Tag: profesor Zawijas

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #22

    Część druga

    Autor tego krajobrazu miał pod ręką trzy puszki z farbą: zieleń, czerwień i żółć. Maczał w nich pędzle obficie, z rozmachem i trochę bez opamiętania mieszając barwy, jakby się bawił wymyślaniem nowych obliczy jesieni. Jak okiem sięgnąć dominowały wszelkie odmiany brązów, przetykane rzadkimi plamami rdzy, siarki i malachitu. Pośrodku obrazu leżała wielka misa łąki o krawędziach obwiedzionych czarną kreską lasu i szarą kreską pól. Nad nią wznosiła się słoneczna kopuła nieba, z błękitem tu i ówdzie zaciągniętym mleczną zawiesiną.

    Tuż pod lasem, samym skrajem malowniczej scenerii, maszerowały dwie maleńkie ludzkie figurki. Pierwsza prosta i wysoka, z tułowiem zrobionym jedną kreską i druga niższa, przygarbiona, z tułowiem zrobionym dwiema kreskami.

    Olek, wiesz, dokąd idziemy? – spytał niższy próbując nadążyć.

    Na razie wiem.

    W porządku – zgodził się tamten. Coś mu jednak nie dawało spokoju, ponieważ po chwili spytał znowu. – Ale to się nie dzieje naprawdę, co?

    Nie. To tylko brulion ze starą powieścią. Dosyć słabą.

    Aha.

    Ten z tyłu pokiwał głową w taki sposób, jak to robią ludzie mocno niepewni swej wiedzy. Zawahał się przed skokiem przez płytką przykopę, która przecinała łąkę na pół. Skoczył. Drobnym truchtem dogonił pierwszego i pytał dalej.

    Czyli my teraz śnimy?

    Nie. Idziemy skrajem lasu, żeby nie rzucać się nadmiernie w oczy.

    Aha. Czyli to nie jest rzeczywistość, tylko takie… złudzenie?

    Pierwszy zatrzymał się i odwrócił. Drugi dotruchtał i posapując patrzył w surową, napiętą twarz pierwszego, którą nagle miał tuż przed sobą.

    Chodzi mi o to, że… w rzeczywistości… nadal tam leżymy…

    Rozległo się głośne plaśnięcie i ten niższy złapał się za policzek.

    Boli? – spytał wyższy.

    Boli.

    Naprawdę, czy na niby? Rzeczywistość, czy sen?

    Naprawdę, ale..

    Ból nie może być na niby – wyjaśnił ten wyższy. – Musi być prawdziwy, inaczej nie byłby bólem. Gombrowicz twierdził, że to ostatni sprawdzian realnego istnienia, wobec śmierci Boga i rozpadu wszelkiej substancji. Teraz są całe studia poświęcone afektywności i cierpieniu jako dotknięciu bytu, a głównym materiałem badawczym jest dla nich literatura. Krótko mówiąc, obawiam się, że błędnie sformułowałeś wyjściowy problem.

    Czyli?

    W literaturze świat jest wymyślony, ale uczucia prawdziwe. Nie da się dokładnie oddzielić fikcji od rzeczywistości.

    Nie mogłeś po prostu powiedzieć? Musiałeś mnie bić?

    Wyższy, zwany Olkiem, uśmiechnął się.

    Musiałem, Floro. Inaczej nie przyswoiłbyś sobie tej trudnej prawdy w stopniu, który jest nam potrzebny do skutecznego działania. Chciałem ci uświadomić skalę zagrożenia. Realnego. Ból jest nie tylko dobrym sprawdzianem istnienia, ale i całkiem niezłym edukatorem. Rózgi w dawnych szkołach nie były takim głupim pomysłem.

    To kult przemocy. Dobrze, że nikt nie słyszy, inaczej byś miał sprawę.

    Wyższy z czujnością rozejrzał się po okolicy, mrużąc oczy od mlecznych promieni słonecznych.

    Tego nie byłbym taki pewien – mruknął zatrzymawszy wzrok na jakimś punkcie na prawo od nich, gdzie łąkę od stawu oddzielała wysoka grobla. – Wcale nie byłbym pewien…

    Nagle oczy zwęziły mu się do dwóch poziomych szparek i krzyknął: – Wiejemy!

    Schwycił niższego za szeroki rękaw płaszcza i pociągnął do lasu. Kilkoma skokami wpadli między drzewa i pobiegli w ciemniejącą gęstwinę, nie oglądając się za siebie. Pierwszy ciągnął drugiego. W prawo, w lewo, potem znowu w prawo – szukał jakiegoś sobie tylko znanego zakątka, który w jego wyobrażeniu miał ich uchronić przed nadciągającym niebezpieczeństwem. Las stawał się coraz ciemniejszy, dominowały tu rozłożyste świerki, których korony coraz ciaśniej sklepiały się nad nimi w szczelny, zielony dach. Wreszcie dotarli nad maleńkie oczko wodne, o średnicy może dwóch metrów, otoczone świerkowymi pniami jak wartownikami. Przycupnęli pod jednym z nich i nadstawili uszu.

    Szum rósł. Z daleka przypominał hurgot klucza łabędzi w locie, potężniał jednak z każdą sekundą, aż zmienił się w trudny do wytrzymania powietrzny łoskot. Zatkali dłońmi uszy. Niebo pociemniało, olbrzymi cień uderzył w ścianę lasu i nakrył go swoim cielskiem. Rozległ się zgrzyt szorującego po szczytach drzew brzuszyska, trzaskały świerkowe wierzchołki, miażdżone uderzeniem jakiejś niewyobrażalnej masy. Kiedy cień znalazł się nad uciekinierami, na ich głowy posypał się deszcz igliwia, szyszek i połamanych gałęzi. Niższy krzyknął, a wtedy wyższy zatkał mu usta dłonią i przyciągnął jego twarz do swojej piersi. Po paru sekundach potwornego łomotu cień oddalił się, na chwilę wokół nich pojaśniało, a potem znowu się pojawił, sunąc z lewej nad sąsiednim kwartałem lasu. Wreszcie zawrócił nad łąkami i oddalił się tam, skąd nadleciał.

    Odczekawszy chwilę i przekonawszy się, że cień znikł na dobre, wyższy puścił głowę niższego i ostrożnie podniósł się na nogi, opierając ręce o pień świerka.

    Co to było, samolot? – spytał niższy, zwany Florem.

    Wątpię. Tu nie ma samolotów. Już raczej smok.

    Aha.

    Zapadła cisza. Otrzepali ubrania z igieł i patrzyli na siebie w ostrożnym napięciu. Floro oddychał przez uchylone usta. Olek miał wesołe iskierki w oczach.

    Chciałeś jeszcze o coś zapytać?

    Nie, wszystko jasne. Smok to smok. Dużo ich tu jest?

    www.unsplash.com/Martin Woortman

    Przecież tego nie wiem. Nie ja go napisałem, tylko on. Całkiem prawdopodobne, że jakiś się jeszcze pojawi. Zresztą, to nie był właściwie smok w sensie ścisłym, raczej sugestia smoka, taki smoczy znak. Resztę musisz sobie sam ukonkretnić.

    Dobrze. Nie smok, tylko sugestia smoka. Już koryguję i ukonkretniam. Zielony, z błoniastymi skrzydłami, na grzbiecie rogowe kolce, rozcapierzone szpony, długi jęzor i dym z rozchylonych nozdrzy. Mogę dołożyć parę kamieni szlachetnych po bokach? Zawsze chciałem mieć smoka z rubinami. I czarne agaty zamiast ślepi. Co, da radę?

    Pewnie, co tylko chcesz. Wypełnianie niedookreśleń należy w pełni do ciebie. W literaturze każdy ma swoje smoki, że się tak wyrażę. Dorzuć jeszcze grzechotkę na końcu ogona, żebyśmy słyszeli, jak się skrada.

    Super, grzechotka – zgodził się Floro i chmurny namysł spowił jego łysiejące czoło. Pewnie próbował sobie wyobrazić długi, zakręcony do góry ogon z grzechotką. Jak mogłaby wyglądać u smoka? Jak główka maku na łodydze? Meksykański maracas?

    Nie musisz nic robić – wtrącił Olek w sam środek jego myśli. – U grzechotników to jest po prostu jaśniejsza końcówka, a grzechoczą puste komórki, które trą o siebie. Słychać z kilkudziesięciu metrów, dlatego mi przyszło do głowy.

    Czy moje myśli też ci przyszły do głowy? Słyszysz je?

    Nie, to tak nie działa – odparł Olek ze śmiechem. – Po prostu miałeś taką niepewną minę i pomyślałem, że kombinujesz nad tą grzechotką. Zapomnij, to był żart…

    W tym momencie rozległo się głośne chlupnięcie i połowa Florka Madeja znikła w ziemi. Udało mu się dogonić towarzysza i szli gęstym lasem obok siebie, depcząc obfite kępy miękkiej, wściekle zielonej trawy. Bardziej niż normalną trawę przypominała ona szkolną kolorowankę, w której pilny uczeń barwi kontury na wyrost, przesadnie i z pasją dociskając kredkę do białej kartki. Jej zieleń błyszczała jaskrawo i soczyście. Wokół panowała uspokajająca cisza.

    I nagle chlupnięcie. Szorstka trawa niepostrzeżenie zmieniła się w mech, a ten w bagno. Olek uskoczył i natychmiast, bez zastanowienia, jak gdyby ćwiczył to od dawna, położył się plackiem na brzuchu i wyciągnął obie ręce przed siebie.

    Złap się! Trzymaj mocno!

