Tag: Od deski do deski

  • „Życie jest przereklamowane”, felieton Jakuba Ćwieka

    Czasami jest tak, że gdy przyjeżdżam na spotkanie autorskie do jakiejś miejscowości, lokalne media chcą zrobić ze mną wywiad. I choć oczywiście zdarzają się bardzo miłe, interesujące wyjątki, zwykle są to pytania klasyki z nieodzownym „skąd Pan czerpie pomysły”. I raz właśnie podczas takiego wywiadu na tego właśnie evergreena odpowiedziałem: Proszę pani, to proste. Moje historie są na faktach.

    Pani dziennikarka popatrzyła wtedy na mnie zaskoczona, coś na szybko sprawdziła w notatkach.

    – Przepraszam – powiedziała po chwili, wyraźnie zaczerwieniona – Musiałam coś źle doczytać, bo miałam wrażenie, że jest pan pisarzem fantastyki.

    – Tak – potwierdziłem. – To coś zmienia?

    Jej twarz znowu się zmieniła, tym razem przechodząc z zaskoczenia do zimnego, lodowatego wręcz gniewu profesjonalisty, z którego ktoś sobie robi jaja.

    – Proszę pana, ja tu poważny wywiad robię, proszę się nie wygłupiać – powiedziała, a ja karnie pokiwałem głową i dalej poszło już klasycznie.

    Tylko, że prawda jest taka, że choć faktycznie się wygłupiałem, to jednak powiedziałem całą prawdę. Moje książki, wszystkie bez wyjątku, oparte są na faktach. Z tym, że nie upatrywałbym w tym jakiegoś szczególnie ważnego newsa, bo weźcie proszę pod uwagę, że – wybaczcie bezpośredniość i wulgarność zwrotu – w przypadku prozy ta fraza… gówno znaczy.

    fot: unsplash.com/rawpixel

    Na faktach” mówi bowiem czytelnikowi dokładnie tyle: w oparciu o zaistniałe fakty autor stworzył fabułę swojej książki. Czy zatem jeśli pojadę na wakacje nad morze (fakt), zobaczę bogatych rodziców (fakt) i ich małą córeczkę, która rozmawia z lodziarzem w pewnym oddaleniu od rodziców (fakt), to czy wymyśloną i napisaną na tych wakacjach książkę o córce bogatych przedsiębiorców porwaną przez lodziarza dla okupu mogę nazwać książką opartą na faktach?

    Przykład może się wydawać absurdalny, ale zauważcie – nikt nie mówi, jakie powinno być właściwe stężenie udokumentowanych wydarzeń w fikcyjnej opowieści, by ta mogła uchodzić za „opartą na faktach”. Powołam się tu na przykład filmowy. Dziewięć lat temu na ekrany wszedł film zatytułowany „Nieznajomi” (oryginalnie „The Strangers”), krwawy dreszczowiec opowiadający o małżeństwie, które chce wypocząć w domku na odludziu. Tam zjawiają się trzy osoby i zamieniają życie pary w piekło. Powód? Bo akurat byli w domu. Cały film to miły dla oka, ale nie jakiś specjalnie udany festiwal trzaskających drzwi, groźnych ujęć, wrzasków, zakończony krwawą masakrą. Informacja na plakacie potęguje wrażenie. Mówi „oparte na prawdziwych wydarzeniach!”. Na tym się zresztą zasadza cała reklamowa strategia produkcji. Wszystko pięknie, ale całe fakty to historia z dzieciństwa reżysera, który opowiedział, jak to kiedyś zapukała do niego jakaś kobieta i zapytała o kogoś, kto tam nie mieszkał. Potem okazało się, że to była czujka włamywaczy sprawdzających, czy ktoś jest w domu. Reszta scenariusza filmowego to mniej lub bardziej luźne inspiracje akcjami rodziny Masonów i innymi filmami już wcześniej ogrywającymi podobne tematy.

    Weźmy coś bliżej naszego podwórka, zarówno geograficznie, jak i tematycznie. Dziennikarz, pisarz i wydawca Tomasz Sekielski wpadł na skądinąd całkiem sprytny pomysł serii „Na f/aktach” polegającej na tym, że znanym pisarzom daje się akta głośnych, swego czasu bulwersujących spraw kryminalnych, a ci mają w zamian stworzyć dobrą książkę opartą na faktach. I choć zdecydowanie będę ostatnim, który uzna ten pomysł za zły – wszak to jemu zawdzięczamy póki co najlepszą książkę Łukasza Orbitowskiego – to jednak ilekroć widzę książki serii, uśmiecham się pod nosem w ten specyficzny sposób zarezerwowany dla momentów, gdy dostrzegam, że ludzie nabierają się na zgraną sztuczkę iluzjonisty. Bo tym ta seria jest w istocie – sprytnym, świetnie pomyślanym, ale i w jakiś sposób wyrachowanym sposobem na zbijaniu kapitału na ludzkiej skłonności do voyeuryzmu, ale… i czytelniczych kompleksach.

