Tag: Międzynarodowy Festiwal Kryminału we Wrocławiu

  • Lista nieoczywista, czyli słów kilka o nominacjach do nominacji MFK

    W ostatnich dniach o różnych listach było głośno. Najpierw listy wyborcze, kilkadziesiąt godzin temu lista przebojów w radiowej Trójce, dziś lista autorek i autorów, którzy mają szansę na finałową siódemkę Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. Są niespodzianki? Są. Są skandale? Dla mnie przynajmniej jeden. Są książki, które są o wiele słabsze od tych, które w siedemnastce się nie znalazły? Tak sądzę. Konkrety? Proszę bardzo.

    Jestem w tej komfortowej sytuacji, że nikim ze świata książkowego nie jestem związany węzłami przyjaźni, z nikim nie chodzę na wódkę, nie jeżdżę na wakacje. Oczywiście, że z czasem z kimś pójdę na kawę, a zdarza się też obiad. Mam jednak wrażenie, że nie przekroczyłem nigdy granicy, zza której nie ma już powrotu, a książki autorki/autora będzie wypadało chwalić zawsze i wszędzie. Jestem uczciwy sam wobec siebie, ale co chyba jeszcze ważniejsze – wobec Was, bo nie wciskam Wam kitu i nie nazywam szamba perfumerią. Przechodząc jednak do opublikowanej dziś siedemnastki, to uważam, że skandalem jest brak „Około północy” Mariusza Czubaja. Dla mnie to najlepsza książka Czubaja. Jedną z gorszych, o ile nie najgorszą był „R.I.P”, za którą… Mariusz dostał Nagrodę Wielkiego Kalibru. Pominięcie zeszłorocznej książki warszawskiego pisarza, a umieszczenie na liście, chociażby „Raju” Marty Guzowskiej, który według mnie Marcie nie wyszedł, jest dla mnie, delikatnie rzecz ujmując, nie do końca zrozumiałe.

    fot: smakksiazki.pl

    Żeby była jasność – nie przeczytałem wszystkich książek z podanej dziś listy. Mówiąc precyzyjniej, nie przeczytałem sześciu. Być może są wśród nich perełki, być może nie, ale obiecuję, że jeśli któraś z nich wejdzie do finału, to nadrobię zaległości żeby mieć pełen przegląd najlepszych, według jurorów, polskich książek kryminalnych zeszłego roku. Jeśli mam być szczery, to nie do końca rozumiem dwie nominacje dla Tomasza Duszyńskiego i Jakuba Szamałka. Okej, jestem w stanie przyjąć argumentację, że jedna z książek Duszyńskiego to kryminał retro, więc się nie kanibalizuje z „Toksycznymi”. Natomiast jeśli chodzi o Szamałka, to tych dwóch nominacji nie rozumiem zupełnie. Żeby była jasność – jedna jak najbardziej, bo w pełni zasługuje, ale jednak jest to ten sam cykl, więc tutaj chyba jurorzy powinni nominować kogoś innego. Kogo? Lista nieobecnych jest długa. „Rana” Wojciecha Chmielarza mnie nie wzięła, ale to nie znaczy, że jest książką dramatyczną, „Szwindel” Jakuba Ćwieka spokojnie mógłby się tutaj znaleźć, a nawet wygryźć chociażby Krzysztofa Bochusa czy Roberta Ostaszewskiego. Szkoda, że szansy nie dostał też Marcin Dudziński oraz będący w zeszłym roku w finale Maciej Siembieda.

    Komu więc kibicuję? Z książek, które przeczytałem, a przypominam, że sześciu jednak nie, to stawiłabym na „Roztopy” Jędrzeja Pasierskiego oraz „Marę” Małgorzaty i Michała Kuźmińskich. I tak się dziś zastanawiałem, co by było, jeśli musiałbym wybrać i wskazać tę jedną książkę. I wymyśliłem – Nagrodę Wielkiego Kalibru za najlepszą polską książkę kryminalną przyznałbym „Marze”. Jestem jednak dziwnie spokojny, że jurorzy jeszcze nas zaskoczą. Oby pozytywnie.

