Tag: Maciej Siembieda

  • „Nie wiem skąd jestem” – rozmowa z Maciejem Siembiedą

    Takie kariery nie trafiają się aż tak często. Przychodzi facet z wielkiego biznesu, ma pieniądze, zaczyna pisać książki, osiąga sukces. Zazwyczaj jest odwrotnie – ludzie zaczynają pisać, żeby osiągnąć sukces i żyć z pisania – to też nie zdarza się aż tak często. Nie wyobrażam sobie, żeby taką rozmowę „zrobić” przez maila, telefonicznie, via łącze internetowe. Wsiadłem do pociągu, pojechałem do Sopotu, usiedliśmy przy herbacie i porozmawialiśmy o losach Macieja Siembiedy, które są dość skomplikowane.

    smakksiazki.pl: Zacznijmy od takiego obrazka, który mam w głowie, czyli 2017 rok, targi książki. Maciej Siembieda siedzi na stoisku Wielkiej Litery na Stadionie Narodowym ze swoją pierwszą książką, z „444”. O czym wtedy marzyłeś?

    Maciej Siembieda: W sumie było już po marzeniach, bo marzyłem, żeby wydać książkę. To się spełniło. I koniec. Nie marzyłem ani o tym, że ta książka będzie bestsellerem, ani że zarobię na niej mnóstwo pieniędzy, ani że zdobędę sławę. Chciałem ją napisać, bardzo chciałem, żeby się ukazała. I tak się stało. Więcej marzeń z nią związanych nie miałem. Planów ani oczekiwań też nie. Nie myślałem wtedy, że cykl z Jakubem Kanią będzie kontynuowany. To było marzenie zamknięte.

    Osiem lat później o czym marzysz?

    Żeby to trwało tak, jak trwa. Żeby się nic nie zmieniło. Przede wszystkim w mojej motywacji. Bo jak wtedy tę książkę napisałem dla przyjemności, z egoistycznej potrzeby sprawienia przyjemności też sobie, bo się świetnie bawiłem przy zbieraniu materiału i przy pisaniu, tak teraz dokładnie marzę o tym samym. Żeby mnie ta przyjemność nie opuściła. I żebym nigdy nie skręcił na jakąś autostradę, która prowadzi właśnie do sławy, kariery, czy komercji. Bo tam są zupełnie inne przepisy ruchu drogowego. W pisaniu dla przyjemności naprawdę nie kontroluję obsesyjnie rynku, nie monitoruję tabelek, nie sprawdzam wyników. Natomiast nieustanną, ogromną przyjemność, olbrzymią przyjemność sprawia mi pisanie, ale też zbieranie materiału do książek i staranie się, żeby atrakcyjnie ten materiał potem opowiedzieć. I marzę o tym, żeby to trwało jak najdłużej.

    Receptą na sukces w tej branży, a może i w ogóle w życiu, jest brak podążania za sukcesem?

    Dla mnie tak. Im bardziej się za czymś goni, tym to coś bardziej ucieka. I wielokrotnie mi się to w życiu spełniło. Nigdy nie byłem oszczędny. Nigdy nie gromadziłem pieniędzy. Dwa razy w życiu… W sumie raz w życiu straciłem wszystko, co miałem. Wszystko. I miałem wtedy trzydzieści kilka lat. Nie, prawie czterdzieści. I zaczynałem wszystko od nowa. Jedenaście lat się odbijałem od dna. I nigdy mi nie było z tego powodu jakoś przykro, smutno. Nie zamierzałem się powiesić. Ocaliłem się przed takim patrzeniem w przeszłość i zadręczaniem się. I tak jestem w ogóle skonstruowany, że jeśli wyjdę na wysoką wieżę i przyłożę ręce do ust i ogłoszę światu „od tej pory oszczędzam”, to zanim zajdę z tej wieży to już dostanę telefon, że zepsuł się samochód albo że ZUS sobie przypomniał o zaległych wpłatach, albo że trzeba opłacić mandaty, albo coś tam. Natomiast w momencie kiedy wchodzę na tę wieżę i mówię, że absolutnie mnie to nie interesuje, to jest wręcz odwrotnie. Bo pieniądze, za którymi się goni, szybko uciekają. I mi się to idealnie w życiu wielokrotnie sprawdzało.

    Straciłeś wszystko przez siebie czy sprawa losowa?

    Zawsze się traci przez siebie. Pożyczyłem pieniądze przyjacielowi, nadal go tak nazywam, który zadał się z niewłaściwymi ludźmi, bo nie tylko ode mnie pożyczał, ale też od takich, od których nie powinien. No i stracił wzrok. Ktoś mu chlapnął w oczy nie kwasem, bo z kwasu można ponoć wyleczyć, tylko zasadą, a zasada jest już nieodwracalna. Jest niewidomy. No i co? I stracił możliwości oddania mi tych pieniędzy. To była naprawdę bardzo duża kwota, bo wziąłem kredyt po to, żeby mu pomóc ratować jego biznes. Trudno. Tak się miało stać. Wiem, że gdybym mógł, to by mi te pieniądze oddał. Robiłby wszystko, żeby mi je oddawać, ale stało się, jak się stało. No i co? Sprzedałem ponad stumetrowe mieszkanie w Opolu, sprzedałem prawie dokończoną budowę domu i przyjechałem do Trójmiasta, wynająłem kawalerkę i już.

    Duża kwota” to?

    Czterysta tysięcy. 

     Trzydzieści lat temu?

    Trzydzieści lat temu.

    Czyli teraz ile by to było?

    Nie przeliczam. Było minęło. Fajnie. Cieszę się, że to za mną. Ale nie budzę się w nocy z krzykiem. Nigdy mi się to nawet nie śni. I bardzo dobrze. Jestem za to bardzo wdzięczny Bogu czy losowi, że tak mnie skonstruował, że nie rozpaczam i w sumie wyszło, jak wyszło. Dzisiaj jestem człowiekiem szczęśliwym i spełnionym. Tylko to się liczy.

    Maciej Siembieda, fot: Renata Dąbrowska

    Często w wywiadach, i ja też zresztą często Cię o to pytam i o tym rozmawiamy, że mieszkałeś w wielu miejscach. I Opole, i Górny Śląsk, i teraz Trójmiasto, ale tak naprawdę bardzo mało wiem i myślę, że Twoje czytelniczki i czytelnicy też, skąd Ty się wziąłeś, oprócz tego, że z województwa świętokrzyskiego, ale co Ty wyniosłeś z domu, jak się wychowywałeś, w jakich warunkach?

    Pierwszą część pytania absolutnie potwierdzam. Mógłbym być taksówkarzem w Opolu, Katowicach, Gdańsku, Sopocie, Łodzi, Gdyni, może jeszcze paru innych miastach i to nawet bez nawigacji. Natomiast wziąłem się z kieleckiego, tak jak powiedziałaś, ze Starachowic. To jest miasto, które kiedyś należało w całości do fabryki samochodów ciężarowych. Nie ma przesady w tym stwierdzeniu, bo fabryka miała wszystko, biblioteki, szkoły, sklepy. Starachowice były wyłącznie sypialnią fabryki. Samochody przestały być produkowane, Starachowice umarły. Jest to miasto, które miało kiedyś jeden z największych wskaźników bezrobocia. Bardzo współczuję. Ale ja wyrosłem na obszarach tego miasta, na ziemi, którą kiedyś mój dziadek, pradziadek dostał od Rosjan w czasach zaborów, ponieważ był felczerem, walczył w wojnie rosyjsko-japońskiej i uratował życie jakiemuś rosyjskiemu księciu, tak mówi legenda rodzinna. W każdym razie komuś bardzo wpływowemu, bo dostał potem dokument nadania ziemi. Ten dokument był przechowywany w domu moich rodziców ale przepadł podczas ich przeprowadzki do Trójmiasta.

    Oczywiście to nadanie ziemi było gdzieś tam przyznane w Moskwie, ale jak on z tym przyjechał do Starachowic, to oczywiście sprytni urzędnicy go tam wykiwali. Nie było aktów notarialnych ani map geodezyjnych, więc nie przydzielił mu działki takiej, jakiej by marzył, tylko dostał kawał lasu. I ten las wykarczował. 

    Mieszkaliśmy przy ulicy Skalistej. W tym wykarczowanym lesie. Na ogrodzie zbierałem grzyby. Na podwórzu rosły stuletnie lipy i jesiony. Dziadek własnymi rękami wyrwał mniejsze drzewa stamtąd i zamienił to w taki mały folwark. 

    No i tam się wychowałem. To było piękne, aczkolwiek otoczenie tego miejsca było dosyć kontrowersyjne, bo tam budowano baraki, takie budynki socjalne dla wszystkich socjopatów, jacy tylko się w Starachowicach pojawiali. Czyli jak ktoś tam nie dał rady żyć z sąsiadami albo spędzał większość życia w więzieniu, albo to były rodziny stricte patologiczne. No i to było moje środowisko tak naprawdę, bo nie miałem innych kolegów. Miałem jednego kolegę, który mieszkał naprzeciwko tej ulicy, na Skalistej, a tak to kolegowaliśmy się głównie z dzieciakami z tych baraków. Dorastaliśmy z nimi, chodziłem z nimi do szkoły. Pamiętam z szóstej, siódmej klasy pojedynki na noże, kiedy jeden z kolegów wbił nóż pięć milimetrów od lewej komory serca drugiego kolegi. To była taka szkoła. No i te słynne scyzoryki, o których chodzą legendy w Polsce, to coś w tym jest. Oczywiście my, sąsiedzi, ziomki, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, byliśmy dla nich nietykalni, ale środowisko było, jakie było.  Tam się nauczyłem tego, co to jest honor. Zresztą, co ciekawe, mój brat cioteczny, z którym się wychowywałem, był blisko z nimi, jeżeli wiesz, co mam na myśli. Może to, co mam, zawdzięczam jemu, bo on mnie nigdy nie pozwolił zrobić kroku w tamtą stronę. 

