Tag: kryminały
-
54 kroki od Agathy Christie, czyli spałem w tym samym hotelu w Asuanie!
Dobra, polecę i zobaczę. W sumie to polecę, a potem pojadę. Najpierw do Kairu, potem 14 godzin pociągiem do Asuanu i jest. Old Cataract Hotel, czyli miejsce, w którym mieszkała Agatha Christie pisząc „Śmierć na Nilu”. Jak było? Zależy.
Kair to miejsce, do którego nie chcę już wracać, podobnie jak do jeżdżenia egipskimi pociągami, bo pierwsza klasa tam, znaczy zupełnie coś innego niż u nas. Tak bardzo nie chciałem podróżować z Asuanu do Kairu pociągiem, że…wybrałem samolot 🙂 Zobaczcie materiał z egipskiej podróży, zobaczcie apartament, w którym mieszkała Christie, poczujcie klimat i posłuchajcie opowieści różnej treści, po prostu bawcie się dobrze! Zwróćcie też uwagę na świetną serię książek pisarki (tę w twardych oprawach), która ukazała się nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego.
-
Mrowisko, sopel, odcisk czoła i nauka w służbie prawa. Rozmowa z Małgorzatą i Michałem Kuźmińskimi
Odcisk czoła na szybie, mucha na lampie, sopel w sercu. Brzmi jak elementy kryminału, ale tym razem Małgorzata i Michał Kuźmińscy porozmawiali z ludźmi, którzy na co dzień zajmują się zbrodnią. Tak powstała książka „Ścigając zło. Rozmowy o zbrodni, śledztwie i karze”, w której znajdziecie też informacje o najczęściej popełnianych błędach w kryminałach. Spotkaliśmy się w byłym areszcie z Zabrzu, gdzie co prawda było strasznie zimno, ale liczy się dobro anteny 🙂 Przygotujcie sobie kawę, herbatę, bo rozmowa jest długa, ale szkoda było ją pociąć, bo Małgorzata z Michałem opowiadają niezwykle ciekawie. Smacznego!
-
A gdyby tak pisać mniej książek? Felieton Wojciecha Chmielarza
Był niedawno felieton optymistyczny, to pomyślałem sobie, że czas wrócić do ogólnego narzekania. Ta myśl po przeczytaniu kryminału polskiego autora pojawia mi się w głowie tak często, że właściwie przestałem ją zauważać – fajna książka, ale szkoda, że nie popracował nad nią trochę dłużej
Bo rozumiecie Państwo, kończę powieść. Odkładam na bok. I często niby na pierwszy rzut oka wszystko gra, ale jednak coś mnie w tym wszystkim gryzie. Zaczynam analizować fabułę. I wystarczy tylko lekko poskrobać z wierzchu i okazuje się, że pojawia się jeden błąd za drugim, nieprawdopodobieństwo goni nieprawdopodobieństwo, a postacie, które na początku były okej, w pewnym momencie tracą takich drobiazg jak wiarygodność psychologiczna i zmieniają się manekiny, które robią to, co im autor każe. Natężenie tych zjawisk jest mniejsze lub większe. Czasami można przymknąć oko. Czasami mam ochotę książką rzucić o ścianę.
A chciałbym dostawać książki dopracowane. Chociaż przyznaję, że to wyznanie aż dziwnie brzmi. Bo wydaje się, że to rzecz oczywista i powinno na tym wszystkim zależeć. Tymczasem nie. Raz po raz czytam książki z logicznymi błędami. I najbardziej boli to, że tego dałoby się uniknąć. Wystarczyłoby trochę nad daną powieścią popracować albo na etapie planowania, albo już w redakcji. W wielu przypadkach wystarczy jedno zdanie, lekkie przemodelowanie całości. Usunięcie jednego wątku, jednej sceny. Albo dodanie dwóch, trzech dialogów. Jednak autorzy i wydawnictwa nie mają na to czasu? Dlaczego?