    Florek zdążył już schwycić go za nadgarstki, które ściskał z jakąś kurczową zawziętością. Jego nogi zapadały się coraz głębiej, a tonięciu towarzyszył nieprzyjemny bulgot, jakby ktoś łapczywie łykał kolejne łyżki zupy. Był już po pachy w błocie i bagno nadal go wsysało. Olek zaczepił prawą stopę o pień drzewa. Chwilę trwało siłowanie się dwóch ludzkich ciał z bezosobowym bagnem. Wreszcie bagno odpuściło. Bulgot ustał i wróciła cisza. Patrzyli na siebie szeroko otwartymi oczyma, jeden po pachy w błotnistej brei, drugi na płasko, z podciągniętymi rękawami swetra i igliwiem na zdrapanym przedramieniu.

    Co teraz? – wycharczał Florek. – Duszę się.

    Oddychaj głęboko, zaraz puści.

    Skąd wiesz?

    Nie wiem, ale i tak nie masz innego wyjścia. Sam cię nie wyciągnę, mogę co najwyżej przytrzymać, żebyś całkiem nie poszedł do ziemi.

    Aha.

    Cholera, mogłem przewidzieć! – krzyknął nagle Olek Zawijas i zacisnął zęby, które zgrzytnęły nieprzyjemnie. – Musimy na przyszłość bardziej uważać.

    Nie wiem, o jakiej… przyszłości mówisz… ale ja… nie mogę oddychać…

    Jeszcze trochę, wytrzymaj.

    Rozejrzał się wkoło i jego wzrok padł na młode pędy buczyny.

    Puść moją prawą rękę. I nie panikuj. O, tak.

    Uwolnioną dłonią złapał gruby pęd i cofnął się na tyle, bo i drugą stopą zaprzeć się o pobliski pień. Teraz mógł ciągnąć obiema nogami i jedną ręką.

    Pomóż mi – powiedział najspokojniej jak potrafił i naprężył mięśnie. Florek Madej, blady jak płótno i umorusany błotem, sprawiał wrażenie właśnie wyłowionego topielca. Którym poniekąd był. Wolną ręką próbował złapać najbliższą gałąź i kiedy wreszcie mu się to udało, sapnął ciężko. Chwilę dopasowywali uchwyty.

    Nie szarp zbyt mocno – instruował Olek. – Stopniowo, jednostajnie, raz, dwa… trzy!

    Pociągnęli równocześnie i bagienny dołek wydał z siebie żałosny ni to szloch, ni to bek. Spod poszarpanego mchu wynurzyła się czarna, jednolita kłoda, która kiedyś była tułowiem Floriana Madeja, a następnie dwa sztywne od błota kloce nóg. Kiedy wreszcie udało mu się wygramolić na wierzch w całości i stanął na twardym gruncie, wyglądał jak statysta w serialu Czarnobyl. Spojrzał na siebie.

    Kurwa – podsumował.

    Noo – przytaknął Olek Zawijas bacznie się rozglądając. – Musimy być ostrożniejsi. Na śmierć zapomniałem o tym bagnie.

    Na śmierć przez utopienie… zaraz, zaraz, czekaj, co to znaczy: zapomniałem? Wiedziałeś o nim?!

    W górze nad nimi zaszumiały korony świerków od lekkiego podmuchu. Olek podniósł wzrok i badał niebo, czy ów dźwięk nie zwiastuje przypadkiem powrotu smoka. Sugestii smoka. Niebo było jednak czyste, spokojne i zabójczo szafirowe.

    Chodźmy, bo za chwilę się ściemni – stwierdził rzeczowo. – A wtedy mogę nie trafić. Ochędoż się jakoś i ruszamy.

    Oblepiony błotnistą mazią zombie usiadł w kucki pod drzewem i splótł dłonie na kolanach. Z każdego zakątka jego zniszczonego odzienia wyciekał czarniawy płyn.

    Nigdzie nie idę. Z następnego takiego dołka mogę się już nie wydostać. Tu przynajmniej jakoś obeschnę. Poza tym ciągle nie wiem, dokąd idziemy.

    Olek Zawijas westchnął i usiadł obok kolegi.

    Do gospody. Mają tam piec, ciepłą strawę i suche koszule na zmianę. Mówię ci, chodź.

    Skąd wiesz?

    Bo ten fragment akurat ja pisałem.

    On mógł coś zmienić.

    Nie mógł. Przecież sam widziałeś, oryginał powieści jest u mnie.

    To jak on to zrobił? – krzyknął Florek Madej zataczając ręką wkoło. – Smoka i bagno?

    Wciąż nie rozumiesz, chociaż długo sprawiałeś wrażenie, jakbyś rozumiał. Co jest napisane, po tej stronie starego młyna istnieje i nie można już zmienić. Pamiętałem o pomyśle ze smokiem, ale wyleciało mi całkiem z głowy to gówniane bagienko, które Krzyś wstawił w sam środek lasu, żeby było ciekawiej. Widział taką scenę w jakimś radzieckim filmie, jak dziewczyna tonie wchłaniana przez rozlewisko, i cholernie mu się spodobało. Chciał napisać coś podobnego. Odradzałem mu kopiowanie cudzych pomysłów, ale uparł się i wstawił samo bagienko. Przepraszam, zwyczajnie zapomniałem.

    www.unsplash.com/Dan Dimmock

    To może posiedź chwilę i przypomnij sobie, o czym jeszcze zapomniałeś. Paści na dziką zwierzynę? Pożar lasu? Wataha głodnych wilków? Krwiożercze rusałki? Skup się. Wolałbym dojść do tej gospody. Jeśli rzeczywiście… to znaczy, jeśli w ogóle gdzieś tu jest.

    Jest – potwierdził stanowczo Olek. – A pożarów, paści, wilków i rusałek nie ma. Raczej na pewno. Chodźmy już, bo za chwilę zesztywniejesz i nie wstaniesz. Dawaj!

    Wyciągnął do niego brudną rękę i mocnym szarpnięciem postawił na nogi. Florek zachwiał się, przytrzymał świerkowego pnia, a potem zrobił na próbę krok po suchej ściółce. Ubranie zachrzęściło. Powoli ruszyli dalej. Poziome promienie słońca straciły swoją siarkową żółć na rzecz różów i fioletów. Widoczność skracała się z minuty na minutę. Las ciemniał.

    Olo, słuchaj, ale to nie jest jedyne ubranie, jakie mam, prawda? – spytał Florek macając się po błotnistym worku, który kiedyś był granatowym swetrem. – Gdzieś tam jest mój rzeczywisty sweter i moja prawdziwa niebieska koszula, na moim prawdziwym ciele leżącym sobie spokojnie pod ścianą twojego starego młyna, u stóp tej pieprzonej młynarczykowej zjeżdżalni, co? Bo my tam śpimy teraz, Olo, nie? Spokojnie sobie śnimy twoje bajdurzenia o smokach i bagnach, a właściwie to ja śnię, bo ty leżysz obok i śnisz sobie być może coś zupełnie innego, na przykład jakąś pulchną młynarzównę…

    Cicho!

    Olek zamarł w pół kroku i pochylił do przodu, starając się wzrokiem przebić gęstniejącą ciemność. Szli teraz jeszcze wolniej, z wyciągniętymi przed siebie rękami i obmacując wszystkie pnie drzew po drodze, jakby ich szorstka kora dodawała im poczucia realności.

    Jest.

    Co?

    Zawijas nie odpowiedział. Wziął go za rękę i poprowadził przez pleniące się wkoło krzaki prosto przed siebie, w stronę migoczącego między drzewami światełka. Kiedy podeszli na tyle blisko, by mieć pewność, że mają przed sobą oświetlone okienko domostwa, przykucnęli za szerokim pniem i chwilę obserwowali teren. Nie było żywego ducha.

    Chodźmy – powiedział Olek i zrobił krok ku gospodzie. Nadepnął przy tym na suchą gałązkę i jej trzask zabrzmiał jak wystrzał.

    W następnej sekundzie rozległo się wściekłe ujadanie i nim zdążyli cokolwiek przedsięwziąć, zza krzaków wyskoczył olbrzymi pies. Był zupełnie czarny, miał żółte ślepia i charczał jak zawodowy morderca, szkolony specjalnie do rozrywania na strzępy przybłędów z lasu. Przywarli plecami do pnia i patrzyli w osłupieniu na otwarty pysk, z którego przy każdym warknięciu spływały strugi śliny. Bydlę zatrzymało się metr przed nimi i czekało na najmniejszą choćby prowokację z ich strony. Czekali ze wstrzymanymi oddechami, dopóki nie zaszeleściły krzaki za psim zadkiem.

    Coście za jedni? – padło burkliwe pytanie. Mężczyzna miał na sobie obszerną białą koszulę, krótki kożuszek bez rękawów i parciane spodnie. Twarzy nie widzieli, ponieważ całkowicie kryła się w cieniu ronda brzydkiego kapelusza. W ręku trzymał kwadratową latarnię z zapalonym kagankiem w środku. Światełko migotało zza brudnych szybek.

    My od Szulca – odparł bez namysłu Olek Zawijas. – Andrzej i Krzysiek.

    Mężczyzna podszedł bliżej i uniósł latarnię. Uważnie przyjrzał się ich twarzom, a oni mogli sobie obejrzeć jego. Miał tylko jedno oko, w miejscu drugiego ziała czerwona dziura, obcięty czubek nosa i szeroką bliznę na policzku. Florek ze wszystkich sił powstrzymywał się, by nie krzyknąć. Olek ani drgnął. Mężczyzna wreszcie opuścił latarnię, uwalniając ich od okropnego widoku, i krótko przyglądał się ubłoconemu ubraniu Florka.

    Znacie mnie? – spytał.

    Pan jest karczmarz Zemła – wydeklamował Olek, jakby odpowiadał na pytanie nauczyciela. – A bliznę na policzku zrobił panu Edek zwany Ściganym.

    Mężczyzna ważył w myślach słowa Olka, po czym złapał psa za nabijaną ćwiekami obrożę i pociągnął go ku gospodzie.

    Chodźcie – powiedział ponuro. – Te mokre dupska trzeba wysuszyć.