    To są bardzo malownicze wspomnienia. Mam je wszystkie. Może to w tej książce kieleckiej wykorzystam. Ale na przykład ja zupełnie inaczej patrzę na tatuaże, które dzisiaj są niesłychanie modne i służą do ozdoby i urosły do rangi sztuki. I salony tatuażu są wszędzie. Za moich czasów, za czasów mojego dzieciństwa i wczesnej młodości nieuprawniony tatuaż mógł się skończyć bardzo źle. Bo tatuaże nosili tylko bandyci. No, może jeszcze marynarze. Ale tatuaże były przede wszystkim robione w więzieniach. Jak ja stawiałem na komisji wojskowej, gdybym się tam pojawił z tatuażem, to bym nie poszedł do wojska. Bo to oznaczało, że jestem ze środowiska przestępczego. 

    Oczywiście te tatuaże miały swoje znaczenie. To były logotypy zakładów karnych, stopnie w hierarchii więziennej i szyfry ludzi grypsujących. 

     To były oznaczenia wszelkiego rodzaju niebezpieczeństw, wiążące się z takimi ludźmi, którzy te tatuaże mają, zwłaszcza na twarzy. Bo na rękach to mieli głównie złodzieje. Czyli na przykład księżyc oznaczał złodzieja nocnego i tak dalej, i tak dalej. Liczba kropek na twarzy, w odpowiednich miejscach, to był kod. Bardzo niebezpieczni byli ci, którzy mieli na przykład kropki tatuowane na powiekach. Robiło się to tak, że wkładało się pod powiekę łyżkę i wtedy się nakłuwało [powiekę] igłą z tuszem. Nie było takich maszynek jak dzisiaj. No, pamiętam pomalowanych ludzi. Nie mówię o takim stopniu sztuki, jak w internecie możemy sobie obejrzeć gangsterów Yakuzy, ale widziałem przeciekawe tatuaże. 

    Urządzano ogniska, gdzie ci, którzy wyszli akurat z więzienia, z reguły na chwilę, pokazywali swoje najnowsze nabytki. Było to niebezpieczne środowisko, ale na pewno z zasadami. Ja może je idealizuję, bo my nigdy nie zostaliśmy okradzeni, pobici, nigdy nie spotkaliśmy się ze złem ze strony tych ludzi, ale inni tak.  

    Oni nie szli do więzienia dlatego, że byli mili, tylko dlatego, że robili komuś krzywdę. Ja mam tego absolutną świadomość, ale miałem okazję być tam blisko i wiele ciekawych rzeczy zobaczyć.

    Użyłeś takiego sformułowania: „książka kielecka”. Co to będzie i czy to będzie powrót właśnie do twojego dzieciństwa?

    Tak, to będzie rozliczenie z tymi czasami. Ja nawet nie mam traumy, którą muszę przepracować, tylko tyle wspomnień, tyle jakichś niepokojących zdarzeń, tyle legend, tyle opowieści, tyle faktów – i bardzo bym się chciał z tym wszystkim… nawet nie tyle rozliczyć, ile po prostu potraktować to jak pewien rodzaj pamiętnika, no i wyzwania…

    To będzie książka, której akcja będzie się toczyła na wsi kieleckiej. Na wsi, gdzie rzeczywiście były rzeczy dziwne i ciekawe. Po pierwsze, to jest społeczeństwo w ogóle niedotknięte migracją. Stamtąd się wyjeżdżało, ale tam nie przyjeżdżał nikt obcy. Więc rodziny, które się tam rozmnażały – nie chcę powiedzieć, że działo się to w kazirodztwie, ale gdzieś tam w drugim, trzecim rzucie tak, bo z tych rodzin powstawały klany. Te klany zaczynały mieć własne oczekiwania, potrzeby władzy czy tam potrzeby posiadania. No i wszystko to do złudzenia przypomina Sycylię. To nie była mafia polegająca na tym, że handlowano pierwiastkami promieniotwórczymi, kokainą, żywym towarem albo bronią, tylko to była mafia, która po prostu rozliczała sprawy. Zacząłem pisać tę książkę i pada tam takie zdanie: „ W tej wsi nigdy nie załatwiano spornych spraw za pomocą słów”. Nazwa [tej wsi] będzie zmyślona, ale historia oparta na prawdziwych zdarzeniach. 

     Nie zapomnę w tej książce, chociaż nie będą wymienieni z imienia i nazwiska, o rodzinie Zakrzewskich, czyli tatusiu i dwóch synkach, którzy od 1956 roku do 1972 roku, czyli w czasach już bardzo cywilizowanych, rządzili Rzepinem, wsią pod Starachowicami. Lista ich morderstw jest długa jak książka telefoniczna. Oczywiście absolutne milczenie. Nikt nigdy ze wsi nie powiedział słowa, chociaż wszyscy się bali. Moja ciotka, która pracowała w fabryce samochodów ciężarowych na lakierni, kiedy STAR-y zaczęły być modne i szły na eksport, głównie do krajów arabskich, to wprowadzono w zakładach system trzyzmianowy, czyli pracowało się przez okrągłą dobę. I ciotka przez dziesięć lat nie wiedziała, dlaczego ludzie z Rzepina, pracujący w fabryce, tak zwani chłoporobotnicy, gotowi byli się okaleczyć, ale nie zostać na noc w fabryce, bo się po prostu bali o swoje domy. Ale nikt tego nie powiedział. Oni wracali, byli uzbrojeni i tam broni było zawsze dużo.

    Za czasów mojego dzieciństwa, jak się paliła stodoła na wsi, to raczej straż nie podjeżdżała, bo kulek latało tyle, jakby była tam strzelanina. Więc tej broni tam zawsze było dużo. I oni po prostu pilnowali tych swoich chałup.

    A w ogóle to oni [Zakrzewscy] nigdy nie wymawiali słów „zabójstwo”, „śmierć”, „morderstwo”, tylko ich mama, tych dwóch chłopaków, a żona Józefa, najstarszego, robiła coś w rodzaju takiej sesji w piwnicy, zapalała świeczkę, wymieniała czyjeś nazwisko i mówiła: „Ma skapnąć”, po czym zdmuchiwała tę świeczkę. I to oznaczało, [jeśli wymieniła twoje nazwisko] że już nie żyłeś. I to nie było ważne, czy to się stanie w tym roku, czy za pięć lat, ale wyrok był wydany i musiał być wykonany. Więc była ta kielecka mentalność, pielęgnowanie zemsty. 

    Nie powiem więcej, bo nie chcę spoilerować tego, co będzie w książce, ale naprawdę włos się jeży od niektórych rzeczy. No i przede wszystkim ta absolutna omerta [wł. zmowa milczenia – termin wiązany z mafią sycylijską – red.]. Nikt nigdy… To była taka słynna zbrodnia połaniecka, gdzie sąsiedzi mordowali sąsiadów na oczach chyba ponad stu, czy tam kilkudziesięciu świadków. Każdemu przekuli agrafką palec, kroplą krwi się podpisali na takiej kartce papieru, że nigdy nikomu nie powiedzą. I nie powiedzieli, a byli naocznymi świadkami tej zbrodni. No i co? I ta mentalność, próba dotarcia do tej mentalności, ja ją pamiętam. Ja widziałem tych ludzi. Miałem kolegę ze wsi, który jak nie spytał takiej właśnie lokalnej mafii o pozwolenie pójścia na grzyby, to jak poszedł na te grzyby, to do niego strzelano. Pokazywał mi dziurę w nodze, w łydce, po kuli. Cywilizowany środek Europy. Lata… Chodziłem do liceum w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. 

    Ta książka będzie trudna, ale czuję wielką potrzebę, żeby ją napisać.

    Ona będzie trudna bardziej dla Ciebie czy dla czytelników?

    Staram się czytelnikom życia nie utrudniać, więc będzie trudna dla mnie, bo… Wiesz… Ja też wyniosłem stamtąd pewien mistycyzm. Te wszystkie czarownice z Łysej Góry, diabły i demony, ja tym byłem karmiony od maleńkości. I wiele takich nawet metafizycznych zdarzeń, które mnie się w jakiś tam sposób przydarzały, to we mnie zostało. 

    I też muszę uważać, żeby nie przekroczyć granicy pewnej baśni, bo momentami może być tak, że zepsuję ten temat, bo ktoś uzna, że sobie po prostu stworzyłem, wiesz, klechdę zamiast opowieści. A chciałbym, żeby to była prawdziwa opowieść.

    Z tego, co opowiadasz o swoim dzieciństwie, o swojej młodości, to się zacząłem zastanawiać, czy do życia dorosłego bardziej wyciągnąłeś sobie stamtąd zasady, a może jakieś obawy?

    Raczej zasady. A jeśli już o obawach mowa, to raczej brak obaw.

    Pokażesz mi swoje mityczne już notesy? Ile ich jest?

    Siedem? Osiem? Chcesz zrobić zdjęcie?