Z prostej przyczyny – rynek wymaga na nas, żebyśmy pisali i wydawali coraz więcej, coraz szybciej. Celowo piszę rynek, a nie czytelnicy. Bo czytelnicy co prawda na forach proszą o kolejne książki, ale równocześnie skarżą się na rosnące koło ich łóżek „kupki wstydu” czy w ogóle „hałdy hańby”. Myślę, że parę osób by się ucieszyło z tego, gdyby jednak ukazywało się mniej nowości. Decydująca wydaje mi się polityka sieci księgarskich, które wymagają ciągłej zmiany asortymentu. A skoro tak, to trzeba im dostarczać ciągle nowe tytuły.
Co to oznacza dla pisarza? Książka w Polsce żyje średnio trzy miesiące. Czyli ledwo po kwartale, jeśli dana powieść się nie sprzedaje, to znika z księgarskich półek. Oczywiście, są wyjątki od tej reguły, ale są one właśnie wyjątkami. Autor ma więc świadomość, że ma zaledwie trzy miesiące, żeby zarobić na swojej pracy. A biorąc pod uwagę, że czytelnictwo w Polsce wygląda tak, jak wygląda, rynek jest dość płytki, to raczej nie ma szans, żeby w tym czasie sprzedał tyle egzemplarzy, żeby mieć się za co utrzymać przez najbliższe dwanaście miesięcy. Jakie jest wyjście z tej sytuacji? Napisać i wydać kolejną książkę.

www.unsplash.com/Claudia Wolff Tylko ile da się napisać powieści w ciągu roku tak, żeby móc poświęcić odpowiednią ilość czasu na planowanie, research, pisanie, redakcję, promocję? Nie będę tu Państwu odpowiadał na to pytanie. Są różne sytuacje, różni autorzy, różne powieści. Ale od pewnego momentu jeden z tych etapów pracy nad kryminałów musi ucierpieć. I to widać na naszym rynku – za liczbą wydawanych kryminałów (ponad 400 rocznie!) nie idzie jakość.
Zdaję sobie sprawę, z jakim naiwnym apelem teraz wystąpię, jak dziwnie to zabrzmi i jak to rozwiązanie jest nierealne – a gdyby tak pisać mniej książek? Bo mam wrażenie, że wszyscy by na tym zyskali. My, autorzy, mielibyśmy więcej czasu na dopracowanie swoich powieści, zebranie materiałów, redakcję, spotkania z czytelnikami, ale także na zwyczajny odpoczynek. Bo on też jest ważną częścią twórczego procesu. Czytelnicy mogliby nadrobić zaległości, zmniejszyłyby się kupki wstydu, dostawaliby też po prostu lepsze książki. Wydawnictwa miałaby czas, żeby w spokoju promować swoje tytuły. Cykl życia książki zwiększyłby się z tych nieszczęsnych trzech miesięcy do pół roku albo i dłużej. I wreszcie, to nie tak, że ogólna sprzedaż książki by spadła. Pewnie pozostałaby taka sama. Dzielona byłaby tylko na mniejszą liczbę tytułów. Poszkodowani ewentualni byliby debiutanci, bo na takim rynku trudniej byłoby im wydać książkę. Ale czy na pewno? W obecnych warunkach debiut jest jak mrugnięcie okiem. Znika, zanim ktokolwiek zdąży go zauważyć.
Czuję się też trochę w tych swoich rozważaniach osamotniony. Bo niejednokrotnie mam wrażenie, że tylko ja zwracam na te rzeczy uwagę. Tylko ja się domagam, żeby autorzy, ale przede wszystkim wydawnictwa, traktowały mnie jako czytelnika z szacunkiem. Zdarzają się przecież kryminały, które są zupełnie pozbawione sensu. I to nie w tym znaczeniu, że jakieś wydarzenia są mało prawdopodobne, ale w tym najbardziej fundamentalnym. Po prostu luka w fabule jest tak gigantyczna, że wszelki sens do niej wpada i potem umiera cichutku chlipiąc w ciemności. A wiecie Państwo, co jest najgorsze – te powieści stają się bestsellerami.
Może to więc tylko ja i parę osób. A większość czytelników wcale nie chce dobrych książek. Wystarczy, jeśli są szybko pisane.