    Olek ruszył pierwszy, Florek za nim, z trudem stawiając kroki. Czuł, że dopiero teraz idzie mu się naprawdę sztywno. Nie od błota. Ze strachu.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #18

    Chłopiec ma dziesięć lat i boi się wejść do starego młyna. Codziennie wracając ze szkoły mija starą, opuszczoną ruinę i przez dziurę po drzwiach wejściowych zerka do wnętrza, nigdy jednak nie przekroczył progu. Tam, w głębi, jest ciemno i chłodno, bije stamtąd wilgotna i nieprzychylna cisza. Martwa cisza. Nic tam nie mieszka, nic nie porusza się w chłodnej wilgoci, stary młyn zatrzymał się na zawsze. Czasami w słoneczne dni, w smudze światła padającego z okienka na południowej ścianie tańczą drobinki kurzu, chłopiec jednak dobrze wie, że to złudzenie. Nic się nie porusza. Młyn stoi. Chłopiec również stoi. Zatrzymał się przed kamiennym progiem i ostrożnie wdycha tę pulsującą, chłodną wilgoć.

    Pewnego dnia chłopiec ma już dwanaście lat i postanawia wejść do starego młyna. Całą powrotną drogę ze szkoły do domu zbiera się na odwagę:. musi tam wejść. Od rana przeczuwał, że tak będzie. W szkole na przerwie pewna dziewczyna o zielonych oczach, której się wpisał do pamiętnika, przeczytała jego słowa i wybuchła śmiechem, a potem pokazała jego wpis koleżankom, które również się śmiały. To zdecydowało. Idzie wolnym, uważnym krokiem i bez wahania skręca na betonową kładkę przerzuconą pomiędzy szosą a wejściem. Jest szary, wrześniowy dzień z mgłą nad łąkami, która od rana nie chce się podnieść, ani opaść. Dzięki szarości na zewnątrz młyn w środku nie jest tak ciemny i straszny. Po przekroczeniu progu chłopiec czeka chwilę, a kiedy oczy oswajają się z mrokiem, rusza w głąb.

    Myśli o śmierci. Już raz o niej myślał, w pewne słoneczne letnie południe, kiedy położył się w trawie i z rękami pod głową patrzył na płynące po niebie obłoki. Wyobraził sobie wtedy, że siedzi okrakiem na czymś takim miękkim i białym w górze, wysoko nad całym światem, i płynie beztrosko w dal. Całkiem jak Dyzio Marzyciel. Wiatr przyjemnie głaszcze go po policzkach, ziemia w dole jest mała i nieważna, jak obrazek z kalendarza. On płynie i po raz pierwszy oddycha całą pełnią swoich astmatycznych płuc. Nie chce wracać na ziemię. Tu jest lepiej. Nareszcie dobrze. Widzi swoje ciało spadające na łąkę i roztrzaskujące się na tysiące kawałków, i wcale mu to nie przeszkadza. Tu jest dobrze.

    www.unsplash.com/Adrian Dascal

    Stary młyn ma swój najciemniejszy kąt i chłopiec po krótkim wahaniu tam kieruje swoje kroki. Mija zwalistą bryłę obudowy silnika z przytwierdzoną doń mosiężną tabliczką, na której wypukłe litery DEUTZ widoczne są mimo grubej warstwy kurzu. Podłoga jest drewniana i cicho skrzypi. Chłopiec idzie z wyciągniętymi przed siebie rękami, niepewny pogrążonej w półmroku przestrzeni.

    W najciemniejszym kącie stoi ubrany na czarno mężczyzna.

    Chłopiec domyśla się czarnego stroju, ponieważ w ciemności widzi tylko białą twarz, bez włosów i brwi, oraz jasne plamy dłoni na wysokości bioder. Mężczyzna patrzy na niego i nic nie mówi. Chłopiec znajduje się jeszcze w strefie szarego półmroku i ma wybór. Może odwrócić się i uciec. Nie robi tego. Dzisiaj rano, wkrótce po niefortunnej historii z pamiętnikiem dziewczyny o zielonych oczach, postanowił już nie bać się niczego i poszukać śmierci w najbardziej brawurowych i niebezpiecznych misjach. Pierwsza z nich to wejście do starego młyna.

    – Długo pan tu czeka? – pyta drżącym głosem. Odwagę można sobie postanowić, ale strach ma swoje prawa.

    – Długo – przytakuje mężczyzna.

    – Dlaczego na mnie?

    – Trudno powiedzieć. Może dlatego, że zatrzymujesz się tu codziennie i zaglądasz do środka. Pragnienia torują drogę rzeczom, nie odwrotnie.

    – Nie bardzo rozumiem.

    – Nie szkodzi. Kiedyś zrozumiesz.

    Mężczyzna ma głos niski i miękki, o którym się mówi: aksamitny. Bardzo przyjemny i chłopiec chce go jeszcze trochę posłuchać.

    – Dorośli w kółko mi to powtarzają.

    – Co powtarzają?

    – Że kiedyś zrozumiem.

    – Bo to prawda – mówi mężczyzna stojący w najciemniejszym kącie starego młyna. – Dlatego i ja tak powiedziałem. Kłopot w tym, że zrozumienie spraw, o których mówią dorośli, przychodzi za późno i niczego tak naprawdę nie wyjaśnia. Nawet jeśli zrozumiesz, twoje rozumienie do niczego ci się nie przyda. Ból pozostanie bólem.

    – Znowu nie rozumiem. Dlaczego ból?

    Mężczyzna nie odpowiada, tylko patrzy. Obaj milczą dłuższą chwilę. Oczy chłopca przystosowują się do ciemności i widzą coraz więcej szczegółów. Strop młyna podparty jest drewnianymi filarami, z których najbliższy stoi tuż obok niego. Na wbitym w rozeschłe i spękane drewno gwoździu wisi gruby sznur z pętlą. Ktoś go niedawno używał, warstwa mącznego pyłu jest naruszona. Dalej zwisa z sufitu ogromny lej o kwadratowym przekroju, pod jego wylotem stoi beczka. Za lejem następny element wyposażenia – skręcona drewniana rynna, opadająca aż do podłogi i przypominająca dziecięcą zjeżdżalnię w parku. Chłopiec domyśla się, że służy do spuszczania z piętra worków z mąką. Jest wyślizgana i jej powierzchnia błyszczy w okruchach światła, jak gdyby ostatni worek zjechał dosłownie kilka minut temu. W całej hali pachnie sianem i chlebem.

    – Chcesz sobie zjechać? – pyta mężczyzna. Chłopak waha się bardzo krótko.

    – Tak.

    Mężczyzna wychodzi z najciemniejszego kąta i zatrzymuje się przed chłopcem. Rzeczywiście ma na sobie czarne ubranie. Spodnie, buty, surdut i kamizelka pod nim – wszystko jest czarne, prócz białej koszuli. Teraz chłopiec widzi, że mężczyzna nie jest pozbawiony włosów, lecz siwy. Jego brwi i rzęsy również są białe.

    – Musimy wejść na górę – stwierdza wyjaśniająco mężczyzna i nie czekając na odpowiedź, rusza w kierunku metalowych schodów pod ścianą.

    Chłopiec posłusznie rusza za nim, ani trochę niezdziwiony swoją odwagą. Przecież od rana się do niej przygotowywał. Dzisiaj może zrobić wszystko, czego dotychczas nie umiał w swoim krótkim życiu. Wejście po schodach na piętro starego młyna wydaje się logiczną konsekwencją jego decyzji, by tu w ogóle wejść. W głębi duszy pragnął tego od dawna, i ta głupia niewdzięcznica o zielonych oczach znakomicie ułatwiła mu dzisiejsze zadanie. Pragnął śmierci w starym młynie. Właśnie tak. Stwierdził w duchu, że zaczyna trochę rozumieć, o co chodzi z tymi pragnieniami, które torują drogę rzeczom.

    Mężczyzna idzie pierwszy, chłopiec za nim.

    – Jak się pan nazywa?

    – A ty? Najpierw należy się przedstawić samemu, potem pytać drugą osobę.

    – Ja jestem Olek.

    – Czyli Aleksander. A ja Asmodeusz. Obaj na A.

    – Myśli pan, że to coś znaczy?

    – Wszystko znaczy.

    Chłopiec nie daje za wygraną, chce mówić.

    – Hmm. Dziwne imię. Nigdy takiego nie słyszałem.

    – Może i dziwne. Nie ja wybierałem.

    – Moje wybierała mama. Mówiła, że to po jakimś fajnym wujku. Ale ja go nie znałem, umarł, zanim się urodziłem. Pan tu pracuje?

    Mężczyzna nie odpowiada i chłopiec domyśla się, że zadał nietaktowne pytanie.

    Wchodzą na piętro, które tak naprawdę jest wielkim strychem, zwieńczonym ukośnym dachem. Przez pojedyncze dziury po rozbitych dachówkach wpada tu nieco więcej światła, niż na dole. Jest sucho i ciepło. Dookoła niskich ścian stoją rzędami pełne worki, wszędzie pachnie mąką i kurzem. Młyn już wcale nie wygląda na ruinę, tylko na nieźle prosperujący zakład, w którym pracę zakończono dosłownie przed chwilą. Chłopiec kładzie dłoń na masywnej obudowie silnika i przekonuje się, że jest ciepła. Podnosi wzrok, przez dziury w dachu wpadają promienie słońca.

    – Tędy – mówi mężczyzna lekko popychając go w kierunku otworu ze zjeżdżalnią dla worków. Przez okienko w szczycie budynku chłopiec widzi błękitne niebo, a przez drugie, niższe, widzi również zieloną łąkę i niebieskie lustro stawu za wsią, na nim białe kropki łabędzi. Na łące kwitną kwiatki. Wszystko się zmieniło, jest wiosna.

    Tak, myśli, to jest moja śmierć.

    – Jedziesz? – pyta mężczyzna wskazując początek błyszczącej rynny. – To tylko chwila.

    – Wiem – mówi chłopiec. – Marzyłem o tym od dwóch lat. Pragnienia torują drogę rzeczom.

