Tag: Marta Guzowska

  • Podcast smakksiazki.pl nadaje! W najnowszym odcinku Guzowska, Jakimowicz, Szamałek

    Pociąg TLK „Gwarek” ze Słupska do Katowic, planowy przyjazd 18:24, przyjedzie z opóźnieniem około dziesięciu minut. Co to ma wspólnego z tym odcinku podcastu? Ano to, że też się delikatnie spóźnił. Wicie, rozumicie, wszystko przez krakowskie targi, ale już wszystko jest, wszystko gotowe, podcast wjeżdża na Wasz peron. Jeśli zrobicie sobie do słuchania herbatę, to będziecie się czuli jak w wagonie WARS 😉

    W tym odcinku pogadaliśmy o technologiach, które coraz bardziej wpływają na nasze życie, o czym pisze w swojej najnowszej książce „Kimkolwiek jesteś” Jakub Szamałek. Wpływają tak bardzo, że Jarek Jakimowicz pogubił się przy kasie bezobsługowej w Lidlu, a ja na lotnisku we Frankfurcie. Jest też oczywiście o archeologii, w tym specjalistką jest Marta Guzowska, której „Rok szczura” chwilę temu wylądował na księgarskich półkach. Jarek Jakimowicz, którego znacie pewnie przede wszystkim z „Młodych wilków” opowiada o swojej autobiografii, w której jest wobec siebie bardzo szczery. Opowiada o wychowaniu przez dziadków, wyskokach za zachodnią granicą, ale też o tym, że oddał synowi część swojej wątroby. Momentami jest wesoło, a chwilami wzruszająco. Smacznego!

    Podcast nagrywaliśmy tradycyjnie w Antykwariacie Kwadryga, za co wielkie dzięki, po raz kolejny. 

     

     

  • „Godzina duchów”, czyli serial audio Marty Guzowskiej dla Storytel Original

    Wyobraźcie sobie, że jesteście wróżką, a do Waszego gabinetu wchodzi facet, kładzie na stole kopertę, w której jest 50.000 euro. Pięknie, prawda? Chce tylko jednego – żebyście odnaleźli jego córkę. Są jednak dwa problemy. Po pierwsze, jesteście fałszywą wróżką, która wciska ludziom kit, a po drugie, co jeszcze gorsze, jeśli córki nie uda się odnaleźć, to zamiast kolejnych 50.000 euro dostaniecie kulkę. W głowę. Witajcie w „Godzinie duchów”, dziesięcioodcinkowym serialu audio, który Marta Guzowska napisała dla Storytel Original.

    Na rozmowę z autorką pojechaliśmy do Wiednia, bo tam dzieje się akcja serialu, a drugim ważnym powodem był ten, że Marta mieszka w stolicy Austrii. Porozmawialiśmy o trudnościach przy pisaniu serialu, o scenach, przy których autorka płakała, a także o muzeach, sztuce oraz archeologii. Będzie też o Stephenie Kingu i, co oczywiste – o duchach. Łapcie naszą rozmowę, a potem posłuchajcie serialu. Żeby to zrobić, kliknijcie tutaj. Czyta Edyta Olszówka. 

     

  • Wróżka, duchy, Wiedeń – nowy serial audio już wkrótce na storytel.pl

    Martę Guzowską kojarzycie pewnie z kryminałów o zabarwieniu archeologicznym. Całkiem słusznie, bo autorka ma wykształcenie w tym kierunku, nie dziwi więc, że stworzone przez nie postacie również lubią pokopać w ziemi. Nawet wtedy, gdy są niewidome. Już wkrótce na storytel.pl będziecie mogli znaleźć serial audio, który będzie się składał z 10 odcinków. Kto będzie główną bohaterką? Gdzie będzie toczyła się akcja? Zobaczcie sami, opowiada Marta Guzowska.

  • „Ślepy archeolog” – fragment najnowszej książki Marty Guzowskiej

    Już w najbliższą środę premiera „Ślepego archeologa”, czyli najnowszej książki Marty Guzowskiej. Nie będę tutaj specjalnie się wymądrzał, bo przeczytam ją dopiero przez weekend, ale zapowiada się ciekawie. Łapcie fragment, a jeśli chcecie się spotkać z autorką, to macie taką możliwość, bo już w poniedziałek Marta zaprasza Was do Warszawy, a konkretnie do Worka Kości. Start o godzinie 18:18.

    Posterunek w Agios Nikolaos, piątek, 15 września, godzina 9.09

    Ślepy.

    Słucham? – Policjantka znowu zaszeleściła papierami. Na imię jej Marina. Mam doskonałą pamięć i ciągle ją ćwiczę, ale akurat wtedy za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć jej nazwiska. Wiedziałem tylko, że pochodziło od nazwy któregoś z miast i kończyło się na „ki”, jak to nazwiska na Krecie.

    Jestem ślepy. Wolę to określenie od „niewidomy”. Dokładniej opisuje stan faktyczny.

    Może i tak. – Po tym, jak jej włosy znowu otarły się o bluzkę, poznałem, że wzruszyła ramionami. Pewnie myślała, że może sobie pozwolić na ten gest, skoro nie widzę.

    W jakich okolicznościach stracił pan wzrok?

    To był wypadek – burknąłem.

    
– A dokładniej?

    
– Czy to należy do sprawy?

