jest jednym z najpilniej strzeżonych tajemnic naszego wydawnictwa. I niestety jeden z podpunktów dotyczy kar za ujawnienie jego zapisów. Najpierw jednak będzie anegdota. Pierwszy szkic maszynopisu „Strefy śmierci” Stephen King zabrał ze sobą w torbie podręcznej na wakacje na Hawaje. Kiedy wrócił do domu, do Bridgeton, w stanie Main, gdzie wtedy mieszkał, i rozpiął torbę, w środku zmalał tylko awokado. Okazało się, że pewna kobieta pomyliła torby i zabrała torbę z jedyną kopią „Strefy śmierci” w środku. Po takiej opowieści z życia Mistrza mogę powiedzieć, że otrzymujemy jedną kopię książki od agencji. Czekam bardzo na telefon, kiedy redaktor informuje mnie, że trzyma ją w dłoni. A te ponad 20 minut, kiedy jedzie z nią samochodem przez połowę miasta to czas, kiedy zwykle wypatruję go już przed wejściem do wydawnictwa. Zdarza mi się dzwonić do niego, kiedy jest w drodze, i przypominać, że ma się nigdzie nie zatrzymywać i nie mylić toreb.

    Stephen King, fot: Shane Leonard

    Wydajemy książki Stephena Kinga od lat dziewięćdziesiątych, więc tę procedurę mamy przepracowaną. Natomiast tam jest podstawowe obostrzenie. Do momentu światowej premiery krąg osób, które potencjalnie mają tekst w rękach i znają jego treść, musi być policzalny na palcach jednej ręki. I to są osoby, które zobligowane są konkretnymi zapisami w oddzielnych umowach, że łatwiej umrzeć niż złamać zapis tej umowy.

    Czy są jakieś ewentualne kary finansowe?

    Największa karą jest to, że traci się Stephena Kinga jako autora.

    Co uratuje polską książkę? Czy to będzie zerowy VAT na książki, czy jednolita cena, a może nic i nikt?

    Czytelnicy. Dlatego, że ten rynek jest taki, jacy są czytelnicy. I to czytelnicy uczą polskich wydawców tego, co mają robić, zmieniają ich myślenie. Dyskusja, która toczy się teraz o zamykaniu księgarń, o zerowej stawce VAT, sieci dystrybucji: tę sytuację zmienią tylko czytelnicy. Tylko czytelnicy uratują ten rynek – na pewno nie wydawcy.

    W takim razie jak wydawcy mogą się przysłużyć uleczeniu rynku? I czy w ogóle ten rynek jest chory? Bardzo często się mówi: wiesz, to są książki, to jest kultura. Ale tą kulturą i tymi książkami rządzą dokładnie takie sama prawa rynku jak sprzedaży kiełbasy?

    Po pierwsze, jesteśmy młodym wolnym rynkiem. Od osiemdziesiątego dziewiątego roku – co to jest trzydzieści pięć lat dla rynku – jakiegokolwiek? Jesteśmy więc bardzo młodym rynkiem, jeżeli chodzi o wolność i stąd to, co nazywamy różnymi patologiami, jest tego pochodną. A dwa, tak: wszyscy kochamy książki, ale niestety jesteśmy takimi samymi przedsiębiorstwami, jak firmy produkujące kiełbasę albo buty: musimy się utrzymać i mieć zasoby finansowe na podejmowanie różnych decyzji. A ostatnie lata, czyli pandemia, wzrost cen papieru niestety podniosły koszty i zaostrzyły zasady gry o czytelnika.

    Odpowiadając na twoje pytanie: co mogą robić wydawcy? Ta gorzka lekcja, o którą pytałeś: każdy wydawca ma taki moment, kiedy uważa, że jest mądrzejszy od czytelnika, i że go oszuka. Nie da się oszukać czytelników – trzeba ich po prostu słuchać. Najważniejsze są media społecznościowe i maile oraz listy od czytelników które spływają do wydawnictwa. Ja regularnie, codziennie pod koniec dnia, niezależnie, ile miałbym spotkań, siadam przed komputerem i czytam wszystkie komentarze na naszych mediach społecznościowych, bo nagle się okazuje, że ktoś do nas pisze: państwo wydali piętnaście lat temu jakąś książkę w jakimś tłumaczeniu, to tłumaczenie jest niedostępne. I my do tego wracamy. Najlepszy przykład: dziesięć lat temu zastanawiałem się, jak uczcić rocznicę Auschwitz wewnątrz wydawnictwa. I ktoś napisał u nas w komentarzu: może by ktoś wreszcie wznowił “Dymy nad Birkenau”? I ja mówię – wznówmy, dla honorów domu. W życiu nie sądziłem, że my w pół roku sprzedamy trzydzieści tysięcy “Dymów nad Birkenau”! Zrobił to jeden komentarz czytelnika, który nie był w stanie zdobyć tej książki i chciało mu się ten komentarz napisać.

    Grzesiuk i Steinbeck to też są honory domu?

    Znam ludzi, którzy w życiu przeczytali tylko książki Stanisława Grzesiuka. I wracają do nich regularnie, uznając je za książki nad książkami. Kiedyś wymyśliłem, że chciałbym wznowić kultowa trylogię Stanisława Grzesiuka. To miały być honory domu, natomiast nie przypuszczaliśmy, że to będzie kapitalna przygoda edytorska, czyli praca nad archiwami autora i przywracanie fragmentów wyciętych przez cenzurę. No i nie spodziewaliśmy się takiego sukcesu, który trwa po dziś dzień. Przedłużyliśmy umowę ze spadkobiercami na kolejne dziesięć lat. I Grzesiuk się cały czas sprzedaje. To jest kolosalny sukces, bo sprzedaliśmy koło czterystu tysięcy egzemplarzy całej trylogii. A czekają nas kolejne niespodzianki związane z tym projektem.

    Teraz jest świetne nowe wydanie.

    Po raz pierwszy w jednym tomie trzy jego kultowe książki i to w wydaniu z barwionymi brzegami. Steinbeck to klasyk, który sprzedaje się, ku naszemu zaskoczeniu, naprawdę dobrze. A trzeba pamiętać, że to jest drugie wydanie jego wydanie w ciągu ostatniej dekady. Oczywiście potencjał drugiego wydania jest zawsze mniejszy, natomiast nie są to tylko honory domu. I to jest najprzyjemniejsze, kiedy wydaje się po prostu dobrą literaturę, której regularnie robisz dodruki.

    Wiele wydawnictw wraca do wydawania klasyki. Według Ciebie jest to spowodowane tylko zarobkiem czy jednak – skoro mówisz, że to czytelnik decyduje o tym, jak będzie wyglądał rynek, i skoro czytelnik chce – może warto rozważyć znowu tego Steinbecka czy Hemingwaya?