Wojciech Chmielarz
-
Dzień dobry, przepraszam, czy mogę Panią zabić? Felieton Wojciecha Chmielarza
Co się takiego stało z polskim kryminałem, że z gatunku, który mocował się z polską historią i teraźniejszością, zmienił się w twór, który tonie w krwi, flakach i spermie?
No to czytam sobie „Osiedle RZNiW” Remigiusza Mroza. Raz, że hit lata i jako autor muszę wiedzieć, co ludzie czytają, dwa, że co jakiś czas jednak daję temu autorowi szansę. Sama książka mnie zawiodła, ale nie zamierzam się nad nią znęcać. W swoim czasie zrecenzowali ją znakomicie Jakub Ćwiek i Wojciech Mucha. Nie ma sensu, żebym powtarzał ich argumenty. Poruszyło mnie w tej powieści jednak coś innego. W pewnym momencie, ni z tego i owego, dostajemy w ryj sceną jak z najgorszego przemocowego porno. Jest gwałt, jest dwóch sprawców, jest kazirodztwo, jest sala tortur, jest całe anatomiczne słownictwo. Ruszyło mnie to. Ruszyło mnie to przede wszystkim dlatego, że to kolejny dowód na to, że polski kryminał staje się z roku na rok coraz bardziej brutalny. I to brutalny w ten najgłupszy i najbardziej obrzydliwy z możliwych sposobów.
Dobra. Wiem, że narzekania na to, że kryminały są „zbyt brutalne” w ustach (pod klawiaturą?) autora kryminałów, co więcej, autora, który w zeszłym roku wydał „Ranę”, brzmią dziwacznie, ale dajcie mi szansę się wytłumaczyć.

www.unsplash.com/Alison Courtney Zacznijmy od tezy, że kryminały opowiadają o zbrodnie i złu, a więc muszą być brutalne. Trochę tak, trochę nie. Jestem świeżo po lekturze „Punktów zbieżnych” Micheala Connelly’ego. To kolejna część przygód detektywa Harry’ego Boscha. Tym razem Bosch musi odnaleźć sprawcę niewiarygodnie okrutnego zabójstwa. Ktoś w środku nocy włamał się do domu, zgwałcił przebywającą tam kobietę, a potem ją zamordował. Ale dowiadujemy się o tym wszystkim z rozmów bohaterów. Co więcej, ta informacja zostaje nam podana bardzo suchym, policyjnym językiem. Mniej więcej w takim sposób, w jaki ja to Państwu opisałem. Dlaczego w ten sposób? Dlaczego Connelly nie zafundował nam, na samym początku książki, szczegółowego opisu tego zdarzenia tak, jakby zrobiło to co najmniej kilku polskich autorów? No cóż… Moja robocza hipoteza jest taka, że wiedział, że nie musi. Zdawał sobie sprawę, że siła jego powieści tkwi w ciekawie skonstruowanej zagadce, interesującym bohaterze i dobrze poprowadzonej fabule. Potrzebował pokazać nam, że zabójca jest groźny i bezwzględny. Osiągnął swój cel. Bardziej szczegółowy opis byłby tylko próbą szokowania czytelnika tylko po to, żeby go zszokować.
Bo nie chodzi mi o to, żeby nagle kryminały robiły się grzeczne i milutkie, a mordercy zwracali się do ofiar „dzień dobry, przepraszam, czy mogę panią zabić?”. Jednak należy pamiętać, że brutalność w kryminałach powinna do czegoś służyć. Weźmy chociaż za przykład „Gniew” Zygmunta Miłoszewskiego. Powieść, która skupia się na problemie przemocy domowej. I w której znajduje się sporo mocnych scen. Ale one są tej powieści bezwzględnie konieczne, bo pokazują to codzienne, ukryte, rodzinne okrucieństwo. Bez nich ta książka byłaby niekompletna. (to samo próbowałem nota bene osiągnąć w „Ranie”. Być może mi się nie udało, jeśli tak, to przepraszam. Ale nigdy moim celem nie było szokowanie, dla szokowania). I tutaj jest mój kolejny zarzut do „Osiedla RZNiW”. Wątek, o którym wspominałem na początku, jest po prostu niepotrzebny. Książka doskonale poradziłaby sobie bez niego. Co najśmieszniejsze, zupełnie nie pasuje on do reszty fabuły. A przy tym wszystkim, Miłoszewski jest dla swoich bohaterek, łagodniejszy niż Mróz. Ale pomimo tego, to jego sceny są bardziej poruszające.