    Pokręciła głową. Jej włosy znowu otarły się o kołnierz bluzki, która musiała być z jedwabiu; tego szelestu nie można pomylić z żadnym innym. Policjantkę na kreteńskim zadupiu stać na jedwabne bluzki? Zanim jednak zdążyłem się nad tym zastanowić, odezwała się znowu.

    Pałac w Knossos, fot: Marta Guzowska

    Nie, nie należy. Jesteśmy tu po to, żeby rozmawiać o śmierci Mony Abano i Oliwii Papadaki, a nie o pana wypadkach. Muszę jednak ustalić, na ile wiarygodne jest to, co pan pamięta. Czy jest pan całkowicie… uhm… ślepy? Czy coś pan widzi?

    Tylko zmiany natężenia światła.

    
– To znaczy…?

    
– To znaczy, że potrafię się zorientować, kiedy słońce świeci mi prosto w oczy, jak tutaj.Większość ludzi w tej sytuacji wstałaby od stołu, zaciągnęła zasłonę albo zaproponowała, żebym się przesiadł. Ale nie Marina Jakaśtam. Poprawiła się na krześle i przez dłuższą chwilę siedziała bez ruchu. Mucha zabrzęczała gdzieś od strony okna, a potem umilkła, pewnie łaziła po szybie, a Marina powiedziała:

    Skąd mogę mieć pewność, że to, co pan pamięta, jest zgodne z prawdą?

    A skąd pani wie, że prawdziwe jest to, co opowiadają widzący świadkowie?

    Zaśmiała się krótko. Nie byłem pewien, czy policjantka przesłuchująca zabójcę powinna się śmiać.

    Nie wiem.

    Mamy piątek, piętnastego września, jest godzina dziewiąta jedenaście albo dwanaście, z dokładnością do dwóch minut. Przyszliśmy do tego pokoju korytarzem długości dwudziestu dwóch lub dwudziestu trzech metrów. Jego ściany były malowane mniej więcej rok temu. Dyżurny oficer, który nas tu przyprowadził, ostatnio bardzo przytył, bo żona gotuje mu za dużo mięsa. Uważa, że schudnie od papierosów, ale to nie działa. Mam mówić dalej?

    Nie musi pan – mruknęła. – Zastanawiam się tylko…

    
– Tak?

    Godzinę może pan określić na podstawie kąta padania promieni słonecznych, tego można się nauczyć. Osoba o czułym węchu może poznać, że ktoś pali, je za dużo mięsa, bo wtedy zmienia się zapach potu, a także że korytarz był malowany rok temu, bo zapach farby jest trwały. Skąd jednak pan wiedział, że Panagiotis przytył?

    Położyłem dłonie na ciepłym od słońca blacie.

    Ma za ciasny mundur. Kołnierzyk obciera mu kark, a on ciągle go poprawia. To bardzo charakterystyczny dźwięk, nie do pomylenia z innym.

    Ale dlaczego niedawno?

    Gdyby przytył dawno, zmieniłby mundur na większy. Na razie ciągle ma nadzieję, że schudnie.

    Milczała przez długą chwilę.

    To jest pana metoda? – spytała w końcu. – Dobry węch, dobry słuch i odrobina taniej psychologii?

    I jeszcze kilka innych rzeczy. Nie zamierzałem jej tłumaczyć. Powiedziałem tylko:

    Sprawdza się.

    Jej włosy znowu przesunęły się po jedwabiu bluzki. To był miękki dźwięk. Nie używała żadnego lakieru ani pianki do usztywniania fryzury. Dziwna z niej Greczynka.

    Pałac w Knossos, fot: Marta Guzowska

    No dobrze. Proszę w takim razie opowiedzieć wszystko od początku.

    Od stworzenia świata?

    Niech pan nie próbuje być dowcipny, panie Mara. Przypominam, że jest pan podejrzany o zabójstwo, a właściwie o dwa.

    Miała rację. Spowodowałem śmierć dwóch kobiet. Bo byłem cholernie głupi i nie dostrzegałem tego, co się dzieje wokół mnie. A gdy już dostrzegłem, nie rozumiałem. Zupełnie jak ślepiec…

    
– Proszę zacząć od tamtego dnia, w którym znaleźliście na wykopaliskach zwłoki.

    
– Przyszedłem do pani, bo chcę przyznać się do zabicia Mony i Oliwii. Czy możemy porozmawiać o tym?

    Dojdziemy do tego, panie Mara. Najpierw chcę usłyszeć od pana jak najwięcej o wydarzeniach poprzedzających śmierć pani Abano i pani Papadaki.

  • Zapach, dźwięk, kąt padania promieni – dzięki temu ślepy archeolog rozwiązuje zagadki

    Jeśli myślicie o archeologii, to od razu pewnie przychodzi Wam do głowy Marta Guzowska i jej książki. Archeolożka z wykształcenia i z zamiłowania, stworzyła kolejnego bohatera, którego umieściła na odcinku kryminalnym. Tym razem jest to Tom Mara, który na pierwszy rzut oka nie różni się od innych ludzi w swojej profesji. Moglibyście, zresztą słusznie, pomyśleć, że to kolejny kryminał ze starożytnością w tle. Haczyk jest jeden. Główny bohater nowej książki Marty Guzowskiej jest niewidomy. Jak sobie radzi w pracy, skąd w ogóle wziął się pomysł na taką postać? O tym wszystkim dowiecie się z naszej rozmowy, którą serwuję Wam zarówno w wersji wideo – poniżej, jak i w wersji audio, na przykład do wieczornej herbaty. Jeśli chcecie chociaż przez chwilę poczuć się jak Tom Mara, to kliknijcie tutaj, zamknijcie oczy i posłuchajcie opowieści Marty.

