Tag: Krysztof Zajas

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (37-40 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    20 kwietnia 2020 (9593 zarażonych, 380 zmarłych)

    Susza. Jedna plaga nie wystarczy, natura szykuje drugą. Gorszą, samobójczą, bo zapłaci nie tylko człowiek. Przedwczoraj ryłem ogródek i z bólem serca patrzyłem na przesypujący się przez sztychówkę pył z nielicznymi, niemrawo wijącymi się dżdżownicami. Noszę wodę w konewkach na skarpę (wózek z wężem się rozleciał) i podlewam niedawno posadzone dzikie róże. Wypuściły pierwsze pączki i stanęły w miejscu, jakby się im odechciało walczyć w skrajnie niesprzyjających warunkach. Wilgoci jak na lekarstwo, a opadów na horyzoncie nie widać. Zaraza, susza – następny powinien być ogień, logicznie wynikający z prażenia ziemi przez słońce, koniecznie z silnym wiatrem. Na koniec woda, która spłucze popioły. A nad tym wszystkim Wenus, jasna i pewna swego bogini palącej miłości.

    Nad dolinę za moim domem powróciły myszołowy. Od lat rządzi tu ta sama para. Co roku wychowuje jedno młode, które uczy polować i potem wysyła gdzieś w szeroki świat, ponieważ następnej wiosny znowu jest dwójka. Latają powoli i jednostajnie, zataczając równe koła, coraz dalej i dalej, aż przeniosą się nad następną dolinę i znikają. Inne ptaki, które robią harmider od rana do nocy, milkną wtedy i chowają się po kątach udając nieistnienie. Co chyba nie wymaga od nich wielkiego wysiłku, bo nawet jak śpiewają, trudno je znaleźć. Wczoraj późnym wieczorem straszył nas puszczyk – mistrz dźwiękowego horroru. Boszsz, chciałbym tak umieć! Sikorka chyba już zbudowała gniazdo, bo przestała latać do ogródka, zresztą – właśnie go zryłem. Teraz się pojawiła para rudzików. Wygląda to trochę na romans, bo ona siedzi na gałęzi ketmii syryjskiej, on na płocie i niby patrzą w różne strony, ale jak jedno odleci, to drugie zaraz za nim. Kosior całymi godzinami grzebie w trawniku tym swoim żółtym dziobem, a o zmierzchu śpiewa jak wenecki mandoliniarz pod balkonem kochanki. Uwodzi na boku, bo stara koska gdzieś znikła, pewnie siedzi już na jajach.

    Córka, studentka weterynarii, zaleciła mi wywieszenie miseczek z wodą na płocie, czyli zmusiła humanistycznie ograniczony umysł do połączenia faktu suszy z faktem ogrodowej aktywności ptaków oraz z pozytywną strukturą afektywną obserwatora. Kwestia zmiany perspektywy z idealistycznej na praktyczną. Posłusznie uruchomiłem warsztat w szopie i miseczka już wisi. Z wodą. Czekam, aż pierwszy raz przylecą się napić, co pewnie trochę potrwa, bo one nieufne są.

    Tak wyglądają teraz moje wiadomości ze świata. Te drugie, z internetu, staram się ignorować, inaczej bym zwariował.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Problem moralny na dzisiaj: jak pogodzić ratowanie każdego ludzkiego życia z faktem, że właśnie nadmiar ludzi jest przyczyną katastrofy? Gołym okiem widać, że jest nas za dużo. W niespełna pół wieku liczba ludzi na Ziemi się podwoiła. Podwoiła! Gdzie w czasach mego pacholęctwa stał jeden człowiek, teraz stoi dwóch. Jest również inna zmiana. Ten jeden człowiek jadł wtedy znacznie mniej, niż je każdy z tych dwóch, którzy dzisiaj przyszli na jego miejsce. Potrzebują również więcej ubrań, lekarstw, pojazdów, narzędzi, zabawek – a wszystko to dostarcza im gigantyczna machina produkcyjna kapitalizmu, którego nadrzędną cnotą jest wzrost gospodarczy. Słowo „konsument” nabrało złowrogiego brzmienia: siedzi homo consumens i wtranżala po kawałku swój dom, jak termit ze słynnego odcinka psa Huckleberry. Tak to widzę w przypływie słodkich myśli. Nie oszukujmy się: nasza cywilizacja od jakiegoś czasu przypomina olbrzymi kopiec, z żarciem i wydalaniem na skalę niewyobrażalną jeszcze dla naszych dziadków i babek. W dodatku tego się nie da zatrzymać, bo nikt z własnej woli nie zrezygnuje z przyjemności, jeśli może ją mieć. Trzeba mu odebrać siłą. No i tu zaczynają się świetnie znane schody do nieba…

    W ciekawym tekście Powszechne prawo do oddychania (dostęp na www.ello.co) Achille Mbembe mądrze i przekonująco dowodzi, że musimy sobie narzucić pewne ograniczenia cywilizacyjne, w przeciwnym razie zginiemy. Na kilku przykładach pokazuje, że trzeba myśleć w kategoriach dobra całej planety i wszystkiego co żyje, a nie tylko w swoim wąskim interesie. Czyli że tytułowe prawo do oddychania ma każda żywa istota. Jego krytyczne wobec ludzkości argumenty do mnie przemawiają. Wszystkie oprócz końcowej „Kody”, gdzie możemy przeczytać:

    Jeśli koronawirus w spektakularny sposób wyraża globalny impas całej ludzkości, to rozwiązaniem jest ni mniej, ni więcej, tylko przywrócenie zdolnej do zamieszkania Ziemi, bo właśnie ona każdemu zaoferuje życie, w którym możliwe będzie oddychanie. Chodzi więc o nasze odnowienie ze źródeł świata, by wykuć nowe światy. Ludzkość i biosfera są ze sobą połączone. Jedno nie ma przyszłości bez drugiego. (tłum. Olga Byrska)

    Chwileczkę. Rzecz w tym, że na „zdolnej do zamieszkania Ziemi” człowiek nadal będzie się niepowstrzymanie rozwijał i rozmnażał. Równowaga w naszym rozumieniu służy człowiekowi, ale nie biosferze. Im nas więcej i fajniej nam się żyje, tym bardziej reszta przyrody jest zagrożona. Tu już nie ma szans na harmonię, homeostazę i zbalansowany rozwój. Przekroczyliśmy wszystkie granice harmonii i równowagi, świat przypomina dzisiaj jedną wielką nierównowagę, figurę dysproporcji i odchylenia od normy. To trzeba zastopować. Niestety, nikt nie wie jak, ponieważ każde humanitarne rozwiązanie jest nieskuteczne, a każde skuteczne – niehumanitarne. Żeby ratować planetę, trzeba powstrzymać człowieka. Powstrzymać, hmm…

    Człowiek dawno zrezygnował z życia w zgodzie z Naturą w duchu poczciwego Jana Jakuba Rousseau. Powrót jest niemożliwy, chyba że przez Apokalipsę, jak chce Biblia, albo inną kosmiczną katastrofę, jak snuli manichejczycy, gnostycy, kabaliści i inni magicy od metafizyki. To z naszego, arcyludzkiego punktu widzenia. Natomiast z perspektywy Natury da się kwestię załatwić znacznie prościej – za pomocą wirusa. Na przerost osobowości (przecież każdy z nas musi mieć osobowość!) najlepiej posłać coś bezosobowego.

    Pod warunkiem, że to ona, Natura, go wypuściła.

    No dobrze, dopowiem: to nie człowiek ma problem z wirusem – to świat ma problem z człowiekiem.

    21 kwietnia 2020 (9856 zarażonych, 401 zmarłych)

    Jedziemy wieczorem na zakupy. Najpierw powoli okrążamy samochodem Lidla by sprawdzić, ilu ludzi czeka przed wejściem. Potem ostrożny wjazd na parking, na sam koniec, jak najdalej od innych. Spokojne, profesjonalne przygotowanie: rękawiczki, maseczki, płyn do dezynfekcji, chusteczki. Gotowe? Aj aj, kapitan. No to wchodzimy. Normalnie jak para włamywaczy, Bony i Clyde u szczytu popularności. Zgarniamy zakupy do dwóch osobnych wózków, każdy ze swojej listy, żeby było szybciej i sprawniej. Pojedynczych klientów o podobnie podejrzanym wyglądzie oraz sprzedawczynie omijamy szerokim łukiem. Nikogo o nic nie pytam, skupiam się na datach przydatności, cenach (znowu wyższe niż ostatnio) i żeby nie tracić czasu. Do kasy podchodzimy osobno, z nakazanym odstępem, jakbyśmy się nie znali. Pach, pach, towar do toreb, przystawienie karty do terminalu, pin, dobranoc pani i wypad na parking. Im szybciej, tym lepiej. Tu strzelisty akt oddechu, jak mówi poeta. Patrzę w górę, gwiazdy. Nocny podmuch wywiewa z kosza na śmieci jednorazowe rękawiczki i sumiennie rozprowadza po okolicy. Żona wychodzi chwilę później, pakujemy się, wsiadamy, zdejmujemy maseczki i wymieniamy uśmiechy. Bingo! Wszystko jak trzeba. Nie popełniliśmy błędu. Ocean’s Two.

    www.unsplash.com/Claudio Schwarz | @purzlbaum

    Puenta? Mnie pani w kasie orżnęła na piętnaście złotych, żonę na jakieś dwadzieścia pięć. W bardzo prosty sposób: licząc podwójnie towar na wagę lub wklepując odręcznie inny kod. Piszę to na wypadek, gdyby ktoś pytał, o co mi chodzi z tą solidarnością w czasach zarazy.

    Druga puenta bardziej literacka: przebraliśmy się za włamywaczy i nas okradziono.

    23 kwietnia (10511 zarażonych, 454 zmarłych)

    Deszczu nadal nie widać. Dolewam wody do miseczek na płocie, ale ptaszki przylatują sporadycznie, widocznie mają gdzie pić. Ganiają się po drzewach całkiem raźno, świergolą na potęgę i susza im najwyraźniej nie doskwiera. Nie potrzebują mojej pańskiej łaskawości, która ma zrobić dobrze bardziej mnie samemu niż im. Krzywię się głupio i cofam do domu, jak ślimak.

