Tag: islandia

  • Islandzki biały kruk na Śląsku!

    Starodruk z 1688 roku dotyczący historii Islandii w Chorzowie? Jak się okazuje, literatura nie ma granic. „Księga o zasiedleniu” spoczywa w magazynie Muzeum Hutnictwa w Chorzowie, a egzemplarzy tego tytułu jest na całym świecie raptem 30. Gdyby porównać jej wartość z czymś ważnym dla Polski, to moglibyśmy ją postawić obok kronik Jana Długosza. Poznajcie historię „Księgi o zasiedleniu” i zobaczcie jej chorzowski egzemplarz. Dodam, że kilkanaście dni temu na Śląsk przyjechał ambasador Islandii w Polsce, który zadeklarował pomoc w nawiązaniu kontaktu z islandzkimi badaczami.

     

     

  • Śladami „Baldura” po Islandii

    Śnieg, wiatr, czyli moje ulubione warunki do pracy. Na Islandii spotkałem się z Bereniką Lenard i Piotrem Mikołajczakiem z icestory.pl, którzy napisali thriller psychologiczny „Baldur. Wyspy Białego Słońca”. Pojechaliśmy tu i tam, nagraliśmy to i owo, czego efektem jest materiał, który za moment obejrzycie. Sporo w „Baldurze” mrocznych historii z Beskidu Niskiego, a także z Islandii. Czy można uciec przed przeszłością? Czy traumy można dziedziczyć? Na pomysł jakiej aplikacji wpadli Berenika i Piotrek? Książkę przeczytacie koniecznie, bo początek serii zapowiada się bardzo dobrze – czyli w skrócie – polecam. Jeśli wybieracie się na Islandię, to spokojnie możecie wybrać się śladami Baldura – będą Państwo zadowoleni, bo w książce dzieje się naprawdę sporo. Wszystko zaczyna się od pewnego filmiku nagranego telefonem komórkowym, który zmienia życie głównego bohatera. Wraca do niego przeszłość, którą zostawił, tak mu się wydaje, w Polsce, a konkretnie w Beskidzie Niskim.

    Co dla mnie ważne, Berenika i Piotrek wiedzą, o czym piszą. Bo zarówno Polska jak i Islandia jest im doskonale znana, więc jeśli czytam, że coś wydarzyło się tutaj i tutaj, to mam pewność, że tam byli, widzieli, sprawdzili. Dobra, nie zabieram Wam więcej czasu, zobaczcie materiał i sięgnijcie po książkę, a jeśli chodzi o Islandię, to oczywiście polecam. Ja zawsze na północ podróżuję ze swoim jedzeniem, co może się wydać dziwaczne, ale naprawdę to obniża koszty (wysokie) funkcjonowania na miejscu. Wiadomo, że jeśli lecicie na tydzień lub dwa, to nie weźmiecie chleba na zapas, ale jak na kilka dni, tak jak ja, to spokojnie jest to temat do ogarnięcia. Gdyby coś, służę kulinarną radą. Zostawiam Was z Bereniką i Piotrkiem, chociaż na początku ja też się pojawię. 

    Współpraca płatna z Empik Go.

  • Juliusz Verne, „Gra o tron”, hot dog Clintona, zorza polarna, czyli wyprawa na Islandię!

    Minus dwanaście stopni, silny wiatr, sporo śniegu, do tego zorza polarna. Taka była Islandia, gdy wybrałem się tam śladami „Podróży do wnętrza Ziemi”. Juliusz Verne postanowił, że jego bohaterowie wejdą do tytułowego wnętrza właśnie w tym zakątku świata, więc trzeba było wszystko zobaczyć na własne oczy. Jednak samemu niewiele bym zdziałał, bo tak naprawdę to Piotrek Mikołajczak z icestory.pl był moim przewodnikiem i mentorem, dzielił się wiedzą i opowieściami. Sam pewnie nigdy bym do miejsca akcji nie dotarł, więc Piotrze, ogromne podziękowania. W materiale pojawia się też góra, która wystąpiła w „Grze o tron”, hot dog Billa Clintona (tylko z musztardą!) oraz zorza polarna, która warta jest znoszenia każdych warunków pogodowych.