    www.unsplash.com/Ben White

    Już wyjaśniam to drugie. Stephen King, w swoim „Jak pisać. Poradnik rzemieślnika” mówił o tym, jak ważne jest dla wielu czytelników, by w książkach beletrystycznych znajdowały się strzępy efektownej wiedzy w postaci ciekawostek. Upatrywał w tym części sukcesu chociażby Johna Grishama, który owszem, wymyślał swoje fabuły, ale przecież podobno opierał je czasem na prawdziwych sprawach, a w to, co pisał, nieustannie wpatał prawne ciekawostki . Dzięki temu wstydząc się, że folgujesz swemu plebejskiemu gustowi, bojąc się, co pomyśli sobie o tobie towarzystwo, do którego aspirujesz, możesz się zawsze bronić, że dowiedziałeś się z tej książki tego, tego i tamtego. To są skrawki prawdy lub wiedzy, które wyłowiłeś z tej całej fikcji. Prawie jakbyś wyławiał perły.

    Czytając, nie tylko zanurzałeś się w prawdziwej rozrywce, ale też pogłębiałeś swoją wiedzę, o rzeczy, które nie przydadzą ci się nigdy. A jeśli książkę dobrałeś uważnie, jeśli blurb otwiera lub zamyka zdanie „oparte na prawdziwych wydarzeniach”, jesteś podwójnym zwycięzcą, bo nie tylko posiadłeś wiedzę, ale i na własnych, czytelniczych zmysłach doświadczałeś prawdziwości starego porzekadła, że „życie jest najlepszym pisarzem”.

    Tyle, że… nie jest. Życie to fatalny pisarz, który ma momenty. Czasem pisze świetne sceny, ma masę naprawdę mocnych pomysłów, ale rozwleka akcję, rozbija ją na niepotrzebne wątki, mnoży bohaterów, wprowadza dłużyzny, tonę zbędnych dialogów, wreszcie – kompletnie nie dba o solidne podbudowanie postaci czy wydarzeń. U niego rzeczy się po prostu dzieją. Potrzeba potem godzin edycji, skracania i wycinania wątków, uproszczeń, przerabiania postaci, przyjmowanie odpowiedniej perspektywy, by coś z tego wreszcie osiągnąć. I to właśnie nazywamy dobrą książką.

    Dlatego do serii „Na f/aktach” trzeba było zaprosić pisarzy. By coś z tymi historiami z potencjałem zrobili ludzie, którzy zniekształcają, przycinają, a czasem łamią i sklejają na nowo. I to oni, nie życie, są tu pisarzami. Są tymi, którzy w opowieści mają ostatnie słowo. Życie jedzie tu na ich talencie i umiejętnościach, zbierając laury, gdy się uda, i wychodząc obronną ręką, gdy ktoś coś spieprzy. Słowem, życie choć pisarzem jest nieudolnym, ustawiło się fantastycznie.

    Ale pozwoliliśmy mu na to. Pozwoliliśmy, podchodząc do etykietek „na faktach” czy „inspirowane prawdziwymi wydarzeniami” z beztroską facebookowego scrollera czerpiącego wiedzę z memów. Widzimy coś takiego i już nie sprawdzamy proporcji, nie zastanawiamy się, ile w tym jest prawdy, ile domysłów, ile fikcji. „Na faktach” oznacza dla nas coraz częściej – historia totalnie prawdziwa, lekko udramatyzowana.

    A tymczasem, co udowadnia sztandarowe dla serii „Na f/aktach” dzieło Orbitowskiego, a także chociażby wyśmienita choć przerażająca książka Jacka Ketchuma „Dziewczyna z sąsiedztwa”, dobra historia nie potrzebuje podkreślania, że wzięła się z życia. Jest dobrze skonstruowana, wydarzenia wynikają jedne z drugich, nikt nie musi używać tarczy „ja wiem, że to się wydaje nielogiczne i bezsensowne, ale tak właśnie było w rzeczywistości, więc proszę mnie nie winić”. Bo to z kolei jest tchórzliwym szukaniem poza książką czegoś, co powinno być jej integralną częścią. Usprawiedliwianie swojego błędu w sztuce. Bycie demiurgiem na pół gwizdka!

    www.unsplash.com/Tom Hermans

    Żeby nie było wątpliwości do kogo, czy raczej przeciw komu kieruję te słowa. Na pewno nie jest to żaden zarzut wobec wydawnictwa Od deski do deski – rozumiem ideę stojącą za publikowaniem na książkach informacji „opowieść jest na faktach”, czy nawet tworzenia serii opartej na wspomnianej wyżej idei. Wydawca podąża za czytelniczymi oczekiwaniami i je spełnia. Popyt i podaż, sprawa oczywista. Chodzi mi raczej o coraz liczniejszą grupę czytelników, tych, nazwijmy ich prawdofili, uczących autorów lenistwa, tchórzostwa i asekuranctwa.