  • „Nagroda Wielkiego Kalibru to taki trochę Oscar”. Komentarze po ogłoszeniu długiej listy MFK

    Mamy więc szczęśliwą czternastkę, która z początkiem przyszłego miesiąca stopnieje do szczęśliwej siódemki, a w ostatnią sobotę maja poznamy laureatkę, a być może laureata Nagrody Wielkiego Kalibru. Kto wygra? Obstawiam, że będzie to Anna Kańtoch, ewentualnie Wojciech Chmielarz. Jednak niezbadany jest tok myślenia szacownego jury, więc mówiąc językiem piłkarskim, wszystko zweryfikuje boisko. Łapcie komentarze części nominowanych do nominacji, czyli tych, którzy znaleźli się na długiej liście.

    Marta Guzowska:

    Moment ogłoszenia listy nominowanych (najpierw długiej, potem krótkiej) to takie trzy sekundy niepewności (nie ma sensu w to klikać, na pewno mnie tam nie ma), a potem dzika radość! Dla mnie nominacja jest też trochę nominacją dla moich bohaterów, a ja bardzo lubię bohaterkę „Reguły nr 1” Simone Brenner i uważam, że jej się należy. Zdobyć Kalibra to trochę tak jak zdobyć Oskara. Na pewno dodaje pewności siebie. Ale też stresuje, bo wszystko, co potem napisałam zawsze będzie porównywane z tą nagrodzoną książką.

    Anna Kańtoch:

    Bardzo się cieszę, że i „Wiara” się spodobała, podobnie jak rok temu „Łaska” – to chyba znaczy, że kolejne moje książki nie są gorsze od poprzednich.

    Robert Małecki:

    To bardzo miłe wyróżnienie, które rozbudza nadzieję. A dla mnie jest w ogóle szczególne, bo jako trzykrotny uczestnik warsztatów literackich odbywających się podczas MFK marzyłem o takiej chwili. Cieszę się jak dziecko, że moja powieść została zauważona wśród niemal stu zgłoszonych do nagrody i będę cieszył się dalej nawet jeśli „Porzuć swój strach” pozostanie na długiej liście.

    Grzegorz Kalinowski:

    Niemal codziennie w księgarniach pojawia się nowy, polski kryminał, a mój „Pogromca grzeszników” trafił do najlepszej czternastki. Przekładając to na język futbolu, którym żyję od prawie pięćdziesięciu lat, a z którego żyłem jako komentator przez blisko ćwierć wieku, to jest ekstraklasa. Dla wielu to rutyna, dla innych norma, ale ja jestem beniaminkiem i cieszę się z tego wyróżnienia. „Pogromca grzeszników” to moja szósta książka, ale pierwszy kryminał. Do tej pory napisałem dwie sportowe biografie, Lucjana Brychczego oraz Czesława Langa, oraz trzy powieści z historyczno – przygodowego cyklu „Śmierć frajerom”, zatem mogę się czuć jak debiutant, który nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. We wrześniu kolejna część przygód przedwojennego śledczego Kornela Strasburgera, która dzięki tej nominacji będzie miała jeszcze lepszy start niż „jedynka”. Przy okazji pragnę uspokoić wiernych czytelników cyklu „Śmierć frajerom” , Heniek Wcisło alias Henry Haas powróci w czwartym tomie.

    Wojciech Chmielarz:

    Ogłoszenie długiej listy to początek nerwów, bo teraz czas na czekanie, czy znajdę się w finałowej siódemce. Ale też bardzo się cieszę. W Polsce wydaje się rocznie pewnie od stu do dwustu kryminałów polskich autorów. Znalezienie się w finałowej czternastce, to też spore osiągnięcie.

    Maja Wolny:

    Jestem zaszczycona: informacja o nominacji nadeszła w przeddzień wydania „Księgobójcy” w Belgii i Holandii. „Bookenmoordenaar”, czyli Morderca Książek, najwyraźniej się spodobał czytelnikom, mimo że nie jest klasycznym kryminałem. I zdradzę sekret: piszę kontynuację. Akcja „Drugiego głosu” również będzie się toczyć w Amsterdamie. Wątek historyczno-kryminalny dotyka niezwyklej postaci Abrahama Tuszynskiego, polskiego Żyda z Łodzi, który w Amsterdamie założył najpiękniejsze kino świata.

    Tomasz Konatkowski:

    Po pierwsze bardzo się ucieszyłem, bo to oznacza, że w naszym kraju można być już „longlisted” i „shortlisted”, czyli ewoluuje nie tylko literatura, także popularna, ale również sfera promocji książek i mówienia o książkach. A po drugie, oczywiście bardzo mi miło, że jury doceniło moją pracę, bo to trochę tak, jakbym dostał wyrazy uznania za niemal dwa lata mojego życia. Pracuję nad powieściami długo, może zbyt długo, więc cieszę się, kiedy ktoś pozytywnie ocenia efekty tej pracy. Zwłaszcza, że to zamknięcie ważnego etapu w życiu mojego bohatera.