    W „Wyborczej” ranking czytelnictwa w Polsce, na podstawie „badań Biblioteki Narodowej”. Na pierwszym miejscu Remigiusz Mróz. Jak McDonald’s. Która kuchnia jest najlepsza na świecie? Francuska. W której najwięcej ludzi jadło ostatniego roku? W McDonaldzie. Na drugim miejscu rankingu Olga Tokarczuk, na trzecim Stephen King. Co z tego wyniku ma niby wynikać? Chyba tyle, że czytamy nie pod wpływem własnych gustów czytelniczych, lecz promocji medialnej i „ogólnego trendu”. Albo o tym, że ankietowani wymieniają książki kupione lub wypożyczone, ale niekoniecznie przeczytane. Tokarczuk sama powiedziała o Księgach Jakubowych, że wszyscy je mają i nikt nie przeczytał. Może, nie wiem. „Stosunkowo młody, ale wyjątkowo płodny” Mróz ma trzydzieści trzy lata i wydał 43 powieści, czyli średnio 6 rocznie licząc od debiutu. Chciałoby się spytać, kiedy on śpi, je i udziela wywiadów. Nie mówiąc o czytaniu i myśleniu…

    I wciąż to rytualne narzekanie na „dramatycznie niski” poziom czytelnictwa w Polsce. Nie wiem, kiedy on był dramatycznie wysoki, wydaje mi się, że nigdy, ale zważywszy na ogrom i jakość polskiej produkcji literackiej powinniśmy się cieszyć, że ktoś w ogóle jeszcze czyta. Wszyscy piszą, klecą, wywodzą, chcą być Pisarzami i żeby ich Czytelnicy czytali i uwielbiali. I kupowali, wtedy się jeszcze zarobi, bo „pisorz to mo klawe życie”. W czasach ulicznej swobody wchodziłem czasem do księgarni, ze stolika NOWOŚCI albo BESTSELLERY brałem do ręki jedną książkę, drugą, piątą, dziesiątą – nie było na czym oka zaczepić. Całe regały z pseudoobyczajową kryptopornografią i parakryminalną nibysensacją. Tony papieru zadrukowane banalną paplaniną bez pomysłu i stylu. Ja jestem stary jaszczur, ogień namiętnej lektury zdarza mi się coraz sporadyczniej, ale wyobraziłem sobie mniej wyrobionego odbiorcę, który błąka się po tym targowisku literackiej próżności w bezradnych próbach rozeznania. Ogrom przytłacza, wszystko wygląda i brzmi tak samo – co wybrać? No więc bierze, co mu na wejściu ustawiają: Mróz, Tokarczuk, King. Czy to czyto – nie wiym.

    Stephen King, fot: Shane Leonard

    Słuchajcie, pisarze! Jeśli chcemy podnieść poziom czytelnictwa w Polsce, może powinniśmy zacząć od siebie i pisać lepsze książki? Nie, ja wiem, że są również dobre, ale one giną w tym natłoku miernoty i księgarniany flȃneur ma kłopot z dotarciem do nich. Zmęczony kupuje byle co i potem w statystykach wychodzi, że Mróz. A jak nie umiemy pisać lepiej, to może powinniśmy odwrócić relacje? Gonzalo z Trans-Atlantyku Gombrowicza wybudował bibliotekę, ale nie miał czasu czytać, bo „za dużo, za dużo i co dzień nowych przybywa, i nikt wyczytać nie może”, więc najął czytelników, żeby czytali za niego, „bo już mnie wstyd, że tak wszystko Nieczytane leży”. Idźmy tropem przez Wieszcza Naszego Przewrotnego podrzuconym i najmijmy Czytelników, żeby te dzieła wiekopomne nasze czytali i statystyki poprawiali. Dlaczego oni mają płacić za czytanie pisania naszego? Co my im takiego oferujemy, czego by oni gdzie indziej nie znaleźli, w lepszej jakości i cenie? Powinniśmy dopłacić i nająć. To jest do zrobienia. Mróz najął.

    24 kwietnia (10892 zarażonych, 494 zmarłych)

    Koronawirus, który zjawił się jak prorok nowego porządku globalnego i jego główny wykonawca, rozwiązał również problem afrykańskich imigrantów. Właśnie madrycki „El Pais” doniósł, że przybysze z Maroka i Algierii płacą (znowu) wielkie pieniądze, żeby wrócić. Zamiast kupić normalny bilet pasażerski na wycieczkę do Europy, kładą ciężkie tysiące euro za przyjechanie, posiedzenie i wracanie. Jeśli – jak donoszą wścibskie media i organizacje humanitarne – mamy do czynienia ze zorganizowaną przestępczością turystyczną na Morzu Śródziemnym, to może prościej byłoby zalegalizować działalność i uruchomić kursy wahadłowe tam i nazad. Zapaść w turystyce by się trochę spłyciła…

    Wiem, to nie jest śmieszne. Sytuacja na świecie jest nienormalna, ludzie reagują nerwowo, czasem panicznie, a inni ludzie świetnie to umieją wykorzystać. Bardziej interesuje mnie siła oddziaływania czynnika pozaludzkiego na nasze reakcje. Powszechna panika, irracjonalne odruchy, masowe działania, kupowania, sprzedawania, wyjeżdżania i zamykania w domach. Gdyby tak się udało tym sterować…

    Dobre. Mocne. Literackie. Siedzi taki Wujaszek Samo Zło w kapciach przy biurku, słucha Schulzego, gapi się za okno na taniec sikorek i snuje dywagacje o sterowaniu ludzkością. Szuka języka do opisu świata, który się wymknął. Milczy gderliwie, ponieważ nie znalazł właściwego słowa, a niewłaściwe go irytują. „Jak mówić? Jak rozedrzeć skórę słów?” – Czesław Miłosz.

    O polityce polskiej nic nie powiem. Szkoda słów, nawet tych niewłaściwych. Co mogę pozytywnie odnotować od siebie, to jakiś rodzaj równowagi w żalu i cierpieniu. Już się nie szarpię, nie miotam, nienawidzę spokojnie i systematycznie. Moja rozpacz jest stabilna. Niewzruszona.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (26-30 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    9 kwietnia 2020 (5575 zarażonych, 174 zmarłych)

    Dmuchnął wiatr i zakręcił kurzem na nagrzanej słońcem polnej drodze. Sucho. Bardzo sucho. Niewielkie opady zimą i wysokie temperatury ostatnich miesięcy składają się na poważne niedobory wody. Zwierzęta błądzą po łąkach i lasach w poszukiwaniu źródeł lub choćby niewyschniętych kałuż. A te wyschły. Nawet najbardziej uporczywe błota i grzęzawiska stwardniały, można po nich przejść w półbutach. To dopełnia obrazu. Postapokaliptyczne scenerie zwykle bazują na wizjach pustynnych, martwocie wysuszonej ziemi i bielejących w słońcu kościach po uprzednim życiu, czyli że dostajemy bonus w postaci klimatycznego klimatu końca. Śmierć świata jest sucha, cywilizacja uległa spopieleniu. Wczoraj cieszyłem się z wybuchu wiosny, dzisiaj patrzę na słońce jak na przegrzany reflektor w teatrze. Natura funduje nam spektakl nie tylko dobrze wyreżyserowany, ale i z odpowiednią scenografią.

    Policja kupuje armatki wodne i kabaryny aresztanckie do rozpędzania zamieszek. Być może przewidują jakieś gwałtowne reakcje cofającego się koronawirusa, bo przecież chyba nie o Naród chodzi. Ten kocha władzę i popiera ją nawet korespondencyjnie. Ja nie wiem, boję się mówić głośno, ale to wszystko naprawdę śmierdzi zamachem stanu. Partyjna mafia przejęła państwo, bo może. Nikt jej w tym nie umiał przeszkodzić, i teraz PiS pokazuje nam faka codziennie, z coraz większą bezczelnością i pewnością siebie. Wymyślili specjalną poprawkę, według której im i ich rodzinom należy się wyjątkowa opieka medyczna. Urzędników zwalniają, służba zdrowia pada pod meteorytem pandemii, kraj rzęzi i blednie w obliczu nadchodzącego kryzysu – a oni sobie przywileje głosują! Nie wiem, głowa od tego pęka…

    To niby tylko takie stare powiedzonko, ale ja teraz naprawdę szczypię się w policzek przy czytaniu. Faktycznie to napisali, czy ktoś drwiny sobie urządza i odgrywa mi przed nosem moje zeszłoroczne paranoje? Jeszcze jeden spektakl? Ale kto i po co miałby się tak prymitywnie bawić moim kosztem? Zgoda, bałem się dyktatury w moim kraju. Naczytałem się ostatnio przedwojennych gazet i katastrofizm polityczny wzmógł we mnie jak gorączka. W połowie lat 30. faszyzm, nacjonalizm i antysemityzm widać było jak na dłoni, zło panoszyło się jak nie przymierzając zaraza, szanowani intelektualiści całkiem poważnie debatowali, jak zneutralizować „żydowską zarazę”, a ludzie udawali, że jest normalnie i spoko. Do czasu. Po lekturach starych gazet nabawiłem się lęków i najbliżsi tłumaczyli mi, że to tylko histeria. Teraz na mnie zerkają nieco inaczej, z jakąś niepewnością i prawie urazą. Musiałeś mieć rację? Znowu? A ja wzruszam ramionami i czytam sobie historyczne kawałki o starożytnej Grecji. Problem Kasandry dotyka mnie mocno, osobiście.

    www.unsplash.com/Mr Cup / Fabien Barral

    Tak, czytanie. Bardzo dobra ścieżka ucieczki. Im dalej, tym lepiej, więc sięgnąłem do Rozmyślań Marka Aureliusza, ale po dwudziestu stronach odłożyłem. Trochę nudziarstwo z tym niewzruszonym spokojem wobec nadchodzącej zagłady. Herbert miał rację, to nieludzkie, trudno dłużej wytrzymać w takim kamiennym napięciu. Sięgnąłem jeszcze dalej wstecz, do czasów heroicznych Grecji, by przypomnieć sobie trojańską wieszczkę. Najpiękniejsza z córek Priama, podczas rzezi Troi zdołała ukryć się w świątyni Ateny, skąd wywlókł ją Ajas z Lokrydy i świętokradczo zgwałcił. Jako branka wojenna przypadła królowi Agamemnonowi, który przywiózł ją do pałacu w Mykenach tylko po to, by tam razem z nią zginąć z rąk niewiernej żony i jej kochanka. Jak mówi Zygmunt Kubiak w Mitologii Greków i Rzymian, Kasandra w Mykenach „wzgardliwie milczy wobec królowej” i dopiero nocą przed gromadą starców wykrzykuje swoją straszną wróżbę o śmierci Agamemnona. Wtedy też przyznaje, że dar wieszczenia dał jej Apollo, który ją uwiódł. Czyli typowe fantazje gawędziarskie wokół dziewictwa i czystości. Ale jest wersja lepsza od seksualnej, dla mnie wręcz fascynująca! Otóż kiedy Kasandra była mała, rodzice zabrali ją z bratem Helenosem do świątyni Apollina w Tymbrze i tam zostawili na noc. Po prostu zapomnieli! Kiedy dzieci zasnęły, święte węże pilnujące wiecznego ognia polizały im uszy. Stąd dar słyszenia przyszłości, który w istocie jest przekleństwem, gdyż wywyższa i zabija zarazem.