    Chwilę temu na półkach księgarskich triumfy świeciła literatura YA. Długo dyskutowaliśmy, co z tego zjawiska zostanie. Według mnie zostanie między innymi moda na klasykę. Bo ta grupa czytelników nie chce kopać w zakurzonej bibliotece dziadka albo mamy, żeby w brzydkim wydaniu przeczytać po raz pierwszy Jane Austen czy Bolesława Prusa. Oni chcą pięknych wydań, ładnych okładek i dobrego papieru. Oni chcą móc tą klasyką żyć na Instagramie albo booktoku. I chwała im za to! Nowe tłumaczenia, wstępy, redakcje, layouty, oprawy, edycje to daje zupełnie nową energię w czytaniu i myśleniu o klasyce.

    Sztuczna inteligencja to jest temat, od którego mam wrażenie, nie uciekniemy, który nas cały czas atakuje. Zresztą Polska Izba Książki powołała zespół ds. sztucznej inteligencji. Jakiś czas temu dostałem nową książkę Bereniki Lenard i Piotrka Mikołajczaka, gdzie z tyłu napisano: fabuła tej książki powstała bez użycia sztucznej inteligencji. Jak ty się na to zapatrujesz? Jako zagrożenie, czy raczej jako pomoc? To znaczy, czy zamiast trzystu propozycji miesięcznie będziesz dostawał trzy tysiące, bo część będzie napisana przez sztuczną inteligencję? Czy jednak w pracy wydawnictwa będzie to pomocne?

    Stanęliśmy już przed takim wyzwaniem. Dostaliśmy od jednej z naszych autorek propozycję książki, która została napisana nie przez nią, a przez sztuczną inteligencję. To była nasza pierwsza taka historia – sprzed półtora roku. Czemu się przysłużyła, i jaką procedurę wdrożyliśmy? Redaktor, który prowadzi polskiego autora jest zobligowany do etapu pracy, którego do tej pory nie było, czyli gruntownej rozmowy o treści książki. Dlatego, że w rozmowie z autorką wyszło, że nie zna fabuły, bo nie ona ją pisała.

    Ja sztuczną inteligencję postrzegam jako szansę, żeby zatrzymać tę nadprodukcję książek, bo po prostu redaktorzy będą musieli jeszcze bliżej pracować z autorami, nie bać się tej rozmowy, którą ja musiałem odbyć. To obliguje redaktora do gruntownego przeczytania i jeszcze większej odpowiedzialności za książkę. A myślę, że często patologią polskiego rynku wydawniczego jest to, że wydawcy wydają książki, których nie doczytali, albo w ogóle nie przeczytali. Druga rzecz: uważam, że jeżeli AI spowoduje, że przy każdej polskiej książce redaktor prowadzący odbędzie taką gruntowną rozmowę i pracę, to jest szansa, że AI przysłuży się do podniesienia poziomu polskiego rynku wydawniczego. Są autorzy, którzy jasno nam deklarują, że AI było im pomocne przy zbieraniu materiałów. Mamy teraz taki przypadek, że autor oddał nam książkę pół roku wcześniej, bo po prostu materiały otrzymał od AI. Taką samą rozmowę odbyliśmy, taką samą procedurę wdrożyliśmy – autor rzeczywiście napisał książkę sam, natomiast nie on zbierał materiały. Oczywiście weryfikacja tych materiałów jest już po naszej stronie.

    I wtedy ufacie tej sztucznej inteligencji? Czy jednak ktoś z wydawnictwa przeprowadza fact-checking tego, co sztuczna inteligencja podsunęła autorowi w trakcie researchu?

    Absolutnie nie ufamy. Wtedy zamawiamy zewnętrzną konsultację merytoryczną. I uważam, że to ryzyko AI, które się pojawia, jeżeli zostanie przez wydawców wykorzystane w ten sposób, że zaczniemy weryfikować, jest ogromną szansą dla polskiego rynku wydawniczego. Bo są redaktorzy nabywający, którzy nie czytają książek, które kupują i które wydają.

    Dużo osób nie czyta też książek, które recenzuje. Wróćmy do tej autorki, bo to jest bardzo ciekawe. Przyniosła wam książkę napisaną przez sztuczną inteligencję – powiedziała Wam o tym w momencie oddania?

    Tak bardzo nie zapanowała nad pisaniem tej książki, że na koniec, na jednej z ostatnich stron został komentarz przeklejony z AI. I było takie podejrzenie, że albo końcówka jest z pomocą, albo cała książka jest z AI. Stąd pomysł, żeby w ogóle odbyć taką merytoryczną rozmowę. I ona wtedy się przyznała – na koniec, po bardzo trudnej rozmowie.

    Aha, czyli nie w momencie złożenia…

    Oczywiście przyznała się tylko dlatego, że została poinformowana, że powodem mojego powątpiewania było to, że taki komentarz był zostawiony w treści. Podziękowaliśmy za możliwość wydania tej książki.

    Ale to było coś, czego się nie dało czytać, czy wręcz przeciwnie: to była książka do wydania, powiedzmy, po jakichś tam pracach?

    Nie w tych kategoriach. Ja po prostu uważam, że dwóch osób w życiu nie można oszukiwać: terapeuty i wydawcy. Bo oszukując wydawcę – oszukujesz też czytelników. Dla mnie wydanie takiej książki było niedopuszczalne. Przy kolejnej książce już tę lekcję odrobiła. Odbyliśmy taką samą rozmowę i okazało się, że można pisać książki samemu, można pracować z redaktorem i można zbudować zaufanie na linii autor-wydawca-czytelnik.

    To jest ktoś znany?

    Nie.

    Myślisz, że takie rzeczy dzieją się w świecie literackim w Polsce?

    Tak.

    Myślisz czy wiesz?

    Wiem. Ale my nadal dyskutujemy, czy to jest szansa czy zagrożenie, zamiast dyskutować o tym, jak sobie z tym poradzić, jakoś znormalizować to prawnie i zacząć o tym szerzej dyskutować.

    To jest śmieszne czy straszne?

    Trzeba pamiętać o tym, że to jest w ogóle szersza dyskusja, bo myśmy kilka lat temu mieli czołowych polskich dziennikarzy, którzy schowani na okładce pisali za czołowych polskich celebrytów książki i oszukiwano czytelników. Więc teraz mamy dziennikarzy zamienionych na AI i ten sam proceder. To jest w ogóle szersza debata o tym, jak wygląda rynek wydawniczy. TOP-ki okupują autorzy, którzy mają ghostwriterów, a ci według polskiego prawa są nielegalni. Wszyscy ochoczo przymykamy na to oko, więc uważam, że to jest moment na sensowną rozmowę o całym rynku wydawniczym, a nie ciągnięcie: unia literacka w stronę autorów, rynek księgarski w stronę rynku księgarskiego, wydawcy w swoją stronę, bo wtedy przez kolejne lata będziemy płynęli tak jak teraz.

    Sądzisz, że jesteśmy jeszcze w takim momencie, że pisanie książek przez sztuczną inteligencję możemy z rynku wyeliminować, czy już poszły konie po betonie?