    Mężczyzna uśmiecha się, po czym pomaga mu usiąść na wyślizganym drewnie i zanim tamten zdąży się wygodnie usadowić, popycha go mocno za ramiona.

    – Hooooop! – woła i chce jeszcze coś powiedzieć, ale z jego gardła wydobywa się tylko niewyraźny charkot. Już nie brzmi aksamitnie, raczej zwierzęco.

    Chłopiec sunie. Wpada w prędki, ciasny wir, krew uderza nagłym skurczem w skronie i oczy same zamykają się od oszałamiającego ruchu. Powietrze świszczy. Na początku jest trochę jak na karuzeli, kiedy jednak jazda się przedłuża i wydaje mu się, że już dawno powinien wylądować na podłodze dolnego poziomu, próbuje otworzyć oczy. Nie potrafi. Powieki są jak sklejone. Ciało nabiera prędkości, szum w uszach staje się nie do zniesienia, chłopiec otwiera usta i krzyczy. Wyje z całych sił, jak to kiedyś istotnie robił na karuzeli, gdy osiągnęła najwyższe obroty i krzesełko na łańcuchach leciało prawie poziomo. Krzyk pomaga. Nagle, kiedy prędkość staje się zawrotna i jego ciało wiruje jak w bębnie pralki, świst się ucina i chłopiec jak z procy wylatuje w pustkę. Chwilę szybuje w stanie nieważkości, a kiedy wibracje ustają i krew w skroniach się uspokaja, nareszcie otwiera oczy.

    Leci nad ziemią. Okrakiem dosiada małej chmurki i płynie w powietrzu nad zieloną krainą. Jest ciepły maj, świeci słońce. Jego ciało nic nie waży. Spogląda w dół i widzi dokładnie to, co chciał widzieć: domy wielkości klocków wzdłuż szarej wstążki szosy, którą jeszcze przed chwilą kroczył; prostokąty pól, jedne jasne i suche, inne już zazielenione; błotnista droga wzdłuż stawu; ciemna plama lasu; niebieska plama wody; żółta plama rzepaku…

    – O to chodziło?

    Chłopiec wzdryga się i gwałtownie odwraca. Mężczyzna w czarnym ubraniu jest tuż za nim. Siedzi okrakiem na tej samej chmurce, zupełnie jakby jechali na jednym motocyklu, albo kłusowali na jednym wierzchowcu. Kładzie rękę na ramieniu chłopca. Ręka jest zimna i ciężka.

    – Tak.

    W dole na powierzchni stawu podrywa się stado cyranek. Chwilę biją wodę skrzydłami i unoszą się z krzykiem, zostawiając za sobą długie bruzdy, które zaraz znikają. Kaczki tną przestwór szybkimi, nerwowymi ruchami, lecą na wschód i wkrótce znikają za lasem, gdzie lśni szaroniebieskie oko następnego stawu. Chłopiec dobrze pamięta, że już je raz widział, wiosną tego roku. Dokładnie tak samo zerwały się z wody i z wrzaskiem poleciały za Jaszowiecki Las, kiedy wkroczył na groblę i nagłym ruchem rozgarnął suche, zeszłoroczne trzciny. Jeszcze chwila i drogą od południa nadjedzie samochód dostawczy ze świeżym chlebem do jedynego we wsi sklepu. O, już jedzie, kołysząc się na nierównej nawierzchni, która za kilka lat zostanie pokryta asfaltem aż do następnej wsi, ale on jeszcze o tym nie wie. Na razie z uwagą obserwuje maleńki samochód. Tak, to on, skręcił i parkuje pod sklepem w starym domu Zemły. Zaraz z szoferki wyskoczy młody kierowca w obcisłych dżinsach i flanelowej koszuli z podwiniętymi rękawami, opuści z tyłu klapę żuka i przysunie do krawędzi druciane kosze z pieczywem. Będzie brał po dwa w ręce w płóciennych rękawicach i rzucał drugiemu, który stanie na progu magazynu. Chłopiec obserwował ich wiele razy. Są doskonale zgrani, jeszcze nigdy żaden bochenek im nie upadł.

    www.unsplash.com/Wesual Click

    – Widzisz swój dom? – pyta mężczyzna siedzący tuż za nim. Chłopiec nie czuje ani jego oddechu na karku, ani ciepłej bliskości ludzkiego ciała. Czuje chłód. Myśli, że to dobrze, że tak powinno być.

    – Jest za nami, musimy się odwrócić.

    – To nie takie proste. Przypominam ci, że siedzisz na chmurze, a wiatr wieje w jednym kierunku.

    Istotnie, obraz pod nimi przesuwa się na zachód i jego rodzinna wieś zostaje za ich plecami. Chłopiec usiłuje się odwrócić, ale powiewające na wietrze poły czarnego surduta przesłaniają widok. Wychyla się na bok, przytrzymuje ręką fruwający materiał…

    – Powinien być gdzieś tam – pokazuje za siebie w dół i wtedy czuje, jak jego nieważkie ciało nagle zsuwa się z obłoczka i spada w otchłań. Chłopiec chce krzyczeć, ale pęd powietrza zatyka mu usta, więc tylko rozkłada ramiona i próbuje sterować swoim upadkiem. Na niewiele się to zdaje. Ziemia przybliża się z szaloną prędkością, widzi coraz wyraźniej szczegóły topograficzne, takie jak linia przydrożnych drzew, miedza wśród pól, kępa krzewów, grudy zoranej gleby, coraz większe i większe, coraz prędzej i prędzej…

    Bach!

    Siedzi na zakurzonej podłodze starego młyna. Z rozpostartymi ramionami i otwartymi do krzyku ustami, z których wydobywa się świszczący oddech. Pośladki trochę go bolą od twardego lądowania. Odwraca się. Środkiem zjeżdżalni dla worków biegnie z góry ciemna smuga, pozostawiona przez jego szkolne spodnie. Chwilę dyszy ciężko, a kiedy łomot serca trochę zwalnia, podnosi się i rozgląda wkoło. Jest ciemno i wilgotno, w szparze po drzwiach widzi szare i brzydkie wrześniowe popołudnie. Drogą przejeżdża samochód, jego warkot dochodzi do uszu chłopca z daleka, jakby zza grubej szyby. Waha się, ale krótko. Dzisiaj może zrobić wszystko. Wraca do metalowych schodów i wchodzi na górę jeszcze raz. Na wszelki wypadek. Krąży po piętrze i zagląda we wszystkie zakamarki, ale oczywiście nikogo nie ma. Podchodzi do wylotu zjeżdżalni, kuca, dotyka palcem wytartego jego własnymi spodniami kurzu. Jeszcze raz? Nie, nie dzisiaj. Wszystko nie znaczy za dużo. Wróci tu jutro.

    Zabiera z podłogi pobrudzony szkolny plecak i wychodzi. Idąc do wyjścia, klepie dłonią obudowę silnika z tabliczką DEUTZ. Blacha jest lekko ciepła. Wieczorem przed zaśnięciem wyjmuje z szafki czysty zeszyt i na jego okładce pisze nierównymi, drukowanymi literami: STARY MŁYN. Zapisuje pierwsze zdania i postanawia, że będzie codziennie tam wchodził i notował swoje doznania. Wszystko, co zapamięta i przeżyje.

    Ale nie ma następnego razu. Przez następne dni podczas powrotów ze szkoły przekracza betonowy próg zrujnowanego młyna i nic się nie wydarza. Nie ma nikogo. Nie ma również masywnej obudowy silnika z napisem, ani drewnianej zjeżdżalni na worki. W jej miejscu zwisa z sufitu przegniły fragment słupa, z którego jak ze stalaktytu kapią krople wody. Schody na piętro nie istnieją.

    To znaczy owszem, ktoś się pojawia. W najciemniejszym kącie młyna przez pewien czas mieszka rodzina szczurów. Później w jej miejsce przychodzi kot, który za każdym razem na widok intruza z głośnym miauczeniem wyskakuje przez oczodół okna. Chłopiec ucieka. Kiedy pewnego dnia, mniej więcej dwa miesiące po tamtej przejażdżce na chmurze, staje w progu starego młyna i w nozdrza uderza go okropny smród padliny, rezygnuje. Nie ma sensu. W ciągu następnych lat będzie tam jeszcze przez sporadycznie zaglądał, ale tylko po to, by się upewnić, że mężczyzna w czarnym surducie nigdy więcej nie przyjdzie.

    Chłopiec jednak pisze.

    Zapełnił już dwa zeszyty i zaczął trzeci, kiedy z mroków niepamięci wyłania się właściwy początek tej historii. Aleksander Zawijas doskonale pamięta tamten mroźny styczniowy dzień. Z powodu ataku zimy lekcje w szkole odwołane zostają na tydzień i właśnie wracają z kolegą do domu oblodzonym poboczem głośno zastanawiając się, czym wypełnić wolny czas. Rozmowa koncentruje się wokół książek, ponieważ Krzysztof również lubi czytać. Chwilę przerzucają się ulubionymi tytułami, padają nazwiska Dostojewskiego, Manna, Kafki, Hemingwaya, Gombrowicza. Jeszcze wszystkiego nie czytali, ale znają już tytuły i będą szukać na półkach domowych bibliotek.

    Zanim dojdą do domu Olek, uwiedziony literacką wrażliwością Krzysztofa, zaproponuje mu lekturę swoich zapisków. Od dawna bardzo chce je komuś pokazać, ale nie natrafił dotychczas na odpowiedniego kandydata. Jego nowy kolega nadaje się znakomicie. Następnego dnia zanosi mu swoje dwa bruliony i przez następny mroźny tydzień czeka w napięciu na werdykt. Krzysztof przychodzi wreszcie z wizytą, bruliony ma pod pachą, a na twarzy trupią bladość. Jest pod ogromnym wrażeniem notatek Olka. Rozmawiają aż do późnego wieczora. Mogliby znacznie dłużej, ale mama Olka przerywa tę namiętną literacką sesję i wysyła ich do łóżek.