    Bo jeśli czytelnik musi przeczytać na okładce czy we wstępie, że coś się wydarzyło, żeby uwierzył, że mogło się wydarzyć, to pisarz się zwyczajnie nie spisał. Nie dał od siebie tego, co dla pisarstwa kluczowe, nie przekonał nas do swojej wizji świata, a jedynie oparł się na magiczności zwrotu „na faktach”.

    Stąd apel:

    Mamy reportaże, mamy wszelkie inne książki non-fiction, gdzie szukanie i odkrywanie prawdy ma znaczenie i jej wysoka procentowa zawartość warta jest podkreślania na każdym kroku. Ale jeśli chodzi o beletrystykę, poza naprawdę wyjątkowymi sytuacjami, niechże prawda faktów zostanie za kulisami, a najlepiej w ogóle w warsztacie. Tam jest jej miejsce. W prozie liczy się nade wszystko prawda emocji. A tę osiąga się w zupełnie inny sposób.

    Jakub Ćwiek

  • „Nike? Angelus? Kupię sobie dwa bombowce”.

    Gdyby nie słoik ze śledziami, pewnie nigdy nie znalazłby się na Islandii. Ma podwójne obywatelstwo, do snu czyta Bukowskiego… Wiele wątków, wiele ciekawych historii. Zapraszam do lektury wywiadu z Hubertem Klimko-Dobrzanieckim. 

    Skąd się wzięła Islandia w Twoim życiu? Miłość od pierwszego wejrzenia?

    Jest taka anegdota w książce: za komuny było coś takiego jak sklep Centrali Rybnej. Sprzedawali w nim śmierdzące makrele ze skrzynek, ale matka przyniosła kiedyś słoiczek śledzi. Wezwaliśmy sąsiada, mówiliśmy na niego „Mózg”. Rozszyfrował, że na dekielku są islandzkie litery. Tak się zaczęło. Miejsce na mapie. Wyspa. Tajemnica. Daleko. Żadnych informacji. Oczywiście, z czasem te informacje się pojawiały, więc było ich więcej. Pojawiła się również literatura. Przeczytałem Halldóra Laxnessa, który dostał nobla w pięćdziesiątych latach. Te książki były przetłumaczone na polski z niemieckiego, czy szwedzkiego. Potem pojawił się Jacek Godek. To jedyna osoba, która jak do tej pory może się pochwalić całkiem sporym dorobkiem przekładowym z islandzkiego na polski.

    Gdybyś wtedy na tym słoiku ze śledziami znalazł napisy po szwedzku to myślisz, że zafascynowałaby Cię Szwecja?

    Nie. Szwedzki alfabet jest smutny. A Szwedzi są jak ich alfabet. Zapamiętałem islandzkie literki jako dosyć jajcarki przekaz. Szwecja była znana mimo wszystko. Uciekali ludzie do Szwecji za komuny. Na zachód, czyli na północ.

    Ta Islandia Ci się na tyle spodobała, że masz obywatelstwo?

    Tak, już dawno mam.

    Studiowałeś tam?

    Nie tylko. Musiałem również pracować.

    Jeśli już poruszamy ten temat to porozmawiajmy o „Domu Róży”, który jest zapiskiem Twoich przygód i Twojej pracy dosyć specyficznej. Nie byłeś kucharzem, strażakiem tylko zajmowałeś się dosyć specyficzną działką.

    Byłem pomocnikiem pielęgniarza. Potem skończyłem kurs, i zostałem pielęgniarzem geriatrycznym. Więc pracowałem przez kilka lat w domu starców. Książka bazuje na moich przeżyciach, czy doświadczeniach ale to jest mimo wszystko fikcja literacka. Wcześniej, będąc na studiach, obejrzałem film Fridrika Thora Fridrikssona pt. „Dzieci natury”. Historię o parze staruszków, którzy spotykają się w domu starców. Zarówno kobieta, jak i mężczyzną są tam umieszczeni przez rodziny. Zakochują się w sobie i uciekają. Zazwyczaj jest tak, że to literatura jest bazą dla filmu. U mnie było odwrotnie. Nawet zatrudniłem się w domu starców, gdzie pewne sekwencje były kręcone. Potem już poszło. Od pensjonariuszy dowiedziałem się rzeczy jakich nie dowiesz się na ulicy. Szczególnie od młodszego pokolenia. W książce jest portret siostry Róży. Miałem pensjonariuszkę, która była niewidoma, ale pamiętała siostrę. Dziewczynka utopiła się w gorącym źródle. Ta historia też mnie zainspirowała. Takie właśnie zrządzenia losu, ale również pewna kalkulacja, doprowadziły do napisania tej książki.