  • „Zmęczony detektyw”, rozmowa z Peterem Jamesem

    Bierze udział w oględzinach miejsc zbrodni, a także w sekcjach zwłok. Wydaje się, że zbrodnia nie ma przed nim tajemnic, co doskonale widać w jego książkach. Marta Guzowska rozmawia z Peterem Jamesem o małych miasteczkach, wrażliwości detektywa, a także o pierwszoligowych przestępcach. To jednak nie wszystkie tematy, łapcie wywiad z autorem książki „W godzinie śmierci”, która jesienią ukazała się w Polsce.

    Dlaczego właśnie Brighton, a nie jakieś większe miasto? Zaryzykuję stwierdzenie, że Brighton nie wydaje się na pierwszy rzut oka zagłębiem zbrodni…

    Nie miałem najmniejszych wątpliwości co do tego, gdzie umieścić akcję kryminałów z Royem Grace’em – od razu zdecydowałem się na moje rodzinne miasto, Brighton. Dla przybysza z zewnątrz Brighton to modny i bardzo piękny nadmorski kurort, który jednak ma długą i mroczną historię – sięgającą korzeniami wioski przemytników! W czasach regencji miasto zyskało opinię modnego kąpieliska, ale w 1841 roku, kiedy pomiędzy Londynem a Brighton uruchomiono linię kolejową, ze stolicy zaczęli napływać kryminaliści w poszukiwaniu bogatszych łupów i zdrowszego środowiska. W nadmorskim Brighton zaroiło się od łobuzów, prostytutek, kieszonkowców, rabusiów, szmuglerów i gangów. Ponieważ kolej zapewniała szybki dojazd z Londynu, wielu zamożnych londyńczyków przywoziło do Brighton swoje kochanki. Miejscowość zyskała sławę jako miejsce weekendowych schadzek.

    Trzej kolejni szefowie policji Sussex powiedzieli mi, że Brighton jest ulubionym w Wielkiej Brytanii miejscem osiedlania się przestępców z pierwszej ligi. Powodów jest kilka. Po pierwsze wiele dróg ucieczki, rzecz kluczowa dla wszystkich złoczyńców: porty wzdłuż kanału La Manche, Eurotunel i lotnisko Gatwick w odległości 25 minut. Dojazd pociągiem do Londynu zajmuje zaledwie 50 minut. Duże porty morskie po obu stronach – Shoreham i Newhaven, są wprost idealne do importowania narkotyków i eksportowania skradzionych samochodów, antyków i gotówki. W Brighton znajduje się największa liczba sklepów z antykami w Wielkiej Brytanii, które idealnie nadają się do upłynniania skradzionych towarów i prania pieniędzy. Przez wiele lat miasto dzierżyło tytuł, o którym nie wspominały turystyczne przewodniki: „angielskiej stolicy narkotykowej śmierci w zastrzyku”! Jest tu sporo bogatej młodzieży i największa społeczność gejowska w Wielkiej Brytanii, co zapewnia rynek zbytu dla miękkich narkotyków. Dodatkowo dwa uniwersytety oznaczają dużą społeczność studencką. Do tego mamy ogromną liczbę nocnych klubów i napływowe fale turystów. Co bardzo ważne, żaden autor kryminałów nie umieścił jeszcze akcji swoich powieści w Sussex.

    W godzinie śmierci” nie jest klasycznym kryminałem. Mamy tam oczywiście zbrodnię, ale najważniejsza jest tajemnica z przeszłości. Dlaczego zdecydowałeś się zafundować czytelnikom dwie zagadki w jednej powieści?

    Zawsze fascynowało mnie, jak przeszłość i teraźniejszość splatają się ze sobą. Upływ czasu jest hipnotyzujący. Połączenie minionych wydarzeń ze współczesną zbrodnią – za pomocą zegarka na rękę, który urasta tu do rangi symbolu – wydało mi się doskonałym pomysłem.

    Detektyw Roy Grace także nie jest typowym dla tego typu literatury bohaterem – to świeżo upieczony ojciec, bardzo zaangażowany w życie rodzinne. Wydaje się, że to zupełnie nowy trend, który coraz częściej pojawia się w powieściach kryminalnych: kochający ojciec i dobry mąż zastępuje samotnego wilka. Czy możesz wyjaśnić, skąd to się bierze?

    Każdego roku spędzam wiele godzin z policjantami, towarzysząc im zarówno na miejscach zbrodni, jak i w czasie prowadzenia śledztwa – często dotyczącego bardzo poważnych zbrodni. Samotny wilk już nie istnieje. Wszystkie główne śledztwa kryminalne w Wielkiej Brytanii to praca zespołowa. Łatwo o tym zapomnieć, ale detektywi wiodą zwykłe życie rodzinne poza miejscem zbrodni i prowadzonym śledztwem, choć często to, co widzą i czego doświadczają w pracy, ma trwały wpływ na ich życie prywatne.

    Peter James, fot: www.peterjames.com

    Czy to, że zbrodnia jest tylko pretekstem do pokazania społeczeństwa, to wpływ skandynawskich kryminałów?

    Nie. Myślę, że zarówno powieści skandynawskie, jak i moje własne, wpisują się w długą tradycję studiów nad ludzkim życiem poprzez obserwowanie przestępczego półświatka. Tradycję tę rozpoczął Sofokles, kontynuowali ją: Szekspir (ponad połowa jego sztuk koncentrowała się na zbrodniczych czynach) oraz Charles Dickens. I tak to trwa aż do czasów współczesnych.