    Czy to wtedy zaczęła się ta niewiarygodna przygoda? Czy tamtego wieczora zostało powiedziane jedno zdanie za dużo? Może nawet jedno słowo, które uruchomiło śmiercionośną lawinę? Profesor Aleksander Zawijas jeszcze tego nie wie, ale samo wspomnienie dawnej historii i przyjaciela z lat szkolnych dotyka go w sposób bolesny. I niezwykle prawdziwy, jak to zdarza się tylko wyjątkowo trafnym intuicjom. Czy to możliwe, by ta katastrofa była ciągiem dalszym? Pragnął jej? Czekał na nią przez te wszystkie lata, jak czekał w starym młynie na człowieka w czarnym surducie? Czy mogłoby być aż tak… ciemno?

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    Właśnie pomyślał sobie, że to właściwie zagadka kryminalna i przydałaby mu się pomoc człowieka, któremu całkiem niedawno sam odmówił pomocy, gdy usłyszał:

    – Panie profesorze, ma pan gościa.

    Głos pielęgniarki wyrwał go wprost z samego dna wspomnień. Zamrugał oczami i pokazał na zegarek.

    – O tej porze?

    – To nie jest zwykły gość. Sam pan zobaczy. Oczywiście, jeśli pozwoli mi pan go wpuścić. To policjant.

    Pokiwał ze zdziwieniem głową jak człowiek, który musi się pogodzić z nieuchronnym, co pielęgniarka odczytała jako wyrażenie zgody. Po chwili do pokoju wkroczył inspektor Florian Madej. Z pewnym skonsternowaniem Aleksander Zawijas stwierdził, że wcale go to nie dziwi.

    – Przepraszam, panie profesorze, ale musiałem – zaczął od progu inspektor. – Nie wiem, czy pan słyszał, co się dzieje w mieście…

    – Słyszałem.

    – No właśnie, to już nie są żarty, ani gra w literackie skojarzenia. Ruszyła lawina zdarzeń, której nikt nie potrafi zatrzymać, chociaż w naszej siedzibie na Mogilskiej odbywa się właśnie narada, w której bierze udział minister, przekonany, że potrafi zatrzymać wszystko. Jestem tutaj, bo… bo uważam, że pan coś ukrywa w sprawie tego audiobooka, że nie był pan ze mną całkiem szczery i powinniśmy wrócić do naszej rozmowy, tam, w gabinecie, kiedy usłyszeliśmy ten głos z płyty i pan zrobił taką minę, jakby pan ten głos znał. To prawda, profesorze? Rozpoznał go pan?

    – Tak.

    – No właśnie. Od razu zauważyłem i postanowiłem wrócić do tego podczas następnego naszego spotkania, ale do niego nie doszło, to znaczy doszło teraz, ponieważ uparłem, żeby tu przyjechać i zapytać pana jeszcze raz o tamten głos. Kto to był?

    – Poproszę następne pytanie.

    – Profesorze! Powtarzam, to nie jest gra. Skończyły się ciuciubabki i zgadywanki. Kto to jest? Pan musi powiedzieć!

    – Po co?

    – Jak to po co? Żebym mógł wziąć ludzi, pojechać po tego człowieka i go zaaresztować za wielokrotne zabójstwo, nakłanianie do samobójstwa i wzniecenie zamieszek. To na początek, paragrafów jest więcej.

    – Chce pan zaaresztować trupa?

    Inspektor zdębiał. Patrzył na profesora nierozumiejącym spojrzeniem, dopóki nie odzyskał na tyle kontroli nad sobą, by spytać:

    – Chce pan powiedzieć, że on nie żyje? Ale… to co myśmy słyszeli?

    Profesor patrzył na Madeja spokojnym wzrokiem, z tym rodzajem opanowania, które stanowi najlepsze antidotum na głupstwa. Taki wzrok mają również szachiści, którzy przewidzieli wszystkie ruchy przeciwnika, aż do końca partii.

    – Ciekawe pytanie. Zagadkowe. A twierdził pan, że gra w zgadywanki się skończyła. Czy to już wszystkie pańskie rewelacje, inspektorze, czy może ma pan jeszcze coś w zanadrzu? Bo jeśli nie, to pozwoli pan, że teraz ja spytam. Ma pan ze sobą mój laptop?

    Inspektor Madej zbaraniał po raz drugi.

    – Mam – wybąkał.

    – Doskonale. A ubranie?

    Madej zbaraniał po raz trzeci, ale już krócej. Poklepał się po obszernym tułowiu, po czym zdjął płaszcz, wyjął spod marynarki srebrny laptop i rzucił profesorowi na łóżko, po czym zaczął się rozbierać. Pod marynarką miał sweter, pod nim dwie koszule, które wpuścił do dwóch par spodni. Zdjął to wszystko z siebie i koszulę ze swetrem oraz cienkie dżinsowe spodnie położył obok laptopa. Profesor przyglądał się tej operacji z lekkim uśmiechem.

    – Niewiele – skwitował patrząc na części garderoby z wieszaka w jego gabinecie.

    – Założyłem, że zachowa pan piżamę pod spodem. Poza tym, jest całkiem ciepło.

    – Tutaj – zauważył tajemniczo profesor. – Domyślam się, że samochodu pan nie ma. Żona pana podwiozła i wróciła do domu. Nie chciała się ze mną pożegnać?

    – Odradziłem jej – przyznał inspektor z niejakim wstydem. – Po tym, co mi opowiedziała uznałem, że tak będzie lepiej.

    Profesor spojrzał pytająco na gościa, nie podjął jednak wątku i zamiast tego spytał:

    – To czym się dostaniemy na miejsce?

    – Na miejsce? Myślałem, że jakoś… inaczej.

    – Taak. Tylko że to „inaczej” leży siedemdziesiąt kilometrów stąd.

    Na chwilę zapadła niezręczna cisza, którą przerwał inspektor energicznym postanowieniem. Wstał z krzesła i nakazawszy profesorowi ubrać się w dostarczone rzeczy, wyszedł z pokoju. Po kilku minutach wrócił.

    – Telefony stacjonarne działają. Za kwadrans będzie tu Macerak z drugim policjantem. Dostarczą nam samochód. Podobno miasto jest już odblokowane. Gotowy?

    Profesor skinął głową. Gotowy. Starali się sprawiać wrażenie pewnych siebie, choć żaden nie miał pojęcia, na co się właściwie decydują.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #14

    Zaufanie do mediów to bardzo skomplikowana sprawa. Praca dziennikarza nie polega na pielęgnowaniu poprawnych stosunków z obywatelami, o nie. To nie przedstawiciel służby zdrowia czy innej prospołecznej instytucji, która ma poprawiać samopoczucie, albo sprawdzać, bądź dbać o naszą czystość. O nie. Dziennikarz służy prawdzie. Dlatego tak fundamentalna jest tajemnica dziennikarska, opoka, na której buduje on swój gmach informacji. Nie wolno mu zdradzić źródła, ale ma obowiązek pisać, co wie. Ponieważ prawda zalicza się do kardynalnych cnót ludzkości, należy jej podporządkować wszystko inne, łącznie z lojalnością. Tak, prawda ponad wszystko. 

    Takimi mniej więcej ścieżkami biegła asekuracyjna myśl Marty Massalskiej, gdy pisała swój brzemienny w skutki artykuł o audiobooku zabijającym słuchaczy. Był późny wieczór, którego ciszę przerywały sygnały pędzących do akcji wozów strażackich i karetek pogotowia, przemierzających miasto we wszystkich możliwych kierunkach. Płonęły księgarnie. Od kolegów polujących na doraźne sensacje wywiedziała się, że jest ich już pięć i policja pośpiesznie asekuruje kolejne w przekonaniu, że ma do czynienia z notorycznym podpalaczem lub podpalaczami.

    Hipoteza poniekąd trzymała się kupy. Wariat wsiadł w samochód wyładowany kanistrami z benzyną i jeździ od punktu do punktu, podkładając ogień pod sklepy z książkami w celu zrealizowania jakichś sobie tylko znanych psychopatycznych założeń. Może stuknięty bibliofil, który całą miłość do książek chce zagarnąć dla siebie. Może bibliofob nienawidzący słowa pisanego i przypisujący mu winę za wszelkie zło. Jedno i drugie równie sensowne. Albo równie bezsensowne. Ona wiedziała więcej i była o krok przed nimi. Tym się różni dziennikarz najlepszy od zaledwie świetnego – wyprzedza pozostałych. Zanim wszyscy ci technicy, analitycy i inni laboratoryjni badacze odkryją, że źródłem pożaru nie jest człowiek, lecz mały plastikowy krążek z nagraną na nim powieścią, ona już będzie autorką teorii wyjaśniającej, opublikowanej na łamach wiadomego „znanego dziennika o zasięgu ogólnopolskim”. Będzie pierwsza. Jak prorokini.

    www.unsplash.com/Jan Mellström

    Jasne, to wariactwo. Płytka nie może być mordercą. Tylko co z tego, skoro płytka właśnie jest mordercą i zabija miłośników czytanej na głos literatury, w tym jej własną córkę?

    Jej córka. Marysia. Niełatwo być matką samotnie wychowującą dziecko. Zawód dziennikarki bynajmniej jej w tym nie pomagał, przeciwnie, rozpieprzył do reszty rachityczne więzi rodzinne. Pewnie, teraz wszystko to widziała jak na dłoni, i co z tego? Swoją wiedzę mogła sobie dzisiaj wsadzić do dupy i pomerdać ogonem dla osobistej satysfakcji. Kurewsko bolesnej satysfakcji.

    Może stąd pomysł, by za śmierć Marysi zemścić się artykułem? Odpalić dziennikarską bombę jak atomowy pas szachida i zmieść z powierzchni całe to miasto? Profesjonalizm matki zabił córkę, to niech i zabije resztę. Trochę naciągane, ale sugestywne.