    Mówisz po islandzku?

    Mówię, ale coraz gorzej. Nie mam codziennego kontaktu z żywym językiem. Czytam po islandzku. Nowości książkowe, które mnie interesują, sprowadzam drogą pocztową, to samo tyczy się filmów. Ale to jest taki język, że jeżeli się tam nie urodziłeś, albo nie byłeś z dwujęzycznej rodziny, nie wiem jak dobrze byś mówił gramatycznie, i tak cię złapią, że jesteś zagraniczny. Niesamowite dźwięki, które są nie do podrobienia….

    Ty tam byłeś 10 lat, tak?

    Ponad 10. Moja żona była dwa razy w ubiegłym roku. I dlatego książka powstała „Zostawić Islandię”. Moja była szefowa powiedziała mi –zatęsknisz. Roześmiałem się, bo naprawdę miałem dość Islandii. Klimatu przede wszystkim. Nie ludzi. Ludzie byli fajni. Jeżeli doświadczyłem czegoś złego na Islandii ze strony ludzi, to często byłe to osoby zagraniczne, a nie lokalne. Po ośmiu latach w Wiedniu okazało, że szefowa miała rację. Zabrakło mi ludzi i masywu Esji, który widziałem przez okna naszej sypialni w Reykjaviku. W Wiedniu mam trzy drzewa, które wyrosły tak, że zaczęły zasłaniać nam balkon.

    Tak zaczynasz tę książkę…

    Refleksją, bo na kontynencie miasta i krajobrazy są do siebie podobne. Islandia jest inna, niepowtarzalna. Jeśli zaczniesz podróż w Polsce, od Krakowa, a skończysz na Chorwacji, no to jest dziedzictwo CK. Miasteczka są do siebie podobne. Niektóre są bardziej czyste, niektóre mniej. Ale architektura jest sieciowa.

    Jak było z „Preparatorem”, bo w wydawnictwie Od Deski do Deski panuje taka zasada, że to oni proponują autorowi kilka tematów, z których on wybiera jeden.

    Zadzwoniła agentka mówiąc, że powstaje nowe wydawnictwo i szukają pisarzy, którzy by napisali książkę na zamówienie, opartą o fakty. To było pewnego rodzaju wyzwanie i novum dla mnie. Okazało się, że daję radę i nawet mnie to wciągnęło. Ale nie było tak różowo od początku. Wysłali mi mailem dziesięć tematów. Skrócone wersje wydarzeń, które by mnie ewentualnie interesowały. Wybrałem historie głuchoniemego syna, który zamordował ojca. Pomyślałem, taki amerykański temat. Na pewno czytelnik będzie trzymał stronę zabójcy. Zacząłem powoli szperać w internecie, uczyć się migowego języka. Wchodzić w psychikę człowieka, który jest głuchoniemy. Napisałem do wydawnictwa, że ten temat wybieram. Po kilku tygodniach okazało się, że nie będę mógł wykorzystać tej sprawy. No to co teraz? Wysłali następne historie. Przypadł mi do gustu preparator. A dlaczego? Tu się zaraz skrzyżują wątki islandzkie. Pracując w domu starców spotykałem się co prawda nie z preparatorami, ale z ludźmi z przedsiębiorstw pogrzebowych. Obcowanie z umarłymi nie było novum. Z domu starców droga jest zazwyczaj jedna… Poczułem, że mogę dotknąć tej historii. Dostałem tysiąc stron akt sądowych, przeczytałem je. Prawdziwy zabójca nie był tak ciekawy. Musiałem go podkręcić po prostu. Wzbogacić historię.

    Czytałeś pozostałe, które wyszły w tej serii?

    Przeczytałem Janusza Leona Wiśniewskiego. Wiem, że Tomek Sekielski wydał u siebie książkę. Jest – „Bestia”, ale też nie czytałem. Chętnie bym przeczytał wszystkie książki z serii. Pewnie kiedyś po nie sięgnę, ale teraz mam takie zaległości, że szkoda mówić. Dla relaksu, zanim zasnę, czytam Bukowskiego. Świntucha.