    Zarówno Grace, jak i jego współpracownicy są zmęczeni pracą, zmęczeni rodzinami, zawsze źle się czują zaniedbując dzieci lub pracę, zawsze spóźnieni… Czy to symbol naszych czasów?

    Tak obecnie wszyscy cierpimy na brak czasu – nie inaczej jest z policjantami.

    Grace doświadcza tego, czemu wielu młodych rodziców musi stawić czoła: przemoc jest dla niego straszniejsza, odkąd został ojcem. Czy podzielasz ten niepokój?

    Zauważyłem to, rozmawiając z wieloma policjantami. Jeden z moich dobrych znajomych na policji usiłował ostatnio reanimować dwoje dzieci w wieku 4 i 6 lat, które zostały uduszone przez własną matkę, niestety nie udało się już ocalić im życia. Potem musiał iść do domu i położyć własne dzieci do łóżka.

    Kolejna rzecz z życia Grace’a: w bardzo realistycznej scenie z „W godzinie śmierci” Grace wychodzi z domu i natychmiast rozgląda się wokół siebie, starannie, a wręcz obsesyjnie skanując otoczenie w poszukiwaniu niebezpieczeństwa. To doświadczenie czy licentia poetica?

    Doświadczenie – cała policja jest świetnie przeszkolona w zakresie orientacji sytuacyjnej, by mieć doskonałe rozeznanie zarówno w przestrzeni, jak i we własnej sytuacji, w związku z tym zawsze bacznie rozgląda się dookoła, gdziekolwiek się znajduje.

    W naturalny sposób narzuca się pytanie, jak wiele twoich cech ma w sobie Roy Grace?

    Całkiem sporo. Dzielimy wiele zachowań, mamy podobny gust i upodobania, to samo nas złości. Roy Grace wierzy głęboko, że wszyscy jesteśmy zobowiązani do tego, by odchodząc pozostawić świat nieco lepszym, niż był wtedy, kiedy się na nim pojawiliśmy. Podzielam ten pogląd i w pewnym sensie właśnie dlatego piszę – badam i próbuje lepiej zrozumieć świat, w którym żyjemy, ludzkie czyny i ich motywacje. Czuję, że Roy i ja jesteśmy bardzo bliskimi kumplami – tyle że on jest zdecydowanie odważniejszy!

    W twoich książkach widać kawał solidnej policyjnej roboty. Juże kilkakrotnie wspomniałeś, że współpracujesz z policją. Masz policyjnych przyjaciół czy informatorów, którzy mówią ci, jak naprawdę wygląda ich praca?

    Mam wielu znajomych wśród policjantów. Powieściowy Roy Grace jest luźno wzorowany na byłym nadinspektorze śledczym wydziału zabójstw w Sussex. Miałem szczęście poznać Davida dość dawno temu i być jego wiernym cieniem na przestrzeni kilku lat, podczas których awansował z inspektora na nadinspektora. Biuro Davida stało się pierwowzorem dla gabinetu Roya Grace’a, obaj panowie mają też wspólną specjalizację, czyli stare, dawno zamknięte sprawy kryminalne. Na tym jednak kończą się podobieństwa – David jest szczęśliwie żonaty i nie interesują go zjawiska nadprzyrodzone, choć ma bardzo otwarty umysł, a gdy w 2015 roku ponownie stanąłem na ślubnym kobiercu, został moim drużbą!

    Peter James, fot: Diana Frangi

    W powieści „W godzinie śmierci” widoczne są wyraźne odniesienia do innych utworów literackich. Czy pisarz musi być erudytą? A może powinien być nim sam detektyw?

    Myślę, że wszyscy dobrzy detektywi odznaczają się dociekliwym umysłem i łapczywie chłoną wiedzę z wielu dziedzin, a wielu z tych, których osobiście znam, sypie cytatami jak z rękawa i jest niezwykle elokwentnych. Jednak moim zdaniem najważniejszą cechą pracowników policji jest inteligencja emocjonalna.

    Cytując jednego z antykwariuszy, bohatera powieści „W godzinie śmierci”: „Dywany mają skazy, ponieważ tylko Bóg jest doskonały”. Czy pisząc swoje książki, dążysz do perfekcji? Dopracowujesz tekst w najdrobniejszych szczegółach czy pozwalasz sobie na małe błędy, skoro tylko Bóg jest doskonały…?

    Cóż, robię co w mojej mocy, by każda z moich powieści była jak najbliższa ideału! Ale moi czytelnicy zawsze lubią wyszukiwać w nich drobne niedociągnięcia. Ostatnio dostałem ośmiostronicowy list, tłumaczący, jaka jest różnica pomiędzy cementem a betonem. Podczas gdy inny czytelnik uprzejmie poinformował mnie, że mosiądz nie rdzewieje, tyko koroduje!

    E, no tak, to akurat prawda. Jestem archeologiem i coś o tym wiem 🙂 Bardzo dziękuję za wszystkie odpowiedzi!