    Nigdy nie słuchała audiobooków. Była typem ekstrawertycznym, nastawionym na socjal, relacje, kontakt bezpośredni, a w samotnym ślęczeniu ze słuchawkami na uszach widziała rodzaj autyzmu. Człowiek społeczny lubi innych ludzi, nawet jeśli traktuje ich tylko jako nośniki handlowo przydatnej informacji. Ona to uwielbiała. Wpadała w ludzki wir i kręciła nim jak zaklinaczka żywiołów – byle szybciej, więcej, głośniej, z hałaśliwym przytupem. Wrzask ludzkich emocji, w którym jak w gorącym gulaszu pływały kawałki faktów, napawał ją satysfakcją, energią, niemal szczęściem. Prawdą z tego uwarzoną karmili się wszyscy po równo, grzecznie i regularnie, jak dzieci w przedszkolu. Wchodziła, odurzała, buzowała w tkankach aż do nieprzytomnego odlotu. A jej dawała nadludzką moc.

    Marysia nienawidziła jej pracy.

    Z przymusowym uśmiechem słuchała zawodowych ekscytacji matki, kuląc się na krześle z kolanami podciągniętymi pod brodę i smutkiem w oczach. A kiedy już Massa wyrzuciła z siebie wszystkie rewelacje, wyłuskała siebie z kokonu dziennikarskiej pasji i zdobyła się na pytanie: „A co u ciebie, kotku?”, Marysia odpowiadała „nic takiego” i szła do siebie. Tam wkładała słuchawki na głowę, siadała na łóżku i pogrążała się w tym czymś, co jej się sączyło do ucha z obleczonych gąbką krążków, których drugi koniec sięgał w jakiś inny, fikcyjny świat.

    Nie żeby Massa nie podejmowała prób; jasne, że próbowała. Widziała, że coś jest nie tak.

    Skarbie, porozmawiaj ze mną.

    Ale o czym?

    No w ogóle, co w szkole, co u Gośki, Magdy, albo Marceli.

    Nie znam żadnej Marceli.

    Tak tylko powiedziałam, figuratywnie.

    No to figuratywnie nic nowego u mnie, mamo. U Gośki i Magdy też nic. A moja najlepsza przyjaciółka ma na imię Zuza, i u niej też nic.

    Chodzisz jeszcze z tym Pawłem?

    Nie. Właściwie nigdy z nim nie chodziłam, trochę się kumplowaliśmy i tyle.

    Dajesz jakoś radę?

    Spoko.

    I tyle. Massa znała się na ludziach i wiedziała, że istnieją introwertycy, którzy wolą się zamykać w swoim świecie i najbardziej lubią, jak się ich zostawia w spokoju, by mogli sobie bez przeszkód dryfować w płynnej rzeczywistości. Nazywają to flow. Marysia wpadała we flow na całe dnie, a nawet tygodnie. Myślała, że może chodzi o jakieś molestowanie i przeprowadziła nawet w szkole małe dochodzenie, ale nie znalazła żadnego potwierdzenia swoich podejrzeń. Marysia była lubiana, oceny miała świetne, relacje z klasą dobre, sama z przekonującym uśmiechem zaprzeczała, by ktoś jej cokolwiek zrobił. A potem milkła i wracała do pokoju.

    I to, niestety, na cholerne nieszczęście było dla Massy bardzo wygodne. Zdejmowało z niej rozmaite konieczności, odsuwało troski i dawało – jakże pozorną! – swobodę działania. Robiła co chciała, bo dziecko grzecznie siedziało wieczorami w swoim pokoju i dorastało sobie w introwertycznej ciszy, jak marihuana w domowej hodowli. Samo, bez matki, która w tym czasie klepała palcami w klawiaturę laptopa, aż do późnej nocy, nim zmorzył ją sen. A od rana to samo, tylko jeszcze szybciej, jeszcze więcej, jeszcze dłużej.

    Teraz widziała całą patologię tego układu, i nic nie mogła zrobić. Było już za późno. Kurewsko za późno.

    Mogła zrobić jedno. Przygryzła wargi i wstukała w komputer:

    Jakkolwiek by to fantastycznie nie brzmiało, istnieje mocna zbieżność pomiędzy kilkunastoma zdarzeniami ze skutkiem śmiertelnym, jakie miały miejsce w ostatnim czasie w Krakowie i okolicy, a słuchaniem pewnego tajemniczego audiobooka. Nosi on tytuł „Cegielnia” i dostępny jest w księgarniach jedynie na płycie CD, bez wersji papierowej, a także bez nazwiska autora, czytającego tekst lektora oraz bez nazwy wydawnictwa. Dziwne, że taki produkt w ogóle trafił do dystrybucji, jednak na pytanie, jak to było możliwe z handlowego punktu widzenia, żaden z księgarzy nie umiał mi odpowiedzieć. Albo nie chciał. Z tego, co wiem, sprzedaż audiobooka z „Cegielnią” trwa w najlepsze.

    Przeczytała fragment ogryzając skórkę wokół kciuka. Po krótkim namyśle dopisała:

    Policja nie jest zainteresowana podjęciem śledztwa w sprawie morderczego audiobooka. Wykracza to poza ramy racjonalnego postępowania, jak stwierdził szef Wydziału Kryminalnego Wojewódzkiej Komendy Policji w Krakowie, inspektor Florian Madej, dodając, że policja nie posiada żadnych wyraźnych tropów. Z czego należy wnioskować, że plastikowy krążek znajdowany przy ofiarach nie stanowi żadnego „wyraźnego tropu”. Pogratulować przenikliwości. A audiobook nadal zabija.

    Kraków, fot: www.unsplash.com/Erik Kossakowski

    Miała już zamknąć plik, ale zostało jeszcze trochę skórki wokół kciuka, więc zajęła się jej ogryzaniem patrząc w tekst. Nie, to za słabe. I wklepała ostatnie, śmiercionośne zdanie:

    Świadome swych zagrożeń społeczeństwo nie musi czekać na działania policji – właśnie dlatego, że jest świadome.

    Teraz jej się podobało. Już czuła, jak kocioł z emocjami zaczyna bulgotać, a zbierane przez dziennikarzy fakty kręcą się w wywarze skwiercząc i podskakując, jak im temperatura zagra. Powinno zadziałać.

    Kliknęła WYŚLIJ i zamknęła oczy. Piekły ją niemiłosiernie od wgapiania się w piksele, więc wyjęła z szuflady krople Hylo Dual, przechyliła głowę i wpuściła po jednej ożywczej kropli pod każdą z powiek. Rozchodziły się jak balsam, nawilżając zdrewniałe gałki oczne i łagodząc ból. Czuła, że rozpływa się razem z nimi, ścieka po powierzchni zdarzeń i znika w jakiejś przyjemnej cielesnej fragmentacji. Flow. Smużka dymu wijąca się dnem chłodnej, malachitowej doliny. Chciałby tak dopłynąć do Marysi, odnaleźć ją w najdalszym zakątku nicości, owinąć się zwiewnym kłębem wokół jej dziecięcej główki i wyszeptać do ucha słowa miłości. Tej prawdziwej matczynej miłości, której nie potrafiła jej dać za życia. Nie zdążyła. A teraz żal. Taki wielki, kurewsko ogromny żal!

    Odsączyła chusteczką nadmiar płynu z rzęs i otwarła oczy. Na wygaszonym ekranie laptopa migotały dwie kropki i kreska. Buźka.

    Co jest grane? – powiedziała głośno.

    Kropki rozsunęły się na boki, po czym wróciły na swoje miejsca, a kreska zakołysała się filuternie.

    Z czego się śmiejesz, palancie? Włamałeś się do mojego kompa?

    Zamrugała załzawionymi powiekami. Ikonka znikła. Właściwie trudno było ją nazwać ikonką, wyglądała raczej jak chwilowa awaria wyświetlacza. Uderzyła klawisz ENTER, później SPACJA i BACKSPACE, ale nic się nie wydarzyło. Doszła do wniosku, że po prostu zwyczajnie zwariowała. Właśnie miała opuścić klapę, gdy zadzwoniła jej komórka. Darek.

    Cześć, nie śpisz jeszcze? – spytał.

    Nie. Gadam z wygaszonym ekranem kompa. A co?

    Fajnie masz. Myślałem, że słuchasz kradzionego audiobooka.

    Zmroziło ją.

    Co powiedziałeś?

    Zareagował krótkim śmiechem człowieka, który jest zadowolony z osiągniętego efektu.

    Pomyślałem, że jesteś zawsze szybsza od innych i że to ty musiałaś zwinąć te płyty.

    Jakie płyty? Mógłbyś jaśniej? Ktoś ukradł audiobooki? Ale skąd?

    Konkretnie jeden, tak przynajmniej twierdzi właściciel małej księgarni, która właśnie poszła z dymem. Ale bez obaw, żartowałem. Jeden z policjantów sprzedał mi takiego newsa. Za fajkę i obietnicę wywiadu. Fajkę mu dałem, a wywiad odbędzie się w nieokreślonej przyszłości.

    Potrząsnęła głową, w której powstał nagły mętlik. Audiobook, kradzież, policjant, wywiad. Darek pracował w radiu i prowadził cykliczne audycje o mieście. Błysnęła jej piorunująca myśl.

    Słuchaj, zrób ten wywiad, najlepiej jutro rano.

    Ale z kim, z tym gliniarzem? Już sobie pojechał.

    Nie, ze mną.

    Śmiech po drugiej stronie był krótki i urwał się nagle.

    Mówisz poważnie? O czym miałby być? Słynna Massa Massalska rozwiązała kryminalną zagadkę ginących audiobooków?

    Żebyś, kurwa, wiedział. O której rano zaczynasz?

    O ósmej.

    Będę.

    Ale czekaj… ty już wiesz?

    Wysyłam tekst, który poszedł właśnie do składania, też na jutro rano. Przejrzyj i przygotuj się do rozmowy. I słuchaj, gościu, to nie jest prima aprilis.