Bo ta brutalność, o której piszę, to szokowanie czytelników opisami kolejnych gwałtów i okrucieństw, po prostu nie działa. Pisałem, że scena gwałtu na „Osiedlu RZNiW” mną poruszyła. Ale poruszyła dlatego, że zobaczyłem, że najpopularniejszy pisarz w kraju postanowił dołączyć do tego idiotycznego festiwalu porno-przemocy. Czy zrobiło mi się niedobrze? Tak. Ale na takiej samej zasadzie, na jakiej robi się człowiekowi niedobrze, kiedy widzi rozmazaną kupę na chodniku. Obrzydliwe, ale co z tego? Chcecie Państwo poznać sceny, wątki, które naprawdę mną poruszyły? W „Gniewie” Miłoszewskiego jest rozdział, gdzie mamy opisany z perspektywy czteroletniego chłopca moment, kiedy odnajduje zabitą matkę. Niesamowity i bolesny obraz. Ale samo zabójstwo zostało popełnione wcześniej. Teraz czytamy tylko o leżącym bez ruchu ciele. Albo „Pan Mercedes” Stephena Kinga, gdzie przez pół książki drżałem z obaw o psa jednego z bohaterów, którego chciał zabić tytułowy zbrodniarz. Naprawdę wbiło mi się to do łba. A żeby było najśmieszniej – finalnie temu cholernemu psu nie spadł nawet jeden włos z ogona. Albo weźmy reportaże Przemysława Semczuka, który opisuje sprawy najgroźniejszych polskich seryjnych zabójców. Te książki są przerażające, chociaż o samych zbrodniach opowiada po prostu lakonicznie. Ale znowu, bardziej mnie one poruszają, niż te żałosne opisy seks lochów prosto z katalogu BDSM.

www.unsplash.com/David von Diemar BO ZŁO TAK NIE WYGLĄDA!
Ten zwrot ku brutalności martwi mnie także dlatego, że świadczy o pewnym braku empatii. Jakby autorzy naprawdę nie rozumieli, co właśnie opisali. Bohaterowie, bohaterki co prawda deklarują, że są wstrząśnięci, przerażeni, ale zachowują się tak, jakby zupełnie nic się nie stało. Ale co najgorsze, i tutaj dochodzimy do naprawdę przerażającej puenty – najwyraźniej to wszystko absolutnie nie przeszkadza czytelnikom.
Jakiś czas temu przeczytałem powieść, której tytułu nie chcę podawać. Idiotyczna fabuła, idiotyczni bohaterowie, a do tego zawartość wypełniona morderstwami, gwałtami i przemocą. Ocena na lubimyczytac.pl? 8 na 10. Znakomita „Topiel” Jakuba Ćwieka? 7,1 na 10. Świetna „Wiara” Anny Kańtoch? 7,4 na 10. „Gniew” Miłoszewskiego? 7,7. „Około Północy” Mariusza Czubaja, jeden z najlepszych kryminałów zeszłego roku – marne 6,3.
Mogę sobie narzekać na tę bezsensowną przemoc. Mogę kręcić głową. Mogę opowiadać, że te wszystkie sceny nie mają żadnego sensu i uzasadnienia fabularnego. „Osiedle RZNiW” było bestsellerem mijającego lata. Najbardziej obrzydliwa książka, jaką czytałem w swoim życiu, na lubimyczytac.pl ma wyższe oceny niż powieści Zygmunta Miłoszewskiego. Smutna rzeczywistość jest taka, że najwyraźniej czytelnicy chcą się taplać w krwi, flakach i spermie. I okej. Nie ma co się obrażać na rzeczywistość. Jest jak jest. Ale dobrych książek z tego nie będzie.
