Tag: katarzyna bonda

  • Czy seryjny morderca jest lepszy od konsoli? Tekst Jakuba Ćwieka

    Nie tak dawno miałem okazję trafić na filmowy zapis rozmowy Tomasza Raczka z Katarzyną Bondą. Tematem głównym była szeroko rozumiana twórczość oraz pasje autorki, ale rozmowa, jak to zwykle bywa w przypadku tych, przy których nie trzeba się spieszyć, raz po raz dryfowała na boki. I jednym z takich dryfów była rozmowa na temat spraw formacyjnych wśród młodych ludzi.

    W pewnym momencie autorka wspomina o tym, jak była na spotkaniu autorskim w szkole swojej nastoletniej córki i gdy rozmawiała z jej rówieśnikami, wyszło, że większość słucha pasjami podcastów na temat seryjnych morderców.

    Swoje stanowisko wobec takiego stanu rzeczy autorka wyjaśnia klarownie, więc i ja je klarownie przytoczę, posługując się cytatem:

    „Myślę, że to jest ten wiek. I bardzo dobrze, jestem za tym ponieważ uważam, że należy pokazywać młodym ludziom, że wilk jest w lesie”.

     

    Gdy natomiast Tomasz Raczek pyta, czy pisarka nie ma obawy, że to (w domyśle podcasty true crime’owe) może trafić do wyobraźni młodych ludzi i „będą chcieli spróbować jak to jest”, Bonda odpowiada:

    „Daj Boże, żeby trafiło to do ich wyobraźni, żeby wiedzieli, że istnieje zło i dobro. A to czy oni będą sprawdzać czy ten nóż jest ostry, to moim zdaniem zależy od czegoś zupełnie innego. Chodzi o taki fundament społeczno-rodzinny i elementy psychologiczne, które sprawiają, że młody człowiek wkracza na tę ścieżkę i to wynika z lęku (…) natomiast moim zdaniem to nie dzieje się tak, że my po lekturze kryminału czy obejrzeniu jakiegoś serialu kryminalnego najbardziej krwawego, czy horroru od razu pójdziemy i zostaniemy urodzonymi mordercami”

     

    I tu się na chwilę zatrzymajmy.

    Generalnie, nie wchodząc w jakieś drobne niuanse, ani moje prywatne zdanie na wyrażony tu pogląd, słychać, że Bonda zna temat i wyraża zwartą, konkretną opinię. Nie pierwszy raz zresztą. Nietrudno sprawdzić, że pytano ją o to setki razy, a i sama, jako autorka kryminałów, a wcześniej dziennikarka zajmująca się tematem, przewałkowała to sobie w każdą możliwą stronę do tego stopnia, że może jak z rękawa sypać przykładami, statystykami i konkretnymi twardymi wynikami badań na potwierdzenie swojej tezy. A ta teza, nieco upraszczając, brzmi następująco: to nie tak, że kryminały czy podcasty true crime’owe są szkodliwe same w sobie, bo jak każde ziarno, zależy na jaki trafią grunt. Ale co do zasady to nawet dobrze jeśli nastolatki będą słuchać pasjami o seryjnych mordercach, bo dzięki temu nauczą się że istnieje zło.

    Tomasz Raczek i Katarzyna Bonda, fot: Kanał YT – Onet Styl Życia

    Mija jednak niedługa chwila i narracja Bondy nagle się zmienia. Nagle znajduje się medium, które jednak nie łapie się na kategorię ziarna zależnego od gleby. I są to, uwaga, gry.

    Oddajmy raz jeszcze głos autorce:

    „Natomiast moim zdaniem to jest absolutnie sytuacja, w której rodzice i ludzie którzy są w środowisku widzą różne rzeczy niepokojące. Nie wiem, na pewno jest bardzo wielki problem z grami, z uzależnieniem od gier, które też jakby stępiają pewien rodzaj wrażliwości i mogą nie tyle zachęcać, co zdejmować poczucie odpowiedzialności u młodego człowieka.”

    I na tym etapie przyznam, że trochę zdurniałem. Po pierwsze dlatego, że w przeciwieństwie do wypowiedzi numer jeden tu autorka nie wypowiada się już tak konkretnie. Podnosi na przykład zarzuty stosowane wobec gier po prostu (że oswajanie i bagatelizowanie przemocy) i miesza je z uzależnieniem od gier, co jest dość drastycznym myleniem pojęć. Każde uzależnienie jest bowiem poważnym problemem, w pewien sposób szczególnie u młodego człowieka. I nieważne czy mówimy o cukrze, social mediach, grach sieciowych, mecie czy seksie.

    Skupmy się jednak na tym fragmencie o stępianiu wrażliwości i zachęcaniu do zdejmowania poczucia odpowiedzialności. A dokładniej na tej dziwnej rozbieżności z jaką Katarzyna Bonda traktuje poszczególne media.

    Dlaczego brutalne książki czy seriale nie mają tych strasznych skutków ubocznych, które rzekomo mają gry? Czy w ogóle możemy przyjąć takie odgórne założenie?

    Wszystko, jak zawsze, sprowadza się do wyboru przykładów.