    Próbuję to sobie wyobrazić. Ciepła, śródziemnomorska noc, jaką znamy z wakacyjnych wyjazdów, słabiutki powiew wiatru, cykady grzechoczą wśród pobliskich krzewów. W glinianych lampach oliwa spala się spokojnym światłem, które wśród kolumn rzuca długie cienie. Owady skwierczą w pełgającym płomieniu. Czasem szumią liście drzew porastających święty gaj. Dzieci są przerażone, przecież zostały same w zupełnie obcym i niesamowitym miejscu! Opieka bóstwa to jedno, a potwory, źli ludzie i dzikie zwierzęta to drugie. Drżąc ze strachu przytulają się do siebie, zaciskają na siłę powieki i pocieszają się nawzajem, że nic im się nie stanie. Żeby zagłuszyć straszne myśli nucą półgłosem pieśni, jakich uczyła je niania, i tak zasypiają. Posadzka jest chłodna, więc przysuwają się blisko lampy, żeby nie zmarznąć wraz z nadejściem chłodnego świtu. Głęboką nocą, kiedy już mocno śpią, zza kamiennej misy wyłania się dostojny wąż. Sunie powoli z lekko uniesionym płaskim łbem, który obraca raz w prawo, raz w lewo, bo święty wąż musi być czujny. Z jakiegoś powodu wiem, że jest zielony. Po chwili wypełza drugi i razem okrążają śpiące dzieci, bezgłośnie wyginając sprężyste ciała. Pochylają się nad maluchami. Dzieci pachną słońcem i niewinnością. Śpią na boku, zwarte w obronnym uścisku, a małżowiny ich uszu rozchylają się ku górze jak wejścia do maleńkich jamek. Węże widzą przed sobą miniaturki ich własnych domów, w których wylęgają się takie same maleńkie dzieci, ale wężowe. Jeden z nich próbuje musnąć rozdwojonym językiem półprzeźroczystą muszelkę, robi to bardzo delikatnie, by nie obudzić dziewczynki, która śpi z półotwartymi ustami i piąstką wciśniętą pod brodę. Drugi również zbiera się na odwagę i próbuje ucha chłopczyka. Muśnięcia są jak najlżejszy powiew wiatru, ledwie wyczuwalne, ale to wystarczy. Świętość wnika przez ucho do mózgu i przestawia ośrodki zmysłów tak, że dziewczynka rano po przebudzeniu wie już wszystko. I kiedy braciszek płacze za mamą, ona obejmuje go pewnym ramieniem, osłaniając drugą ręką oczy przed promieniami wschodzącego słońca. Choć jest młodsza od niego, słowa jej brzmią dorośle i tchną pełnym przekonania spokojem: „Nie martw się, już jadą. Widzę ich”.

    I potem już zawsze widzi. Ból wiedzy daremnej, niepotrzebnej, pogardzanej będzie się za nią ciągnął przez resztę życia. Podczas pogromu schroni się w świątyni bogini mądrości Ateny, czyli jakby adekwatnie, na niewiele się to jednak zda. Swoją hańbę pod chamskim Ajasem zapewne również zobaczy dużo wcześniej, zanim się wydarzyła. A także zagładę rodzinnego domu i całej Troi. I śmierć własną, co nie bolało tak, jak ujrzana wieszczymi oczami śmierć dwóch synów, których zdążyła urodzić Agamemnonowi. Mądra, piękna, jasnowidząca, gwałcona, uprowadzona z ojczyzny, nieszczęśliwa na wszystkie możliwe sposoby – wierzę, że śmierć przyjmowała z ulgą. Na widok wzniesionej ręki Klitajmestry, uzbrojonej w okrwawiony nóż, który przed chwilą zabił Agamemnona, może się tylko wzgardliwie uśmiechnąć. Powiedz mi coś, czego nie wiem, wielka królowo. A w nagrodę ja nie powiem ci tego, co wiem, mówi zerkając na kotarę, za którą chowają się przerażeni Elektra i Orestes, którzy później zabiją matkę-morderczynię. Ale Klitajmestrze jest to już obojętne. Swoje życie również przegrała, dawno temu, kiedy zmuszono ją do małżeństwa z okrutnym i znienawidzonym królem i od którego właśnie próbowała rozpaczliwie się uwolnić. Zresztą, może jej uszy również polizał święty wąż i też już wiedziała.

    Śmierć nagła, ale spodziewana. Raptem tyle satysfakcji dla tych, którzy widzą i słyszą.

    10 kwietnia 2020 (5955 zarażonych, 181 zmarłych)

    Nie będzie o zamachu, nie będzie o pandemii, nie będzie o smutnych świętach. Będzie o Jacku. Kiedy umierał szesnaście lat temu, byłem w jednym z ostatnich ciągów alkoholowych przed rozpoczętą latem terapią i słabo ten fakt odnotowałem. Pamiętam okładkę „Wyborczej” z jego twarzą na tle szyby z podoklejanymi do niej czarnymi ptakami i tytułem „Odszedł Jacek”. Trzy tygodnie później byłem w Warszawie na wielkiej imprezie z okazji wstępowania Polski do Unii Europejskiej i pojechałem na Cmentarz Wojskowy na Powązkach, żeby go odwiedzić. I tak już zostało do dzisiaj – ilekroć jestem w Warszawie, jadę do niego, żeby na chwilę przysiąść i pogadać. Opowiedzieć o kolejnym roku trzeźwości i poburczeć pod nosem strofki jego piosenek, których pamiętam więcej niż Baczyńskiego, Miłosza i Herberta razem wziętych. Złożyć raport z życia. Posłuchać śpiewu ptaków. Tak się składa, że zwykle jest wtedy wiosna.

    Był naprawdę bardem naszego pokolenia. Jeżeli młodzi spiskowcy z powstania listopadowego mówili językiem Mickiewicza, to my, studenci stanu wojennego, rozmawialiśmy językiem Kaczmarskiego. Nie chodzi tylko o sławetne Mury, które rozumieliśmy odwrotnie do intencji tekstu – to znaczy jako hasło narodowej solidarności, a nie pieśń o samotności poety – ale o cały świat, który jego wiersze przed nami otwierały. Chyba nigdy już później nie czułem tak wyraźnie, że poezja i wolność są ze sobą ściśle związane. Biedni, zagubieni, zostawieni samym sobie w przaśnej rzeczywistości dogorywającego PRL-u, mieliśmy w literaturze jedyne terytorium swobody, tym fajniejsze, że zakazane. Jak wybieg dla młodych źrebaków, który w jednym miejscu ma sekretny przesmyk ku otwartym łąkom.

    www.unsplash.com/Annie Spratt

    Jeszcze w liceum usłyszałem Obławę i trampki spadły mi z nóg. To było coś radykalnie innego, tornado zmiatające ze sceny całe studenckie pobrzękiwanie do kiełbaski przy ognisku. Zjawisko jedyne w swoim rodzaju, nie do podrobienia ani powtórzenia. Jasne, śpiewali później wszyscy, ale takiego stylu nie potrafił podjąć nikt. Był poetą i śpiewakiem w zupełnie nowoczesnym, a zarazem jakimś archaicznym sensie, jak ten wajdelota, który umiał porwać słuchaczy i stare, dobrze znane historie opowiedzieć tak, że mówiły coś nowego. I mówiły wprost do ciebie, bez osłonek, bez całej tej scenicznej machiny snobizmu, która zabija autentyczność. Słuchając czułeś, że on tę piosenkę ułożył specjalnie dla ciebie, że śpiewa o tobie. Łamał wszystkie bariery i przesłony, wchodził wprost w środek duszy. Słuchaliśmy go na fatalnych kopiach dziesiątki razy przegrywanych z taśmy na taśmę, żeby uszczknąć choć trochę tej autentyczności i pasji, która tak nam była potrzebna. Wciąż mam przed oczyma ciasny pokoik w akademiku na miasteczku studenckim AGH, wielgachny magnetofon na stoliku i dwie kręcące się szpule, z których leci charkotliwie wykrzyczane: Dałeś mi, Panie, zbroję/ Dawny kuł płatnerz ją… Tak, Jacek dał nam wtedy zbroję na niedobry czas, daje ją również dzisiaj. I jeszcze wiele razy będzie dawał, bo na tym polega poezja wolności. Gdzieś w pudle na strychu mam jeszcze te kasety z głosem schrypniętym potrójnie: od pasji, alkoholu i powolnego rozpadu nylonowej taśmy.

    Miałem raz w życiu okazję z nim rozmawiać. Robiliśmy z kolegą film dokumentalny o powstającym właśnie Studium Literacko-Artystycznym (w którym teraz mam zajęcia!) i spotkaliśmy go przypadkowo na krakowskim Rynku. Zgodził się natychmiast na wypowiedź i spontanicznie palnął, że takie szkoły pisania trochę są potrzebne, a trochę nie, bo prawdziwego pisania nauczyć się nie można. Tak całkiem nam do scenariusza nie pasowało, ale to był Kaczmarski, nie mogliśmy nie zamieścić. Ileż razy później żałowałem, że nie zagadnąłem go jakoś bardziej osobiście, po ludzku! Że nie wyznałem bezwarunkowej miłości i nie poparłem wyznania wydeklamowaniem paru zwrotek z pamięci. Nie zdążyłem, wszystko przebiegło tak szybko, poza tym okropnie się wstydziłem. Taki wtedy byłem.