    Poszły. My tego nie zatrzymamy, natomiast myślę, że możemy zacząć o tym dyskutować jako o czymś, co ma miejsce, i jak się wobec tego zachowywać, jak to wszystko poukładać na półkach księgarskich. A nie, jak o czymś, czego uważamy, że nie ma. Bo mamy taką sytuację, że wszyscy wiemy, że jest, a tylko udajemy, że tego nie widzimy.

    Może trzeba zrobić w księgarniach półki z napisem “książki napisane przez sztuczną inteligencję” – i będzie uczciwie?

    Może, ale to jest szersza dyskusja w ogóle nad całym rynkiem. Jestem też ciekaw, jak sobie z tym radzi świat. Boję się, że tak samo jak my, czyli wcale.

    Jakie jeszcze widzisz wyzwania przed rynkiem, przed wydawnictwem “Prószyński i S-ka”? Co się wydarzy za rok, dwa, trzy, za miesiąc, za pięć lat? Czy niewiele?

    Nie wiemy, i to jest najfajniejsze. Kiedy zaczynałem pracę czternaście lat temu wydawało mi się, że po pięciu latach będę wypalony i będę wiedział prawie wszystko. Nie sądziłem, że z roku na rok będzie coraz ciekawiej. Przychodzą nowe pokolenia czytelników, nowe nawyki czytelnicze, nowy sposób czytania, zmieniają się mechanizmy promocyjne. Coś mnie przeraża, coś mnie przerasta – i to jest fajne. Uważam, że to jest najciekawszy moment z tych czternastu lat. Nie mam zielonego pojęcia, co będzie w najbliższych latach, i to mnie najbardziej ciekawi. Ja zawsze powtarzam, że jeżeli chce się być naprawdę dobrym wydawcą, trzeba mieć naturę hazardzisty. Więc uważam, że dyskusja o rynku wydawniczym i zysku jest jak dyskusja o tym, na co postawić w kasynie.

    Czyli masz żyłkę hazardzisty, skoro jesteś tyle lat w tej branży. Papcio Chmiel nadal grzeje Polki i Polaków – ciągle jest w stanie?

    Absolutnie grzeje, bo żyje sentyment. Wielokrotnie za życia Papcia Chmiela i dzisiaj, kiedy go już z nami nie ma, obserwowaliśmy tych ojców, którzy swoim synom – w ogóle niezainteresowanym Tytusami – kupują całe te pudełka z kolekcją w poczuciu, że być może pociągną synów w świat swojej młodości i swojego dzisiejszego sentymentu.

    Planujecie wokół Papcia Chmiela jakieś kolejne działania? Ostatnio widziałem w jednym ze sklepów odzieżowych serię ubrań z Misiem Uszatkiem. Czy coś wokół Papcia Chmiela coś się dzieje – będzie się działo?

    Były artykuły papierowe, były kosmetyki z Tytusem, puzzle, kolorowanki. Trwają prace nad filmem z bohaterami komiksów „Tytus, Romek i A’Tomek”. Ci bohaterowie przeżywają tym razem przygodowy współczesne nam. Takie, które ufamy, opowiedziałbym nam Papcio Chmiel. Prace prowadzi studio, które nagrywa dla największych sieci streamingowych.

    Gdybyś mógł wymienić jedno nazwisko kogoś, kogo bardzo chciałbyś wydawać – bez znaczenia z polski, czy z zagranicy, żyjący – nieżyjący.

    Ale dla honorów domu?

    Nie, bo chcesz, bo lubisz, bo wiesz, że to się sprzeda.

    Mam taką trochę zasadę, że jak chcesz, to możesz. Więc nie mam takiego autora. Kiedyś moim marzeniem – jako wydawcy Steinbecka – było posiadać tę wspaniałą trójką dla siebie: Steinbeck, Hemingway, Faulkner. Niestety, nie wyszło, rozmowy się rozmyły. Ale mam dość opanowaną sztukę odpuszczania. Jeżeli się nie udało, to znaczy, że nie my mieliśmy być wydawcą danej książki.

    Kogo z autorów mogliście wydać, a nie wydaliście? Masz taką listę wyrzutów sumienia?

    Podobno kilka lat przed moim przyjściem u jednej z redaktorek przeleżał na parapecie “Harry Potter”. Mieliśmy też w propozycjach wydawniczych Zośkę Papużankę z książką, za którą dostała “Paszport Polityki”. I miałem książkę, którą ze świadomością odpuściłem, mimo że bardzo mi się podobała. To był ten moment, kiedy wydawaliśmy polską mafię i wiedziałem, że dobra literatura może zapłacić za to. Książkę wydało wydawnictwo W.A.B. Napisałem wtedy autorowi, że uważam, że nie my powinniśmy być wydawcą. To był “Skoruń” Macieja Płazy. Odpisałem autorowi uczciwie, że ja bym tam zrobił pewną poprawkę, i że to jest bardzo dobra książka, ale to nie jest moment na to, żebyśmy ją wydali. Więc tu nie mam żalu, bo zachowałem się uczciwie wobec autora.

    Katarzyna Puzyńska, fot: Emil Biliński/Wydawnictwo Prószyński i Spółka

    Twoja lista dumy? Obok Katarzyny Puzyńskiej – z tych wyłuskanych, wyczytanych wygrzebanych?

    Nie lubię takiego kombatanctwa. Miałem wspaniałych autorów: Wojciecha Pokorę, Barbarę Krafftównę, Wiesława Michnikowskiego. Odchodzi pewna generacja, a ja łapię się na tym, że dane mi było ich spotkać i pracować z nimi, to duży przywilej. W ostatnim czasie w swój świat wpuścił mnie Michał Bajor i pracujemy nad jego autobiografią. Ale dobry wydawca zawsze patrzy do przodu. Obok niezwykłej przygody jaką niewątpliwie była praca nad archiwum Stanisława Grzesiuka postawiłbym najpełniejsze wydanie wierszy Wojciecha Młynarskiego „Od oddechu do oddechu”. Siedziałem w domowym archiwum Pana Wojciecha, kiedy on był już bardzo chory i mogłem w każdej chwili zadzwonić do trójki jego dzieci i konsultować, pytać i dyskutować.

    Po czternastu latach nadal się z pewnych rzeczy tak po prostu cieszę, bo na przykład książka, która się sprzedała świetnie, to zbiór wierszy Marka Grechuty. I to była dla mnie przyjemność wydawania, bo wiem, że to po prostu zostanie. Oczywiście, że TOP-ki łechcą ego, natomiast fajne jest takie poczucie jak dzisiaj rano – kiedy przyjechałem do wydawnictwa i zobaczyłem sygnalne egzemplarze „Obozu zagłady w Bełżcu w relacjach ocalonych i zeznaniach polskich świadków”. Pomyślałem sobie wtedy: wow, to zostanie! Cała reszta książek zginie na poczekalniach dworcowych, a ta książka jest ważna, zostanie w bibliotekach, u ludzi. Dobrze mieć to poczucie, że wiesz po co jesteś wydawcą.