    Jeśli chcecie poznać Islandię inną niż w przewodnikach, to przeczytajcie koniecznie książkę Piotrka Mikołajczaka i Bereniki Lenard „Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii”. Jedno z takich opuszczonych miejsc pojawia się materiale i robi wrażenie! 

    Materiał powstał m.in. dzięki Patronkom i Patronom smaku, którzy dzielnie mnie wspierają w podboju literackiego świata. Jeśli chcesz dołączyć do tego grona, wystarczy kliknąć tutaj.

    Do zobaczenia na szlaku!

  • Rekin, baran, żelki Haribo oraz…Herbert. Afera plagiatowa oczami Piotra Stankiewicza

    Zrobiło się ostatnio gorąco w literackim światku (jest on tak mały, że łatwo się nagrzewa), za sprawą oskarżeń o plagiat wysuniętych pod adresem „Rekin i baran. Życie w cieniu islandzkich wulkanów” autorstwa Marty i Adama Biernatów. Nie będę opisywał dłużących się faktów (niezłe streszczenie tutaj), więc w największym skrócie: gruchnęła wieść, że ww. książka jest ponoć splagiatowana z książki Aldy Sigmundsdóttir „The Little Book of the Icelanders in the Old Days”, a także z paru innych źródeł, m.in. przewodnika „National Geographic” po Islandii, oczywiście Wikipedii i… strony internetowej żelków Haribo.

    Wiele osób już o tym pisało, nie chcę więc powielać. Zwłaszcza, że nigdy nie byłem na Islandii, nie czytałem tych książek, a poza tym żaden ze mnie reporter. Tylko fakty są ciekawe? Nie tylko! Jeszcze ciekawsze jest refleksja nad nimi. A jest tu o czym myśleć.

    I ja myślę sobie tak: za kwartał są lata dwudzieste XXI wieku. Pytanie o własność intelektualną w epoce cyfrowej jest jednym z kluczowych, czy też, jak by to napisała Marta Biernat, jest najbardziej dużym, ogromnym i wielkim pytaniem naszych czasów. Bo do kogo właściwie należy wpis na Reddicie? Jakim źródłem jest komć na Facebooku? To są zasadne wątpliwości, z którymi mierzy się każdy kto dzisiaj coś pisze. I są one godne osobnego felietonu, czy raczej ich cyklu. Jednak pytanie o status ontologiczny riposty na Twitterze to jest zupełnie inna rozmowa, niż ta o jawnym plagiacie. Ten ostatni mnie po prostu dziwi: w XXI wieku przepisywać fragmenty cudzych tekstów i liczyć, że nikt się nie wyda?

    Islandia, fot: www.unsplash.com/André Filipe

     

    Skoczmy pół wieku wstecz. Pisząc esej „Kamień z katedry” do swojego legendarnego „Barbarzyńcy w ogrodzie” Zbigniew Herbert najprawdopodobniej ordynarnie przepisał pokaźne fragmenty książki Les Bâtisseurs de cathédrales Jeana Gimpela, która akurat wyszła w czasie jego pobytu we Francji pod koniec lat 50. Młody Pan Cogito mógł jednak rozsądnie przypuszczać, że nikt się nie zorientuje. Bo książki Gimpela nie było jeszcze po polsku, bo żelazna kurtyna, bo inne czasy (i faktycznie, to wyszło na jaw dopiero po czterdziestu latach i śmierci autora; jeżeli się nie mylę pierwsza napisała o sprawie Dorota Bielawska w „Twórczości” w 2004 r., nr 2-3 s. 226-231. Ale dzisiaj? Gdy niemal wszystko i niemal każdy dostępny jest za jednym kliknięciem? Dzisiaj plagiat przez przepisywanie żywcem – dziwi.

