Od krakowskich targów minęła chwila, a to oznacza, że na blogach, serwisach internetowych, a także – jak mniemam, nie śledziłem aż tak uważnie – w prasie czy telewizji pojawiły się na ich temat czy to teksty podsumowujące, czy chociaż wzmianki. Większość tych, na które trafiłem, była niemal identyczna jak wpisy po poprzedniej edycji, a także jak po edycji rok wcześniej i jeszcze wcześniej. No bo niby i czemu, mógłby ktoś zapytać, miałoby być inaczej, skoro impreza sama w sobie niewiele się zmienia?
Powód widzę w zasadzie jeden, a mianowicie wspomniany już na tych łamach list otwarty do organizatorów Targów podnoszący kwestię komfortu i bezpieczeństwa tak uczestników, jak i gości wydarzenia. Zwrócono w nim uwagę na kilka głównych targowych bolączek jak chociażby kwestia zakorkowanej drogi dojazdowej, zwłaszcza tej na ostatnim kilkusetmetrowym odcinku, na ciasne przejścia między stoiskami, na spotkania z celebrytami, które, odbywając się w halach głównych, w zasadzie paraliżują Targi. Wiele kwestii okołotargowych zostało podniesionych tak w liście, jak i w szeregu wpisów go popierających i, sądząc po sieciowych reakcjach na nie, były to bolączki prawdziwej rzeszy polskich czytelników, bywalców Targów.

Organizatorzy, trzeba przyznać, odnieśli się do zarzutów i zrobili to względnie rzeczowo. Piszę „względnie”, ponieważ nie mogło zabraknąć w odpowiedzi żalu odnośnie do formy publikacji listu. Żalu wskazującego wyraźnie, że coraz częściej zapominamy, czym jest list otwarty i czemu ma służyć. Pomijając jednak ten niezręczny i trochę niedojrzały – a na pewno nieprofesjonalny – wyrzut, odpowiedź zawierała szereg wyjaśnień, ale i zapewnień i gwarancji, że tym razem będzie lepiej.
Nie będę tu budował zbędnego suspensu. Było lepiej. Niewiele, ale jak nawołują do nas plakaty siłowni: progres, nieważne jak mały, świadczy o tym, że zrobiono krok w dobrym kierunku. Droga dojazdowa do targów już nie przerażała. Policjantów i strażników miejskich kierujących ruchem było jakby więcej, a przynajmniej byli bardziej zauważalni. Spotkania z gwiazdami przyciągającymi największą uwagę przeniesiono do specjalnych sal i choć w formie, w jakiej to zrobiono, nie rozwiązało to do końca problemu, a wiele technicznych detali kulało – na przykład wyjątkowo niedbałe przekierowywanie ruchu na inne przejścia, gdy to między salami z celebrytami ni stąd ni zowąd je zamykano – na pewno wskazywało to wyraźnie, że ktoś posłuchał. Kwestii ciasnoty, zagęszczenia stoisk, etc., póki co nie rozwiązano, ścisk nadal przytłacza, a brak wyraźnych wskazań dróg ewakuacyjnych niepokoi, ale jest to zasygnalizowane, według reakcji na list przyjęte do wiadomości i jest szansa, że następna edycja poprawi coś i w tym względzie.
To z rzeczy dobrych, które na pewno trzeba zauważyć. Teraz natomiast przejdźmy do tego, co Targi zrobiły w sposób fatalny i wręcz bezczelny – sposobu, w jaki spróbowano rozwiązać PRowy kryzys z pisarzami. Pozwolę sobie opisać sytuację swoją, ponieważ ją znam w dokładnych szczegółach, ale na ile zdążyłem się zorientować, dotyczy ona wielu autorów, którzy publicznie wyrazili swoje zaniepokojenie czy to w liście otwartym bezpośrednio, czy wyrażając swoje dla niego poparcie.

Książki podpisywałem w sobotę i to był mój pierwszy dzień na tegorocznych krakowskich Targach. Rozmawiając z czytelnikami, kątem oka zauważyłem wtedy pracownika biura targów, który wyraźnie na mnie czekał. I faktycznie, gdy skończyłem, podszedł do mnie i uprzejmie zapytał, czy zgodzę się na krótką rozmowę na temat Targów. Powiedziałem, że owszem, chętnie, ale lojalnie ostrzegłem, że na terenie dopiero się pojawiłem i ciężko mi cokolwiek ocenić. Panu to jednak nie przeszkadzało, poprosił mnie o zgodę na nagrywanie i wykorzystanie nagrania, na co przystałem. I wtedy zaczęła się dość kuriozalna rozmowa.
Sprowadzała się do tego, że dostawałem kolejne pytania związane z Targami, które dość jasno sugerowały mi odpowiedzi. Pierwsze z nich dotyczyło dostrzeżonych zmian, poprawy sytuacji etc. Ostatnie tego, czy chcę nadal przyjeżdżać na Targi, czy wyobrażam sobie krajobraz polskiego rynku książki bez tak ważnej imprezy.
Na pytania odpowiadałem szczerze i otwarcie, mówiąc o plusach, ale i minusach, o niebezpieczeństwach i o tym, że jako człowiek przez lata związany z Górnym Śląskiem, wciąż pamiętam skutki katowickich zaniedbań i tragedii z tym związanej. Pan podziękował mi za rozmowę, a zapytany, do czego to jest potrzebne, powiedział, że zbierają opinie na temat targów, zwłaszcza od autorów, którzy wyrazili swoje wątpliwości. Zgoda na wykorzystanie nagrania jest natomiast potrzebna do podsumowania skierowanego później do mediów.
Jak się okazało, Pan – a może nie tylko on – rozmawiał później nie tylko z autorami, ale i z pracownikami stoisk, etc. Sądząc po tym, jak się uwijał, dostał spory materiał do potencjalnej analizy.
Czy skorzystał? Czy skorzystali mocodawcy rzeczonego Pana? Trudno mi orzec, ale na pewno nie wynika to z komunikatu, jaki podsumowywał Targi. Ani z żadnego innego opublikowanego przez organizatora dokumentu. Wręcz przeciwnie, w komunikacie widać dwa cytaty, dwie odpowiedzi, w których wybrzmiewają zadawane wszystkim pytania. Dwa bardzo duże nazwiska, dwie osoby mające prawo do własnego zdania, to jasne. Zaskakująco jednak obie wypowiedzi to bezkrytyczna pochwała Targów. To obraz wydarzenia idealnego.
Nieomal słyszę w tle Muńka Staszczyka śpiewającego teraz: Jest super, jest super, więc o co ci chodzi?
Uważam, że absolutnie obrzydliwą i niedopuszczalną praktyką jest ta podjęta przez Organizatora, wynikiem której zdobywa on szczere wypowiedzi ludzi – szczere, mimo formy w jakiej zadawano pytania – tylko po to, by potem wybrać sobie takie, które najbardziej pasują pod gotową tezę. Można spokojnie odnieść wrażenie, że komunikat był gotowy zawczasu, z pokaźnej bazy cytatów dwa wpisały się idealnie i poszły, a reszta? Nie ma znaczenia. Kryzys nie istnieje, wszystko jest załatwione! Spacyfikowaliśmy list, pokazaliśmy, że jesteśmy najlepsi, a to wszystko wybierając spośród pisarzy tych, którzy nam pasują i mówią – podkreślam, wierzę, że całkowicie zgodnie z własnymi odczuciami – dokładnie tak, jak chcemy i jak nam pasuje.