  • „Stało się wreszcie to”, październikowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Stało się wreszcie to, co się stać musiało. Moda na kryminał przyniosła konkretne owoce i dorobiliśmy się kilku mocnych festiwali. A najlepsze, w przeciwieństwie do samego gatunku, jeszcze przed nami. I tak, będzie to pierwszy mój prawdziwie entuzjastyczny felieton

    Jednego zawsze zazdrościłem autorom i fanom fantastyki – konwentów. Jest ich co najmniej kilkadziesiąt. Od takich zupełnie małych, organizowanych przez grupkę zapaleńców w miejscowej szkole, poprzez średnie, ale z tradycjami, aż po wielkie, profesjonalnie przygotowane imprezy, jak słynny już poznański Pyrkon, rodzący się Warsaw Comic Con czy kolejne edycje Polconów (ciągle jednak fanowskie). Na polu kryminału przez lata była posucha. Mieliśmy tylko Międzynarodowy Festiwal Kryminału we Wrocławiu. Wreszcie można głośno powiedzieć, że ten stan się zmienił.

    W tej chwili oprócz kilku mniejszych wydarzeń mamy w Polsce cztery ważne imprezy. Rok festiwalowy zaczyna się od Kryminalnej Piły wymyślonej i organizowanej przez Leszka Koźmińskiego z Wyższej Szkoły Policji w Pile oraz przez Miejskie Centrum Kultury w Pile. Leszek Koźmiński (razem z Pawłem Leśniewskim) to w ogóle cisi bohaterowie polskiego kryminału. Trzeba by kiedyś zrobić jakąś zrzutę i ufundować im specjalną nagrodę za to, co zrobili dla gatunku. Na Kryminalną Piłę zaproszono mnie raz. Było strasznie fajnie. W ogóle mam wrażenie, że ze względu na współpracę z Wyższą Szkołą Policji ten festiwal jest najbardziej lubiany przez autorów właśnie. Obawiam się tylko o jego rozwój. Piła to ludnościowo niewielkie miasto, więc organizatorom może być trudno rozwinąć skrzydła. Natomiast coraz większego znaczenia nabiera przyznawana przez Kryminalną nagroda dla Najlepszego Kryminału Miejskiego.

    Kolejny jest Międzynarodowy Festiwal Kryminału we Wrocławiu. Czyli legenda. Najbardziej prestiżowy, z najciekawszym programem, największą ilością gości no i co tu dużo ukrywać – z Nagrodą Wielkiego Kalibru, marzeniem każdego autora kryminału. Rozwój gatunku w Polsce nieodłącznie związany jest z tym wydarzeniem. Jeśli chcecie się Państwo dowiedzieć, kogo warto czytać, co nowego się pojawiło, na co zwrócić uwagę, trzeba się wybrać do Wrocławia. Irek Grin wraz z całą ekipą rok do roku przygotowują dla pisarzy i czytelników prawdziwe święto.

    Potem mamy wakacyjną przerwę a na jesień czas na dwa wydarzenia, za które nieustannie trzymam kciuki. Pierwszym jest Poznański Festiwal Kryminału Granda. Impreza młoda. W tym roku odbyła się zaledwie trzecia edycja, ale z roku na rok jest coraz ciekawiej. Do polskich autorów dołączyli goście zagraniczni. Największe jednak wrażenie na mnie robią tłumy na spotkaniach. Przez cały dzień na sali zasiada co najmniej ponad setka osób. Jeszcze trochę krąży w okolicy. Jest więc dobrze, ale mam nadzieję, że będzie jeszcze lepiej. Granda musi popracować trochę nad „wychowaniem” sobie publiczności. Nie chodzi mi tutaj oczywiście o tłumaczenie uczestnikom, żeby nie śmiecili i nie gadali na spotkaniach, ale o przyzwyczajenie ich do tego, że impreza odbywa się co roku i warto na nią przychodzić. To niestety robota na lata. Jest potencjał, żeby zrobić z Grandy naprawdę wielkie wydarzenie. Pyrkon pokazał, że w stolicy Wielkopolski jest na takie rzeczy zapotrzebowanie.