    A ja dziękuję za świetne pytania! Oto linki do moich stron w internecie, mam nadzieję, że uda się podpiąć je pod wywiadem:

    Mój kanał YouTube channel: www.peterjames.com/YouTube

    Moja strona internetowa: www.peterjames.com

    Facebook: https://www.facebook.com/peterjames.roygrace

    Twitter: https://twitter.com/peterjamesuk

    Instagram: https://instagram.com/peterjamesuk

    Moje zwierzęta na Instagramie: https://instagram.com/peterjamesukpets

    Moja strona w serwisie Amazon: https://www.amazon.com/Peter-James/e/B000APS7L4/ref=sr_tc_2_0?qid=1469738214&sr=8-2-ent

  • „Ziemia, po której chodzimy, nie należy do nas”.

    Jeśli spodziewacie się wywiadu, w którym autora pyta się o to, dlaczego zabił ten, a nie inny, to spokojnie możecie zamknąć stronę. Marta Guzowska rozmawia z Monsem Kallentoftem o uchodźcach, o Szwecji, ale też o najnowszej książce, czyli „Łowcach ognia”. Zapnijcie pasy, przygotujcie dobrą kawę i dajcie się porwać.

    Jest Pan za przyjęciem uchodźców z Bliskiego Wschodu, czy jest Pan temu przeciwny?

    Jestem jak najbardziej za. Chodzi przecież o zwykłe ludzkie współczucie. A także o przekonanie, że ten świat należy do nas wszystkich, nie tylko do garstki wybrańców jakimi, powiedzmy to otwarcie, są Europejczycy. Fakt, że urodziłem się w Szwecji, nie znaczy, że ten kraj do mnie należy. Ludzie mają prawo uciekać przed wojną i terrorem, mają też prawo gonić swoje marzenia. Migracja i imigracja to bardzo pozytywne zjawiska. Patrząc na kraje Europy widzę, że te najbardziej antyimigranckie to jednocześnie te najsłabiej rozwinięte. Nacjonalizm to straszna rzecz, to zawsze kostium, w który przebiera się niepewność i dochodząca do władzy dyktatura. Te tendencje w wielu europejskich krajach są zatrważające. Ludzie muszą się im przeciwstawić! Szczególną rolę do odegrania mają tu media, które nowi despoci próbują kontrolować.

    Czemu więc ludzie tak boją się uchodźców?

    Wielu ludzi obawia się, że uchodźcy zagrażają ich stylowi życia. Ale to bzdura. Przede wszystkim, nie ma czegoś takiego, jak niezmienny styl życia, ciągle musimy adaptować się do zmian. Społeczeństwo ulega ciągłym przemianom, od zawsze, nie dopiero od niedawna. Niektóry ludzie lubią zmiany, inni wolą, żeby ich życie było od początku do końca takie samo. Ale zawsze przykro mi się robi, kiedy patrzę na ludzi, którzy nie nadążają za swoimi czasami i którzy oskarżają uchodźców o całe zło tego świata.

    W Pana najnowszej powieści przetłumaczonej na język polski „Łowcy ognia”, jednym z głównych tematów jest współczesne niewolnictwo, ludzie z Azji pracujący w Europie (i nie tylko na tym kontynencie), za minimalną płacę lub w ogóle za darmo, czasem narażając swoje życie. Czy współczesne niewolnictwo jest obecnie wielkim problemem w Szwecji?

    Jak dotychczas nie, to są marginalne przypadki i mam nadzieję, że nie będzie ich więcej. Ale ten problem narasta w wielu krajach. Pisząc „Łowców ognia” starałem się sobie wyobrazić co byłoby (lub – patrząc na sprawy pesymistycznie – co będzie), jeśli ten problem dotarłby do Szwecji.

     

    W Pana książkach imigranci ani niewolnicy nie są potrzebni, i bez nich szwedzkie społeczeństwo ma mnóstwo problemów. Choroby, rozwody, alkohol, zaniedbywanie dzieci… Czy Szwedzi to w większości optymiści, czy pesymiści?

    Ja bym powiedział raczej, że optymiści. Owszem lubimy kryminały, w których są problemy i zbrodnie, ale to tylko książki. A w Europie są o wiele bardziej przerażające kraje niż Szwecja. Kraje, w których pączkuje dyktatura, prasa jest cenzurowana, na dziennikarzy wywierane są naciski, zakazuje się aborcji, a nacjonalizm kwitnie. To naprawdę większe problemy niż to, co mamy w Szwecji.

    Więc może jednak Szwedzi trochę z tymi swoimi problemami przesadzają… Dla wielu ludzi na całym świecie wasz kraj jest czymś bardzo bliskim raju. A jednak to Szwedzi zostali słynnymi na cały świat specjalistami od wyciągania na wierzch swoich problemów. Ale dlaczego to robicie? Dlaczego nie zamiatacie swoich grzechów pod dywan?

    Nie zgadzam się z tym punktem widzenia, to spore uproszczenie. Przede wszystkim wierzę w wolność i w dyskusję. W innych krajach często zaniedbuje się dyskusję, ukrywa się problemy w kącie, przykrywa dywanem nacjonalizmu i udaje się, ze wszystko jest dobrze. Wolę już wywlekać trudne sprawy na światło dzienne i otwarcie o nich mówić.

    W szwedzkich kryminałach, a Pana nie są wyjątkiem, jest dużo policyjnej pracy zespołowej. Nie ma w nich miejsca dla samotnych wilków?

    Ależ moja bohaterka, Malin Fors, jest trochę takim samotnym wilkiem. Musi sama mierzyć się ze swoimi sprawami: alkoholizmem, lękiem o córkę, trudną relacją z mężczyznami… Natomiast jeśli idzie o pracę, starałem się pokazać w miarę realistycznie działania policjantów. A to zawsze jest praca zespołowa.