    Zrobię, żeby dołączyć do rozmowy. A co w nich jest?

    Wszystko, co mnie zaciekawiło. Wszystko, co uruchomiło instynkt ciekawości. Instynkt ciekawości każdy dziennikarz i pisarz mieć powinien. Bo jeśli tego nie ma, to marnie. Więc ten instynkt trzeba pielęgnować i trzeba go też karmić. Karmi się go tylko jedną pożywką, czyli ciekawymi rzeczami, które się odkrywa, szuka, znajduje, sprawdza i się wtedy doskonale rozwija. Więc ja notowałem tam wszystko, co uruchamiało we mnie ten instynkt. 

    To był taki rodzaj sejsmografu, który nagle drgał, kiedy spotykałem coś, co było niewiarygodne, niesamowite albo też wymagało sprawdzenia. Czyli w tych notesach są też plotki. Jakieś kompletnie fantastyczne.

    Ja nie jestem historykiem. I jeżeli słyszałem opowieść w autobusie o tym, że jakiś pan w Kędzierzynie-Koźlu zbudował sobie jednoosobową łódź podwodną i płynął nią do Szwecji Odrą, to stwierdziłem, że to sprawdzę, chociaż podejrzewam, że większość ludzi normalnych by się popukało w głowę. I to się okazało prawdą. Facet zrobił w latach osiemdziesiątych, co widziałem na własne oczy, jednoosobową łódź podwodną z silnikiem, z kabiną. Płynął nią Odrą chyba z Raciborza. W Kędzierzynie na jazie niestety się obrócił do góry nogami. Z trudem go tam stamtąd wyciągnięto. I siedział na posterunku milicji wodnej owinięty w koc. Ale jak milicjanci gdzieś na chwilę wyszli, to on zwiał. Ale łódź została i widziałem ją. Serio. Więc takie rzeczy też trzeba sprawdzać. 

    Czyli sprawdza się stara zasada Macieja Siembiedy: „Jeśli mama mówi ci, że cię kocha…”

    Jak ci własna matka mówi: „kocham cię”, sprawdź to. To nie moja zasada, ale dobra. 

    Ile rzeczy jest w tych notesach jeszcze niewykorzystanych w książkach?

    Trudno powiedzieć, bo tak samo jak impulsem było to, że te ciekawostki tam trafiały, tak samo impulsem jest teraz robienie tam remanentu. Niektóre rzeczy wydają mi się… no, już mało użytkowe, jeśli chodzi o opowieść. Z drugiej strony, nagle zdarza się jakaś banalna, dwuzdaniowa notatka, która się nagle rozwija, wiesz, rozchodzi jak kręgi na wodzie. I idealnie nadaje się do fabuły. Ja niestety pakuję dużo rzeczy do książek. Tak że trudno powiedzieć, ile w tych notesach jest jeszcze powieści .

    Wiem jedno. Gdybym żył sto lat, nie zdążę tego wszystkiego napisać. A gdybym pisał jeszcze, nie wiem, dwadzieścia lat, nie zdążę.

    Może za późno zacząłeś?

    Nie, właśnie nie. Na wszystko przychodzi czas i uważam, że to był dobry moment. Byłem na tyle dojrzały, ustabilizowany. No, pięćdziesiąt sześć lat. To jest młody mężczyzna. Najgorsze jest pierwszych pięćdziesiąt lat dzieciństwa mężczyzny. Potem jest ok. 

    Ryszard Kapuściński i Maciej Siembieda, zdjęcie z archiwum prywatnego Macieja Siembiedy

    Chciałbym, żebyśmy rozprawili się z twoją znajomością z Ryszardem Kapuścińskim. To była bardziej luźna znajomość czy przyjaźń?

    Nie, przyjaźń to za dużo powiedziane. Myśmy się poznali w domu wspólnych przyjaciół w Gdańsku Oliwie. I można powiedzieć, że przypadliśmy sobie do gustu. Ryszard był człowiekiem niesłychanie empatycznym i pewnie też na karb jego empatii zapisuję to, jak bardzo przychylnie mnie traktował. Znajdował czas, żeby do mnie pisać listy, że przeczytał moje reportaże i odniósł się do nich – jak zresztą wpisał w dedykacji – „z podziwem”. To była moja najwyższa nagroda literacka w życiu i wyższej nie dostanę.

    Między nami była galaktyka, jeśli chodzi o talent i pisanie. Ale to był człowiek tak absolutnie mądry, że słuchałem jego rad i wskazówek, no i przyjmowałem za dobrą monetę te jego komplementy, chociaż nauczono mnie, żebym wystrzegał się pochlebców. On nie był pustym pochlebcą, on robił to na zapas, zachęcał mnie w ten sposób. Nie posłuchałem go raz, kiedy po reportażu o braciach Arłamowskich namawiał mnie, wręcz naciskał, żeby napisać książkę, powieść o tym. Nie posłuchałem. Dopiero wiele, wiele lat później, po jego śmierci, napisałem Gambit. Jest mi bardzo wstyd, że się spóźniłem i on tego nie doczekał.

    Wasza znajomość działała na takiej zasadzie, że on czytał twoje rzeczy i czasami mówił, co o tym sądzi?

    Tak, pisaliśmy listy, ja czytałem jego książki, wszystkie. Potem, pamiętam, umówiliśmy się na taką rozmowę długą, jak on dostał doktora honoris causa Uniwersytetu Opolskiego i nie mogłem pojechać. Coś mi się wtedy wypadło, bardzo żałuję i niestety potem zachorował.

    Jest jakiś „nowy Kapuściński” w Polsce?

    Ja bardzo cenię i jestem absolutnym fanem Witolda Szabłowskiego. Dla mnie to jest drugi Kapuściński. Ale nie tylko z uwagi na talent, spostrzegawczość, umiejętność analizy, ale taki właśnie dystans do tego, co opisuje, taką naturalność. To jest taki, można powiedzieć, bardzo empatyczny i uroczy człowiek, który niczego nie udaje, nie stara się podobać i dzięki tej naturalności osiąga świetne rzeczy. Bardzo go podziwiam.

    Nie chcę, żeby to pytanie zabrzmiało jak podsumowanie życia, bo masz dopiero 64 lata. Czy jest coś na twojej ścieżce zawodowej, czego żałujesz?

    Nie. Jeżeli z czegoś zrezygnowałem, to świadomie. Powiem tak, przewrotnie: Najbardziej nie żałuję rzeczy, których powinienem żałować. Czyli takich, które mogłyby mi dać popularność. Przynajmniej chwilowo.

    Na przykład?

    Na przykład historia człowieka, którego wszyscy znają i uważają za… Jest taką ikoną miłosierdzia i w ogóle wszystkiego tam. A to był taki skurwysyn, że naprawdę należałoby to ujawnić i to napisać. Ja też to z Kapuścińskim konsultowałem. Mówiłem mu, że mam taki temat i on powiedział: „Daj mu spokojnie umrzeć”. I tak się stało.

    Czyli rozumiem, że większej liczby rzeczy żałujesz w życiu prywatnym niż zawodowym?

    W prywatnym to też nie żałuję, bo wiesz… Mężczyzna powinien żyć tak, żeby wstyd się było przyznać, ale miło wspominać.

    Tego się trzymajmy. Gdy patrzysz na dzisiejsze dziennikarstwo, bardzo często sprowadzające się do clickbaitowego tytułu, to myślisz sobie, że już jesteś po drugiej stronie rzeki i nie należysz do tego dziennikarskiego świata?

    Wszyscy tak reagują w pewnym wieku. Uważają, że te pokolenia, które przyszły po nich, są głupsze. Ale bądźmy obiektywni. Dziennikarstwo, które zatraciło swoje podstawowe cechy, traci też prawo do nazywania się dziennikarstwem. Zaczęło się od braku rzetelności

    Byłem świadkiem, naocznym, koronnym świadkiem tego wszystkiego, prowadząc gazety przez ostatnie czternaście chyba lat. Widziałem więc, jak choruje i umiera rzetelność, bo już jej nie ma. Może w przypadkach jakichś naprawdę odosobnionych.

    Wiesz, za moich czasów, jak ktoś napisał Andrzej Szaja, zamiast Adam Szaja, to z roboty niemalże wylatywał za coś takiego. A dzisiaj? Najpierw więc chorowała i umarła rzetelność. Potem chorował i umarł obiektywizm.

    Potem chorowała i umarła niezależność dziennikarzy. Ja przeżyłem cenzurę polityczną. I mówię to z czystym sumieniem, że cenzura, która była urządzona polskim gazetom przez Główny Urząd Kontroli Publikacji Prasy i Widowisk przy ulicy Mysiej w Warszawie, to ten adres się wymienia jakby tym samym tonem, co katownię gestapo przy alei Szucha. To było nic w porównaniu z cenzurą ekonomiczną, która się pojawiła po roku dziewięćdziesiątym. Kiedy nie można było napisać słowa złego o przedsiębiorcy, który bije żonę, oszukuje ludzi, ale zostawia reklamę w gazecie. No a potem oczywiście weszła polityka, która już tak ometkowała media, że bardziej się nie da.

    Ja się bardzo cieszę, że nie pracuję w mediach. Przeżyłem tam przepiękne, cudowne trzydzieści lat. Nie miałem dwóch takich samych dni. Żyłem ponad stan w tym sensie, że średnia wieku dziennikarza wynosiła czterdzieści jeden lat, a ja ją przekroczyłem. I tak jak mówię: nie miałem dwóch takich samych dni. To była piękna, cudowna przygoda, a piękno, uroda i cudowność, wyjątkowość przygód polega na tym, że one się dobrze kończą w odpowiedniej chwili. I u mnie tak się skończyło.