    Nic się nie kończy prostym „tak” lub „nie”.

    I nie na darmo giną wojownicy,

    Dlatego mówię: to początek końca,

    A lud pijany wspina się na mury,

    Bo pustką zieją szańce barbarzyńców…

    zapisuję z pamięci po czterdziestu latach. To z pieśni o Kasandrze.

    W genialny sposób stopiły się w nim dwie główne nici polskiego losu: sarmaty i Żyda. Tu hulanka, swawola i opętańczy galop za uniesieniem, a tam księga, pilne czytanie i mozół codziennego wykuwania słowa. Napisał tych wierszy chyba z tysiąc. Do tego układanie muzyki, ćwiczenie gitary, śpiew… cóż za tytaniczna praca! Kiedy próbuję coś takiego porównać z moją codzienną krzątaniną, to mnie w zasadzie nie ma.

    Wyśpiewał mnie całego. Czym bym się nie zaciekawił w moim rozwichrzonym życiu, zaraz się okazywało, że on o tym napisał wiersz. W dodatku napisał tak, jakby znał moje najskrytsze odczucia. Tak, zazdrościłem mu. Patrzyłem na niego jak na lepszą wersję siebie, jeden z tych przegapionych wariantów egzystencji, których nie wybrałem, bo wybrałem co innego. Myślałem nieraz, że moje frustracje i żale brały się z niewłaściwego wyboru i że tak naprawdę to miałem być Kaczmarskim. Nie jakimś tam politykiem czy wielkim dowódcą, bo to dla gruboskórnych, tylko trubadurem z gitarą na plecach i butelką wina za pazuchą, który włóczy się po świecie i śpiewa wszystko co widzi, słyszy, doznaje. Dotarł nawet do mojej ukochanej Australii, więc nawet tu jakieś porozumienie…

    W tym roku nie pojadę do niego. Nie wolno. Mam pilnować życia, żeby trwało, choć on całą młodość mi śpiewał, że warto krótko i mocno, a nie długo i byle jak. Nie wiem, Jacku, nie umiem jak ty. Życia, jak pisania, nie można się tak po prostu nauczyć.

    11 kwietnia 2020 (6356 zarażonych, 208 zmarłych)

    W „Wyborczej” obszerny wywiad z Olgą Tokarczuk. Mówi o naturze, która nas sprawdza, o czymś nieokreślonym i bezosobowym, przeorganizowującym nasze życie, o zwalnianiu w szalonym cywilizacyjnym biegu. I o Kasandrze. Czytam z satysfakcją.

    13 kwietnia 2020 (6934 zarażonych, 245 zmarłych)

    Wielkanoc. Zupełnie nic. Nie ma żadnych wiadomości ani żadnych myśli. Dzieje się jedzenie, posiadywanie i gadanie, a wieczorem granie. Zero metafizyki.

    Nasze najstraszniejsze opowieści zachowujemy dla dzieci” – powiedział Stephen King parę dni temu w wywiadzie dla radia NPR. Fajne, też o tym kiedyś myślałem. Bardzo dbamy o nasze pociechy i ich jak najlepsze wychowanie, dlatego kupujemy im plastikowe pistolety i gumowe potwory z czerwonymi naciekami na pyskach. Malucha trzeba czymś zapchać, więc dostaje hamburgera razem z nagrodami w postaci „figurek” i potem przez następne trzy dni słychać z dziecięcego pokoiku onomatopeiczne pomruki zagryzania, rozwalania, przebijania na wylot i dorzynania. Żeby wzbudzić miłość bliźniego, zgodnie z chrześcijańskim modelem wychowania. Albo islamskim, albo jakimś jeszcze innym. Bardzo dbamy o nasze pociechy…

    Znowu satysfakcja, że uwielbiany mistrz mówi jak ty. King nie przegapia okazji i bez ogródek wytyka Trumpowi pacaństwo i nieodpowiedzialność. Poszło o maseczki, że prezydent USA publicznie powiada mniej więcej w tym duchu: „maseczki można nosić, albo nie; ja nie noszę, ale jeśli ty lub ty chcesz, to proszę bardzo”. Wolność. Rozumiana zupełnie opacznie, bo nie chodzi o to, czy maseczka ciebie ochroni przed innymi, ale czy TY chronisz innych przed sobą! Egoista i bufon, który zawsze ma rację, nie potrafi myśleć w kategoriach empatii i zrozumienia. Amerykańskie media rozpisują się o tym od dawna. Stephen King skomentował to pacaństwo nie jak autor tanich popkulturowych straszydeł, ale jak odpowiedzialny obywatel, który myśli publicznie, a nie egoistycznie. Otóż właśnie – co innego mówić publicznie, a co innego publicznie myśleć!

    Stephen King, fot: Shane Leonard

    Poruszył też mój ulubiony problem papieru toaletowego. Supermarkety pełne, a półki z papierem puste. Co dowiozą, to zaraz znika. Nikt z obsługi sklepu (domyślam się, że na Florydzie, bo on zdaje się tam głównie teraz pomieszkuje) nie umiał mu wytłumaczyć, dlaczego akurat papier toaletowy. Było też o jego najnowszym zbiorze opowiadań If It Bleeds, który lada dzień ma mieć premierę. I o tym, co i ja zawsze powtarzam: najważniejszy w pisaniu jest JĘZYK.

    Punktem wyjścia do rozmowy była jego prorocza wizja sprzed czterdziestu lat o epidemii grypy, która zabija 99 procent ludzkości, a ten pozostały przy życiu jeden procent próbuje ułożyć świat na nowo. I wpada w stare koleiny. Chodzi o Bastion, którego obrazowaniu – jak już tu pisałem – nie umiem się oprzeć. Dziennikarka zaczęła od tego, jak wielki pisarz czuje się z tym, że cała Ameryka żyje teraz wewnątrz jego powieści. Odpowiedź: „Bardzo was przepraszam”. Znakomite.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (21-25 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    4 kwietnia 2020 (3627 zarażonych, 79 zmarłych)

    Gry w durnia ciąg dalszy. Wicepremier postawił się i zagroził wyjściem z koalicji, jeśli PiS uprze się przy wyborach 10 maja, a Prezes na to zarządził głosowanie korespondencyjne i zmienił szefa Poczty Polskiej na jeszcze bardziej służalczego. Gowin na to stwierdził, że w takim razie popiera wybory na poczcie i pozostaje w koalicji. Inaczej mówiąc, wstał z progu, otrzepał spodnie i zapiął koszulę na piersi. Dosyć tego rejtanowania. Zresztą i tak niewielu się dało nabrać. Będziemy nadal grać w karty, tylko te do głosowania i z listonoszem z MON jako rozdającym.

    Gdyby komuś nie odpowiadała metafora gry karcianej, niech sobie wyobrazi grę w szachy, w której figury przestawia się kopniakami w zadek. Granic chamstwa i szulerstwa nie ma, a naród odwraca z zażenowaniem głowę i jednoczy się w walce z epidemią. Ten ich wielki Naród, który podobno tak ukochali i dla którego z takim poświęceniem przejęli w Polsce władzę. Żeby było lepiej. Okej. Niby rozumiem mechanizmy walki politycznej, niby wiem, że część ludzi woli taką władzę, która bierze za pysk, bo można na nią scedować trudne życiowe decyzje – ale jakoś przykro. Patrzę z bezradną złością i myślę, że wolałbym być ślepym głupcem, który nie widzi i nie rozumie, którego w ogóle nie ma. Podobno da się zrobić, tylko trzeba parę lat słuchać Radia Maryja. Chyba nie podołam.

    www.unsplash.com/Josh Calabrese

    Wyłączam i myślę o czym innym. Tak, myślę o śmierci. Widzę siebie na łóżku, z dłońmi splecionymi na brzuchu i wyciągniętymi nogami, z oczami w słup, ale już bez widoku na sufit. I zastanawiam się, czy zrobiłem to, co do mnie należało. „Do czego zostałem powołany”, jak lubił mówić Miłosz. Cofam się i myślę, skąd miałbym wiedzieć, kto i do czego mnie powołał. Gdzie jest ten zapis? Ten warunek dołączony do mojego aktu urodzenia, paragraf w umowie na życie? Dłuższy czas żyłem w przekonaniu, że tym zapisem jest mój uczuciowy elektrokardiogram; drgnienia duszy, od których serce szybciej bije i po krzyżu biegają dreszcze uniesienia. Że to są te szczególne momenty, ważne doznania, z którymi coś powinienem zrobić. I jeszcze pamięć – ciągłe oglądanie się za siebie, próba powrotu do czegoś, czego już nie ma i płacz, że to niesprawiedliwe. W tym widziałem istotne znaki mojego życia i kombinowałem, jak zmienić je w coś wartościowego. Jak stratę obrócić w zysk, minus zmienić na plus.

    Teraz już nie jestem pewien. To ślęczenie przed ekranem laptopa i pukanie palcami po klawiszach w poszukiwaniu właściwego słowa, godzinami, dniami, tygodniami, latami… czy na pewno o to chodziło? Nie miałem przypadkiem robić czegoś zupełnie innego, czego teraz brakło światu i dlatego upada? Bo że upada, raczej nie mam wątpliwości. Gdybym tak, nie wiem, został sekretarzem generalnym lub naczelnym dowódcą – może wtedy wszystko poszłoby lepiej i nie byłoby całej tej dzisiejszej katastrofy? Czyli to ja zawaliłem. No dobrze, ale jeśli tak, dlaczego nikt mi nie podpowiedział właściwego rozwiązania, tego mojego zaprogramowanego losu, od którego zależała nasza cywilizacja? Grecy mieli łatwiej: z ciemności wynurza się Fatum i po sprawie. Wszystko wiadomo. A nami rządzi przypadek, zbieg okoliczności i dojmująca niekonieczność istnienia. Jesteś i zaraz cię nie ma. Pstryk i świeci – pstryk i gaśnie.