    Generalnie nie słucham podcastów true crime’owych i ciężko mi oceniać ich wartość, ale jestem gotowy przyjąć założenie – podparte jakimś tam wąskim doświadczeniem jako odbiorca – że istnieją wśród nich programy wartościowe, nie tylko opisujące detalicznie daną zbrodnię, ale i przedstawiające sytuację społeczną, los ofiar, jakąś próbę zanalizowania problemu, który doprowadził do tego, że jakiś potwór w ludzkiej skórze zaczął dokonywać straszliwych zbrodni.

    Ale są też, i tu chyba zgodzimy się wszyscy, podcasty pisane na kolanie, stanowiące rynsztokowo-brukowy zapis zbrodni i będący po prostu tanią pożywką dla miłośników mocnych wrażeń. Których jest więcej? Pozostawiam to Waszej ocenie, sam, jak napisałem, nie czuję się ekspertem.

    www.unsplash.com/Igor Karimov

    Podobnie rzecz ma się z kryminałami, zarówno książkowymi jak i serialowymi. Tu znam się trochę lepiej, więc mógłbym bez trudu wskazać rzeczy ciekawe, mądre, niosące za sobą jakąś wartość. Przewagę jednak, w myśl zasady o pieniądzu lepszym i gorszym, stanowią nieudolnie sklecone bzdety oparte na tanim szoku. Tak jest w każdym medium i nie ma co się dziwić, ani specjalnie na to utyskiwać. Rzecz, żeby umiejętnie w tym przebierać.

    I teraz, wracając do meritum: czy potrafiłbym wskazać gry komputerowe, w które nie powinny grać młodzi ludzie? Tak, nawet po samych pudełkach. Wchodzę do sklepu, patrzę gdzie jest znaczek z osiemnastką i już wiem, że to są gry niedozwolone dla młodych ludzi. I rzecz jasna to nie jest doskonały system, wiele tu przecieka przez palce. Ale mimo wszystko jest tu jakiś model oznaczania niewłaściwych treści, prawda? Coś, czego raczej nie ma na książkach kryminalnych. Ba, często treści skrajnie przemocowe pojawiają się w książkach, które wcale tego nie sugerują, jak na przykład recenzowane kiedyś przeze mnie „Osiedle RZNiW”.

    Zatem zapytam inaczej – czy potrafiłbym wskazać gry, które są świetnymi przykładami wyśmienitej interaktywnej narracji? Niosące za sobą jakiś przekaz i dające do myślenia? Ależ proszę, od ręki: Red Dead Redemption 2, Wiedźmin 3, Detroit: Become Human, nowy God of war, The Last of Us (1 i 2), Plague Tale, Hellblade: Senua’s Sacrifice. I celowo wymieniam tutaj te gry, w których dzieje się przemoc, odpuszczając te niemal zupełnie przemocy pozbawione (na przykład wyśmienite „It takes two” czy kolorowe opowieści o „Ratchetcie i Clanku”.

    Do czego zmierzam? W zasadzie do tego, co na samym początku powiedziała Katarzyna Bonda, zanim zdryfowała na nieznane jej morza tematów growych: To, co będzie rozwijać albo spaczać następne pokolenie to nie tyle same media, co fundament, jaki im zapewnimy, ucząc ich odpowiednich wyborów.

    Bo Bonda – o Raczku nie wspomnę, bo na temat jego podejścia do mediów których nie rozumie, jak komiksy czy gry, mam zdanie jak najgorsze – zapomina najwyraźniej o jednym. Że jej spokój związany z pasją córki i jej koleżanek bierze się z tego, że ją (tę pasję) rozumie.

    Gdy wiesz cokolwiek o grach, możesz sugerować właściwe wybory. Tak samo jak wtedy, gdy wiesz coś o książkach, o filmach, o czymkolwiek. Możesz dzielić tę pasję, możesz doradzać, odradzać i twoje jako rodzica zdanie coś znaczy.

    Gdy nie znasz, ale potępiasz w czambuł, mieszając dodatkowo pojęcia, to można chyba powiedzieć, że nie w grach jest problem. Ani nie w dziecku.

    Jakub Ćwiek

  • „Kim będzie śląski Mock?” Felieton Wojciecha Chmielarza.

    Rozmawiając intensywnie z Adamem o polskim kryminale, jego przeszłości i przyszłości, zahaczyliśmy w końcu o Górny Śląsk. Wtedy padło pytanie: czy nasz region ciągle czeka na swojego Krajewskiego? Moja odpowiedź jest krótka. Nie tylko nie czeka. On go nawet nie potrzebuje

    Zaczniemy od rzeczy absolutnie podstawowej. Marek Krajewski ma wielkie zasługi i dla polskiego kryminału, i dla Wrocławia. To człowiek, który postawił ten gatunek na nogi. Pokazał, że nie tylko się da napisać po polsku dobry kryminał, ale jeszcze znajdą się czytelnicy, którzy taką książkę kupią. Oczywiście, możemy się zastanawiać, na ile to zasługa samego Krajewskiego, a na ile po prostu trafił ze swoją twórczością na odpowiedni moment, ale to byłyby rozważania dość jałowe. Fakty są takie, przed nim była tylko Chmielewska. Po nim jego sukcesie, cała grono autorów, do których i ja należę. Wrocław również jest mu wdzięczny. Eberhard Mock i jego twórca stali się przecież jedną z jego wizytówek. A sam Krajewski odsłonił przed rzeszą czytelników niemiecką przeszłość miasta. Bo z jednej strony, to nie była przecież tajemnica, że przed wojną te ziemie należały do naszego zachodniego sąsiada. Ale z drugiej, jakoś się o tym za wiele nie mówiło. Nie tyle to ukrywano, co ignorowano. Po książkach Krajewskiego jest to już niemożliwe.