    Festiwal Granda w Poznaniu, fot: smakksiazki.pl

    Wreszcie, ostatnia kalendarzowa czyli trójmiejska Afera Kryminalna. Wydarzenie o tyle ciekawe, że powstał całkowicie oddolnie. Najpierw czytelnicy zawiązali Oliwski Klub Kryminału, a potem z tego wykiełkował sam festiwal. Czyli impreza mocno fanowska, która w tym roku zrobiła mocny krok do przodu, zapraszając Stephana Anhema i Johana Theorina. Szczególnie fajne jest to, że Afera odwiedza też mniejsze ośrodki w okolicy Trójmiasta, takie jak Rumia czy Wejherowo.

    Mamy więc już w tej chwili cztery mocne festiwale. Jeden bardziej fachowy (Kryminalna Piła), jeden dojrzały i prestiżowy (MFK) i dwa, które mają ogromny potencjał, żeby zgromadzić na organizowanych przez siebie wydarzeniach tysiące fanów gatunku. Trzymam kciuki, żeby to się udało i naprawdę głęboko wierzę, że najlepsze dopiero przed nami. Trochę w kontrze do samej kondycji gatunku, ale to akurat temat na inny felieton.

    Wojciech Chmielarz

  • „Debiutancie, ściśnij poślady”, felieton Bartosza Szczygielskiego.

    Zapewne czytaliście kiedyś, jak wyglądały początki sławnych teraz pisarzy. Ja nie jestem ani sławny, ani nie ośmielam się jeszcze nazywać pisarzem, za to jestem na początku drogi. Drogi, która wcale nie wygląda tak, jakby ktoś mógł czekać na jej końcu.

    Wstęp brzmi tak, jakbym miał wam do przekazania najsmutniejszą informację na świecie czyli, że nie opłaca się debiutować na rynku książki. Nie chodzi mi o to, by kogokolwiek zniechęcać do pisania, ani tym bardziej do tego, by nie wysyłać swojej powieść do wydawców. Premiera pierwszej książki dla każdego, kto uparcie wystukuje kolejne wyrazy w edytorze tekstu, to najcudowniejsze uczucie na świecie. Moment, gdy nasza praca zostaje doceniona i w końcu możemy odetchnąć. Tak, udało się. Tylko co dalej?

    Wyobraźnia podpowiada różne scenariusze. Zazwyczaj takie, których nie powstydziliby się scenarzyści amerykańskich komedii romantycznych, gdzie wyjście na kawę kończy się poznaniem milionera i wyhodowaniem kolejnej nerki, mogącej uratować życie naszemu bliźniakowi, który zaginął w szpitalnej sali. Przesadzam? Oczywiście, ale nie ma się co oszukiwać. Wydanie książki sprawia, że nasze myśli zaczynają zmierzać w niebezpieczne rejony. Lepiej tego unikać, bo zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne.

    Pamiętam, że informację o przyjęciu przez wydawcę książki, otrzymałem stojąc pośrodku na wpół pustego już magazynu z meblami. Było cholernie zimno i padało, a ja stałem w przedsionku dopalając papierosa i rozmawiając przez telefon. Wiedziałem, że po tym jak się rozłączę dalej będę przerzucał paczki z biurkami z jednego miejsca na drugie, ale coś się zmieniło. Poczułem energię, jakiej wcześniej nie doświadczyłem. Wróciłem później do domu i nieśpiesznie zająłem się świętowaniem na swój sposób. Bo choć był listopad, do czasu pojawiania się „Aorty” na rynku, miało upłynąć jeszcze dużo czasu. Znacznie więcej niż się spodziewałem.

    Weźcie pod uwagę to, że wysyłając maszynopis do wydawnictwa, będzie się nad nim znęcało mnóstwo osób. Począwszy od redaktora, a skończywszy na recenzentach wewnętrznych i korektorze. To najlepsze, co może przytrafić się waszemu tekstowi. Czasem zaboli, ale musi boleć, by na końcu czytelnik dostał to, za co zapłacił. Produkt z jak najmniejszą ilością wad. Warto wyzbyć się przeświadczenia, że książka stojąca na księgarskiej półce, jest czymś więcej niż właśnie produktem. Wyjątkowym to na pewno, ale dalej mającym przynieść jedno – zysk. A ty debiutancie, stoisz na przegranej pozycji.

    Bartosz Szczygielski z Nagrodą Specjalną im. Janiny Paradowskiej, Międzynarodowy Festiwal Kryminału.