  • „Przed Noblem byliśmy na granicy bankructwa”. Rozmowa z Michałem Michalskim z ArtRage

    Dotykamy wielu tematów. Dlaczego Wydawnictwo ArtRage ujawnia nakład swoich książek? Czy Vincent. V. Severski sprzedałby się u nich tak samo dobrze jak w Czarnej Owcy? Czy literacki Nobel dla Fossego uratował wydawnictwo? Czym jest bestseller i dlaczego nikt tego nie wie? Zapraszam do przeczytania kolejnej branżowej rozmowy, w której Michał Michalski, dyrektor i redaktor prowadzący Wydawnictwa Art Rage opowiada o swoim spojrzeniu na świat wydawniczy.

    Adam Szaja: Czy książki w Polsce naprawdę są drogie?

    Michał Michalski, dyrektor ArtRage: Zdefiniuj drogie. Wszystko zależy od punktu odniesienia. Jeśli zestawisz ceny książek z płacą minimalną czy medianą zarobków, okaże się, że wcale nie są przesadnie drogie jako dobro kultury. Podobnie, gdy porównasz je z cenami w innych krajach – u nas książki są raczej tanie. Oczywiście Polacy często uważają książki za drogie. Ale wszelkie możliwe dane temu przeczą.

    Jak wytłumaczyć w takim razie niski poziom czytelnictwa?
    Na pewno nie cenami książek. Niedawno czytałem europejskie badanie dotyczące rozumienia tekstu. Wynika z niego, że aż 40% Polaków – to drugi najgorszy wynik w Europie – nie potrafi przeczytać ze zrozumieniem dłuższego tekstu. Winę widzę głównie w systemie edukacji. Nie jestem specjalistą od oświaty, ale w obecnej formie szkoła wyraźnie zawodzi.

    Czy w Polsce można mówić o „inflacji literatury”? Wydaje się dużo rzeczy, zbyt dużo drzew ginie – nie sądzisz?

    Z pewnością publikuje się wiele tytułów, których wartość jest wątpliwa. Ale czy faktycznie można mówić o „inflacji”? To nie takie oczywiste. Wystarczy spojrzeć na historię rynku – w XIX wieku w Stanach Zjednoczonych funkcjonowały tanie, tak zwane „powieści kolejowe”, drukowane na kiepskim papierze i sprzedawane za grosze. Były ich setki, tysiące, a przecież poziom analfabetyzmu był wówczas znacznie wyższy niż dziś. A skoro o tym mowa – wiesz, jaki jest obecnie poziom analfabetyzmu w USA?

    4%?

    20%.

    Szok. No dobrze, a z perspektywy wydawcy – skoro na rynku pojawia się tyle tytułów i panuje spora konkurencja, co trzeba zrobić, żeby się wyróżnić?

    Paradoksalnie, nie postrzegam innych wydawców jako konkurencji. To nie jest rynek działający według prostych praw marketingowych – w stylu: moja pasta do zębów wyprze twoją pastę. W przypadku ambitniejszej literatury czy dobrej literatury środka, czytelnik poszukuje konkretnego autora. Jeśli ktoś chce przeczytać powieść Artura Péreza-Reverte, to nie kupi czegoś innego, tylko dlatego, że akurat brakuje tego tytułu. Odbiorcy w tej niszy są bardzo świadomi i często sięgają nawet po oryginały bądź tłumaczenia na język angielski, jeśli brakuje tłumaczenia na polski.

    Skąd więc wiesz, czego chcą czytelnicy?

    Nie wiem. I nie sądzę, by ktokolwiek to wiedział. Nie tak na sto procent. Nie prowadzi się w Polsce badań na ten temat. W moim przypadku nie jest to metoda prób i błędów – po prostu wydajemy to, co sami chcielibyśmy czytać. To najprostsze podejście. Być może mało rozsądne z biznesowego punktu widzenia, ale właśnie po to zakłada się wydawnictwo w niszy – żeby robić to, co się lubi.

    Michał Michalski, Wydawnictwo ArtRage

    Czy zdarzyło się, że wydałeś książkę, która podobała się tobie, ale nie znalazła większej publiczności?

    Oczywiście. Razem z moim przyjacielem i wspólnikiem, Krzysztofem Cieślikiem, który również odpowiada za dobór tytułów, regularnie przejeżdżamy się na takich decyzjach. Ale ich nie żałujemy – bo wydajemy książki, w które wierzymy, że warto je polskiemu czytelnikowi przedstawić. Mamy zresztą bardzo wysoki poziom zwrotu.

    Widziałem badania z rynku stanu amerykańskiego (bo oczywiście w Polsce nikt takich badań ani statystyk nie prowadzi, to jest terra incognita). Tam 2-3% tytułów pracuje na wszystkie inne, a w ogóle poziom zwrotu jest na poziomie 10% z tego wszystkiego, co się u nich wydaje. Oczywiście kiedy trafią na superhit, który staje się hitem międzynarodowym, to sprzedaje się w setkach tysięcy czy milionach egzemplarzy a na jego podstawie robi się filmy czy seriale i biznes się kręci.

    W naszym przypadku statystyki są znacznie korzystniejsze – szacuję, że jedynie 5% książek się nie zwraca. W dłuższej perspektywie, czyli 1,5–2 lat, niemal każdy tytuł się spłaca. Są momenty, że niezwróconych jest więcej, nawet 10 procent, ale to się nie pogłębia. Większość książek odzyskuje poniesione przez nas koszty w ciągu pół roku.

    Kusi czasem, żeby „zaszaleć” z dużym nakładem?

    Nie. To byłaby ruletka. Wysoki koszt druku, potem przechowywania, a na końcu – obowiązkowej utylizacji – czyli zmielenia, bo tego wymaga licencja. To bez sensu. Lepiej wydrukować mniej, a w razie potrzeby zrobić dodruk. Mieliśmy jedną wpadkę – przy książce To jest Ales Jona Fossego. Zrobiliśmy nakład 8 tysięcy egzemplarzy, licząc na sukces podobny do innych jego tytułów. Sprzedało się, na ten moment, zaledwie 1500 sztuk. Reszta pewnie skończy w niszczarce.

    Skoro jesteśmy przy Fossem – jak wyglądała sprzedaż, gdy ogłoszono, że został laureatem Literackiej Nagrody Nobla?

    To był prawdziwy szturm. Mieliśmy wtedy wydrukowane 2 tysiące egzemplarzy, a w sumie sprzedało się 30 tysięcy. Można więc powiedzieć, że zabrakło aż 28 tysięcy książek. Telefony się urywały – dzwonili dystrybutorzy i księgarnie z całej Polski, błagając choć o kilka sztuk. Robiliśmy dodruki po 5 czy 8 tysięcy. Pierwszy był chyba dwa tygodnie później – nie pamiętam dokładnie, bo to był dość stresujący okres. Z drukarnią też była obsuwa, bo liczyliśmy jednak na tego Nobla. Byliśmy z nimi umówieni, że 5 października czekają na nasz telefon, żeby zrobić 8 tysięcy dodruku. Dzwonię, a oni mi mówią, że sprzedali cały materiał, nie mają jak zrobić dodruku i muszą zamówić dopiero od producenta. Na szczęście e-booki poszły jak świeże bułeczki.