    Myślę, że w polskich miastach tkwi taka tęsknota z ich własnymi Krajewskimi. Podczas spotkania w Gliwicach na temat mojego „Wampira” padło nawet z sali pytanie, dlaczego się na nim nie wzoruję? Odpowiedź jest taka, że po pierwsze nie chcę, a po drugie, ani Gliwice, ani Górny Śląsk nie potrzebują takiego autora. Przedwojenna przeszłość regionu była i jest u nas dużo lepiej znana niż we Wrocławiu, a wspomnienia żywe. Tożsamość śląska jest silna i atrakcyjna dla kolejnych pokoleń. Sam jestem tego najlepszym przykładem. Nikt z mojej rodziny nie pochodzi z Górnego Śląska. Wszyscy przyjechali z innych regionów kraju. Ale dzisiaj i ja czuję się Ślązakiem ( chociaż może nie w sensie narodowościowym, chociaż uważam, że taki naród istnieje), a regionalny etos jest ważną częścią mojej tożsamości. Od zawsze wiedziałem, jaka jest przeszłość mojego miasta i regionu. Co tu się działo przed wojną, co się wydarzyło podczas wojny, a co po niej. Było to coś dla mnie całkowicie naturalnego i oczywistego. Dla Wrocławian twórczość Krajewskiego była zaś odkrywczą nowością. To przecież miasto, które w pewnym sensie umarło i narodziło się w 1945. Wtedy skończyła się tam jedna historia, a rozpoczęła nowa. Coś, co pomimo wszystkich tragicznych zdarzeń i dziejowych zawieruch nie dotyczy Górnego Śląska. Tak, zmieniło się wiele. W niektórych miastach prawie wszystko. Ale zachowana została fundamentalna ciągłość. Przetrwała gwara. Przetrwała pamięć. Przetrwały opowieści i poczucie własnej tożsamości.

    zdjęcie dzięki uprzejmości www.tvs.pl

    To sprawiło, że śląska literatura ma się czym chwalić. Zaczynając od pięknej, żeby wymienić Horsta Bienka, Janoscha (obaj z Niemiec, ale znani i czytani na Śląsku), a z Polaków Henryka Wańka, a teraz Szczepana Twardocha. Więcej nazwisk znajdziecie Państwo w Kanonie Literatury Górnego Śląska (klik). Kryminał na Śląsku? Proszę bardzo. Jest piszący po śląsku Marcin Melon. Jestem ja z „Wampirem” i nadchodzącym „Zombim”. Wątki śląskie pojawiają się u Katarzyny Bondy, Mariusza Czubaja, Małgorzaty i Michała Kuźmińskich. I pewnie kilku innych autorów, których albo nie znam (przepraszam), albo o nich zapomniałem.

    Stolica Dolnego Śląska tego nie miała. W 1999 roku (rok wydania pierwszej powieści z Mockiem) Wrocław był w pewnym sensie dla polskiej literatury terra incognita. Co było zresztą jedną z przyczyn sukcesu Krajewskiego. Górny Śląsk jest, był i będzie mocno obecny w polskiej kulturze. Nawet bestsellera nie brakuje, bo przecież Szczepan Twardoch ma takie nakłady, że tylko pozazdrościć. Jedyne, czego nie ma Górny Śląsk to ikonicznego bohatera. Kogoś takiego jak Eberhard Mock. Kogoś, kto byłby wizytówkę. Kogo śladami mogłyby wędrować wycieczki. Ale szczerze mówiąc, jakoś wątpię, żebyśmy odnaleźli taką postać w kryminale retro. Było przecież wielu, którzy próbowali. Udało się tylko Marcinowi Wrońskiemu z Zygą Maciejewskim. Postać, która jest równie ciekawa co jego wrocławski kolega po fachu, ale jednak dużo mniej znana. Spróbować dołączyć do tych dwóch postaci trzecią, wydaje mi się niemożliwością. Jako twórca, i jako czytelnik bardziej wierzę w siłę współczesnych bohaterów. Tacy, którzy staną się literackim fenomen i zdobędą serca czytelników, jestem tego pewien, prędzej czy później się pojawią. Nie na Krajewskiego więc czekamy, ale na Mocka. Sam jestem ciekaw, kto nim będzie.

    Wojciech Chmielarz

  • „Śnią mi się już sceny nowej książki”.

    Rozmawialiśmy na chwilę przed rozpoczęciem Gali Bestsellerów Empiku, ale widać było, że Katarzyna Bonda żyje już w świecie swojej najnowszej książki. Posłuchajcie kiedy zaczyna pisać „Czerwonego pająka”, a także kiedy wróci ze swoim bohaterem na Śląsk. 

     

  • Dobra literatura już się nie broni. Felieton Wojciecha Chmielarza.

    Samych królowych polskiego kryminału naliczyłem trzy. Do tego dochodzi pierwsza dama polskiego kryminału retro, a niedawno ujawniła się pierwsza dama polskiego kryminału noir. Prawie każda tytuł zawdzięcza nie czytelnikom, ale została pasowana przez dział promocji.