    Podczas tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu dowiedziałem się, że w 2016 roku pojawiło się ponad 200 kryminałów i sensacji. A ty jesteś jednym z nich i twój sukces zależy od jednej rzeczy – marketingu. Im więcej osób o tobie usłyszy, tym większa szansa, że nie utoniesz. Samo pojawienie się debiutu nie oznacza nic, jeżeli nikt o nim nie będzie wiedział. Jak to wyglądało u mnie? Różnie. Bo choć „Aorta” pojawiła się w katalogu jednego z największych wydawców w kraju, dużo rzeczy promocyjnych zrobiłem sam. I bardzo z tego powodu się cieszę, bo poznałem multum ludzi, którym zwyczajnie zależy na literaturze. Bez nich książka zniknęłaby zupełnie. Warto uświadomić sobie to odpowiednio wcześniej i pogodzić się z faktem, że promocja to kolejny etap życia waszej książki. I z tym, że wielu autorów, którzy napisali gorsze niż wasza pozycje, będzie okupowało listy bestselerów, a nie wy. I to tylko dlatego, że sypnięto groszem na promocję.

    Ostatnio Wojciech Chmielarz napisał, że jeszcze wierzy w to, iż dobra literatura prędzej czy później sama się wybroni (tutaj). Cóż, mi w to trudno niestety uwierzyć. Chciałbym, żeby tak właśnie było, ale prawie rok po debiucie mam bardzo mieszane uczucia. Świat książek toczy się wolno. Redakcje, korekty, recenzje. Na wszystko autor czeka i czeka i czeka, a debiutant chyba ma w tej kwestii najgorzej. Na początku tekstu wspomniałem o drodze i tym, że na jej końcu możemy nikogo nie zastać. Odrobinę przesadziłem, bo na końcu czeka wszak czytelnik. Osoba najważniejsza w tym łańcuchu. Tylko, że zanim do niego dotrzemy, mija naprawdę dużo czasu. O ile będziemy mieli szczęście, a ów czytelnik zobaczy gdzieś okładkę waszego debiutu i staniecie się dla niego kimś więcej, niż tylko kolejnym nic nie mówiącym nikomu nazwiskiem. Bo przecież nie od dziś wiadomo, że lubimy tylko te rzeczy, które już dobrze znamy.

    A ciebie nie zna nikt, gdy stawiasz pierwszy krok.

    Bartosz Szczygielski

  • „Spotkanie po roku”. Felieton Wojciecha Chmielarza

    Napisanie książki to w moim przypadku około roczna praca. Ale to niedokładna miara. Pewne pomysły pojawiają się wcześniej. Zostają w głowie. Zbierają się wspomnienia. Przeczytane książki. Odbyte rozmowy. To wszystko rośnie, nawarstwia się, żeby nagle eksplodować fabułą

    To jest ten najprzyjemniejszy moment. Pełen ekscytacji. Kiedy pomysły pojawiają się jeden za drugim. Widzę wtedy całe sekwencje pełnych napięcia scen. Słyszę dialogi, które aż kipią od emocji. Galerię żywych postaci, które walczą ze swoimi grzechami, namiętnościami, słabościami. I najczęściej im ulegają. A potem przychodzi to, czego żaden pisarz nie lubi – moment, w którym trzeba wziąć się do roboty. Okazuje się, że tych wymarzonych scen starczy może na 1/3 powieści. Mozolnie wymyślam to co pomiędzy nimi. Rozpisuję plan. Robię notatki. A przede wszystkim – poprawiam, poprawiam i poprawiam. Okazuje się, że postacie mają inne motywacje, niż początkowo zakładałem. Inaczej się więc zachowują. Wobec tego należy po raz kolejny wszystko pozmieniać. Ze świadomością, że podczas pisania, tych długich, spędzonych w samotności godzinach stukania w klawisze, i tak wszystko się jeszcze mniej lub bardziej wywróci.