    Dobre do spania. Jaki masz stosunek do nagród literackich? Trochę się do tego przywiązujesz czy masz to kompletnie gdzieś? Bo byłeś już nominowany do Angelusa, do Nike, do Paszportów

    Tak, byłem. To jest oczywiście miłe, że jesteś dostrzeżony. Nie chcę się krygować. Jeżeli bym dostał nagrodę to bym się cieszył. Mam swoje różne plany, hobby zwariowane. Ale nagrody nie są celem mojego pisania. Lubię spotykać swoich czytelników na spotkaniach autorskich. Dyskutować z nimi, dowiedzieć się czegoś, czego nie wiedziałem pisząc książkę, a oni to wiedzieli! To jest dopiero nagroda!

    Jakie jest to zwariowane hobby?

    Samolociki na uwięzi.

    Z silnikiem takie?

    Tak, tak, tak. Lubię patrzeć jak psy dostają kota. To znaczy, jak ich właściciele dostają kota z psami na uwięzi. Pies na smyczy, to prawie jak samolot na uwięzi. Różnica jest w tym, że ja uwiązuję nieżywy przedmiot, który się nie stresuje. Wyobraź sobie przeczystą, przepiękną łąkę na rogatkach Wiednia. Setki świrów z psami na smyczy. W pewnym momencie pojawiam się ja ze swoja smyczą, i tym, co jest do niej przywiązane. Odpalam swego psa i zaczynam nim kręcić w powietrzu. Prawdziwe psy zaczynają dostawać kota, a ich właściciele jeszcze większego. Zwierzęta się zrywają ze smyczy, właściciele biegną za nimi, a ja sobie kręcę samolotem i przy okazji podziwiam ten wspaniały widok. Te momenty, kiedy niektóre czworonogi odzyskują chwilową wolność.

    Sam je składasz jeszcze? Czy to już jest gotowe, w kartonie tylko wyciągasz?

    Można kupić, i można samemu poskładać. W sumie to są bardzo drogie rzeczy. Także wiesz, jakby była jakaś nagroda, dziesiątki tysięcy złotych, nie zastanawiałbym się, żeby ją przeznaczyć na wypasiony bombowiec.

    Dobre na tytuł wywiadu. Powiedz jeszcze, jak na Ciebie wpłynął ten nowicjat?

    Cieszę się, że miałem taki epizod w swoim życiu. Oczywiście, nie zawsze trzeba sprawdzać żeby być utwierdzonym w tym, że to był błąd, na przykład. Ale ja jestem pewien, że jakbym uparł się i skończył seminarium duchowne to chyba nie byłoby to. Wierzę w powołanie do niektórych zawodów, czy funkcji. Nie mam żadnego żalu, że się wypisałem, zrezygnowałem. Nie wyrzucono mnie, absolutnie. Dużo zawdzięczam seminarium. Punktualności się nauczyłem. Nie w Austrii, tylko tam. Rannego wstawania, dyscypliny i w jakimś sensie odpowiedzialności.

    Jest jeszcze coś co bardzo chciałbyś napisać?

    Wiesz, musiałbym pojechać do Bukaresztu, w archiwum pogrzebać. Jest taka książka, chodzi mi po głowie. Grubsza sprawa i gruba książka. Kilka lat roboty. Kiedyś się za nią wezmę.

    To będzie Twoja najgrubsza książka.

    Grubas powinien wyjść z tego.

    Taki na Nike.

    Na Nike? Niekoniecznie. Angelus jest bardziej hojny, ale ok, może być też Nike, Gdynia, co tam mają.

    Będzie na bombowca.

    Byłoby na kilka.

     

    Zdjęcia: Wydawnictwo Od Deski Do Deski.

  • „Dziś rzucają mi kwiaty, jutro mogą kamienie”. Nadia Sawczenko dla smakksiazki.pl

    W więziennej celi wspominała film „Skazani na Shawshank” i zaprzyjaźniła się z pająkiem. Fragmenty swojej książki przekazywała swojemu adwokatowi wkładając je między zeznania. Nie chce zostać prezydentem Ukrainy, ale jeśli będzie musiała, to zdecyduje się na start. Poznajcie Nadię Sawczenko, która w więzieniu napisała swoją autobiografię. Książka„Nadia Sawczenko. Więzień Putina” właśnie ukazała się w Polsce. Smakksiazki.pl jest jednym z patronów medialnych.

    Jak teraz smakuje wolność?

    To może zrozumieć tylko człowiek, który przeżył niewolę. Większość ludzi nie musi walczyć o wolność, bo przecież ona jest z nimi od momentu urodzenia. Dopiero będąc w niewoli, człowiek docenia to, co stracił.

    Światowe media okrzyknęły Cię bohaterką, Ty mówisz, że bohaterką nie jesteś, jaka jest więc prawda?