    Od pewnego czasu prowadzę kursy pisarskie na temat tego, na czym się znam najlepiej, czyli tworzenia kryminałów. Oprócz omawiania sposób tworzenia bohaterów, konstrukcji fabuły, sposobów na zmylenie czytelnika z uczestnikami rozmawiamy trochę o samym rynku księgarskim. O tym, co się teraz sprzedaje i co ważniejsze, dlaczego się sprzedaje. I z zajęć na zajęcia coraz więcej czasu poświęcamy na omawianie roli promocji w sukcesie księgarskim. Podczas jednych zajęć przez kilkanaście minut opowiadałem na przykładach różnych pisarzy, o tym jak pewne nazwiska zostały wypromowane, a innym się nie udało. Starałem się zdiagnozować, dlaczego tak się stało. Kiedy skończyłem jeden z uczestników spojrzał na mnie poważnie i powiedział (a może zapytał)

    – Wszytko to fajne, ale dobra literatura sama się wybroni.

    Nawet się nie zorientowałem, bo zrobiłem to całkowicie automatycznie, kiedy z moich ust wydobyło się proste

    – Niestety, nie.

    Może najsmutniejszy w tej sytuacji był wyraz twarzy innych uczestników kursu, którzy milcząco przyznawali mi rację.

    Żyjemy w czasach, kiedy dobra literatura nie obroni się sama. Zastanawiam się zresztą, czy kiedykolwiek takie istniały. Może kiedyś, dawno, dawno temu. Chociaż i wtedy przekonująco wykreowana literacka legenda potrafiła tylko pomóc. Teraz jednak mam wrażenie z roku na roku jest coraz gorzej. Rośnie rola działań promocyjnych. Przyczyna takiego stanu rzeczy jest moim zdaniem jedna i ta sama. Wyjątkowy zły stan rynku książki w Polsce. Jest do tego stopnia kiepsko, że jedyną dobrą rzeczą, którą można powiedzieć, jest to, że może być już tylko lepiej. O ten niewielki skrawek walczą dziesiątki wydawnictw i setki tytułów. Każdy próbuje się przebić i każdy prowadzi coraz ostrzejszą walkę o uwagę czytelnika. Reklamy. Stoiska w empiku. Wyrafinowane, ale i często prostackie akcje promocyjne. Aktywność na portalach społecznościowych i czytelniczych. Skupienie się na stworzeniu wizerunku autora (jego legendy, jak podpowiedział mi jeden z kursantów). Mało w tym miejsca dla samej powieści, prawda? I nic dziwnego. Sama książka jest może w tym wszystkim najmniej ważna. Bo też, jak słusznie zauważył Krzysztof Cieślik (tutaj), krytyka literacka w Polsce już prawie nie istnieje. I dlatego, że mało kto się nią zajmuje, i dlatego, że po prostu nie ma dla niej miejsca w czołowych gazetach, tygodnikach, w telewizji. Jeden z czołowych krytyków powiedział mi niedawno, że pięć lat temu tworzył eseje na temat książek. Dwa lata temu recenzje. Obecnie pisze już tylko aforyzmy. Jedynym w miarę popularnym pismem poświęconym literaturze obecnym w kioskach są „Książki. Magazyn do czytania”. Kwartalnik. Z rzeczy bardziej branżowych istnieje jeszcze kryminalny „Pocisk” i „Nowa Fantastyka”. Łącznie trzy czasopisma na trzydzieści osiem milionów obywateli (przepraszam, jeśli jakieś pominąłem, ale nawet jeśli – ogólnego obrazu sytuacji to nie zmienia). W efekcie coraz mniej miejsc, gdzie można o książkach poczytać i porozmawiać, gdzie wypowiadają się na ich temat ludzie wykształceni, oczytani, z odpowiednim warsztatem. Pozostaje jeszcze blogosfera. I chociaż są ciekawe i wiarygodne blogi o literaturze, to nie ukrywajmy – opowieści o tym, ile kosztuje pozytywna recenzja (niekoniecznie z przeczytanej książki) nie są wyssane z palca.

    Dlatego nie mam wątpliwości. Przegapiliśmy wiele dobrych książek właśnie dlatego, że nie stała za nimi maszyna promocyjna wielkiego wydawnictwa, że nie znalazł się nikt, kto wyłożyłby pieniądze na billboardy w metrze i stoiska w Empiku. Ale też mam nadzieję, że koniec końców na trwałe przebijają się, nawet przy dużym wsparciu działu reklamy, ci, którzy na to zasłużyli. A przynajmniej tak mówię moim kursantom.

    Jeszcze.

    Wojciech Chmielarz

  • Po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci, sprzedane! Świat literatury gra z WOŚP.

    Idei Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy pomocy przedstawiać nikomu nie trzeba. Przypomnę tylko, ze dziś gra po raz 25. Oprócz tego, że możecie wrzucić pieniądze do puszek, możecie też wziąć udział w ciekawych licytacjach, również książkowych. 

     

    Najciekawiej wygląda inicjatywa Katarzyny Bondy. Chcielibyście zobaczyć swoje nazwisko w jej książce? Nic prostszego. Kasia zadeklarowała, że jedna z postaci w „Czerwonym pająku” będzie się nazywała tak jak wy. Na ten moment ktoś zaproponował już ponad 2 tysiące złotych. 