    5 kwietnia 2020 (4102 zarażonych, 94 zmarłych)

    Niedziela Palmowa. Księża jeżdżą do wiernych samochodami, traktorami, furmankami, latają samolotami i pływają łódkami, żeby nieść swoją posługę. Z tyłu kościelny z tacą. Na Wielkanoc poluzowano obostrzenia antywirusowe i zezwolono na msze w głębokim przekonaniu, że wiernemu ludowi pod opieką Matki Boskiej Królowej Polski nic nie grozi. Zejdą się tłumy choćby z tego powodu, że ludzie wynudzili się w domach i potrzebują się przespacerować. Na ile znam elementarne mechanizmy rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych, wirus nie przestraszy się tyrad z ambony i zaatakuje w dogodnym momencie, czego wierni nawet nie zauważą. Wśród statystyk i analiz powtarzano, że słabo zaludniona polska wieś w strefie B ma znacznie niższy procent zakażeń. Po Wielkanocy to się może zmienić.

    6 kwietnia 2020 (4413 zarażonych, 107 zmarłych)

    Mój minister od szkolnictwa wyższego, Jarosław Gowin, podał się do dymisji. W komentarzach powtarza się opinia, że został ograny przez własne stronnictwo, które za jego plecami dogadało się z partią rządzącą. Żeby przepchnąć swoją absurdalną ustawę o głosowaniu korespondencyjnym w czasie zarazy, PiS zarządził drugie głosowanie, bo pierwsze przegrał. Pod błyskawicznie przeformułowanym wnioskiem podpisali się również posłowie, których nie było w Warszawie. Na takim poziomie moralności i odpowiedzialności to się rozgrywa. Odrapany sufit, przyćmione światło, kłęby dymu i oklejone brudem karty z dziurami po nożu. Kto wygra, łupi państwo, przegrani na śmietnik. Tymczasem liczba zarażonych i zmarłych mocno rośnie, nie przejmując się etycznymi niuansami walki politycznej.

    Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson wylądował ze swoim osobistym koronawirusem w szpitalu. Ten sam człowiek w pierwszej fazie epidemii lekceważył doniesienia i drwił z zagrożeń proponując Brytyjczykom powszechne zarażenie, które według jego prognoz szybko miało przejść w powszechną odporność. No to właśnie przechodzi. Po trupach.

    www.unsplash.com/Suzy Brooks

    Zoom w mapie google to jest fajna rzecz. Najeżdżasz na swój dom, sprawdzasz, czy rozkład roślin w ogródku i kształt podjazdu na zdjęciu odpowiadają tym prawdziwym (tak, tak, rzeczywistość potrzebuje oparcia w powtórzeniu), a potem leciutko paluszkiem cyk! – i odjeżdżasz w górę. Widać już cały Kraków i węzły komunikacyjne na obwodnicy, pasy lotniska w Balicach i dziwne podłużne baraki na miejscu dawnego kombinatu w Nowej Hucie, trochę jak teren dawnego obozu koncentracyjnego. Znowu cyk dwa razy paluszkiem i pojawia się pół Polski. Płasko w Łódzkiem i na Mazowszu, plama lasu między Starachowicami a Opocznem, wyrobisko w Kleszczowie większe od aglomeracji Częstochowy, zamglone zagłębie owocowe wokół Grójca. Warszawę tylko omiatam wzrokiem i dalej – cyk! – już Bory Tucholskie, moje ulubione Pomorze i Bałtyk. Jeszcze dwa razy i widzę całą Ziemię, z przewagą wody nad lądami, błękitną kulę rzuconą w puste czarne przestrzenie, które od wieków zapełniamy naszymi fanatazmatami, a od pół wieku również blaszanymi garnkami do przesyłania wiadomości. Sieć sygnałów, kokon upleciony z informacyjnych bitów; buczy toto i szumi, brzęczy, skrzeczy i mamrocze o miliardach spraw mających podobno dla nas jakieś znaczenie, a co poniektórzy twierdzą nawet, że zasadnicze. Patrzę na umęczoną ludzkim bzyczeniem planetę i myślę, czy to się da wyłączyć. Ostatnio jestem pod wrażeniem wizji zagłady z Bastionu, i wpadam w myślenie–niemyślenie, refleksję–nierefleksję, niekonstatującą konstatację, wniosek, który sam się siebie wstydzi – że może już dość tego człowieka.

    7 kwietnia 2020 (4848 zarażonych, 129 zmarłych)

    Wiosna się dzieje! Słońce daje na całego, niebo czyste i pastelowo błękitne jak maseczka antywirusowa, zero smutku i bólu! Wszystko stworzenie wyłazi z zimowych kryjówek, by zainicjować nowy rok według kalendarza natury. Tylko człowiek siedzi zamknięty w domu, z osobnym ludzkim kalendarzem, według którego za parę dni będzie świętował swoją ludzką śmierć. Ograniczony własnymi ograniczeniami, obostrzony własnymi obostrzeniami, spętany autozakazem, przestraszony uruchomionych przez siebie strachów i bojący się własnych lęków. Odizolowany. Ratujący się przed biologią opowieścią o Zmartwychwstaniu i jakby nie całkiem świadom, że w tej opowieści został również zdefiniowany jego koniec. A ściślej rzecz biorąc, faktyczny koniec i iluzoryczne życie wieczne. Fakt i urojenie. Bezlitosna śmierć i terapeutyczna wiara w działanie magicznych gestów. Pandemia i maseczka. Człowiek i Bóg.

    www.unsplash.com/Aniket Bhattacharya

    Forma się nie chce wykształcić. Styl niezdecydowany. W powietrzu wciąż wisi napięte oczekiwanie na coś, co dopiero ma przyjść. Wielki Tydzień również jest oczekiwaniem na wielkie Powtórzenie, Umocnienie i Potwierdzenie, że to Prawda. Nałożony na wypatrywanie czoła fali pandemicznego tsunami, nabiera nowych znaczeń. Przeczuwam, że namysł nad Jego śmiercią w piątkowy wieczór będzie miał w tym roku bogatszy i w jakimś sensie konkretniejszy charakter. Sprawdzian naszej wiary przyjmie kształt całkiem prostego pytania: czy On ma coś wspólnego z koronawirusem, czy nie? Dawniej epidemie, jak wszystkie kataklizmy, potęgowały nastroje apokaliptyczne, czyli religijne, zwłaszcza w ich proroczym i wróżbiarskim wymiarze, więc i tym razem powinny się pojawić okrzyki w rodzaju: „To kara za wasze grzechy! Żyliście w rozpuście i niecnocie, i myśleliście, że wam ujdzie na sucho? Deszcze ognia i siarki na was! Pan idzie sądzić żywych i umarłych! Drżyjcie władcy bez sumienia i politycy bez odpowiedzialności! Nierządnice bez wstydu i piosenkarki bez gustu! Bankierzy bez litości i dziennikarze bez oparcia w faktach! Kapłani bez Boga w sercu i sędziowie bez konstytucji! Idzie pomór na nieprawość i zło! A którzyście czekali przyjścia Zbawiciela, co oddzieli światło od ciemności, zajrzyjcie pierwej w serca wasze, czy się tam człowieczeństwa ostało choćby na pół arszyna. Inaczej zmiecie was z powierzchni karzące ramię Tego Który Jest”…

    Nie, Zajas, w takiej formie też nie pogadasz z czytelnikami. Dzisiaj proroctwo może być tylko zaprzeczone, a przewodnik chóru wiernych jest showmanem, za pomocą imienia Boga namawiającym do wpłaty na prywatne konto. To nie to, stary. Zostaje satyra, płaski dowcip, dożarty żart. Konwulsyjne wyrzucanie słów, by zaraz potem zamilknąć ze wstydem.

    Gdzie jest to jedno mocne, prawdziwe zdanie?

    8 kwietnia 2020 (5205 zarażonych, 159 zmarłych)

    Wróciła antyrowerowa obsesja policji. Oni mają jakiś problem z tym zakazem pedałowania. Zamknęli ścieżki rowerowe, parki, skwery i bulwary, i wzięli się do rozdzielania mandatów na prawo i lewo jak cepem. Ciężkie te razy, 12 tysięcy za jazdę krakowskim bulwarem wiślanym boli. Kierowców pełno, jeżdżą we wszystkie strony, motocykliści szaleją (dwóch się ostatnio rozfragmentowało na alei Powstania Warszawskiego, w środku nocy) – a ci łapią rowerzystów i wrotkarzy. Któryś z czytelników pytał mnie kiedyś, dlaczego w moich kryminałach policjanci są tacy niesympatyczni. No to tutaj ma jedną z odpowiedzi.

    Z polityki: posłowie głosują, a system informatyczny liczy głosy jak chce. Posłanka protestuje, ponieważ była przeciw, a maszyna uznała, że pani nie brała udziału w głosowaniu. Teraz nie ma nawet specjalnie na kogo zwalić, bo jak – na komputer? Że jest prorządowy i gardzi opozycją oraz demokracją? Nie, zwykła omyłka, zaraz wszystko wróci do normy. Jeszcze parę takich parodii parlamentaryzmu, a potem cofka do dziurawych pańszczyźnianych gaci. Nie ma co się obrażać na demokrację? Nie obrażam się, tylko pytam, gdzie w tym wszystkim w ogóle jest jeszcze jakaś demokracja.

    Demokracja, tromtadracja… Po grecku demokracja oznaczała władzę ludu, więc lud rządzi. A ponieważ lud nie ma swojej woli i nie tyle rządzi, co raczej jest rządzony – wszystko pasuje. Władza ludu polega na oddaniu władzy komu innemu. Nie ma się co pieklić.

    Słońce zaszło nad krainą pozoru. Wieczorny wiatr poruszał suchymi źdźbłami traw, nisko w dolinie szumiał wodospad. Ziemia stygła. Drogą od pól szedł człowiek zgarbiony pod ciężarem myśli, których nie umiał z siebie zrzucić, a które bardzo mu ciążyły. Z trudem podnosił stopy i potykał się o kamienie, ale szedł dalej, zamyślony i smutny. „Wszystko umarło, wszystko umarło”, powtarzał półgłosem. Nie patrzył w rozgwieżdżone niebo ani na trakt kamienisty pod nogami, tylko wbił wzrok w ciemność i szedł, ciężki od braku nadziei i bardzo niepewny miejsca do odpoczynku…

    Nie wiem, może tak?