    Co z kolei nie dziwi, to sytuacja w której plagiator kluczy i brnie, nie umiejąc się przyznać do błędu. To się nie zmieniło. Bo z tego błędu (czy błąd to właściwe słowo?) nie ma łatwego wyjścia. Nie wiem, co myśli autor przepisując cudzą książkę. Nie mam doświadczenia. Czy myśli, że tak to się właśnie robi, że na tym polega pisanie? Czytałem sporo o tym nieszczęsnym „Kamieniu z katedry” i zaprawdę, na szczyty delirycznych manipulacji wspinali się ci, którzy chcieli bronić Herberta w tej sprawie. A to, że intertekstualność, a to, że „jad niechęci”, a to, że poeta w natchnieniu stracił rozróżnienie między źródłem, a własnym tekstem. Brzmi kuriozalnie, ale, między Bogiem a „Prawdą”, co właściwie można powiedzieć w takiej sytuacji? „Sorry, przyznaję, że moje pisarstwo jest kłamstwem”? Jest w akcie pisania, akcie twórczym, coś takiego, że sprzeniewierzenie się mu jest złamaniem czegoś więcej niż praw autorskich. Jest zerwaniem jakiejś głębszej, niepisanej umowy. Jest trochę świętokradztwem. I chyba dlatego tak trudno się przyznać. Bielawska podaje, że „Kamień z katedry” jest zerżnięty z Gimpela w „ponad 2/3”, u naszych Islandczyków mówimy o procentach jeszcze wyższych, a dodatkowo wchodzą te nieszczęsne żelki Haribo. Podręcznik strategii mówi, że szansa na sensowny odwrót jest wtedy, kiedy jest ścieżka do takiego odwrotu. Ale przy plagiatach tak grubych, trudno powiedzieć jaki właściwie jest sensowny out dla autora. Więź autora i czytelnika jest zawsze trochę skokiem na wiarę w uczciwość tego pierwszego. Kto taką umowę zerwie, ten faktycznie, nie bardzo ma gdzie i którędy wracać. Stąd zaprzeczenie, brnięcie, próby przeczekania.

    I jeszcze jedna uwaga, trochę z innej beczki, choć z tej samej bajki. Bo tak: pierwszy rzucę kamieniem (nie tym z katedry) w kwestii plagiatów. Jeszcze szybciej nim rzucę w sprawie – jak to ktoś nazwał – „nadprodukcji książek reporterskich w Polsce” (rzucę i dodam, że nie tylko o reporterskie chodzi). W tej kanonadzie kamieni przynajmniej jeden jest jednak rzucany niesprawiedliwie. I nie pierwszy raz ten kamień pada – więc pozwolę go sobie tutaj podnieść.

    Autorzy „Rekina i barana” zaczęli swoją karierę nie od książki, a od bloga o Islandii. Przyszła popularność, sprawy urosły, to wydali też książkę. I teraz są hejtowani również i za to, że są „tylko blogerami” i że „tak to się kończy, gdy influencerzy biorą się za pisanie książek”. Dużo widziałem komentarzy tego typu. Rezonuje w nich myślenie, że „prawdziwym pisarzem” (cokolwiek to znaczy) jest ten, kto wyda książkę na papierze (najlepiej pięćsetstronicową powieść polifoniczną), a kto publikuje w internecie ten jest „marnym blogerem”. Tylko, że to jest myślenie sprzed dwudziestu lat! Dzisiaj dużo mniejsza jest odległość między książką, a internetem. Bo ani książka nie stoi już tak wysoko, ani blog tak nisko. To się wszystko zdemokratyzowało, spłaszczyło. Skurczyła się przestrzeń między słowem drukowanym, a tym wyświetlanym, a nadmierne skupianie się na medium jest dziś anachronizmem. To nie ma już takiego znaczenia, czy coś czytam w grubej książce, czy na Twitterze. Liczy się treść.

    I to za treść należy oceniać i za treść należy hejtować. Kto żywcem przepisuje cudzy tekst i twierdzi, że to jego własny, a potem się jeszcze mętnie tłumaczy – ten popełnia plagiat i tyle. Ale dotyczy to tak samo blogera, czy instagramera, jak reportera i poety. Rzetelność i uczciwość są jedne i niezależne od medium. Media się zmieniają i formy się zmieniają. Zostaje nam jedno – dbać, żeby treść była uczciwa.