    Darek już całkiem pozbył się rozbawienia słysząc, że Massalska nie żartuje. Powiedział coś o słynnej radiowej punktualności i w zasadzie byli umówieni. Dopiero kiedy się rozłączyli, Marta uświadomiła sobie, że nie spytała nawet, po co do niej zadzwonił. Pewnie chciał jej zdradzić najnowszą rewelację i był mocno rozczarowany, że ona już wie o tajemniczym audiobooku. A rano chce z nim o tym robić audycję. Uśmiechnęła się. Darek był świetnym radiowcem i bolało, że zawsze za nią w tyle. Jest różnica między dziennikarzem świetnym i najlepszym. Dupku.

    Pomyślała, że wzmocnienie artykułu w „Wyborczej” audycją w radiu tik fm powinno przynieść pożądany efekt. Darek za to zapłaci, podobnie jak ona, ale nie przejmowała się. A precyzyjniej rzecz ujmując, na obecną chwilę miała to głęboko w dupie. To czajenie się inspektorka z profesorkiem, ta dyskrecja podszyta chłodnym profesjonalizmem, który nie dopuszcza irracjonalnych rozwiązań i trzyma się kurczowo zdrowego rozsądku jak dziwka latarni – krakowskie aż do mdłości – wkurzyło ją na maksa. Tak, tak, wiemy, jaka jest prawda, niestety, ale nie możemy jej ujawnić, ponieważ mogłoby to doprowadzić do nieprzewidzianych konsekwencji. Pierdu, pierdu. A co mnie, murwa kwoja tać, obchodzą nieprzewidziane konsekwencje! Chyba tylko o tyle, o ile można je zaaranżować, czyli poniekąd przewidzieć. A najlepiej wymyślić i wywołać. Dobre. Spodobało się jej.

    Murwa kwoja tać…? To spodobało się trochę mniej.

    Spojrzała na komórkę, było wpół do dwunastej w nocy. Powinna dobrze wypocząć przed jutrzejszą audycją, ale nie miała ochoty na sen. Poszła do kuchni, wyjęła z lodówki butelkę Finlandii, nalała pół szklanki i dopełniła tonikiem. Dwa głębokie hausty spełniły równie ożywczą funkcję jak krople do oczu. Wyluzowała się i poczuła flow. Podeszła do okna.

    www.unsplash.com/neil godding

    Maryś, gdzie jesteś? To ty podpalasz te księgarnie? Nie zdziwiłabym się. Zawsze byłaś uparta i twarda, twardsza nawet ode mnie, tylko bardzo powściągliwa. A ja, głupia pizda, myślałam, że do niczego się nie nadajesz. Wiem, spieprzyłam to. Nie zdołałam ci pomóc w życiu, to chociaż trochę pomogę w śmierci. Tak, dokładnie to mam ochotę zrobić i nikt mnie nie powstrzyma. Wiesz, Maryś, zrobimy to we dwie. Razem. Choć raz zróbmy wspólnie coś wielkiego i wspaniałego. Jak ta katastrofa na końcu Greka Zorby. A reszta niech się pieprzy.

    Dopiła szklankę i zrobiła drugą. Potem zrobiła jeszcze dwie i żeby należycie zadziałały, zakończyła imprezę papierosem na balkonie. Syreny strażackie i sygnały karetek ucichły, powietrze pachniało normalną jesienną wilgocią. Pozory rzeczywistości trwały. Wydmuchała kłąb dymu w krakowską noc. Trwajcie, sobie, trwajcie, dopóki możecie.

    Rano pojechała do studia i w godzinnej rozmowie przekonywała słuchaczy, że po mieście krąży morderczy audiobook, który należy natychmiast unieszkodliwić wszelkimi dostępnymi metodami. Po wyłożeniu licznych argumentów i przykładów nie omieszkała dodać, że policja niewiele w tej sprawie czyni i najwyższy czas wziąć sprawy w swoje ręce. Polecała również swój artykuł w gazecie. Słuchacze i czytelnicy prawidłowo odczytali informacje i zgodnie z poleceniem wzięli sprawę w swoje ręce.

    A po południu rozpętało się piekło.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #10

    Ruchliwa ulica błyskała jaskrawymi światłami, ale jej nie widział. Zmęczenie robiło swoje. Poprosił kierowcę ubera o wyłączenie radia i zamknął oczy.

    Po głowie krążyły mu urywki rozmowy w ciasnym pokoiku na komendzie policji. Dziwnej rozmowy, z konkluzją, jakiej nie powstydziłby się najlepszy polski autor science-fiction. Żądanie inspektora Madeja było nie do spełnienia. Po prostu niemożliwe. Nawet dla kogoś tak balansującego na pograniczach intelektualnej odpowiedzialności, jak badacz literackich światów.

    Jego akademicki umysł nie odpuszczał jednak i zajął się analizą wariantów, w których w ogóle mógłby pojawić się cień szansy na zrealizowanie szalonego pomysłu. Ktoś kiedyś powiedział, że słabość należy obracać w siłę. Jako literaturoznawca obyty był z fikcją literacką, interpretacja to w końcu coś jakby wchodzenie do wnętrza tekstu i myszkowanie po jego zakamarkach. Czytelnik nie jest przecież nikim innym, jak podróżnym w świecie przedstawionym dzieła, na tym polega magia literatury. Ale wejść naprawdę? Przebić pięścią tekturowe ściany? Rozciąć płócienne malowidło rzeczywistości i wleźć do środka jak w jakimś Truman Show? Niemożliwe. Absolutnie niemożliwe, powtarzał bezgłośnie w kabinie taksówki. No po prostu nie.

    Powtarzanie ma to do siebie, że próbuje zagłuszyć wątpliwości. Jahwe kazał Mojżeszowi uderzyć w skałę i uwolnić na pustyni źródło wody, którym mógłby napoić swój lud. Mojżesz uderzył, ale dwukrotnie, na wszelki wypadek, ponieważ miał wątpliwości czy raz wystarczy. Nawet nie jakieś wielkie zwątpienie, tylko cień chwiejnego podejrzenia. Może stuknąłem za słabo, może kij się ześliznął po kamieniu i zaklęcie nie zadziała. Stuknę jeszcze raz. W sumie drobnostka. I został ukarany za niewiarę – zobaczył Ziemię Świętą, ale do niej nie doszedł. Tak, powtarzanie nie rozwiewa wątpliwości, tylko je umacnia.

    Lewa, racjonalna półkula mózgu profesora Zawijasa powtarzała, że się nie da. Druga zignorowała jej marudzenia i pobiegła przed siebie tropem podjętym intuicyjnie, choć niezupełnie na ślepo. Biegła jakby znała drogę. Uchylił powieki i omiótł wzrokiem zarośla Ogrodu Botanicznego przy Alei Powstania Warszawskiego. Ciemne, mokre i milczące – koiły nerwy. Jakie nerwy? Dlaczego się denerwował? Uniósł dłoń pod światła jadących z naprzeciwka samochodów i przyjrzał się krytycznie. Drżała. Nie trzeba pytać, dlaczego. Diabeł wymyślił pytanie „dlaczego”. Prawa półkula mózgowa profesora Zawijasa pobiegła w kierunku od pięciu lat absolutnie zakazanym, na terytorium zamknięte za płotem znacznie solidniejszym od tego, który okalał Ogród Botaniczny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zawróciła z drogi do Kanaan i jak na skrzydłach poleciała ku zupełnie innej Kanie, tej, gdzie siła wiary potrafi zmienić wodę w wino. Niejasne protesty mózgowej lewicy, że idąc od ziemi egipskiej to chyba ten sam kierunek, na niewiele się zdały. Metafora zadziałała. I profesor Zawijas dobrze znał odpowiedź na diabelskie pytanie „dlaczego”.

    Chciał się napić.

    www.unsplash.com/Kevin Kelly

    Pięć lat to dużo. Można się odzwyczaić od wielu rzeczy i o wielu rzeczach zapomnieć, nie wyłączając miłości. Zapominanie alkoholu to jednak nieco inny porządek, zwłaszcza jeśli alkoholowej namiętności towarzyszy napięcie twórcze. Picie i pisanie zrośnięte są ze sobą jak bracia syjamscy. Słownik pisarzy świata to zarazem słownik alkoholowych ekspertów. Aleksander Zawijas o tym doskonale wiedział, ponieważ studiował to zagadnienie nie tylko z powodów zawodowych, ale także osobistych, to znaczy zaciekle. Trudno się więc dziwić, że myśl o powrocie do pisania wstrząsała nim równie dogłębnie, co myśl o powrocie do picia.

    Taksówkarz musiał się znać na rzeczy.

    Zatrzymać się przy nocnym? – spytał uczynnie.

    Słucham?

    Wyrwany nagle z przepaści swych dylematów, profesor Zawijas podskoczył na siedzeniu jak obudzony ze snu.

    No, czy nie trzeba czegoś dla odprężenia na wieczór – wyjaśnił mężczyzna. – Zaraz będzie po drodze.

    Powiedział „po dorodze”, w ogóle mówił ze wschodnim akcentem. Jechali wolno ulicą Grzegórzecką, która też była rozkopana, podobnie jak połowa miasta, i faktycznie mijali sklep z błękitnym neonem, płynącym nad otwartym wejściem: ALKOHOLE 24H.

    Nie, nie! Proszę jechać dalej!

    Krzyknął za szybko i za głośno. Mężczyzna spojrzał we wsteczne lusterko ze słabo maskowanym zdziwieniem. Widocznie pasażer na tylnym siedzeniu wyglądał na kogoś, komu bardzo potrzebne jest coś na wieczór, inaczej nie zaśnie. A rano gość może mieć kłopot z ogoleniem tej bladej, zapadniętej od niezaspokojonego łaknienia twarzy. Oni tam na wschodzie się na tym znają.

    Jak pan szanowny chce.

    Kierowca wzruszył ramionami, a potem dodał:

    Czasem dobrze i anioła nakarmić, i diabła napoić.