    Spodziewaliście się, że to właśnie Fosse dostanie Nobla? Jako jego wydawcy pewnie liczyliście, że to właśnie on zostanie wyróżniony.

    W przypadku Akademii Szwedzkiej nigdy nie ma żadnych przesłanek. Przy Bookerze mamy listę nominowanych, długą i krótką, można coś wyczytać między wierszami, choćby ze składu jury, bo to nie są anonimowi profesorowie literatury. A tutaj – kompletnie nic. Nie wiesz, czy nagle nie wyskoczą z Bobem Dylanem, jak kiedyś. Tego po prostu nie da się przewidzieć.

    Czułeś po tym Noblu solidarność środowiskową, czy raczej zazdrość?

    Na pewno nie zazdrość. Dostałem mnóstwo telefonów i maili z gratulacjami – od wielu wydawców, którzy szczerze się cieszyli. To było bardzo miłe. Od największych wydawnictw wiadomo – nie, bo zwyczajnie się nie znamy, a oni działają w strukturze korporacyjnej, gdzie te relacje są inne i pewnie jest spora – jak na tą branżę – rotacja pracownicza.

    Jak ten Nobel wpłynął na postrzeganie waszego wydawnictwa w branży? Zwłaszcza w oczach zagranicznych agentów – przestaliście być “jednym z wielu małych wydawnictw”?

    Zdecydowanie pomógł. Akurat byłem wtedy w Madrycie i kilka dni wcześniej złożyłem ofertę na prawa do kilku powieści Arturo Péreza-Reverte. To autor o światowej renomie i nie spodziewałem się, byśmy mieli realne szanse. Ale gdy ogłoszono Nobla i agenci zobaczyli, że Fosse był u nas, pomyśleli: „Może jednak nie są najgorszym wyborem”.

    Czyli Nobel otworzył Wam drzwi?

    Myślę, że jedne drzwi faktycznie tak, choć nie ma co przesadzać – żeby naprawdę zmieniło to sytuację, przydałby się jeszcze jeden, może dwa takie Noble.

    Gdzie jest wasz sufit?

    To raczej pytanie o sufit polskiego rynku. Nie chcemy wydawać więcej książek niż teraz – na ten moment mamy 44 tytuły rocznie, w kolejnym roku planujemy tyle samo. Może później nieco mniej. W liczbach? Moglibyśmy jeszcze urosnąć dwukrotnie pod względem przychodów i to byłoby całkowicie satysfakcjonujące. To nie jest biznes, w którym marzy się o jeżdżeniu Lamborghini. Nam chodzi o spokój finansowy, możliwość zawodowego spełnienia i brak codziennego stresu o przetrwanie.

    Nobel dał Wam ten finansowy spokój?

    Tak. Bo przed Noblem byliśmy na granicy bankructwa. Do końca roku jakoś byśmy dociągnęli, ale potem byłyby już poważne problemy…

    Czyli gdyby nie Nobel dla Fossego, może dziś byśmy już nie rozmawiali?

    Możliwe. Może pracowałbym gdzie indziej, a wydawnictwem zajmował się tylko po godzinach? Bo taka jest prawda o małych wydawnictwach. Ludzie robią po godzinach dodatkowe zlecenia, żeby jakoś spiąć domowe budżety, albo wręcz mają pełen etat gdzie indziej. ArtRage raczej by nie zniknął, bo zbyt nam na nim tym zależy. Ale wydawnictwo na pewno nie funkcjonowałoby w takiej formie jak dziś.

    Niektórzy deprecjonują Nobla, ale jednak widać, że ta nagroda ma ogromną siłę. Czy po wyróżnieniu agenci sami zaczęli się do Was odzywać z propozycjami?

    Odzywali się już wcześniej i właściwie non stop coś przychodzi. Codziennie kilka propozycji, na które nie sposób odpowiedzieć. To lawina, której nie da się ogarnąć. Nie da się tego wszystkiego czytać.

    Decydujecie we dwójkę, co wydawać? Głosy są równoważne, czy ktoś ma decydujące zdanie?

    Zazwyczaj głosy są równoważne. Bywa, że któreś z nas uważa jakiś pomysł za kompletnie chybiony, ale jeśli jesteśmy naprawdę zdeterminowani – ustępujemy jeden drugiemu. Czasem negocjacje są wręcz dziecinne: „Dobra, wydaj sobie to, ale ja wydaję tamto”. Ostatecznie jednak zwykle udaje się nam siebie nawzajem przekonać, że ryzyko jest zbyt duże i coś jest kretyńskim pomysłem. Na przykład Krzysztof wychodzi z propozycją wydania 800-stronicowej powieści o konstrukcji piramidy z Meksyku. To brzmi oczywiście świetnie (jeśli ktoś lubi dziwactwa literackie, a my lubimy), natomiast obaj doskonale wiemy, że utopimy w tym dużo pieniędzy, więc może tym razem nie warto podejmować tego ryzyka. Ja uważałem, że wznawianie Tęczy grawitacji jest naprawdę chorym pomysłem, mimo że koszt nie jest tak duży, jak mógłby być. Tłumaczenie poprawił Robert Sudół i jest tańsze, bo to wznowienie, a i tak nigdy nie zapłaciliśmy tyle pieniędzy za pojedyncze za tłumaczenie, bo to ogromna książka.

    www.unsplash.com/Dim Hou

    A kto wpadł na Fossego?

    Wspólnie. Z jednej strony myśleliśmy: “jakie to popieprzone, dziwaczne, bez kropek, strumień świadomości, i te powtórzenia”, a z drugiej – „ale dobre, hipnotyzujące, warto zaryzykować”. Fosse był już wtedy dosyć drogi, bo miał nominację do Bookera oraz kilka innych, a do tego to wielce ceniony na świecie dramaturg, ale uznaliśmy, że ryzyk fizyk – może kiedyś dostanie tego Nobla.

    Zastanawialiście się, czemu wcześniej nikt w Polsce go nie wydawał?

    Nie trzeba się było zastanawiać. Kilka tomów, żadnej kropki, powtórzenia, strumień świadomości – większość wydawców pomyślałaby, że absolutnie nikt tego nie będzie czytał.