    Piotr Stankiewicz – filozof i pisarz. Autor, m.in. „21 polskich grzechów głównych” oraz „My, fajnopolacy”. 

  • W jednej ławce z Yrsą Sigurðardóttir, czyli rozmowa o „Porachunkach”

    Z Yrsą Sigurðardóttir spotkałem się w szkole, bo przecież to jeden z wątków jej najnowszej książki. Pogadaliśmy o „Porachunkach”, skandynawskich kryminałach, duchach, a także o tym, co to znaczy być Polakiem na Islandii. W wolnej chwili postarajcie się przeczytać z naturalną prędkością nazwisko autorki, łatwo nie jest 😉 Jeśli jeszcze nie czytaliście „Porachunków”, to zachęcam. Yrsa zdradziła, że jej kolejna książka będzie związana z social mediami. Tak, też będą trupy. Realne.

  • „Nike? Angelus? Kupię sobie dwa bombowce”.

    Gdyby nie słoik ze śledziami, pewnie nigdy nie znalazłby się na Islandii. Ma podwójne obywatelstwo, do snu czyta Bukowskiego… Wiele wątków, wiele ciekawych historii. Zapraszam do lektury wywiadu z Hubertem Klimko-Dobrzanieckim. 

    Skąd się wzięła Islandia w Twoim życiu? Miłość od pierwszego wejrzenia?

    Jest taka anegdota w książce: za komuny było coś takiego jak sklep Centrali Rybnej. Sprzedawali w nim śmierdzące makrele ze skrzynek, ale matka przyniosła kiedyś słoiczek śledzi. Wezwaliśmy sąsiada, mówiliśmy na niego „Mózg”. Rozszyfrował, że na dekielku są islandzkie litery. Tak się zaczęło. Miejsce na mapie. Wyspa. Tajemnica. Daleko. Żadnych informacji. Oczywiście, z czasem te informacje się pojawiały, więc było ich więcej. Pojawiła się również literatura. Przeczytałem Halldóra Laxnessa, który dostał nobla w pięćdziesiątych latach. Te książki były przetłumaczone na polski z niemieckiego, czy szwedzkiego. Potem pojawił się Jacek Godek. To jedyna osoba, która jak do tej pory może się pochwalić całkiem sporym dorobkiem przekładowym z islandzkiego na polski.

    Gdybyś wtedy na tym słoiku ze śledziami znalazł napisy po szwedzku to myślisz, że zafascynowałaby Cię Szwecja?

    Nie. Szwedzki alfabet jest smutny. A Szwedzi są jak ich alfabet. Zapamiętałem islandzkie literki jako dosyć jajcarki przekaz. Szwecja była znana mimo wszystko. Uciekali ludzie do Szwecji za komuny. Na zachód, czyli na północ.

    Ta Islandia Ci się na tyle spodobała, że masz obywatelstwo?

    Tak, już dawno mam.

    Studiowałeś tam?

    Nie tylko. Musiałem również pracować.

    Jeśli już poruszamy ten temat to porozmawiajmy o „Domu Róży”, który jest zapiskiem Twoich przygód i Twojej pracy dosyć specyficznej. Nie byłeś kucharzem, strażakiem tylko zajmowałeś się dosyć specyficzną działką.

    Byłem pomocnikiem pielęgniarza. Potem skończyłem kurs, i zostałem pielęgniarzem geriatrycznym. Więc pracowałem przez kilka lat w domu starców. Książka bazuje na moich przeżyciach, czy doświadczeniach ale to jest mimo wszystko fikcja literacka. Wcześniej, będąc na studiach, obejrzałem film Fridrika Thora Fridrikssona pt. „Dzieci natury”. Historię o parze staruszków, którzy spotykają się w domu starców. Zarówno kobieta, jak i mężczyzną są tam umieszczeni przez rodziny. Zakochują się w sobie i uciekają. Zazwyczaj jest tak, że to literatura jest bazą dla filmu. U mnie było odwrotnie. Nawet zatrudniłem się w domu starców, gdzie pewne sekwencje były kręcone. Potem już poszło. Od pensjonariuszy dowiedziałem się rzeczy jakich nie dowiesz się na ulicy. Szczególnie od młodszego pokolenia. W książce jest portret siostry Róży. Miałem pensjonariuszkę, która była niewidoma, ale pamiętała siostrę. Dziewczynka utopiła się w gorącym źródle. Ta historia też mnie zainspirowała. Takie właśnie zrządzenia losu, ale również pewna kalkulacja, doprowadziły do napisania tej książki.