    Zająłem się biznesem, bo chciałem mieć pieniądze na pisanie książek. Nigdy, nigdy nie przypuszczałem, że będę mógł z tego żyć, i uważałem, że żeby nie mieć stresu, to zajmę się biznesem, który zresztą do tej pory trwa, chociaż w zeszłym roku byłem w pracy tylko dwa razy, ale stało się inaczej. Nagle książki stały się głównym źródłem utrzymania, raczej głównym źródłem dochodów i wiesz co, i wszystko było w swoim czasie.

    Biznes to agencja PR-owa, od razu mówię, bo to też była piękna ewolucja tego zawodu. Dość powiedzieć, że dziś jedna z moich pracownic jest dziennikarką, która normalnie pracuje w mediach. Kiedyś dziennikarz i PR-owiec w jednym, to było jak anioł i diabeł w jednym ciele. Dziś nikt z tym nie ma problemu i to nie znaczy, że to jest jakieś strasznie nieetyczne, bo ona akurat jest osobą tak uczciwą, że w życiu nie dopuściła się, kryptoreklamy. Robi to rzeczywiście uczciwie.

    Wróćmy do samego początku, czyli do twojej kariery literackiej. Zaczęliśmy od tego 2017 roku i Stadionu Narodowego, gdzie nie było bardzo dużej kolejki po autograf do ciebie.

    Jak to nie?! Było sześć osób, w tym kolega z żoną i dwójką dzieci, więc proszę tutaj bez takich. Nie wiem, dlaczego ty wracasz do tej sceny!

    Po ośmiu latach sytuacja zmieniła się diametralnie, więc wydawcy też widzą, co się dzieje…

    Tak, kolega ma trzecie dziecko, rzeczywiście. [śmiech]

    Ustawia się do ciebie kolejka wydawnictw, które chcą, żebyś dla nich pisał?

    Tak, tak.

    To jest miłe czy krępujące?

    Miłe, miłe.

    Korzystasz?

    Na pewno, na pewno nie zostawię Agory, bo jej bardzo dużo zawdzięczam. Tam się wychowałem, zawsze mnie dobrze traktowali, mając znakomitą promocję. Bardzo dużo, tak jak powiedziałem, może nie tyle jestem im winien, ale im zawdzięczam, ale jestem człowiekiem lojalnym. Wyniosłem to z baraków na Skalistej. Więc nigdy ich nie zostawię, ale nie wykluczam takiej sytuacji, że wydam książkę w innym wydawnictwie na zasadzie dywersyfikacji. Nie dlatego, że byłbym z Agory niezadowolony, tylko dlatego, że zawsze mnie kusiło, żeby spróbować wycieczki na inny kontynent i być może tak się stanie.

    Co to znaczy, że żyjemy w czasach inflacji literatury?

    To samo, co w NBP. Drukujemy więcej książek niż Glapiński pieniędzy, a wartość tego spada. I to jest złe. Te filtry, te sitka, przez które przelatują teksty, to już mają tak duże oczka, że nawet mnie czasami przeraża świadomość, ile książek genialnych nigdy się nie ukaże, bardzo dobrych nigdy się nie ukaże, bo nie ma nas czasu, bo jest przeróbka, bo jest młyn, który miele równo.

    I co? Wydawnictwa zachęcają autorów, potem się mówi, że więcej ludzi w Polsce pisze niż czyta, ale tych książek oczywiście ukazuje się całe mnóstwo. No nie wiem, czy to jest dobry system. Już pomijając wszystkie te wady, jakie ma polski rynek książki, te wady i prawne, i takie obyczajowe, to chyba nie tędy droga. Marzy mi się takie utopijne wydawnictwo, które rzeczywiście autora prowadziło, wychowywało, inwestowało w niego. Można powiedzieć: no ale w czym rzecz? Przecież to jest wszystko do zrobienia. Tak, ale nie wtedy, kiedy osoba z promocji ma, nie wiem, piętnastu autorów do obsłużenia miesięcznie. I piętnaście książek. Ona ich ani nie przeczyta, ani nie ma szansy w ogóle wpaść na dobry pomysł promocyjny, bo nie ma czasu, bo jej doba ma dwadzieścia cztery godziny, na Boga.

    Wiesz, czy dzisiaj grafik czyta książkę przez zrobieniem okładki? Jak mu wyślesz pięć rzeczowników określających książkę, to już jest za dużo, bo on by chciał trzy. On chce znać trzy podstawowe hasła i jedzie. A o tym, żeby zbudować jakieś swoje dzieło w postaci tej okładki, nikt nie myśli. Tak samo jest z promocją.

    No i co? No i niestety ta silna kastowość, czyli w wydawnictwach ci, którzy się nie sprzedają, się nie liczą, a ci, którzy się sprzedają bardzo dobrze są bogami. Bardzo złe i niepodobające mi się, bo przeżyłem to, jest traktowanie debiutantów jak piątego koła u wozu. Czyli niezwracanie na nich uwagi, nieodbieranie telefonów, nieodpisywanie na maile albo karcenie ich, że się dopominają o swoje. Już nie wspomnę o podsyłaniu, o podtykaniu im fatalnych umów, ale jest drugi biegun. Czyli traktowanie na kolanach autorów, którzy zarabiają bardzo duże pieniądze dla wydawnictwa.

    I ani jedno, ani drugie mi się nie podoba.

    Chodziło ci po głowie, albo chodzi, założenie własnego wydawnictwa?

    Nie, za stary jestem na to. Ale gdybym je założył, to na pewno byłoby takim wydawnictwem utopijnym.

    Ja uważam, że jeżeli chcemy wygrywać wojny czy bitwy, to lepiej włożyć nieco więcej pieniędzy w wyszkolenie i czasu w wyszkolenie oddziału komandosów, czyli ludzi odpowiednio dobranych, odpowiednio przetestowanych, bardzo starannie. W Zielonych Beretach w Ameryce do testu podchodzi stu, dostaje Zielony Beret tylko jeden. I tych stu to nie są jakieś ułomki. To są tam chłopy na schwał. I teraz zbudowanie takiego oddziału komandosów jest stokroć skuteczniejsze na polu walki, a przecież każdy rynek jest polem walki. Jest stokroć skuteczniejsze niż armia, wiesz, stu czy tysiąca niewyszkolonych żołnierzy, którzy na froncie żyją kilka minut, a trzeba ich ubrać, dać im karabiny i tak dalej, i tak dalej.

    I oni wystrzelą 500 sztuk amunicji, nie trafiając wroga ani razu, podczas gdy komandos zabija tam jednym z pięciu pocisków, które wystrzeli. Więc to analogia jest może paskudna, ale wiesz, o co mi chodzi. Uważam, że takie powinno być wydawnictwo.

    I rzeczywiście powinny być takie służby, które takich ludzi znajdują. W Polsce talenty łowi się olbrzymią siecią na olbrzymim obszarze. A to nie o to chodzi. Naprawdę. No i tyle.

    Tym optymistycznym akcentem moglibyśmy zakończyć, ale równie prawdopodobne, jak istnienie idealnego wydawnictwa było to, że w wieku sześćdziesięciu czterech lat odnajdziesz dziadka, a jednak się udało.

    Tak, odnalazłem dziadka. Mimo moich referencji, że rzeczywiście potrafię się gdzieś tam dobrać do historii, wygrzebać coś z niej, wiem, jak to się robi, to nigdy nie wiedziałem, skąd się wziąłem. Nigdy. Mój dziadek przyjechał do Starachowic ze wschodu. Skąd? Czy to było Zaporoże, czy to był Lwów, czy to była okolice Przemyśla? Tego nikt nie wie.

    Przyjechał tam jako weteran wojny polsko-bolszewickiej. Legenda mówi, że był przyjacielem Piłsudskiego, ale wszystkie rodziny tworzą swoje baśnie. Na pewno dostał pracę za odniesione rany. Zatrudniono go w Wojskowej Komendzie Uzupełnień w Starachowicach. Ale mimo, że chrzestnym mojego taty był kapitan Wojska Polskiego przed wojną, to wcale nie znaczy, że mój dziadek był oficerem, bo moim zdaniem on był tam najwyżej woźnym. Bo wiem od ojca, że żyli w skrajnej biedzie, a oficerskie dzieci przed wojną raczej biedy nie zaznawały.

    No i co? Tato miał dziewięć lat, jak wybuchła wojna. Dziadek znalazł się w ruchu oporu. Ojciec pamięta tylko tyle, że Niemcy go aresztowali, pobili, przyszedł cały siny, no ale byli przekonani, że na tym się skończy. Nie skończyło się. Pamięta też, że dziadek szył swojemu dowódcy, bo wiadomo, że na młodym chłopaku robiło to piorunujące wrażenie, ręcznie szył kaburę do pistoletu. I tyle pamięta. Potem dziadka zebrali. Babcia żyła już bardzo krótko. Umarła w wieku czterdziestu kilku lat.