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 6 oraz 7)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    20 marca 2020 (425 zarażonych, 5 zmarłych)

    Wsłuchuję się w ciszę. Czy usłyszę szum niewidzialnych skrzydeł? Świst powietrza przecinanego koszącym lotem śmierci? Szatańskiego wirusa w masce Jokera i rozpostartym na wietrze wampirzym płaszczu? Chyba nie. Fascynuje mnie jego niewidzialność i bezgłośność. Jest wszędzie i nie ma go nigdzie. Przeniknął nas do szpiku kości i staje się nami, stąd wrażenie, jakby go wcale nie było. I w jakimś sensie nie ma, ponieważ do większości z nas docierają tylko doniesienia medialne. Ogólnoplanetarne larum, podszyte nieco perwersyjnym podnieceniem, że wreszcie się dzieje i że ten zmanierowany, do cna zepsuty komfortem świat dostaje zasłużonego kopa w tyłek. Nieco zapomnieliśmy o takich tworach metafizycznych jak Duch Ziemi i Duch Dziejów, kto by tam dzisiaj czytał Fausta Goethego czy Wykłady o filozofii dziejów Hegla, a tu proszę. Przyszła Natura i solidnie przytarła nam nosa. Bo przecież ten wirus, słońce, wiatr i moje ptaszki za oknem należą do tego samego porządku.

    Nie, ona się nie mści. Jest neutralna i wykonuje swoje obowiązki z całkowitą, nieludzką obojętnością. To my chcemy w tym widzieć jakiś palec: boży, losu czy innej nadnaturalnej interwencji, ponieważ już dawno uwierzyliśmy, że nic nie dzieje się bez celu i sensu. Zatem wojny, zarazy i katastrofy również. Sens jako przekleństwo – niezłe. Prawie filozoficzne.

    Liczba ofiar w Polsce spadła, ponieważ szósta osoba wprawdzie była zarażona koronawirusem, zmarła jednak na sepsę. Nie wiem, jak oni to rozróżniają, skoro kłopot pojawia się już na poziomie wykrycia wirusa, no ale takie są oficjalne ustalenia. Wprawdzie niczego w tych oficjalnych ustaleniach nie ma poza czyjąś stanowczą deklaracją, niemniej dostosowujemy się i redukujemy liczbę ofiar do 5. Ulga. Częściowa.

    Z drugiej strony, wszyscy prześcigają się w poszukiwaniu ogólnoludzkiej tragedii. W zasadzie ja też. Chcemy głębszego wymiaru, szerszej perspektywy, apokalipsy naszych czasów, nie do końca zdając sobie sprawę, czym to naprawdę będzie. Byle coś było, byleśmy na jeszcze jeden sposób poczuli metafizyczny dreszcz Dziwności Istnienia, jak mawiał Witkacy. Dawki muszą być coraz większe, wstrząs coraz silniejszy, jeśli w ogóle ma wstrząsnąć, zwykła zbrodnia już nie wystarczy. Jako autor powieści kryminalnych należę do grona tych, którzy takiego zwiększania dawek ciągle poszukują. Czym by tu jeszcze oszołomić, jaką oryginalną masakrę jeszcze opisać, żeby czytelnik w ogóle zechciał się zainteresować? A teraz proszę, pandemia z wizją zagłady całej ludzkości. Nic, tylko pisać.

    Zamiast pisać, znowu liczę. Ilu ludzi umiera rocznie i na co? Wychodzi mi, że boimy się nie tego, co jest, ale tego, co dopiero ma nadejść. W tej chwili koronawirus na liście zabójców lokuje się na szarym końcu, przodują choroby serca, nowotwory, głód, a w takich krajach jak Polska również – alkohol. No i oczywiście wojny. Ich ofiary liczy się w wielu milionach rocznie. Jednakże w zwalczanie tamtych źródeł masowej śmierci wkładamy – mam wrażenie – znacznie mniej serca, energii i środków, niż w zagłuszanie szumu skrzydeł lecącej zarazy. Czyli jednak głównie strach. I medialna podjarka. Wokół nich kręci się nasza pandemiczna uwaga, co mnie utwierdza w przekonaniu o zupełnie subiektywnych miarach przykładanych do globalnych zjawisk.

    www.unsplash.com/Fey Marin

    Może jeszcze pamięć genetyczna. Mamy w niej odciśnięty strach przodków przed dżumą, cholerą i czarną ospą, które dziesiątkowały Europę w poprzednich wiekach. Atawistyczny lęk przed bezosobowym zabójcą, który co jakiś czas przychodzi znikąd i pobiera swój śmiertelny haracz. Dawno nie płaciliśmy i wyglądamy tego rachunku trochę już niecierpliwie. Wyczuwałem tę niecierpliwość wśród tłumów zwiedzających Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau. Jądro perwersji: bać się czegoś i zarazem bardzo tego pragnąć.

    Teraz trochę poważnie. Chylmy głowy przed naszą polską służbą zdrowia. Armia cichych bohaterów, do których teraz wszyscy się uciekamy z błaganiami o pomoc i wytrwałość, choć jeszcze niedawno psy na nich wieszaliśmy. Nie znam nikogo, kto by nie marudził na polską służbę zdrowia. Ze mną włącznie. Poczekalnie w publicznych lecznicach od lat stanowią wielki zdrowotny Hyde Park, gdzie każdy pacjent – mając mnóstwo wolnego czasu w kolejce i audytorium obok siebie – wygaduje co mu ślina na obolały z przeziębienia język przyniesie, byle sobie ulżyć. Zauważyłem, że nawet nie bardzo ten katastrofalny stan naszego lecznictwa lud kojarzy z decyzjami polityków. Bardziej skupia się na tych, którzy są pod ręką: lekarzach, pielęgniarkach, ratownikach medycznych. Tak działa ludowa sprawiedliwość. Może teraz coś się zmieni i zaczniemy na nich patrzeć uważniej, z większym szacunkiem, bo wykonują bardzo ciężką pracę – zawsze, nie tylko dzisiaj – a otrzymują od nas wdzięczności jak na lekarstwo. To wśród nich jest największy procent zarażonych! Nie dlatego, że są nieodpowiedzialni, ale przeciwnie – ponieważ odpowiedzialnie wykonują nadal swoje obowiązki. Politycy, którzy przez lata ignorowali ich potrzeby, nagle zaczęli ich dostrzegać i wychwalać pod niebiosa. Niedawne strajki w służbie zdrowia, które organizowano w imieniu nas wszystkich i dla naszego dobra, władze konsekwentnie ignorowały. A teraz – pracujcie, poświęcajcie się, ratujcie nasze tyłki!

    Ratują. Robią co mogą. Jednakże wieloletniego rujnowania całego systemu lecznictwa w Polsce (niedoinwestowanie, umowy śmieciowe, roczne kolejki do specjalistów itd.) nie da się tak nagle z dnia na dzień załatać ludzką ofiarnością. Mądrzy ostrzegali, głupi ignorowali – cierpią wszyscy.

    Za to antyszczepionkowcy coś przycichli. Trochę spuścili z tonu i udają, że wcale nie są antyszczepionkowcami, tylko zwolennikami wolności wyboru. Każdy szwindlarz przepycha swoje szwindle powołując się na wolność. Rzuciłem okiem na ich strony i profile fb – ani słowa o szkodliwości szczepionek. Apelują, żeby myć ręce, nie wychodzić z domu (chociaż organizują jakąś demonstrację w Warszawie), słuchać zaleceń służb i w ogóle być ostrożnym i rozsądnym. No to bądźcie!

    Ksiądz Rydzyk z kolei apeluje na twitterze o niezwlekanie z wpłatami na Radio Maryja i TV Trwam, ponieważ dotychczas „ofiary składane na te media, przy bardzo oszczędnym gospodarowaniu starczały skromnie od pierwszego do pierwszego”. Proboszcz parafii św. Jacka w Legnicy w ramach walki z epidemią codziennie z grupką wiernych obnosi po ulicach monstrancję. Jakiś radny zaleca wystawianie w oknach obrazków świętych. Postrzegam te działania jako zasadniczo trafnie ukierunkowane, ponieważ w obliczu zagrożenia jakiś przesąd jest potrzebny, jednak niewystarczające. Mam lepszy pomysł. W estońskim filmie Listopad (reż. Rainer Sarnet, polecam) w obliczu zbliżającej się zarazy starszy wioski zarządza: „Naciągnijmy wszyscy portki na głowy. Zaraza pomyśli, że mamy dwie dupy i nas ominie”. Gmin posłusznie wykonuje polecenie i zalega w stodole, stodoła bowiem to tradycyjny w tej części Europy obiekt do organizowania zbiorowych performansów. Jakoż istotnie, zaraza wchodzi, wolnym i uważnym krokiem przemierza klepisko wyłożone ludzkimi ciałami z portkami po obu stronach tułowi, i wychodzi. Po przejmującej chwili ciszy (zarazie nieodłącznie towarzyszy cisza) wszyscy wstają, otrzepują się z kurzu i z ulgą ściągają ineksprymable z mrocznych łbów. Zatem, Drodzy Wierni, do dzieła! Wpłata na Radio, procesja z monstrancją, a potem gacie na głowę i kładziemy się!

    21 marca 2020 (536 zarażonych, 5 zmarło)

    Sobota. Pierwszy dzień wiosny. Media trochę się uspokoiły i wyluzowały w pogoni za widmowym potworem. Może dlatego, że weekend i nawet takiemu celebrycie jak wirus należy się odpoczynek, a może z powodu zbyt wolno nadciągającej apokalipsy. Dudni po polach, grzmi za lasem, pohukuje opłotkami, ale u nas ciągle spokój i bzyczenie obudzonych wczorajszym słońcem owadów. Sielsko. Wprawdzie premier Morawiecki wspomina coś o czekającym nas trzęsieniu ziemi, ale po angielsku i tylko do Amerykanów, czyli całkiem daleko.