    Mówisz po islandzku?

    Mówię, ale coraz gorzej. Nie mam codziennego kontaktu z żywym językiem. Czytam po islandzku. Nowości książkowe, które mnie interesują, sprowadzam drogą pocztową, to samo tyczy się filmów. Ale to jest taki język, że jeżeli się tam nie urodziłeś, albo nie byłeś z dwujęzycznej rodziny, nie wiem jak dobrze byś mówił gramatycznie, i tak cię złapią, że jesteś zagraniczny. Niesamowite dźwięki, które są nie do podrobienia….

    Ty tam byłeś 10 lat, tak?

    Ponad 10. Moja żona była dwa razy w ubiegłym roku. I dlatego książka powstała „Zostawić Islandię”. Moja była szefowa powiedziała mi –zatęsknisz. Roześmiałem się, bo naprawdę miałem dość Islandii. Klimatu przede wszystkim. Nie ludzi. Ludzie byli fajni. Jeżeli doświadczyłem czegoś złego na Islandii ze strony ludzi, to często byłe to osoby zagraniczne, a nie lokalne. Po ośmiu latach w Wiedniu okazało, że szefowa miała rację. Zabrakło mi ludzi i masywu Esji, który widziałem przez okna naszej sypialni w Reykjaviku. W Wiedniu mam trzy drzewa, które wyrosły tak, że zaczęły zasłaniać nam balkon.

    Tak zaczynasz tę książkę…

    Refleksją, bo na kontynencie miasta i krajobrazy są do siebie podobne. Islandia jest inna, niepowtarzalna. Jeśli zaczniesz podróż w Polsce, od Krakowa, a skończysz na Chorwacji, no to jest dziedzictwo CK. Miasteczka są do siebie podobne. Niektóre są bardziej czyste, niektóre mniej. Ale architektura jest sieciowa.

    Jak było z „Preparatorem”, bo w wydawnictwie Od Deski do Deski panuje taka zasada, że to oni proponują autorowi kilka tematów, z których on wybiera jeden.

    Zadzwoniła agentka mówiąc, że powstaje nowe wydawnictwo i szukają pisarzy, którzy by napisali książkę na zamówienie, opartą o fakty. To było pewnego rodzaju wyzwanie i novum dla mnie. Okazało się, że daję radę i nawet mnie to wciągnęło. Ale nie było tak różowo od początku. Wysłali mi mailem dziesięć tematów. Skrócone wersje wydarzeń, które by mnie ewentualnie interesowały. Wybrałem historie głuchoniemego syna, który zamordował ojca. Pomyślałem, taki amerykański temat. Na pewno czytelnik będzie trzymał stronę zabójcy. Zacząłem powoli szperać w internecie, uczyć się migowego języka. Wchodzić w psychikę człowieka, który jest głuchoniemy. Napisałem do wydawnictwa, że ten temat wybieram. Po kilku tygodniach okazało się, że nie będę mógł wykorzystać tej sprawy. No to co teraz? Wysłali następne historie. Przypadł mi do gustu preparator. A dlaczego? Tu się zaraz skrzyżują wątki islandzkie. Pracując w domu starców spotykałem się co prawda nie z preparatorami, ale z ludźmi z przedsiębiorstw pogrzebowych. Obcowanie z umarłymi nie było novum. Z domu starców droga jest zazwyczaj jedna… Poczułem, że mogę dotknąć tej historii. Dostałem tysiąc stron akt sądowych, przeczytałem je. Prawdziwy zabójca nie był tak ciekawy. Musiałem go podkręcić po prostu. Wzbogacić historię.

    Czytałeś pozostałe, które wyszły w tej serii?