Wojciech Chmielarz
-
Orangutan Edgara Allana Poe oraz żmija Sherlocka Holmesa
Gdy Adam Szaja proponuje ci napisanie tekstu do portalu, na którym regularnie publikują Chmielarz, Ćwiek i Szczygielski to się człowieku nie zastanawiasz, tylko chwytasz okazję i dopiero później przychodzi refleksja – kurczę, owszem, znam parę książek z agresywnymi zwierzętami, ale czy którakolwiek z nich jest kryminałem? Powiem szczerze – te, które przyszły mi w pierwszej chwili do głowy – raczej nie. W tej sprawie pojawia się bowiem problem ontologiczno–definicyjny, czym bowiem jest powieść kryminalna?
Oprę się tutaj raczej na intuicji własnej, nie wchodząc w analizy literackie, bowiem jest ich sporo, ale hej – felieton to krótka forma, oszczędzajmy więc miejsce. Powiem więc też krótko – moim zdaniem w powieści kryminalnej powinna pojawić się zbrodnia, a sprawcą jej musi być człowiek. A jest tak dlatego, ponieważ w gruncie rzeczy gatunek ten pod płaszczykiem rozrywki prowadzi rozważania na tematy społeczne, rozkłada na części pierwsze stan moralny człowieka, pokazuje jak głęboko upaść może jednostka ludzka, szuka przyczyn tej choroby i czasem proponuje lekarstwa (zazwyczaj jedno: taką, lub inną karę).
Zaś w relacjach między przedstawicielami różnych gatunków zamieszkujących ten padół o stosunkach opartych na decyzjach etycznych można mówić tylko jednokierunkowo, przynajmniej w XXI wieku. Wcześniej bywało różnie. Zdarzało się, że zwierzęta stawiano przed sądem i nie mówię tu o fikcji literackiej. W średniowieczu najczęściej sądzono świnie, oskarżano szczury i psy, ba jeszcze w XX wieku przed obliczem najwyższego wymiaru sprawiedliwości stanęły małpa i papugi (oskarżone odpowiednio o kradzież i zniesławienie). Natomiast nieliczne powieści kryminalne, w których sprawcą okazywało się zwierzę, owszem pojawiały się i zaraz o wybranych opowiem, wszystkie jednak, popełnione przez mistrzów, były albo kamieniami węgielnymi gatunku, albo zabawą formą, pozwalającą na szlifowanie metody, ewentualnie nie do końca udanymi eksperymentami o szczytnym celu.

www.unsplash.com/Nery Montenegro Z drugiej strony – jak wiemy, zwierzętom zdarza się zabijać, ba, niektóre w ten sposób „zarabiają na życie” – i są jako takie przedmiotem lęków (i tu mamy liczne przykłady w gatunku znanym jako horror, który jednak zupełnie inne ma metody i cele niż powieść kryminalna), oraz smutnych rozważań nad chwiejnością moralną istoty ludzkiej (zazwyczaj bowiem, tak w życiu, jak i w literaturze winny jest wykorzystujący zwierzęta człowiek).
Zacznijmy więc od początku. W 1809 roku rodzi się mężczyzna, który w ciągu następnych czterdziestu lat stworzy podwaliny gatunku znanego jako powieść detektywistyczna. Znienawidzony za życia stał się inspiracją dla niezliczonych autorów literatury popularnej. Edgar Allan Poe. To on stworzył pierwszą w historii postać, której spadkobiercami byli i Sherlock, i Herkules i wielu, wielu innych, których wyliczyć nie sposób. C. Auguste Dupin, detektyw z Paryża rozwiązuje zagadkę morderstwa dwóch kobiet przy Rue Morgue po tym, jak aresztowano już sprawcę. Dzięki swym dedukcyjnym zdolnościom Dupin wskazuje jednak prawdziwego zabójcę, mianowicie – ha! – orangutana, który uciekł marynarzowi.