    Szwedzi pracują w grupie, prywatne problemy rozwiązują sami. Co jeszcze jest dla nich typowe? Dla reszty Europejczyków stereotypowy Szwed za dużo pije, kocha piękne wnętrza…

    To wszystko prawda. Oprócz tego mamy też bardzo silną etykę pracy. Bywa również, że mamy o sobie bardzo dobre zdanie, generalnie uważamy, że jesteśmy lepsi od innych, mamy wyższe standardy moralne. To oczywiście bzdura!

    A Pan jest optymistą, czy pesymistą? Pytam o to, ponieważ w Pana książkach wiele jest okrucieństwa, życiowego okrucieństwa. Zawsze jest na coś za późno, nie da się wynagrodzić straty, zła… Czy to są Pana poglądy?

    W literaturze najbardziej lubię gatunek noir. A noir zawsze oznacza pesymizm. Ale lubię to tylko w sztuce. Moja filozofia życiowa to miłość, zrozumienie i przede wszystkim osobista wolność. Nienawidzę wszelkich form dogmatyzmu i nacjonalizmu.

    Pana książkowy pesymizm pasuje do ogólnego pesymizmu w ostatnich czasach. Czy myśli pan, że świat się kończy?

    Nie. Żyjemy w okresie zmian, ale raczej nie uda nam się spowodować końca świata. Chociaż on się na pewno zmieni. Przypuszczam jednak, że jego siłą napędową nadal będzie żądza władzy, chciwość i pragnienie miłości.

    Jak Pan uważa, co pomoże ocalić świat?

    Mniej nacjonalizmu, więcej empatii i głębokie zrozumienie, że miejsce, w którym żyjemy, woda, którą pijemy i ziemia, po której chodzimy nie są naszą własnością. Dorzuciłbym jeszcze: nie słuchać demagogów, oni chcą naszego życia i naszych dusz.

    Prowadzi nas to do naszego tradycyjnego ostatniego pytania: jaką książkę ocaliłby Pan przed końcem świata.

    Wystarczyłaby mi tylko jedna: „Krwawy południk” Cormaca McCarthy’ego.

    Dziękuję za rozmowę.

  • „Kryminały pomagają skopać tyłek Diabłu”. Tony Parsons dla smakksiazki.pl

    Rozmawiają o Brexicie, o byciu mężem Japonki, o Kubie Rozpruwaczu, Londynie, kryminałach i końcu świata. Marta Guzowska przepytuje Tonego Parsonsa, którego najnowsza książka „Rzeźnik”, czyli druga część trylogii z detektywem Maxem Wolfe’em w roli głównej, właśnie ukazała się w Polsce. 

    Czy głosował Pan za Brexitem, czy przeciwko?

    Za.

    O! A dlaczego?

    Bo uważam, że Unia Europejska jest anty-demokratyczna, skorumpowana i niekompetentna. Waluta się nie sprawdza – euro to katastrofa dla milionów bezrobotnych młodych ludzi w całej Europie. Głosowałem za Brexitem ponieważ wierzę, że każdy kraj powinien kontrolować swoje prawa, swoją walutę, swoje granice i swój los. Nikt nie głosował na bogatych staruchów w Brukseli i nikt nie może ich wyrzucić z zajmowanych stanowisk. Szczerze mówiąc, czekam już na to, żeby zobaczyć upadek Unii, tak jak widziałem upadek komunizmu. Tożsamość narodowa jest warta ocalenia. UE to upadła idea rodem z XX wieku.

    Chyba jednak ma pan trochę wyrzuty sumienia z powodu takiego, a nie innego wyniku referendum, skoro tak gęsto się Pan tłumaczy 🙂 Ale w Pana powieściach kryminalnych, z których dwie: „Krwawa wyliczanka” i „Rzeźnik” ukazały się po polsku nakładem wydawnictwa Albatros, nie ma polityki. Można wręcz odnieść wrażenie, że Pana bohaterowie nie czytają gazet i nie oglądają telewizji, chyba, że wiadomości podają informacje na temat śledztwa. Myśli Pan, że polityka nie nadaje się do kryminałów?

    W moich książkach wszystko jest podporządkowane opowieści. I wszystkie wykorzystane elementy muszą sprawić, żeby opowieść przykuwała uwagę. Jeśli ktoś chce pisać o polityce, powinien prawdopodobnie przerzucić się na dziennikarstwo – tam polityka jest nieprzefiltrowana i nierozcieńczona wątkiem, bohaterami i akcją. Więc, szczerze mówiąc, polityka nie przychodzi mi do głowy, kiedy piszę kryminały. Ona gdzieś tam jest, w tle, ale najważniejsza jest historia, którą opowiadam.

    Pana kryminały z serii z Maksem Wolfem dzieją się w Londynie. Pan też tam mieszka. Jak wpływ ma na Pana to wielokulturowe miasto?

    Myślę, że większość ludzi mieszkających w Londynie czuje się obywatelami świata, ja też. Ale w moim przypadku, moja osobista sytuacja ma większe znaczenie niż miasto, w którym mieszkam. Od 24 lat jestem mężem Japonki – przy naszym stole mówi się w obu językach. Więc naprawdę, jak każdy londyńczyk, jestem obywatelem świata.