    Oto bezpośredni link do aukcji: https://aukcje.wosp.org.pl/twoje-imie-i-nazwisko-w-ksiazce-katarzyny-bondy-i4098585

    Równie ciekawą inicjatywą wykazał się Grzegorz Kalinowski, który proponuje oprowadzenie po Warszawie. Jeśli jesteście fanami przygód Heńka Wcisło i chcecie zobaczyć stolicę od innej strony niż zazwyczaj, to czym prędzej licytujcie. Przeczytajcie też książki Grzegorza, bo naprawdę fajnie pisze. 

    Link do aukcji: https://aukcje.wosp.org.pl/zwiedz-warszawe-z-grzegorzem-kalinowskim-i4098852

    Z Wielką Orkiestrą gra również Jakub Żulczyk, który przeznaczył na aukcję unikatowy egzemplarz swojej pierwszej książki, czyli „Zrób mi jakąś krzywdę”. Dlaczego unikatowy? Powodów jest kilka. Odręczne notatki autora, zupełni inny tytuł (został zmieniony przed wydaniem), powstała ograniczona liczba egzemplarzy, bo ta wersja została wysłana tylko do krytyków. Jakub Żulczyk napisze wam specjalną dedykację, więc nie czekajcie, tylko klik,klik i licytujcie. 

    Link do aukcji: https://aukcje.wosp.org.pl/zrob-mi-jakas-krzywde-unikatowy-egzemplarz-i4056949

    Nie zapomnijcie też o książce z 20 opowiadaniami, które powstały na zeszłoroczne Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie. Profesor Jerzy Bralczyk, Jakub Ćwiek, Marta Guzowska, Sylwia Chutnik, Tomasz Kowalski, Janusz Majewski…W książce znajdziecie też autografy większości autorów. Patronem medialnym opowiadań jest smakksiazki.pl.

    Link do aukcji: https://aukcje.wosp.org.pl/wyjatkowy-jesienny-mglisty-poranek-w-galicji-i4022907

  • „Czekanie na Larssona”, czyli Wojciech Chmielarz o przyszłości polskiego kryminału. Felieton.

    Zastanawiam się, czy rok 2017 to nie będzie początek końca boomu na polski kryminał. Rynek zalewany dziesiątkami tytułów w końcu powie dość. Znacząca jest tutaj scena z ostatniego Poznańskiego Festiwalu Kryminałów Granda, gdzie organizatorki odmówiły zrobienia spotkań premierowych dla pojedynczych autorów – premier było po prostu zbyt wiele. Zamiast tego zrobiono jedno, zbiorcze. Siedliśmy na nim chyba w dziesięć osób i przez godzinę mieliśmy bodajże czas, żeby odpowiedzieć każdy na trzy pytania.

    Jak więc wygląda polska powieść kryminalna na początku 2017? Czołówka wydaje się być już znana i dość statyczna. Niewiele się tu zmieni. Dołączy do niej może jeden, dwóch debiutantów. Może przebije się ktoś z tego drugiego szeregu. W każdym razie, wśród nominowanych do Kryminalnej Piły i Nagrody Wielkiego Kalibru spodziewam się raczej zestawu w większości znanych nazwisk.

    Bonda pewnie będzie starać się z przytupem zakończyć swoją tetralogię. Istnieje szansa, że z nowym tytułem wyskoczy Miłoszewski (chociaż on zarzeka się, że z kryminału zrezygnował). Lawiną książek zaleje nas Mróz. Do tego może jedna lub dwie przyjemne niespodzianki. Słowem, będzie tak jak było. I teraz pojawia się to nerwowe pytanie, które sobie wszyscy, my pisarze, zadajemy – ile jeszcze ta moda na polski kryminał będzie trwać? Rok? Dwa? Boom się kiedyś skończy. I chyba jako autorzy powoli się na to szykujemy. Wspomniany Miłoszewski deklaruje ucieczkę z gatunku. Nie znam twórczych planów Kasi Bondy, ale mówi ona, że chce się rozwijać jako pisarka, co można w różny sposób interpretować. Mariusz Czubaj mruga okiem, opowiadając wszystkim, że jego „R.I.P” to żaden kryminał, tylko western. A ja? Póki co zostaję przy gatunku, ale z pewnym niepokojem patrzę na jego przyszłość.

    Wydaje mi się, że w Polsce kryminał osiągnął już wszystko, co w tych warunkach, osiągnąć mógł. Książki są i się sprzedają. Krytycy zauważają. Czytelnicy czytają. Wszyscy teraz chcielibyśmy jednego, żeby polska moda na kryminał, przemieniła się w modę na polski kryminał na świecie. Ale do tego potrzebna nam jest nasz rodzimy Larsson z trylogią „Millenium”, swojska „Dziewczyna z pociągu”, nasz własny Jo Nesbo i Harry Hole. Są na to szanse. Głośno o planach tłumaczeń Bondy. Pytanie, czy uda się ją równie mocno wypromować na bardzo wymagających rynkach. Sprzedanymi prawami chwali się Katarzyna Puzyńska. Wreszcie, największy sukces ostatnich lat, czyli przekłady Miłoszewskiego we Francji. Przekłady, którym sam zawdzięczam to, że w maju nad Sekwaną ukaże się „Podpalacz”, a po nim prawdopodobnie „Farma Lalek”. Ale tak naprawdę nie jest istotne, kto będzie autorem tego przełomu na rynkach zagranicznych. Ważne, że za nim pójdą kolejni. I polski kryminał nie będzie modny już tylko i wyłącznie w Polsce. Fajnie by było, gdyby właśnie to nam piszącym przyniósł rok 2017.