    I ojciec jako trzynastolatek poszedł do pracy i utrzymywał siebie, dwóch braci. Nie, przepraszam, jednego brata, bo drugi już nie żył. Zginął w bardzo głupich okolicznościach w wieku dziesięciu lat. Utrzymywał więc brata i siostrę z dwójką dzieci. Trzynaście lat miał, jak poszedł do pracy. I tyle. I na tym się kończy historia rodzinna, więc o tym dziadku, poza tym, że mam jego zdjęcie, to wiedziałem tyle co nic. Aha, jeszcze była legenda, że on zginął od wybuchu amerykańskiej bomby, bo wyszedł oglądać tuż przed zakończeniem wojny nalot aliantów na fabrykę zbrojeniową, w której pracował oczywiście jako więzień obozu i że zostały tylko nogi w butach. Te nogi w butach zostały pochowane. End of the story.

    No i teraz dzięki tej twojej wizycie i tym, że mi powiedziałaś o archiwach w Bad Arolsen, chociaż człowiek z etykietką pisarza sensacji historycznej powinien to znać. Nie znałem. Wpisałem nazwisko, no i wiesz, szok. Rzeczywiście są dokumenty dziadka, z których wynika, że miał czterdzieści, znaczy był rocznik 1897, czyli miał 48 lat.

    Nie wiedziałem, ile miał lat, że był rymarzem, i że zginął – Niemcy są skrupulatni – 29 marca 1945 roku o godzinie 16.40 podczas nalotu wroga, czyli Amerykanów lub Anglików. No i się sprawdziło. Mało tego: w dokumentach widnieje jego zawód: Rymarz, czyli ktoś kto potrafi wykonywać wyroby ze skóry. Opowieść o kaburze do pistoletu się spełniła.

    Potem jeszcze panie, które po moim poście na Facebooku się bardzo ucieszyły, dopisały, że prawdopodobnie jest jego grób, na który pewnie się wybiorę. Do tego Salzgitter, bo dziadek na pewno pracował w zakładach zbrojeniowych Hermann Goering, jako oczywiście robotnik przymusowy, więzień obozu.

    Salzgitter, przeciekawe miasto założone dla więźniów. W 1942 roku to miasto powstało i jego mieszkańcami byli tylko więźniowie. Niemcy, samorząd tego miasta w ogóle przyznał się do tego, oficjalnie, dopiero w latach 80. Kiedy tam dali jakieś pieniądze na pomniki, postawili tam coś, tytułem jakiejś ekspiacji. No i tyle.

    Kiedy nowy Kania?

    Idź już stąd.

  • Skup złomu, hazard, Orient Express i Chiny – Maciej Siembieda o „Oriencie”

    Fikcja spleciona z prawdą – to od zawsze znak rozpoznawczy książek Macieja Siembiedy. Tym razem przenosimy się do Chin, Szwajcarii, a także do skupu złomu na wschodzie Polski i kasyna umiejscowionego jeszcze ciut bardziej w prawo na mapie. Jest oczywiście Jakub Kania, któremu Siembieda dał nowe zawodowe życie – poszedł do prywaciarza. Jakie zadanie czeka go tym razem? Sporo podróżuje, sporo je, ale też sporo myśli. Oczywiście pojawia się też Teresa Barska, która może Kani bardzo zaszkodzić, ale może też pomóc. Żeby się przekonać, którą opcję wybierze, wystarczy się przekonać 🙂

    Obejrzyjcie naszą rozmowę o „Oriencie”, którą nagraliśmy w kolejowych okolicznościach przyrody, a potem sięgnijcie po książkę, bo warto. Jak zwykle.

    Współpraca płatna z Wydawnictwem Agora

     

  • „Nemezis” miało w ogóle nie powstać. Maciej Siembieda o swojej najnowszej książce

    Wielka historia, niesamowite wyczyny cyrkowe i miłość w tle. To streszczenie „Nemezis” w kilku słowach. Jednak tak naprawdę to potężna opowieść, w której losy zwykłych ludzi przeplatają się z życiorysami możnych tego świata. W pewnym momencie lektury powrócą do Was postacie znane z „Katharsis”, historie greckie splotą się z egipskimi, a zagadki z przeszłości będą kluczem do rozwiązania tych teraźniejszych. Zobaczcie materiał wideo, w którym Maciej Siembieda opowiada o swojej najnowszej książce, którą możecie zamówić tutaj: klik.

    Materiał powstał przy współpracy z Wydawnictwem Agora.

  • Gdyby Karol Godula żył dziś, mógłby chodzić na kawę z Billem Gatesem. Rozmowa z Maciejem Siembiedą o „Kołysance”

    Bytom – Szombierki. To tutaj stoi kościół, w którym spoczywają szczątki Karola Goduli przeniesione z Wrocławia. Świątynię ufundowała Joanna Gryzik, spadkobierczyni króla cynku. W tym właśnie miejscu spotkałem się z Maciejem Siembiedą żeby porozmawiać o „Kołysance”, jego najnowszej powieści, a której Karol Godula odgrywa ważną, a nawet kluczową rolę. W książce pojawia się także województwo opolskie, tajemnicze nuty, kompozytor, który przyjechał do Grodkowa, ale po co? Dajcie się porwać tej historii, bo w „Kołysance” niesamowite przeplata się z nieprawdopodobnym.

  • Karol Godula – król cynku, a może człowiek, który podpisał pakt z diabłem? Fragment „Kołysanki” Macieja Siembiedy

    Karol Godula, Karl Godulla, lub jak kto woli, Carollus Godulla. Dla jednych był królem cynku, dla innych człowiekiem, który podpisał pakt z diabłem. Fakty są takie, że był jednym z najbogatszych Europejczyków, potrafił robić pieniądze wtedy, gdy inni bankrutowali. Właściciel kopalń i hut. Bez niego Górny Śląsk nie byłby takim, jakim jest. Więcej, bez niego świat byłby zupełnie inny. Co ciekawe, dziś jest postacią praktycznie zapomnianą. Nie tylko w Suwałkach, Szczecinie, Poznaniu, ale też, a może przede wszystkim, na Śląsku. Został pochowany we Wrocławiu, ale gdy Joanna Gryzik, jego spadkobierczyni, ufundowała w Szombierkach, obecnej dzielnicy Bytomia kościół pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa, tutaj przeniesiono jego prochy. Przeczytajcie prolog „Kołysanki” Macieja Siembiedy, w której zarówno Śląsk, jak i Karol Godula odgrywają ważną, a nawet kluczową rolę. Książka ukaże się już 9 listopada nakładem Wydawnictwa Agora.

    Początek XIX wieku

    Strużka krwi, spływająca po nagim ciele mężczyzny wiszącego na gałęzi drzewa głową w dół, wyglądałaby jak rzeka narysowana na mapie, gdyby rzeki na mapach zaznaczano na czerwono.

    Rzeka miała swoje źródło w okaleczonych genitaliach zwisających na strzępie skóry. Dalej sama wytyczała sobie koryto. Płynęła przez równinę brzucha, zarośla włosów na klatce piersiowej i dolinę prawego obojczyka. Tu tworzyła kaskadę. Omijała szyję i spadała wprost na policzek. Purpurowe kulki toczyły się po nim przez kilka chwil, a potem kapały w leśną ściółkę kilka centymetrów od głowy nieszczęśnika, która niemal dotykała ziemi.

    Płynęła coraz leniwiej. Krople krwi nabierały po drodze lepkości, a kiedy docierały do policzka, sunęły w dół ociężale i niezdecydowanie, jakby były z gumy. Wreszcie krzepły, tworząc między twarzą wiszącego człowieka a leśną glebą miękki, czerniejący sopel.

    Mrówki tylko na to czekały.

    Od pół godziny kłębiły się w ściółce z rosnącą nerwowością, nie wiadomo, czy bardziej podniecone zapachem krwi, czy perspektywą zadania, które je czekało. Znały się na tej robocie. Myśliwi i kłusownicy co jakiś czas zostawiali im głowy zabitych zwierząt, odbierając potem czaszki starannie oczyszczone ze skóry, mięśni i żył. W takich pracach brało udział całe miasto owadów, łącznie z robotnicami, które rzadko wychodziły spod ziemi. Zajmowały się plantacją grzybów, bo tylko dwa gatunki stworzeń potrafią uprawiać to, co później jedzą: ludzie i mrówki.

    Dziś miały zjeść człowieka.

    Najpierw po soplu krwi wtargnęła najważniejsza z grup, mająca za zadanie ostrzyknąć żerowisko jadem, zawierającym kwas mrówkowy, który konserwuje mięso.

    Zaczęły pracować z pasją, a wtedy mężczyzna przywiązany do gałęzi poruszył się. W pierwszej chwili lekko, potem z wyraźnym niepokojem. Parę chwil zajęło mu uświadomienie sobie, co się z nim dzieje. Rozpaczliwie próbował oswobodzić ręce związane za plecami, jednak nie zdołał. Szarpnął się gwałtownie, ale na ziemię spadło zaledwie kilka mrówek z ruchomej maski, która już oblepiała mu policzek.

    Człowiek powieszony głową w dół był synem nadleśniczego i nieraz zdarzało mu się widzieć czaszki spreparowane przez mrowiska.

    Pokonując ból, nabrał tyle powietrza, ile zdołał, i wydał z siebie ogłuszający ryk.

  • Jakub Kania powraca! O czym będzie „Kołysanka” Macieja Siembiedy?

    Wielki powrót Jakuba Kani! Tym razem w tle muzyka, Fryderyk Chopin oraz, jak to zawsze u tego pisarza, prawdziwa historia obudowana opowieścią sensacyjną. „Kołysanka” ukaże się jeszcze w tym roku – wiele wskazuje na to, że nową książkę powinniśmy przeczytać w październiku, w okolicach Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie. Książka ukaże się nakładem Wydawnictwa Agora. 