    Kolejny krok, to oczywiście redakcja. Podejrzewam, że każdy pisarz odwleka ten moment tak długo jak może. Uwielbiam redaktorów, z którymi pracuję. Wiele dobrego wnoszą do mojej pracy. Podnoszą moje książki o poziom wyżej. Nieustannie powtarzam, że mam wielki dług wdzięczności wobec Tomka Zająca (książki od „Podpalacza” do „Osiedla Marzeń”) i Magdaleny Kędzierskiej-Zaporowskiej („Zombie”). Co nie zmienia faktu, że w czasie samej redakcji darzę ich głęboką i szczerą nienawiścią. To ludzie, którzy czepiają się wszystkiego. Wynajdują dziury w fabule. Zadają kłopotliwe pytania. Zaglądają pod każdy kamień. Niszczą, rozwalają, skleją na nowo. To długi i męczący proces. Czytamy wspólnie daną powieść po kilka razy. Wysyłamy sobie setki maili. Rozmawiamy, dyskutujemy, wreszcie się kłócimy. Myślę, że i oni, i ja mamy dosyć książki, nad którą pracujemy. A potem na deser – korekta. Czyli jeszcze jedna lektura. Jeszcze jedno (lub dwa) sprawdzenie czy wszystko jest ok. Wreszcie upragniony koniec. Powieść jest oddana. Drukowana. Ląduje w księgarniach.

    I co się dzieje?

    O tym właśnie chciałem napisać w tym felietonie. Bo nie dzieje się nic. Jest jakaś data premiery. Ale też niewiele ona znaczy i z roku na rok staje się coraz bardziej umowna. Wiadomo, że w niektórych księgarniach książka potrafi być kilka dni wcześniej. Po paru dniach zaczynają się pojawiać recenzje. W moim przypadku mogę jeszcze liczyć na kilka wiadomości na profilu na facebooku lub oceny na lubimyczytac.pl. I tyle. Po dwunastu miesiącach pracy jestem w tym samym miejscu, w którym byłem rok wcześniej – siedzący przy biurku z pustą kartką papieru przed sobą. I teraz pytanie, gdzie w tym wszystkim czytelnik?

    www.unsplash.com/Jason Yu

    Zastanawiam się, czy pisarz to nie ten zawód twórczy, gdzie autor jest najbardziej oderwany od swoich odbiorców. To oczywiście wynika z samej natury tego zajęcia. Zarówno pisanie, jak i czytanie to zajęcia wybitnie indywidualne. Wymagające skupienia. Spokoju. Pewnej alienacji. Twórca nie ma szans, żeby zobaczyć reakcję odbiorców. Czytelnik rzadko kiedy może przekazać pisarzowi swoje uczucia w trakcie lektury. Brakuje tej bezpośredniej relacji. Tego, co aktor ma występując przed widownią w teatrze, muzyk podczas koncertu czy malarz podczas wernisażu.

    Znowu wychodzi na to, że się skarżę. Tymczasem piszę ten felieton z optymistycznym nastawieniem. Bo jest maj (chociaż dość paskudny), a maj to ten miesiąc, kiedy właśnie mam jedną z najlepszych okazji w roku, żeby spotkać się czytelnikami. Najpierw na Warszawskich Targach Książki (gdzie zresztą po raz pierwszy będzie można kupić „Zombiego”), a później na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. Cały ten przydługi wstęp miał uzasadniać, jak bardzo mnie to cieszy. Spotkania na linii pisarz – odbiorca, to ten moment, kiedy dwa doświadczenia indywidualne (pisanie i czytanie) mają szansę zmienić się w doświadczenie zespołowe. Wreszcie mogę poznać ludzi, którzy sięgają po moje książki. I to nie via zimny ekran komputera, ale osobiście, oko w oko. Chwilę porozmawiać. Wymienić uwagi. Często zaskakujące, świeże i niezwykłe. Których w innych okolicznościach nigdy bym nie poznał. Spojrzeć na to co napisałem z odmiennej perspektywy. Usłyszeć o ulubionych scenach, dialogach, bohaterach. Rozwiać wątpliwości lub zasiać nowe (bo to też się zdarza) Albo po prostu – poznać ludzi. Pamiętam czytelnika, który dopytywał się, dlaczego bohaterowie moich książek (i polskich kryminałów w ogóle) mają takie dziwne nazwiska. Przyznam, że nie potrafiłem znaleźć satysfakcjonującej odpowiedzi. Innego, z którym wdałem się w interesującą pogawędkę o komiksowych nowościach. Panią, której co roku we Wrocławiu podpisuję swoją kolejną książką, którą ona potem daje córce w prezencie. I wielu, wielu innych.

    Zazwyczaj to wszystko trwa góra kilka minut. W sprzyjających warunkach. Podpis na książce. Wymiana kilka słów. Uśmiech. Czasami zdjęcie i uścisk dłoni. Życzenia powodzenia. Nie wiem, co te spotkania znaczą dla czytelników, ale wiem, co znaczą dla mnie.

    Że warto było poświęcić te dwanaście miesięcy.

    Wojciech Chmielarz