    Uważam, że bohater nie musi mówić o sobie, że jest bohaterem, to muszą ocenić inni ludzie. Z drugiej strony, ja nie zrobiłam nic nadzwyczajnego. Nic, czego nie robiłam dotychczas. Ja cały czas zachowywałam się w ten sam sposób. Różnica jest taka, że teraz wszyscy to zauważyli i zwracają na to uwagę.

    nadia-wiezien-putina-b-iext37642014W przedmowie do książki Twój prawnik napisał, że trudno było Cię przekonać do napisania tej książki. Co ostatecznie sprawiło, że się zdecydowałaś?

    Przeczytałam w więzieniu taką książkę, której autor postanowił się zabić. Cały czas coś mu jednak stawało na przeszkodzie. Pomyślał w końcu, że jeśli nie może się zabić, to musi to potraktować jako drugą szansę i postanowi napisać książkę. Zrozumiałam wtedy, że człowiek może pisać tylko wtedy, kiedy jest już na skraju, ale nawet wtedy gdy przechodziłam najtrudniejsze momenty, kiedy prowadziłam głodówkę, wcale nie odczuwałam, że jestem już na skraju. Nie widziałam większego sensu w pisaniu. Bo o czym mam pisać, dla kogo, kto chciałby to przeczytać? Zdecydowała nuda, bo przecież w celi jest po prostu nudno, więc postanowiłam, że no dobrze, napiszę. Okazuje się więc, że 35 lat można zmieścić nieco ponad 300 stronach, a wszystko da się napisać w tydzień. Ja nie jestem pisarzem, pisałam po prostu tak, jak myślałam. Być może kolejną książkę napiszę już na emeryturze.

    Myślisz, że gdybyś napisała tę książkę później, już będąc na wolności, to wyglądałaby zupełnie inaczej?

    Jestem przekonana, że po wyjściu na wolność ta książka by nie powstała. Nie miałabym na to czasu, bo jestem teraz bardzo zapracowana. Czy coś bym zmieniła? Myślę, że bardziej szczegółowo opisałabym pracę sądów.

     

    Siedziałaś w celi  odizolowana od wszystkiego. Jak to jest technicznie możliwe, że napisałaś książkę i przekazałaś ją w jakiś sposób swojemu adwokatowi?

    W celi mogłam mieć tylko długopis i papier. Faktycznie, nie mogłam niczego przekazywać na zewnątrz. Niczego, oprócz swoich zeznań, które mogłam na spotkaniach dawać adwokatowi. I tak właśnie robiłam, że między zeznania wkładałam fragmenty książki.

    Jesteś jedną z niewielu znanych mi kobiet, która nie boi się pająków. Nawiązuję do tego nie bez przyczyny, bo w jednym z listów zawartych w książce, piszesz, że zaprzyjaźniłaś się z małym pająkiem, którego znalazłaś w celi.

    Faktycznie, coś w tym jest, bo nawet moja siostra boi się pająków, nie wiem dlaczego (śmiech). W celi otoczona byłam tylko betonem. Nie docierało do mnie naturalne światło, nie słyszałam śpiewu ptaków, nie miałam nawet kwiatka. Gdy sprzątałam swoją celę, natrafiłam na tego pająka i pomyślałam, że przecież on ma swoją wolę, może iść gdzie chce, robić co chce, może w każdej chwili przystanąć, obserwować.

    Miałaś obawy, że przez ponad 20 lat nie będziesz takim pająkiem, czy wręcz przeciwnie, nadzieja Cię nigdy nie opuściła?

    Ja się w ogóle nad tym nie zastanawiałam, cały czas miałam silną wolę. Pytanie było inne. Czy mnie stąd wyniosą martwą czy wyjdę stąd żywa. Po prostu czekałam aż któryś z tych momentów nastanie. Gdy już przyszedł, to nadal nie do końca wierzyłam, że mnie uwolnią. Nawet gdy byliśmy już na lotnisku. Bo nie wiedziałam, czy oni mnie wywiozą na Sybir i będzie jeszcze gorzej, czy polecę na Ukrainę. Byłam przygotowana na wszystko.

     

    Masz na pewno świadomość, że Twoja historia to gotowy scenariusz filmowy. Jesteś w stanie sobie wyobrazić swoją historię na wielkim ekranie?

    Pojawią się podobne głosy, ale podchodzę do tego bardzo spokojnie. Czemu ludzie uważają, że ja zrobiłam coś wyjątkowego? Każdy może zrobić coś, co będzie pamiętane na długo. To wszystko zależy od danej osoby. Albo chce coś takiego zrobić, albo nie chce. Jeśli taki film powstanie, to będzie to nie tylko moja historia, ale historia wszystkich ludzi, którzy mi pomagali. Będąc w celi przelatywały mi przez głowę migawki różnych filmów, np. „Skazani na Shawshank”, który jest bardzo smutny, ale jednocześnie dawał mi siłę.