    Rano dzięcioł narobił hałasu jakimiś swoimi robotami stolarskimi na dębie. Kosy przetrząsają ogródek w poszukiwaniu ciekawostek i przekomarzają się z sikorkami, nic sobie nie robiąc z kwarantanny. Zaczął padać deszcz. Dobrze, bo ziemia sucha, a ja muszę posadzić róże na skarpie. Pachnie pękającymi pączkami na gałęziach i wschodzącą trawą. „Szepcze wiosna kropelkami deszczu” – pisałem w wierszu dokładnie czterdzieści jeden lat temu. Tak mi się przypomniało…

    Wielki Prezes dał głos. Jest bardzo niebezpiecznie, wszyscy surowej poddani kwarantannie, ale wybory się odbędą w wyznaczonym terminie 10 maja. Nie ma dyskusji. Czyli jest źle, ale i bardzo dobrze. Interes polityczny przecież jest ważniejszy od interesu publicznego, ta władza nigdy nie pozostawiała złudzeń co do swoich motywów, więc nie powinniśmy się dziwić. Kalkulacja jest prosta. Ludzie bardziej rozgarnięci, odpowiedzialni i świadomi zagrożeń zostaną w domach, a ludek boży pójdzie i zagłosuje na PiS. Przewaga ze znacznej zmieni się w miażdżącą. Nie ma w tym żadnej odpowiedzialności za państwo, nie ma w tym krztyny zrozumienia dla epidemicznych zagrożeń społeczeństwa, ale jest polityczny zysk. Jak podczas głosowania w sali kolumnowej sejmu, po uprzednim wykluczeniu opozycji. Zamiast demokracji – odgrywanie jej pozorów.

    www.unsplash.com/Element5 Digital

    Piszą, że przez polskie sieci handlowe idzie tsunami. Upadnie wiele polskich (i nie tylko) marek odzieżowych, trzeba się liczyć ze zniknięciem z rynku Croppa, Reserved, CCC, Sinsay i czegoś tam jeszcze. Liczę się i jakoś mnie to nawet specjalnie nie boli. Sądząc z zawartości szaf jeszcze przez długi czas będę miał co na siebie włożyć, donoszę trochę starych i całkiem dobrych ubrań, przeproszę się z wyekspediowanymi na strych kurtkami, marynarkami i butami. Na pewno znajdą się i jakieś portki do wciągania na głowę, na wszelki wypadek. Będzie ekologicznie, recyklingowo i do tego fajnie, bo wiele z tych ciuchów lubiłem. Same korzyści. Upadek jako początek wzlotu. Zawsze jest coś za coś. „Jedno drugiemu płaci karą i pokutą za niesprawiedliwość w porządku czasu” – Anaksymander.

    Szukam jakichś pewniejszych informacji, ale wszędzie tylko gdybania i powtarzanie w kółko, że sytuacja jest nie do przewidzenia. Fajne słowo: nieprzewidywalność. Przywraca odpowiednie proporcje między tym, co wiemy, i tym, o czym nie mamy pojęcia. A tego drugiego jest znacznie więcej, niż nam się na co dzień wydaje, a o czym z lubą beztroską zapominamy. Chcemy wszystko przewidzieć dla samej egoistycznej potrzeby utwierdzania się w przewadze nad resztą Stworzenia. Damy radę. Przetworzymy wszystko na nasze doczesne przyjemności, a jak już zmienimy Ziemię w jedno wielkie pobojowisko po globalnym karnawale, to polecimy na Marsa i zabawa zacznie się na nowo. Elon Musk już szykuje rakiety.

    Niewykluczone, że nadepnęliśmy Naturze zbyt mocno na odcisk i postanowiła nam przypomnieć, żebyśmy nie przeginali, bo nie jesteśmy tu sami. Ten i owa próbowali ostrzegać, wrzucano do sieci zdjęcia uduszonych plastikiem kormoranów, ale niespecjalne to na władcach świata robiło wrażenie. Nie? Tacy jesteście mądrzy i pewni siebie? No to macie wirusa, królewskiego, w koronie. Kombinujcie.

    Kombinujemy. Laboratoria idą pełną parą. Równolegle do działań zbożnych podejmowane są działania dyskretne i znacznie mniej zbożne, choć zrozumiałe z rynkowego punktu widzenia. Cztery dni temu nasi strategiczni sojusznicy Amerykanie kupili od Włochów pół miliona testów na koronawirusa, nocnym samolotem przetransportowali do Memphis i z zadowoleniem mówią o międzynarodowej solidarności. Włoskie społeczeństwo rzęzi pod naporem epidemii, a Jankesi obkupują ich z testów, żeby badać własne wydepilowane tyłki, które mają być great again. Jakby dotychczas były za małe. Postrzegam to jako kolejny odcinek serialu o przywracaniu Ameryce należnego jej miejsca. Poprzedni był, jak pamiętacie, o wykupywaniu laboratoriów firmy CureVac od Niemców. Te sytuacje nieco bardziej realistycznie ilustrują wartość militarnych sojuszy na wypadek zagrożenia. „Każdy sobie rzepkę skrobie” w tym kontekście ujmuje rzecz delikatnie. Niemal sympatycznie. Podobnie jak uśmiechnięty Wielki Prezydent W Czasie Wojny, który musi teraz codziennie wydawać Ogromne Rozkazy. Za rogiem czai się stara dobra walka o byt. Wygra najsilniejszy. Bezwzględnie. Twarz Trumpa mówi to całemu światu codziennie, kiedy się nie uśmiecha.

    Wciąż nie czuję tej formy. Ciągle nie tak. Ślizgam się po łatwych skojarzeniach, a w środku drąży mnie poczucie mijania się z tym, co naprawdę ważne. Zauważyłem, że uciekam w liczbę mnogą, czyli tchórzę i udaję, że mówię o sprawach ważnych, bo dotyczących nas wszystkich. Nie, to nie tak. Łatwo, zbyt łatwo. Aksa milczy i patrzy z wyrzutem, bo dzisiaj znowu nie poszliśmy na łąki. Padał deszcz, a samiec alfa z palcami na czarnej płytce znowu ma migrenę. Nudno i depresyjnie. Można pogonić dzikie gołębie z drutów elektrycznych, ale to też głupie. No nic, przedrzemię jakoś tę noc, a jutro może będzie lepiej.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii

    Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki! Było dobrze, spokojnie, stabilnie i się skończyło. Zawirował nagle świat na pandemicznej karuzeli, wytrącając nas z codziennej pewności siebie. Łapiemy się czego popadnie, żeby nie upaść. To nie są warunki do beztroskiego uprawiania literaturki rozrywkowej, zawieszam więc na razie „Audiobooka” na kołku i zaczynam pisać „Dziennik czasu pandemii”. Spróbuję na gorąco chwytać nici zdarzeń, opinii i atmosfery wokół tego, co się dzieje. Myślę, że częściej niż raz w tygodniu, ale nie zapewniam, że codziennie. Zapraszam Was do dzielenia się własnymi spostrzeżeniami związanymi z pandemią. W końcu przeżywamy ją na co dzień wszyscy. Choć, niestety, nie wszyscy przeżyjemy.

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii

    niedziela, 15 marca 2020 (125 zarażonych, 3 zmarłych)

    Regularne zapiski w formie dziennika. Planowałem je od dawna, trochę dla notowania ulotnych myśli, które mają to do siebie, że wydają się niezwykle przenikliwe i po kwadransie znikają, a trochę dla ćwiczenia sieci połączeń między palcami i mózgiem, zwanej pisaniem. Nie mogłem się zdecydować. Odstręczał mnie nieodłączny snobizm, pisarska poza z tym całym uroczystym zasiadaniem, poprawianiem laptopa, podwijaniem rękawów i mruczeniem do siebie: „No, teraz będę pisał, ponieważ jestem pisarzem”. Nie zdecydowałem aż do dzisiaj.

    Co się zmieniło? Przyszła epidemia koronawirusa. Nadano jej status pandemii, ponieważ zaledwie w miesiąc objęła całą planetę i nadal się rozwija, a ludzkość zrobiła to co zwykle, czyli najpierw zbagatelizowała i obsypała hiobową wieść anegdotami, potem zamilkła w niedowierzaniu i dopiero od trzech dni podchodzi do sprawy poważnie. Nakupiła produktów, zabarykadowała się w domach i siedzi. Nasłuchuje. Spokojem i skupieniem próbuje zamaskować lęk i niepewność. Nadchodzi, ale co? Naprawdę śmierć, czy tylko kolejny fajerwerk medialny? Chwilowe naruszenie normalności czy jej bezpowrotna utrata? Wróci wczorajszy przyjemny świat, czy nie?

    Nasłuchuję i ja. Najpierw cisza. Z wiekiem coraz bardziej potrzebna, teraz otuliła okolicę miękką poduszką bezruchu i bezgłosu. Nareszcie. Złościłem się na hałas samochodów z ulicy, na piłę w warsztacie sąsiada, huk lądujących samolotów, szczekanie psów – i doczekałem się. Zamilkli. Cisza. Nawet wiatr przestał wiać. Teraz powinno być dobrze. W tym nasłuchiwaniu odnajduję i swoje katastroficzne przeczucia ostatnich lat, i fascynację kruchością rzeczywistości, która udawała stabilną, i satysfakcję, że to wszystko nareszcie pierdutnie.

    Jak długo można wytrzymać w takiej ciszy? Po godzinie wstaję od biurka i idę zagadać rodzinę. Żeby usłyszeć jakiś dźwięk. Ludzki głos. Potrzeba ludzkiego głosu jako antidotum na epidemię – niezłe. Niemal filozoficzne. Człowiek potrzebuje drugiego człowieka razem z jego gadaniem, marudzeniem, piłowaniem, koszeniem trawników, puszczaniem telewizora zbyt głośno. Z całym tym harmiderem, który świadczy o życiu. Zatem cisza to jednak nienajlepsze rozwiązanie.