    A jednak sprzedaliśmy 30 tysięcy egzemplarzy pierwszego tomu Septologii. Gdyby nie była to tak wymagająca literatura, sprzedaż mogłaby sięgnąć 50 czy nawet 100 tysięcy. Czytelnicy jednak w sporej liczbie odbijali się od tego tekstu, i sprzedaż się nie nakręcała tak jakby mogła. Bo jeden czytelnik nie szedł do drugiego i nie mówił: “Kurna, przecież to jest wspaniałe”, tylko mówił: “Boże, jakie to jest trudne”. Albo że bełkot, bo jeśli czytałeś już kawałek Fossego, to wiesz, on pisze tak jak się mówi, to nie jest klasyczna konstrukcja literacka pod względem językowym. Tylko że to jest wszystko wspaniale zrobione, i to totalnie się klei, ale ludzie widzą te powtórzenia, co chwile „powiedział”, „mówi”, „powiedział”, „mówię mu”, powtarzanie wątków, bo to tak człowiek rozmawia, i tak człowiek myśli, i to jest męczące dla czytelnika wymaga dużego skupienia, i to nie jest łatwa, lekka i przyjemna lektura.

    Ile sprzedaliście łącznie jego książek?

    Około 42 tysięcy egzemplarzy wszystkich tytułów. Trzeci tom Septologii właśnie się ukazał, zobaczymy, jak pójdzie.

    Które wydawnictwo szczególnie cenisz?

    Często czytam rzeczy z Filtrów – bardzo mi odpowiadają. Chciałbym, żebyśmy kiedyś byli nowym Czarnym, a trochę też nie, bo Czarne wydaje 80 tytułów rocznie. Plus wznowienia – to pewnie z setka. Duża firma od niemal 30 lat na rynku – jest to w każdym razie dla mnie punkt odniesienia. Z kolei historia Wydawnictwa Amber jest ciekawa, bo choć dziś kojarzy się głównie z tanimi kryminałami i romansami, to kiedyś to było wydawnictwo z ambicjami.

    A czy są rzeczy, których nigdy nie wydacie?

    Na pewno nie to, co przysyłają agenci, bo odrzucamy 99% propozycji. Ale jeśli pytasz o „klauzulę sumienia”, to tak – są autorzy, z którymi po prostu nie chcielibyśmy współpracować.

    Wiesz, to nie o to chodzi, że my czasami nie myślimy o tym, żeby wydać coś mniej ambitnego. Bo wydajemy mniej ambitne rzeczy. Zatrzymajmy się już przy tym Pérezie-Reverte. Nie jest to wielki pisarz. To jest super autor środka, który jest świetnym fachurą, doskonałym rzemieślnikiem, i któremu też czasami książki nie wychodzą. Kiedy piszesz jedną książkę rocznie, a on ma takie tempo, to jasne jest, że musisz mieć gorsze i lepsze.

    Staramy się po prostu nigdy nie dopuścić do wydania czegoś, co będzie guanem. W sensie takim, że to nie musi być ambitne, to nie musi być skomplikowane, to może być lekkie i przyjemne, ale musi być dobrze zrobione. I prawdopodobnie najmniej ambitnymi książkami, jakie są u nas, są książki Linn Strømsborg – Nigdy, nigdy, nigdy czy Kurwa, kurwa, kurwa. To nie jest wielka literatura, ale dobrze skrojone obyczajówki, które świetnie się sprzedały.

    Wiadomo jednak, że u nas nigdy takie tytuły nie będą dominować, ale od czasu do czasu robimy to, bo po pierwsze chcemy mieć dość szeroką ofertę, trafiać do różnych osób, w myśl że jak nas poznają to sięgną po ambitniejsze rzeczy. No i czasami mamy nadzieję, że to może zarobi. Ale zdarza się nam wydać coś bardziej obyczajowego, mniej ambitnego, co wcale nie zarabia. Więc to nie jest tak, że gdybyśmy wydawali mniej rzeczy “dla literaturoznawców”, to wtedy byśmy mieli więcej hajsu. To tak nie działa. Jesteśmy na tym rynku już jakoś osadzeni i kojarzeni z pewnymi rzeczami. Gdybyśmy zaczęli wydawać nagle Severskiego, to wcale nie gwarantuje, że on by się sprzedawał tak super, jak się sprzedaje w Czarnej Owcy. Są układy rynkowe – to raz, a dwa – ludzie kojarzą, że jak nowość jest od Severskiego czy Siembiedy, to idą do konkretnego wydawnictwa.

    Ostatnią zagadkę Péreza-Reverte sprzedaliśmy w pierwszym nakładzie 3 tysięcy, teraz mamy około 4-5 tysięcy egzemplarzy sprzedanych. Może gdyby to wydał ktoś bardzo duży, np. Znak, miałby sprzedanych już 10 tysięcy. My nie mamy tyle na promocję. A oni może by sprzedali więcej, bo mają lepszą dystrybucje i zasięgi, a może bo wydaliby więcej na promocję, czyli generalnie ich poziom dochodu byłby dokładnie taki sam jak nasz.

    Możemy wziąć autora o dobrze rozpoznawalnym nazwisku i on nam zagwarantuje sprzedaż. Ale możemy też wziąć coś, co jest rozpoznawalne za granicą, jest na przykład lekkim kryminałem, i to wcale nie musi u nas pójść.

    W waszym katalogu pojawiają się różne gatunki literackie. Czy macie jakieś ograniczenia, czy kierujecie się tylko jakością tekstu? Co z poezją?

    Nie zamykamy się na gatunki – liczy się przede wszystkim dobra proza. Poezji nie wydajemy, bo się na niej nie znamy. Ja na pewno nie, może Krzysztof bardziej, ale to nie jest obszar, w który chcielibyśmy wejść. Raczej nie wyobrażam sobie, żebym wydał klasyczny romans – ale jeśli ktoś przyniósłby naprawdę świetnie napisany tekst, który formalnie można by zaklasyfikować jako romans, to czemu nie? Nie chodzi o łatki gatunkowe, tylko o jakość.

    Mamy obyczajówkę w postaci właśnie Linn Strømsborg. Mamy kryminał w postaci Pereza. Mamy thriller Noc szpilek, który bardzo dobrze poszedł. To była super książka.

    Tak, jest super.

    Będziemy mieć jesienią kolejny thriller od niejakiego Johna Darnielle’a, amerykańskiego autora. Mamy science fiction, klasykę wprawdzie, bo Planetę Małp, ale będzie więcej.

    Jakiś czas temu pisałem o tym, jak w Polsce definiuje się bestseller. Wydawcy podawali bardzo różne kryteria – dla jednych to sto tysięcy egzemplarzy, dla innych już tysiąc. Zauważyłem, że w waszych książkach zawsze podajecie nakład. Dlaczego się na to decydujecie, skoro większość wydawców tego unika?

    Dla mnie ukrywanie takich danych wynika ze wstydu, tak to widzę. Jeszcze w latach 70. czy 80. w książkach standardowo podawano nakłady i informacje o dodrukach. Dziś średni nakład w Polsce to około 2400 egzemplarzy (ale liczy się tutaj też nakłady podręczników, o ile wiem). Chcieliśmy wprowadzić przejrzystość, bo brakowało nam tego jako czytelnikom i początkującym wydawcom. Nie istnieje żadna pełna baza danych o rynku, NielsenIQ BookScan obejmuje tylko 30–40% sprzedaży, bo najwięksi gracze nie udostępniają danych. Więc nic nie wiesz. My postanowiliśmy to zmienić – podajemy nakład i każdy dodruk. Może dla wielu osób to niewiele znaczący drobiazg, ale daje pewien obraz rynku.