    Wojciech Chmielarz

  • „Kolejna powieść w 2018 roku, „Czerwony pająk” będzie rozgrywał się w Gdyni i okolicach”.

    Dopiero co pojawiły się „Lampiony”, a my już rozmawiamy o kolejnej powieści Kasi Bondy. To jednak nie wszystko, bo autorka podtrzymała swoją deklarację, że po skończeniu historii Saszy Załuskiej wróci w swoich książkach na Śląsk i do Zagłębia. Będzie się działo. Obejrzyjcie naszą rozmowę. 

  • „To nie ma sensu. Idę pracować na kasę do Biedronki”. Katarzyna Bonda w szczerej rozmowie ze smakiemksiazki.pl

     

    IMG_1730

     

    Jak żyć w Polsce z pisania książek? Jak w 30 minut przekonać policyjnego profilera do współpracy? Po co dzwoni się do prokuratora w środku nocy? Królowa polskiego kryminału, Katarzyna Bonda wyjaśnia.

     

    Spotykamy się przy okazji promocji Twojej nowej książki. Dla mnie „Okularnik” jest z jednej strony kryminałem, ale z drugiej, powieścią obyczajową. 

    Ja piszę książki takie, jakie chciałabym sama czytać. Zawsze lubiłam wielowątkowe opowieści i nie nadaję się do pisania szaradziarskich kryminałów, ponieważ one mnie nudzą. Nie ukrywam tego. W związku z tym, nie jestem rasową autorką kryminałów. To nie jest rasowy kryminał. To jest kryminał, w którym gatunek jest rozsadzony, ale tak naprawdę to jest powieść. Ja nie chcę dostarczać tylko odpowiedzi na pytanie kto zabił. Chcę dostarczyć całego wahlarza emocji, żeby czytelnik wybrał sobie jakąś postać, albo żeby dowiedział się rzeczy, o których nie miał pojęcia. Tak w Polsce nikt nie pisze. Czytelnik przecież sam wybiera co czyta. Może mieć ochotę na kryminał lekki, szaradziarski, może mieć ochotę na kryminał noir, retro, a może mieć ochotę na coś takiego, co ja mu proponuję. Uważam, że dla każdego z autorów znajdzie się na polskim rynku miejsce. Ja tak piszę, i pewnie dalej będę tak pisała. Nie wykluczam, że gdy skończę tetralogię, to będę nadal pisała kryminały. Jestem w stanie napisać wszystko. Nie chcę się zamykać w jednym gatunku. Nie chcę pisać cały czas tej samej książki, i dawać czytelnikowi hamburgera, który jest ciągle taki sam.

     

    Okularnik nie jest najzwyczajniej w świecie dla dzisiejszego czytelnika za gruby? Ma przecież ponad 800 stron. 

    Bałam się, że objętość książki może odstraszyć, bo ta książka ma ponad milion znaków. Obawiałam się, że wydawca tego nie zaakceptuje, że będę musiała to skrócić. To jest tak, że to jest ryzyko. Gdyby mi powiedziano, że mam wyciąć elementy historyczne, np. zeby skrócić rozdział o 1946 roku, to prawdopodobnie bym walczyła. Mam to szczęście, że mój wydawca we mnie wierzy. To jest bardzo ważne. Ja na początku nie zdawałam sobie sprawę jaka to jest siła, jaka to jest moc. Gdy składasz książkę to naprawdę się boisz. Zastanawiasz się jakie recenzje zostaną napisane, jak czytelnik zareaguje, czy w ogóle będą kupować twoją książkę. Pamiętaj, że ja nie mam innego zawodu. Jeżeli czytelnik nie kupuje twoich książek, to się zastanawiasz co zrobiłeś nie tak. Podjęłam jednak to ryzyko. Trudno, ta ksiażka musi być taka, musiałam ją napisać w taki sposób. Książka została bestsellerem zanim była premiera. Pierwszy nakład sprzedał się w ciągu 6 dni. To jest po prostu nieprawdopodobne. Jak ja tego słuchałam, to płakałam, naprawdę. Nie ze szczęścia, po prostu to jest taki moment, na który pisarz czeka. I nie wiesz dlaczego tak jest. Nie można myśleć o pieniądzach, o sukcesie. Za rok może się  okazać, że napiszę kolejną grubą ksiażkę, a czytelnicy nie będą jej kupować. Może się okazać, że za rok będę niszową autorką. Nie boję się. Byłam już niszową autorką. Ludzie do mnie piszą, że „Okularnika” przeczytali w 3 dni i 3 noce. Ja piszę książkę dwa lata, to jest ogromny wysiłek. Ja naprawdę bardzo cenię polskiego czytelnika. Jestem przekonana, że on jest wyrafinowany, że oczekuje, żeby mu podwyższać poprzeczkę. On oczekuje, żeby mówić do niego: Halo, zobacz. Mam tu dla ciebie coś takiego, dasz radę? To nie jest tak, że polski czytelnik chce dostawać cały czas to samo, nie.

     

    Rozmawiamy w Katowicach, więc nie mogę nie zapytać jak rozpoczęła się Twoja współpraca z profilerem Bogdanem Lachem, który do niedawna pracował w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Katowicach?