    Po zagadkowej frazie, w której profesor domyślał się jakiegoś wschodniego przysłowia, w samochodzie zapadła niezręczna cisza i powróciło zagadnienie niemożliwej możliwości z ciasnego pokoiku na Mogilskiej.

    Wysłuchali z inspektorem gróźb audiobooka, najpierw razem, potem każdy z osobna, a następnie zgodnie uznali, że padli ofiarą słuchowej halucynacji. Zawijas, jako bardziej wygadany, przodował w wymyślaniu i zgrabnym formułowaniu teorii o autosugestii, częściowej hipnozie, a nawet posunął się do zdefiniowania czegoś całkowicie oryginalnego i nowego, co zgrabnie nazwał audiofantazmatem. Jego źródła miały tkwić w nadmiarze dźwięków w naszym codziennym życiu, co generuje jakby równoległą rzeczywistość akustyczną współczesnego człowieka.

    Żyjemy w swoistej audiosferze – tłumaczył inspektorowi. – Od rana do wieczora słyszymy muzykę, słowa, krzyki, szepty, atakują nas reklamy, komunikaty, wiadomości, telefony, esemesy – ciągle coś słychać! Nawet pisaniu na komputerze towarzyszą jakieś dzwonki, plimki, brzęczki, bez przerwy. – Zapalał się coraz bardziej, porwany falą uderzającej trafności swego wywodu. – Cisza umarła! Niech pan sam sprawdzi, inspektorze. Nie ma ciszy!

    Jak pan zamilknie, zrobi się cicho – zaryzykował inspektor.

    No tak, ale na jak długo? Dziesięć sekund? Pół minuty? Niech pan spróbuje siedzieć obok drugiego człowieka i nic nie mówić przez minutę, a przekona się pan, jakie to trudne. Moim zdaniem tu tkwi tajemnica naszego złudzenia słuchowego. Usłyszeliśmy to, co wydawało nam się, że powinniśmy usłyszeć, i poskładaliśmy ten zaprojektowany tekst z gotowych kawałków, jakie wpadły nam do uszu przez ostatnie, powiedzmy, dwadzieścia cztery godziny.

    Obaj to samo?

    Hmm, no nie wiem – zawahał się profesor, ale tylko na moment. – Nie jesteśmy pewni, że słyszeliśmy obaj dokładnie to samo. W streszczeniu wygląda podobnie, ale słowa mogą być inne. Obaj zacytowaliśmy to nieszczęsne „nowięc”, bośmy je usłyszeli od tego pańskiego aspiranta, ale to może być właśnie dowód na słuszność mojej tezy.

    Zakończył jak doświadczony dyskutant, wyćwiczony na konferencjach, sympozjach, seminariach.

    To zróbmy jeszcze test – zaproponował inspektor Madej. – Każdy z nas spisze słowo w słowo to, co słyszy, i porównamy notatki.

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    Zrobili test. Wyszło to samo. Słowo w słowo. Okruchy zmiotłem ze stołu, ogień w piecu rozpaliłem, warzę godziwą strawę specjalnie dla was i czekam. A żebyście nie ociągali się zbyt długo, wysyłam gońców…– i tak dalej. Wynik testu zachwiał nieco teorią audiofantazmatu, ale profesor nie dawał za wygraną.

    Niewykluczone, że w niektórych ludziach pod naciskiem owej audiosfery uwalniają się głęboko skryte skłonności i na przykład popełniają oni samobójstwo albo usiłują dokonać morderstwa. Tego typu odruchy są silnie tłumione i w lęku przed uaktywnieniem spychane – że się tak wyrażę – na samo dno duszy, gdzie zamykamy je na cztery spusty i gdzie w ogóle boimy się zaglądać. Audiobook wchodzi przez ucho wprost do mózgu, oddziałuje silnie na emocje, a te rozwibrowują duszę i mącą dno. Poluźniają zasuwy. Odryglowują bramy. Otwierają loch i wypuszczają demony.

    Emocje wypuszczają demony – powtórzył inspektor nie patrząc na profesora.

    Odwrócił głowę do okna i gapił się na czarne, podłużne widma topoli za policyjnym parkingiem. Chwiały się na wietrze jak monumentalne postacie z antycznego teatru, chór bachantek z tragedii Eurypidesa. Od ulicy Mogilskiej było przez nie jarzeniowe światło latarni. W zasadzie była już noc.

    Ładnie pan to ujął. Ja nie jestem taki elokwentny, nie wymyśliłbym na poczekaniu tylu pięknych metafor. Jednak co profesor, to profesor. Ja umiem ujmować rzeczy wyłącznie dosłownie. Jest tak a tak.

    Porzucił obserwację chwiejnych widm za oknem i zwrócił się wprost do profesora.

    W leczeniu uzależnień jest takie pojęcie, jak „intelektualizowanie” – ciągnął. – Chory zamiast powiedzieć: „jestem uzależniony od alkoholu”, mówi na przykład: „mój organizm ma problemy z dehydrogenazą aldehydu octowego do kwasu octowego”, albo: „etanol ma pozytywny wpływ na aktywowanie mojej kory mózgowej podczas procesów twórczych, dlatego piję, aby tworzyć”. Odnoszę wrażenie, że pan w tej chwili uprawia właśnie coś w rodzaju intelektualizowania, to znaczy zamiast nazwać rzecz po imieniu, wymyśla pan teorie o audiocośtam i ucieka od tematu. Po raz kolejny zresztą.

    Dlaczego pan tak sądzi?

    Ponieważ widzę, co się dzieje z pańską twarzą – odparł inspektor. – Kiedy puszczam audiobooka i padają te zwariowane słowa, słucha pan ze ściągniętymi policzkami i półotwartymi ustami, jakby się bał uronić choć jedno słówko. A kiedy snuje pan te swoje akustyczne teorie, odpręża się pan, mówi swobodnie i z uśmiechem, rozpierając się na krześle. Mowa ciała. Jest pan zadowolony, że niebezpieczeństwo zostało odsunięte.

    Jakie niebezpieczeństwo?

    Inspektor Madej przechylił się przez stół.

    Właśnie o to chciałbym spytać. Czego się pan boi?

    Lampa brzęczała cichutko w ciszy, która znowu na chwilę zapadła. Kiedy wreszcie profesor Zawijas się odezwał, bardzo starał się nadać swojemu głosowi odcień rozsądku.

    Ja z kolei odnoszę wrażenie, że pan coś nieustannie insynuuje i wymaga ode mnie jakichś dziwnych deklaracji, by nie powiedzieć – zeznań. Bóg mi świadkiem, że nie mam pojęcia, co miałbym zeznać. Jakież to straszliwe tajemnice skrywają się za moim „intelektualizowaniem”. Co takiego mam do ukrycia.

    Czyżby?

    Pytanie było szybkie, świsnęło jak szpada.

    Skoro pan wie, proszę samemu odpowiedzieć – odparł profesor, ale dopiero po kilku sekundach, które mu były potrzebne do odzyskania równowagi.

    Dlaczego pan przestał pisać swoją powieść? – spytał inspektor tym samym spokojnym tonem. Lata pracy w policji kryminalnej nauczyły go używać spokoju jako narzędzia perswazji lepszego niż krzyki i zastraszanie.

    Bo była słaba i mi się nie podobała. Nie mam talentu. A co to ma do rzeczy?

    Skoro była taka słaba, dlaczego kradzież paru jej fragmentów przez jakiegoś audiobookowego psychopatę zrobiło na panu aż takie wrażenie?

    Profesor zaczął wiercić się na krześle.

    A panu się to nie wydaje dziwne? – odparł pytaniem, ale niespokojnym. Nerwowym.

    Może dziwne, ale nie wstrząsające. A pan mówi o tym niemal jak o naruszeniu jakiejś kosmicznej równowagi.

    Trafił. Profesor chciał się żachnąć, ale zrobił to na tyle nieskoordynowanym ruchem, że zrzucił ze stołu swój pusty kubek po kawie. Trzask omal nie strącił go z krzesła.

    Bzdura! Bzdura i jeszcze raz bzdura! Nie wiem, o co panu chodzi, ale tym razem mam już nieodwołalne postanowienie. Żegnam!

    Wstał i zaraz usiadł. Usłyszał coś, co osadziło go w miejscu.

    Musimy tam wejść, panie profesorze. Do starego młyna.

    Ale… on nie istnieje.

    Inspektor Florian Madej po raz pierwszy od dłuższej chwili uśmiechnął się szeroko.

    No i właśnie o tym powinniśmy pogadać. Poważnie, bez całej tej ściemy o audiosferach i innych bajerach. Bo kto jak kto, ale pan – profesor od literatury, autor demonicznej powieści o starym młynie i niepijący alkoholik – akurat nie powinien twierdzić, że stary młyn z tamtych notatek nie istnieje. Nie, panie profesorze Aleksandrze Zawijasie. Stary młyn istnieje, podobnie jak ta cholerna cegielnia. I musimy tam wejść.

    Profesor wstał, powtórzył swoje zasadnicze „żegnam” i wyszedł. Być może nawet nieco trzasnął drzwiami, by podkreślić swoje formalne oburzenie, w którym chyba najbardziej bolało bezceremonialne nazwanie go alkoholikiem. Najbardziej oburza prawda o sobie, wypowiedziana przez kogoś innego bez pozwolenia. W ogóle był zniesmaczony.

    A teraz siedział w taksówce i rozmyślał o tym, co byłoby potrzebne do podjęcia nieprawdopodobnej i kompletnie zwariowanej próby wejścia do starego młyna nad małą i dzisiaj już wyschniętą rzeczką o malowniczej nazwie Macocha, całkiem niedaleko stąd, bo zaledwie pięćdziesiąt kilometrów, w południowo-zachodniej Małopolsce. Całkiem niedaleko i bardzo, ale to bardzo daleko. Po drugiej stronie zamalowanego płótna, które oddziela rzeczywistość od literackiej fikcji.

    Cdn.