    Przepraszam za osobiste pytanie, oczywiście nie musisz odpowiadać. Pobyt w więzieniu ma jakiś wpływ na Twoje obecne funkcjonowanie? Masz jakieś lęki, koszmary?

    W tym momencie nie mam koszmarów, bo żeby widzieć sny, trzeba być wypoczętym. Mój harmonogram jest tak napięty, że w nocy padam, śpię dwie godziny, włączam się jak komputer i funkcjonuję. Jeśli chodzi o czas, w którym przebywałam w celi, to wtedy były sny, ale nie aż tak często. Jeśli już mi się coś śniło, to była to walka podczas wojny, albo ucieczka.

    Jak Twoja książka została przyjęta na Ukrainie?

    Kiedy książka się ukazała, ja byłam jeszcze w więzieniu, więc moja siostra zajęła się wszystkim. Jeśli chodzi o komentarze, to ludzie pytali czy mogę to przełożyć na język bardziej literacki, żeby książka przypominała Tarasa Szewczenkę. Oczywiście, tłumaczyłam, że Szewczenko żył w zupełni innych czasach, gdzie był zupełni inny sposób mówienia.

    Nie jestem dziennikarzem politycznym, więc tego typu pytań w naszej rozmowie do tej pory nie było, ale pozwolę sobie odejść od tematu Twojej książki. Część ekspertów mówi, że jeśli Nadia Sawczenko będzie chciała zostać prezydentem Ukrainy, to nim zostanie. Co Ty na to?

    Jedyne czego chcę, to chcę latać. Chcę też, żeby Ukrainą rządzili profesjonaliści i dobrzy ludzie. Oczywiście, jeśli będzie potrzeba, jeśli będę musiała, to stanę do wyborów prezydenckich, ale nie chcę tego. Dzisiaj ludzie rzucają mi kwiaty, a jutro mogą rzucać kamienie. To wszystko zależy od tego, co ja faktycznie zrobię, jestem tego świadoma.

     

    Rozmawiamy w Warszawie w trakcie szczytu NATO. Spotykasz się z politykami, o czym rozmawiacie?

    Prawda jest taka, że większość polityków gratuluje mi, że jestem w końcu na wolności i robią sobie ze mną zdjęcia, opowiadają w jaki sposób mnie bronili. To zabiera najwięcej czasu. Pytają też jakie mam plany na przyszłość i co zamierzam robić. Mówię im, żeby wzięli pod uwagę, że jestem dopiero półtora miesiąca na wolności, ciągle się muszę uczyć i nie mam precyzyjnych planów.

    W trakcie naszej rozmowy powiedziałaś, że kolejną książkę napiszesz być może na emeryturze. O czym?

    Jeżeli zrobię coś, co będzie znaczące dla całego świata, to rzeczywiście napiszę książkę. Jeśli nie uda mi się nic, to nie widzę sensu pisania kolejnej, bo nie będzie o czym.

    Czyli następna będzie miała tytuł „Jak zostałam prezydentem Ukrainy”?

    (śmiech). Nie, jeśli już do tego dojdzie, to raczej zatytułuję ją tak: „Jak nie chciałam zostać prezydentem, ale zostałam, bo mogłam”.

    Zdjęcia: Wydawnictwo Od Deski Do Deski

    Dziękuję za tłumaczenie Lyudmyle Kozlovskiej z Fundacji Otwarty Dialog.

  • „Chcieliśmy tę książkę wydać jak najszybciej”. Tomasz Sekielski o autobiografii Nadii Sawczenko.

    Przeczytajcie zapowiadaną dziś rozmówkę z Tomaszem Sekielskim. Autobiografia Nadii Sawczenko od dziś jest do kupienia w księgarniach. Smakksiazki.pl jest jednym z patronów medialnych. W sobotę duży wywiad z autorką. Spodziewajcie się konkursu, w którym będą do wygrania książki z autografem Nadii Sawczenko. 

    Tomku, jak doszło do tego, że autobiografia Nadii Sawczenko została wydana w Polsce?

    W kwietniu byłem na Ukrainie. Robiliśmy reportaż o Ukraińcach więzionych przez Rosjan. Poznałem wtedy siostrę i matkę Nadii. Od nich dowiedziałem się, że Nadia spisała swoje wspomnienia. Postanowiliśmy wydać ją jak najszybciej w Polsce. Kiedy podjęliśmy tę decyzję, Nadia siedziała w więzieniu w Moskwie. Nawet nie było wiadomo, że miesiąc później zostanie wymieniona na dwóch rosyjskich żołnierzy.