    Sądząc z Pana powieści, kocha Pan to miasto i jest Pan zafascynowany jego historią. Myślał Pan o umieszczeniu akcji którejś ze swoich powieści w Londynie przeszłości? Oczywiście natychmiast przychodzi na myśl przypadek Kuby Rozpruwacza…

    Nie, nigdy nie miałem ochoty umieszczać akcji powieści w przeszłości. Trudno to dobrze zrobić – odtworzyć te wszystkie drobiazgi, które tworzą atmosferę, a które ze swoich własnych czasów zna się niejako z automatu. Także kiedy po raz pierwszy zacząłem myśleć opowieściach z Maksem Wolfem, uzmysłowiłem sobie, że wszyscy wielcy autorzy kryminałów – od Arthura Conan Doyle’a po Raymonda Chandlera – pisali powieści osadzone w czasach sobie współczesnych. Pisanie o teraźniejszości jest dla mnie dostatecznie dużym wyzwaniem.

    fot: facebook.com/Tony Parsons

    Jednym z najbardziej fascynujących opisanych przez Pana miejsc dotyczących zbrodniczej przeszłości Londynu jest mieszczące się w Scotland Yardzie Czarne Muzeum (muzeum historii policji). Czy takie miejsce naprawdę istnieje?

    Tak, Czarne Muzeum jest prawdziwe, to pokój 101 w Nowym Scotland Yardzie i nosi oficjalną nazwę Muzeum Zbrodni Policji Metropolitalnej (Crime Museum of the Metropolitan Police). Wszystko tam jest prawie dokładnie takie, jak opisałem w powieściach. Jedyna większa różnica to fakt, że mój kurator jest sierżantem na służbie, podczas gdy prawdziwy kurator Czarnego Muzeum to emerytowany detektyw. Czarne Muzeum jest fascynujące ponieważ zawiera zapis londyńskich zbrodni wstecz aż do czasów Kuby Rozpruwacza. Jest to prawdopodobnie również pomieszczenie do którego najtrudniej się dostać w całym Londynie – wielu wysokich stopniem oficerów policji nigdy nie było w środku. Umieściłem je w powieściach z Maksem Wolfem, ponieważ chciałem stworzyć rodzaj wyroczni, do której Max może się zwrócić, coś takiego jak Yoda w Gwiezdnych wojnach! Człowieka i miejsce z ogromnym doświadczeniem i mądrością, do których można się udać po radę i wskazówki. Wykorzystałem więc prawdziwe Czarne Muzeum. Nie przestaje mnie zdumiewać, że nikt przede mną na to nie wpadł, Czarne Muzeum aż prosi się, żeby je umieścić na kartach powieści.

    Wspomina Pan klasyków, Christie i Chandlera. Pana powieści kryminalne także są w pewnym sensie klasyczne: głównym bohaterem jest policjant. Czy w ten sposób łatwiej jest konstruować historię (bo policjant w sposób naturalny ma do czynienia ze zbrodniami), czy trudniej (bo trzeba się troszczyć o wiarygodne przedstawienie wszystkich szczegółów pracy policyjnej)?

    Policjant jako główny bohater ma niejako wbudowany dramatyzm – zawsze jest nowa zbrodnia, nowy grzech, nowe zło, z którym trzeba walczyć. Dramat jest integralną częścią jego świata i właśnie dlatego pisarze tak często korzystają z takiego rozwiązania. Oczywiście to prawda, trzeba się zatroszczyć o detale, żeby czytelnik uwierzył w historię. Ale nie trzeba znać WSZYSTKICH szczegółów pracy policji, ani ich przedstawiać. John Le Carre powiedział kiedyś, że pisarz musi dążyć do „wiarygodności, nie autentyczności” – co znaczy, że musi skłonić czytelnika do wiary w całość historii i jest to ważniejsze niż sprawdzanie każdego najdrobniejszego detalu. Ja się staram sprawdzać moje detale, ale nie boję się też zmyślać rzeczy, jeśli tylko służy to historii. Wielu policjantów i policjantek, zarówno w czynnej służbie jak i emerytowanych, powiedziało mi, że uwielbiają powieści z Maksem Wolfem. Bardzo mnie cieszy, że te książki wydają się autentyczne ludziom, którzy spędzili cale życie w świecie policji.

    W takim razie jak pan sprawdza te wszystkie detale, żeby nadać historii pozory wiarygodności? Czy zwiedza Pan posterunki policji, czy tylko je Pan sobie wyobraża? Czy konsultuje Pan teksty z policjantami?

    Kurator Czarnego Muzeum, emerytowany detektyw Paul Bickley, pomógł mi zrozumieć pracę policji. Pokazał mi coś, co nigdy wcześniej do mnie nie docierało. Paul pomógł mi pojąć, że policjant nigdy nie wie, czy pod koniec dnia wróci do domu. Rozmowy z Paulem o jego czasach w mundurze, o tym jak służył podczas zamieszek, kiedy jeden z jego kolegów został zabity, pomogły mi zrozumieć jak to jest być gliną.

    Oczywiście oprócz tego robiłem badania źródłowe do każdej z opisywanych przeze mnie historii. Spędziłem trochę czasu w Old Bailey, naszym głównym sądzie kryminalnym, w Nowym Scotland Yardzie, głównej kwaterze policji w Londynie – po prostu przyglądając się, wchłaniając atmosferę i pijąc herbatę. Ale dalej używałem już wyobraźni – same zebrane informacje to jeszcze za mało. Staram się docierać do miejsc, których innych pisarze nie widzieli – na przykład do wspomnianego już Czarnego Muzeum. Moim zdaniem to daje mi przewagę nad innymi autorami. A to jest dobre dla książki, dobre dla opowieści.