Kolejnym popisem zastosowania metody dedukcyjnej uprawianej przez bohaterów powieści detektywistycznej przełomu XIX i XX wieku było śledztwo samego Holmesa, opisane przez nieocenionego Watsona w opowiadaniu „Cętkowana opaska”. Tu sprawcą zbrodni jest żmija, tyle tylko, że uznać ją można najwyżej jako wyrafinowane narzędzie mordu rodzinnego, winny, jak to już pisałem wcześniej, zawsze jest człowiek.

www.unsplash.com/David Clode Przenieśmy się mniej więcej pół wieku dalej i natrafimy na uznaną, ba, jedną z moich ulubionych, autorkę gatunku – Patricię Highsmith. W 1975 roku opublikowała zbiór opowiadań „Księga zemsty dla miłośników zwierząt”. I tu, jak najbardziej, mordują zwierzęta, przedstawione jako istoty myślące i rozumne, co stawia te utwory na granicy kryminału, za którą twórczość tę należałoby raczej zakwalifikować do bajki. Zbrodnie ukazane są jednak realistycznie – winne są psy, słonie, wieprze, kury i inne boże stworzenia, które wymierzają sprawiedliwość okrutnym i sadystycznym ludziom. Czy nadal jest to kryminał? Może. Tak trochę. Ale raczej eksperymentalny. W każdym razie nadal zajmuje się kwestiami etycznymi, tyle, że łamie zasady stworzone przez świętych ojców założycieli, ale hej, żyjemy w epoce remiksu i kto wie, co czeka nas jeszcze za rogiem? Może moralny thriller w którym zwierzęta wydają się mordować swoich oprawców, jak u Olgi Tokarczuk w „Prowadź swój pług przez kości umarłych”?
Od siebie dodam, że Adam Szaja nie od parady właśnie mnie poprosił o felieton na taki, a nie inny temat, jestem w końcu z zawodu nieludzkim doktorem, jak to żartobliwie określał nasze zajęcie mój kolega po fachu, stary wróż i tarocista. U mnie też zwierzęta wykorzystywane są przez ludzi w ich zbrodniczych celach, co, jak widać, ma długą tradycję w historii literatury kryminalnej. Na szczęście wydaje się, że żyjemy już w świecie, który, choć nadal nie wystarczająco szanuje mniejszych braci, to przynajmniej tak łatwo nie posądza o okrutne czyny zwierzęta. Ponieważ tu, pamiętajmy o tym, zawsze winny jest człowiek.
Mateusz Lemberg
-
„Prawda dziwniejsza od fikcji, fikcja prawdziwsza od prawdy”. Lipcowy felieton Wojciecha Chmielarza.
„Fargo” braci Coen to już klasyka kina. Jak może Państwo pamiętają, film zaczyna się od planszy z napisem informującym, że został oparty na prawdziwych wydarzeniach i „Ze względu na żądania tych, którzy przeżyli zmieniono imiona i nazwiska postaci. Z szacunku dla tych, którzy zginęli, cała reszta jest opowiedziana dokładnie tak, jak się wydarzyła”. To oczywiście kłamstwo i czysta ściema. Od początku do końca scenariusz wymyślili bracia Coen. Dlaczego zdecydowali się więc umieścić wspomniany napis na początku swojego dzieła? Odpowiedź jest prosta i zawiera się w jednym słowie – wiarygodność.
Sam zmagam się z tym zagadnieniem jako autor. Jak pisać, żeby czytelnicy uwierzyli w opowiedzianą przeze mnie historię? Jak sprawić, żeby od pierwszej chwili zawiesili Państwo niewiarę i nie odwiesili jej do ostatniej strony? Bo jeśli nie uda mi się tego zrobić, to cała książka leży. Po prostu. Coenowie też zdawali sobie z tego sprawę. I z faktu, że opowiadana przez nich historia opiera się na serii pomyłek, zbiegów okoliczności, nieszczęśliwych przypadków. Bardzo łatwo ją zakwestionować. Dlatego zdecydowali się na swoje małe oszustwo. Bo przecież prawda musi być wiarygodna, czyż nie?