    Inspirację zaczerpnęliśmy z Hiszpanii – tam na stronie redakcyjnej zawsze podaje się wszystkie dodruki. To prosta forma transparentności, której mi osobiście bardzo w Polsce brakuje. Wróćmy do pojęcia bestsellera. W muzyce są konkretne progi – złota, platynowa czy diamentowa płyta. W książkach tego nie ma. I to jest problem, bo bestsellerem może być wszystko – bo ktoś tak napisze. Empik ma prawo nazwać coś bestsellerem, ale nie podaje kryteriów. Nie wiemy, czy chodzi o sprzedaż stu, czy tysiąca egzemplarzy tygodniowo. Brak jasnych zasad wprowadza chaos.

    Obiecałem czytelnikom, że zapytam o kulisy rynku. Byłeś jednym z pierwszych, którzy zwrócili uwagę na recenzje pisane przez sztuczną inteligencję. Jak bardzo powszechne jest to zjawisko?

    Nie prowadzę badań, więc trudno mi powiedzieć. Przy naszych książkach widuję to rzadko, ale przy tytułach masowych – sprzedających się w dużych nakładach – już częściej. I to widać od razu, że tego nie napisał człowiek. Tam są jakieś hasła-klucze: sztuczne, szablonowe frazy, brak naturalnego rytmu zdania. To jest bełkot. Nie wiem, dlaczego ktoś decyduje się na taką praktykę – myślałem, że ludzie recenzujący książki w social mediach robią to z pasji i dla przyjemność. Może także by budować swoją wiarygodność jako recenzenta.

    Jak my konsumujemy literaturę? To jest stały podział pomiędzy papier, e-booki i audiobooki?

    Nie wiem. My przecież najpierw mieliśmy sklep z e-bookami. Mamy bardzo wysoki poziom sprzedaży e-booków – są książki, gdzie 30% sprzedaży to e-booki. A Polska mieści się w średniej europejskiej: 7–10% rynku to e-booki. W Stanach – niemal 50%. Czasem e-booki stanowią 20–30% sprzedaży – zdarza się, że wersja cyfrowa sprzedaje się lepiej niż papier, jak w przypadku Linn Strømsborg w czym duża zasługa Legimi, bo tam był to ogromny hit. Ale to raczej wyjątki. Generalnie im książka bardziej popularna, tym mniejszy udział e-booka – bo sięga po nią szersze grono, które zwykle wybiera papier.

    Jak często musisz tłumaczyć ludziom dlaczego e-book bywa droższy od papieru?

    Bardzo często i do znudzenia. I mało kto przyjmuje te wyjaśnienia. Pełne wyparcie i niezrozumienie tematu, oskarżenie o to, że zmyślam. A sprawa jest prosta. Po pierwsze, prawnie – w zagranicznych umowach licencyjnych zapisane jest, że e-book nie może kosztować mniej niż połowa ceny detalicznej papieru. A cena papieru jest zwykle zawyżona, bp dystrybucja narzuca duże rabaty. Efekt? W promocji książka papierowa (a w jakiejś promocji jest właściwie zawsze i my jako wydawca nie mamy na to żadnego wpływu) bywa tańsza niż e-book, nad którego ceną mamy kontrolę i na promocje możemy się zgadzać lub nie. Ale to też jest jakieś wrażenie, bo gdzieś, w którymś sklepie, ebook którego szukamy będzie na promocji i prawdopodobnie będzie tańszy niż papier (mimo że on tez na promocji). To mit, że ebooki są droższe niż papier. Tak wychodzi tylko wtedy, kiedy ktoś bierze cenę papierowej książki podaną przez detalistę (nie okładkową) z jakiegoś sklepu i zestawia z ceną „okładkową” (bez promocji, albo na jakiejś skromnej) ebooka.

    www.unsplas.com/@felirbe

    I tu dochodzimy do drugiego aspektu, społecznego – ludzie kupują e-booki prawie wyłącznie na promocjach. Promocja to okno wystawowe. Serwisy typu Publio albo Woblink promują to, co jest aktualnie przecenione. Mają promocję tematyczną albo sezonową. Wtedy ludzie często się dowiadują, że ta książka w ogóle istnieje. Albo przypominają sobie o niej, zwłaszcza kiedy korzystają z porównywarek cen i alertów cenowych. Jeśli zniżka wynosi mniej niż 30–40%, sprzedaż praktycznie nie istnieje. Dlatego trzeba ustawiać ceny wyjściowe tak, by było co przeceniać. W uśrednieniu e-booki wychodzą taniej, tylko tego nie widać, bo nikt nie patrzy na realne ceny sprzedaży papieru, a na cenę okładkową, która i tak jest fikcją.

    Zwróć też uwagę, jak przeceniane są e-booki polskich autorów. Tu ewidentnie nie ma tej klauzuli o której wspomniałem, że nie można sprzedać ich taniej niż kwota x. Dlatego można autora polskiego dorwać za 9 zł na dużym serwisie e-bookowym, ale autora zagranicznego praktycznie nigdy.

    W Polsce od lat mówi się o jednolitej cenie książki. To ratunek czy fikcja?

    Kiedyś myślałem, że ratunek. Dziś nie jestem pewien. U nas książki są tanie – w zestawieniu z inflacją przez ostatnie 15 lat zdrożały minimalnie. Znajdź w domu książkę kupioną w 2000 czy 2010 roku i zobacz jaką ma cenę. Porównaj ją z ceną książki dziś. Czy to jest większy wzrost ceny niż np. 10%, czyli 2-3 zł?

    Za książkę płacisz tyle, co za dwie kawy w Starbucksie, a książka to przecież wielogodzinna rozrywka.

    To nie jest problem ceny, to jest problem twojego podejścia do rzeczy i tłumaczenia, dlaczego nie czytasz książek. Ale to też nie jest dobre porównanie. Lubisz chodzić do kina, więc będziesz chodzić do kina. Lubisz czytać książki, będziesz czytać książki. Nadal relatywnie w relacji do innych rzeczy książka nie jest droga. I jak będzie trochę droższa, to naprawdę świat się nie skończy i sprzedaż dramatycznie nie spadnie.

    Ja wiem, że ludzie mówią: mam budżet na książki 100 zł, teraz mieszczę w tym 3 książki miesięcznie. Jak ceny podskoczą, to będę mieścił 2 książki miesięcznie. Wy, wydawcy, na tym stracicie. Tak i nie. Może sprzedamy mniej książek, ale też na jednej pojedynczej książce będziemy zarabiać trochę więcej.

    Niemniej uważam, że sama jednolita cena nie wystarczy – potrzebna byłaby szeroka ustawa regulująca też np. rabaty dystrybucyjne. Bo teraz dystrybutorzy potrafią narzucać 60%. Gdyby limit wynosił 30%, wydawca mógłby realnie obniżyć ceny okładkowe.