    Jak ja go poznałam, to on miał taki pomysł, że profilowanie będzie tajną metodą. Właściwie to dzięki mnie wyszedł do ludzi. Pamiętam moje pierwsze spotkanie z Bogdanem. To było tak, że byłam w Rawiczu, gdzie opisywałam jakąś sprawę kryminalną. Spytałam komendanta jak udało się rozwiązać tę sprawę, a on na to, że przyjechał taki pan w czarnym płaszczu, wziął akta na noc, przysłał takie trzy kartki, i jak ja to przeczytałem, to wiedziałem kogo mam szukać. To było 11 lat temu. Dziś to prawie każdy wie, kto to jest profiler. Dostałam wtedy jego imię i nazwisko, ale nie dostałam numeru. Zadzwoniłam więc do rzecznika i powiedziałam, że chcę rozmawiać z panem Bogdanem Lachem, profilerem. Rzecznik szedł w zaparte, że nie ma takiego kogoś. Spytałam, jak to nie ma, a pan Bogdan Lach to kto? To szef sekcji psychologów. To w takim razie, chciałabym rozmawiać z Bogdanem Lachem, szefem sekcji psychologów. Rzecznik mówi wtedy, że wszystkie terminy są zajęte. W porządku, mówię, ale ja stoję już przed Komenda Wojewódzką Policji w Katowicach. Dopiero wtedy się udało. Już po pierwszym spotkaniu z profilerem byłam nim zafascynowana, wiedziałam, że to będzie mój bohater. To nie było tak, że ta współpraca była od razu sympatyczna i Bogdan od razu się zgodził na rozmowę. On mi dał pół godziny. Ja w tym czasie musiałam udowodnić, że odróżniam podejrzanego od oskarżonego. Ja wtedy nosiłam dredy, bluzę z kapturem, miałam trampki. Bogdan kompletnie mnie nie potraktował poważnie, czułam wrogość. Na tyle mi się udało zjednać jego zaufanie, że przegadaliśmy cały dzień. Na tym się w sumie skończyło. Potem napisałam tekst dziennikarski, a potajemni pisałam książkę. Jak już ją napisałam, to wysłałam mu, żeby ją przeczytał, bo nie chciałam się zbłaźnić. Myślałam, że za mało rozumiem, za mało wiem, a poza tym nie mogłam opisać go w całości. Zrobiłam więc coś innego. Stworzyłam postać, która była w całości w kontrze do Bogdana. Bałam się jak on na to zareaguje, bo obawiałam się, że może się na to nie zgodzić. Ku mojemu zaskoczeniu, przeczytał tę książkę i powiedział: wiesz, nawet całkiem nieźle to wszystko opisałaś.

     

    Skończyło się tak, że napisaliście wspólnie książkę „Zbrodnia Niedoskonała”. 

    Tak, ale to było bardzo trudne. Bogdan był w Katowicach, zawalony swoimi sprawami, jeździł na oględziny, itd. Ja byłam z kolei w Warszawie i tylko kilka razy spotkaliśmy się osobiście. Na co dzień rozmawialiśmy przez telefon, przez skype’a, przez maila. Dostałam dokumenty pod klauzulą, że jak tylko je ujawnię, to utnie mi głowę. Jak tylko je przeczytałam, to usunęłam, żeby nigdzie nie wypłynęły. To Bogdan był motorem napędowym, ja jestem dumna, że przyczyniłam się do popularyzacji jego zawodu. Przy kolejnych książkach konsultowałam się jeszcze z Bogdanem, ale wiedziałam coraz więcej i nasze drogi trochę się rozeszły. Gdy zaczęłam pisać serię o Saszy Załuskiej, to wtedy konsultowałam się z kobietą profilerką z Uniwersytetu w Huddersfield.

     

    Łatwo Ci się było odnaleźć w tym policyjnym środowisku? Czy byłaś raczej postrzegana jako „paniusia”, która przyszła i coś chce. 

    Dokładnie tak było. Powiem więcej, nadal często tak jest. Teraz już mam trochę łatwiej, bo mam swoich stałych konsultantów. Wypracowuje sobie drogi i kontakty w tym świecie.

     

    Jakiś przykład współpracy z konsultantami? Piszesz książkę, dzwonisz do kogoś po radę…

    Przed rozpoczęciem pracy przy „Okularniku” wiedziałam, że chcę, żeby była głowa w garnku. No i dzwonię do mojego konsultanta pytam wprost: chciałabym, żeby głowa długo leżała w ziemi, żeby była żywa kość, żeby były ślady ziemi. Jak ja mam to zrobić? W którym momencie głowa została oddzielona od ciała, po śmierci, przed śmiercią? Jakie medyk sądowy stwierdzi obrażanienia, itd. Gdybym zadzwoniłą do osoby, której nie znam, to nawet gdyby to był najlepszy ekspert w swojej dziedzinie, to nie odpowie ci na to pytanie, wyśmieje cię. Dlatego trzeba wypracować sobie drogę, pozyskać kontakty. Czasem zdarza się, że dzwonię z pytaniami w nocy lub nad ranem. Mogę sobie na to pozwolić, bo znamy się już długo. To są ważne elementy w książce. Dzwonię na przykład do prokuratora i mowię, że chcę mieć skrępowaną ofiarę, ale żeby ten motyw był upozorowany. No i on mi tłumaczy, że musisz założyć zaciski po śmierci, narzędzie zbrodni gdzieś tam podrzucić, a tutaj będą plamy opadowe, a tam ich nie będzie. To są niezwykłe ważne szczegóły.