  • Przedpremierowy fragment „Kukieł” Macieja Siembiedy

    PROLOG

    Do dziś nie wiadomo, kto potrącił parokilowy majzel do zbijania tynku, który zsunął się z półki rusztowania ustawionego pod sklepieniem i poleciał w dół. Mimo ciężaru wykonał w powietrzu obrót niczym akrobata w cyrku i trzasnął w kamienną posadzkę z takim łoskotem, że wszyscy zamarli.

    Majster ekipy remontującej kościół w Kamieniu Odrzańskim już chciał spojrzeć w górę i krzyknąć coś, z czego musiałby się później spowiadać, ale jego uwagę przykuła podłoga przed ołtarzem. Wiekowa płyta z piaskowca wyszlifowanego podeszwami wiernych nagle ożyła. Majster usłyszał jęk kamienia, a potem z przerażeniem ujrzał, jak fragment posadzki, w który rąbnął metalowy łom, wyraźnie się rozstępuje. Głęboka rysa biegła przez całą długość płyty i w świetle wpadającym przez witraż wyglądała jak błyskawica w dłoni anioła zwiastującego gniew Boga.

    Szef ekipy odłożył waserwagę na jedną z kościelnych ławek, podszedł do szczeliny i przyklęknął. Ostrożnie odsunął majzel, który dokonał dzieła zniszczenia, po czym troskliwie obmacał pęknięcie palcami, niczym chirurg plastyczny szukający odpowiedzi na pytanie, co da się zrobić, aby zamaskować defekt.

    Sytuacja była beznadziejna.

    Szczelina miała dobre pół centymetra szerokości i majster odniósł wrażenie, że nadal się powiększa, jakby kamienie rozsuwała niewidzialna siła. Wstał, przeszedł do bocznej nawy i wrócił z upaćkanym plastikowym wiadrem z resztką świeżej zaprawy na dnie. Nabrał jej na palec i próbował zaszpachlować dziurę, ale robiła się z tego paskudna blizna. Skaza kpiąca z ładu kościelnej posadzki. I to tuż przed samym Najświętszym Sakramentem. Przeżuł w ustach przekleństwo, po czym krzyknął do jednego z robotników, aby skoczył po kościelnego.

    Starszy, kulejący mężczyzna o włosach białych jak śnieg przybył po dziesięciu minutach. Majster, wycierając dłonie o spodnie, zaczął przedstawiać mu plan awaryjny. Polegał na zamianie. Chłopaki wymontują płytę o takich samych rozmiarach spod chóru albo sprzed jednego z bocznych ołtarzy. Zamontują ją tu, w głównej nawie, a tam przeniosą pękniętą i przykryją dywanem. Sklejoną, ma się rozumieć. Żeby nie było aż tak widać.

    Ale kościelny go nie słuchał. Przykucnął nad szczeliną i cicho poprosił, aby podważyć kawałek pękniętej posadzki. Majster uznał to za akceptację swego planu i natychmiast wydał rozkazy.

    Dwóch robotników ostrożnie dźwignęło kamień, podłożyło pod niego długie drewniane stemple, a potem przesunęło go w bok. Pod spodem była czarna czeluść wydzielająca stęchłą woń piwnicy. Majster klęczący nad krawędzią bez słowa uniósł otwartą dłoń, a wtedy jeden z robotników, jak doświadczona instrumentariuszka na sali operacyjnej, podał mu latarkę.

    Majster skierował snop światła do środka krypty.

    Wewnątrz spoczywały trumny. Pokrywała je patyna starości, a jednak latarka łatwo wydobywała z półmroku złote ornamenty i symbole zaprzeczające powadze śmierci. Szef ekipy budowlanej często brał fuchy na cmentarzach, poprawiał nawet stuletnie grobowce, ale czegoś takiego jeszcze nie widział. Odwrócił się i spojrzał pytająco na kościelnego.

    Ten wziął od niego latarkę, jednak zanim do końca obejrzał kolejną z trumien, przesunął przełącznik i światło zgasło.

    Wyprostował się.

    Trauwitze – szepnął i oddał latarkę majstrowi. – Jednak tu są
    – dodał i przeżegnał się bojaźliwie.

    Jacy Trauwitze? – zaniepokoił się budowlaniec.

    Tutejsi. Właściciele wsi. Dawno temu, za Niemców.

    Majster skinął głową na znak, że rozumie, ale coś ciągle nie dawało mu spokoju.

    A czemu miałoby ich tu nie być? Skoro właściciele wsi, to chyba jasne, że pochowani w krypcie kościelnej…

    Ludzie mówili, że to byli wyznawcy Złego – przerwał mu kościelny i majster poczuł na plecach dreszcz. Wpatrywał się w milczeniu w zmienioną twarz starca okoloną białymi włosami. Milczał.

    Nie powinni byli spocząć w Domu Bożym. – Kościelny pokręcił głową. – Widział pan te trumny? Nawet po śmierci pokazali, że się Go nie boją. – Wycelował drżący palec w figurę Chrystusa na krzyżu. – I że jak będą chcieli… – zawahał się – …to też mogą zmartwychwstać.

  • Wylicytuj rękopis „Wotum” Macieja Siembiedy! Aukcja na rzecz WOŚP

    Jak uczcić Dzień Pisma Ręcznego? Można pewnie na wiele sposobów, ale razem z Maciejem Siembiedą proponujemy Wam licytację na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Co można wylicytować? Przede wszystkim cztery strony rękopisu „Wotum” – ostatniej książki sopockiego autora. To jednak nie wszystko, bo do rąk osoby, która wygra licytację, powędruje też finalny egzemplarz książki ze specjalnym podpisem i dedykacją na stronie odpowiadającej fragmentowi rękopisu. Aukcję znajdziecie tutaj.

  • Fragment „Wotum” Macieja Siembiedy. Premiera już w środę

    Warszawa

    Piątek 14 grudnia 2012 roku

    Niewielki ekspres do kawy stojący na kontenerze z szufladami w biurze prokuratora Instytutu Pamięci Narodowej Jakuba Kani westchnął i opieszale zabrał się do pracy. Postękując, zagotował wodę pobraną z przezroczystego pojemnika, a następnie przepuścił ją pod ciśnieniem przez sprasowaną porcję arabiki, która według producenta zapewniała aromat baśni tysiąca i jednej nocy, co było dość intrygujące, skoro kawa pochodziła z upraw w Brazylii.

    Jakub Kania otrzymał ekspres kilka tygodni wcześniej w prezencie na swoje czterdzieste drugie urodziny i na początku kompletnie mu nie ufał. Urządzenie nikczemnych rozmiarów wyglądało jak skrzyżowanie tostera z wyciskarką do owoców i parzyło kawę z kapsułek, co ewidentnie było wbrew porządkowi świata. Pewnego dnia Kuba uległ jednak pokusie, ostrożnie upił łyk kawy z kieszonkowego ekspresu i od tego dnia obroty w kawiarnianych sieciówkach w okolicach warszawskiej siedziby IPN-u przy ulicy Towarowej odnotowały spadki.

    Dziś również przygotował sobie ulubione espresso i właśnie unosił je do ust, gdy codzienny rytuał nietaktownie zakłócił dźwięk telefonu stojącego na biurku. Ekranik powyżej klawiatury aparatu informował, że dzwoni Gabinet Prezesa, jakby pomieszczenie, w którym urzędował szef instytutu, potrafiło samodzielnie podnosić słuchawkę i wybierać numery. Jakub Kania wahał się przez chwilę, ale poczucie odpowiedzialności wzięło górę. Odstawił mikroskopijną filiżankę i odebrał połączenie.

    Witam, panie prokuratorze – sekretarka prezesa zaczęła z uprzejmą gorliwością, jakiej uczą na szkoleniach z komunikacji, a zaraz potem już mniej oficjalnie dodała coś, co weszło w nawyk milionów użytkowników telefonów komórkowych: – Może pan rozmawiać?

    Kuba popatrzył krzywo na filiżankę espresso i już chciał odpowiedzieć, że gdyby nie mógł, toby nie odebrał, jednak zabrzmiałoby to obcesowo. Nigdy nie był niegrzeczny wobec kobiet.

    Oczywiście, słucham panią.

    Jeśli nie jest pan teraz zajęty, to szef prosi – zakomunikowała sekretarka.

    W tej chwili? – upewnił się Kuba.

    Jeśli to możliwe, tak.

    Prokurator potwierdził, że będzie za kilka minut, i przełknął kawę, zastanawiając się, o co może chodzić. Prezes wzywał do siebie wyłącznie w sprawach śledztw szczególnej wagi, a że Instytut Pamięci Narodowej ma zupełnie inny temperament niż wydział zabójstw w nowojorskim Bronxie, pośpiech, jaki dało się wyczytać z głosu sekretarki, musiał oznaczać coś niezwykłego.

    Mężczyzna zajmujący jeden z foteli dla gości w gabinecie szefa miał około siedemdziesięciu lat, szczupłą twarz, siwe włosy sięgające ramion, wąskie usta i prosty nos, a na nim okrągłe okulary w dyskretnych metalowych oprawkach. Gdyby pokazać go w telewizji wraz z wiadomością, że John Lennon nie został jednak zastrzelony przez zamachowca i nadal żyje, opinia publiczna mogłaby w to uwierzyć. Podobieństwo było uderzające.