    Jakie myśli kołatały Ci się w głowie, gdy śledziłeś tzw. “Chłopki Gate”? Jak ją oceniasz?

    To fatalne świadectwo dla polskiego rynku książki i dużych wydawnictw. Pokazała, jak bardzo brakuje transparentności. Procenty, nakłady, warunki umów – wszystko owiane tajemnicą. Frydryszak napisała gdzieś na fejsie, że jest pilnowana klauzulą poufności i jeżeli ją złamie i powie, jakie ma procenty, przegra w sądzie. Więc powiedziała, że ona jest gotowa ujawnić, ale czy wydawnictwo ujawni? A Wydawnictwo nabrało wody w usta. Ale dlaczego? Skoro twierdzicie, że procenty są dobre, to ujawnijcie je. I czy pani Joanna była koncyliacyjna w rozmowach, czy może rzucała kłody pod nogi i nie chciała się dogadać? Nie wiem. Wydawnictwo jednak nie chciało nic powiedzieć, choć twierdziło, że warunki są uczciwe. Skoro tak – czemu ich nie ujawnili?

    Może dobrze by było, gdyby sprawa skończyła się w sądzie?

    Tak – bo wtedy trzeba byłoby pokazać liczby. Może sąd zarządził by ich poufność, ale liczę, że nie. Taki wyrok byłby punktem odniesienia, choć nie mamy w Polsce prawa precedensowego. My sami opublikowaliśmy dane o sprzedaży wszystkich tytułów z jednego roku – i reakcja była bardzo szeroka. Ludzie byli w szoku, że świetna książka potrafi sprzedać się w 700 egzemplarzach, a inna – w 8 tysiącach. Bo nikt nic nie mówi.

    Każdy się chwali. I wszyscy mówią, kiedy jest super sukces. Ale nikt nie mówi, kiedy jest mniejszy sukces, że sprzedano tylko 10 tysięcy jakiegoś tytułu. Co według mnie byłoby super wynikiem. Ale my, jako czytelnicy, tego nie wiemy. Jak się sprzedaje np. nowa Puzyńska? Ja chciałbym wiedzieć. Widzę banery na mieście. Chciałbym jako członek tej branży dowiedzieć się czy te banery coś dają? Tajemnica handlowa. Ale też chciałbym to wiedzieć jako czytelnik. Czy to, co ja czuję, że jest tak powszechnie czytane – faktycznie takie jest? Czy to znaczy, że się tego sprzedało 50 tysięcy czy 100 tysięcy?

    Nikt się tym nie chwali, nikt o tym nie mówi. A potem jest wielkie zdziwienie, kiedy właśnie ktoś odkrywa karty, że książek uznanego autora sprzedało się tylko 1500 egzemplarzy. I wszyscy są zdziwieni, łącznie z ludźmi z branży, jak to jest możliwe?! Nie wiem, jak. Ale może wcale nie jest dziwne.

    Ludzie z branży byli bardziej zdziwieni, że na przykład tylko tyle waszych książek się sprzedało, czy że w ogóle zdecydowaliście się powiedzieć o wynikach sprzedaży ArtRage?

    Nie wiem, bo nikt ze mną o tym nie rozmawiał, choć wszyscy widzieli. Widziałem po liczbie reakcji i głosach zakulisowych. Były pytania – dlaczego to robimy? Bo teraz ludzie będę oczekiwać, że inni też to zrobią. Bo wszyscy stosujemy “pedagogikę wstydu” – że nie mówimy o słabych wynikach. Albo, że nawet jak coś jest dobrym wynikiem w tej branży, to ludzie będą to postrzegali jako wynik beznadziejny! Mam taki przykład: Ja, która nie poznałam mężczyzn. To jest nasz hit. Zrobiliśmy pięć dodruków, zleciłem właśnie szósty. Mamy teraz 10 tysięcy sprzedanych egzemplarzy papierowych i około 3 tysiące e-booków. To jest dla nas mega wynik. Ale zapytaj ludzi, nawet nie z branży, tylko czytelników – oni mają wrażenie, że wszyscy czytali tę książkę. A tu 13 tysięcy egzemplarzy… w 40 milionowym kraju.

    To świetny wynik, ale pokazuje skalę rynku – i daje do myślenia, ile naprawdę oznacza „wszyscy czytają tę książkę”.

    Dziękuję za rozmowę.

    Dzięki.

  • Śląskonauta w tramwaju, czyli Zbigniew Rokita o „Aglo”

    Status Ślązaków jest równy statusowi wikingów i elfów, a Śląsk nie może być naszym zbiorowym hemoroidem – pisze Zbigniew Rokita w swojej najnowszej książce „Aglo. Banką po Śląsku”. Autor zabiera nas w podróż tramwajem po miastach mniejszych i większych, o takich samych sprawach też opowiada. Nie przedstawia krainy mlekiem i miodem płynącej, często oskaraża. Kogo? O co? Przeczytajcie, a się dowiecie. Siódemka, czyli królowa śląskich banek, której trasa to kręgosłup aglomeracji, wiezie nas w (nie)znane rejony. Katowice, Chorzów, Świętochłowice, Bytom. Zbigniew Rokita jest naszym motorniczym, ale też opowiadaczem historii, które na Śląsku znamy, ale czy na pewno wystarczająco dobrze?

    Książkę „Aglo. Banką po Śląsku” uzupełniają świetne zdjęcia Arkadiusza Goli, które dodają klimatu lekturze.

    Dziękuję Tramwajom Śląskim za pomoc przy realizacji nagrania.

    Materiał powstał we współpracy płatnej z Wydawnictwem Znak.

  • Zemsta nie ma terminu ważności. Rozmowa z Maciejem Siembiedą o „Gołoborzu”

    Oczekiwania były spore, bo „Gołoborze” było zapowiadane jako najbardziej osobista książka Macieja Siembiedy, której akcja toczy się w krainie jego dzieciństwa. Jak wyszło? Z bólem serca muszę przyznać, że świetnie. Z bólem serca, bo jest duże prawdopodobieństwo, że autor już niczego lepszego nie napisze. W „Gołoborzu” motywem przewodnim jest zemsta, która nie ma terminu ważności, może się aktywować nawet zza grobu. Wkrada się też miłość, więc pytanie, która z tych namiętności będzie silniejsza. Jeśli szukacie bohaterek i bohaterów pozytywnych, to przy lekturze „Gołoborza” musicie się uzbroić nie tylko w lupę, ale w mikroskop. Premiera książki w październiku, ale już dziś mam dla Was przedsmak, czyli rozmowę o „Gołoborzu”.

  • 15 książek, na które czekam we wrześniu

    Wrzesień przynosi sporo nowości, więc selekcja była duża. Wybrałem tradycyjnie te, które albo już przeczytałem i mi się podobały, albo te, które mnie najbardziej interesują. Po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się na stronę wydawnictwa, gdzie przeczytacie więcej o interesującym Was tytule. Smacznego!