    Przeczytałem Janusza Leona Wiśniewskiego. Wiem, że Tomek Sekielski wydał u siebie książkę. Jest – „Bestia”, ale też nie czytałem. Chętnie bym przeczytał wszystkie książki z serii. Pewnie kiedyś po nie sięgnę, ale teraz mam takie zaległości, że szkoda mówić. Dla relaksu, zanim zasnę, czytam Bukowskiego. Świntucha.

    Dobre do spania. Jaki masz stosunek do nagród literackich? Trochę się do tego przywiązujesz czy masz to kompletnie gdzieś? Bo byłeś już nominowany do Angelusa, do Nike, do Paszportów

    Tak, byłem. To jest oczywiście miłe, że jesteś dostrzeżony. Nie chcę się krygować. Jeżeli bym dostał nagrodę to bym się cieszył. Mam swoje różne plany, hobby zwariowane. Ale nagrody nie są celem mojego pisania. Lubię spotykać swoich czytelników na spotkaniach autorskich. Dyskutować z nimi, dowiedzieć się czegoś, czego nie wiedziałem pisząc książkę, a oni to wiedzieli! To jest dopiero nagroda!

    Jakie jest to zwariowane hobby?

    Samolociki na uwięzi.

    Z silnikiem takie?

    Tak, tak, tak. Lubię patrzeć jak psy dostają kota. To znaczy, jak ich właściciele dostają kota z psami na uwięzi. Pies na smyczy, to prawie jak samolot na uwięzi. Różnica jest w tym, że ja uwiązuję nieżywy przedmiot, który się nie stresuje. Wyobraź sobie przeczystą, przepiękną łąkę na rogatkach Wiednia. Setki świrów z psami na smyczy. W pewnym momencie pojawiam się ja ze swoja smyczą, i tym, co jest do niej przywiązane. Odpalam swego psa i zaczynam nim kręcić w powietrzu. Prawdziwe psy zaczynają dostawać kota, a ich właściciele jeszcze większego. Zwierzęta się zrywają ze smyczy, właściciele biegną za nimi, a ja sobie kręcę samolotem i przy okazji podziwiam ten wspaniały widok. Te momenty, kiedy niektóre czworonogi odzyskują chwilową wolność.

    Sam je składasz jeszcze? Czy to już jest gotowe, w kartonie tylko wyciągasz?

    Można kupić, i można samemu poskładać. W sumie to są bardzo drogie rzeczy. Także wiesz, jakby była jakaś nagroda, dziesiątki tysięcy złotych, nie zastanawiałbym się, żeby ją przeznaczyć na wypasiony bombowiec.

    Dobre na tytuł wywiadu. Powiedz jeszcze, jak na Ciebie wpłynął ten nowicjat?

    Cieszę się, że miałem taki epizod w swoim życiu. Oczywiście, nie zawsze trzeba sprawdzać żeby być utwierdzonym w tym, że to był błąd, na przykład. Ale ja jestem pewien, że jakbym uparł się i skończył seminarium duchowne to chyba nie byłoby to. Wierzę w powołanie do niektórych zawodów, czy funkcji. Nie mam żadnego żalu, że się wypisałem, zrezygnowałem. Nie wyrzucono mnie, absolutnie. Dużo zawdzięczam seminarium. Punktualności się nauczyłem. Nie w Austrii, tylko tam. Rannego wstawania, dyscypliny i w jakimś sensie odpowiedzialności.

    Jest jeszcze coś co bardzo chciałbyś napisać?

    Wiesz, musiałbym pojechać do Bukaresztu, w archiwum pogrzebać. Jest taka książka, chodzi mi po głowie. Grubsza sprawa i gruba książka. Kilka lat roboty. Kiedyś się za nią wezmę.

    To będzie Twoja najgrubsza książka.

    Grubas powinien wyjść z tego.

    Taki na Nike.

    Na Nike? Niekoniecznie. Angelus jest bardziej hojny, ale ok, może być też Nike, Gdynia, co tam mają.

    Będzie na bombowca.

    Byłoby na kilka.

     

    Zdjęcia: Wydawnictwo Od Deski Do Deski.