    Kuba uścisnął podaną mu dłoń i z lekkim zdziwieniem zerknął na szefa, który w tej samej chwili przedstawił gościa:

    To jest ojciec Cyprian, jeden z czterech definitorów zakonu paulinów, sprawujących najwyższą władzę w tym zgromadzeniu.

    Po ojcu generale – lojalnie uzupełnił długowłosy mężczyzna.

    Oczywiście – skwapliwie potwierdził prezes. – Po ojcu generale.

    Jestem zaszczycony. – Kuba spojrzał na zakonnika ze stuprocentowym przekonaniem, że bez tej informacji nigdy by się nie domyślił profesji starszego pana ubranego w spraną koszulę, szary sweter, wytarte sztruksowe spodnie nieokreślonego koloru i wsuwane zimowe buty o obcasach zdeformowanych przez dziesiątki, a może i setki kilometrów.

    Wydawało mu się, że człowiek tytułowany definitorem rozszyfrował zamaskowany sceptycyzm tego spojrzenia, ale uśmiechnął się blado i nie powiedział ani słowa.

    Ojciec Cyprian – wyręczył go szef – zwrócił się do nas w najwyższym zaufaniu z rekomendacji pana senatora – wymienił nazwisko mocno uduchowionego polityka – z pewnym… problemem.

    Zwierzchnik Kuby szukał wzrokiem porozumienia z zakonnikiem, jednak ten wpatrywał się w swoje dłonie umieszczone na zwykłej kartonowej teczce leżącej na jego udach.

    Sprawa jest w najwyższym stopniu poufna. – Prezes ściszył głos. – Ale… to już może ojciec sam…

    Definitor nie podniósł oczu. Powoli otworzył teczkę i zaczął wyjmować z niej arkusze papieru, kilka kartek formatu A4 z wydrukami informacji z portali internetowych, a po nich wycinki z gazet. Odwracał je w stronę prokuratora, jakby chciał ułatwić mu zadanie. Kuba skupił się na ekspresyjnym artykule „Faktu” sprzed kilku dni.

    – „Zamach na Matkę Boską Częstochowską” – przeczytał głośno tytuł i spojrzał zaniepokojony na zakonnika. – Nic nie słyszałem
    – wyjaśnił.

    To dobrze – uznał definitor.

    Dobrze? – zdziwił się Kuba.

    Tak. Nie chcemy wrzawy medialnej wokół tej sprawy. Oczywiście nie dało się wszystkiego ukryć przed dziennikarzami
    – zakonnik serwował Kubie kolejne wycinki prasowe – ale im mniej publikacji, tym lepiej.

    Klasztor w Głogówku, fot: smakksiazki.pl

    Prezes na wszelki wypadek kiwnął potakująco głową.

    Rozgłos to nic dobrego – dodał smutno ojciec Cyprian. – Od kiedy gazety zawarły przymierze, że nie będą pisać o fałszywych alarmach bombowych, liczba ich zgłoszeń bardzo zmalała. Ufam, że panowie o tym słyszeli. – Popatrzył pytająco na szefa IPN-u, po czym przeniósł to samo spojrzenie na Kubę. – Szaleńcy wydzwaniający z informacjami, że podłożyli ładunek wybuchowy w miejscu publicznym, rezygnują z tego pomysłu, bo nie przynosi on im sławy. Nie mogą karmić swojej chorej jaźni widokiem zdjęć w prasie, na których policjanci zamykają centrum handlowe albo budynek jakiejś instytucji, a saperzy w specjalnych kombinezonach sprawdzają obiekt. Media powinny być odpowiedzialne – uznał definitor. – Niestety…

    Gazety równie często przekręcają fakty. – Kuba postanowił zręcznie wykorzystać poglądy zakonnika. – Czy może ojciec powiedzieć, co rzeczywiście wydarzyło się w ubiegłą niedzielę na Jasnej Górze?

    Siwowłosy paulin popatrzył na niego z aprobatą. Ponownie sięgnął do teczki i tym razem wydobył z niej niewielką kwadratową kopertę z foliowym okienkiem, przez które widać było znajdującą się wewnątrz płytę DVD. Ujął ją w dwa palce i uniósł jak oskarżyciel prezentujący w sądzie niezbity dowód przestępstwa.

    To nagranie z kamery ochrony. Nikt nie może się o nim dowiedzieć – zastrzegł. – Stacje telewizyjne by nas zamęczyły, naciskając na udostępnienie tego. Wyobrażacie sobie panowie, jak autentyczna relacja z zamachu na Czarną Madonnę podniosłaby oglądalność? Dlatego pokazuję to tylko panom.

    Definitor znów spojrzał w oczy szefowi IPN-u, a potem Jakubowi Kani i znajdując w nich akceptację warunków umowy o poufności, zapytał:

    Czy można to gdzieś odtworzyć?

    Prezes wstał ze swojego fotela, bez słowa wziął kopertę z ręki zakonnika i wyjął płytę, przytrzymując ją palcem wskazującym tak, aby nie dotykać powierzchni zapisu. Następnie lekko się pochylił, otwierając szafkę, nad którą wisiał płaski telewizor. Wewnątrz znajdował się odtwarzacz DVD. Mężczyzna wolną ręką nacisnął klawisz wysuwający szufladę urządzenia, po czym ułożył na niej płytę z namaszczeniem kapłana podającego komunię. Odtwarzacz automatycznie ją połknął i w tej samej chwili ekran telewizora ożył.

    Nagranie nie było najlepszej jakości, ale w półmroku kaplicy dało się zauważyć gromadkę kobiet przez obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Kamera wycelowana w ołtarz pokazywała je z tyłu. Jedne klęczały wyprostowane, niemal wyprężone w religijnym uniesieniu, z dłońmi złożonymi do modlitwy i twarzami zwróconymi w stronę cudownego obrazu, inne skulone ze wzrokiem wbitym w posadzkę, jakby uginały się pod ciężarem próśb. Wszystko działo się w ciszy. Urządzenie nie rejestrowało dźwięku, tylko czas. Licznik w prawym dolnym rogu ekranu, obracający pierścienie z ułamkami sekund, sekundami, minutami i godzinami, pokazywał 7.56.

    Nagle pątniczki roztrąciła jakaś siła. Jeszcze nie było jej widać, ale za moment zmaterializowała się w postaci mężczyzny przeciskającego się w stronę ołtarza. Pokonał sznur oddzielający go od wiernych, ściągając z ramienia torbę. Wydobył z niej ciemne kule wielkości piłki tenisowej. Przez chwilę ważył je w dłoni, celował, a potem zaczął rzucać w obraz. Jedna z nich eksplodowała na twarzy Czarnej Madonny, po której ściekała teraz smolista substancja.

    Kuba nie wytrzymał. Zdecydowanym ruchem sięgnął po pilota leżącego na stoliku i wybrał przycisk pauzy. Nagranie zastygło w scenie grozy, podobnie jak ręka zamachowca podniesiona na największą polską świętość.

    Zakonnik z prezesem jak na komendę popatrzyli na niego zdumieni i oburzeni, jakby popełnił świętokradztwo gorsze od tego zarejestrowanego przez kamerę.

    Przepraszam – usprawiedliwił się prokurator. – Ale czym ten człowiek rzuca?

    Policja wydała oświadczenie, że szklanymi bańkami wypełnionymi czarną farbą nitro – powiedział definitor. – Jednak to były żarówki.

    Żarówki? – Kuba lekko uniósł się w fotelu.

    Tak – potwierdził zakonnik. – Po wszystkim znaleźliśmy pod ołtarzem metalowe końcówki z gwintami.

    Twarz Kuby przybrała wyraz skupienia.

    Ale jak wlać farbę do żarówek? – spytał.

    Ojciec Cyprian popatrzył wymownie na jego przełożonego.

    No właśnie – rzekł po chwili namysłu. – Oczywistych pytań, których nie zadano w tej sprawie, jest więcej. Odnosimy wrażenie, że policja przeprowadziła dochodzenie niezbyt wnikliwie.

    Niezbyt wnikliwie? – Kuba wszedł mu w słowo. – Przecież
    – wskazał ręką leżący na stoliku artykuł „Faktu” – ujęli sprawcę i wyjaśnili przyczyny zamachu.

    Tak jest – zgodził się zakonnik, ale była w tym stwierdzeniu jakaś pretensja. – Prowadzący śledztwo orzekli, że człowiek, który zaatakował obraz, owładnięty jest obsesją religijną. Od kilkudziesięciu lat podkreśla swoją wrogość wobec rzeźb i malowideł sakralnych, a zwłaszcza wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej, nazywając go „bałwanem paulinów”. Widziałem materiały z przesłuchań. Zamachowiec powtarzał wielokrotnie, że celowo przyjechał z Dolnego Śląska, aby zniszczyć obraz, i jest dumny ze swojego czynu.

    O co zatem chodzi?

    Definitor wbił w Kubę wzrok.

    Widzi pan, policja, biegli psychiatrzy i chyba wszyscy w Polsce są przekonani, że ten człowiek działał z pobudek nienawiści. Tymczasem on utrzymuje, że zrobił to z miłości do Matki Bożej… – Ojciec Cyprian zawiesił głos i przez moment zatrzymał się jak nagranie wideo, które znieruchomiało na ekranie telewizora.
    – Przyjechałem do panów – oświadczył dobitnie – bo obawiamy się, że mówi prawdę.