    Pisze Pan kryminały, ale czy czyta je Pan również dla przyjemności? Czy to dla Pana zbyt wiele?

    Jak najbardziej czytam kryminały dla przyjemności! Ale czytam tez inne rzeczy W tej chwili Apple Tree Yard Louise Doughty, powieść o kobiecie po pięćdziesiątce, która nagle wdaje się w szalony, owładnięty seksualną obsesją romans. Czytam też autobiografię Wilko Johnsona, muzyka rockowego, który przetrwał raka. Kiedy skończę te książki, znowu poczytam trochę kryminałów, ale moje gusta literackie obejmują naprawdę wszystkie gatunki. Myślę, że to dobrze wpływa na moje pisanie. Chodzi przecież o to, żeby uchwycić życie, jakie się wokół nas toczy, a nie żeby napisać kolejną kryminalną zagadkę.

    Jak Pan myśli, dlaczego ludzie w ogóle czytają kryminały?

    Myślę, że kryminały mają tak wielki wpływ na naszą wyobraźnię, ponieważ w statecznym rozrachunku chodzi w nich o walkę dobra ze złem. Co prawda w moich książkach jest dużo moralnej dwuznaczności, ale mam wrażenie, że ostatecznie kryminały to prawie biblijne bitwy między silami światła i ciemności. Wiemy, że świat jest okrutny i złowrogi i chcemy ochronić tych, których kochamy przed jego ciemną stroną. Kryminały pomagają nam uwierzyć, że jesteśmy w stanie pokonać Diabła – albo przynajmniej solidnie skopać mu tyłek.

    Zabić Diabła, to byłby koniec świata. Proszę niech Pan więc wymieni jedną książkę, którą chciałby Pan ocalić, gdyby świat zmierzał ku końcowi.

    Książka, którą naprawdę kocham to Sekretna historia Donny Tartt. To opowieść o morderstwie, ale także o przyjaźni, dorastaniu i o tym, że życie przybiera kierunek, którego się nie spodziewamy. To wspaniała historia opowiedziana przez cudowną pisarkę.

    Też uwielbiam Donnę Tartt, ale Sekretna historia to gruba cegła, trudno by z nią pod pachą uciekać przed zagładą. Miejmy więc nadzieję, że końca świata nie będzie. Dziękuję za rozmowę.

    Ja również dziękuję.

  • „W poszukiwaniu natchnienia”. Felieton Marty Guzowskiej.

    Skąd czerpać natchnienie, to podstawowe pytanie każdego twórcy, pisarza też. Jak wiadomo, pisanie składa się z jednego procenta inspiracji i dziewięćdziesięciu dziewięciu procent wylewania potu wszystkimi komórkami ciała i bólu pupy. Ale ten jeden procent musi być. Jak więc doprowadzić do sytuacji żeby – jak obrazowo podsumował to Stephen King – muza zesrała nam się na głowę?
    Przede wszystkim nie można za nią gonić. Muzy to płochliwe stworzonka i do tego uciekają strasznie szybko, pisarz nie ma z nimi szans. Najlepiej jest zastosować metodę Kubusia Puchatka, patrzeć w chmury, gwizdać pod nosem fiu fiu fiu i udawać, że żadna muza w ogóle nas nie interesuje. Wcale. Po prostu sobie akurat przechodziliśmy i przystanęliśmy, żeby popatrzeć na drzewa i nie szukamy żadnej muzy. A w ogóle, co to jest muza?
    Łatwo powiedzieć, wykonać trochę trudniej. Mam kilka sprawdzonych sposobów, żeby przechytrzyć tę cholerną muzę.
    Po pierwsze: czytam książkę. Właściwie to może być dowolna książka, najlepiej niezbyt ciekawa. Czytam sobie i czytam, mój mózg jest zajęty, więc nie może myśleć o muzie i wtedy ona – obrażona – nagle się pojawia, przez luźne skojarzenie z jakimś książkowym faktem.
    Drugim świetnym sposobem jest spacer. Nie bieganie: wtedy na muzę nie mam miejsca, skupiam się raczej na tym, żeby dotrzeć do wyznaczonej mety żywa. Ale zwykły spacer, dość szybkim krokiem, ulicą, którą znam na pamięć, więc mogłabym iść z zamkniętymi oczami. Podczas takiego spaceru mózg się kompletnie wyłącza, więc muza, zaciekawiona, pojawia się sprawdzić, co się stało.
    I najlepszy sposób: długi prysznic. Tutaj można by dużo pisać o powrocie do macicy (nie wiem skąd przekonanie, że w macicy wszyscy byliśmy genialnymi pisarzami i że wystarczy tam wrócić, żeby poczuć wenę, ale mniejsza z tym). To najlepszy ze znanych mi sposobów na uzyskanie niekontrolowanego strumienia myśli, w którym muzy uwielbiają się kapać.
    Następnym logicznym krokiem powinna być więc komora deprywacyjna. W sytuacji, kiedy ciało nie ma ciężaru, a zmysły – żadnego punktu zaczepienia, muzy powinny nadlatywać jak myśliwce w czasie ostatniej wojny światowej. Mam wielką ochotę spróbować. Niestety obejrzałam już serial Stranger Things. I poważnie się boję, że zamiast muzy, w ciemności i ciszy spotkałabym potwora podobnego do tego, na którego natknęła się Eleven. Prysznic jest jednak bezpieczniejszy, nawet jeśli przychodzą potem horrendalne rachunki za wodę.
    fot: Krzysztof Opaliński