     

    Nie kusiło Cię, żeby pójść czasem na skróty, bez konsultacji?

    Oczywśicie, że kusiło. Nie mam jednak takiego charakteru i nie mogę dać czytelnikowi chałtury. Wierzę w to, że cała siła moich książek polega na tym, że to jest naładowane prawdziwymi danymi. Tak pracuję, tak mam, w taki sposób opowiadam. Pamiętam, że jak pisałam „Florystkę”, nie zdokumentowałam porządnie. Wiesz co się stało? Kiedy zaczęłam zapisywać, to czułam się nie wporządku na tyle, że czułam, że coś jest nie tak. Musiałam jeszcze raz cofnąć się do etapu dokumentacji, jeszcze raz wybrać konkretne miejsca akcji. Efekt? Spóźniłam książkę o 3 lata. Każdy pisarz powinien pracować według swoich wytycznych, według tego co mu serce dyktuje, według tego jak najlepiej mu to wychodzi. Jeżeli ktoś potrafi inaczej, to wielki szacun i respekt. Ja nie potrafię.

     

    Jak się w Polsce żyje tylko z pisania książek? 

    Najpierw trzeba 15 lat poczekać, ostro pracować, rzowijać się, warsztat trenować. Determinacja jest najważniejszą rzeczą. Byłam na sinusoidzie. Sprzedałam prawa do serii o Meyerze, byłam bogata. Wydałam te wszystkie pieniądze na naukę pisania. Jeździłam po świecie na różne warsztaty, musiałm wtedy schować honor do kieszeni, bo wydawało mi się, że jestem autorką, a okazało się, że oni mają mi tyle do powiedzienia, że ja nic nie wiem. Potem były takie momenty, że pieniądze się skończyły, z tantiem nie za bardzo dało się żyć na poziomie, więc się zapożyczałam, miałam długi. Pamiętam czas, kiedy nie byłam w stanie spłacać kredytu za mieszkanie. Okazało się, że potem znowu pojawiły się pieniądze. Los cię wtedy sprawdza: chcesz być pisarzem? Wytrzymasz? Czy nie wytrzymasz? Były takie momenty, kiedy myślałam, że to się nie uda. 5 osób zyje w Polsce z ksiażek, a tak to każdy chodzi do pracy, a pisze po godzinach. To nie ma sensu, idę na kasę do Biedronki. Nigdy tam nie poszłam, tylko pisałam kolejną książkę. Potem przychodzi taki moment, że sprzedajesz ogromną liczbę książek. Nagle. Należy być pokornym. Zawsze pisałam takie wielowątkowe powieści, ale musiałam poczekać, aż czytelnik do tego dojrzeje. Pomogli mi pisarze ze Skandynawii, którzy weszli na nasz rynek. Jednak teraz się okazuje, że ja idę tropem skandynawskich mistrzów, podczas gdy ja zawsze takie książki pisałam. To co dziś jest moim autem, to kiedyś było największym mankamentem. To pokazuje, że nie należy się zmieniać. Dalej będę tak pracować, nawet wtedy, kiedy nie będzie już na to mody. Obiecuję.

     

    Książki są za drogie?

    Zdecydowanie. Powinny być nie tylko tańsze, ale powinna też być możliwość odliczania od podatku, tak jak to jest w innych krajach. Gdyby to było możliwe, to na pewno byłoby mniej piracenia książek. Ja wypowiedziałam wojnę piratom, bo całą poprzednią serię wydałam tak, że można ją kupić za 8 złotych w kiosku. Chciałam żeby to było dostępne dla ludzi, którzy nie mają pieniędzy. Dzięki temu bardzo duża liczba ludzi książki kupiła, a nie pobrała nielegalnie z Internetu. Koledzy autorzy, prawie powiesili mnie na suchej gałęzi za to, że psuję rynek. Jeśli książka kosztuje 45 złotych, to jest to bardzo poważny wybór. To czytelnik to kupi albo na prezent, albo będzie decydował między dwiema książkami. Bardzo możliwe, że nie wybierze mojej, tylko wybierze coś innego.

     

    Czujesz się autorką rozpoznawalną? 

    Teraz już tak. To jest niezwykle przyjemne, bo przecież przez lata nikt nie znał mojego nazwiska, ani moich książek. Według mnie autor powinien być rozpoznawalny przez tytuł powieści. Są sytuacje, że wsiadam do pociągu, a ludzie robią sobie ze mną zdjęcia, chcą żebym się podpisała na bilecie. Inny przykład: kupuję na Allegro sukienkę, pani mówi, że już ją wysłała, a w ogóle, że „Okularnik” świetny. Popularność bardzo przeszkadza w dokumentowaniu. Jak byłam anonimowa, to mogłam się schować. Teraz jak przyjeżdżam, to od razu jest komitet powitalny. Dlatego cały czas jeżdżę starym samochodem, ma chyba 19 lat. Staram się kamuflować, bo zdobywanie danych to ważny etap w mojej pracy. Kiedyś mogłam do końca utrzymać w tajemnicy miejsce powieści. Dziś już nie. Zdarza się, że dzwoni rzecznik danego miasta i oferuje coś, a ja chcę być niezależna.

    Zdjęcie główne: Wydawnictwo Muza, Anna Powierza