Często opowiadam o „Fargo” na zajęciach pisarskich, kiedy omawiamy problem zawieszenia niewiary i kupienia czytelnika. I tłumaczę, że przykład „Fargo” udowadnia, że pisarz musi panować nad swoją wyobraźnią. Bo jeśli za bardzo jej popuścimy, czytelnik nam po prostu nie uwierzy. Stracimy go. Dlatego trzeba ją wziąć mocno w karby. Nieustannie pilnować. Przycinać skrzydła, jeśli to konieczne. Strzec realiów. Hamować się, żeby nie odlecieć. Takie właśnie rady daję swoim kursantom. A potem dodaję, że rzeczywistość jak na złość nieustannie śmieje się nam pisarzom w twarz. I podsuwa wydarzenia przerażające, malownicze, okrutne i tak niewiarygodne, że gdybym kiedykolwiek o nich napisał, czytelnicy tylko pokręciliby z niedowierzaniem głowami i odłożyli książkę na półkę, jako kompletnie oderwaną od rzeczywistości.

www.unsplash.com/Jilbert Ebrahimi Przykłady? Proszę bardzo. Sprytny oszust, który wmówił arystokratycznej rodzinie z Francji, że jest tajnym agentem, który ma ich chronić przed masońskim spiskiem na ich życie i przez dziesięć lat żył ich kosztem, równocześnie zmieniając ich życie w piekło. Papuga, która swoimi „zeznaniami” doprowadziła do skazania żony za zabójstwo męża (powtarzała ostatnie powiedziane przez niego słowa, które nota bene brzmiały – Nie strzelaj kurwa). Niewiarygodna sprawa brutalnego mordu na Iwonie Cygan ze Szczucina, gdzie przez dwadzieścia lat sprawca był kryty przez miejscowych policjantów i gdzie prawdopodobnie zabito jeszcze dwóch świadków, którzy chcieli opowiedzieć o tym, co się naprawdę stało. Sprawa jest ciągle badana przez śledczych i być może doczekamy, że sprawiedliwości stanie się w końcu zadość. Archibald McCafferty z Australii, który zrozpaczony po przypadkowej śmierci małego syna, namówiła grupkę nastolatków do zabicia siódemki nieznajomych. Wierzył, że to przywróci życie jego dziecku. Grupa została powstrzymana po dokonaniu trzech morderstw. W więzieniu zabił kolejną osobę. Ale po latach został wypuszczony i od kilkunastu lat mieszka spokojnie w Szkocji. Każda z tych historii wydaje mi się na tyle niewiarygodna, że miałbym duży kłopot, żeby umieścić je w powieści. Ale każda z nich się wydarzyła się naprawdę.
Głęboko wierzę w to, że fikcja potrafi być prawdziwsza od rzeczywistości. W tym sensie, że mając swobodę w kształtowaniu losów bohaterów, ich życia, zdarzeń mam możliwość uwypuklenia pewnych cech, problemów, fenomenów społecznych, które najlepiej oddają ducha czasów, w których żyjemy. Pewną prawdą o nas i o naszych pragnieniach. Właśnie to staram się robić w swoich powieściach. Tak samo jak Coenowie w swoich filmach. I tak samo jak oni w „Fargo” kusi mnie czasami, żeby pójść na skróty. Ja jednak nigdy tego nie zrobię. Coenowie długo kluczyli wokół swojego kłamstewka. Raz twierdzili, że film jest wzorowany na prawdziwych wydarzeniach, potem się tego wypierali. Potem przyznawali, że niektóre jego elementy odpowiadają prawdzie, chociaż w innych wcześniejszych wywiadach mówili, że nie słyszeli o tych historiach przed nakręceniem filmów. Ten taniec trwa chyba do dzisiaj. Ja nie byłbym w stanie tak tego ciągnąć. Pękłbym dużo szybciej. Uwierzcie Państwo lub nie, ale kiepsko mi idzie zmyślanie.
Wojciech Chmielarz