    Jak książka została odebrana na Ukrainie?

    Ta książka, to był i jest ważny głos przypominający o dramacie ukraińskiej pilotki i jej rodziny. A jednocześnie oskarżenie pod adresem ukraińskich polityków odpowiedzialnych za katastrofalny stan armii i sytuację w kraju.

    Gdybyś miał na to jakikolwiek wpływ, co chciałbyś, żeby ludzie pomyśleli po przeczytaniu historii Sawczenko?

    Chciałbym, żeby po lekturze tej książki odczuli potrzebę większego zainteresowania się tym co dzieje się na Ukrainie, by przypomnieli sobie o zapomnianej już nieco wojnie jaka ciągle trwa na wschodzie Ukrainy. To naprawdę bardzo ważne, także ze względu na bezpieczeństwo Polski.

    Były jakieś trudne momenty, które mogły storpedować wydanie tej autobiografii?

    Na szczęście nie było takich momentów. Mieliśmy bardzo mało czasu na tłumaczenie, redakcję i korektę. Zależało nam, aby ta książka ze względu na wagę tematu ukazała się jak najszybciej.

    Jaki jest plan wizyty Nadii w Polsce?

    Nadia przylatuje do Polski w związku ze szczytem NATO. Dodatkowo jutro, o 16.30 ma spotkanie organizowane przez Fundację Otwarty Dialog.

    Jako znawca wydarzeń na Ukrainie sądzisz, że Sawczenko ma realne szanse na zostanie prezydentem tego kraju?

    Nadia poświęciła się całkowicie walce o uwolnienie Ukraińców więzionych na terenie Rosji. Nie wydaje mi się, aby zdecydowała się kandydować. Jednak w jej przypadku wszystko jest możliwe. Wiele też zależy od Julii Tymoszenko i innych polityków z którymi współpracuje.

    Sądzisz, że polscy czy światowi politycy zainteresują się tą pozycją? A może już miałeś informację, że ludzie świata polityki czekają na tę książkę.

    Myślę, że powinien przeczytać ją każdy kto interesuje się polityką międzynarodową, a w szczególności sytuacją na Ukrainie.

    Zdjęcie główne: Wydawnictwo Od deski do deski.

  • „Nominacja do Paszportu Polityki? Złość, bo muszę kupić marynarkę”. Łukasz Orbitowski dla smakksiazki.pl

    Był już nominowany dwa lata temu za „Szczęśliwą ziemię”, teraz przepustką do Paszportu Polityki ma być „Inna dusza”. Jaką przywiązuje wagę do swojej nominacji, kogo mu zabrakło w gronie finalistów i nad czym obecnie pracuje?  

    Łukasz, dla Ciebie nominacja do Paszportów Polityki, to nie nowość, są jakieś emocje, czy bierzesz to na chłodno?

    Odczuwam zdrowe, sensowne emocje. Na przykład radość, podekscytowanie, ciekawość wyniku. A także złość wobec konieczności zakupu marynarki.

    Sama nominacja jest dla Ciebie wyróżnieniem?

    Oczywiście. W końcu więcej autorów zostało nie nominowanych, niż nominowanych. Jest mi miło, po prostu. Takie rzeczy cieszą, ale też pamiętam, że to tylko opinia innych, w tym wypadku jurorów. Nic więcej.

    Miałeś okazję przeczytać książki Twoich konkurentów?

    Nie. To znaczy, czytałem „Miedzę” Muszyńskiego i bardzo mi się podobała. Facet ma piękny język, zresztą kupuję go jako pisarza ale i człowieka osobnego, odklejonego, nie uczestniczącego w życiu literackim. Powiem nawet mocniej. Zazdroszczę nieuczestniczenia i osobności.

    Kogo Ci brakuje na liście nominowanych i dlaczego Wita Szostaka?:)

    Z tym jest klops. Z Polaków czytam głównie przyjaciół i znajomych. Nie chciałbym konkurować z przyjaciółmi i znajomymi. Życzę jak najlepiej znajomym i przyjaciołom. Z tego też powodu mam kłopot, bo chcę i nie chcę aby byli nominowani wtedy, kiedy ja. Pamiętam, jak w zeszłym roku nominowali Witka i Kubę Żulczyka. Nie wiedziałem za kogo trzymać kciuki. Teraz już wiem, trzymam je za sobą samym. Mówiąc bardziej serio, wskazałbym jeszcze Małeckiego. Może Olę Zielińską? To dobrzy autorzy. Paszport by im się przydał.

    Nad czym teraz pracujesz?

    Nad czysto rozrywkową nowelką multimedialną. I, oczywiście, powieścią życia.

    inna_dusza_front_paszporty3Fot: Wydawnictwo Od deski do deski