    Dokładnie w tym samym czasie, niecałe dziesięć kilometrów na południe od siedziby IPN-u, na lotnisku im. Chopina wylądował samolot z Moskwy, a na jego pokładzie człowiek, którego w pewnych kręgach tytułowano Szamanem.

    Nie pozwalał na używanie tego określenia w swojej obecności, oburzając się, że nie jest dzikusem z kościanym kółkiem w nosie, ale w głębi duszy uznawał to za pochlebstwo. Święcie wierzył w przywództwo duchowe i zdolność hipnotyzowania ludzi. Potrafił sprawić, że okazywali absolutną lojalność, wierność i dyskrecję. Właśnie na tym przez ostatnie dwadzieścia parę lat zbudował potęgę swojej organizacji. Chciał, aby nazywać ją Wspólnotą.

    Wspólnota była imperium, jednak nikt poza Szamanem nie znał jej rozmiarów ani skali. Żadne z pięciorga szefów regionów nie wiedziało nawet, którędy przebiega granica między ich terytoriami. To samo dotyczyło ludzi stojących niżej w hierarchii. Szaman miał ich dwustu, może trzystu, ale jego podwładni nigdy nie spotykali się na zjazdach, zgromadzeniach czy imprezach integracyjnych. Mieli bezgranicznie wierzyć w przywódcę, robić swoje i trzymać język za zębami.

    Wywiązywali się z tego bez zarzutu, również dlatego, że większość w ogóle się nie znała. Niewykluczone, że niektórzy z nich jechali w jednym przedziale tego samego pociągu, byli na tym samym seansie kinowym lub odpoczywali leżak w leżak na plaży w Szarm el-Szejk, nie wiedząc, że ci obok też należą do Szamana.

    Sytuację ułatwiał fakt, że Wspólnota oficjalnie nie istniała. Nie miała osobowości prawnej, centrali ani siedziby. Biur ani infolinii. Sekretarek, działu kadr ani księgowości. Strony internetowej ani REGON-u. Nawet numeru identyfikacji podatkowej, choć rokrocznie przynosiła wielomilionowe zyski.

    Szaman dbał o nią osobiście. Osobiście też rekrutował specjalistów, bez których nie mogłaby działać jak należy, dlatego często wyjeżdżał do Rosji, na Białoruś i Ukrainę. Jego zaufani ludzie w Moskwie, Mińsku lub Kijowie znajdowali odpowiedniego człowieka i zapowiadali, że przyjedzie do niego gość z Polski. Szaman zawsze jechał sam i rozmawiał w cztery oczy. Nikt nigdy mu nie odmówił. Specjaliści kilka dni po jego wizycie pakowali walizkę i przenosili się na jakiś czas do Zielonej Góry, Tczewa albo Radomia. Tam, gdzie wskazał Szaman.

    Maciej Siembieda, fot: Renata Dąbrowska/Wydawnictwo Agora

    Cenił specjalistów ze Wschodu – doświadczeni, nie znali języka, więc odzywali się tylko wtedy, kiedy musieli, i nie mieli wygórowanych oczekiwań. Ten, od którego właśnie wracał, był taki sam. Spędził rok na wojnie w Afganistanie, gdzie stwardniał, nauczył się słuchać rozkazów i nie zadawać pytań. Poza tym znał się na rzeczy. Warto było lecieć do Moskwy, a potem tłuc się przez trzy godziny wynajętym samochodem do Jegoriewska. Za to na miejscu wystarczył kwadrans rozmowy i na koniec krótki uścisk dłoni wyrażający wzajemną aprobatę warunków.

    Szaman nie krył zadowolenia. Wychodząc z bramki w terminalu przylotów, dostrzegł kątem oka, jak zbliża się do niego starszy mężczyzna w białej koszuli i tanim garniturze. Przywitał przywódcę Wspólnoty z należnym szacunkiem i sięgnął po rączkę jego plastikowej walizki. Był kierowcą. Woził go od kilkunastu lat, dbał o sprawność i blask jego samochodów, znał swoje miejsce w szyku i odzywał się tylko wtedy, gdy zachodziła taka potrzeba.

    Szaman nie uznał za stosowne odpowiadać na jego powitanie.

    Zaczekaj tu – rzucił krótko, oddalając się w kierunku toalet.

    Wszedł do męskiej, odczekał, aż jakiś ciemnoskóry chłopak skończy suszyć ręce, po czym pochylił się nad rzędem umywalek i zbliżył twarz do lustra, uważnie przyglądając się swoim włosom. Miał obsesję na ich punkcie. Kupował najdroższe kosmetyki i odżywki, co dwa tygodnie korzystał z usług markowego salonu fryzjerskiego, do którego jeździł sto trzydzieści kilometrów do Wrocławia, a przynajmniej raz na kwartał odwiedzał renomowaną klinikę trychologii w Poznaniu. Jego włosy pieczołowicie tam badano, poddawano specjalnym terapiom leczniczym i przeszczepiano, o ile gdzieś pojawiło się parę milimetrów kwadratowych łysiny. Dzięki temu Szaman, choć kilka lat temu przekroczył pięćdziesiątkę, nadal miał czuprynę nastolatka.

    Uznawszy po starannych oględzinach przed lustrem, że włosy nie ucierpiały podczas podróży samolotem, delikatnie przeczesał je palcami i potrząsnął głową, by odpowiednio je dotlenić, po czym wyszedł z toalety.

    Idź przodem – rozkazał kierowcy, a ten od razu ruszył w stronę parkingu podziemnego.

    Kiedy tam dotarli, pilotem uruchomił pokrywę bagażnika audi A8L, umieścił w nim walizkę i otworzył tylne drzwi za fotelem pasażera.

    Szaman zdjął lekki kożuch z jagnięcych skór, uszyty na miarę w Nowym Targu, gdzie Wspólnota miała swój silny ośrodek, rzucił na sąsiednie siedzenie i zajął miejsce w samochodzie. W uchwycie zamontowanym w podłokietniku dzielącym tylną kanapę czekał na niego kubek termiczny z ulubionym marcepanowym cappuccino, a w kieszeni przedniego fotela tablet z zestawem najświeższych wiadomości. Rano, przed wyjazdem kierowcy na lotnisko, przygotował je człowiek, który w hierarchii pełnił funkcję, jaką w każdej armii świata powierza się ordynansom. Był kimś w rodzaju hybrydy asystenta z lokajem. Na co dzień dbał o wizerunek Wspólnoty, ale jeśli sytuacja wymagała, by wyczyścić buty przywódcy albo zawiązać mu krawat, czynił to bez wahania.

    Pasażer audi umościł się wygodnie, upił łyk kawy i kiedy auto opuszczało Okęcie, sunąc w stronę Raszyna, sięgnął po tablet, włączył go, nawiązał połączenie z siecią i dotknął opuszkiem palca ikony katalogu na środku ekranu. Wewnątrz znajdował się zestaw doniesień medialnych z kilku ostatnich dni, wszystko, co zdaniem jego człowieka powinno zainteresować ojca duchowego Wspólnoty.

    Kierowca, zerkając dyskretnie w lusterko wsteczne, uznał, że prasówka przygotowana została jak należy. Pasażer wydawał się całkowicie zaabsorbowany lekturą. Nagle odłożył tablet i w jego twarzy zaszła jakaś przemiana. Kierowca spoglądał na niego co kilka sekund, spodziewając się poleceń. Intuicja go nie zawiodła.

    Stań na najbliższym parkingu – powiedział Szaman.

    W tej samej chwili minęli centrum handlowe w Jankach i na pobliskim węźle drogowym kierowca skręcił w kierunku Sękocina. Po kilku kilometrach zatrzymał się w zatoczce sąsiadującej z niewielką leśną polaną. Miejsce gwarantowało spokój i odosobnienie, czego nie dało się powiedzieć o parkingach przy trasie katowickiej, zatłoczonych nie mniej niż obydwa pasy jezdni.

    Kierowca ustawił przekładnię automatycznej skrzyni biegów w pozycji, która samoczynnie uruchamiała hamulec ręczny, i sięgnął do schowka na rękawiczki po paczkę cameli. Otworzył kartonowe wieczko, po czym bez słowa wyciągnął dłoń w kierunku tylnego siedzenia. Szaman wziął papierosa i pochylił się, aby skorzystać z zapalniczki samochodowej podanej mu sekundę później. Unikał palenia, bo mogło zaszkodzić włosom. Robił wyjątki tylko wtedy, gdy sytuacja tego wymagała. Kierowca doskonale wyczuwał te chwile i zawsze był na nie przygotowany.

    Pasażer audi zaciągnął się dymem, a następnie otworzył drzwi i nie zważając na chłód, wysiadł z samochodu w samym swetrze. Zrobił kilkanaście kroków w stronę lasu. Wyglądał na spiętego i najwyraźniej intensywnie o czymś myślał.

    Kierowca mimowolnie spojrzał na tablet świecący na tylnym siedzeniu auta. Wypełniał go tytuł, złożony tłustym czarnym fontem charakterystycznym dla tabloidów. Upewnił się, że Szaman nadal stoi odwrócony do niego plecami, odważniej wychylił się zza zagłówka i przeczytał półgłosem:

    Zamach na Matkę Boską Częstochowską”.

    „Wotum” Macieja Siembiedy możecie kupić tutaj (klik), natomiast naszą rozmowę w miejscach związanych z fabułą, zobaczycie tutaj (klik).