    Na razie w Polsce odnotowano 125 przypadków zarażenia koronawirusem, trudno jednak te dane uznać za miarodajne. Testy wciąż są przeprowadzane, ale informacje spływają bardzo nieproporcjonalnie i na przykład w Krakowie – jednym z największych ośrodków turystycznych w tej części Europy – stwierdzono zaledwie jeden przypadek i to 9 marca, czyli sześć dni temu. Potem nic. Dla porównania we Wrocławiu, skąd dane napływają codziennie, stwierdzono dwanaście przypadków zarażenia i jeden zgon. Czyli z wiadomości głównie dowiadujemy się, że wiemy niewiele. Nie wiadomo również, ile mamy testów i ile ich dziennie robimy. We Włoszech przedwczoraj zmarło 250 osób, wczoraj 175. Puste kościoły zamienia się na kostnice. Pandemia przywraca należny honor zakładom pogrzebowym, z którymi lokalne władze odbywają poufne narady na temat zbliżającej się ponurej ewentualności. Jak to malowniczo określił pewien lekarz: „Na razie widzimy ciemną chmurę na horyzoncie. Tsunami dopiero nadchodzi”.

    www.unsplash.com/History in HD

    Podziwiam bezgraniczną dezynwolturę prezydenta Donalda Trumpa. Tydzień temu szydził z epidemii nazywając ją „rodzajem grypy”, a przedwczoraj zamknął USA i ogłosił stan wyjątkowy. Uwielbiam go słuchać, ponieważ destrukcję merytorycznej zawartości wypowiedzi doprowadził do mistrzostwa. Może stwierdzić w każdej chwili cokolwiek i nic mu za to nie grozi. Pięć minut później twierdzi coś zupełnie przeciwnego i wszelkie próby logicznego uporządkowania tych wypowiedzi skazane są na klęskę. Umysł jest skazany na klęskę. W tym gadaniu w ogóle nie chodzi o operacje umysłowe, tylko emocjonalne. Ameryka jest wielka i zawsze wygrywa. Aj aj, kapitan. Teraz Trump pertraktuje z Niemcami nad kupnem od nich szczepionki, wraz z pracującymi nad nią naukowcami i ich laboratorium. Helikopterami przetransportują niemiecką firmę na pustynię w Arizonie czy Newadzie, otoczą drutem kolczastym i nie wypuszczą nikogo, dopóki zmęczony, łysy okularnik w poplamionym kitlu nie zamelduje przez telekom: „Jawohl, Herr President! Wir haben es geschafft!”. Każdy Amerykanin zostanie wtedy zaszczepiony w pierwszej kolejności, żeby najpierw uratować Amerykanów, ponieważ ich życie jest ważniejsze od życia innych ludzi, i Ameryka znowu będzie wielka, bo znowu wygra. Aj aj, kapitan.

    Podobno Merkel się dowiedziała i wszczęła alarm. Już widzę te memy:

    „– Angela, sprzedaj.”

    „– Nein!”

    „– Weź się nie wygłupiaj. Kupię ci jacht, większy niż ma Putin.”

    „– Nein!”

    „– Dorzucę apartament w moim bunkrze atomowym.”

    „– Z orbitrekiem i sauną?”

    „– I salonem masażu, obsługiwanym przez marines.”

    W ostatniej scenie huk motorów jak w Czasie apokalipsy, tylko zamiast czołgów pod helikopterami zwisają budynki laboratoriów firmy CureVac.

    Zdjąłem palce z klawiatury. Cisza. Połowa marca i w ciepłym słońcu wirują pierwsze owady. Wczoraj widziałem stado szpaków. Wcześnie wróciły, jakby przeczuwały, że lada dzień zamkną granice. Wyglądały na dosyć zmarznięte, w nocy było minus pięć. Ciekawe, czy one wyczuwają takie epidemie? Podobno koronawirus atakuje również zwierzęta, głównie ptaki i ssaki. Czy te nastroszone, osowiałe szpaki na dębie za moim ogrodem o tym wiedzą?

    Dziwny stan. Nie boję się, odczuwam nawet coś w rodzaju luzu wewnętrznego, niemniej trudno mi z czystym sumieniem stwierdzić, że jestem spokojny. Nie jestem. Ledwie wyczuwalny ucisk w żołądku, nieco skurczony przełyk, uważne wchodzenie i schodzenie po schodach. Powolne. Każdy krok jest symptomatycznie ważny. Często wyglądam przez okno, sprawdzam, czy brzozy za kuchnią nadal stoją, czy niebo jest błękitne i trawa jednak postanowiła wypuszczać nowe pędy. Połowa marca, początek wiosny, tak zwane budzenie się życia. I śmierć. Dziwne. Trochę jak klimaty z obrazów Malczewskiego, na przykład ze Świętej Agnieszki.

    A może to nic takiego? Posiedzimy trochę w domach, wytchniemy, nareszcie porządnie sprzątniemy łazienkę, przeczytamy zaległe lektury, pogramy z córkami/ojcami na kompie, wyśpimy się – i wszystko wróci do normy. Taka krótka przerwa w nerwowym pośpiechu cywilizacji. Złapiemy oddech i kiedy czarne chmury przejdą, na powrót zajmiemy się naszą powszednią krzątaniną. Znowu będzie bieganie do pracy, nerwy w korkach, głupstwa w gazetach, hejty w necie, czyli stare, dobre, sprawdzone uciążliwości. Na chwilę się zaburzyło, wystarczy odczekać.

    A może jeszcze prościej? Paru wpływowych gości namówiło się i zorganizowało ogólnoświatową hucpę z epidemią, która na razie zabiła na całym świecie mniej ludzi, niż w ciągu roku ginie na drogach. Udało im się powtórzyć numer Orsona Wellesa z wojną światów. Daliśmy się wszyscy nabić w butelkę. Tyle już było gadania o katastrofach, nadciągającej apokalipsie, o różnych klimatycznych, ozonowych, plastikowych i jakich tam jeszcze zagładach, że wystarczyło puścić info w media i kula śnieżna raźno ruszyła po zboczu. Może to tylko tyle, pocieszam się. Bo przecież nie wiem.

    Na razie czekamy.

    Pisanie dziennika epidemii wymaga utrafienia w odpowiedni ton. Łatwo powiedzieć. Do prawdziwej zarazy, od której zginie, powiedzmy, dwa procent ludzkości, trzeba słowa dobierać jednak nieco inaczej niż do satyrycznej opowieści o tym, jak ze strachu przed grypą na miesiąc pozamykaliśmy się w domach z zapasami mąki, drożdży i papieru toaletowego. Ale o tym, jaka forma opowieści była stosowniejsza, dowiemy się dopiero później, po faktach, kiedy policzymy straty i nabierzemy dystansu. Na razie newsy o kolejnych ofiarach śmiertelnych i zakażonych przeplatają się z anegdotami o sprzedawczyniach, które resztę w sklepie podają na dziecięcych łopatkach do piaskownicy, czy o włoskich imprezach balkonowych rodem z komedii dell’arte. Świat jeszcze nie wie, czy się pocieszać, czy zamartwiać, czy panikować, więc stosuje jedno z drugim i trzecim na przemian.

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    Ponoć wszyscy teraz czytają Dżumę Alberta Camusa. Ja ściągnąłem z półki zakurzony Dziennik roku zarazy Daniela Defoe, na którym Camus się wzorował. Autor Robinsona Cruzoe najzupełniej w stylu nowoczesnego dziennikarstwa zebrał informacje o dżumie, która pustoszyła Londyn w 1665 roku. Otwieram na chybił trafił stronę 75 (wydawnictwo PULS, Londyn 1993, tłum. Jadwigi Dmochowskiej):

    konieczność wychodzenia z domu po zakupy była w znacznym stopniu przyczyną zguby mieszkańców grodu, ludzie bowiem zarażali się przy tej sposobności jedni od drugich, a nawet żywność bywała często zapowietrzona; to znaczy, mam poważne podstawy, aby tak sądzić, dlatego też nie mogę potwierdzić tego, co jak wiem, bywa powtarzane z wielką stanowczością, iż kupcy na rynku, jak również ci, którzy dostarczali żywność do miasta, byli wolni od zarazy. Mam pewność, iż rzeźnicy z Whitechapel (…) zostali strasznie nawiedzeni, i to w takim stopniu, że niewiele było otwartych sklepów…

    Defoe już wiedział, w jaki uderzyć ton. Zbierał te historie wiele lat później, kiedy pamięć po dżumie i dołączonym do niej w następnym roku pożarze, który strawił dwie trzecie miasta, była jeszcze bolesna, ale już przeszła. Czytam dalej, bo wciąga, zwłaszcza dzisiaj. Są również próby pisania anegdotycznego:

    ludzie starali się zachować wszelkie możliwe środki ostrożności. Jeżeli ktoś kupował ćwiartkę mięsa na targu, nie chciał przyjąć jej z ręki rzeźnika, lecz własnoręcznie zdejmował z haka. Rzeźnik ze swej strony nie chciał dotknąć pieniędzy, lecz kazał je wrzucać do słoja napełnionego octem (…). Nabywca miał zawsze przy sobie drobne, by zapłacić należność co do grosza i nie brać reszty. Trzymali także w ręku buteleczki perfum albo wonnych olejków i używali wszelkich środków, jakie były w ich mocy; biedacy natomiast nie mogli robić nawet tego i ryzykowali życie.

    On już wiedział, że pisze historię wielkiej tragedii i tylko z przekory nazwał ją „dziennikiem”. Osobiście stanowiła dla niego co najwyżej mgliste wspomnienie z wczesnego dzieciństwa (w czasie zarazy Defoe miał pięć lat), na tyle wstrząsające, że postanowił nadać mu formę zapisywanej przez siebie kroniki. Utożsamił się z nią jak z własnym cieniem na zabłoconym londyńskim bruku. Zapisał formę, która już była.

    Ja na razie nic nie wiem. Czekam. Słońce świeci, pies mnie tyrpie nosem, żebym wreszcie dał sobie spokój z głupim stukaniem palcami po laptopie i poszedł z nim na spacer. Daję sobie spokój, choć nieco niespokojny. Mamy takie puste łąki po drugiej stronie Grobian, ryzyko zarażenia minimalne. Idziemy. Po drodze będziemy, jak mówi poeta, „śledzić postępy ciemności”.

    Na łąkach sielanka! Ludzi więcej niż na krakowskim Rynku! Całe rodziny z dziećmi, dziadkami, psami, zażywają spaceru w wiosennej aurze. Chodzę tam od lat i nigdy ich tylu nie widziałem. Moja Aksa baraszkuje z jakimś rozkosznym goldenem, na co wszyscy zgodnie reagują śmiechem, bo widok sielski i jakoś rozładowujący podskórne napięcie. Chwila ulgi w niespokojnym nasłuchiwaniu. Chodzimy dostojnie i z namaszczeniem, nie kwapiąc się z powrotem do domów, gdzie znowu będzie nerwowe przeglądanie wiadomości i liczenie zarażonych.

    Wracamy. Do domu dojechała druga córka i jesteśmy w komplecie. Aksa zachwycona, natychmiast kładzie się w środku między nami, zwija w kłębek i drzemie. My gadamy, relacjonujemy, potem siedzimy i czekamy. W komplecie. Na co? Żeby zarazić się i umrzeć w komplecie?